Córa rodu Phoenix – Rozdział 33

Pakt Trzech

                              Hermiona kręciła się niespokojnie przy stole Gryffindoru, co rusz niespokojnie zerkając w stronę drzwi. Przyszła do Wielkiej Sali znacznie wcześniej niż powinna i powoli zaczynała żałować pochopnie podjętej decyzji, bowiem okazało się, że bezowocne czekanie na miejscu nijak nie miało szans jej uspokoić – wręcz przeciwnie. Cóż…siedzenie w samotności i tak było dużo lepszą opcją, niż patrzenie na Harry’ego oraz Rona, łażących bez sensu po Pokoju Wspólnym, z tymi zbolałymi minami cierpiętników. Wszyscy czuli się podekscytowani, a zarazem dziwnie poddenerwowani powrotem Gallatei do szkoły – długo jej nie było, a podczas jej nieobecności wzajemne stosunki Gryffindoru i Slytherinu, powtórnie zbliżyły się niebezpiecznie do granic otwartej wojny. Granger westchnęła ciężko, wracając wspomnieniami do niedawnego, dość osobliwego spotkania w gabinecie Luthera. Trochę jej zajęło, zanim domyśliła się, co Dragan chciał im uświadomić między słowami – to oni byli odpowiedzialni za to co się stało…wszyscy, bez wyjątku. Wystarczyło, żeby na chwilę zabrakło Tei, a rzucili się sobie do gardeł, wypierając całkowicie ze świadomości to, o co płomiennowłosa zawsze usilnie walczyła. Zerwali każdą jedną nić porozumienia, której istnienie zawdzięczali jej nieugiętym staraniom, a nawet posunęli się do czegoś znacznie gorszego…bezmyślnie pozwolili, by przepaść dzieląca Gryfonów i Ślizgonów urosła do rozmiarów gigantycznego, przepastnego kanionu. Ona i Greengrass jakoś się starały, ale chłopcy…między nimi było jeszcze tragiczniej niż poprzednio, o ile to w ogóle możliwe. Zabini, co prawda, przejawiał jakieś delikatne cienie dobrej woli i powstrzymywał się od otwartych ataków, a Malfoy jakby się uspokoił, jednak jego wcześniejsza krucjata przeciw Ginny stała się ostatecznym ciosem, wciągającym w odwieczną przepychankę przedstawicieli pozostałych domów. Hufflepuff i Ravenclaw coraz śmielej opowiadały się za konkretnymi stronami konfliktu – mimo wcześniejszej neutralności – a siła przebicia Draco, w połączeniu z jego naturalną, irytującą charyzmą oraz przebiegłością, przysporzyły Slytherinowi znacznie więcej sojuszników, niż przeciwników. Gryffindor nie miał szans skutecznie oprzeć się matactwom Malfoy’a z powodu przygnębiającego, wewnętrznego podziału, spowodowanego pamiętnym wystąpieniem panny Weasley. Nie potrafili się zjednoczyć i obrać wspólnego frontu, bo chociaż wszyscy zdawali sobie sprawę z kłamstw Draco, nikt nie mógł zaprzeczyć temu, że Ginny bezpodstawnie zaatakowała Teę, nie przebierając w słowach. Hermiona wiele razy próbowała szczerze porozmawiać z młodszą koleżanką o tamtym dniu, ale rudowłosa czarownica wzbraniała się jak mogła, przez wyznaniem całej prawdy – unikała tego tematu jak ognia, a kiedy już udało się ją namówić na chwilę zwierzeń, zręcznie omijała powód, przez który zdecydowała się na równie radykalny krok. Dziewczyna nie potrafiła lub nie chciała wyjaśnić, dlaczego tak się zachowała, choć było po niej widać, że naprawdę żałowała swojego zachowania. Tym większym zaskoczeniem dla Granger była decyzja Ginny o zostaniu na święta w szkole. Spodziewała się raczej, że Weasley będzie robiła wszystko, żeby za wcześnie nie stanąć oko w oko z płomiennowłosą, tym bardziej bezpośrednio po jej powrocie. Niby względnie wyjaśniły sobie nieporozumienie w listach, ale pisanie było czymś zupełnie innym od bezpośredniego spotkania – łatwiejszym i mniej stresującym. Nic tu nie układało się w logiczną całość…Czarownica skupiła się na swoich myślach do tego stopnia, że dość późno usłyszała zbliżające się ku niej zwinne, rytmiczne kroki. Ten osobliwie magnetyczny, hipnotyzujący dźwięk skutecznie ściągnął jej uwagę, ku szeroko otwartym drzwiom Wielkiej Sali. Uśmiechnęła się delikatnie, widząc któż to zdecydował się przyjść tak wcześnie. Wciąż nie potrafiła przyzwyczaić się do tego, jak zmienił się Dragan, od czasu przyjęcia propozycji zostania w szkole. Zamienił przepisowy mundurek Slytherinu na ciemne, idealnie skrojone marynarki; zazwyczaj czarne spodnie, podkreślającą jego smukłą sylwetkę oraz ciemne, doskonale dopasowane koszule, nieprzesadnie opinające wyrzeźbioną klatkę piersiową. Dziś znów związał krucze włosy w niechlujnie elegancki kucyk, a na jego nosie lśniły subtelne oprawki, perfekcyjnie dobrane do wyrazistych, arystokratycznych rysów ujmującej twarzy. Turkusowooki w jej opinii nie wyglądał na zbuntowanego, młodego człowieka, ani na poważnego profesora, przesiąkniętego chłodnym, rzeczowym profesjonalizmem. Patrząc na niego od razu widziało się zadziornego, szalonego geniusza o przenikliwym, budzącym respekt spojrzeniu. Dziewczyna wzdrygnęła się, napotykając zimny turkus jego oczu, lśniący za wypolerowanymi szkłami. Dragan to był…po prostu Dragan – tylko głupiec próbowałby porównywać go do kogokolwiek innego. Wszystko w Lutherze było unikatowe, począwszy od wyglądu, na osobowości skończywszy. Budził zarówno szczery zachwyt, jak i zdumiewającą grozę. Raz wydawało się, że wie się o nim wszystko, tylko po to, by jednym, niewybrednym gestem strzaskał to przekonanie w pył. Niezaprzeczalnie czarujący i szalenie niepokojący. Radośnie roześmiany i boleśnie oschły. Subtelnie empatyczny i przerażająco obojętny. Wyrozumiały i bezlitosny. Czuły i sadystyczny. Otwarty i tajemniczy. Genialny i szalony. Wszystko w nim wydawało się nadnaturalnie urokliwym tańcem skrajnych sprzeczności, tworzących najbardziej skomplikowanego mężczyznę, jaki stąpał po ziemi. Kruczowłosy podszedł do Gryfonki i oparł się łokciami o blat stołu, swobodnym gestem poprawiając okulary, które nosił wyłącznie dla kaprysu. Uśmiechnął się szelmowsko, wspierając brodę na splecionych dłoniach o długich, zgrabnych palcach.

– Cieszę się, że cię złapałem, Granger.

Niski, lekko zachrypły i zniewalająco mruczący półszept Luthera był zaledwie jedną z jego licznych broni, mogących bez trudu utorować mu drogę do serca każdej kobiety – przed laty nie znosił tego, że brzmiał niczym przymilający się kociak, ale pewien upierdliwy narkoleptyk pokazał mu piorunującą skuteczność tej przypadłości. W stosunku do Hermiony nie musiał się wstrzymywać, bowiem dziewczyna była jeszcze zbyt niewinna, żeby przejawiać wrażliwość na podobne sztuczki. Romanse nie były jej w głowie, zagłuszane przez pociąg do nauki, za co ją cenił – łatwiej było z nią rozmawiać niż z innymi małolatami, choć bywała straszliwie męcząca z tą swoją niezmordowaną dociekliwością. Zdecydowanie wolał opędzać się od konkretnych, związanych z nauką, pytań niż wlepionych w niego, maślanych spojrzeniach, za którymi nie stało nic, poza oczywistym zauroczeniem. Częstokroć musiał się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć cynicznym śmiechem. Dziewczęta widziały w nim jakiś rodzaj hipnotyzującego zjawiska o przystojnej powierzchowności, nie spodziewając się przejmujących pokładów zgnilizny, ukrytych pod dopracowaną iluzją. Nie wierzył w to, by znając o nim całą prawdę wciąż były tak absurdalnie chętne do lepienia się.

– Pan profesor mnie szukał? – uśmiechnęła się serdecznie.

– Poza zajęciami daruj sobie tego profesora – zaśmiał się gardłowo. – Jeszcze się przez to przedwcześnie zestarzeje, jak Nietoperz! Niby ledwo po trzydziestce jest, a przez tę kwaśną minę wygląda jakby dobijał do jakiegoś tysiąca lat bycia zrzędą! – wzmocnił śmiech – Szczerze to nie szukałem nikogo konkretnego, ale mój fart, że padło akurat na ciebie, Herm. Słuchaj, mogłabyś go dla mnie przypilnować?

– Go? – uniosła pytająco brew, nie rozumiejąc, o co mogło chodzić.

Niemalże spadła z ławki, gdy na blat opadły dwie olbrzymie, psie łapy. Wielki, kudłaty owczarek kaukaski wpatrywał się w nią swoimi żółtymi, bystrymi oczyma z uwagą o jaką nie posądzałaby byle zwierzęcia. Coś w spojrzeniu owczarka wydawało jej się co najmniej nietypowe – zawsze była zwolenniczką kotów ze względu na ich błyskotliwość i niezależną naturę, ale czuła, że tego kudłacza mogła z łatwością polubić. Wyglądał na dobrze wychowanego i inteligentnego zwierzaka, któremu lepiej było nie podpaść.

– Od kiedy masz psa? – poprawiła niezgrabnie włosy, siadając prosto – Dyrektor o nim wie?

– Myślisz, że chciałoby mi się użerać z jakimś kundlem? – westchnął przesadnie turkusowooki – Ten pchlarz nie jest mój, tylko Galli. Dostała go od dyrektora, żeby nie czuła się samotna w szpitalu. Wabi się Sargas i zostanie w Hogwarcie dopóki Gall nie poczuje się w pełni komfortowo. Jak na razie ma jeszcze drobne problemy z pamięcią, a obecność Sargasa ją uspokaja i pozwala zebrać myśli.

– Pies Tei… – dziewczyna powtórzyła mechanicznie. – Chętnie się nim zaopiekuję! Tea niedługo przyjdzie, prawda?

– Taa…musiała skoczyć na chwilę do dyrektora, nie powinna tam siedzieć nie wiadomo ile. Poprosiłabym chłopaków o zajęcie się pchlarzem, ale pomagają mi w przenoszeniu rzeczy, a Dafn poszła z Galli, w sumie cholera wie po co – warknął z rozbawieniem.

– Zostanę z nim, nie martw się – wyciągnęła ostrożnie dłoń w kierunku psa, który łagodnie podsunął pysk wprost pod jej rękę. – Hmm…Dragan?

– Co jest? – Luther wyprostował się, zamierzając jak najszybciej wrócić do swoich zajęć.

– To owczarek kaukaski?

– Nie do końca – westchnął cicho. – Sargas jest Nessarem, jednym z ostatnich przedstawicieli duchów opiekuńczo-obronnych, niegdyś często należących do liczących się rodów czarodziei czystej krwi. Nie wiem skąd Dumbledore go wytrzasnął, ale to bardzo rzadkie i wyjątkowo temperamentne stworzenie – odrobinę męczyło go powtarzanie tego samego, ale musiał to jakoś przełknąć. – Nessary słyną z inteligencji, lojalności, uporu oraz bezkompromisowego chronienia swego pana, którego same wybierają. Nie musisz się go bać, nie zrobi ci krzywdy. Rozpoznaje przyjaciół – pogładził łeb animaga, nie odmawiając sobie przyjemności ukradkowego pociągnięcia go za długą sierść

– Będę mogła przedstawić go Harry’emu i Ronowi? – jej oczy lśniły ekscytacją – Nie zdenerwuje się przez to?

– Kundel nie będzie nerwowy dopóki nie uzna, że Gall grozi niebezpieczeństwo. Wtedy lepiej się do niego nie zbliżać, ale poza takimi sytuacjami, Nessary są najspokojniejszymi pchlarzami na świecie. Wiszę ci przysługę, mała! – mrugnął do uczennicy – Gdybyś czegoś potrzebowała, wpadaj śmiało. Wiesz, gdzie mnie szukać.

Turkusowooki nie miał zamiaru czekać na reakcję młodej czarownicy, licząc na rychłe zajęcie się czymś dużo zabawniejszym. Pomachał dziewczynie z typową dla siebie niewymuszoną nonszalancją, po czym wyszedł z Wielkiej Sali, nie zamierzając jednak bezzwłocznie wracać do siebie – musiał wymknąć się na chwilę ze szkoły, żeby spotkać się z Killianem. Początkowo nawet planował zabrać ze sobą Syriusza, ale Iluzjonista śmiechem by go zabił – Killa nie sposób było zwieść tak tanimi trikami jak animagia, a własną sztuczkę ze zmianą wyglądu rozpoznałby z kilometra. Wciągnięcie w to Blacka wiązało się jeszcze z jedną niedogodnością, której wolał uniknąć. Nie w smak było mu tłumaczenie się przed tym czepliwym narkoleptykiem, na jaką cholerę ciągał za sobą najbardziej poszukiwanego zbiega w kraju, w dodatku ukrywając jego tożsamość w równie pożałowania godny sposób. Pamiętał doskonale reakcję dziadka na szalony plan odbicia więźnia i przewidywał, że Kill zareagowałby w znacznie ostrzejszy sposób, mając na uwadze jego obsesję na punkcie bezpieczeństwa jedynej siostry – to on najchętniej z grona Lordów udzielał jej cichego wsparcia. Widząc Granger w Wielkiej Sali postanowił zostawić z nią uciekiniera z dwóch powodów: dawał mu całkiem niezłą okazję do spędzenia czasu z bliską przyjaciółką Po Prostu Harry’ego i lepszego poznania towarzystwa, w jakim obracał się jego szczeniaczek od kilku lat; po drugie wcale nie był przekonany, czy tak szybki powrót Killiana był dobrą wróżbą, a w razie komplikacji wolałby uniknąć ciągnięcia za sobą czarodzieja z wyraźnymi symptomami stresu pourazowego. Blacky może i nie trzymał się jakoś tragicznie, ale z całą pewnością nie był jeszcze gotów na powrót w wir walki – prędzej całkiem by ześwirował, niż poczuł się lepiej z różdżką w dłoni. Uśmiechnął się sam do siebie. Bardzo dobrze znał konsekwencje długotrwałego przebywania na polu bitwy – sam skakał między kolejnymi walkami, nieczęsto dając sobie czas na solidny odpoczynek. W jego biznesie tak już było i wiedział w co się pakuje, znając realia. Syriusz najrozsądniejszym typem nie był, ale musiał sobie zdawać sprawę z jakimi możliwościami wiązało się zostanie w Wielkiej Sali i z tak mizernym wyzwaniem mógł sobie jakoś poradzić. Dragan nie pomylił się w ocenie sytuacji, czego można było się spodziewać. Chwilę po jego odejściu animag przecisnął się pod stołem i usiadł zaraz za dziewczyną z burzą niesfornych, gęstych włosów. Obserwował ją nienachalnie, starając się jej nie wystraszyć, ani nie zrazić do siebie. Hermiona Granger…sporo słyszał o niej od Vallerin i chciał mieć możliwość poznania dziewczynki osobiście – na co nie liczył aż tak szybko. Wedle słów Lady, jego obecna towarzyszka była głosem rozsądku, odciągającym Harry’ego od skrajnie niebezpiecznych wybryków. Wiedział o jej mugolskim pochodzeniu i problemach z jakimi się to wiązało, zwłaszcza w starciach ze Ślizgonami. Słyszał o kłótni na boisku, gdzie padło najobrzydliwsze z możliwych wyzwisk. Szlama. Nienawidził tego słowa. Za czasów szkolnych słyszał je nie raz, ale wciąż nie uodpornił się na jego ohydny, wyjątkowo podły wydźwięk. Dziś, tak samo jak przed laty, wzbudzało w nim przemożny gniew, który skłonny był rozładować siłowo. Tak wiele lat upłynęło, a nic się nie zmieniało… Wojna, którą przypłacił wszystkim, niczego nie nauczyła magicznego społeczeństwa. To bolało go najbardziej. Jego bliscy i przyjaciele zginęli na polu walki, a nic w tym cholernym świecie się nie zmieniło! Jakby zapomniano o ich ofierze. Z trudem opanował gorycz, skupiając się na rzeczywistości. Młoda czarownica zerkała na niego co jakiś czas kątem oka, zaciskając mocno wargi. Czytała kiedyś o Nessarach, ale pojęcia nie miała, jak powinna się nim zajmować, więc postanowiła użyć najprostszej metody i spróbować wkupić się w jego łaski. Sięgnęła do kieszeni sweterka, skąd wyjęła paczuszkę żelków – może i nie było to najodpowiedniejsze jedzenie dla psa, jednak w tym momencie nie dysponowała niczym innym. Dwoma palcami wygrzebała czerwonego misia o smaku truskawkowym, po czym nieśmiało wysunęła go na otwartej dłoni w stronę psa, który nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego.

– Ekhm…chcesz? – potrząsnęła lekko dłonią, chcąc zwrócić na siebie uwagę futrzaka.

Owczarek ani drgnął, wprawiając ją w konsternację. Kompletnie nie miała ręki do zwierząt…

– Nie przepadasz za słodkościami, co? – uśmiechnęła się do psa, który tylko przekręcił głowę – Nie jesz z ręki obcych? Ja nie jestem taka obca, wiesz? Twoja pani to moja przyjaciółka.

Zaśmiała się, gdy owczarek szczeknął, co odebrała jako potwierdzenie braku chęci przyjmowania jedzenia z rąk innych, niż Tei.

– Co ty? Z psem gadasz?

Wyprostowała się słysząc znajomy, lekko kpiący głos i poczerwieniała, widząc triumfalny, kąśliwy uśmieszek Rona. Naburmuszona odrzuciła włosy do tyłu. Oczywiście! Tych dwóch zawsze musiało się pojawić w najgorszym możliwym momencie! Mieli niebywały wręcz talent do wprawiania jej w zakłopotanie – czasem zastanawiała się, czy nie robili tego aby z pełną premedytacją.

– Próbuję się tylko z nim zaprzyjaźnić, Ronaldzie – fuknęła, nadymając policzki. – Widocznie jest bardziej wymagający od ciebie, obżartuchu.

– Skąd tu się wziął pies?

Harry, chcąc ukrócić nadchodzącą kłótnię, wyminął przyjaciela i usiadł obok Hermiony, wyraźnie zainteresowany nieoczekiwanym, czworonożnym kompanem. Serce Syriusza zbiło żwawiej, ściskane uciążliwymi, nerwowymi skurczami. Nareszcie…po tylu długich, ciężkich latach mógł zobaczyć chrześniaka z bliska. Wpatrywali się w rysy twarzy chłopca, chcąc porównać swoje wyobrażenia z rzeczywistością i poczuł przejmującą rozpacz, rozlewającą się po całym ciele. Harry wyglądał jak wierna kopia swojego staruszka za młodu…te same rysy, taki sam uśmiech, identycznie bezładne włosy…nawet łudząco podobnie wyglądał w okularach. Wykapany James, z jednym, drobnym wyjątkiem. Wprost na niego patrzyły zielone, roziskrzone oczy Lily. Krew przestała płynąć w jego żyłach, powodując zimne dreszcze. To przerażająco zdumiewające, jak bardzo kształt i kolor oczu dziecka przypominał oczy Evans. Przez spojrzenie tych szczególnych oczu w Blacku narodziła się niepowstrzymana fala wspomnień, tak silna, że fizycznie bolesna. Nie mógł tego znieść…nie mógł ścierpieć świadomości, że chrześniak patrzył na niego oczami ukochanej przyjaciółki – tej samej, której martwe ciało zobaczył na podłodze pewnej ponurej, październikowej nocy. Bezwiednie przysunął się do chłopca, mając złudną nadzieję, że dzięki temu zbliży się do bliskich, których stracił bezpowrotnie. Oszukiwał się, że będąc blisko niego…oni w jakiś magiczny sposób powrócą i znów będzie tak, jak dawniej. Położył łeb na kolanach Harry’ego, czując potworny wstręt do samego siebie.

– To pies Tei – Granger wyjaśniła rzeczowo. – Dragan poprosił, żebym się nim przez chwilę zaopiekowała. Chyba cię polubił.

– Myślisz? – zaśmiał się Potter, kładąc dłoń na karku owczarka.

Animagowi wcale się ten niepozorny gest nie spodobał. Miał nieodparte wrażenie, że palce chłopca z wolna wypalały dziurę w jego ciele. To przez niego ten dzieciak stracił rodziców…przez jego niewybaczalną głupotę nigdy nie poznał dwójki najwspanialszych ludzi, jakich dane mu było poznać. Przez jego samolubną decyzję nie pamiętał ich twarzy oraz głosów. Wcześniej nie mógł doczekać się spotkania z Harrym i był gotów zaryzykować wszystko, dla tej jednej chwili, ale teraz…teraz, gdy był tak blisko…myślał tylko i wyłącznie o ucieczce. Demony, z którymi nieudolnie mierzył się od lat, wróciły z pełną siłą, wzniecając chaotyczny zamęt w jego głowie. Szydercze, oskarżycielskie głosy splatały się w bezlitosną, dręczącą kakofonię, a wyraźnie słyszał jedynie dwa słowa: morderca i zdrajca. Tak! Był cholernym zdrajcą i mordercą! Jak miał spojrzeć w oczy tego dzieciaka – tak podobne do oczu Lily – i przyznać, że to on zabił jego rodziców? Jak miał mu wytłumaczyć, że kochał Potterów nad życie, a mimo to bezmyślnie skazał ich na pewną śmierć? Jak miał mu powiedzieć, że świadomie porzucił go dla pogoni za zdrajcą, pozwalając, by trafił do miejsca, które przez jedenaście lat zmuszony był nazywać domem? Jak miał powiedzieć temu niewinnemu chłopcu, że wolał zemstę od niego? To było zbyt wiele…Nieświadomie zaskomlał rozpaczliwie, zrozumiawszy, że nienawidził siebie dużo bardziej niż przypuszczał. Pozwolił na to wszystko…Stał, bezradnie patrząc na bezwładne ciała przyjaciół, których mógł uratować, gdyby nie był skończonym kretynem. Dopuścił do tego, by zawładnęła nim ślepa furia, nie zastanawiając się zupełnie nad losem osieroconego chłopczyka, kwilącego tuż obok niego. Pozostawił jego dalsze życie przypadkowi, żeby zaspokoić własne, bzdurne ambicje. Po raz kolejny zaczął żałować, że nie dołączył do Jamesa i Lily – gdzie było jego miejsce. On żył, podczas gdy oni zapłacili najwyższą cenę. Gdyby mógł ubłagałby samą śmierć, żeby to jego zabrała, w zamian za oszczędzenie Potterów, ale cóż mogła być warta jego marna, żałosna egzystencja? Potterowie byli młodą, kochającą się rodziną z planami na przyszłość, a on? On zawsze był beztroskim, nierozważnym głupcem, nie traktując niczego poważnie – nieposiadającym żadnego, konkretnego celu. Dlaczego? Dlaczego kapryśne, nieprzewidywalne fatum pozwoliło mu przetrwać, a ich ograbiło z marzeń i przyszłości?! To…to nie było sprawiedliwe! Jego nikt nie potrzebował, a Rogacz i Evans mieli synka. Zielonookiego chłopczyka przy którym powinni zostać, by patrzeć jak dorasta, zmieniając się w młodego mężczyznę. Szargany wzbierającym żalem poderwał się i pobiegł na oślep w stronę drzwi, z zamiarem zaszycia się w ciemnym kącie. Nie zważając na to, gdzie go łapy prowadziły w pełnym pędzie wpadł wprost w szeroko rozpostarte, drobne ramiona. Zaskoczony spojrzał przed siebie, próbując połapać się w sytuacji. Na podłodze siedziała Vallerin, którą musiał przewrócić w chwili zderzenia. Mimo skrajnie niewygodnej pozycji, obejmowała go nie mając zamiaru puścić. Przyklęknęła przed nim i przytuliła porcelanowy policzek do jego pyska.

– Jestem przy tobie – wyszeptała, zanurzając palce w jego sierści.

Nic więcej nie powiedziała. Nie musiała. Te trzy proste słowa skutecznie stłumiły chaos w jego głowie, niezawodnie rozświetlając gęstniejący mrok. Nie był już dłużej z tym wszystkim sam…zdobył rodzinę, która go akceptowała, wiedząc wszystko o jego słabościach oraz demonach, które w sobie zawzięcie tłamsił. Lady uśmiechnęła się do niego uspokajająco i wstała zgrabnie, nie odrywając rąk od jego sierści. Subtelnie wodziła palcami po jego głowie i karku, dając mu do zrozumienia, że nie zostawi go samego. Westchnął cicho. Mając Vallerin u boku, był gotów mierzyć się z każdym koszmarem. Drepcząc tuż przy niej, wrócił do stołu Gryffindoru i usiadł usłużnie, przypatrując się wybuchowi radości Gryfonów. Hermiona, bez mała przewracając ciężką ławę, obiegła pospiesznie stół, by móc rzucić się na płomiennowłosą. Ściskała z całych sił przyjaciółkę, prawie ją dusząc.

– Jesteś nareszcie! – spojrzała w lazurowe tęczówki.

– Obiecałam wam, że wrócę – panna Dumbledore zaśmiała się łagodnie. – Przepraszam, że musieliście tyle czekać.

– Nie przepraszaj, najważniejsze, że już jesteś – Granger spojrzała przez ramię na kolegów. – Co z wami? Może byście się przywitali?

Skarciła ich wzrokiem, jednak na niewiele się to zdało. Harry i Ron stali obok siebie jak zaklęci, z niemym szokiem wymalowanym na zdębiałych twarzach. Żaden z nich przez dłuższą chwilę nie kwapił się do przejawiania jakichkolwiek oznak życia.

– T-Tea? – jęknął Weasley, niepewnie wskazując na Ślizgonkę.

– We własnej osobie, Ron – ognistowłosa zmarszczyła pytająco brwi. – Coś nie tak?

– Ślicznie wyglądasz – wypalił Potter, nie do końca świadom tego, co mówił.

– Dziękuję – Lady uśmiechnęła się promiennie. – Pobyt w szpitalu dobrze mi zrobił, chociaż nie mogę powiedzieć, żeby był przyjemny. Gdzie się podział Dragan? Miał przypilnować Sargasa.

– Wpadł na chwilę do Sali i zapytał, czy mogłabym mieć go na oku – Granger wyjaśniła pospiesznie. – Nie powiedział gdzie idzie, ale coś tam wspominał o przenoszeniu rzeczy. Siadaj i opowiadaj, jak się czujesz!

Błękitnooka usiadła razem z koleżanką na ławce, wprawnie ukrywając zaniepokojenie pod szerokim uśmiechem. Luther nie zostawiłby Syriusza samego, żeby w spokoju poustawiać kilka gratów. Coś tu mocno nie pasowało…musiało wyskoczyć mu coś pilnego, skoro zdecydował się na taki krok. Odsuwając od siebie póki co wątpliwości, zaczęła opowiadać Gryfonom tę samą historię, którą wcześniej uraczyła swoich Ślizgońskich znajomych. Harry i Ron stopniowo otrząsali się ze zdziwienia, coraz częściej i chętniej włączając się do rozmowy. Trzeba było obiektywnie przyznać, że pozbierali się znacznie szybciej niż pozostali chłopcy – zapewne pod wpływem Hermiony, która nieprzerwanie zasypywała przyjaciółkę pytaniami. Uczennica miała w tym swój konkretny cel. Chciała między słowami wyczytać, czy Tea dyskutowała już z pozostałymi na temat napiętej atmosfery w szkole, ale nic na to nie wskazywało. Postanowiła póki co odpuścić sobie to drażliwe zagadnienie, martwiąc się, że mogłaby niechcący spowodować u koleżanki nadmierny dyskomfort, który z całą pewnością nie był jej potrzebny w obecnej sytuacji. Po prawdzie było jej również wstyd…opowiadając szczerze o wszystkim, musiałaby przyznać się do ich czynnego udziału w tak drastycznym pogorszeniu się stosunków na linii Gryffindor-Slytherin oraz jawnego wystąpienia przeciw staraniom panny Dumbledore. Przez jakiś czas Vallerin rozmawiała swobodnie ze znajomymi, wsłuchując się głównie w relacje z dni nauki, które ją ominęły. Nie miała nic przeciwko, jednak trzeba przyznać, że zwyczajnie słuchała tego samego po raz kolejny, jedynie z lekko zmienionej perspektywy. Ich luźną dysputę przerwało nieoczekiwane przybycie Ginny. Rudowłosa czarownica nieśmiało podeszła do nich, ku wyraźnemu niezadowoleniu zielonookiego oraz własnego brata. Atmosfera momentalnie zgęstniała, nabierając gorzkiego, przytłaczającego posmaku. Potter i Weasley nijak nie kryli się z niechęcią wobec młodszej dziewczyny, siedząc sztywno i posyłając jej ukradkowe spojrzenia. Dziewczynka, miętosząc palce, stanęła za Gallateą, zbierając całą odwagę przed rozpoczęciem rozmowy, na którą w gruncie rzeczy nie czuła się jeszcze gotowa. Zachowanie chłopaków niczego jej nie ułatwiało, ale nie spodziewała się innej reakcji.

– Emm…Gallateo… – zaczęła cichutko.

Lady nie pozwoliła jej dokończyć. Widziała co się dzieje i nie miała najmniejszego zamiaru pozwolić tej małej za długo mierzyć się wrogością osób, które powinny ją wspierać. Zerwała się pospiesznie i chwyciła obydwie dłonie młodszej koleżanki.

– Ginny! – uśmiechnęła się serdecznie – Chciałabym z tobą porozmawiać na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko.

– J-jasne – wymamrotała rudowłosa.

– Mogę zostawić wam Sargasa? – Dumbledore zwróciła się do przyjaciół, nie dając im czasu na wtrącenie się – Robi się trochę nerwowy, kiedy traci mnie z oczu na dłuższą chwilę, więc postaram się szybko wrócić.

– Nie ma problemu – Harry zaśmiał się zbyt nerwowo, by mogło to brzmieć naturalnie. – Chyba z nami wytrzyma.

– Dzięki! Chodźmy.

Płomiennowłosa niemalże wywlekła młodą Gryfonkę z Sali, obawiając się, że zwłoka mogłaby zniechęcić ją do rozmowy. Już jakiś czas temu zaczęła łączyć pewne fakty, a teraz miała doskonałą okazję do skonfrontowania domysłów z rzeczywistością i nie mogła przepuścić takiej okazji. Zaprowadziła pannę Weasley do jednej z licznych, niezbyt głębokich wnęk – grube mury zapewniały im jako taką prywatność, co powinno ułatwić kilka spraw. Oparła się plecami o kamienną ścianę i milczała przez kilka sekund, dając dziewczynce szansę na rozpoczęcie rozmowy z własnej woli. Ginny zaplotła niezdarnie ręce za plecami, po czym zaczęła nerwowo kołysać się na piętach. Wiedziała, że w końcu powinna pogadać z Teą, ale teraz…nie mogła się zdecydować od czego zacząć.

– Chciałabym cię przep…

– Nie musisz mnie przepraszać – błękitnooka wcięła jej się w słowo, widząc, że nie zmierzało to w kierunku, którego oczekiwała. – Lubisz Harry’ego, prawda?

Rudowłosa dosłownie skamieniała, wpatrując się tępo w Ślizgonkę szeroko otwartymi, nieruchomymi oczyma. Więc zauważyła…Palący rumieniec oblał jej twarz, przypominając o wstydzie, jaki poczuła tamtego dnia. Przerażająca suchość sparaliżowała jej usta.

– Skąd wiesz? – opuściła wzrok.

– Miałam sporo czasu, żeby o tym wszystkim pomyśleć. Słuchaj, Ginny – Lady usiadła na podłodze. – Lubię Harry’ego, to oczywiste, ale nie w taki sposób, jak ci się wydaje. Jest moim przyjacielem. Nikim więcej, nikim mniej. Wiesz, że mogłaś ze mną zwyczajnie porozmawiać? Chętnie bym cię wysłuchała.

Weasley oparła się o ścianę obok ognistowłosej i osunęła się powoli na podłogę. Nie doceniła przenikliwości koleżanki. Nie było już sensu niczego ukrywać, skoro i tak wiedziała.

– Wstydziłam się – przyznała, kryjąc twarz w ramionach wspartych na kolanach. – Wiesz…ty jesteś piękna, zabawna, miła i dobrze się uczysz… Nie mogę się z tobą równać…

– Bzdury opowiadasz! – Lady uniosła się bardziej, niż powinna – Jesteś śliczną dziewczyną z poczuciem humoru i wyrazistym charakterkiem. Ej, spójrz na mnie – uniosła delikatnie podbródek rozmówczyni. – Nie musisz czuć się od nikogo gorsza, ani z nikim się porównywać, naprawdę. Jesteś cudowna i nie pozwól nikomu wmówić ci czegokolwiek innego.

– Tak strasznie cię przepraszam, Tea! Nie panowałam nad sobą i powiedziałam ci tyle przykrych rzeczy. Przy wszystkich…

– Już mówiłam, że nie musisz przepraszać. Rozumiem. Musiałaś się strasznie poczuć, widząc, w jaki sposób rozmawiam z Harrym.

– Przeze mnie wylądowałaś w szpitalu – dziewczynka spojrzała na nią ze łzami w oczach.

– Bzdura. Choruję od dziecka, a to, że poczułam się gorzej po tej sytuacji to tylko niefortunny zbieg okoliczności. Byłam zmęczona. Bardzo, bardzo zmęczona…

Dziwny ton głosu Ślizgonki zaalarmował Ginny. Brzmiała jakoś tak…smutno i nietypowo – jakby przywoływała wyjątkowo nieprzyjemne wspomnienia, siłą wydobyte spośród setek im podobnych. Nie miała śmiałości o nic wypytywać. Wystarczająco dużo złego narobiła i pokutowała za to każdego dnia.

– Teraz czujesz się już lepiej? – z troską zerknęła w błękitne, urzekająco spokojne oczy.

– Znacznie! – zaśmiała się Dumbledore – Mojej choroby nie można całkiem wyleczyć, ale Dragan ściągnął specjalistę, który pomógł złagodzić jej skutki. Teraz jest już dobrze.

– Tego wysokiego mężczyznę o dziwnych oczach? – zainteresowała się dziewczynka.

– Dokładnie. Sammy może i wygląda… – urwała, szukając najlepszego określenia – nietypowo, ale jest niezawodnym fachowcem i przy okazji bardzo interesującym facetem. A ty, Ginny? – celowo porzuciła temat Samaela – Czujesz się już troszkę lepiej?

– Tak, dziękuję – rudowłosa wymamrotała bez przekonania.

– Słyszałam o tym, jak potraktował cię Draco.

Po raz kolejny panna Weasley znieruchomiała, zaskoczona słowami starszej koleżanki. Nie zamierzała się jej skarżyć, bo wierzyła, że zasłużyła na wszystko, co spotkało ją w ciągu ostatnich tygodni. Malfoy dręczył ją zawzięcie, razem ze swoją świtą, ale jakie miała prawo udawać, że nie wie o co im chodziło? Wszyscy słyszeli co powiedziała wtedy w Wielkiej Sali…wszyscy byli świadkami jej wybuchu, a z nikim nie mogła szczerze porozmawiać. Bała się, że Harry dowie się o jej zauroczeniu. Harry albo co gorsza jej bracia! Fred i George by jej żyć nie dali, a Ron pewnie śmiertelnie by się obraził – jedyna siostra podkochiwała się w jego najlepszym przyjacielu, zgroza! Z Hermioną gadać o tym nie chciała. Granger tylko nauka była w głowie i nie zrozumiałaby, jak się czuła, a w dodatku pewnie powiedziałaby Potterowi. Zwyczajnie czuła się opuszczona…sama jedna ze swoimi problemami.

– Porozmawiam z nim wieczorem – z zamyślenia wyrwał ją głos błękitnookiej. – Nie mogę obiecać, że cię przeprosi, bo duma mu na to nie pozwoli, ale nie będzie cię dłużej prześladował. Przepraszam za niego, zachował się wobec ciebie paskudnie.

– A ja paskudnie zachowałam się wobec ciebie – wykrztusiła Gryfonka. – Chyba jesteśmy kwita.

– Wcale nie – zaprotestowała twardo. – Draco bardzo przesadził i gdyby nie Blaise, ciągnąłby to w nieskończoność. Nikt nie powinien zachowywać się w taki sposób. Wbije mu to do tego pustego łba!

– Profesor Luther ci o wszystkim powiedział?

– Profesor – ognistowłosa roześmiała się mimowolnie. – Nigdy się do tego nie przyzwyczaję! Dragan mniej więcej poinformował mnie, co się działo w szkole, ale sam zdecydował, że nie będzie się wtrącał. Szanuje jego decyzję, chociaż mam ją mu odrobinę za złe. Mógł znacznie wcześniej wszystko to zakończyć.

– Nie powiesz nikomu? – rudowłosa spojrzała na nią błagalnie – No wiesz…o Harrym…

– Nie mam takiego zamiaru. O mnie możesz być w pełni spokojna, ale nie ręczę za inne dziewczęta! Harry wzbudza coraz większe zainteresowanie, chociaż póki co nie może się jeszcze równać z Draganem.

– Profesor Luther, został no… – dziewczynka zaplątała się we własnych myślach – no, profesorem! Uczennice chyba przestaną aż tak za nim biegać…to w końcu nauczyciel!

– Po tym co działo się z profesorem Lockhartem, nie byłabym taka pewna. Dragan jest od niego dużo młodszy, utalentowany, zabawny, a w dodatku dopiero po świętach tak na dobrą sprawę zostanie oficjalnie przedstawiony jako asystent profesora Snape’a.

– Już słyszę trzask łamanych serc.

Ginny westchnęła przeciągle, pozwalając sobie na naturalny, swobodny żart. Wsłuchiwała się w bardzo melodyjny, łagodny śmiech panny Dumbledore z rosnącym uśmiechem. Przez dziecinną, głupią złość wykrzyczała jej w twarz garść obelg, ale w gruncie rzeczy zawsze dobrze czuła się w towarzystwie Gallatei. Ta krótka, niezobowiązująca wymiana zdań przyniosła jej olbrzymią ulgę – codziennie zastanawiała się, jak powinna porozmawiać z Teą i jak ją przeprosić, żeby przyjęła słowa szczerej skruchy. Obawiała się, że pomimo koleżeńskich listów, błękitnooka wcale nie będzie tak skłonna do wybaczenia, jak miała nadzieję. Sama po takiej sytuacji długo chowałaby urazę i nie spieszyłaby się z okazaniem dobrej woli, zawierzając własnej dumie oraz silnemu poczuciu honoru. To nie tak, że uważała starszą koleżankę za pozbawiona podobnych cech! Gallatea najwidoczniej myślała w zupełnie inny sposób od niej…była na tyle miła, by nie żądać pompatycznych przeprosin i na tyle serdeczna, żeby porozmawiać z nią normalnie o Harrym. Nie naciskała w sprawie Pottera – zmuszając ją do niekomfortowych zwierzeń – ani nie drążyła nieprzyjemnie tematu, najzwyczajniej okazując zrozumienie oraz niewymuszone wsparcie. Czy tego właśnie spodziewała się po tej rozmowie? Z całą pewnością nie. Czy była miło zaskoczona? Jak najbardziej. Coraz wyraźniej dostrzegała, dlaczego jedni wprost odnosili się przyjacielsko do wnuczki dyrektora, a inni – choć naśmiewali się z niej po kątach – zgodnie lgnęli do niej, jak ćmy do źródła światła. Można było ją otwarcie lubić lub nie znosić, ale nie dało jej się nie szanować, pomimo tego, że sama nie zabiegała o to w widoczny sposób. Po prostu była i to w zupełności wystarczyło. Porozmawiały jeszcze przez kilkanaście minut, głównie o szkolnych sprawach, po czym razem wróciły do Wielkiej Sali. Tuż przed wejściem Lady objęła czarownicę ramieniem, chcąc dać do zrozumienia reszcie zgromadzonych, że się dogadały i nie było potrzeby ciągnięcia dalej tego całego cyrku. Drobny gest okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ pod ich nieobecność Sala wypełniła się pozostałymi uczniami, spędzającymi okres świąteczny w murach szkoły. Przy stole Hufflepuffu siedział już Ced, w towarzystwie rozgadanego Tony’ego, a Dafne i Blaise toczyli zażartą bitwę, ganiając się wokół stołu Slytherinu. Ognistowłosa wyraźnie poczuła ostre spojrzenie, uparcie utkwione w jej lewym policzku i nie musiała nawet patrzeć, żeby wiedzieć od kogo pochodziło – zawsze rozpoznałaby mieszankę zdumienia i obrzydzenia, z którą potrafił patrzeć jedynie Malfoy. Sądząc po tym, że Ginny szła z jej lewej strony, wywnioskowała, iż ów pogardliwe spojrzenie nie było przeznaczone dla niej, a właśnie rudej Gryfonki. Panna Weasley nie posiadała tak doskonale rozwiniętej umiejętności wyczuwania ulotnych niuansów, więc dała się zwabić szarym, zimnym tęczówkom i wbiła wzrok w podłogę, przygnieciona niewerbalną złością z nich bijącą. Dumbledore wprawnie pociągnęła uczennicę w stronę Trio z Gryffindoru, chcąc subtelnie odseparować ją od niezadowolonego, naburmuszonego arystokraty. Draco, pomimo starań, nie potrafił lub nawet nie zamierzał całkowicie sobie odpuścić – musiała z nim jak najszybciej porozmawiać, zanim plucie jadem na prawo i lewo wejdzie mu w nawyk. Póki co usiadła na swoim poprzednim miejscu, głaszcząc łeb Sargasa, który zerkał na nią niespokojnie. Jak na jeden dzień zafundowała i sobie i jemu już dość wrażeń, a końca jeszcze nie było widać.

                         Dafne siedziała na kanapie w Pokoju Wspólnym, nerwowo szurając stopami po podłodze. Wokół niej krążył Blaise, zdenerwowany do tego stopnia, że nie potrafił usiedzieć dłużej niż 5 minut na miejscu. Greengrass westchnęła cicho i położyła dłoń na grzbiecie Nessara, wygodnie rozłożonego na miękkim siedzisku kanapy, z łbem opartym o wyciągnięte łapy. Tea ponad pół godziny temu zamknęła się w swoim pokoju z Malfoy’em – wyprosiła pozostałych, chcąc porozmawiać w cztery oczy z krnąbrnym księciem Slytherinu, na temat jego skandalicznego zachowania. Ani ona, ani Zabini nie mieli dobrych przeczuć co do tej rozmowy… Rzecz jasna początkowo próbowali podsłuchiwać, ale grube mury skutecznie tłumiły wszelkie dźwięki – podczas nocnych posiadówek u Dumbledore okazywało się to zbawienne, jednak teraz frustrująco zgasiło ich nadzieję, na dowiedzenie się czegokolwiek. Zrezygnowani wrócili do Pokoju i postanowili cierpliwie zaczekać, co okazało się znacznie trudniejszym wyzwaniem, niż zakładali.

– Myślisz, że Malfoy przeżyje?

Blaise zatrzymał się tuż za plecami przyjaciółki, niespokojnie zerkając w stronę wąskiego, bocznego korytarzyka. W sumie nie wiedział na co liczył, ale gapienie się w przestrzeń wydawało mu się lepszą opcją, od nierobienia absolutnie niczego. Niewiele myśląc, chwycił długie włosy Dafne i zaczął zaplatać je w niechlujny, mało zgrabny warkocz, byleby czymś się zająć.

– Pojęcia nie mam – westchnęła blondynka. – Tea nie wyglądała na wściekłą, ale ona nigdy nie daje niczego po sobie poznać. Skoro Dragan go nie udusił, może jakoś przetrwa.

Żadne z nich nie mogło wiedzieć, że młody arystokrata właśnie przechodził przez katusze znacznie dotkliwsze, niż bycie duszonym przez nieobliczalnego brutala. Kiedy tylko stanął w progu Gallatei, poprosiła go sucho o zajęcie miejsca w fotelu i wypowiedziała jedynie jedno słowo – mów. Wykonując okrutnie jednoznacznie polecenie, właśnie kończył opowiadać o tym, co działo się podczas jej nieobecności. Niczego nie pomijał, ani nie łagodził, bowiem spodziewał się, że o wszystkim już wiedziała od Luthera oraz tej małej zdrajczyni krwi. Cholerna, bezczelna Weasley! Musiała pobiec na skargę i wypłakać się na ramieniu płomiennowłosej! Jedyne co mógł w takiej sytuacji zdziałać, to przedstawić minione wydarzenia ze swojej perspektywy, usiłując się nieco wybielić wyjaśnieniami, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej – później…już nic nie zależało od niego. Tea siedziała przerażająco sztywno, niezmordowanie patrząc mu w oczy tak intensywne, że mimowolnie zaczął zastanawiać się, czy czasem nie powinna częściej mrugać. Kiedy nareszcie skończył jeszcze przez, ciągnącą się niemiłosiernie, chwilę przypatrywała mu się w absolutnym milczeniu – czym go dobijała. Chciał, żeby na niego krzyknęła, albo dała mu prosto w twarz! Chciał, żeby wykrzyczała mu prosto w oczy, jak bardzo był żałosny! Mogła go obrażać, wyzywać, bić, kopać…wszystko było lepsze od tej nieznośnej, uciążliwej ciszy.

– Nie sądziłam, że tak się na tobie zawiodę – w końcu wyszeptała, pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu tonem.

Chłopak skamieniał, momentalnie tracąc wojownicze nastawienie oraz wszelką chęć do obrony swoich racji. Rozłożyła go na łopatki…ot tak, jednym zdaniem. Jej słowa były dla niego znacznie boleśniejsze od spoliczkowania, ponieważ od zawsze najbardziej obawiał się sprawienia zawodu osobie, na której mu zależało. Uderzyła wprost w najczulszą nutę i nie mógł wiedzieć, że zrobiła to z pełną premedytacją. Lady miała dość czasu, by poznać Draco Malfoy’a na tyle, by dokładnie wiedzieć, gdzie wymierzyć diabelnie skuteczny cios. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru na tym poprzestać, bo wątpiła, czy pojmie lekcję, jeśli mu jej dobitnie nie wytłumaczy. Odrętwiały szarooki tępo obserwował jak gospodyni wstaje i niespiesznie podchodzi ku niemu. Jeszcze tliła się w nim wątła nadzieja, że weźmie zamach i strzeli go w ten durny ryj, kończąc te katusze, ale zatrzymała się ledwie krok od jego fotela.

– Wykorzystanie mojej choroby jako wymówki do dręczenia Ginny, było ciosem poniżej pasa, panie Malfoy – spojrzała na niego z dosadnym, bezceremonialnym rozczarowaniem. – Przyjaźnimy się od kilku lat i sądziłam, że wiesz, jaki stosunek mam do gnębienia słabszych. Przymykałam oko na twoje złośliwości wobec innych, bo wiem, że taki masz już charakter, ale to… – odwróciła wzrok. – Powiedzieliśmy ci o mojej chorobie w zaufaniu, jak przyjacielowi, a ty chwilę po moim wyjeździe użyłeś tego jako powodu, do zmienienia życia tej dziewczyny w piekło. Świadomie wykorzystałeś sympatię, jaką darzą mnie niektórzy uczniowie, żeby ciągnąć tę swoją okrutną gierkę. Na miłość Merlina, Draco! – delikatnie uniosła głos. – Kłamałeś w żywe oczy, byleby nastawić przeciw niej większość szkoły. Wysłużyłeś się ludźmi, którzy się o mnie martwili…jak ostatni tchórz. Jest pan obrzydliwy, panie Malfoy. Proszę, żeby opuścił pan mój pokój.

– Tea… – tylko tyle był w stanie wykrztusić, zszokowany tym, co usłyszał.

– Tam są drzwi, które radzę panu zamknąć za sobą – nonszalanckim gestem wskazała mu wyjście.

Blondyn poczuł wzbierającą w nim falę gniewu i gwałtownie podniósł się z fotela. Był wściekły! Wściekły na nią, a jeszcze bardziej na samego siebie.

– Nie rozumiesz?! – krzyknął, dumnie unosząc głowę – Zapomniałaś już, jak potraktowała cię ta cholerna smarkula?! Nie powiesz mi, że nie zabolały cię jej słowa! Ulitujesz się nad nią, bo przyszła do ciebie się wypłakać?! Co z twoją dumą?! Rudzielec zasłużyła sobie na takie traktowanie, a ja tylko otworzyłem wszystkim oczy na to, jaka jest wredna!

Chwycił mocno ramiona przyjaciółki, chcąc nią zdrowo potrząsnąć. To co zrobił może i mogło zostać uznane za przegięcie, ale zrobił to dla niej… Z myślą o niej pokazał tej małej, wyniosłej zdrajczyni, gdzie jest jej miejsce! Gallatea…była w jego oczach przypadkiem beznadziejnym. Nie potrafiła samodzielnie zatroszczyć się o reputację godną Ślizgonki, przez tą skrajną wyrozumiałość oraz jakieś dziwne, wrodzone ciepło. Nie mógł pozwolić na to, by byle wyszczekana czarownica drugiej kategorii obrażała bezkarnie jedną z nich! Nie mógł pozwolić, żeby publicznie upokarzano Teę, która sama nie umiała się bronić. Był księciem Slytherinu i zamierzał robić co konieczne, w obronie swojej szkolnej rodziny. Niespodziewanie poczuł silny, promieniujący ból tuż nad prawym nadgarstkiem. Wokół jego ręki zaciskały się drobne palce błękitnookiej – ze zdumiewającą siłą, zdecydowanie nie pasującą do równie eterycznej kobiety.

– Czy kiedykolwiek prosiłam cię o ratunek, kretynie? – zrzuciła jego ręce ze swoich barków – Rzuciłam ci się na szyję, prosząc o obronę mojego dobrego imienia? Nie wycieraj sobie twarzy troską o moje dobre samopoczucie, bo najwidoczniej pojęcia nie masz, co mogłoby mnie uszczęśliwić – w lazurowych tęczówkach zamigotały ulotne ogniki. – Skoro rozumiesz, że pochopne słowa mogą ranić, to czemu tak chętnie łgałeś na temat Ginny i mojej choroby? W czym ty, książę Slytherinu, jesteś od niej w takim razie lepszy? Zachowałeś się podlej niż ona, a twierdzenie, że walczysz w ten sposób o moją dumę jest absurdalne. Łżesz, oszukujesz, wyśmiewasz, oskarżasz, prowokujesz, oczerniasz…takim facetem chcesz być? Kłamliwym, bezdusznym skurwielem bez krzty przyzwoitości, którego słowo nic nie znaczy? Nie takiego Draco Malfoy’a poznałam i nie z takim Draco Malfoy’em chcę przebywać – rzuciła twardo. – Zawsze widziałam w tobie zabawnego, uroczo aroganckiego, złośliwie szczerego chłopaka o wrażliwym sercu, ale teraz – westchnęła przeciągle – nie mam pojęcia na kogo patrzę. Jak ostatni tyran zostawiłeś za sobą przyjaciół, bo nie chcieli ślepo za tobą podążać i ośmielili się mieć inne zdanie. Zaciekle walczyłeś z Blaisem, bo śmiał jawne wystąpić przeciwko tobie i spróbować przemówić ci do rozsądku. Bardzo szybko odrzuciłeś tych, którym na tobie zależy, żeby otoczyć się stadkiem bezkrytycznych pomagierów. Pewnego dnia uznasz, że jestem gorsza od ciebie, bo nie jestem czystej krwi. Ode mnie też się odwrócisz, kiedy stanę na drodze twoim ambicjom.

Tego całkowicie się nie spodziewał. Stał oniemiały, nie mogąc zebrać myśli. Poczuł się, jakby Tea opisywała jego ojca, a on nie chciał być jego wierną kopią. Owszem, podziwiał Lucjusza i był w niego wpatrzony – jak każdy dzieciak w rodzica – ale czy chciał stać się po prostu jego młodszą wersją? Tego nie był pewny. Ostatnie słowa panny Dumbledore dotknęły go do żywego. Jak mogła pomyśleć, że byłby zdolny uznać ją za gorszą i odwrócić się od niej plecami? Byli Ślizgonami, do jasnej cholery! Byli rodziną, zjednoczoną pod emblematem domu węża. Pośród nich nie było lepszych i gorszych. Nigdy by jej nie zdradził…

– Nigdy bym się od ciebie nie odwrócił… – wymamrotał, przez ściśnięte gardło.

– Udowodnij – spojrzała na niego wyniośle. – Póki nie zobaczę w tobie dawnego Draco, nie śmiej mnie dotykać.

– Jak mam ci to udowodnić? – jęknął urażony tym, że żądała od niego jakichkolwiek dowodów.

– Kombinuj – zaśmiała się oschle. – W tym akurat jesteś mistrzem, nie uważasz? Dla dobra wszystkich nie będę cię całkowicie ignorować, ale zapomnij o moim zaufaniu. Na taki przywilej trzeba sobie zasłużyć – odsunęła się i zaplotła ręce na piersi. – Wyjdź, proszę.

– Te…

– Nie prowokuj mnie, Draco! – łagodne oczy zapłonęły nagłym, niepasującym żarem – Po prostu wyjdź.

Wkurzony, rozbity i urażony gwałtownie odwrócił się, po czym zniknął za drzwiami, tak jak tego chciała, ale nie potrafił od tak odejść. Oparł się plecami o ciemne drewno, gorączkowo myśląc co teraz. Co miał u lich zrobić, żeby ją do siebie przekonać? Odstawienie teatrzyku z przepraszaniem Weasley nie wchodziło w grę – Dumbledore nigdy nie uwierzyłaby w tak bzdurną deklaracją dobrej woli, a dodatkowo był przekonany, że przeprosiny nie przecisnęłyby mu się przez gardło. Westchnął ciężko. Tea w życiu nie pomyślałaby, że zrobił coś takiego, ponieważ szczerze żałował swoich czynów. Co więc miał zrobić, do cholery?! Ukrył twarz w dłoniach, starając się jako tako uspokoić, przed wejściem do Pokoju Wspólnego. Nie chciał rozmawiać z Blaisem i Dafne o tym co usłyszał, bo przeczuwał, że nie poklepaliby go ze współczuciem po pleckach, zapewniając, iż płomiennowłosej wkrótce przejdzie i wszystko wróci do normy. Z resztą…jak miałby przyznać się przed nimi otwarcie do błędu? To nie pasowało do niego ani trochę – on nie przepraszał i nie prosił o wybaczenie, nigdy. Wyprostował się ociężale, gdy jego głowę przeszyła jasna, klarowna myśl. Dragan. Luther był przerażająco bystrym facetem i powinien być w stanie doradzić mu, co powinien zrobić. Pytaniem pozostawało, czy proszenie go o wskazówkę było na pewno dobrym pomysłem. Pojęcia nie miał, jednak póki co nie posiadał lepszych opcji wyjścia z sytuacji. Wetknął dłonie głęboko w kieszenie spodni i ze zdeterminowaną, kamienną miną ruszył ku Pokojowi Wspólnemu. Przyjaciele natychmiast do niego podeszli, zadając masę gorączkowych pytań, na które nie miał najmniejszej ochoty odpowiadać. Olał ich zainteresowanie i wyszedł z dormitorium, gnając wprost ku gabinetowi turkusowookiego. Nie zwracał uwagi na nic, dopóki nie stanął przed ukrytym wejściem – dopiero teraz zaczęły szargać nim poważne wątpliwości, ale za późno było na odwrót. Czuł się całkowicie bezradny i szczerze wierzył w to, że tylko Luther będzie w stanie mu pomóc, choć ostatnimi czasy ich relacja była dość napięta. Mniej pewnie niż chciał zapukał, czekając nerwowo na odpowiedź, której nie usłyszał – przejście po prostu ustąpiło, zezwalając mu na wejście do środka. Niepewnie poruszał się po odnowionej klasie, starając się niczego nie dotykać, ani nie rozglądać się jak ostatni kretyn, chociaż to miejsce robiło piorunujące wrażenie – bez względu na to, ile razy się je oglądało. Dostrzegłszy światło, bijące spomiędzy uchylonych drzwi gabinetu, a futryny, powoli maszerował w tamtą stronę. Im był bliżej, tym intensywniej zastanawiał się, co tu robił i na co tak właściwie liczył. Zawahał się przed ostatecznym przekroczeniem progu.

– Właź, blondi – usłyszał władczy głos Dragana.

Niezbyt zachęcony popchnął drzwi i wszedł do, zaskakująco jasno oświetlonego, pomieszczenia. Gospodarz leżał na podłodze, z nogami wspartymi o podłokietnik kanapy i palił papierosa, wpatrując się w sufit. Zachowanie kruczowłosego powinno go zaskoczyć, jednak przywykł już do ekscentrycznych zagrywek kolegi. Wszyscy wiedzieli, że Dragan robił co chciał i nie miał najmniejszego zamiaru przed nikim się tłumaczyć. Choć uczniowie powinni obiektywnie mieć go za dziwaka, nie pozwalał im na to jego magnetycznie władczy charakter.

– Czego tak stoisz, arystokrato? – kruczowłosy parsknął, wypuszczając poszarpany kłęb dymu – Spodziewałem się, że przyjdziesz. Zaszczyć swoimi, wysoko urodzonymi, czterema literami któryś z foteli i gadaj co cię tu przywiało – zerknął na gościa kątem oka. – Nie marnuj mojego czasu.

Speszony chłopak wybrał fotel stojący najbliżej turkusowookiego i opadł nieporadnie na komfortowe siedzisko, po czym oparł łokcie sztywno na kolanach, niepewny od czego powinien zacząć. Czuł, że powinien porozmawiać z Lutherem, ale kompletnie nie wiedział, jak się za to zabrać. Przeciągająca się cisza zaczęła być męcząca, a kruczowłosy najwyraźniej nie miał zamiaru niczego mu ułatwiać, więc w końcu zebrał się na odwagę.

– Chciałbym cię o coś zapytać – wymamrotał cicho.

– Księżniczka cię dopadła, co blondasku? – żachnął się Luther i usiadł po turecku, opierając plecy o kanapę – Wyglądasz jak przerzuty i wypluty kawałek padliny, dzieciaku. Galli równo ci pojechała.

– Skąd wiesz? – Draco odwrócił wzrok, nie mogąc znieść tego diabelskiego turkusu.

– Przeczucie, doświadczenie, nie bycie skończonym kretynem…nazywaj to jak chcesz – gospodarz machnął lekceważąco ręką. – Streszczaj z czym ci wyjechała.

Malfoy westchnął i opowiedział starszemu koledze o wszystkim co wcześniej usłyszał. Początkowo planował nie wdawać się w zbyteczne szczegóły, jednak zmienił zdanie w trakcie mówienia. Jeżeli liczył na dobrą radę, nie powinien niczego zatajać, choć szczerze mówiąc wstydził się tego, co zaszło. Dragan wysłuchał go cierpliwie, a po tym jak skończył, turkusowooki gwizdnął z uznaniem i roześmiał się w przedziwny sposób – niby łagodny, a jednak jakiś taki…dogłębnie złośliwy. Nie miał pojęcia, jak powinien to interpretować lecz nic nie wskazywało na to, żeby mógł zwiastować cokolwiek dobrego.

– Była dla ciebie dużo bardziej wyrozumiała, niż przypuszczałem – radosny ton Kolekcjonera momentalnie spochmurniał, przybierając surowy ton – Słuchaj Malfoy, sprawa jest dziecinnie prosta, ale nie dziwnie się, że nie załapałeś, bo jesteś emocjonalnie upośledzony jakiś – uśmiechnął się kąśliwie. – W twoim mniemaniu ten cały cyrk z Weasley był po to, żeby się odegrać i bronić honoru przyjaciółki, która została publicznie upokorzona przez wyszczekaną smarkulę, zgadza się? – wskazał palcem na czarodzieja, który przytaknął – Co w tej przesiąkniętej idiotyzmami o wyższości krwi łepetynie podpowiedziało ci, że Galli mogłaby tego chcieć? Ta uparta baba od kiedy tu jest próbuje coś zmienić. Stara się zbliżyć do siebie domy, mając w dupie to, że wszyscy mają ją przez to za naiwną marzycielkę, całkowicie oderwaną od paskudnej rzeczywistości. Myślisz, że przejęła się tym co powiedziała o niej Weasley? Głupota – zaśmiał się gorzko. – Przejęła się tym dlaczego ta mała miałaby tak się czuć i dlaczego zdecydowała się dać upust jakimś niezdrowym emocjom. Galli nie obchodzi skutek, tylko przyczyna. Tak samo patrzy na odwieczne problemy między domami. Nie skutek w postaci bzdurnej wojenki, a powód, przez który domy w pewnym momencie wojnę zaczęły, utrwalając podziały w przeciągu wieków istnienia szkoły. Mogłaby zwalczyć ogień jeszcze większym ogniem i naskoczyć na Weasley, tylko pytanie po co? Co by jej to dało?

Kruczowłosy powtórnie wskazał palcem na Ślizgona, nie licząc na to, że rozmówca załapie. Draco naprawdę chciał pochwycić jego sposób rozumowania, ale prawda była taka, że niewiele z tego rozumiał i nie czuł się na siłach, żeby próbować wymyślić odpowiedź. Wolał spasować, niż upokorzyć się w jego oczach całkowitym brakiem zrozumienia sytuacji, w jakiej oni wszyscy się znajdowali.

– Nie wiem – przyznał z rezygnacją.

– Odpowiedź to nic – głos turkusowookiego stał się niepokojąco ponnury. – Wdałaby się w głupią kłótnię, zapewne z jeszcze głupszych powodów i zyskałaby na tym dosłownie nic. A teraz patrząc z perspektywy pozbywania się przyczyn. Gdyby wtedy nie zachorowała, zakładam, że próbowałaby porozmawiać z Ginny i wyjaśnić to całe zamieszanie. Co wtedy by zyskała? – wskazał na Malfoya, który wzruszył ramionami – Rozwiązanie, kretynie. Przez wzajemne atakowanie się konflikt jedynie by narastał, a to nikomu do szczęścia nie jest potrzebne. Wyjaśnienie przyczyny wyeliminowałoby całkowicie istnienie konfliktu i po problemie, rozumiesz? Nie reagowanie na infantylny, emocjonalny skutek, a szukanie przyczyn, matole. Ale wtedy do akcji wkraczasz ty! – w gabinecie rozległ się cyniczny chichot, wzbudzający dreszcze – Rycerz na białym koniu! Niestrudzony siewca sprawiedliwości! Dzielny wojownik stający w obronie czci i honoru damy, choć nikt go o to nie prosił! I co robisz, jak na amebę umysłową przystało? Wtykasz rozżarzony pręt w mrowisko bo tak jest zabawniej. Na początku mieliśmy tyci konflikcik, który najprawdopodobniej dałoby się rozwiązać w kilka minut, a ty mistrzowsko zmieniłeś go w falę gówna, która zalała całą szkołę. Dociera do ciebie chociaż połowa z tego co mówię?

Szare tęczówki rozpaliła iskra zrozumienia. Nareszcie zaczął łączyć ze sobą wątki, a im więcej rzeczy do siebie pasowało, tym paskudniejszy stawał się całokształt. Nigdy nie patrzył na to wszystko w taki sposób, bo czemu by miał? Był przywiązany do swojego domu i współbraci, nieszczególnie myśląc o całej reszcie. Zajmował się swoimi sprawami, okazjonalnie wdając się w wojenkę z Potterem i sądził, że inni podzielają jego podejście do szkolnego życia. Nie widział tego. Był ślepy na starania przyjaciółki, choć przecież w taki czy inny sposób sam był w nie wplątany. Zjebał to. Zawalił i to konkretnie.

– Zniszczyłem wszystko nad czym pracowała od ponad trzech lat – wykrztusił mało pewnie. – Przeze mnie wszyscy zapomną ile zrobiła dla ludzi z innych domów, bo jest ze Slytherinu. Zapomną, że zawsze starała się traktować wszystkich tak samo, bo jest Ślizgonką, a przecież my wszyscy jesteśmy tacy sami.

– Trochę dramatyzujesz, ale w gruncie rzeczy masz rację – odpalił kolejną fajkę, nieco zirytowany koniecznością tłumaczenia dzieciakowi najprostszych zależności w środowisku, które powinien znać znacznie lepiej od niego. – Fala gówna, którą uwolniłeś zaprowadziła nas na sam początek, a nawet gorzej bo jak na dupka przystało wciągnąłeś w ten syf wszystkie cztery domy. Za styl należą ci się oklaski! – rzucił gniewnie – Pomysł z wykorzystaniem choroby tej, która zabiegała o porozumienie jako broni, żeby rozwalić wszystko to wirtuozeria bycia skurwielem. Ona ci ufała, a ty wkręciłeś całą szkołę w szambo, wymyślając niestworzone banialuki na temat jej stanu zdrowia. Nawet ja nie jestem aż tak pojebany, a wierz mi, że na wiele mnie stać w imię osiągnięcia celu! Udało ci się mistrzowsko rozwalić od środka Gryffingor, napuszczając wszystkich na Weasley. Nawet zakładając, że nie wszyscy Gryfoni wierzą w te twoje bzdury, ziarenko niepewności zostało zasiane, a przewrotny los mocno ci sprzyjał, chłopczyku. Piękne w swej prostocie! – roześmiał się maniakalnie – Dziwię się, że Galli jeszcze chce z tobą gadać po tym jak wbiłeś jej nóż w plecy.

Malfoy ukrył twarz w dłoniach. Naprawdę był straszliwie tępy! Jak mógł zignorować to wszystko i od tak, po prostu zrujnować ciężką harówkę przyjaciółki, a w dodatku się z tym obnosić jak z wygraniem jakiejś szalonej batalii? Dał ponieść się chwili i zabrakło mu zdrowego rozsądku.

–Kurwa! – krzyknął, podrywając się z fotela.

– I czego się drzesz królewno? Zabini próbował ci o tym powiedzieć, a ty się na niego wypiąłeś i radośnie pobiegłeś ze swoją marną bandą przygłupów niszczyć to, co Galli mozolnie budowała. Nie możesz mieć do nikogo pretensji, blondasku.

– Mogłeś mnie powstrzymać… – jęknął z wątłą pretensją.

– I stracić to przezabawne widowisko? – Dragan roześmiał się sucho, przewracając oczami – Dla formalności przypominam, że chciałem przemówić ci do rozsądku, ale go nie masz, więc się nie udało. Nie jestem twoją cholerną niańką, Malfoy – turkusowe oczy błysnęły ostrzegawczo, by po chwili złagodnieć. – Lekcja życia, dzieciaku! Każde twoje działanie niesie za sobą konsekwencje, których tak do końca nie możesz przewidzieć. Jeśli zjebiesz, sam musisz wziąć odpowiedzialność za swoją głupotę, bo nikt inny tego za ciebie nie zrobi. Musisz w końcu przyjąć do wiadomości, że nie jesteś centrum pierdolonego wszechświata i nie każdy musi myśleć dokładnie tak, jak tego chcesz. Twoje widzimisię może krzywdzić ludzi, włączając w to tych, na których ci zależy. Najwyższa pora, żebyś opuścił swoją różową, cukierkową banieczkę w której byłeś alfą i omegą, bo zapewniam cię, że prawdziwe życie nie działa w taki sposób. Otaczają cię ludzie, na których twoje decyzje mają realny wpływ i których cholernie łatwo jest zranić. Zaufanie może prysnąć jak bańka mydlana, a odbudowanie go to katorżnicza harówa. Im szybciej pogodzisz się z tym, że nie każdy musi podzielać twoje poglądy i gusta, tym mniej rozczarowany będziesz brutalną rzeczywistością. Ludzie są bardzo różni i mają rozmaite spojrzenia na świat, co przyznaję jest całkiem pięknym zjawiskiem. Po to matka natura dała ci struny głosowe i jakąś tam namiastkę rozumu, żebyś nie musiał od razu wszystkiego niszczyć jak jakiś bezmyślny taran. Czasem naprawdę warto wysłuchać innych i zastanowić się, czy aby nie mają racji. Tylko tak możesz się rozwijać, zamiast stać się zgorzkniałym, żałosnym frustratem, szczelnie zamkniętym w swojej banieczce.

– Co teraz…

– Chętnie ci powiem, co teraz będzie. Slytherin potwierdzi miano bandy podstępnych, samolubnych, wyniosłych snobów niegodnych zaufania. Inne domy jeszcze chętniej będą w was widzieć intrygantów, zmierzających do celu po trupach. Gall natomiast stanie w samym środku syfu, który narobiłeś, starając się go uprzątnąć zanim stanie się nie do ruszenia – westchnął z rezygnacją. – Pierwszy krok już zrobiła gadając z Weasley, a jeśli dobrze oceniam co poniektórych, tym razem nie będzie musiała wszystkiego robić sama. Ced, Blaise, Granger i Dafn dobrze widzą to, na co ty jesteś ślepy i sądzę, że jej pomogą jak będą umieli. Ja nie będę się za mocno wtrącał, bo przestałem czynnie należeć do Slytherinu, a wcześniej i tak mało kto widział we mnie Ślizgona. Mogę oczywiście wykorzystać swoje umiejętności, żeby przymusić dzieciaki do współpracy, ale sam przyznasz, że dyktatura nie brzmi szczególnie zdrowo.

– Tea mówiła, że mam jej udowodnić, że znów jestem dawnym Draco – przyznał z ciężkim sercem. – Nie wiem jak to zrobić.

Luther spojrzał kpiąco na młodego czarodzieja i roześmiał się bezwzględnie. Przezabawne! Obok niego siedziała jedna z najżałośniejszych marionetek, jakimi miał wątpliwą przyjemność się wysługiwać – a miewał już do czynienia z żałośnie okropnymi przypadkami. Draco Malfoy niczego nie rozumiał…wciąż był tylko rozpieszczonym przez nadopiekuńczych rodziców dzieciakiem, podczas gdy jego najbliżsi przyjaciele powolutku dojrzewali, opuszczając swoje cukierkowe klatki. Nie widział lub nie chciał widzieć kim się stanie, jeśli nie zacznie świadomie podejmować decyzji, zamiast wiecznie kierować się emocjami oraz wygórowanymi, nieosiągalnymi ambicjami. Był słaby…tak cholernie słaby, że przestał dziwić się metodom Lucjusza. Próba zrobienia z rozpuszczonego, aroganckiego, infantylnego, niezaradnego paniczyka przyszłego lidera liczącego się rodu, musiała być frustrującą przeprawą, której końca nie było widać. Porażki w połączeniu z ciężkimi chwilami najskuteczniej kształtowały silne charaktery, a w przypadku arystokraty niewątpliwie musiało zabraknąć tego czynnika. Kochający rodzice chowali go pod kloszem, nie powalając, by samodzielnie musiał mierzyć się z przeciwnościami losu oraz finezyjnymi kłodami, jakie życie uwielbiało rzucać pod nogi – zamiast wymijać lub przeskakiwać przeszkody, uparcie się o nie przewracał, nieustannie oczekując, że ktoś przyjdzie mu z pomocą. Dragan zdecydował. Draco wykazywał pewien potencjał, który mógł rozkwitnąć, jeśli odpowiednio się im pokierowało, a jako, że i tak utknął w szkole, mógł sobie pozwolić na taką zabawę – ot dla zabicia czasu.

– Bo jesteś durny – westchnął z teatralnie znudzoną manierą. – Skoro Galli chce odzyskać przyjaciela, to może przestań na siłę zachowywać się jak arystokratyczny dupek i zacznij jak przyjaciel? – wstał i popchnął dzieciaka na fotel – Z jakiegoś powodu musiała cię polubić, chociaż pojęcia nie mam z jakiego. Pokaż jej, że pod tą żałosną maską nieudolnego skurwiela, cały czas ukrywa się dzieciak, którego poznała na początku szkoły. Masz coś, cokolwiek, co łączyłoby cię z Gall w wyjątkowy sposób? Coś, co przypomniałoby jej o samych początkach? To nie musi być nic wielkiego, wystarczy drobnostka, która dla was obydwojga ma sentymentalne znaczenie.

Blondyn zasępił się, szukając w pamięci czegoś, co mogło odpowiadać opisowi kruczowłosego. On i Tea byli dość blisko od początku nauki, ale zawsze towarzyszył im Blaise i sam nie był pewien, czy miał cokolwiek, co w specjalny sposób łączyłoby jego i wyłącznie jego z Dumbledore. Wspomnienia przemykały przez jego umysł z prędkością światła, a jemu coraz trudniej było znieść ich gorzkawy posmak. Płomiennowłosa zawsze była wobec niego w porządku, łagodząc wszelakiej maści konflikty, a on…on był zwykłym dupkiem. Zacisnął mocno wargi, próbując skupić się na tym co najważniejsze. W końcu pewna ulotna myśl rozbłysła jaśniej niż latarnia morska podczas sztormu.

– Moje oczy! – poderwał się, wrzeszcząc z entuzjazmem.

– Racja! Są paskudne – zakpił Dragan, rzucając na kolana ucznia nóż do otwierania listów. – Wyłup je i złóż Galli w ofierze!

– Nie o to mi chodziło – jęknął Malfoy, odkładając ostrze na siedzisko kanapy. – Na pierwszym roku Tea miała problemy ze snem bo dręczyły ją jakieś koszmary. Spotkałem ją raz w Pokoju Wspólnym, kiedy płakała. Powiedziała, że to przez moje oczy, bo przypominają jej o kimś, o kim dawno chciała zapomnieć. Umówiliśmy się wtedy, że jeśli będziemy mieć kłopoty ze spaniem to o 1 będziemy schodzić do Pokoju Wspólnego i będziemy czekać na pojawienie się drugiego z nas do 1:15. Całkiem zapomniałem o tej obietnicy!

Luther już szykował się do zażartowania z pomysłu, który w gruncie rzeczy koszmarny nie był, ale przeszkodziło mu bicie zegara, zawieszonego po prawej stronie kominka. Niechętnie zerknął na pozłacane, ażurowe wskazówki i zaklął w duchu – wybiła dwudziesta, a on musiał jak najszybciej opuścić szkołę, czekało go bowiem obiecujące i odrobinę przytłaczające spotkanie. Pospiesznie podszedł do swojego biurka, po czym ściągnął płaszcz z oparcia fotela i wrócił do, zdezorientowanego nagłym poruszeniem, uczniaka. Klepnął ramię arystokraty, bez krzty cieplejszych zamiarów – chciał się go tylko pozbyć.

– Plan niezły, pomyśl nad wykonaniem i pogadamy jutro.

– Gdzieś się wybierasz? – blondyn wstał z fotela, doskonale czując, że nie był dłużej mile widziany.

– Profesorskie bzdury, mój drogi uczniu – turkusowooki zaśmiał się i ponaglająco wskazał drzwi. – Mógłbyś?

– Jasne – speszył się blondyn. – Dzięki za rozmowę.

– Jak tam chcesz – gospodarz rzucił bezbarwnie. – Ruszże się!

Kruczowłosy przewrócił oczami i odprowadził swego gościa do drzwi, niemalże wlekąc go za ramię. Pożegnał go zdawkowym skinieniem, ni to przyjacielskim ni oficjalnym, po czym niemalże biegnąc wpadł w plątaninę korytarzy. Musiał się spieszyć bo nie był pewien jak długo uda się Ravenowi panować nad wzburzonymi nastrojami w Indrahill – jego ukochani bracia najpewniej źle znieśli rozkaz, zmieniający ich plany na tę noc, a swoje niezadowolenie zwykli okazywać w niebywale dosadny sposób. O byłego Łowcę nie miał co się martwić, ponieważ zaskakująco łatwo przychodziło mu opanowanie poddenerwowanych bękartów, które otaczały tego człowieka czymś, na kształt naturalnego szacunku. Ogary były w tej chwili najmniejszym problemem. Wcześniej nie udało mu się spotkać z Killianem, bo Lord podjął dalece ryzykowne działania, które przeciągnęły się w czasie. Dragan sam już czasem nie wiedział, czy Kill był do tego stopnia bezkonkurencyjnym graczem, czy zwykłym debilem, któremu dopisywało szczęście, ale obecnie nie miało to znaczenia – liczyły się jedynie informacje, które mógł pozyskać. Luther, korzystając z dobrodziejstwa swojego wielowiekowego doświadczenia w wymykaniu się, opuścił Hogwart bez wpadnięcia przypadkowo na jakąkolwiek ciekawską parę oczu. Natychmiast skierował się ku ścieżce prowadzącej do Hogsmeade, pokonując trasę znacznie szybciej niż zakładał, dzięki adrenalinie, która szaleńczym tempem gnała w jego żyłach. Wpadł do pubu Pod Trzema Miotłami, nie koniecznie wiedząc, czemu upierdliwy narkoleptyk miałby wybrać ten akurat przybytek na miejsce spotkania. Przystanął, czujnym spojrzeniem przeczesując wnętrze w poszukiwaniu swego dawnego mistrza i westchnął z rezygnacją, dostrzegając go dokładnie tam, gdzie się spodziewał. Kill siedział przy barze, niestrudzenie zagadując Madame Rosmertę, bynajmniej nie zdradzającą żadnych oznak niezadowolenia tym stanem rzeczy – która kobieta pogardziłaby towarzystwem równie urokliwego, wygadanego mężczyzny? Luther przewrócił oczami. Killian mógł bez trudu sprawić, by postrzegano go jako człowieka o dobrotliwym, łagodnym charakterze i radosnym usposobieniu, kryjąc za tą przekonującą fasadą swoje prawdziwe oblicze przebiegłego, wyrachowanego intryganta, w którym pozostało tak mało wiary w człowieczeństwo ile tylko mogło. Lord, mimo pozorów jakie umiejętnie sprawiał, w gruncie rzeczy nienawidził ludzi i niespecjalnie się z tym ukrywał, wprawnie przeplatając szyderstwa z wyszukanymi komplementami. Kill od zawsze był dla kruczowłosego niedościgłym wzorem do naśladowania, przez swoje opanowanie i niestrudzoną pozę zawsze czujnego gracza, świadomego zasad toczonej gry. Nie zawracając sobie głowy zorientowaniem się w reszcie bywalców pubu, podszedł do Phoenix’a i zajął miejsce tuż obok niego, z rozmysłem przerywając jego swobodną rozmowę z właścicielką. Miał ochotę się wzdrygnąć, gdy przeszył go niewzruszony, lodowaty błękit, ale nie mógł sobie pozwolić na okazanie słabości – nie przed tym facetem.

– Wzywałeś? – uśmiechnął się kąśliwie, zerkając na towarzysza.

– Durne pytanie – Lord zaśmiał się jowialnie. – Rosmerto, czy mógłbym cię prosić o podanie tego samego dla mojego gościa?

– Pewnie, skarbie! – mrugnęła uradowana kobieta – Zaraz wracam, niech pan się rozgości, profesorze Luther.

– Profesorze? – Kill nie hamował salwy śmiechu – Cóż za zmiana, drogi kuzynie!

– Mówiłem, że dostałem pracę – Dragan wzruszył ramionami, nie wiedząc dokąd to wszystko zmierzało.

– Racja, racja! – błękitnooki klepnął jego plecy na tyle mocno, by nie można było tego uznać za przesadnie przyjacielski gest – Ros, zawołasz jak zamówienie będzie gotowe? Chętnie pogadalibyśmy o starych czasach gdzieś na uboczu!

– Nie martw się, przyniosę! Jeśli chcesz możecie zająć stolik na półpiętrze, tam zazwyczaj siadają profesorowie.

Właścicielka wskazała na wąskie schody, ukryte przy wejściu za bar, prowadzące na niewielką antresolę, odsłoniętą atrapą drewnianej ściany przed wzrokiem pozostałych gości pubu. Kill zsunął się elegancko ze swojego krzesła i ujął dłoń kobiety, składając na niej subtelny pocałunek, ku jej uciesze.

– Życie nam ratujesz, Ros! Dziękuję za użyczenie miejsca.

– Nie ma problemu, skarbie – zaśmiała się perliście. – Gdybyście czegoś potrzebowali, stoję cały czas za barem.

– Będę pamiętał.

Phoenix posłał uczynnej niewieście zalotne oczko, po czym udał się w kierunku schodów, nie czekając na swego gościa. Rozdrażniony, beztroską Killiana, Dragan niechętnie powlókł się za nim, ciekaw czemu zawdzięczał tak odpychające przedstawienie. Ramię w ramię dotarli na antresolę i rozsiedli się wygodnie przy wąskim stoliku, zdolnym pomieścić do dziesięciu osób. Ta miejscówka znacznie obiegała standardem od reszty pubu – była wyjątkowo zadbana i pieczołowicie oświetlona za pomocą świec, zatkniętych w posrebrzanych świecznikach. Luther usiadł po prawej stronie Lorda, jak było nakazane obyczajem podczas oficjalnych spotkań. W milczeniu zaczekali aż właścicielka przyniesie zamówioną porcję alkoholu – którym okazało się whisky – oraz zmatowiałą popielniczkę, niegdyś zapewne iskrzącą nieskalanym kryształem. Turkusowooki automatycznie sięgnął po papierośnicę i rzucił ją na blat stołu, z niemym rozbawieniem obserwując, jak Phoenix ochoczo poczęstował się tym wątpliwej jakości produktem – Kill nauczył się palić stosunkowo niedawno i nie sięgał po tytoń, jeśli nie wymagała tego szczególna sytuacja. Przez dłuższą chwilę nie odzywali się do siebie, paląc powoli ku uspokojeniu myśli.

– Miałeś rację – wymruczał Lord, wypuszczając powoli obłok gryzącego dymu spomiędzy zaciśniętych zębów.

– Wykonał ruch? – Luther opalił kolejną fajkę, korzystając z ukochanej zapalniczki.

Phoenix zaśmiał się sucho. To co zobaczył…nie mógł już mieć żadnych wątpliwości, choć z całego serca ich pragnął. Szczerze mówiąc, początkowo nie chciało mu się wierzyć w przeczucia Dragana, jednak jego uciążliwa zdolność imponująco bezbłędnej oceny sytuacji znów dała o sobie znać. Nawet on musiał zaakceptować fakt, że szalony Luther niebywale rzadko się mylił.

– Niestety, smarkaczu – westchnął cicho. – Moim skromnym zdaniem zbiera armię, którą tworzą najbardziej spaczone jednostki, jakie był w stanie znaleźć i zmanipulować. Wykazałbym się łatwowiernością, gdybym nie dopuszczał nieuchronności wybuchu wojny, na którą prawdopodobnie nie jesteśmy gotowi. Jeśli sprawdzą się nasze najgorsze prognozy, w przeciągu czterech może pięciu lat, świat pochłonie batalia jakiej nie widziano od wieków.

– Tkwimy po uszy w szambie – Kolekcjoner zaśmiał się ponuro.

– Powiedziałbym raczej, że szambo wybiło na metr ponad nasze głowy – zakpił Lord, sięgając po szklankę alkoholu. – Jak wpadłeś na to, że coś się dzieje?

– Korzystając z twoich nauk, mistrzu – zakpił kruczowłosy, po czym jednym łykiem pochłonął whisky. – Zauważyłem drobne zmiany w półświatku i postanowiłem wybadać co się dzieje. Z roku na rok coraz bardziej wzmaga się aktywność czarnoksiężników, ale nikt nie ma pojęcia po co się jednoczą, ani co takiego wspólnie robią. Po prostu pojawiają się, żeby kupić mocno podejrzany szajs i znikają bez śladu na miesiące. Wyśledziłem jakie przedmioty ich interesują i przyznaję, że ich zakupy nie mają najmniejszego sensu…o ile nie tworzą powoli czegoś wielkiego. Co teraz?

– Ty mi powiedz, strategu – żachnął się Kill. – Byliśmy świadomi zagrożenia od lat. Ufam, że podjąłeś stosowne środki i wykonałeś swoją część planu awaryjnego.

– Owszem, ale brakuje mi jeszcze jednego elementu. Będziesz w stanie pojawić się dziś o 22 w centrum Zakazanego Lasu?

Pytanie turkusowookiego szaleńca natychmiastowo rozpaliło czerwoną lampkę w świadomości Killiana. Dobrze wiedział do czego to wszystko zmierza i wcale mu się to nie podobało, ale w obecnej sytuacji nie miał większego wyboru – musiał zaufać dawnemu podopiecznemu, choć wszystko podpowiadało mu, że nie powinien tego robić. Dawno już stracił chociażby pozory kontroli nad Draganem, czego wcale nie żałował. Dzieciak działał dużo skuteczniej w pojedynkę, a jego zadaniem było go wspierać swą wiedzą oraz doświadczeniem. Król Indrahill z łatwością mógł podejmować działania, które dla niego samego były nieosiągalne przez status, który posiadał – nad Lutherem nie wisiały nieustannie w niego wpatrzone, błękitne oczy pozostałych Lordów. W sumie to wisiały, ale wieki temu nauczył się skutecznie znikać z ich pola widzenia i funkcjonować poza wszelkim nadzorem. Niejednokrotnie Lordowie Phoenix w taki, czy inny sposób próbowali kontrolować niesfornego mieszańca, jednak nigdy nie kończyło się to tak, jak zakładali – turkusowooki najczęściej wodził ich za nos i w odpowiednim momencie obracał ich knowania przeciw nim. Uśmiechnął się sam do siebie. Dragan stał się istnym wirtuozem grania im na nerwach, a on wiele lat temu przyłożył do tego rękę.

– Pojawię się, skoro tego ode mnie oczekujesz, ale powiedz mi jedno – urwał, odstawiając puste naczynko – czy chodzi o to, o czym myślę?

– Pakt Trzech – stanowczo odpowiedział Luther, potwierdzając domysły Killa.

– Mam nadzieję, że wiesz co robisz – westchnął zrezygnowany. – Nie mam najmniejszej ochoty na spotkanie z nim, o ile nie jest to bezwzględnie konieczne.

– A czy ja kiedykolwiek wiedziałem, co robię? – Kolekcjoner zaśmiał się szaleńczo. – To jedyne wyjście, jeśli mamy przetrwać. Przeciwnik z dnia na dzień rośnie w siłę. Jeżeli mamy przygotować się do starcia na czas, muszę dysponować pełną siłą. Zwłoka może kosztować nas zdecydowanie zbyt wiele.

– Konsekwencje…

– Nie truj mi o konsekwencjach – kruczowłosy twardo przerwał rozmówcy. – Jestem ich znacznie bardziej świadom, niż ty, Kill.

Posiedzieli przy kurtuazyjnym kielichu znacznie dłużej, niż protokół dyplomatyczny przewidywał, omawiając szczegóły dalszych działań, unikając wymuszonych grzeczności, które w ich przypadku nigdy nie działały za dobrze. Znali się zbyt długo, by polegać na wypracowanych, efekciarskich lecz mało efektywnych uprzejmościach – obywaj byli mężczyznami czynu, a nie słowa. Z baru wyszli o 21:30 rozstając się chwilowo tak jak się spotkali, bez zbędnych wzniosłości czy innych pozbawionych znaczenia pierdół – po prostu wyszli i każdy z nich poszedł w swoją stronę tuż za progiem. Obydwaj zajęci byli myśleniem o własnych powinnościach oraz niezbędnych przygotowaniach przed spotkaniem, które miało mieć miejsce za ledwie kilka chwil. Dragan, nie koniecznie spiesząc się do centrum Lasu, wyciągnął kolejnego papierosa i oparł się plecami o ścianę pubu, patrząc w częściowo zasnute chmurami, rozgwieżdżone niebo. Doskonała noc na realizację doskonałego planu. Podjął najprawdopodobniej jedną z najniebezpieczniejszych i najbardziej autodestrukcyjnych decyzji w swoim życiu, jednak zrobił to z niemalże euforią. Los dał mu jedyną w swoim rodzaju okazję, żeby wykorzystać wszystko, czego nauczył się przez lata ciężkich prób – wymarzony pretekst do uwolnienia pełnego potencjału tkwiącej w nim bestii. Czy był gotów na pokazanie światu swego najprawdziwszego oblicza, uśpionego od stuleci – za chuja nie! Czy miał inne wyjście? Tym bardziej nie. Rzucił do połowy wypalonego papierosa na ziemię i docisnął go mocno butem, wgniatając uspokajający żar w rozmokłą ziemię. Otulił się mocniej płaszczem, schował dłonie w obszernych kieszeniach i wyszedł z wioski, kierując się ku ścianie Lasu. Wszedł w jego niegościnne progi powoli, delektując się mrokiem oraz otaczającą go aurą nieprzystępności – doskonała noc, doskonałe miejsce, doskonały plan. Do celu dotarł bez większych przeszkód, ponieważ zamieszkujące Las kreatury pierzchały przed nim, wyczuwając olbrzymią, nieujarzmioną potęgę wygłodzonej bestii. Sytuacja zmieniła się, gdy siedział już spokojnie na kamieniu, wyczekując przybycia Lorda Phoenix. Z nieprzebranej gęstwiny lasu ruszyła na niego niewielka grupka centaurów, rozwścieczonych obecnością człowieka w miejscu, które uważały za swoje nienaruszalne terytorium. Stworzenia szybko pożałowały nieprzemyślanej szarży…Dragan gołymi rękoma skręcił kark najpotężniejszemu z nich, a odebraną ofierze włócznią, poważnie ranił trzech kolejnych.

– Jeśli odejdziecie, nie będę was ścigał – warknął, ciskając włócznią w pień drzewa, tuż obok głowy jednego z centaurów.

Stworzenia po chwili walki z samymi sobą, wycofały się zabierając rannych. Kruczowłosy uśmiechnął się pod nosem. Nie miał dziś najmniejszej ochoty na poboczne rozrywki, a polowania na centaury nie mógł uznać za coś na tyle zabawnego, żeby zmienić zdanie. Zawlókł ciało pokonanego centaura w pobliże kamienia, całkiem ciesząc się z takiego prezentu powitalnego.

– Zaczynasz mnie wkurwiać, palancie – roześmiał się słysząc podniesiony, zrezygnowany głos. – Ile razy mam ci powtarzać, że nie potrzebuję więcej roboty?

Tuż obok niego usiadł Samael, wpatrując się w bezwładne zwłoki walecznego stworzenia bez cienia zainteresowania. Centaury tak jak ludzie posiadały duszę, więc dla niego były ludziom równe, choć same siebie wolały postrzegać jako Magiczne Stworzenia. W sumie było wszystko jedno jaka nomenklatura je uszczęśliwiała– dusza to dusza, musiał wypełnić swój odwieczny obowiązek. Kruczowłosy zwlekał z rozpoczęciem rozmowy, przypatrując się pierzastemu. Najwyraźniej potraktował wezwanie poważnie, ponieważ miał na sobie tą swoją osobliwą zbroję, a jego ramiona osłaniał ciężki płaszcz z futrzanym, gęstym kołnierzem spiętym klamrą w kształcie ludzkiej czaszki. Lata temu młodziutki Luther zakochał się w stylu Anioła Śmierci, pragnąć reprezentować sobą taką samą – nieco makabryczną – klasę, ale upływ czasu nie pozwolił mu nacieszyć się tym dostatecznie długo. Czasy się zmieniały, a wraz z nimi panująca moda. Nie mógł sobie pozwolić na przywilej rzucania się non stop w oczy, więc z bólem serca musiał porzucić noszenie wymyślnych zbrój na rzecz bardziej…uniwersalnych, codziennych ciuchów. Jego strój Kolekcjonera był ostatnim wyrazem tęsknoty za minionymi czasami, dlatego nie zmieniał projektu od lat, czując się w nim znacznie lepiej niż we własnej skórze. Z nostalgicznym uśmiechem spojrzał w nocne niebo. Dziś to wszystko minie…dziś przestanie być wyłącznie Kolekcjonerem…

– Wkurwię cię dopiero za chwilę, Sammy – zarzucił ramię na barki przyjaciela.

Ton Luthera zaniepokoił Samaela. Zawsze nabierał podejrzeń, gdy Dragan mówił z cieniem ulotnej melancholii, nigdy bowiem nie prowadziło to do niczego dobrego. Ten skurwiel był całkowicie nieobliczalny w swoich porąbanych pomysłach, a umiejętność wczesnego wykrywania mglistych ich sygnałów, dawała możliwość przygotowania się na wybuch szaleństwa. Strząsnął rękę turkusowookiego ze swoich ramion, zastanawiając się usilnie o co mogło mu tym razem chodzić, bo nie zapowiadało się na nic, chociażby umiarkowanie, pojebanego.

– Po cholerę mnie wezwałeś? – warknął nieprzyjemnie – Myślisz, że mi się nudzi?

– Nie, bracie…myślę, że za chwilę mnie udusisz.

Zanim Anioł zdążył się odezwać usłyszał mało wyrafinowane powitanie, padające z ust debila, którego miał nadzieję nie spotkać przez najbliższe kilkadziesiąt lat.

– Upadłe ścierwo! Nic dziwnego, że smród ciągnie się na kilometr.

Sammy spojrzał z rozbawieniem na Dragana, po czym wstali jednocześnie, zwracając się twarzami ku Killianowi, który pojawił się punkt 22 w odległości kilku kroków od kamienia. Lord w chwili obecnej mierzył Anioła Śmierci prześmiewczym spojrzeniem, najwidoczniej szykując się mentalnie do starcia, którego nie sposób było uniknąć. Perłowooki uśmiechnął się złośliwie, rozpościerając ramiona w ironicznym geście serdeczności.

– No proszę! Czyżby objawił się najbardziej wyszczekany dureń z całej bandy żałosnych prostaków? Mówić tak brzydko do samej Śmierci? – uniósł brew w geście zgryźliwego rozbawienia – Dorobiłeś się w końcu jaj czy pożyczyłeś je od Vallerin, ty komiczna podróbo mężczyzny? – roześmiał się makiawelicznie.

– Zobaczysz, jeszcze cię kiedyś ukatrupię – westchnął Lord, podchodząc do pozostałych.

– Chyba się przesłyszałem, Killciu. Sądzisz, że możesz zabić Śmierć? Uderzyłeś się ostatnio w ten pusty łeb, kwiatuszku? – kpiący, nieco zachrypły śmiech przybrał na sile, przecinając ciszę Lasu. – Dla mnie niczym nie różnisz się od piachu, po którym tak uparcie depczesz. Jesteś tak samo słaby, upierdliwy i bezwartościowy, Kiciu.

– Jak ja cię nienawidzę, wyrzutku – warknął Kill, zaciskając mocno pięści.

– Oya, oya! Chcesz się bić, przybłędo? – Sammy odpowiedział takim samym tonem, po czym pochylił się do ucha Lorda – Też cię nie nienawidzę, cholerny upierdliwcu, chociaż z bliska wyglądasz apetycznie.

Nim Phoenix albo Luther zdążyli zareagować, Samael zatopił zęby w obojczyku błękitnookiego i wyprostował się gwałtownie, wyrywając kawałek jego skóry. Anioł Śmierci uśmiechnął się diaboliczne, przeżuwając przez chwilę swą makabryczną zdobycz, po czym wypluł ją z odrazą. Perłowe oczy lśniły w nocnym mroku z dziką satysfakcją, jaką nieczęsto można było zobaczyć. Dragan mimowolnie wzdrygnął się, patrząc na krew, ściekającą z twarzy jego przyjaciela. Kochał Samaela jak brata, przez co czasem zapominał, jak przerażający i bezlitosny potrafił być. W obliczu gniewu samej śmierci wszyscy musieli ugiąć kolano.

– Jednak jesteś całkiem obrzydliwy – Anioł przejechał palcami po ociekających krwią wargach. – Nie nadajesz się nawet na karmę dla robali.

Wytrącony z równowagi Kill w mgnieniu oka wymierzył zabójczo precyzyjny cios wprost w nos swojego oponenta, ale Sammy zatrzymał go bez trudu. Potężnym szarpnięciem przyciągnął do siebie Lorda i boleśnie wyciągnął jego ramię, wyrywając je ze stawu. Przysunął nadgarstek błękitnookiego do swoich ust i naciął jego skórę przerośniętymi, ostrymi niczym brzytwy kłami, po czym zimnym językiem zlizał spływającą krew.

– Tak jak myślałem – wymruczał, składając przelotny pocałunek na przegubie mężczyzny. – Parszywie bezużyteczna kupa zepsutego mięsa.

Niespotykanie okrutny błysk srebrzystych oczu wytrącił Kolekcjonera ze stagnacji. Pamiętał podobną rozmowę, kilkadziesiąt lat temu, gdy Kill przesadził z prowokowaniem Samaela i w efekcie skończył pozbawiony obydwu rąk. Anioł Śmierci zwyczajnie oderwał je od tułowia Lorda, zostawiając go okaleczonym, aż do kolejnego odrodzenia. To nie był pierwszy i najpewniej nie ostatni raz, gdy Phoenix’owie poważnie zaszli za skórę śmierci i ponosili tego krwawe konsekwencje. Białowłosy doskonale pamiętał, jaką krzywdę tych czterech buców wyrządziło swojej siostrze i był w pełni gotów wyładować na nich frustrację, w najbardziej bestialski sposób, jaki przyszedł mu do głowy. Turkusowooki westchnął cicho. To nie był odpowiedni moment, na takie przyjemności.

– Sammy, weź mu odpuść – wytrącił rękę Phoenix’a z uścisku upadłego.

– Wielki Lord Killian Phoenix musi chować się za plecami Luthera? – srebrnooki zachichotał drwiąco – Uwłaczające, co?

Anioł mrugnął z przekąsem w stronę Killa, rozpalając w nim przemożną iskrę wściekłości. Nienawidził tego przeklętego, obłudnego dupka! Ich relacje od stuleci były mocno napięte, nic więc dziwnego, że dzisiejsze spotkanie nie odbiegało od tej uświęconej tradycją normy. Za każdym razem ich rozmowy szybko przemieniały się w istny festiwal wzajemnej pogardy i musiał z ubolewaniem przyznać, że Samael niezmiennie okazywał się niedościgłym królem, w upokarzaniu oponenta. Dziś nawet się nie starał, zapewne przez wzgląd na obecność kruczowłosego.

– Cholerny palant – wymruczał z odrazą Lord.

– Rozczarowujący Killciuś.

– Dobra, panowie! – Dragan po raz kolejny wszedł między nich, w porę zapobiegając pogorszeniu się napiętej sytuacji – Skoro mamy uprzejmości i podgryzanie z głowy to pozwólcie, że przejdziemy do interesów. Pasuje?

– Jak najbardziej – błękitnooki spojrzał na byłego podopiecznego.

– Ja bym tam jeszcze się pobawił, ale jak wolisz – białowłosy wzruszył ramionami.

– Dzięki. Zaprosiłem was do tego cudownego miejsca, żeby poprosić o zdjęcie pieczęci – twardo przemówił Luther.

– Chwila, chwila, dzieciaku – zaskoczony upadły spojrzał na przyjaciela. – Pakt Trzech?

– Zgadza się, o śliczny – kruczowłosy zaśmiał się melodyjnie, niewinnie trzepocząc rzęsami. – Nadeszła ta chwila…muszę wrócić do pełni sił.

– Co tu się dzieje? – Samael zerknął pytająco na Killa.

– Nadciąga wojna, skurwysynie – westchnął Phoenix. – Zbierają się nad nami czarne chmury i nie poradzimy sobie z przygotowaniami na czas, jeśli Dragan nie będzie w najwyższej formie. Ten turkusowooki idiota od wieków był naszym asem w rękawie, a teraz nadszedł czas, żebyśmy pozwolili mu stać się jokerem.

– Masz pojęcie co robisz? – Anioł wbił wzrok w oczy Luthera – Jeśli cię uwolnimy…nie będzie już odwrotu.

– Wiem, Sammy, dlatego zanim zrobicie cokolwiek, proszę cię żebyś jeszcze raz obiecał mi to samo, co stulecia temu – czarnowłosy położył dłonie na szerokich barkach przyjaciela. – Jeżeli sprawy wymkną się spod kontroli i stracę nad sobą panowanie…zabij mnie.

– Dragan… – upadły cofnął się o krok, jednak Kolekcjoner nie miał zamiaru go puścić.

– Obiecaj mi, Sammy! Jeśli mam postradać zmysły i stać się zagrożeniem dla Vallerin, ciebie albo moich najbliższych współpracowników, to wolę umrzeć i chcę zginąć z twojej ręki. Kocham cię jak brata i jak brata proszę – wyszeptał ciepło. – Obiecaj, że mnie zabijesz.

Białowłosy bezradnie spojrzał na Lorda, który opuścił wzrok w oznace niemej, bolesnej zgody. Anioł zazgrzytał zębami. Cholerny tchórz nawet w takiej chwili nie mógł zdobyć się na nic więcej, poza zamknięciem ryja! Westchnął przeciągle, wpatrując się w turkusowe, spokojne tęczówki. Wieki temu spotkali się w łudząco podobnych okolicznościach, żeby zawrzeć bezprecedensowy sojusz, trzymany w ścisłej tajemnicy – pierwszy i jedyny taki w historii. Killian, szkoląc Dragana na życzenie Vallerin, zorientował się, że szczególny talent chłopaka w połączeniu z nieprzeciętnym charakterem, brakiem naturalnych zahamowań oraz podszeptami Otchłani, tworzył destrukcyjną mieszankę wybuchową, której nie byłby w stanie powstrzymać. Jego młodziutki podopieczny był zbyt niedoświadczony i za słaby, żeby przeciwstawiać się skutecznie rosnącej w tak zawrotnym tempie potędze, przez co istniało wysokie prawdopodobieństwo, że nie udźwignąłby takiego ciężaru i stoczyłby się w odmęty pustki, popadając tym samym w ostateczne, krwawe szaleństwo. Kill obiecał siostrze, że zaopiekuje się dzieciakiem, więc wymyślił jak mógłby ograniczyć do minimum ryzyko, ale potrzebował do tego kogoś o znacznie większym potencjale niż ten, którym sam dysponował. Wbrew sobie skontaktował się z Samaelem i poprosił go o spotkanie, by wraz z nim przedyskutować rację bytu tak nowatorskiego, ryzykownego planu. Anioł Śmierci zdecydowanie przewyższał siłą Lordów Phoenix, nawet gdyby działali jednomyślnie – tylko Erin byłaby w stanie z nim konkurować, czego nigdy nie chciała – dlatego Killian właśnie w nim dostrzegł odpowiedniego sojusznika. Siostrzyczki poprosić o wsparcie nie chciał, a braci nie mógł w obawie o los Dragana. Jedynie wspólnie z heroldem wieczności mogli podołać wyjątkowo trudnemu zadaniu ocalenia młodego Luthera przed nieuchronną katastrofą. Ze względu na obopólną niechęć ich pertraktacje trwały przerażająco długo, ale zakończyły się korzystnym kompromisem i opracowaniem rytuału, jakiego nie dało się przeprowadzić bez udziału Anioła. Przedstawili swoją koncepcję Draganowi, który bez wahania przystał na ich propozycję – sam zaczynał odczuwać, że jego moc powoli wyślizgiwała się spod kontroli i był szczerze zaniepokojony konsekwencjami takiego stanu rzeczy. Samael upadły Anioł Śmierci, Lord Killian Phoenix i Dragan Luther zawarli Pakt Trzech, którego zadaniem było stworzenie pieczęci częściowo pochłaniającej, stale wzrastającą, siłę tego ostatniego. Pakt miał zostać zerwany tylko w sytuacji kryzysowej, gdy Luther będzie w stanie poradzić sobie z opanowaniem pełni własnej potęgi. W tamtym czasie Sammy jeszcze nie przypuszczał, że miałby kiedykolwiek zaprzyjaźnić się z turkusowookim, więc postawił dodatkowy warunek – przysiągł, że zabije Dragana, jeśli po zdjęciu pieczęci nie będzie mógł nad sobą zapanować i wymógł zgodę pozostałych. Od tamtej chwili upłynęły dziesięciolecia, podczas których kruczowłosy mozolnie zdobywał konieczne doświadczenie, rozwijał swój potencjał oraz dojrzewał zarówno fizycznie jak i emocjonalnie – opanował swą specyficzną naturę do perfekcji, umiejętnie wykorzystując potencjał niepełnej mocy do ostatecznego zdominowania półświatka. Wszystko zdawało się wskazywać, że był już gotów, ale czy tak naprawdę było…nie mogli mieć pewności – nikt nie mógł. Perłowooki z ubolewaniem spojrzał na Dragana. Pokochał tego dzieciaka, widząc w nim młodszego brata i nie chciał jego krzywdy. Po wygnaniu został zupełnie sam, zmuszony do karkołomnego odkupienia swoich win. Oddzielono go od wszystkiego co znał i kochał, skazując na wieczną egzystencję na granicy światów. Samotność z wieku na wiek doskwierała mu coraz bardziej i w żaden sposób nie łagodziło jej towarzystwo Żniwiarzy – byli jego sługami i niczym więcej. Nawet nie pomyślał o tym, że mógłby znaleźć bratnią duszę pośród mieszkańców świata śmiertelnych i nie szukał takich kontaktów, ale stało się. Na jego drodze stanął Dragan Luther, a to niewinne spotkanie zmieniło wszystko. Nie chciał zostać zmuszonym do zabicia jedynego przyjaciela, jakiego kiedykolwiek posiadał. Wzdrygnął się czując na ramieniu kolejną dłoń i zerknął na Killa, który stał obok niego, borykając się z identycznymi wątpliwościami. Nienawidzili się, czuli do siebie wstręt i wzajemnie sobą pogardzali, ale obydwaj w dniu zawarcia Paktu, stali się odpowiedzialni za Luthera, a teraz od ich decyzji zależały dalsze losy tego aroganckiego gówniarza. Mogli liczyć na to, że poradzi sobie z nadciągającą wojną tak jak robił to do tej pory lub mogli go uwolnić i zmierzyć się z ewentualnymi konsekwencjami zdjęcia pieczęci. Mogli go skutecznie powstrzymać lub dać kredyt zaufania…czegokolwiek jednak by nie zrobili, nie byli w stanie z pełnym przekonaniem przewidzieć następstw. Była jeszcze jednak kwestia o której nie powinni zapominać. Vallerin. Lady Crown nie wiedziała o Pakcie, a gdyby doszło do najgorszego…jak niby mieli się jej z tego wszystkiego wytłumaczyć tak, by nie znienawidziła ich po kres czasu i jeszcze dzień dłużej? Płomiennowłosa szczerze kochała Dragana, a oni w tym momencie mogli nieświadomie wydawać na niego wyrok. Anioł Śmierci westchnął ciężko. Wcale mu się to nie podobało…

– Jeżeli stracisz nad sobą kontrolę i uznam, że nie zdołamy cię z tego wyciągnąć, zabiję cię własnymi rękoma. Przysięgam, bracie – odpowiedział pewnie, wpatrując się w demoniczny turkus.

Kolekcjoner roześmiał się perliście, czując olbrzymią ulgę. Mógł być pewien, że Sammy dotrzyma danego słowa, ale nie miał najmniejszej ochoty przedwcześnie umierać. Nie mógł zginąć dopóki nie uwolni swego ognistowłosego anioła z łańcuchów, czego zawsze desperacko pragnął. Poświęcił większość swojego życia na przygotowania do tej jednej chwili, w której zsunie złote kajdany z jej delikatnych nadgarstków…dekady wdawania się w nieustanne walki, katorżnicze ćwiczenia, dziesiątki mniejszych i większych wyrzeczeń, tysiące przerażająco bolesnych ran…nie mógł tego zaprzepaścić poddając się czemuś równie żałosnemu jak szaleństwo.

– Dziękuję przyjacielu, od razu mi lepiej! – uścisnął ramiona Samaela – Możemy przejść do rzeczy? Jesteście gotowi?

Mężczyźni przytaknęli, niezbyt ochoczo zabierając się do pracy. Sammy ze swego płaszcza wyciągnął specyficzny nóż o srebrzystym, lekko wygiętym ostrzu i kilku złowieszczo wyglądających wyszczerbieniach, dziwacznie poczerniałych w wyniku zabiegów, o których nikt wolałby nie słyszeć. Killian zdjął z szyi medalion, który zawsze nosił, po czym przywrócił platynowemu łańcuszkowi jego pierwotną formę w postaci niewielkiej fiolki wypełnionej jaskrawym, palącym światłem. Dragan wyjął sfatygowaną papierośnicę, wyciągnął z niej ostatniego papierosa, a samą kasetkę rzucił wprost w dłonie białowłosego. Uśmiechnął się radośnie do towarzyszy, odpalił fajkę i położył się na dużym, spłaszczonym kamieniu, uprzednio zdejmując płaszcz, marynarkę oraz koszulę. Chłód nocy nieprzyjemnie przemykał po jego obnażonym torsie, ale w sumie nie był pewien czy drżał z zimna czy przez niepokój – z tego co pamiętał zabieg należał do piekielnie bolesnych przyjemności. Wygrzebał piersiówkę z leżącej nieopodal marynarki i pociągnął z niej solidny łyk rumu. Czas było zacząć rytuał. 

PRZEBUDZENIE

                    Kill odwrócił się i przysłonił twarz dłońmi, nie mogąc znieść krzyków Dragana. Dzieciak, którym obiecał się opiekować…smarkacz, którego w jakiś sposób darzył szczerą sympatią…leżał właśnie tuż za nim na zimnym kamieniu z rozprutą klatką piersiową. W ciszy Zakazanego Lasu niosły się jego wrzaski, uzupełniane przez upiorny chrzęst łamanych kości i odgłos krwi, skapującej na wilgotną od rosy trawę. Samael z kamienną miną pochylał się nad przyjacielem, precyzyjnie tnąc mięśnie, ścięgna oraz kości by dostać się tam, gdzie musiał – wprost do serca, na którym została wyryta pieczęć. Grzebał się po łokcie w krwi oraz zmasakrowanym brutalnym ostrzem mięsie, nie mogąc sobie pozwolić na sentymenty. Szczerze sądził, że kruczowłosy już na początku zemdleje z bólu, ale nie docenił uporu tego gnojka. Dragan stracił przytomność dopiero, gdy zabrał się za łamanie samej pieczęci za pomocą światła uwięzionego przed wiekami w kryształowej fiolce. Kiedy skończył wytarł dłonie w swój płaszcz i stanął obok Killiana, wraz z nim wyczekując wybudzenia się Luthera. Długo czekać nie musieli. Regeneracja, podsycona energią Anioła Śmierci, zaczęła działać stosunkowo szybko i znacznie wydajniej niż zazwyczaj. Lord wzdrygnął się, gdy z ciała kruczowłosego wystrzelił oślepiający, purpurowy promień przełamujący mrok Lasu. W otwartymi ustami obserwował jak młodzieniec, którego znał od tak dawna, uniósł się na dwa metry ponad ziemią. Nie…to coś nie było Draganem jakiego znał…Ciało chłopaka otoczyła mgła o której starał się z całych sił zapomnieć – ta sama, która spowiła Vallerin, tamtego tragicznego dnia. Mimowolnie przycisnął dłoń do dziury, która ziała w jego piersi. Nie…to nie mogła być prawda! Przerażająca, mroczna mgła szczelnie okryła Dragana, spływając na jego plecy by utworzyć niewyraźne, postrzępione skrzydła podobne do tych, które posiadały nietoperze. Luther otworzył oczy, ale nie było w nich znajomego turkusu. Całe jego gałki oczne lśniły wściekłą, nieujarzmioną purpurą. Kill nie wiedział co się dzieje, ale gdy te oczy na niego spojrzały…poczuł jak opuściły go wszelkie siły. Bał się. Był cholernie przerażony, choć nie wiedział czemu.

– Cośmy uczynili… – jęknął niemalże bezgłośnie, nie dowierzając w to co widział.

– Uwolniliśmy coś przepięknego, kretynie – Sammy roześmiał się szaleńczo. – Nareszcie pamiętam co zobaczyłem w tym gówniarzu podczas naszego pierwszego spotkania! Oto mój brat! Mój przyjaciel! Moja najwspanialsza bestia! Najdoskonalsze dziecię Otchłani!! – Anioł Śmierci wzbił się w powietrze i spojrzał wprost w purpurowe oczy – Witaj pośród nas, Arymanie.

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 391
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!