In Noctem – Rozdział I

          Muzyka grała cicho z zamkniętego w drewnianej oprawie gramofonu. Przytłumione szepty klientów kawiarni rozpraszały Hermionę na tyle skutecznie, że nie była w stanie skupić się na czytaniu. Z ciężkim westchnieniem zamknęła Clarissę. No naprawdę!  

          Może to trochę niepoważne, że w trakcie pracy chciała mieć czas na drobne przyjemności, ale nie po to zatrudniała pomoc, żeby teraz nie móc znaleźć choćby chwili wolnego…

          Wzięła do ręki kawę i powąchała. Tak, ten przyjemny aromat działał na nią relaksująco.  Rozsiadła się wygodniej w fotelu i, upijając pierwszy łyk kawy, rozejrzała się po pomieszczeniu. 

          Najbliżej siedział mężczyzna, do którego obecności przywykła już miesiące temu. Starszy Rodger zaglądał do kawiarni codziennie po porannej zmianie. Zaczytywał się w Williama Blake’a z tak wielkim zaangażowaniem, że Hermiona nie mogła ukryć satysfakcji. W końcu sama poleciła mu tego autora.

          Rodger odłożył książkę i napił się herbaty. Zmęczonym wzrokiem ogarnął pomieszczenie, a gdy skrzyżował z nią spojrzenie, skinął głową. Jego usta rozciągnęły się w ciepłym uśmiechu. Odpowiedziała tym samym, choć w głębi duszy poczuła niepokój. Miała wrażenie, że mężczyzna ostatnimi dniami wyglądał coraz gorzej… Czyżby nałóg alkoholowy znów mącił spokój w jego rodzinie? Może powinna poruszyć delikatnie ten temat przy najbliższej okazji?

          Już sięgała ponownie po książkę, bo nienawidziła przerywać czytania w trakcie pełnej akcji sceny, ale donośny hałas przyciągnął jej wzrok do sąsiedniego stolika. Jakaś kobieta w popłochu zbierała kawałki porcelany spod krzesła, na którym siedziała pyzata dziewczynka. Mała najwidoczniej w ogóle nie przejęła się zamieszaniem, które wywołała, bo z wielkim zaangażowaniem pałaszowała brudnymi rączkami czekoladowe ciasto, krusząc dookoła. Matka dziewczynki zerknęła niepewnie na Hermionę, ale ona w odpowiedzi tylko machnęła ręką. Jeden talerz to jeszcze żadna strata, zresztą… od czego była magia?

          Szybko przeskanowała wzrokiem resztę pomieszczenia, ale nic nie zwróciło jej uwagi. W końcu każdy dzień wyglądał tutaj tak samo. Ludzie przychodzili, zamawiali swoje ulubione desery, czytali książki, czasami rozmawiali… To wszystko wydawało się takie… spokojne, inne. Niemal nierealne, patrząc na to, jak zaledwie kilka lat temu świat nie-czarodziejów był bliski zagłady…

          Hermiona potrząsnęła głową. Nie. Nie chciała znowu wracać myślami do przeszłości. Wystarczyło skupić się na tym, co miała teraz: stabilność, spokój. Nic więcej nie było jej do szczęścia potrzebne, chociaż…! Nie! Koniec tematu! 

          Upiła kolejny łyk kawy i przeniosła wzrok na zaczarowaną ścianę. Uśmiechnęła się pod nosem z satysfakcją. Dopracowywała to zaklęcie przez wiele, wiele tygodni. Efekt finalny był tego wart. Czarodzieje widzieli je jako lekko drżącą, półprzezroczystą barierę, natomiast dla mugoli była to zwykła, obwieszona obrazami ściana.

          Pomysł był naprawdę dobry, ale… cholernie dręczyło ją to, że kawiarnia musiała stawiać ten mur, który widziała tylko jedna ze stron. Chciała stworzyć miejsce, w którym mugole i czarodzieje będą sobie równi; w którym, choć nieświadomi dzielących ich różnic, mogliby bez tej pieprzonej otoczki podziałów spędzać razem czas. Niby tak niewiele, ale nawet ta wizja nie była możliwa do spełnienia. Czarodziejska strefa kawiarni wychodziła przecież na Pokątną, co wiązało się ze zbyt dużym ryzykiem.  Zdarzało się czasem, że do środka wparował jakiś rozjuszony goblin, skrzat… Raz nawet rozzłoszczona wiedźma miotała zaklęciami na prawo i lewo. Wówczas tylko bariera chroniła tajemnicę czarodziejów przed ciekawskimi oczami mugoli.

          – Szefowo?

          Hermiona podskoczyła, uderzając kolanem o stolik. Podniosła zdumiony wzrok na Emily, która pochylała się nad nią z zatroskanym wyrazem twarzy.

          – Zamyśliłam się, wybacz – wymamrotała zawstydzona. – Wszystko w porządku?

          – Tak, oczywiście. Idę właśnie posprzątać ten mały bałagan. – Emily podniosła trzymaną w dłoni miotłę i wskazała głową pobliski stolik. – Przy okazji chciałam przekazać, że miała pani gościa…

          – Gościa? – zdziwiła się. – I proszę cię, skończ z tą panią. 

          Emily w odpowiedzi przewróciła oczami. Dyskretnie rozejrzała się po kawiarni i położyła na okładce Clarissy białą, trochę postrzępioną kopertę. 

          – Świstoświnka przyniosła do pani list. Odebrałam, podziękowałam jej, dałam skosztować co nieco naszych specjalności… Jeszcze mi ta mała franca nie ufa, musiałam się z nią siłować, żeby wydrzeć kopertę!

          Hermiona parsknęła śmiechem.

          – Jesteś niezastąpiona. Dziękuję.

          Emily uśmiechnęła się, najwidoczniej szczerze zadowolona z pochwały. Zasalutowała i z werwą odmaszerowała w kierunku lady, gdzie kolejny gość czekał, by złożyć zamówienie. 

          Ale miała co do niej nosa! Teraz tylko patrzeć, aż będzie mogła bez problemu zostawić ją samą na zmianie. A już na pewno po części dla nie-czarodziejów. Co do tej drugiej nie mogła jeszcze mieć pewności…

          Przeciągnęła się i przeniosła wzrok na magiczną stronę kawiarni. Przez zaklęcie ochronne obraz był nieco zniekształcony, ale wciąż na tyle wyraźny, że była w stanie rozróżnić poszczególnych gości.

          Zerknęła przez jedno z dwóch ogromnych okien, umieszczonych po obu stronach wejścia, które wychodziło na Pokątną. Na ulicy panował dość duży tłok. Podekscytowane dzieciaki biegały od sklepu do sklepu, a rodzice rozglądali się za nimi… 

          Cholera… kiedy ten czas tak szybko zleciał? Jak długo nie widziała już Harry’ego i Rona? Od kiedy zaczęli pracę w Ministerstwie, widywali się tak rzadko… Okłamywałaby samą siebie, twierdząc, że nie tęskniła, ale… Ten brak kontaktu był w jakimś stopniu ulgą. Nie czuła presji związanej ze swoimi niskimi ambicjami, nie musiała się przed nikim tłumaczyć. 

          Czas mijał nieubłaganie, sytuacja po wojnie zmusiła wszystkich do wejścia w poważne, dorosłe życie. A ona? Ona… wciąż nie była do końca pewna, co powinna ze sobą zrobić. Być może zaszycie się w ciepłych ścianach pół-magicznej kawiarni było szczytem jej możliwości.

          – Najzdolniejsza czarownica od kilku dekad, co? – mruknęła pod nosem słowa, które skierował kiedyś do niej Dumbledore.

          Już odrywała wzrok od okna, z zamiarem przeczytania listu, ale w ostatniej chwili zauważyła znajomo wyglądającą twarz. 

          Zamarła. 

          Nie… to naprawdę był on? On? 

          Zamrugała kilka razy oczami i zmarszczyła brwi. Cholera, już straciła go z zasięgu wzroku! Co Malfoy robił w środku dnia na Pokątnej?

          Dreszcz mimowolnie przebiegł jej po plecach. Cokolwiek planował ten oślizgły gad – na pewno nie było to nic dobrego. Wciąż nie mogła zrozumieć stanowiska Ministerstwa w kwestii rodzin śmierciożerców. Owszem, być może niektórzy z nich byli zmuszeni do posłuszeństwa przez sytuację, strach o życie swoich najbliższych, ale wciąż… Tak nagłe zapomnienie wszystkich win i brak nadzoru był absurdalny! Śmierciożerca czy nie – pewnych wtłaczanych od dzieciństwa idei nie da się od tak wykorzenić! Naprawdę! Ministerstwo ostatnimi laty podejmowało same złe decyzje…

          Przecież to właśnie ludzie pokroju Malfoya przyczynili się do wojny… Do odebrania tylu żyć! Jakim prawem…

          – Panno Granger?

          Wyprostowała się, gdy poczuła na ramieniu dłoń. Podniosła załzawione oczy na starszego Rogera, dopiero teraz uświadamiając sobie, że drżała skulona na fotelu. 

          – Oh! Proszę wybaczyć! – Szybko otarła rękawem swetra łzy i uśmiechnęła się wymuszenie. – Źle dziś spałam, to wszystko.

          Mężczyzna zmarszczył brwi. Nachylił się, by delikatnie poklepać ją po ramieniu.

          – Panno Granger! Toż to się nie godzi, by tak piękna i młoda kobieta spędzała noce bezsennie! Może panna kawalera by jakiego znalazła? Mój wnuk, wspaniały chłopak, mówię pannie! Wykształcony taki, architekturę studiuje! W dodatku…

          Hermiona wybuchnęła śmiechem. 

          – Proszę pana…

          – A no! Tak właśnie panna powinna wyglądać: roześmiana, zarumieniona! Dla mnie to jak miód na serce. – Rodger westchnął, zakładając na głowę wypłowiały melonik. – Idę ja. Dzieci odwiedzić, psa nakarmić. 

          – Oczywiście…. – Hermiona wstała i podała mu rękę. Przez chwilę się wahała. Czy powinna poruszyć ten drażliwy temat, który wcześniej chodził jej po głowie? Nie, lepiej nie. Znała już Rodgera na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że w razie problemów sam poprosiłby ją o pomoc. – Dziękuję za słowa otuchy. Miłego dnia życzę i zapraszam ponownie.

          Rodger uśmiechnął się ciepło i ruszył w kierunku wyjścia. Odprowadziła go wzrokiem, dopóki nie zniknął w tłumie na ulicy.

          Zerknęła na list, który Emily położyła wcześniej na okładce książki. Rozejrzała się dyskretnie i usiadła na podłokietniku. Drżącą dłonią sięgnęła po kopertę, którą szybko rozerwała. Z nikłym uśmiechem patrzyła na pochylone, niestaranne pismo.

          Droga Hermiono,

          Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku. Wiem, oklepane pytanie, ale ostatnio naprawdę mam wrażenie, że Was wszystkich zaniedbałem.

          Jak układa się w kawiarni? Tyle razy obiecałem sobie, że w końcu tam zajrzę, ale niestety – praca w Departamencie Przestrzegania Prawa pochłania cały mój czas. W dodatku Ginny dość mocno niepokoi się weselem. Wiesz, jaka potrafi być… 

          Bardzo mi głupio, że po takim czasie ciszy, piszę do Ciebie i od razu mam wielką prośbę, ale chyba nikomu innemu nie mógłbym zaufać w tej… delikatnej sprawie. Jesteś jedyną osobą, która byłaby w stanie cokolwiek zaradzić! Ja już dawno się poddałem!

          Proszę, weź dodatkowy dzień wolny przed weselem i zjaw się w Norze! Ginny kompletnie zwariowała i nikt nie jest w stanie jej uspokoić! Jeżeli ktokolwiek będzie w stanie przemówić jej do zdrowego rozsądku, to tylko Ty.

          Poza tym – muszę porozmawiać z Tobą o ważnej sprawie. Ministerstwo dość nieprzychylnie spojrzało na Twoją odmowę. Te tłuki wciąż mnie nachodzą w pracy i nalegają, żebym Cię przekonał. O reszcie pogadamy, kiedy już się zjawisz.

          Harry

          Uśmiech szybko spełzł jej z twarzy, kiedy przeczytała o Ministerstwie. Naprawdę…? Nawet w prywatnych listach ta sprawa musiała być podejmowana? Westchnęła ciężko, kręcąc głową. Nie miała zamiaru się teraz nad tym rozwodzić. Najważniejsza w tej chwili była pomoc i tego miała zamiar się trzymać. 

*** 

          Przeskakiwał wzrokiem po szyldach sklepów. Kolorowe napisy na jeszcze bardziej jaskrawych tabliczkach cholernie go irytowały. Jakim cudem Nokturn tak się zmienił? Gdzie te wszystkie niebezpieczne zaułki? Gdzie podejrzanie wyglądający czarodzieje? 

          Westchnął ciężko. Nowe czasy, nowe restrykcje.

          Nie musiał przeciskać się przez tłumy, które zazwyczaj można było zastać w tym miejscu. Choć był początek lipca, a Pokątną oblegały rodziny z dziećmi, które wybierały się do Hogwartu, nie miał problemu z zachowaniem przestrzeni osobistej. Jakimś cudem nikt nie chciał jej naruszać.

          Ciekawe dlaczego? 

          Zerknął na twarz przechodzącej obok kobiety, która szybko odwróciła wzrok i przyspieszyła, ciągnąc syna za sobą.  

          Tak, zachowanie absolutnie logiczne. Przecież jako były śmierciożerca jeszcze zmieniłby jej syna w dementora czy w coś równie paskudnego… Tak, sam kontakt z nim mógł doprowadzić do zejścia małych, czarodziejskich dziatek na drogę występku i zła. 

          Parsknął śmiechem, czym zwrócił na siebie uwagę przechodniów. Na Merlina! Musiał jak najszybciej załatwić, co miał załatwić i zniknąć, zanim ludzie rozszarpią go za sam fakt oddychania tym samym powietrzem, co oni. 

          Przyspieszył. Minął Esy i floresy, minął sklep z gadżetami do quidditcha i już miał skręcać w boczną uliczkę, ale jego wzrok przykuł górujący ponad innymi sklepami wielki budynek. 

          Centrum informacyjne dla świeżo upieczonych czarodziejów i ich rodzin ze świata nie-magicznego.

          Szlam. Wystarczyłoby: szlam. 

          Podziwiał wszystkich mądrych inaczej ludzi, którzy tak gimnastykowali się językiem, żeby, broń Salazarze, nikogo nie urazić. Idioci. 

          Po co w ogóle to centrum? Czyżby to jednak jemu podobni mieli rację, że mugole nie byli zbyt inteligentni i nie potrafili niczego zrobić samodzielnie? Skoro zawsze przed przyjęciem do Hogwartu wysyłali osoby z Ministerstwa, żeby wyjaśnić sytuację, to musieli dawać wtedy wskazówki, jak poruszać się w ich świecie i… co? Byli tak ograniczeni, że nie potrafili kupować? Przecież mieli spisaną listę zakupów, nazwy sklepów były aż nadto wyraźne… po co im przewodnicy? To…

          Musiał się powstrzymać. Za takie wywrotowe opinie groził aktualnie Azkaban. Za mówienie cholernej prawdy groził Azkaban! Świat nie schodził na gumochłony. Świat już taplał się w gównie wysranym przez nie. 

          – Draco?

          Cóż za wspaniały zbieg okoliczności! Idealnie, pięknie, prawie jakby łyknął sobie rano Felix Felicis zamiast soku dyniowego. 

          Odwrócił się.  

          – Greengrass?

          Zmierzył ją uważnym spojrzeniem. Kiedy ostatni raz się widzieli, prawie rzuciła na niego klątwę, więc chyba powinien uważać, ale na szczęście nie wyglądała na tak samo złą, jak wtedy, kiedy się rozstawali. 

          Nadal miała tendencję do zmieniania koloru włosów, choć tyle razy jej mówił, że w blond wyglądała najkorzystniej. Nie rozumiał tej dziwnej mody wśród niektórych czarodziejek, które naśladowały zachowania mugolek i eksperymentowały z naturalnym kolorem. Astoria naprawdę mogłaby sobie darować, bo w tym ciemnym brązie wyglądała fatalnie.

          – Widzę, że nic się nie zmieniłaś. – Wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu.

          Zabolało? Chyba nie. Odpowiedziała mu takim samym uśmieszkiem i skrzyżowała ręce na piersiach. 

          – Ty też, najwyraźniej – pozbawiony empatii dupek w pełnej krasie. 

          Nadal nie odeszła. Czego od niego chciała? Kilka miesięcy temu raczej wyładowała się dostatecznie, więc o co mogło jej chodzić? 

          Spojrzenie tych jasnoniebieskich oczu nie dawało mu spokoju. Znał ją zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć, że szykowała się do wbicia jakiejś szpilki, ale jakiego haka mogła mieć na niego? Już zdążyła opowiedzieć garstce wspólnych znajomych, która została mu po wojnie, że zachował się jak dupek, próbowała zniszczyć i tak nie najlepszą reputację, ale najwidoczniej nadal jej nie przeszło. Histeryczka.

          – Jak zdrowie pani Malfoy?

          Spiął się. Cholerna harpia! 

          Pilnował, żeby najlżejszym drżeniem mięśni nie zdradzić, jak dobrze trafiła w słaby punkt. 

          – Wyśmienicie – odparł. – Od dawna nie było tak dobrze. A jak tam interesy ojca? Słyszałem, że zdążył z zapłatą pierwszej raty tego długu, co zaciągnął u goblinów. 

          Z satysfakcją obserwował, jak na jej twarz wkradł się rumieniec. A może…? Nie, nawet jeśli to dziecinada, nie mógł popuścić. Z drugiej strony – ciągnięcie tego na ulicy pełnej ludzi nie było najlepszym posunięciem.

          Zanim Astoria zdążyła wymyślić ripostę, krótko skinął głową.

          – Życzę powodzenia, Greengrass. Pozdrów rodziców.

          Nie dał jej czasu na reakcję – odszedł szybkim krokiem. Prawie wpadł na grupkę gównarzerii, która biegała bez rodziców. Cholerne, bezmózgie, małe trolle. 

          Obrzucił ich chłodnym spojrzeniem i wyminął bez słowa.

          Miał ochotę przeklinać na głos. Zwyzywać tę pieprzoną Greengrass i pomstować do wszystkich sił natury, że plotki tak szybko się rozchodziły. Matka…

          Zacisnął dłonie w pięści. Przeklęci uzdrowiciele. Cholerne, pazerne na kasę niuchacze, które od tylu miesięcy tylko ciągnęły galeony, a matka nadal ledwo funkcjonowała. Bez eliksirów wzmacniających…

          Zamrugał kilka razy oczami. 

          Czy te leki pomogą? Nowy wywar miał przynieść ukojenie przynajmniej przy tych najgorszych napadach bólu, ale co dalej? Kiedy rozwiążą, co to za choroba? 

          Musiało być lepiej. Musiało. 

          Zanim wszedł do sklepu z ziołami, doprowadził się do porządku; wygładził materiał czarnej szaty i z beznamiętną miną przekroczył próg. 

***

          Hermiona wyprostowała się i otarła dłonią pot z czoła. Ogarnięcie mieszkania nie wydawało się dużym wyzwaniem – w końcu było rozmiarów komórki pod schodami. Nadal nie mogła przywyknąć do tych pochyłych sufitów i bałaganu. Nieważne, ile razy próbowała posprzątać, kurz pojawiał się właściwie natychmiast z powrotem. Nigdy nie myślała, że tak małe przestrzenie wymagały tak dużej pracy. 

          Cóż, nie powinna narzekać. Kawalerka nie była może najpiękniejsza, ale przynajmniej znajdowała się nad kawiarnią, więc zapewne będzie narzekała do usranej śmierci, a i tak jej nie zmieni.

          Podeszła do łóżka, na którym leżała wcześniej przygotowana przez nią walizka. Pospiesznie dopięła zatrzaski i zerknęła na zegarek. Uśmiechnęła się pod nosem. Tak, zdążyła na czas! Teraz zostało jeszcze tylko ładnie zapakować prezent! 

          Sięgnęła po sporych rozmiarów pudełko. Zmarszczyła brwi. Podarunki nigdy nie były jej mocną stroną. Cóż, mogła mieć tylko nadzieję, że Historia Doliny Godryka w specjalnej, twardej oprawie przypadnie Harry’emu do gustu, a Ginny będzie zadowolona z magicznego zestawu samoserwującej herbaty…

          Ostrożnie umieściła pudełko w eleganckiej torbie, wolną ręką chwyciła walizkę i zamknęła oczy. 

          Znajome uczucie szarpnęło jej ciałem. Ze wszystkich stron napierała na nią niewidzialna siła. Miała wrażenie, że stalowe szpony zaciskały się wokół jej klatki piersiowej. Zaledwie kilka sekund później uścisk zelżał. Uderzył w nią podmuch ciepłego powietrza, niosący ze sobą znajomą woń herbaty, goździków i… rumu porzeczkowego? Zamrugała oczami. 

          Z niemałym zdumieniem rozejrzała się po salonie państwa Weasley. Naprawdę, waliło jak z gorzelni. I gdzie się wszyscy podziali? Przecież było zaledwie kilka minut po dwudziestej pierwszej…

          – Hermiona…? Hermiona!

          Odwróciła się w ostatnim momencie, by dostrzec burzę rudych włosów i ich właścicielkę, która w zawrotnym tempie przemierzała salon. Zdążyła upuścić walizkę i prezent, zanim Ginny zamknęła ją w mocnym uścisku. 

          – Na Merlina! Już myślałam, że coś się stało i nie zdążysz na czas! A może to wina Świstoświnki, że list tak późno dotarł? Gdzie jest to wredne ptaszysko?! Od początku wiedziałam, że mnie nie lubi!

          Hermiona z trudem utrzymywała równowagę. Odwzajemniła uścisk, niepewnie klepiąc Ginny po ramionach. Wzięła głęboki wdech i skrzywiła się. Znów alkohol. Czyżby rodzina Weasleyów przedwcześnie świętowała zamążpójście? Coś chyba było nie tak…

          – Hej, Gin, spokojnie! – Parsknęła śmiechem i odsunęła się nieznacznie. Dopiero wówczas zwróciła uwagę na mocne rumieńce Ginny oraz jej zaszklone oczy. Uniosła brwi.

          – Nawet nie pytaj – burknęła Ginny. – Nie mam na to wszystko siły…

          Hermiona już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale jej wzrok przyciągnęła osoba wchodząca przez frontowe drzwi.

          – Korytarz jest gotowy. Główny namiot najlepiej będzie rozstawić z samego rana, bo teraz jest trochę wilgotno. W dodatku… – Harry zdjął płaszcz i zamarł, gdy skrzyżował z nią spojrzenia.

          Uśmiechnęła się szeroko. Harry… mogłaby przysiąc, że nic się nie zmienił przez cały ten czas. Cholera! Nawet gdyby był już starym dziadkiem na emeryturze – zawsze będzie go postrzegała jako tego małego, cherlawego dzieciaka, którego poznała w hogwarckim ekspresie. 

          Harry zrzucił buty w biegu i od razu rozłożył ramiona. Bez chwili wahania rzuciła się na jego szyję. Pisnęła cicho, gdy uniósł ją kilka cali nad ziemię i okręcił w powietrzu. Odsunęła się, by z bliska spojrzeć na jego twarz, po czym jeszcze raz go przytuliła. Na Merlina! Nawet nie wiedziała, że tak bardzo jej tego brakowało…

          – Wiecie, która jest godzina? Ja rozumiem, że wielki dzień i tak dalej, ale dajcie człowiekowi się w spokoju wyspać…

          Hermiona zerknęła zza ramienia Harry’ego na Rona, który schodził po schodach w kratkowanej piżamie i sennie przecierał oczy. Gdy tylko ją zauważył, momentalnie wyprostował się jak struna. 

          Przez chwilę się wahała. Co powinna powiedzieć? Ich ostatnie spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych, ale wciąż byli przyjaciółmi… Cholera, przyjaciele to mało powiedziane. Obaj byli dla niej jak bracia!

          Poklepała Harry’ego po ramieniu, dając mu dyskretnie znać, że i z Ronem powinna się ciepło przywitać.

          – Ron…

           Nie zdążyła nawet mrugnąć, gdy ten zbiegł po schodach i uderzył w nią z takim impetem, że oboje zatoczyli się do tyłu.

          – Na brodę Merlina, Hermiona! Dlaczego się wcześniej nie zapowiadasz?! Byliśmy pewni, że dzisiaj nie przyjedziesz!

          – Ron… – wydukała z trudem. – Dusisz mnie…

          W ułamku sekundy odskoczył od niej jak oparzony. Od razu pokrył się rumieńcem i zaczął wykrzykiwać wylewne przeprosiny, żywo przy tym gestykulując.

          Patrzyła na niego zmieszana. Naprawdę, wiele scenariuszy powitania przewidywała, ale coś takiego? Jakby nic się przez te wszystkie lata nie zmieniło… 

          Przeskakiwała wzrokiem pomiędzy chłopakami i nie była w stanie dłużej powstrzymywać wzruszenia, które się w niej kotłowało. Wystarczyła chwila. Tych kilka, cholernych minut, by znowu poczuła się w ich towarzystwie o kilka lat młodsza. Zamrugała szybko, by odpędzić cisnące się do oczu łzy.

          – Na Merlina – mruknęła płaczliwie. – Tak bardzo mi was brakowało…

          Harry i Ron spojrzeli na siebie, uśmiechając się przy tym porozumiewawczo. 

          – Poczekaj do końca wesela – wtrąciła Ginny, dolewając do garnuszka rumu. – Zapewniam cię, że za kilka godzin będziesz miała ich dosyć.

***

          – Jesteś pewna, że nie chcesz dokładki, kochaniutka? – zapytała pani Weasley, stawiając na stoliku kolejną porcję ciastek. – Mam już swoje lata, ale na oczy jeszcze dobrze widzę. Wymizerniałaś, moja droga!

          Kobieta troskliwie pogładziła jej policzek i delikatnie go uszczypnęła.

          – Praca w kawiarni wre, nic na to nie poradzę… – Hermiona westchnęła. – Pomysł z utworzeniem kolejnego przejścia na Pokątną był strzałem w dziesiątkę. Rzadko zdarza się klient, który nie zatrzymałby się na szybką filiżankę kawy…

          Miała wrażenie, że pani Weasley chciała dodać coś jeszcze, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. Zamiast tego potarmosiła ją pieszczotliwie po włosach i wróciła do krzątania się po kuchni. 

          Hermiona omiotła wzrokiem niewielkie pomieszczenie. Zdecydowanie z całej Nory właśnie to miejsce najbardziej przypadło jej do gustu. Nie chodziło już nawet o wszystkie magiczne bibeloty, które latały w powietrzu i nadawały kuchni ten niepowtarzalny, przytulny wygląd. Po prostu czuło się tutaj tę rodzinną atmosferę, z której sama zrezygnowała. Cholera… od jak dawna nie odwiedzała rodziców? Może prowadzenie kawiarni zbliżało ją do  obcych ludzi, ale od tych najważniejszych – oddaliło. Naprawdę, musiała zachować pewną równowagę! Coraz częściej łapała się na tym, że tęskniła za rodzicami. Powinna niedługo złożyć im wizytę.

          Z zamyślenia wyrwało ją mamrotanie pani Weasley, która pod nosem mówiła coś o samodzielnych decyzjach i Ministerstwie, które próbowało wszystkim wchodzić na głowę.

          Hermiona zmarszczyła brwi. Komu znowu Ministerstwo miało…? Oh… No tak, Harry zapewne podzielił się już z rodziną Weasleyów nowinkami, które jej dotyczyły. Westchnęła ciężko i potarła twarz dłońmi. Nie było ucieczki od tego tematu. Chyba musiałaby zaszyć się gdzieś na drugim końcu świata, choć pewnie i tam by ją znaleźli. Naprawdę…

          – Mamo, mogłabyś zostawić nas same?

          Ginny weszła do kuchni, opatulając się ciaśniej puchatym szlafrokiem. Woda wciąż skapywała z końcówek jej niedosuszonych włosów. Hermiona mogłaby przysiąc, że chowała coś za plecami.

          Pani Weasley posłała córce karcące spojrzenie.

          – Ginewro Molly Weasley, już dawno powinnaś być w łóżku! W tym całym chaosie brakuje jeszcze tylko tego, żeby panna młoda rano wyglądała jak siedem nieszczęść!

          – Mamo!

          – Kochaniutka, zostawiam ją w twoich rączkach – zwróciła się do Hermiony. – Spokojnej nocy.

          Pani Weasley ziewnęła i podreptała w kierunku schodów. Gdy mijała Ginny, ucałowała ją soczyście w policzek.

          Ginny spłonęła rumieńcem. Odczekała chwilę w ciszy, po czym postawiła kilka kroków na schodach i nasłuchiwała. Gdy z góry dobiegł odgłos zamykanych drzwi, westchnęła z ulgą. Powlokła się ociężale w kierunku stołu, dopiero wówczas wyciągając zza pleców tak skrzętnie ukrywany przedmiot.

          – To co? Po jednym, czy po dwa? – burknęła, stawiając na stole do połowy opróżnioną butelkę porzeczkowego rumu.

          Hermiona w ostatniej chwili zdusiła śmiech. No tak, zagadka przykrego zapaszku z salonu rozwiązała się sama. Ale co mogło zaprzątać głowę Ginny do tego stopnia? To do niej w ogóle nie pasowało… 

          Przysunęła alkohol bliżej siebie, a w dłonie Ginny włożyła filiżankę herbaty, którą wcześniej przygotowała dla niej pani Weasley. 

          – Wydaje mi się, że tobie już wystarczy. – Nachyliła się, ściszając głos do szeptu. – Widzę, że coś cię dręczy. Chcesz o tym porozmawiać?

          Ginny skrzywiła się nieznacznie i uciekła wzrokiem. Z donośnym siorbnięciem upiła łyk herbaty.

          – Wiesz – zaczęła niepewnie – chciałabym zrzucić te wszystkie wątpliwości na stres, ale… cały czas mam wrażenie, że to nie jest dobra decyzja.

          – Co masz na myśli?

          – Bo ty nic nie rozumiesz, Miona! – prawie krzyknęła z naburmuszonym wyrazem twarzy. – Ty i Harry… To miało potencjał, a ja?!

          – Ginny… – Hermiona walczyła ze śmiechem. – Naprawdę uważasz, że mieliśmy szansę? – Pochyliła się w jej kierunku. – Powiem ci coś, ale nie zdradź tego nikomu, dobra?

          – Uroczyście przysięgam! – Głośno czknęła. Wyraźnie chciała zbliżyć się do niej, ale nawet siedząc, chwiała się niebezpiecznie. – No, mów! 

          – My z Harrym jesteśmy jak rodzeństwo. To nie miało potencjału, bo zakończyłoby się na kazirodztwie. 

          Ginny patrzyła na nią przez kilka sekund zamglonym wzrokiem. Hermiona niemal słyszała, jak jej mózg pracował na najwyższych obrotach i po chwili doznała olśnienia. Parsknęła śmiechem, prawie rozlewając przy tym herbatę.

          – Jak dobrze, że tu przyjechałaś, Miona. – Ginny oparła brodę na dłoniach. – Wiesz… może to nie to. Może nie o ciebie mi chodzi, ale… nie uważasz, że my z Harrym… no… średnio do siebie pasujemy?

          – A ty dalej o tych głupstwach! – Hermiona przewróciła oczami. – Dlaczego niby? 

          – No, pomyśl! Mała, nic nie znacząca Weasleyówna żoną Pottera, tego złotego chłopca; Tego, Który Przeżył, który pokonał Voldemorta! Jaką ja miałam w tym wszystkim rolę? Kim ja jestem w porównaniu do niego?

          Hermiona westchnęła ciężko i potarła twarz dłońmi. O Godryku! Jak miała raz na zawsze wybić z głowy Ginny te wszystkie głupoty? Gdyby wcześniej wiedziała, że właśnie takie myśli ją dręczyły, z pewnością nie odmówiłaby szklanki czegoś mocniejszego… A zresztą!

          Bez słowa podniosła się z krzesła i podeszła do kredensu. Wyjęła z niego losową szklankę, która była… ubrana w sweterek? Uniosła brwi i przeniosła wzrok na Ginny, która raz po raz siorbała herbatę. Gdy dostrzegła jej pytające spojrzenie, wzruszyła tylko ramionami.

          – Mama uczyła mnie kiedyś dziergać. Chłopcy nie chcieli nosić tych swetrów, więc je zaczarowałam i ponaciągałam na szklanki. Przynajmniej przestały się tłuc.

          Hermiona prychnęła pod nosem. Tak, to zdecydowanie było w stylu rodziny Weasleyów. Nalała do szklanki trochę rumu i powąchała niepewnie. Dawno nie piła alkoholu, w ogóle jakoś stroniła od niego, ale ten jeden raz chyba nie zaszkodzi…

          Podniosła szklankę do ust. Z rezerwą powąchała zawartość, po czym upiła pierwszy łyk.

          – O rany – mruknęła pod nosem. – Teraz się nie dziwię, dlaczego to twój ulubiony alkohol. Ale wracając do tematu…

          Usiadła na blacie i pstryknęła palcami, by skupić wzrok Ginny na sobie.

          – Naprawdę myślisz, że Harry’ego obchodzi to, co myślą o tobie inni? Ciebie samej nie powinno to obchodzić, daj spokój! – Pociągnęła kolejny łyk ze szklanki, krzywiąc się przy tym. – Niech o tych pierdołach piszą nawet w Czarownicy albo Proroku Codziennym, gówno nas to obchodzi. Kochasz go, prawda?

          Ginny energicznie skinęła kilka razy głową i czknęła donośnie.

          – No pewnie, że kocham! Najbardziej na świecie!

          – No to w czym, do cholery, jest problem?

          – No… chyba nie ma problemu?

          Hermiona uśmiechnęła się zwycięsko i uniosła szklankę do góry.

          – Otóż to, Gin, otóż to – nie ma problemu. Liczysz się tylko ty, Harry oraz to, co was łączy. Wszystko inne schodzi na dalszy plan, jasne?

          Ginny parsknęła śmiechem i wstała chwiejnie z krzesła. Sunęła dłońmi po stole, zapewne starając się utrzymać równagę. Gdy po chwili, która zdawała się trwać wieczność, dotarła wreszcie do blatu, zarzuciła ręce na szyję Hermiony.

          – Miona, ty to jednak złota wiedźma jesteś – mruknęła cicho. – Skoro dla Harry’ego jesteś siostrą, to dla mnie teraz też, no nie?

          Hermiona uśmiechnęła się ciepło, wspierając podbródek na głowie Ginny. Kołysała ją uspokajająco w swoich ramionach.

          – Tak, Ginny. Dla ciebie też.

***

          Hermiona miała wrażenie, że cofnęła się w czasie o pięć lat. Z nikłym uśmiechem obserwowała ogromny, biały namiot, który już raz, na ślubie Billa i Fleur, stanął w ogrodzie państwa Weasley. Cholera… kiedy ten czas tak zleciał? 

          – Hermiono, kochanieńka, pomogłabyś przy kwiatach? 

          Odwróciła się w stronę pani Weasley, która trzymała w ręku listę i patrzyła na nią wyczekująco. 

          – Oczywiście! Nie ma najmniejszego problemu, jakie…?

          – Harry i Ginewra zdecydowali się na złote i czerwone. 

          Hermiona parsknęła śmiechem. Nie musiała być wróżbitką, żeby wiedzieć, które z nich przepchnęło ten pomysł. 

          – Już się za to biorę! 

          Skierowała się do wnętrza namiotu. Musiała zamrugać kilka razy oczami. Godryku… Nie chciała wychodzić na osobę, która niszczy wszystkim dobry humor, ale… ten szkarłatny dywan, złote krzesła rozłożone tuż przy nim, a na stołach złota zastawa i szkarłatne obrusy… 

          Wzdrygnęła się. Miała wrażenie, że czas cofnął się jeszcze dalej. Już nie do ślubu Billa i Fleur, a raczej do okresu Bizancjum, gdzie purpura ustąpiła miejsca szkarłatowi. Ten groteskowy przepych był… groteskowy. 

          Z wahaniem podeszła do George’a, który wyczarowywał brakujące krzesła. 

          – Masz sekundkę? 

          – Pewnie! 

          Spojrzał na nią z szerokim uśmiechem. 

          Ze wszystkich sił starała się nie patrzeć na miejsce, w którym powinno być ucho. 

          – Nie uważasz, że… hmm… trochę tu… za dużo czerwieni i złota?

          – Tak? – George przekrzywił głowę i rozejrzał się po namiocie. – A bo ja wiem…? Jeżeli chciałabyś jakiejś rady, to powinnaś zgłosić się do mojej nie-gorszej połówki. Hej! Angela! 

          Hermiona odwróciła się i w drugim końcu namiotu dostrzegła czarnoskórą kobietę. Rzeczywiście – to mógł być lepszy pomysł. Pamiętała ich ślub, w którym wszystkie detale były dopięte na ostatni guzik. Nie żeby wątpiła w George’a, ale coś jej podpowiadało, że to świeżo upieczona pani Johnson-Weasley była bardziej zaangażowana w przygotowania.

          – Czego chciałeś, skarbie? 

          – Moja ty czarna perełko, może pomogłabyś Hermionie? – George z czułością pogłaskał wierzch dłoni Angeli.

          – Ależ lisku mój, ty na pewno lepiej…

          – Co wam się stało? – wydukała Hermiona, patrząc na nich z przestrachem.

          Przez chwilę panowała cisza. George i Angelina patrzyli po sobie, a później z powrotem na nią. Wyraźnie próbowali zachować powagę, ale oboje przegrali z kretesem. 

          – W-widzisz… Hermiono. – Angelina nie wytrzymała i jeszcze raz parsknęła śmiechem. – Mój ukochany mąż stwierdził niedawno, że mówię do niego bez uczucia. 

          – I teraz trwa zakład, które z nas pierwsze pęknie, prawda kwiatuszku?

          Angelina uniosła się na palcach i krótko pocałowała męża. 

          – Prawda, prawda, misiaczku. Zostawisz nas same? 

          – Nie ma sprawy. 

          George puścił jej oczko i odwrócił się. Hermiona miała wrażenie, że odejdzie, ale raz jeszcze zerknął na nie i szybko dodał:

          – Nie ma sprawy, kochanie chciałem powiedzieć.

          Pokręciła głową. Na Merlina… Jakoś nigdy w czasach młodości nie wyobrażała sobie, jak małżeństwo któregokolwiek z bliźniaków mogłoby wyglądać. A Fred… Nie! Dzisiaj było święto pełne radości!

          – W czym miałabym ci pomóc?

          – Wiesz… – Niepewnie rozejrzała się po namiocie. – Nie wiem… może to tylko moje odczucia, ale… czy tu nie jest… mało gustownie?

          Angelina przez dłuższą chwilę patrzyła na nią z uwagą, ale zaraz odetchnęła.

          – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że ktoś to zauważył! – Pokręciła głową. – Myślałam, że nie wypada mi się wtrącać.

          – Mnie też nie wypada, ale… wiesz… Harry i Ginny chcą mieć złoto-czerwone kwiaty.

          Z ulgą dostrzegła popłoch malujący się na twarzy Angeli. 

          – Nie rób tego. Pod żadnym pozorem! 

          – Domyśliłam się… – Hermiona westchnęła cicho. – Myślisz, że da się jakoś przełamać ten… to…

          – Okropieństwo? – podsunęła Angela. – Tak, myślę, że kość słoniowa trochę złagodzi ten powalający efekt. 

          – Faktycznie! 

          Machnęła różdżką i słupki, które podtrzymywały namiot, zostały oplecione liliami. 

          – Trochę lepiej, ale… 

          – Wiem, nie da się tego naprawić. – Angela posłała jej wesoły uśmiech. – Ale… nikt nam nie zarzuci, że nie próbowałyśmy.

***

          Hermiona oparła się plecami o jeden z filarów. Wciągnęła do płuc przyjemny, liliowy zapach. Musiała jeszcze raz podziękować Angelinie za ten pomysł. Nie uratował on co prawda wrażenia przepychu, ale znacznie go załagodził. 

          Kątem oka zauważyła ruch tuż nad swoją głową. Zaczarowana taca z kieliszkami szampana wirowała pod sklepieniem sufitu, raz po raz podlatując do gości. Wyciągnęła dłoń do góry, żeby już po chwili trzymać w niej elegancko zdobione szkło. Upiła łyk i utkwiła wzrok w Harrym i Ginny, którzy właśnie wychodzili na środek namiotu. Uśmiechnęła się pod nosem. Wyglądali… oszałamiająco. Nie była to nawet kwestia ich przepięknych strojów, a raczej… wydawali się tacy szczęśliwi. W końcu, po tych kilku długich latach…

          Otarła szybko kciukiem łzę, zanim ta zdążyła zniszczyć godziny jej ciężkiej pracy, które spędziła na walce z podkładem i cieniami do powiek. Nigdy więcej. Następnym razem powinna wybrać się do mago-estetyków. 

          – Chciałbym jeszcze raz podziękować wszystkim za przybycie… – Harry objął Ginny w pasie i potoczył wzrokiem po gościach. – Bez was, radość z tego dnia nie byłaby nawet w połowie tak wielka. Każda z obecnych tu osób jest dla mnie ważna i… po prostu… – głos mu się załamał – dziękuję wam. Za to, że zawsze byliście. To wiele dla mnie znaczy.

          Harry pospiesznie otarł wierzchem dłoni załzawione oczy. Ginny zaśmiała się i skradła mu szybki pocałunek, a zgromadzeni goście zaczęli bić brawa. No naprawdę… to miało być wesele pełne radości, a wszyscy płakali! Cholera!

          Hermiona zamrugała szybko i upiła kolejny łyk szampana. Kątem oka dostrzegła, że zaczarowane instrumenty uniosły się w powietrzu na znak pani Weasley. Przy pierwszych dźwiękach harfy, Harry położył dłoń na talii Ginny. Powoli, w rytm melodyjnego walca, zaczęli kołysać się na środku parkietu zapatrzeni w siebie jak w obrazek.

          Westchnęła cicho. Szczęściara z tej Ginny…

          – To mogliśmy być my, wiesz?

          Podskoczyła i zakrztusiła się alkoholem, gdy dostrzegła Rona tuż obok siebie. Sparaliżowało ją. Cholera! Wiedziała, no po prostu wiedziała, że ten temat znowu musiał się pojawić, ale akurat teraz?! W środku wesela, przy wszystkich gościach?! Niech to szlag! 

          Odkaszlnęła i wyprostowała się, przenosząc na niego wzrok. 

          – Ron… proszę cię.

          – Nie, Hermiona – uciął szybko. – Pozwól mi o to zapytać. Czy jest coś, co zrobiłem nie tak? Wiem, że nasze ostatnie spotkanie potoczyło się… nie tak, jakbyśmy pewnie oboje tego chcieli, ale wciąż…

          – Ron, to nie tak… – Westchnęła ciężko. Merlinie, nie było ucieczki. Musiała uważnie dobierać słowa, bo powinni wytłumaczyć to sobie raz na zawsze. – Wydaje mi się, że po prostu… lepsi jesteśmy jako przyjaciele. Rozumiesz, co mam na myśli?

          Ron prychnął. Wsadził dłonie do kieszeni i zgarbił się.

          – Nie, Hermiona. Nigdy nie wiedziałem, co masz na myśli. W tym jest właśnie problem. Wiem, że zauważyłem twoje uczucia dość późno, ale myślałem, cholera, nie wiem! Byłem pewny, że jakoś będziemy w stanie nad tym pracować.

          Zamyśliła się. Czy to rzeczywiście chodziło o czas? Nie, po prostu… te romantyczne uczucia były zbyt słabe, żeby przebić się ponad siostrzaną miłość.

          – Ron…. – zaczęła niepewnie. – Wiem, że ostatnio trochę za bardzo poniosły mnie emocje, ale mówiłam wtedy prawdę. Kocham cię jak brata. Jesteś dla mnie ważny, nie wyobrażam sobie bez ciebie życia, ale… nie w ten sposób, w który byś chciał.

          Ron spochmurniał. Westchnął ciężko, drapiąc się po brodzie. Widziała, że walczył sam ze sobą i błagała go w myślach, żeby odpuścił. To było najgorsze możliwe miejsce na tę rozmowę!

          – Zgaduję, że nic już z tym nie mogę zrobić – burknął w końcu. – Ale to nic między nami nie zmienia, nie?

          Uśmiechnęła się z ulgą. Dzięki ci, Merlinie!

          – To nic nie zmienia – przytaknęła. Rozejrzała się po namiocie, a gdy dostrzegła wpatrującą się w nich dziewczynę, w jej głowie zakiełkowała pewna myśl. – Wiesz, Ron… wydaje mi się, że powinieneś szukać szczęścia trochę dalej niż w najbliższym otoczeniu. Spójrz… – Wskazała dyskretnie głową w prawo. – Ta ładna blondynka nie spuszcza z ciebie wzroku, od kiedy tylko do mnie podszedłeś…

          Ron, wyraźnie zmieszany, podążył wzrokiem we wskazanym przez nią kierunku. Zmrużył oczy, po czym wybuchnął głośnym śmiechem. 

          Zmarszczyła brwi. Co znowu? Powiedziała coś nie tak? Już otwierała usta, by zapytać, ale Ron ją ubiegł:

          – Wiesz co, Hermiona? Chyba masz rację i posłucham twojej rady, ale będę szukał szczęścia trochę dalej niż wśród rodziny. Bo widzisz, ta ładna blondynka,  to moja kuzynka – Anastazja.

          Kuzynka? Ale… O Godryku… 

          Opuściła zażenowana głowę. Oczywiście, że musiała palnąć jakąś głupotę! No pięknie… Przynajmniej pomogło to trochę rozluźnić atmosferę. Uśmiechnęła się i zerknęła na Rona.

          – To co, przyjaciele?

          – Przyjaciele. – Skinął głową.

          – Przepraszam, że przerywam, ale mógłbym prosić do tańca?

          Hermiona odwróciła się na pięcie, by dostrzec pochylonego Harrego, który wyciągał w jej kierunku rękę. 

          – Jest cała twoja – zaśmiał się Ron. – Ja pójdę, jak to ładnie określiłaś, szukać szczęścia gdzie indziej…

          – Ronald! – Pacnęła go w ramię, czując, że jej policzki napłynęły krwią. Szybko podała rękę Harry’emu, żeby wykręcić się z tej niezręcznej sytuacji.

          Przenieśli się na środek parkietu. Większość gości siedziała już przy stołach, kosztując pierwszych potraw, więc po centralnej części namiotu mogli poruszać się swobodnie. Pierwsze dźwięki harfy rozbrzmiały dość cicho. Reszta instrumentów dołączyła dopiero po dłuższej chwili, co zapowiadało wolniejszą piosenkę.

          Harry położył dłoń na jej talii, a drugą chwycił ją za rękę. Uśmiechnęła się ciepło, pozwalając, by poprowadził ją w wolnym tańcu. Gdy wpatrywała się w jego oczy, myślami szybko odpłynęła do tej przykrej nocy, która miała miejsce podczas poszukiwania horkruksów. 

          – Hej, Harry – szepnęła. – Pamiętasz ten wieczór, gdy tańczyliśmy w namiocie?

          Odsunął się nieco, by na nią spojrzeć. Skinął głową.

          – To jakieś nawiązanie do moich kiepskich umiejętności tanecznych? – zapytał, unosząc brwi. 

          Parsknęła śmiechem i pokręciła głową.

          – Pamiętasz, jak to wtedy było? Gdy Ron odszedł… potrafiłam tylko siedzieć i płakać, a ty, chociaż miałeś na barkach znacznie więcej niż ja, byłeś w stanie mnie podnieść na duchu. – Przerwała, gdy uniósł ich dłonie i okręciła się dwa razy. – Dumbledore powiedział kiedyś, że szczęście można odnaleźć nawet w najmroczniejszych czasach… – Wzięła głęboki oddech, a po chwili położyła głowę na ramieniu Harry’ego. Teraz już nie tańczyli, jedynie delikatnie kołysali się w takt piosenki. – Jestem taka wdzięczna, że jesteśmy tu teraz, że to wszystko się dobrze skończyło. Nawet sobie nie wyobrażasz…

          Harry objął ją mocniej w odpowiedzi. Wiedziała, że musiał czuć to samo. Czuła tę nić porozumienia, która wytworzyła się między nimi przez te wszystkie lata. Nie potrzebowali słów, sama obecność wystarczała.

          Trwali tak w swoich objęciach, dopóki muzyka nie ucichła. Odsunęła się, by spojrzeć na Harry’ego i posłała mu ciepły uśmiech. 

          – Idę napić się wina! – krzyknęła, gdy instrumenty zaczęły grać wyjątkowo głośno. – Chcesz iść ze mną?

          – Co? Nie słyszę! Poczekaj chwilę, muszę z tobą o czymś…

          – Odbijamy! – zawołała nagle pani Weasley i chwyciła zięcia w ramiona. Zaciągnęła oniemiałego Harry’ego na parkiet, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć.

          Hermiona parsknęła śmiechem. Zaczęła przepychać się przez tłum gości i stanęła przy stoliku pełnym kieliszków. Gdy podniosła jeden z nich, wino zaczęło pojawiać się na dnie, wypuszczając w powietrze kilka różowych serduszek. Skrzywiła się. 

          Wino w smaku było całkiem znośne, więc postanowiła odłożyć narzekanie na później. Rozejrzała się po sali, szukając jakiegoś wolnego miejsca, i wtedy jej wzrok przyciągnęła profesor McGonagall, która machała do niej różdżką.

          Od razu ruszyła przez namiot w jej kierunku. Pani profesor wskazała dłonią na puste krzesło obok siebie i uśmiechnęła się ciepło.

          – Wyjątkowo piękna uroczystość – zaczęła cicho. – Czas mija nieubłaganie. Dopiero przyjmowałam was na ceremonii przydziału, a dziś już zakładacie własne rodziny…

          – Ma pani rację – przytaknęła z nikłym uśmiechem. – Czas leci zdecydowanie za szybko.

          Przez chwilę siedziały cicho i obserwowały poruszających się po namiocie gości. 

           – Cieszę się, że na ciebie wpadłam, panno Granger. Wiem, że być może nie jest to najlepsze miejsce, ale mam dla ciebie pewną propozycję i chciałabym złożyć ją już teraz, byś miała odpowiednio dużo czasu na przemyślenie jej.

          Hermiona zamarła z kieliszkiem w połowie drogi do ust. Pilna sprawa? Czyżby znów chodziło o Ministerstwo? Na brodę Merlina, wszystko, tylko nie to!

Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 466
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!