Wilkołaki nie płaczą

Rozdział 1

Nigdy nie miałam szacunku dla ludzi, którzy jako swój życiowy cel upatrywali ślepe podążanie za tłumem.

Wiem, że gardzenie kimkolwiek tylko dlatego, że jest, jaki jest, to zło. Doskonale to wiem, bo kto, jak nie ja dostaje próbkę podobnego traktowania na każdym kroku? Zdaję sobie również sprawę z tego, że po prostu nie powinnam czepiać się innych i skupić się na sobie, bo każdy ma prawo do bycia tym, kim chce. Ale jakoś nigdy nie umiałam patrzeć na podobne osoby bez przynajmniej lekkiego skrzywienia ust.

Od zawsze moim głównym i ulubionym zajęciem było obserwowanie. Kochałam przyglądać się innym, łowić ich codzienne nawyki i drobne cechy charakterystyczne, wyobrażając sobie, że życie to tak naprawdę wielka książka, a my wszyscy jesteśmy jej bohaterami. A bohaterowie książek, żeby byli interesujący, musieli być przecież „jacyś”, prawda? Nie mogli zupełnie wtapiać się w tłum, płynąć z nim, bojąc się wyściubić choćby czubek nosa poza narzucone odgórnie ramy szeroko pojętej „normalności”. Dla mnie było wprost niepojęte, że ktokolwiek mógł nie znać swojej wartości i bać się okazywać ją światu. Nie mieściły mi się w głowie szare myszki, ubierające się w nijakie ciuchy, interesujące kompletnie niczym, skupione jedynie na tym, czego od nich oczekiwano – na szkole i nauce. Nie umiałam sobie nawet wyobrazić, że mogłabym nie dbać o siebie, tak jak one, nie pragnąć uczynić swojego życia lepszym, nie czuć głodu poznawania i rozpierającej ciało euforii, jaka opanowywała mnie za każdym razem, gdy sprawiałam sobie jakąś chociażby drobną przyjemność. Dla mnie życie musiało mieć kolory, musiało mieć konkretny smak, zapach i kształt, które rzucały się w oczy, odróżniając je od szeregu innych, zlewających się w potok obłych odcieni szarości bez niczego, co pozwoliłoby je od siebie odróżnić. Tak, być może wręcz bałam się, że stanę się taka jak te skromne, bojące się własnego cienia osóbki i zostanę zwyczajnie zapomniana, potraktowana jak bezbarwny motłoch przewalający po szkolnych korytarzach, a nie jednostka, która miała charakter, uczucia, znaczyła cokolwiek. Choć duszą towarzystwa nigdy nie byłam i z pewnością nie będę, za nic nie zrezygnowałabym z bycia sobą. Wolałam świecić jak neonowy znak ostrzegawczy i ściągać na siebie wszystkie spojrzenia z okolicy, niż chować się w kątach z nosem w podręcznikach i obawiać się tego, że jeszcze ktoś mógłby zwrócić na moje istnienie uwagę.

Choć czasem mam wrażenie, że raczej tak właśnie powinnam zrobić, by zachować swoje życie i zdrowie w jednym kawałku.

Tak, to ta chorobliwa wręcz chęć stania się wyjątkową mnie zgubiła. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Gdybym siedziała spokojnie tam, gdzie moje miejsce, gdybym jak te szare myszki, których tak mi żal, trzymała się swojego kącika i nie patrzyła prosto w oczy tym, którzy nie potrafią żyć bez udowadniania wszystkim naokoło, że są najwspanialsi na świecie, nic nie skończyłoby się w ten sposób. Nadal mieszkałabym sama w swoim przytulnym mieszkanku, zajmowała się własnymi interesami i wyła do księżyca nocami, myśląc, że nikt mnie wtedy nie usłyszy. Cierpiałabym, nie mogąc pozwolić, by wydostało się na zewnątrz to, co we mnie siedziało – bo w końcu taka nie byłam, nie umiałam się chować – ale przynajmniej zachowałabym własną skórę we względnym zdrowiu i bezpieczeństwie. To właśnie była opcja rozsądna. Opcja, którą powinnam była wybrać. Którą powinien wybrać każdy wilkołak na moim miejscu… Tylko że ja się buntowałam. Gdy świat mówił mi jedno, ja zawsze musiałam robić mu na przekór. Bo byłabym chora. Bo taki już miałam charakter, że pchałam się pod prąd, dopóki tylko mogłam utrzymać się na nogach. Coś tak czułam, że pewnie w końcu się przez to doigram, ale przecież każdy z nas, obojętnie, czy jest człowiekiem, czy wilkołakiem, ma tak, że dopóki nie spotka go jakieś nieszczęście, będzie trwał uparcie w złudnym poczuciu własnej niezniszczalności. Będzie zdawał sobie sprawę z tego, że niebezpieczeństwa gdzieś tam są, że należy mieć się przed nimi na baczności, że spotykają innych wokół, ale tak naprawdę nikt chyba nie wierzy w to, że jego też mogłoby coś takiego dosięgnąć. To dobry materiał do książek, filmów i wieczornych wydań wiadomości, w których na dobrą sprawę nie wiadomo, czy mówią prawdę, czy może jednak wciskają bezmyślnie słuchającemu społeczeństwu kolejny kit. Ale tragedia spadająca na mnie? E, niemożliwe. Tak się przecież nie dzieje. Nie znam osobiście nikogo, komu by się to przydarzyło, więc mnie tym bardziej nie dotknie.

Guzik prawda. Szkoda tylko, że odwyk od kuszenia losu rozpoczyna się w każdym przypadku tragedią właśnie.

To nie tak, że byłam całkowicie nieostrożna. Musiałam być. Byłam wilkołakiem, do cholery. Wilkołakiem, który postanowił żyć wśród ludzi, więc to jasne, musiałam być czujna. Musiałam nosić w widocznym miejscu medalion w kształcie półksiężyca, nie mogłam zakrywać niczym czarnego symbolu wyjącego wilka na lewym nadgarstku, nie mogłam przemieniać się wśród ludzi ani szwendać się po ulicach w wilkołaczej skórze. Nie mogłam szkodzić ludziom, powinnam unikać spotykania się z innymi wilkołakami bez własnego stada, by ktoś przypadkiem nie pomyślał, że pragnę stworzyć wraz z nimi watahę. Musiałam uważać na każdy swój krok i regularnie zgłaszać się na badania u psychologa, po których oceniano, czy nadal nadaję się do funkcjonowania w pozbawionej magicznych mocy społeczności. Musiałam bez krzywienia się akceptować to, że wszyscy wokół przykrywają swój strach przede mną pogardą i złośliwością, i nie rzucać im się w oczy, by nie prowokować spięć…

No i właśnie z tymi dwoma ostatnimi podpunktami miałam zawsze problemy. Bo ja nie umiałam nie rzucać się w oczy. Nie umiałam siedzieć w kącie. I nie umiałam przełknąć ataku wściekłości, gdy już zostałam sprowokowana, choć bardzo się starałam.

Tak, paradowanie z niebieskimi włosami po szkolnych korytarzach już samo w sobie było przegięciem, obojętnie, jakiego bym była gatunku. Uzupełnianie ich mocnym makijażem dodatkowo sprawiało, że widać mnie było dosłownie z kilometra. Nie zadawałam się z wieloma osobami i żywiłam niemal obsesyjną niechęć do nauki przedmiotów, o których twierdziłam, że są mi kompletne nieprzydatne, czego nie zamierzałam ukrywać. Interesowałam się rzeczami, które dla mojego pokolenia były zupełnie niepojęte, zachowywałam się doroślej od pozostałych dziewczyn, nie chowałam się przed zaczepkami i w gorszych chwilach nie maskowałam tego, że jestem o wiele silniejsza, niż wskazywałaby na to moja bardzo drobna postura. Byłam radosna, beztroska, pewna siebie i o wiele dojrzalsza, niż na to wyglądałam. Byłam po prostu sobą. Nie zważałam na opinie innych, nie szłam tam, gdzie mi nakazano, od zawsze podążając ścieżką, jaką wytyczyłam sobie sama, i po prostu chciałam być sobą. Cechy bardzo szanowane u ludzi… lecz nie, gdy u szyi ciąży im srebrny półksiężyc z matowym, fioletowym oczkiem.

Z taką obrożą nic, tylko chować się jak najdalej i modlić, by nikt cię nie zauważył.

Cóż. Nie słuchałam, gdy tak mi mówili. Nie krzywdziłam przecież ludzi, nie krzywdziłam nikogo, chciałam tylko żyć swoim własnym życiem. I w moich oczach nic złego w tym nie było. Tylko że…

To skomplikowane. Ale ludzki świat, w którym przyszło mi żyć, ogólnie był skomplikowany. I chyba za mało go rozumiałam, żeby mieć nadzieję na to, że uda mi się być tym, kim chcę wśród ludzi. Ostrzeżenia otrzymywałam dość często, jednak pech chciał, że uparcie odmawiałam brania ich sobie do serca, wmawiając sobie, że to minie. Że wystarczy zacisnąć zęby, poprzeklinać, zmiażdżyć wzrokiem co poniektórych, obiecując im najgorsze męki piekielne, że wystarczy skończyć szkołę w cholerę i będzie już tylko lepiej… W końcu tak niewiele brakowało. Dwa miesiące? Trzy? Zleci jak mgnienie.

– Ta, jasne – burknęłam pod nosem, obrzucając pełnym obrzydzenia wzrokiem szkolny budynek. Każdego ranka męczyły mnie dokładnie te same rozterki: ile jeszcze dni mogę zawalić, by nie wejść w grupę ryzykujących nieklasyfikowaniem? Zacisnąć zęby i się przemóc, czy lepiej jednak dzisiaj znowu machnąć na to dłonią, odwrócić się na pięcie, zafundować sobie pizzę i iść do domu, gdzie można by zająć się czymś o wiele pożyteczniejszym, jak na przykład czytanie książki, pisanie jednej z tysiąca rozgrzebanych powieści lub uczenie się schematów budowy lokomotyw?

– I co o tym myślisz, kotku? – Jak zwykle w chwilach wątpliwości zwróciłam się do swojej odwiecznej wyroczni.

Spory syjamski kocur o intensywnie niebieskich oczach, siedzący mi na ramieniu jak papuga i wbijający pazury w materiał nowej czarnej bluzki ze stylizowanym symbolem wilka wyjącego do księżyca, oczywiście nie odpowiedział, ale wyczułam, że był bardziej zniesmaczony niż normalnie, co uznałam za znak, że w jego odczuciu kolejny dzień wagarów wskazany raczej nie był.

– Dzięki, ty to mnie zawsze umiesz podbudować – jęknęłam, wywracając oczami.

Ziewnął szeroko, ukazując ostre jak szpilki zębiska. Tym samym jasno oznajmiał mi, że ma zupełnie gdzieś, co też mogłam sądzić na temat jego wspaniałych rad. Czasem naprawdę żałowałam, że choć nieśmiertelne, dopóki tylko żył ich właściciel, Patronusy tak naprawdę są niewiele inteligentniejsze od zwyczajnych zwierząt.

Jeszcze raz obejrzałam się na szkolny budynek, krzywiąc się, jakbym zjadła coś kwaśnego. Odpychający w swej prostocie klocek z końcówki lat pięćdziesiątych składał się z dwóch leżących względem siebie równolegle piętrowych korytarzy, spiętych do całości długim, parterowym łącznikiem, co z lotu ptaka upodabniało całość do zamknięcia kwadratowego nawiasu ze sporą prostokątną naroślą sali gimnastycznej u szczytu. Szare ściany otynkowano na tyle dawno temu, że straszyły już z daleka sporymi pęknięciami i zaciekami przenoszonego wraz z każdym mocniejszym deszczem miejskiego brudu, stosunkowo niewielkie okna nie widziały mydła prawdopodobnie od przynajmniej dekady, a znajdujące się po obu stronach budynku boiska wylano popękanym ze starości asfaltem, wybrzuszającym się już miejscami przez korzenie pchającej się na światło słoneczne trawy. Całość ogrodzono dość wysokimi panelami z malowanej na zielono siatki, co pewnie miało wywołać odrobinę weselsze wrażenie dla tych, których ogólny widok doprowadziłby do depresji. Mi to oczywiście zbytnio nie pomagało. Nawet gdy zestawiałam to z pomalowanymi na pomarańczowo blokami wokół, których szpetotę nieco łagodziły zieleniące się korony wysokich drzew.

Bojąc się, że jeszcze chwila, a naprawdę się rozmyślę, ruszyłam zdecydowanym krokiem w stronę wejścia do ohydnego klocka. Zaraz tego żałowałam, gdy kot na moment stracił równowagę i wbił mi w ciało chyba wszystkie pazury naraz, jednocześnie uderzając ogonem w twarz, ale nie rozczulając się nad sobą, dołączyłam do zmierzającego do szatni ludzkiego strumienia. Wymijając kilka ociągających się dziewczyn i chłopaków, którzy wyszli jeszcze na szybkiego papierosa przed lekcją, schroniłam się przed ciepłym porannym słońcem w chłodnym wnętrzu. Prowadząca do piwnicy klatka schodowa, wyłożona sterylnie czystymi białymi kafelkami z niebieskimi fugami, od zawsze kojarzyła mi się z drogą do kostnicy.

– Hej, psie!

Nie odwróciłam się, gdy rozległo się za mną znajome wołanie. Wywróciłam tylko oczami, westchnęłam głęboko i szłam dalej, nie zatrzymując się choćby na moment. Bo po co?

– Ej, kundlu, gdzie tak pędzisz?!

– Do budy! – wydarł się jeszcze ktoś i wybuchnął zaraz głośnym śmiechem.

Pokazałam im tylko przez plecy środkowy palec i zniknęłam w boksie swojej klasy. Tam też szybko zorientowałam się, że nie wzięłam reklamówki z butami na zmianę, więc poprzeklinałam tylko w myślach nad swoją poranną organizacją i ruszyłam na korytarz w glanach. Dobrze, że przynajmniej czyste były, bo tylko brakowało tego, żeby woźna mnie zahaltowała i kazała dalej iść na boso.

– Co ty dzisiaj taka nie w sosie, co? – Jak na złość, Łukasz nie zamierzał się tak łatwo odczepić. Cała paczka pryszczatych dresików czekała na mnie przed stromymi schodami prowadzącymi z szatni na korytarz. Zagrodzili mi drogę, śmiejąc się idiotycznie. Nie wiem, jak to możliwe, ale oni należeli do tych rzadkich przypadków wszechstronnego talentu do idiotyczności – tym słowem można było określić dosłownie wszystkie ich cechy i zachowania.

Nie lubili mnie. Być może dlatego, że to były właśnie szkolne objawienia tych osób, o których wspominałam wyżej – nie potrafiących żyć bez udowadniania wszystkim wokół, że są od nich lepsi. Tacy ludzie nie potrafią normalnie funkcjonować, jeśli nie znajdą sobie ofiary. A najlepszą ofiarą, jaka im się nawinęła, byłam przecież ja – wiecznie stawiająca im się jedyna wilkołaczka w szkole, nie zamierzająca z pokorą zaakceptować ich wyższości. Nadawałam się do szlifowania sadystycznych zapędów wprost doskonale. Byłam dla nich wyzwaniem, bo chyba jako jedyna nie chowałam się w najgłębszej dziurze, gdy tylko tupnęli. Zawsze stawałam im naprzeciw… jeśli mnie tylko do tego sprowokowali. A nie było to łatwe, jako że niemal do perfekcji opanowałam ignorowanie takich delikwentów.

Chyba że zastawiali mi akurat jedyną możliwą drogę wyjścia.

– Nastąpcie się, muszę przejść – warknęłam tylko, nie odpowiadając na pytanie.

Jak można się było łatwo domyślić, żaden z nich nawet nie drgnął.

– Zadałem ci pytanie, pchlaro. – Łukasz skrzyżował ramiona na szerokiej piersi. Ochoczo korzystał z tego, że był wyższy ode mnie o niemal czterdzieści centymetrów. Pozwalałam mu na to, wyobrażając sobie jedynie, co by powiedział, gdyby zobaczył mnie kiedyś w ciele wilkołaka.

– Jestem nie w sosie, bo widzę twoją gębę przed swoją twarzą, a wolałabym, żeby jej tutaj nie było – wyrecytowałam ze stoickim spokojem. – Nastąp się. Potrzebujesz definicji tego zwrotu, czy sam dojdziesz, co oznacza?

– Coś zadziorna dzisiaj jesteś, wilcza dziwko. – Ruszył w moją stronę odważnym krokiem.

Musiałam się cofnąć, żeby mnie nie przewrócił. Kot zasyczał groźnie i cały zawibrował od narastającego w głębi ciała warkotu. Ja kilkukrotnie przełknęłam ślinę, żeby zdusić własny.

– Nie odezwiesz się? – Wyciągnął wielką dłoń i pchnął mnie w ramię, przez co prawie się przewróciłam. – Już nie taka pewna siebie, co? Wypierdalaj stąd, tu nie ma dla ciebie miejsca, psie!

Tak, ważę niecałe czterdzieści pięć kilogramów i mam metr sześćdziesiąt wzrostu. Tak, podejrzewam, że nie miałby trudności, by objąć mnie w talii dłońmi. Ale moja pięść była szybka jak błyskawica i wzmocniona sporą dawką nadnaturalnej siły, więc gdy wbiła się z impetem w kaloryfer na jego brzuchu, nie było mocnych. Nie udało mi się wprawdzie wcelować w splot słoneczny, na co liczyłam, ale to wystarczyło, by się odsunął. Korzystając z nadarzającej się okazji, wyminęłam go i wyszłam szybkim krokiem na korytarz. Pod okiem snujących się między uczniami nauczycieli nie będzie miał odwagi mnie ścigać.

Zerknęłam na tandetny zegar elektroniczny, zawieszony nad wejściem. Miałam jeszcze całkiem sporo czasu do dzwonka, przez co wzięłam pod uwagę szybkie wyskoczenie do okolicznego sklepu spożywczego – byłam doskonałym obrazem dla powiedzenia „wilczy apetyt” – ale w ostatniej chwili przypomniałam sobie, że dzisiaj mam dyżur. W dodatku z moją jedyną przyjaciółką, która z pewnością by się obraziła, gdybym tak kolejny raz wystawiła ją do wiatru. Musiałam zacisnąć zęby i powlec się na drugi koniec szkoły, pod pokój nauczycielski, by wziąć z niego kredę i dzienniki lekcyjne.

Przebrnęłam przez najgorszy tłum, nie wsłuchując się w niego dokładnie. Wszyscy się za mną oglądają, wytykają mnie palcami, szepczą, czasem powiedzą coś głośniej, by nie mieć wątpliwości, że usłyszę, ale już wieki temu nauczyłam się całkowicie na to znieczulać. Oprócz paczki Łukasza, wszyscy są tu raczej nieszkodliwi. Mało obchodzi mnie opinia ludzi, których największą życiową ambicją jest piątka z matematyki, zdjęcia wstawione na portale społecznościowe i ostatnia impreza u kogoś, z kim warto się zadawać. Byłam ponad tym. Ich akceptacja nie była mi potrzebna do szczęścia. Najważniejsze, że miałam Olę, że miałam mojego ukochanego kota, że miałam swoje mieszkanie, książki, komputer i siebie samą. Że byłam wolna i jasno widziałam przed sobą cel, do którego zmierzałam prosto i bez żadnego wahania. Wiedziałam, jak chcę żyć i co powinnam zrobić, by to osiągnąć, i tego się trzymałam. Podziw szkolnej elity i przyjaźń z ludźmi, którzy nie rozumieli tego, że mogę mieć coś takiego, jak pasja, były dla mnie niczym.

Zdecydowanie za dużo o tym myślałam. I czasem miałam wrażenie, że robię to dlatego, że sama nie do końca w to wszystko wierzę i muszę się nieustannie w tym utwierdzać, by nie zwariować. Bo prawda była taka, że odkąd porzuciła mnie moja własna wataha, odkąd rodzice postanowili za mnie zadecydować, jak ma wyglądać moje życie, przez co musiałam zrezygnować ze wszystkiego, co do tej pory było dla mnie tym życiem właśnie, byłam o wiele bardziej roztrzęsiona i przerażona, niż to chciałam sama przed sobą przyznać.

Ola czekała na mnie pod drzwiami pokoju nauczycielskiego, podrygując nerwowo. Na pomalowanym ciepłą brzoskwiniową farbą korytarzu, w świetle wpadającym przez duże, stare jak oba światy okna, wyglądała cokolwiek oryginalnie – gotycki makijaż, włosy stylizowane na emo i ubrania łączące w sobie skórę i koronki w wyjątkowo kiepski sposób mocno gryzły się z szerokim uśmiechem na nieco okrągłej twarzy i tym radosnym szkolnym otoczeniem, pasującym bardziej do podstawówki, niż szanującego się liceum. Na mój widok dziewczyna od razu rozłożyła szeroko ramiona i rzuciła się w moją stronę. Jak zawsze przywitałyśmy się tak, jakbyśmy nie widziały się co najmniej od kilku lat.

– No proszę, proszę! – Po wzruszającej serii uścisków, ochów, achów i udawanego płaczu odsunęła mnie od siebie na długość ramion. – A któż to się w szkole pokazał, co? Chora jesteś, wilczku? Pokaż no się! – Przyłożyła mi rękę do czoła z zatroskanym wyrazem twarzy.

– No już, już, bo mi tapetę rozmażesz! – Pacnęłam ją w dłoń z udawanym oburzeniem. – Zmieniło się coś, odkąd byłam tu ostatnim razem, czy tak samo wieje nudą?

Korzystając z tego, że do dzwonka zostało jeszcze parę minut, podeszłyśmy do tandetnego parapetu z lastriko. Z ulgą zdjęłam kota z ramion i posadziłam go na nim. W połączeniu z plecakiem dawał mieszankę, którą mój często obolały kręgosłup zwykł kwitować podobnie, jak ja odzywki rówieśników. Starałam się przemieniać w wilkołaka jak najczęściej, ale niestety nie zawsze miałam możliwość rozprostowania kości w takim stopniu, jak bym sobie życzyła, co potem negatywnie się odbijało na moich stawach. Były dni, że czułam się naprawdę tak, jakbym miała nie dwadzieścia, lecz osiemdziesiąt lat.

O, tak przy okazji: owszem, dobrze, zauważyliście. Jestem nieco za stara na liceum. Kiblowałam w jednej klasie po tym, jak kolejny raz pokłóciłam się z dyrektorką szkoły o to, co jest dla mnie bardziej przyszłościowe: wkuwanie na pamięć szkolnych lektur i wzorów na funkcję kwadratową, czy czytanie normalnych książek i przygotowywanie się do pracy, jaką zamierzam w przyszłości wykonywać. Ten jeden raz przegrałam powstałą dyskusję z kretesem. Wprawdzie wyszłam wtedy z gabinetu z podniesioną wysoko głową, fakty jednak pozostawały faktami: edukacja przedłużyła mi się o kolejny ciągnący się w nieskończoność rok. Nie żałowałam tego, bo tylko dzięki temu zaprzyjaźniłam się z Olą.

Ta wybuchowa mieszanka emo i gotki zadziwiała mnie na każdym kroku swoim pogodnym usposobieniem, niemal przesadnie optymistycznym nastawieniem do życia i tryskającą na wszystkie strony energią, ale również tym, że praktycznie natychmiast po tym, jak mnie zobaczyła, za cel obrała sobie zaprzyjaźnienie się ze mną. Jej nie obchodził medalion w kształcie półksiężyca, zdawała się nie pamiętać o tym, że w każdej chwili mogłam przemienić się w wielką, krwiożerczą bestię o ostrych kłach i pazurach, a podczas każdej pełni księżyca biegam na czterech łapach. A może świetnie o tym pamiętała, ale postanowiła nie zwracać na to uwagi, patrząc na to, jaka jestem, a nie obserwując mnie z boku przez pryzmat tysięcy plotek o moich pobratymcach, krążących wśród zwykłych ludzi, z których przynajmniej dziewięćdziesiąt procent jest zwyczajnym kłamstwem. Ola mnie uwielbiała bez żadnego gadania, a ja uwielbiałam ją za to, że dała mi szansę. Czasem miałam jej dosyć, czasem do szału doprowadzała mnie jej nadpobudliwość i to, że chwilami sprawiała wrażenie, jakby nie słuchała, co do niej mówię, ale skoczyłabym za nią w ogień. Była najważniejszą osobą w moim życiu, i to nie podlegało żadnym dyskusjom.

– To chcesz wiedzieć, co takiego się działo pod twoją nieobecność? – Z cwanym uśmieszkiem nachyliła się w moją stronę, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. – Cóż… Działo się sporo. Wyobrażasz sobie na przykład, że Karina… ta, wiesz która…

Pokiwałam głową na znak, że rozumiem, i pogoniłam ją niecierpliwym gestem. Nie zadawałam się z ludźmi, ale plotki chłonęłam jak gąbka. Kochałam obserwować i łowić historie, co mogłam potem wykorzystywać podczas pisania.

– Więc wyobrażasz sobie, że Karina… – Uniosła znacząco brwi i wykonała sugestywny ruch w okolicach brzucha.

– Osz kurde! – Poplułam się kawą z odkręconego przed momentem kubka termicznego. – Nie gadaj! Z kim?! Przecież ona chyba z dziesięciu tych chłopaków ma…!

– Właśnie problem w tym, że nie wiadomo. Moi informatorzy jeszcze się do tego nie dogrzebali, ale wszyscy obstawiają Mateusza Karlińskiego. Tego nerda z kółka teatralnego.

– Ja wiem, czy taki z niego nerd? Całkiem niczego sobie jest. – Wzruszyłam ramionami.

– Ooo…! – Już miała zacząć klaskać i piszczeć, na szczęście w porę złapałam ją za dłonie.

– Niczego sobie, ale nie w moim typie – sprostowałam szybko. – Wiesz, że ja lubię starszych.

– Oj wiem, wiem, dziadkofilu. – Puściła mi oczko. Nie mogła przepuścić żadnej okazji do tego, by ponabijać się z mojej deklaracji, iż faceci podobają mi się dopiero od trzydziestego roku życia wzwyż. Sama się z tego śmiałam, choć tak już z gorzkim posmakiem. Jaki trzydziestolatek w końcu by mnie chciał, skoro podobno wyglądam na mniej lat, niż w rzeczywistości mam?

– Byłam pewna, że Karinka to takiego Mateusza by sękatym kijem nie tknęła. – Czym prędzej sprowadziłam rozmowę na poprzedni tor. – Nigdy nie widziałam, żeby się koło niej kręcił.

– Kobieto, gdzie ty masz oczy? – Popukała się w czoło z politowaniem. – Koleś jest w niej beznadziejnie zakochany od jakichś dwóch lat, tylko ona zgrywa niedostępną i puszcza go kantem, kiedy tylko nadarzy się okazja.

– No to skąd gwarancja, że zaszła akurat z nim? Testy na ojcostwo robiła? Chyba jeszcze ciut przywcześnie. – Zagryzłam gorzką kawę kabanosem. Ola skrzywiła się na ten widok i odsunęła ostentacyjnie, jęcząc:

– O rany, fuj! Jesz zwłoki…

– A ty znowu zazdrościsz. – Tym razem to ja patrzyłam ze współczuciem. – Mówiłam ci już, że według niektórych weganizm można zakwalifikować jako chorobę? Są lekarze, którzy się zajmują leczeniem sensacji pokarmowych.

– Niczego ci nie zazdroszczę. To coś jeszcze niedawno chrumkało i taplało się w błotku. – Wskazała na kabanosa z takim wyrazem twarzy, jakby zamierzała mi go zaraz wyrwać i urządzić uroczysty pogrzeb.

Zachrumkałam i prawie wcisnęłam jej kawałek kiełbaski w twarz, na co sklęła mnie i uderzyła w ramię otwartą dłonią. Kot, korzystając z tego, że przez chwilę nie zwracałyśmy na niego uwagi, dobrał się w tym czasie do reszty paczki i wywlókł mi ją na parapet, obślinił i zostawił, nie zamierzając zniżać się do konsumowania takich podejrzanych świństw. W sumie większość ludzkiego jedzenia mu nie pasowała. Wyjątkiem pozostawał jedynie jogurt truskawkowy, którego z kolei ja nie trawiłam, bo zawsze miałam po nim wysypkę jak marzenie.

– A tak wracając do tematu Mateuuusza… – Specjalnie przedłużyła, odzywając się, gdy już opanowała atak śmiechu po tym, jak wytłumaczyłam kotu, że ogolę go na łyso i spuszczę w kiblu, jeśli takie zachowanie się powtórzy, podczas gdy on nawet nie patrzył w moją stronę, z zapałem godnym pozazdroszczenia liżąc się po tyłku. – Lilly, powiedz no ty mi, kiedy sobie wreszcie znajdziesz jakiegoś kawalera, co?

Zaraz spoważniałam i spuściłam wzrok na dłonie. Lakier na paznokciach wydał mi się nagle niezwykle zajmujący.

Tak, temat ewentualnego związku zawsze był dla mnie drażliwy. Tak, podobali mi się starsi, u których nie miałam szans. Tak, miałam w głowie swój upragniony typ, którego jak na złość nie mogłam nigdzie spotkać. Tak, pragnęłam znaleźć swoją wilkołaczą bratnią duszę, mężczyznę, z którym chciałabym spędzić całe życie. Żadne z nas nie marzyło o niczym innym, każda wilkołaczyca wręcz do bólu potrzebowała partnera, faceta, dla którego chciałoby się jej żyć i oddychać, który kochałby ją bezgranicznie i dawał poczucie bezpieczeństwa, którego brakowało mi aż do przesady. Marzyłam o tym, cierpiałam… ale rzadko się do tego przyznawałam. Moje szczęśliwe życie wśród wilkołaków zostało zrujnowane już cztery lata wcześniej przez wilczą miłość właśnie, co ją również skreślało ją dla mnie na zawsze.

Kobiety nie zawsze czuły więź ze swoim przeznaczonym. Lecz mężczyzna umiał rozpoznać swoją kobietę z daleka i miał co do niej stuprocentową pewność, a uczucia tego nie mógł odrzucić. Nikt nie mógł go odrzucić. A ja to zrobiłam…

Nie, Marcus nie był kimś, dla kogo chciałabym obudzić swoją wilczą miłość. Był kimś, kto ubzdurał sobie, że jestem jego, w co moi rodzice uwierzyli bez mrugnięcia okiem, gotowi sprzedać mnie już, zaraz, jak tylko pojawiła się szansa, by pozbyć się córki z rodzinnego domu. Już od jednej miłości musiałam uciec, wypinając się na wszystko, co znałam, więc to chyba jasne, że niekoniecznie miałam w tych kwestiach szczęście.

– Mam pecha do kawalerów – powiedziałam więc tylko lekko poirytowanym tonem, na znak, że nie mam ochoty ciągnąć tematu.

Strach w oczach przyjaciółki zauważyłam niestety zbyt późno, bym zdołała w porę zareagować. Obróciłam się w tym samym momencie, w którym silne jak imadło palce zacisnęły się na moim ramieniu, wbijając paznokcie w delikatną skórę. Zasyczałam, szarpnęłam się wściekle, wyrywając z uścisku Łukasza, i z najwyższym trudem powstrzymałam się od wyszczerzenia w jego stronę zębów. Cały gang zmaterializował się za moimi plecami. Jakim cudem nie wyczułam ich wcześniej?

– Coś mi się zdaje, że jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać. – Dresiarz uśmiechnął się szeroko i pomasował zwiniętą w pięść dłoń, jakby szykował się, by mnie uderzyć.

– Zostaw nas w spokoju! – krzyknęła na niego Ola, zaraz wyrywając się naprzód. Chwyciła mnie pod ramię i przybrała groźną w jej mniemaniu pozę. Biorąc pod uwagę to, że w okrąg wzięło nas sześciu dobrze zbudowanych chłopaków, wyszło to dość komicznie.

– Do ciebie nic nie mam, dziecinko. – Łukasz rzucił jej szybkie spojrzenie. – Odsuń się.

– Damski bokser – prychnęła, nie zamierzając ruszać się na centymetr.

Łukasz nie widział we mnie kobiety. Widział we mnie śliniącą się bestię o wielkich kłach i ostrych pazurach, jedną z tych, które należało tępić, by nie zagrażały ludziom. Pojęcia nie miałam, dlaczego aż tak nienawidzi wilkołaków. Wstyd przyznać, ale czasem naprawdę się go bałam. Nieraz już słyszałam, że jest zdolny do wszystkiego, a teraz wyglądał tak, jakby nie zamierzał się zawahać przed zrobieniem mi krzywdy. Po co?

Odsunęłam Olę stanowczym gestem i stanęłam przed nią, ignorując gorące protesty. Mi przecież nie mogli nic zrobić.

– Czego ode mnie chcecie? – spytałam stanowczym tonem, wyzbywając się jadu, jakim zwykle ociekały wszystkie moje skierowane w ich stronę wypowiedzi. Miałam serdecznie dosyć tej szopki, zbyt długo się już ciągnęła. – Naprawdę nie możemy zachować się raz na jakiś czas jak dorośli ludzie i dać sobie nawzajem spokoju? Nic do was nie mam i nic wam nie zrobiłam. Musimy żyć jakoś obok siebie, i tyle.

– To nie jest miejsce dla takich, jak ty – wycedził, nachylając się w moją stronę. Jasnoniebieskie oczy kipiały taką wściekłością, że aż przeszedł mnie dreszcz. – Nie powinno być cię wśród ludzi. Tacy jak ty nie mają prawa wśród nas przebywać. Was powinno się tępić!

– Nie robię wam krzywdy swoim istnieniem – powtórzyłam uparcie.

– Przyznaj się, dlaczego tu jesteś, wilcza dziwko. – Uśmiechnął się krzywo. – No, dalej. Opowiedz nam, jak to starzy postanowili się ciebie pozbyć. Jak to nawet największy wilkołaczy kurwiarz nie mógł na ciebie patrzeć i odesłał cię do ludzi, żebyś nie kłuła w oczy w jego stadku. Powiedz…

Urwał, gdy zamiast cokolwiek powiedzieć, błyskawicznie rzuciłam się w jego stronę. Jęknął i zatoczył się na kumpli, gdy idealnie wymierzonym lewym sierpowym dosięgnęłam jego nosa. Wyszczerzyłam odruchowo zęby z wilczą satysfakcją, gdy poczułam, jak kość chrupnęła i zobaczyłam tryskającą krew. Coś w piersi zabolało mnie niebezpiecznie, uniemożliwiając zaczerpnięcie tchu przez kilka ciągnących się w nieskończoność chwil.

Skąd on wiedział o moich rodzicach i Marcusie? Jak mógł powiedzieć coś takiego? Jak mógł wymyślić sobie, że…

– Chyba że jednak dałaś mu dupy, zanim wyjechałaś? – Roześmiał się obrzydliwie, widząc moją konsternację.

– Nigdy nie pozwoliłabym, żeby ktoś taki mnie dotknął – warknęłam przez zaciśnięte zęby. – I wiesz co? Nawet mi go w pewnym sensie przypominasz.

– Że co? – Tym razem to on widocznie się pogubił.

– Z tobą też mam ochotę zrobić to!

I nie zdoławszy się dłużej powstrzymywać, rzuciłam mu się do gardła.

Zawahał się na moment wystarczający, by przyjąć kopniaka – tym razem wcelowałam w splot słoneczny, jak planowałam. Zaraz chciałam poprawić kolejnym – w tę oślą twarz, skoro już tak się nachylił nad podłogą – ale przeszkodziła mi w tym interwencja sprowadzonych przez Olę nauczycieli. Wpadli między nas jak burza, odciągnęli od siebie. Straciłam na chwilę chłopaka z oczu, zakręciło mi się w głowie, gdy ktoś potrząsnął mną jak szmacianą lalką.

– Lilianne! Co to ma znaczyć?! – krzyczała na mnie dyrektorka we własnej osobie. – O co wam znowu poszło?! Tolerowałam wasze wybryki już cztery lata, ale to był szczyt wszystkiego!

Ocierający krew z nosa Łukasz uśmiechnął się jadowicie i puścił mi oczko. Wbiłam sobie paznokcie we wnętrze dłoni, by sprowadzić się nieco na ziemię i powstrzymać od kłapnięcia na niego zębami. Wyglądałoby to już komicznie.

W chaos na korytarzu wdarł się dźwięk dzwonka.

– Oboje na lekcje! – zaordynowała wściekła kobieta. – Widzę was na następnej przerwie w moim gabinecie! – Ostatni raz pogroziła nam palcem i zniknęła w pokoju nauczycielskim, pod którego drzwiami wszystko się rozegrało.

– Boże, Lilly, zwariowałaś?! – Ola zaraz przejęła pałeczkę ochrzanu. – Co się stało? Dlaczego on zawsze taki dla ciebie jest?

– Też chciałabym wiedzieć. – Ze złością uklękłam przy swoim plecaku. Podczas szarpaniny któreś z nas strąciło go z parapetu, wszystkie rzeczy rozsypały mi się na wyłożonej tandetnym linoleum podłodze. Spakowałam je szybko, gdy…

– A gdzie jest kot? – Uniosłam głowę i powiodłam wzrokiem dookoła.

– Przed chwilą tu był. – Ola zbladła wyraźnie.

Poderwałam się na równe nogi, rozejrzałam jeszcze raz. Uczniowie powoli znikali w klasach, robiło się coraz ciszej i spokojniej, lecz nigdzie nie dostrzegłam przebłysku beżowo-brązowego futerka. Patronusy zawsze trzymały się blisko swoich właścicieli i pojawiały się natychmiast, gdy ich potrzebowali, a jego tutaj nie było. Gdzie on mógł…?

Łukasz.

Zawęszyłam w powietrzu, mrużąc oczy dla większego skupienia. Wsłuchałam się w swoje wnętrze, odnalazłam nitkę więzi łączącej mnie ze zwierzakiem, sprawdziłam ją dokładnie. I krzyknęłam, gdy odkryłam, co znajdowało się na jej drugim końcu.

Łukasz już kiedyś mi to obiecywał. Groził, że zrobi krzywdę niczemu niewinnemu kotu, a ja wiedziałam, że byłby do tego zdolny, jeśli tylko miałby pewność, że w ten sposób mi dopiecze. A pewność tę miał, i to nie od dzisiaj, bo widział, jak bardzo jestem z nim związana. Widział, że kot jest dla mnie wszystkim, że nie jestem w stanie bez niego żyć…

I skoro nie dostał mnie, postanowił dobrać się do niego.

Wściekłość rozlała się po moim ciele jak gorąca lawa. Nie powstrzymywałam dłużej tłumionych do tej pory ognistych dreszczy – oddałam im się całkowicie we władanie, pozwalając, by pole widzenia przesłoniła mi czerwonawa mgiełka. Rzuciłam się wciąż lekko fosforyzującym w powietrzu tropem, ignorując wołanie przyjaciółki, próbującej mnie zatrzymać.

Wilkołak w moim wnętrzu szarpał się, drapał i warczał wściekle, usiłując wydostać się na zewnątrz, a ja nie zamierzałam dłużej go przed tym powstrzymywać.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 675
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!