Córa rodu Phoenix – Rozdział 7

Początek koszmaru

                      Zaczęło się. Płomiennowłosa stała wraz z Albusem nad pierwszą spośród uczniów ofiarą. Colin Creevey – drobniutki blondynek o jasnych włosach i wyjątkowo chłopięcej, dziecinnej jeszcze buzi. Widywała go, gdy pałętał się ze swoim nieodłącznym aparatem koło Harry’ego, w którym widział kogoś na kształt idola. Pełen życia, beztroski, wiecznie uśmiechnięty dzieciak, potrafiący zarazić swoim nieco męczącym entuzjazmem. Hermiona wspominała, że naznaczona podziwem natarczywość Colina, umocniła dziwny sentyment Lockharta do pana Pottera – Gilderoy sam siebie uważał za mentora, którego w jego mniemaniu potrzebował Chłopiec Który Przeżył, jako bądź co bądź swoistego rodzaju medialna gwiazda. Błękitnooka skrzywiła się z niesmakiem – doprawdy Gil zaskakiwał ją na każdym kroku swoim coraz to bardziej wybujałym ego. Prowadzone przez niego “zajęcia” były niczym więcej, niż niemającą końca, irytującą stratą czasu. Rozmawiała na temat Lockharta z dyrektorem i dowiedziała się, że przyjaciel musiał go zatrudnić, była jednak przekonana, iż byle ropucha mogłaby pochwalić się rozleglejszymi kompetencjami niż ten pożal się Merlinie “czarodziej”. Popisy jego nieporadności i brak elementarnej wiedzy, mogłyby być nawet zabawne – gdyby nie to, że marnowały cenne dla uczniów godziny zajęć. Coraz częściej miała ochotę skręcić mu ten wątły kark, kiedy dumny z siebie opowiadał istne banialuki, posiłkując się historiami o klątwach i zaklęciach, które po prostu nie istniały – niechlujnie zlepiał ze sobą strzępy informacji, zaczerpniętych z ksiąg o magii wymarłej, opatrując je nazwami swego autorstwa, najczęściej nie mającymi krzty sensu. Jak na ironię Gilderoy cieszył się niemałą popularnością wśród uczennic. Zadziwiająco niewiele było trzeba, by zaimponować młodym dziewczętom – przystojna buźka, czarujący uśmiech i już były w stanie popaść w zachwyt, ignorując zupełnie całą, niespójną resztę. Ognistowłosa zacisnęła subtelnie pięści, odrywając swoje myśli od fircykowatego czarodzieja. Nie czas było myśleć o tym irytującym idiocie. 

– Jakieś pomysły, moja droga? – szepnął Dumbledore. 

– Czymkolwiek jest ta bestia, jestem pewna, że dopiero zaczyna łowy. Na kilometr cuchnie tu mroczną magią i…nienawiścią. 

– Nienawiścią… – czarodziej wymamrotał pod nosem, bardziej sam do siebie.  

– Pan Creevey jest z pochodzenia mugolakiem, prawda? – przeczuwała jaką usłyszy odpowiedź, ale musiała zapytać. 

– Zgadza się – westchnął ciężko Albus. 

– Nasze domysły powoli stają się faktami, przyjacielu. Potwór Salazara nie spocznie, dopóki nie oczyści Hogwartu z, jak to ładnie Slytherin nazywał, “krwi niegodnych“. Skoro wiemy już w jaki konkretnie sposób to coś atakuje i znamy jego schemat doboru ofiar, będzie mi łatwiej znaleźć jakąkolwiek wskazówkę w księgach. Mam odwrócić petryfikację? 

Starzec zsunął okulary i zacisnął palce u nasady nosa – robił tak zawsze, gdy był poddenerwowany lub zmęczony. Przesunął sporą dłonią po długiej, białej brodzie zbierając myśli. Towarzyszka nie ponaglała go, doskonale zadawała sobie sprawę, że Dumbledore nie podejmował żadnych decyzji pochopnie – był zbyt inteligentny i doświadczony życiem, by kierować się emocjami bądź nagłymi impulsami. 

– To nie będzie konieczne, moja droga. Colin jest bezpieczny w Skrzydle. Niebawem mandragory będą gotowe do zbiorów i Severus zajmie się stworzeniem wywaru. Nie potrafiłbym wytłumaczyć ustąpienia petryfikacji tak, żeby nie narazić twojej misji. Poppy zapewne dociekałaby prawdy, a nie tak łatwo zadowolić ją wymówkami. Postaraj się dowiedzieć, z czym możemy mieć do czynienia. 

Dziewczyna spojrzała na nieruchomą, zastygłą w wyrazie zaskoczenia, twarz chłopca. Mogła pomóc mu od razu, ale Dumbledore miał rację. Była jego asem, skrzętnie ukrytym w rękawie – takiej karty nie wyciągało się na samym początku rozgrywki. Przyjaciel objął ją delikatnie ramieniem, chcąc dodać otuchy błękitnookiej istotce. 

– Jak się czujesz? – wejrzał łagodnie w lazur jej oczu. 

– Nie najlepiej, jeśli mam być szczera. To ciało jest zbyt słabe, żeby utrzymać moją moc i przypomina mi o tym coraz boleśniej. 

– Dasz sobie radę? 

Płomiennowłosa roześmiała się, słysząc wyraźną nutę troski w głosie dyrektora. Nie przywykła, by ktoś się o nią martwił – w całym swoim życiu spotkała tylko jedno takie stworzenie – i nie bardzo wiedziała, jak powinna się z tym czuć. 

– Wiesz, że to dla mnie jedynie drobna niedogodność. Poradzę sobie, nie martw się na zapas. 

– O zbyt wiele cię proszę, moja droga – wyszeptał, wzmacniając uścisk. 

– Nie przesadzaj, Albusie. W końcu, po to tu jestem.

– Zrób co możesz, bez zbędnego forsowania się, a resztę zostaw mnie – uśmiechnął się serdecznie. 

Przez kilka minut stali w milczeniu, patrząc na Colina. Tea nie musiała przenosić wzroku na przyjaciela, żeby wiedzieć jaką miał minę – Albus bardzo poważnie traktował swą pracę. Atak wytrącił go z równowagi, zwłaszcza zważywszy na pochodzenie ofiary. Dumbledore przez większość swojego życia walczył o zaniechanie uprzedzeń względem mugolaków i czarodziei półkrwi, poświęcając temu najlepsze lata swojego życia. Tak haniebny akt przemocy musiał być dla niego bolesnym policzkiem. Jako dyrektor poprzysiągł sobie, że nie dopuści do sytuacji, jaka miała miejsce za czasów jego szlachetnego poprzednika, a teraz…a teraz stał i patrzył na dowód swojej porażki. 

– Co z Harrym? – płomiennowłosa szturchnęła przyjaciela, czując, że pogrąża się w ponurych rozmyślaniach. 

Przez moment nie zareagował. Musiały nawiedzać go myśli o wiele mroczniejsze, niż wydawało się na pierwszy rzut oka, w końcu jednak uniósł kącik ust w niewyraźnym półuśmiechu. 

– Przyglądaj mu się uważniej. Dziwne rzeczy dzieją się tuż pod naszymi nosami. 

Staruszek dał błękitnookiej lekkiego prztyczka w nos. Panna Dumbledore nie powstrzymywała szerokiego uśmiechu. Od ataku na Colina w szkole wrzało. Nauczyciele ledwo radzili sobie z narastającym wśród uczniów strachem, nie mówiąc już o rodzicach coraz bardziej zatroskanych o bezpieczeństwo swoich pociech – co bardziej bojaźliwy sugerowali nawet zabranie dzieci z zamku, do czasu wyjaśnienia sprawy. Wszędzie wokół unosiły się zaniepokojone szepty, jednak Albus nawet w takiej sytuacji nie tracił poczucia humoru. Uwielbiała złudną aurę lekkoducha, jaką wokół siebie roztaczał. 

– Wracaj proszę do dormitorium. Muszę jeszcze porozmawiać z profesorami, nie możemy pozwolić, by sytuacja wymknęła się spod kontroli. 

Dziewczyna skinęła subtelnie w geście zrozumienia. Nim wyszła, pogładziła policzek spetryfikowanego chłopca, który był upiornie zimny…W myślach przeprosiła Colina za to, że nie może od razu wybudzić go z tego sennego koszmaru. Zerknęła na Dumbledore’a i uścisnęła pocieszająco jego ramię w ramach pożegnania, po czym ruszyła w kierunku drzwi, zostawiając za sobą zasępionego staruszka. Uważając by nie ściągać na siebie uwagi wyślizgnęła się ze Skrzydła Szpitalnego i ostrożnie ruszyła w stronę lochów. O tej porze wszyscy uczniowie powinni znajdować się w swoich dormitoriach, więc musiała uważać, żeby nie natknąć się na żadnego z patrolujących korytarze nauczycieli. Albus łatwo wytłumaczyłby nocne spacery wnuczki, jednak nie miała zamiaru dokładać kolejnego ciężaru na jego barki – dość już miał zmartwień, jak na jeden dzień. Upewniwszy się co do wolnej, od niepożądanego wzroku, drogi pogrążyła się w myślach. Magiczne stworzenia nigdy za specjalnie jej nie interesowały – lubiła zwierzęta, ale nie widziała w nich obiektów badań naukowych. Skupiała się na samej magii, jej historii i zapomnianych arkanach, a w tej chwili po raz pierwszy szczerze tego pożałowała. Została zmuszona do poproszenia Ethana o przejrzenie zgromadzonych w rezydencji zbiorów. Westchnęła cicho. Nie lubiła wykorzystywać kuzyna, jednak nie miała wyboru – powtarzające się nieobecności, w końcu zwróciłyby czyjąś uwagę. Bez większego entuzjazmu weszła do Pokoju Wspólnego. Było grubo po ciszy nocnej, więc nie spodziewała się zastać tu kogokolwiek. Nie rozglądając się szła wprost ku swojemu pokojowi, chcąc jedynie rzucić się na łóżko i poczytać w spokoju. Przystanęła słysząc za plecami głośne chrząknięcie. 

– Gdzieś ty się podziewała, Dumbledore?! 

Wszędzie rozpoznałaby poirytowany głos Blaise’a, ponieważ kiedy był zdenerwowany mówił jakby był z dziesięć lat starszy. Odwróciła się niechętnie i spojrzała wprost w ciemne oczy chłopaka – zdecydowanie wyglądał na mocniej wkurzonego, niż sądziła początkowo. Nim zdążyła odpowiedzieć podszedł do niej i zamknął ją w objęciach, przyciskając eteryczną sylwetkę do swojej piersi. Czuła jak jego serce waliło niczym oszalałe. Zdumiona stała w bezruchu, niepewna tego co powinna zrobić. 

– Jasna cholera, dziewczyno! Martwiłem się o ciebie, wiesz?! Jeszcze nie tak dawno słaniałaś się na nogach, a dzisiaj przepadłaś bez śladu i wracasz sobie w środku nocy! Chcesz, żebym przez ciebie osiwiał w tak młodym wieku?! 

Ślizgonka uśmiechnęła się delikatnie, przytulając kolegę tak jak należało. 

– Przepraszam, Blaise. Zostałam wezwana do dziadka i nie miałam czasu wam powiedzieć. 

Chłopak odsuną się nieznacznie, by móc spojrzeć w błękitne oczy. Położył obydwie dłonie na ramionach koleżanki, badawczo przyglądając się delikatnej buzi, która nagle wydała mu się dziwnie zmęczona. Złość na jego twarzy momentalnie ustąpiła miejsca trosce. Coś się działo…czuł to i miał zamiar dowiedzieć się o co chodziło. 

– Coś poważnego? – jego palce mocniej wbiły się w barki dziewczyny. 

Tea odetchnęła głęboko, przygotowując się do opowiedzenia bajeczki, jaką wcześniej przygotowała wraz z Albusem. Ustalili dokładnie, jak miała brzmieć najlepsza odpowiedź na podobne pytania. Byliby naiwni sądząc, że się nie pojawią, a spójność w zeznaniach była kluczem do sukcesu – każdy kłamca o tym wiedział. 

– Nie wiem, czy powinnam wam o tym mówić… – zerknęła na Zabini’ego. 

– Nikomu nic nie powiem, słowo. Po prostu powiedz. 

– Dziadek poważnie obawia się o moje bezpieczeństwo. To…coś z Komnaty…ma atakować wrogów dziedzica…

– Przecież nie jesteś mugolaczką – Blaise uniósł pytająco brew. 

– Pochodzę z rodziny czarodziei półkrwi. Co jeśli to coś nie ograniczy się do mugolaków i zacznie atakować takich jak ja? Profesorowie nie wiedzą co to jest, ani gdzie tego szukać. 

Wraz z przyjacielem liczyli na to, że takie wyjaśnienie przyniesie im nieocenioną korzyść. Troska dziadka wobec wnuczki mogła łatwo posłużyć za wytłumaczenie jej częstych wizyt w jego gabinecie, a w skrajnym przypadku usprawiedliwić krótki wyjazd – zarówno w ochach uczniów, jak i niewtajemniczonych nauczycieli. Zawsze bezpieczniej było zostawiać sobie wyjście awaryjne. Blaise przesunął dłonie na plecy Tei i znów zamknął ją w ciasnych objęciach. Doskonale czuła, jak mocno napiął mięśnie, widziała również wojowniczą iskrę rozpalającą ciemne oczy. Blaise Zabini, nigdy nie był tak poważny jak w tej chwili. 

– Przy mnie będziesz bezpieczna, księżniczko. Nie bój się. Ochronię cię. 

Chłopak głaskał długie, płomienne włosy zbyt intensywnie, żeby można było uznać to za opiekuńczy gest – denerwował się i było to widać. Gallatea uśmiechnęła się mimowolnie. Od bardzo dawna nie słyszała podobnych słów i choć Zabini nie był w stanie obietnicy dotrzymać, sam gest ją wzruszył. Musiała pozbyć się jak najszybciej stworzenia z Komnaty, czymkolwiek by nie było. 

– Dziękuję – zerknęła na Blaise’a. 

– Choć piękna, odprowadzę cię do pokoju. 

Nie protestowała. Kiedy weszła do Pokoju Wspólnego, chciała zostać sama, ale wystarczyła chwila rozmowy, żeby zmieniła zdanie – samotność wcale nie była najlepszym rozwiązaniem. Uporczywa myśl o tym, że Slytherin…jej niegdyś ukochany Salazar, mógł dopuścić się takiego okropieństwa, jak eliminacja niewinnych dzieci, nie dawała jej spokoju. Jak okrutnym mógł być człowiek, którego kochała. W imię przekonań terroryzować dzieciaki i to jeszcze całe wieki po swojej śmierci? Jakże wielki mrok spowił, kiedyś tak szlachetne, serce. Poczuła palce zaciskające się na jej dłoni – Blaise zerkał na nią kątem oka. Musiała wyglądać nie za ciekawie, skoro porwał się na podobny gest. Zabini pomimo naturalnie uwodzicielskiego stylu bycia, nie często decydował się na jawne przejawy czułości – nie miał nic przeciwko przytulaniu, czy podsuwaniu ramienia, ale wystrzegał się trzymania za dłonie i przyjacielskich całusów na powitanie lub pożegnanie, uznając je za zbyt poufałe. Idąc za rękę dotarli do pokoju. Tea uśmiechnęła się, widząc Dafne śpiącą na jej łóżku – widocznie Greengrass również się o nią martwiła. Na fotelu stojącym bliżej łóżka drzemał Draco, który sądząc po dość niewygodnej pozycji, musiał paść ze zmęczenia dotrzymując towarzystwa blondynce. Płomiennowłosa nie przypuszczała, że tyle osób mogło się nią przejmować – dość zawstydzające uczucie. Blaise nieoczekiwanie wzmocnił nieznacznie uścisk, czym zainteresował błękitnooką, która zerknęła na niego ukradkiem. Ślizgon z zaciętą miną spoglądał na śpiącego przyjaciela. Panna Dumbledore wspięła się na palce i delikatnie musnęła wargami policzek Zabini’ego, przez co kompletnie znieruchomiał. 

– Dziękuję, że na mnie czekaliście – uśmiechnęła się i wysunęła palce z dłoni towarzysza. 

Podeszła do szafy i uważając, żeby nie zbudzić śpiących wyciągnęła z niego dwa koce. Białym opatuliła szczelnie Dafne. W tym czasie Blaise podszedł do Malfoy’a, którego zmierzył niechętnym spojrzeniem. 

– Mam go stąd zabrać? – szepnął w kierunku gospodyni. 

Wolnym krokiem podeszła do kolegi, zarzucając ciemnozielony koc na Draco. Całkiem pasowała mu głęboka, butelkowa zieleń. 

– Nie trzeba, niech śpi. 

Zabini nie wyglądał na szczególnie zadowolonego, jednak nie skomentował decyzji płomiennowłosej. Spojrzał na nią niepewnie i uśmiechnął się nieznacznie, zaplatając dłonie na karku. Powinien wyjść z pokoju, ale wcale nie miał ochoty na to, by zostawiać ją samą. 

– Pójdę już. Dobranoc, księżniczko – odwrócił się gwałtownie w stronę drzwi, lecz zatrzymała go delikatna dłoń zaciśnięta nienachalnie na barku. 

– Blaise, chcesz zostać? Dzisiaj już nie zasnę, fajnie byłoby z kimś pogadać…Jeśli nie jesteś zmęczony, oczywiście – zapytała delikatnie. 

Twarz młodego czarodzieja rozświetlił szeroki uśmiech. 

– Pewnie, tylko przyniosę nam koce. Zaczekaj chwilę! 

Nie czekając na odpowiedź wybiegł z pokoju Gallatei, zanim zdążyłaby zmienić zdanie. Dziewczyna stała nieopodal fotela w którym spał Draco, uśmiechając się gorzko. Nie kłamała. Na samą myśl o śnie czuła niepokój. Doskonale wiedziała, że najpewniej obudziłaby się z krzykiem, wzniecając niepotrzebną panikę wśród znajomych. Usiadła na dywanie, opierając plecy o łóżko. W przejmującej, kojącej ciszy słyszała równy oddech Dafne i nienachalne pochrapywanie Malfoy’a. Nie powinna przywiązywać się do młodych czarodziei…do nikogo nie powinna – znała aż za dobrze cenę, jaką będzie musiała za to zapłacić, a mimo to lubiła ich towarzystwo. Grupka roześmianych, żywiołowych dzieciaków wprowadziła w jej pogmatwane życie nutę normalności – nareszcie mogła przekonać się na własnej skórze, jak wyglądało prawdziwe dzieciństwo. Rozmyślania nad pułapkami nieśmiertelnego żywota zakłócił powrót Zabini’ego, który przytaszczył ze sobą dwa zielone koce. Zamknął ostrożnie drzwi i usiadł koło błękitnookiej. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, cicho śmiejąc się ze swoich szkolnych przygód oraz nie zawsze udanych podbojów chłopaka. Płomiennowłosa nie wiedziała nawet kiedy zmógł ją sen – co dziwne, nic jej się nie przyśniło. Przewróciła się na bok, a gdy uchyliła powieki, tuż przed sobą miała niewinną, pogrążoną we śnie twarzyczkę Dafne. Odrobinę zdezorientowana zmianą położenia, rozejrzała się dokoła. Leżała na swoim łóżku przykryta kocem, należącym do Blaise’a. Usiadła powoli, chcąc zyskać pełniejszy widok na pokój. Draco wciąż spał w fotelu w dziwacznej, poskręcanej pozycji. Rozbieganym wzrokiem rozpoczęła poszukiwania Zabini’ego. Zsunęła stopy na podłogę, wstając zwinnie i uśmiechnęła się dostrzegając znajomą, czarną czuprynę. Zabini drzemał w najlepsze oparty o ramę łóżka w pozycji półleżącej. Przykucnęła obok niego, przez chwilę wpatrując się w spokojną twarz kolegi. Odgarnęła kilka niesfornych kosmyków, przyklejonych bezładnie do jego policzków i czoła. Młody czarodziej zareagował błyskawicznie – półprzytomny zacisnął dłoń na nadgarstku dziewczyny. Pomimo młodego wieku posiadał dość sporo siły –  na tyle by poczuła ból. Próby wyrwania ręki na nic się zdały – doprowadziły jedynie do tego, że Blaise mamrocząc coś pod nosem, odwrócił się ciągnąć ją za sobą. W skutek szarpnięcia uderzyła policzkiem w łopatkę kolegi, co natychmiast go wybudziło. Nie do końca świadomie, puścił jej nadgarstek starając się ogarnąć gdzie jest i co tu robi. 

– Tea, nic ci nie jest? – zatroskany przyglądał się buzi koleżanki, gdy wreszcie w pełni przypomniał sobie spędzony w jej towarzystwie wieczór. 

Zaśmiała się cicho. Bardziej niż policzek, dokuczał jej pulsujący ból nadgarstka. Cholerne, wątłe ciałko! Coraz skuteczniej przypominało jej o ograniczeniach, których nigdy wcześniej nie doświadczyła i szczerze jej się to nie podobało. Mimowolnie zaczęła pocierać drugą dłonią obolałe miejsce, czym zwróciła uwagę Ślizgona. 

– Ja ci to zrobiłem? – wyszeptał, ujmując ostrożnie porcelanową dłoń. 

– Masz niesamowicie czujny sen! – odparła radośnie, by zawczasu stłamsić w chłopcu poczucie winy. 

Chciała zabrać dłoń lecz Blaise jej na to nie pozwolił. Ledwo odczuwalnie przejechał opuszkami palców po zaczerwienionej skórze. Jego matka nie darowałaby mu tak haniebnego skrzywdzenia kobiety – wychowywała go w duchu okazywania płci pięknej należnego szacunku. W brązowych oczach zamajaczył cień żalu i zawodu samym sobą. 

– Przepraszam – wymamrotał niemalże bezdźwięcznie. 

– Moja wina, nie przejmuj się. Przeniosłeś mnie na łóżko? 

– Nie mogłem przecież pozwolić księżniczce spać na podłodze! – rozchmurzył się nieco. 

Płomiennowłosa usiadła wygodnie obok Zabini’ego, zerkając ukradkiem na ścienny zegar. Wskazywał kilka minut po piątej – zdecydowanie za wcześnie, by robić cokolwiek produktywnego. Oparła głowę o ramię kolegi i sięgnęła po koc, którym ich okryła. Materiał wciąż był przyjemnie rozgrzany… 

– Prześpij się jeszcze, Blaise, za wcześnie na cokolwiek innego. 

Chłopak jedynie się zaśmiał i wsparł policzek o czubek jej głowy. Objął pannę Dumbledore ramieniem, zapewniając tym samym większą wygodę. Już po chwili zasnął – słyszała wyraźnie jego miarowy, głęboki oddech, więc sama przymknęła oczy. Obudził ją odgłos przytłumionych przez dywan kroków. Draco przyglądał się im, rozciągając obolałe przez niewygodną pozycję ramiona. Uśmiechnęła się do niego subtelnie. 

– Cześć – szepnęła. 

Blondyn usiadł naprzeciwko niej, przez chwilę utkwiwszy szare tęczówki w twarzy przyjaciela. Zatliła się w nich ulotna nuta niezrozumiałej zazdrości. 

– Czemu cię nie było? – przeniósł wzrok na płomiennowłosą. 

– Obudźmy Dafne i Blaise’a, została nam trochę ponad godzina do zajęć. Wytłumaczę się przy śniadaniu, zgoda? 

Malfoy przytaknął zachowawczo. Przypadło mu w udziale obudzenie Greengrass, czym naraził się na jej gniew. Poderwała się dopiero, gdy Ślizgon oznajmił, że Dumbledore wróciła. Dafne jednym ruchem zeskoczyła z łóżka i nie zwracając uwagi na zaspanego Zabini’ego, rzuciła się, by przytulić Gallateę. Zbagatelizowała nawet to, że kolanem wbiła się wprost w brzuch Blaise’a – w tym momencie obchodziła ją tylko i wyłącznie Tea. 

– Nie strasz nas tak! Wiesz jak cię o ciebie martwiliśmy? – ton jej głosu wyrażał troskę, ubogaconą szczyptą uzasadnionego wyrzutu. 

– Wiem i bardzo przepraszam. Chodźmy na śniadanie. Wszystko wam wyjaśnię, obiecuję. 

Umówili się, że za dwadzieścia minut spotkają się przy kanapie w Pokoju Wspólnym. Po wyjściu Ślizgonów błękitnooka przysiadła na krawędzi łóżka i ukryła twarz w dłoniach. Zimne palce dawały odrobinę ulgi w zetknięciu z rozpalonymi policzkami – dzisiaj również nie czuła się kwitnąco. Wyjątkowo nie miała ochoty iść na zajęcia…wolałaby zaszyć się wśród swoich książek i pogrążyć się w poszukiwaniach – było to jednak niemożliwe. Musiała zaufać Ethanowi i jego talentowi do porządkowania informacji. Westchnęła i poszła do łazienki, żeby doprowadzić się do względnego porządku. Oglądając swoją twarz w lustrze, dostrzegła na jak wymęczoną wyglądała: pod błękitnymi oczyma pojawiły się szerokie, fioletowe sińce; mleczna skóra nabrała niezdrowego, pergaminowego odcienia pod którym gdzieniegdzie widoczne były purpurowe, drobne żyły. To ciało zdecydowania osiągnęło już pełnię swoich możliwości – powoli niszczało pod wpływem zamkniętej w nim mocy. O to jednak miała zamiar martwić się później, po rozwiązaniu kwestii potwora z Komnaty. Wykonała poranną toaletę i w pośpiechu naciągnęła mundurek. W biegu chwyciła torbę z książkami, zbiegając do Pokoju Wspólnego. Dafne już na nią czekała, siłując się z opornym guzikiem białej koszuli, a chłopcy dołączyli po chwili. Ramię w ramię poszli do Wielkiej Sali, w której kręciło się sporo uczniów. Niemalże cały stół Slytherinu okupowany był przez roześmiane grupki – łącznie z ich zwyczajowymi miejscami. Greengrass wypatrzyła dość dużo miejsca przy samym krańcu stołu – przestrzeń na tyle odizolowaną, by mogli bez przeszkód porozmawiać. Usiedli tam stłoczeni jak najbliżej siebie, co z daleka musiało dawać komiczny efekt. 

– Tea, co się dzieje? – szepnęła Dafne. 

– Wieczorem wezwano mnie do dziadka, który jak się okazało bardzo martwi się o moje bezpieczeństwo. Jestem półkrwi. Co jeśli to coś zacznie polować na takich jak ja? Wedle przekonań Salazara Slytherina, również czarodzieje półkrwi są niegodni nauki w Hogwarcie. 

Starała się wyglądać jak najbardziej wiarygodnie, opowiadając tę samą bajeczkę co wczorajszego wieczoru. Udało jej się, zważywszy na ciasno oplatające ją ramię blondynki. Źle czuła się grając na emocjach znajomych, ale jaki wybór miała? 

– Nie martw się. Ja, Blaise i Draco jesteśmy czystej krwi, to coś do nas nie podejdzie. Jeśli będziemy przy tobie, ciebie też zostawi w spokoju – Ślizgonka uśmiechnęła się pocieszająco. 

– Pamiętaj co ci obiecałem, księżniczko – Zabini sięgnął przez stół i delikatnie ujął dłoń płomiennowłosej, na co odpowiedziała ciepłym uśmiechem. 

Malfoy przypatrywał się śmiałości przyjaciela z rosnącym rozdrażnieniem. Zerknął kątem oka na Blaise’a, który uśmiechał się do niego cwaniacko. To przelało czarę goryczy – Draco również chwycił drobną dłoń Tei. Nie mógł być gorszy od Zabini’ego! 

– Zawsze będę obok, gdybyś mnie potrzebowała. Nie bój się. 

Blondyn wychylił się i w szarmanckim geście, ucałował dłoń dziewczyny. Siadając na swoim miejscu, posłał Blaise’owi triumfalny półuśmieszek. Ciemnoskóry czarodziej skrzywił się nieznacznie, pojmując, że właśnie rzucono mu rękawice, po chwili jednak na jego twarz wrócił zaczepny uśmiech. Doskonale wiedział, jak zagrać na nosie wyniosłemu arystokracie. 

– Księżniczko, jeśli będziesz bała się zostać sama, powiedz mi. Posiedzę z tobą tak jak dzisiaj, nawet przez całą noc. 

– Właśnie, piękna! Jeśli będziesz się bała to powiedz, mogę spać w twoim pokoju. 

Blaise i Draco mierzyli się wyzywającymi spojrzeniami. Płomiennowłosa spojrzała na Dafne, która ledwo powstrzymywała się od wybuchu śmiechu. Gallatea wyrwała dłonie z uścisków chłopców na co ani jeden, ani drugi nie zwrócił najmniejszej uwagi – byli zbyt zajęci wpatrywaniem się w siebie z przekąsem. Przypominali dwa typowe samce, walczące ze sobą o pozycję lidera w stadzie – choć trzeba przyznać, że w świecie zwierząt wyglądało to bardziej elegancko. 

– Koniec! Żaden z was nie będzie spał w moim pokoju! Gdybym potrzebowała towarzystwa, poproszę Dafne. Zachowujecie się jak kretyni. 

Greengrass roześmiała się w głos – zszokowane miny chłopaków wyglądały zbyt zabawnie, by próbować się powstrzymywać. Siedzieli sztywno, gapiąc się na koleżanki z minami wyglądającymi jakby od dawna tęskniły za rozumem. Ognistowłosa dołączyła do blondynki, śmiejąc się w najlepsze. Po raz kolejny, niezamierzenie, ostudziła zaogniającą się między Malfoy’em, a Zabini’m przyjacielską rywalizację. 

                       Klub Pojedynków. Sam pomysł nie brzmiał najgorzej – trochę niezbędnej praktyki w ciężkiej sztuce samoobrony – jednakże był jeden problem. Inicjatorem przedsięwzięcia był nie kto inny jak Lockhart we własnej, niekompetentnej osobie, a to nie wróżyło najlepiej. Tea i Dafne dały się namówić Draco i Blaise’owi na uczestnictwo w zajęciach, które chłopcom wydawało się nie lada atrakcyjną rozrywką. Płomiennowłosa uśmiechnęła się krzywo, patrząc na Gilderoy’a, raczącego śnieżnym uśmiechem uczennice – żadnej nie miał zamiaru odpuścić krótkiego spotkania ze swą wspaniałością. Przechadzał się powoli po podwyższeniu, mającym zapewne pełnić funkcję sceny zmagań młodych czarodziei. Przez nienaturalnie niespieszny krok i dziwaczne, fantazyjne szaty, Lockhart przypominał dumnie stroszącego piórka pawia, żądnego nieustannego zachwytu. Błękitnooka musiała choć przez chwilę odpocząć od tego żenującego widowiska, więc rozejrzała się po twarzach zebranych – przyszło zaskakująco dużo osób w różnym wieku i ze wszystkich domów. Wśród tłumu wypatrzyła znajomą, rudą czuprynę. Nim zdążyła przecisnąć się w stronę trójki Gryfonów, Gilderoy rozpoczął swoje przemówienie. Jeśli coś w życiu mu wychodziło, to bez wątpienia gadanie – z godną pozazdroszczenia pewnością siebie paplał, jak zazwyczaj, w większości od rzeczy. Płomiennowłosa zainteresowała się jego wywodem dopiero, gdy padło nazwisko Snape. Nieco zdziwiła ją obecność mistrza eliksirów – nie był skory do poświęcania czasu uczniom, a i za Gilem nie przepadał. Lockhart uparł się, by razem z Severusem zaprezentować zebranym, jak ma wyglądać przepisowy pojedynek. Panna Dumbledore po raz kolejny nie doceniła rozdmuchanego ego nauczyciela Obrony i jego, niepopartego faktami, przekonania o własnej sile. Wraz z resztą Ślizgonów przypatrywała się opiekunowi swego domu, niechętnie wychodzącemu na scenę. Snape, nawet szybciej niż się spodziewali, dosłownie zmiótł Gilderoya, nie przemęczając się przy tym zbytnio – nie mogło być inaczej, bowiem nauczycieli dzieliła przepaść jeśli chodziło o umiejętności. Lockhart jeszcze coś tam mamrotał tłumacząc się z porażki, ale sensu w tym nie było za grosz. W końcu wraz z Severusem podzielili uczniów na pary pojedynkowe. Serce dziewczyny zakuło niespokojnie, gdy usłyszała, że Harry miał mierzyć się z Draco. Potter kontra Malfoy – brzmiało to jak kiepski żart. Tych dwóch darzyło się głęboką wzgardą, a żaden z nich nie był na tyle rozsądny, żeby odpuścić – bez wątpienia gotowi byli zrobić sobie krzywdę. Tea zezłościła się na Snape’a, uważając, że nie powinien był pozwolić, żeby doszło to tego pojedynku – doskonale widział o ostrej, niebezpiecznej rywalizacji między chłopcami. Było już jednak zdecydowanie za późno na sprzeciw. Gryfon i Ślizgon stanęli naprzeciw siebie na podwyższeniu, gotowi do rozpoczęcia walki. Dafne widząc zdenerwowanie koleżanki, położyła dłoń na jej ramieniu i uśmiechnęła się pocieszająco. 

– Spokojnie, przecież nauczyciele nie pozwolą, żeby to zaszło za daleko. 

– Miejmy nadzieję – westchnęła błękitnooka, niezbyt wierząc w rozsądek Severusa i Gilderoy’a. 

Wspólnie obserwowały zmagania chłopców. Początkowo pojedynek wyglądał w miarę normalnie: krótka wymiana Tarantallegry za Rictusempre, okraszona złowrogimi spojrzeniami i złośliwymi docinkami – ot zwyczajnie, zacięte i dość wyrównane starcie. Płomiennowłosa już zaczęła się rozluźniać, gdy stało się coś niespodziewanego. Po ataku Harry’ego Draco został, w nieco komiczny sposób, zepchnięty do krawędzi podwyższenia. Blondyn podniósł wzrok na Severusa, przy którego nogach wylądował. Dziewczyna dokładnie widziała jak Snape, wręcz obrzydzony porażką wychowanka, podnosi go gwałtownym szarpnięciem za ramię i szepcze mu coś do ucha. Chłopiec potaknął, wykrzywiając twarz w aroganckim uśmieszku. 

– Serpensortia! – wykrzyknął.

Tuż przy nogach Harry’ego pojawił się wąż. Niezbyt imponująca rozmiarem bestyjka, jednak tylko głupieć byłby skłonny całkowicie ją zlekceważyć. Wśród zebranych podniosły się niespokojne szepty. Gryfon stał nieruchomo, średnio wiedząc jak zabrać się za gada, więc wąż zwyczajnie stracił nim zainteresowanie. Sycząc ostrzegawczo pełznął w kierunku innego chłopca, demonstrując pełną gotowość do ataku. Potter wyrwał się z odrętwienia i podbiegł w kierunku węża. 

– Zostaw go! Nie atakuj! – usilnie próbował coś wskórać. 

Gallatea szeroko otworzyła oczy. Zerknęła na Severusa, ale nie potrafiła powiedzieć czy był zaskoczony – stał z różdżką w dłoni, obserwując rozwój wypadków. Wąż nie chciał poddać się woli Harry’ego, choć ten robił wszystko co mógł, żeby go powstrzymać. Najprawdopodobniej sam nie zdawał sobie sprawy z tego, że reszta uczniów wpatrywała się w niego zszokowana – w końcu nie często widywało się wężoustych. Snape raczył nareszcie zadziałać i pozbył się uciążliwego gada. Szok wśród uczniów, z prędkością światła, ustąpił miejsca podejrzliwości. Większość zgromadzonych wrogo patrzyła na Harry’ego, który zdążył już dołączyć do czekających na niego przyjaciół, wyglądając na mocno skołowanego. Płomiennowłosa razem z Dafne i Blaise’m przecisnęła się do Draco, który nie wyglądał na dumnego z siebie. Tempo spoglądał na drzwi, za którymi ledwo minutę temu zniknął Potter. 

– Wszystko gra, stary? – Zabini klepnął ramię blondyna. 

– A jak myślisz? Cholerny Potter jest wężousty! – żachnął się gniewnie arystokrata. 

– Draco, co powiedział ci Snape? 

Chłopak przeniósł zaskoczone spojrzenie na pannę Dumbledore, zainteresowany tym dlaczego o to pytała. Sądząc po jej minie, nie był to jednak czas na dyskusję. Błękitnookiej nie interesowało w tej chwili nic, poza odpowiedzią. Musiała mieć pewność zanim podejmie jakiekolwiek kroki. 

– Chciał żebym użył tego ostatniego zaklęcia – Ślizgon wzruszył ramionami. 

Nie potrzebowała niczego więcej. Z Severusem mogła policzyć się później – nie miał szans ukryć się przed nią w tym zamku, wszędzie by go znalazła. Teraz najistotniejszy był Harry, spodziewała się bowiem, jak to wydarzenie wpłynie na uczniów. Dziedzic Slytherina, znanego z biegłej znajomości mowy węży, miał stać za otwarciem Komnaty, a tu proszę – Harry Potter, chłopiec który przeżył, na oczach licznego grona jak gdyby nigdy nic gawędzi sobie z rozsierdzoną gadziną. Wnioski, niestety, nasuwały się same. Była pewna, że nikt poza nią nie rozumiał, co tak właściwie Potter powiedział – patrząc z boku mogło to wyglądać, jakby chciał użyć węża do ataku na zebranych. Ona sama nie miała naturalnego talentu, jeśli chodziło o wężoustość, jednak przebywanie z Salazarem zrobiło swoje. Swego czasu tak zainteresował ją dar Slytherina, że przekonała go, by spróbował ją nauczyć. Nieprzyjemny ucisk, znów zmącił jej myśli – za łatwo pozwalała, żeby gorzkie wspomnienia odrywały ją od rzeczywistości. Poczuła silną dłoń, zaciskającą się na jej ramieniu. 

– Martwisz się o Pottera? – zapytał cicho Draco. 

– Może trochę – uśmiechnęła się, unikając dokładniejszej odpowiedzi na pytanie.

– Jeśli chcesz to możemy go poszukać.  

Dafne wpatrywała się w koleżankę z nieśmiałym półuśmiechem. To nie tak, że miała wielką ochotę na zbliżanie się do Gryfonów – co prawda nie darzyła ich olbrzymią niechęcią, jak reszta Slytherinu, ale nie ukrywała swojego mało przychylnego nastawienia wobec domu lwa. Wiedziała jednak o sympatii płomiennowłosej do Harry’ego i jego świty. Skoro obiecała jej zawsze być obok, słowa miała zamiar dotrzymać, bez względu na osobiste preferencje. 

– Nie chcę sprawiać ci kłopotu, Dafne. Sama go poszukam. 

– Sama to ty nigdzie nie pójdziesz! Nie przejmuj się bzdurami. Idziecie? 

Greengrass zwróciła się do chłopaków, lecz obaj unikali jej spojrzenia. Westchnęła ciężko. Może to i lepiej? Draco zawsze nerwowo reagował na obecność Pottera, a Blaise dla odmiany nie znosił tego drugiego, Rona Weasley’a. Skąd się to wzięło Zabini’emu, Merlin jeden raczył wiedzieć. Było tak od pamiętnego spotkania w Skrzydle Szpitalnym – Dafne była niemalże pewna, że Blaise całą winą o zajście z trollem obarczał właśnie Weasley’a. Jakby na to nie patrzeć, to on był powodem ucieczki Granger. Zerknęła na tych dwóch kretynów i pokręciła głową z dezaprobatą, po czym chwyciła dłoń Gallatei i wyciągnęła ją na korytarz. Problem był jeden. Nie miała bladego pojęcia, gdzie powinny iść. 

– Wiesz, gdzie go szukać? – uśmiechnęła się delikatnie do koleżanki. 

– Jeśli miałabym zgadywać, to obstawiam dormitorium Gryffindoru. 

Blondynka skrzywiła się nieco. Zbliżanie się do siedliska Gryfonów nie brzmiało zachęcająco, jednak jak mus to mus. 

– Nie wiem, gdzie to jest – przyznała szeptem. 

– Ja wiem. Chodź. 

Dziewczyny, rozmawiając, przemierzały plątaninę korytarzy. Wspinaczka na siódme piętro Wieży Gryffindora, nie należała do wybitnych przyjemności, a sprawy nie ułatwiały wyjątkowo kapryśne schody. Szybko jednak okazało się, że droga była ich najmniejszym problemem – poważniejsze wyzwanie czaiło się w obrazie, za którym ukryto wejście do pokoju wspólnego Gryfonów. Z płótna spoglądała na nie młoda kobieta o jasnej karnacji i urodzie śpiewaczki operowej. Podejrzliwie zmrużyła ciemnoniebieskie oczy, widząc dwie uczennice w mundurkach Slytherinu. 

– O nie, kochaniutkie! Nie wpuszczę was do dormitorium! Wracajcie do swoich lochów! – rozległ się jej wysoki, melodyjny głos. 

– Bardzo panią proszę! Chcę tylko porozmawiać z Harrym. Skoro nie możemy wejść, to czy mogłaby pani go zawołać? – Tea zatrzepotała czarująco rzęsami. 

– Nie próbuj mnie czarować, dziecinko! Wy nie wejdziecie, a ja nikogo wołać nie będę! Wracajcie do swojego dormitorium, ale już, bo powiem Sir Nicholasowi, żeby porozmawiał sobie z Krwawym Baronem o wycieczkach podopiecznych jego domu! 

Z Grubą Damą ciężko było negocjować. Na prośby pozostawała głucha, groźby nie wchodziły w grę. Płomiennowłosa spodziewała się, że mogłaby paść z płaczem na kolana, a ducha by to nie obeszło. Wybawienie pojawiło się z nieoczekiwanej strony.

 – Co tu robicie, maluchy?

Do Ślizgonek raźnym krokiem podszedł jeden z bliźniaków Weasley. Uniósł dłoń, domagając się przybicia piątki z panną Dumbledore, która podskoczyła lekko, by spełnić nieme życzenie. Jej podskok rozbawił rudowłosego czarodzieja, jednak brązowe tęczówki skupił całkowicie na Dafne. Widywał tę jasnowłosą dziewczynę na korytarzach i w Wielkiej Sali, ale nigdy jakoś się nie złożyło, żeby zamienili ze sobą słowo. Był całkiem ciekaw z kim spędzała czas Tea. 

– Fred Weasley, do usług! – pochylił czoło przed nieznajomą Ślizgonką. 

– Dafne Greengrass – odpowiedziała dygając wdzięcznie. 

– Co sprowadza dwie śliczne Ślizgonki do wrót Gryffindoru? – uśmiechnął się do Gallatei. 

– Chciałam porozmawiać z Harrym – jęknęła przeciągle. 

Fred chwycił ramiona dziewcząt i pochylił się, przyciągając je bliżej siebie. Konspiracyjnie rozejrzał się dokoła z przesadną, teatralną powagą. 

– Niech zgadnę, różowa furiatka was przegania? – szepnął tonem eksperta. 

– Dokładnie. Czy możemy liczyć na twoją pomoc? – błękitnooka zapytała takim samym tonem. 

– To robota dla szpiega! Sprowadzę wam obiekt – brązowe tęczówki zamigotały rozbawieniem. 

– Dziękujemy, agencie Weasley. 

Fred mrugnął figlarnie i zniknął w przejściu za portretem, uprzednio urabiając Grubą Damę naciąganym komplementem. Nie mając co robić, dziewczyny oddaliły się nieco od przejścia, by nie drażnić ducha śpiewaczki. Średnio miały pomysł jak zająć czas, ale dzięki staraniom Freda nie musiały czekać za długo. Harry wyszedł z dormitorium samotnie. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest z nim najlepiej – wyglądał na zszokowanego i zagubionego. Zazwyczaj bystre, zielone oczy zmętniały pozbawione swojej charakterystycznej, żądnej przygód iskry. Z nadmiernie szczupłej twarzy całkowicie zniknął uśmiech, pozostawiając ją przygaszoną. Chłopak szedł wyjątkowo ociężale – patrząc na niego w tym momencie trudno było podejrzewać, że cieszył się renomą fenomenalnego szukającego. Sądząc po prezencji w tej chwili mógłby oberwać tłuczkiem w twarz, a i tak by tego nie zauważył. Tea przeprosiła Dafne i podeszła do Pottera. 

– Harry, możemy pogadać? – położyła mu dłoń na ramieniu. 

Nie była pewna, czy same słowa zdołałyby zwrócić jego uwagę, ale dotknięcie zdecydowanie pomogło. Potter spojrzał na nią i nawet spróbował się uśmiechnąć, lecz wyszło mu to żałośnie. Przez to całe zamieszanie z pojedynkiem, wężem i gadaniem z nim, nie był w stanie skutecznie zebrać myśli. Nie pojmował co działo się wokół niego, czując się przytłoczony podejrzliwymi spojrzeniami, szeptami milknącymi kiedy się zbliżał…było tego za dużo…po prostu za dużo.

– Tak, jasne – bardziej wymamrotał, niż powiedział. 

– Zaczekasz minutkę? 

Gryfon mechanicznie skinął głową. Panna Dumbledore podbiegła do czekającej na nią niedaleko koleżanki. Greengrass spodziewając się o co zostanie poproszona, postanowiła oszczędzić błękitnookiej niepotrzebnego gadania. 

– Poczekam ile będzie trzeba. Porozmawiaj z nim na spokojnie – uśmiechnęła się. 

– Dziękuję! 

Dla Dafne to było najbardziej komfortowe rozwiązanie. Nie nienawidziła Pottera tak jak Draco, ale nie darzyła go także krztą sympatii. Czasem denerwował ją tym całym szumem, który wokół siebie robił, a żal nigdy go jej nie było. Uważała, że musiał doskonale zdawać sobie sprawę z własnej popularności oraz szczególnego traktowania przez nauczycieli i wykorzystywał te przywileje mało umiejętnie – głównie wpakowując się w coraz to nowsze tarapaty. Co tam sobie Potter z własnym życiem robił, niewiele ją obchodziło, ale nie podobało jej się to, że w swoje szalone pomysły wciągał innych. Usiadła na parapecie przypatrując się Tei, ciągnącej za ramię Gryfona w bardziej ustronne miejsce. Ta to miała cierpliwość! Nie dość, że Malfoy i Zabini, którzy bywali okropnie nieznośni, to jeszcze wiecznie przyciągający kłopoty Potter – tak do kompletu. Dumbledore zawlokła Harry’ego na tyle daleko od wejścia do dormitorium oraz schodów, żeby nikt postronny nie mógł ich przypadkowo usłyszeć. Chłopak oparł się plecami o ścianę. Czuł, że powinien się wytłumaczyć, choć pojęcia nie miał w jaki sposób. 

– Ja…ja, nie wiem jak to się stało. Ten wąż…nie chciałem, żeby zaatakował Justyna. Naprawdę! Próbowałem go zatrzymać! Błagam, uwierz mi…

Potter bezradnie zsunął się na ziemię. Dzisiejszego dnia zdążył już zbyt wiele razy powtórzyć te słowa, z różnym efektem. Patrzyli na niego jak na jakieś dziwadło…którym najprawdopodobniej był. Wzdrygnął się, gdy Gallatea usiadła obok niego i uśmiechnęła się łagodnie. Przy niej czuł się odrobinę lepiej. 

– Wierzę ci, Harry  – wyszeptała słowa, które tak bardzo chciał usłyszeć. 

– Wierzysz mi? – sam nie wiedział skąd zaskoczenie w jego głosie. 

– Oczywiście, że tak. Byłam tam, pamiętasz? Gdy mówiłeś w ich…języku, wąż się zawahał, widziałam to. Nie sądzę, żeby tak postąpił gdybyś kazał mu atakować. 

Nie zastanawiając się, młody czarodziej objął Ślizgonkę. 

– Dziękuję – odetchnął z ulgą. 

– Nie masz za co. Nie bądź zbyt surowy dla reszty. Zobaczenie na własne oczy wężoustego, musiało być dla nich niemałym zaskoczeniem. Niedługo przestaną być tak…nieprzyjemni. To pierwszy raz, kiedy rozmawiałeś z wężem? 

– Chyba nie – odpowiedział niepewnie. 

– Chyba? – roześmiała się dziewczynka. 

– Kiedyś na wycieczce w ZOO wydawało mi się, że wąż rozumie co do niego mówię. Mówiłem, a on reagował, ale nie odpowiadał. 

– Ten ci odpowiedział? 

Harry przecząco pokręcił głową, co dało Tei do myślenia. Dlaczego niby gady miałyby wstrzymywać się z rozmową – z tego co pamiętała Salazar był w stanie swobodnie się z nimi porozumiewać, a same węże należały do gadatliwych istot. Slytherin nie raz doprowadzał ją do szału, gdy podczas nauki odmawiał dyskusji w ludzkiej mowie – zwyczajnie ignorował ją i w najlepsze syczał sobie do swojego ukochanego, łuskowatego kompana. (Nie mogła wiedzieć, że Potter nie do końca właściwie zapamiętał wydarzenia w Zoo. Był zbyt pochłonięty znikającą szybą, by usłyszeć ciche podziękowanie gada.)

– Harry, bądź ze mną szczery. Dzieje się jeszcze coś…dziwnego?

Chłopiec zawahał się. Była jedna taka rzecz, ale nie miał zbytniej ochoty się nią dzielić. Wystarczyło już, że Gallatea tak spokojnie przyjęła informację o tym, iż jest wężousty. Nie chciał jej przestraszyć jakimiś durnymi głosami, które tylko on słyszał. 

– Nie. Wszystko jest w porządku – uśmiechnął się.

Jego słowa i pokraczny uśmiech na kilometr cuchnęły kłamstwem, co zdenerwowało dziewczynę. Jak u licha miała chronić Harry’ego, skoro nie potrafił być z nią szczery? Skoro nie chciał bratać się po dobroci, miała użyć siły? Pan Potter z tymi swoimi przemilczeniami, kłamstwami, wahaniami i półprawdami, zaczynał poważnie działać jej na nerwy. Opanowała się jednak na tyle, by wymusić w miarę szczery uśmiech. Powtarzała sobie usilnie, że w jego przypadku cierpliwość ma największe szanse powodzenia. 

– Ulżyło mi! Nie przejmuj się za bardzo i pamiętaj, że są osoby, które ci wierzą – podniosła się z podłogi. 

– Idziesz już? – jęknął okularnik.

– Muszę. Mnie i Dafne nie powinno tu być. Nie chcemy, żeby pani Dama poskarżyła się Baronowi! – zaśmiała się sucho. 

– Szkoda. Zobaczymy się na zajęciach? – Gryfon wstał, otrzepując spodnie.

– Jak zawsze. Pozdrów Rona i Hermionę.

Płomiennowłosa pomachała na pożegnanie Potterowi, szybkim krokiem oddalając się w stronę Dafne. Blondynka zsunęła się z parapetu i zachowawczo poprawiła spódnicę. Nie wynudziła się za bardzo czekając na koleżankę – obserwowanie uczniów okazało się nader ciekawym zajęciem. 

– Szybko ci poszło – uśmiechnęła się do panny Dumbledore. 

– Chyba za szybko. Harry nie miał zbytniej ochoty na pogawędki, widziałaś jak wygląda. 

Przez kilka chwil schodziły w milczeniu. Greengrass od dłuższego czasu gryzło pewne pytanie. Wiedziała, że nie dawało spokoju również Draco i Blaise’owi. Żadne z nich nie zebrało się wcześniej na odwagę, by zapytać wprost, a teraz była ku temu idealna okazja.

– Tea, czemu tak przejmujesz się Potterem?

Błękitnooka zaklęła w duchu – mogła wcześniej przygotować się na wyjaśnienie tego zagadkowego fenomenu.  Czas na zmyślanie w stylu dowolnym! O dziwo, nie musiała za długo dumać nad wytłumaczeniem – po prostu nagle ją olśniło. 

– To nie tak, że jakoś szczególnie przepadam za Harrym. Mój dziadek bardzo dobrze znał jego rodziców, pewnie jeszcze z lat, gdy byli jego uczniami. Strasznie przeżył to, że nie był w stanie ich uratować i wydaje mi się, że cały czas obwinia się za ich śmierć. Patrzyłam jak przez lata dręczyło go poczucie winy. Harry tak samo jak ja jest sierotą. Mnie jednak wychował wspaniały, potężny czarodziej. Harry nie miał tyle szczęścia. Z tego co słyszałam, odcięto go od świata magii i wychowywano jak zwykłego mugola. Czuję się zobowiązana wobec dziadka i Pottera, żeby nie zostawiać go samego w Hogwarcie. Zwłaszcza, że uwielbia pakować się w kłopoty! 

Greengrass delikatnie pogłaskała ją po plecach w niemym geście zrozumienia. Ognistowłosa uśmiechnęła się pod nosem – całkiem przyzwoicie i wiarygodnie poszło jej zmyślanie na poczekaniu. Musiała poinformować Albusa o bajeczce jaką sprzedała Dafne, mając szczerą nadzieję, że nie powiedziała nic niewłaściwego. Nigdy by nie zgadała, jak bardzo otarła się o prawdę. 

                     Kolejne dni płynęły swoim leniwym rytmem. Zamieszanie wokół Harry’ego nieco już okrzepło – większość uczniów wciąż odnosiła się do niego podejrzliwie, jednak przystopowali z jawnym okazywaniem wrogości. Blaise i Draco zawiesili broń do czasu wyjaśnienia się sytuacji z Komnatą, ponieważ samopoczucie Tei było dla nich ważniejsze niż bezowocna rywalizacja. Dafne śmiertelnie obraziła się na Pansy i to z wzajemnością. O co poszło, lepiej było nie pytać – Greengrass należała do delikatnych, perfekcyjnie wychowanych dziewcząt, ale pod wpływem złości warczała na wszystko i wszystkich jak jakaś dzika bestyjka. Płomiennowłosa nie widząc możliwości rychłego zakończenia sporu, przygarnęła blondynkę do siebie, przez co musiała się jeszcze bardziej pilnować, mając świadka na karku niemalże 24/7. Ślizgoni tak jak deklarowali nie zostawiali jej samej, a nawet, gdy bezpośrednio nikogo przy niej nie było, mogła być pewna, że czuwa nad nią przynajmniej jedna para oczu – odczuwała to bardzo wyraźnie, choć o dziwo nie robiło się to męczące. W pewien sposób było nawet zabawne. Trójka młodziutkich czarodziei strzegąca nieświadomie istoty, której potęgi nie potrafiliby sobie wyobrazić. Obecnie ku powszechnej radości kończyli zajęcia z historii – w samą porę. Draco już od kilkunastu minut przysypiał opierając czoło o blat. Blaise zasłonił go podręcznikiem, sam jednak nie wytrzymał dużo dłużej. Ziewając przytulił policzek do swojej wygodnie opartej o stolik ręki. Dafne i Tei znudziło się ciche dyskutowanie. Tak samo pozbawione wszelkich sił witalnych gapiły się w okno. Reszta uczniów nie zachowywała się lepiej. Ożywili się dopiero, gdy profesor wypowiedział tak wyczekiwane dwa słowa: koniec zajęć. Wybiegli z sali chcąc jak najszybciej oddalić się od tego miejsca. Jeszcze tylko transmutacja i mogli cieszyć się zasłużonym, weekendowym odpoczynkiem. Płomiennowłosa przedyskutowała z Albusem wszystko co miało miejsce do tej pory. Dyrektor poprosił ją, by zrezygnowała z dręczenia Severusa. Nie mogła być pewna czy przyjaciel wiedział o planach mistrza eliksirów od samego początku, czy też Snape najzwyczajniej przyznał się mu po fakcie. Tak czy inaczej zaufała Dumbledore’owi. Uzyskała też jego akceptację co do wyjaśnienia, dlaczego interesował ją Harry. Podczas jednego z wieczorów spędzanych na kanapie ze znajomymi powtórzyła Malfoy’owi i Zabini’emu to, co wcześniej powiedziała Dafne. Chłopcy z godnością przyjęli wytłumaczenie. Co prawda nie popierali nawet w najmniejszym stopniu łagodnego podejścia do kogoś takiego jak Potter, jednak zapewnili koleżankę, że nie będą się wtrącać. Ciężko przychodziło to zwłaszcza Draco. Chłopiec nie dość, że wciąż pamiętał smak porażki jakiej doznał, gdy Harry odmówił zaprzyjaźnienia się z nim, to jeszcze szczerze gardził Weasley’em i Granger – przede wszystkim Granger. Przełykał gorycz tylko i wyłącznie ze względu na Dumbledore. W jej obecności powstrzymywał się od ostrych uwag wymierzonych w Gryfonów. Nie chciał po raz kolejny stracić w jej oczach. Poza tym naciskał go ojciec. Lucjusz bardzo szybko doszedł do wniosku, że choć nie znosił Albusa Dumbledore’a głupotą byłoby robić sobie wroga w jego wnuczce – dziewczynka w odpowiednim czasie mogła okazać się zdobyczą na wagę złota. Święcie wierzył w to, że przy odpowiednim podejściu przeciągnie ją na właściwą stronę, gdy zajdzie taka potrzeba. Chociaż Draco nie podobała się ani trochę motywacja ojca, gdzieś głęboko w duszy cieszył się, że Lucjusz nie zabroni mu widywać Tei – przynajmniej na razie. Szli we czwórkę w stronę sali do transmutacji, pogrążeni w rozmowie, niespecjalnie zwracając uwagę na innych uczniów. Zmieniło się to, gdy przejście zagroziła im spora grupa młodych czarodziei. Ich podniesione głosy słychać było z daleka, a to co mówili mocno zaniepokoiło pannę Dumbledore. Blaise zaczepił starszą od nich Puchonkę.

– Co się dzieje? – zapytał bez silenia się na uprzejmości.

– To wy nie wiecie?! Ten morderca Potter, to się dzieje! Złapali go na gorącym uczynku! – dziewczyna niemalże wrzeszczała.

– Jakim gorącym uczynku? – dopytywała Dafne.

– Stał nad ciałem spetryfikowanego Justyna! Nie dopadł go w Klubie Pojedynków, więc zrobił to teraz! – twarz Puchonki poczerwieniała z emocji.

Puchoni unieśli się gniewem. Justyn Finch-Fletchley był w końcu jednym z nich. Ślizgoni zgodnie zerknęli na Teę, która stała osłupiała. Że też kolejną ofiarą musiał być akurat Justyn! To nie stawiało Harry’ego w dobrym świetle – w powietrzu wręcz śmierdziało samosądem. Było coraz gorzej. Blaise ujął ją pod ramię. Zdecydowanym krokiem przedarł się przez grupkę Puchonów. Tuż za nimi dreptała zmartwiona Dafne.

– Gdzie Draco? – rzucił przez ramię Zabini.

– Został. Chce się dowiedzieć jak najwięcej. Tea, wszystko dobrze?

– Tak. Jestem tylko trochę skołowana – uśmiechnęła się błękitnooka.

– Chcesz iść na zajęcia, czy odprowadzić cię do dormitorium?

– Bez przesady, Blaise! Pójdę na zajęcia.

– Dzielna księżniczka! – zaśmiał się chłopak.

Pod drzwiami sali zaczekali na Draco. Od Puchonów nie usłyszał za wiele – byli zbyt wstrząśnięci i rozżaleni, żeby udzielić konkretnych odpowiedzi. Powiew grozy zdążył już przetoczyć się po korytarzach. Uczniowie zachowywali się jak osowiali. Nawet Profesor McGonagall zdradzała przejawy zaniepokojenia, co nie było do niej podobne – Minerva zawsze potrafiła powściągnąć emocję i zachować zimną krew. Zajęcia upłynęły w ponurej atmosferze. Nie lepiej było w dormitorium. Ślizgoni pałali szczerą wrogością do Gryfonów i ich los był im całkowicie obojętny, jednak pomimo niechęci, którą powszechnie okazywali Puchonom, nie życzyli im najgorszego. 

WEZWANIE

                    Do Pokoju Wspólnego Slytherinu wkroczył Snape. Pojawienie się, jak zwykle oschłego, opiekuna ukróciło natychmiastowo nazbyt głośnie rozmowy. Severus z kamienną twarzą rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu i wolnym krokiem podszedł wprost do kanapy. 

– Dyrektor cię wzywa, panno Dumbledore – starał się jak najbardziej beznamiętnie patrzeć na dziewczynę. 

– Już idę, profesorze. 

Płomiennowłosa uśmiechnęła się delikatnie do znajomych i wyszła w towarzystwie mistrza eliksirów. Ponieważ szli przez zatłoczone korytarze, nie mogli pozwolić sobie na swobodną rozmowę, więc zdecydowali się na niekrępującą ciszę. W końcu stanęli przed wejściem do gabinetu Albusa, jednak błękitnooka kątem oka zauważyła, że Snape nie miał najwyraźniej zamiaru iść z nią dalej. 

 Nie idziesz? – szepnęła w jego stronę. 

– Chciał porozmawiać tylko z tobą – rzucił stanowczo. 

Dziewczyna wzruszyła obojętnie ramionami – właściwie wszystko było jej wszystko jedno, czy będzie miała towarzystwo, czy też nie. Ruszyła powoli po schodach, przystając przy otwartych na oścież drzwiach. Nim przekroczyła próg, powitał ją radosny śpiew. Powietrze przecięła ognista łuna, ciągnąca się za piórami majestatycznego stworzenia szybującego pod sufitem. Feniks należący do Albusa melodyjnym świergotem i radosnymi akrobacjami dawał upust zadowoleniu z wizyty Lady Crown. W końcu wpadł na dziewczynę i zahaczył szponami o jej ramię. Przytulił łebek do delikatnego, porcelanowego policzka. Błękitnooka pogładziła ogniste piórka, wydobywając z gardła ptaka entuzjastyczny pomruk. 

 Witaj, Fawkes. Ciebie też miło widzieć. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 376
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!