Kapłanka Pięciu Żywiołów |Tobirama x Reader| – Rozdział 1

Ilekroć się patrzyło na Wioskę Ukrytego Liścia, człowieka ogarniało przyjemne ciepło. Wielu ludzi mieszkających tutaj czuło się bezpiecznie. Na ulicach zawsze mogli spotkać przyjazną sobie osobę, a kiedyś wróg stał im się neutralny. Oboje potrafili z uśmiechem lub bez powiedzieć “dzień dobry”. Mieszkańcy wioski przy tak drobnych gestach do siebie, czuli dumę, że ktoś taki jak Senju Hashirama zakończył erę wojen i zrobił pierwszy krok ku pokojowi między klanami. Teraz byli jedną wielką rodziną, pełną przyjaźni i różnych spięć, ale gotową wyciągnąć do siebie rękę w razie nadchodzącego niebezpieczeństwa.

Wioska liczyła sobie już dziesięć lat. Wybudowano mnóstwo domów, sklepów, parków, hoteli, rezydencje Hokage oraz budynek administracyjny. W tym miejscu, w gabinecie pełnym papierzysk, za biurkiem siedział sobie wspomniany wyżej shinobi wypełniając obowiązki pełnionej przez niego funkcji przywódcy — mężczyzna o beztroskiej naturze, ale potężny wojownik. Hashirama siedział na twardym krześle, próbował znaleźć najwygodniejszą pozycję, bezskutecznie. Spojrzenie swoich ciemnych oczu poprowadził na stojącego kilka metrów od niego przy oknie brata. Uśmiechnął się delikatnie, widząc jak ostre rysy twarzy Tobiramy stają się łagodne.

— Cieszę się, że rozważyłeś pozytywnie moją propozycję o stworzeniu akademii ninja.

Twarz Hashiramy rozjaśnił jeszcze szerszy uśmiech. Rzadko się zdarzało, że Tobirama okazywał jakiekolwiek emocje, dorósł na wojnie, przez co stał się człowiekiem niezwykle chłodnym, ale to nie przeszkadzało starszemu Senju. W końcu był ostatnią bliską mu osobą, na którą zawsze mógł liczyć. Nawet teraz go wpiera jako jego doradca.

— To jest bardzo dobry pomysł. Jak znajdziemy czas, to obgadamy go przy sake… — Rozmarzył się Hashirama. — Dawno nie piłem alkoholu.

— I nie wypijesz. — Skrzywił się Tobirama, opierając się o okno. Jego czerwone oczy spojrzały na wioskę na tle wschodzącego słońca. — Masz dzisiaj mnóstwo pracy do zrobienia. Nie wspomnę o zaległych dokumentach.

Hokage westchnął głośno i pogrążył się w typowej dla niego depresji.

— Nie rozumiem, jak tak możesz miażdżyć marzenia swojego brata — powiedział wysokim głosem, nieco piskliwym.

— A ja nie rozumiem, jak można być tak leniwym! — warknął zirytowany Tobirama. Jego usta wypuściły ciężkie westchnienie, palce przetarły powieki i kąciki oczu. — Umówmy się tak. Jeśli przed obiadem nadrobisz zaległości i połowę dzisiejszego przydziału, to popołudnie masz wolne.

Hashirama podniósł głowę uradowany i zaklaskał wesoło w ręce. Patrzył się na młodszego Senju w ciszy, a z sekundy na sekundę jego uśmiech robił się jeszcze szerszy.

— Braciszku! Wiesz, że cię kocham? — zapytał i zaśmiał się głośno.

Tobirama zamrugał kilka razy i sam parsknął śmiechem. Jego starszy brat brzmiał tak, jakby właśnie mu opowiedział dobry kawał lub mu złożył genialne życzenia urodzinowe. Choć jeśli dobrze pamiętał, to Hashirama nigdy nie narzekał na jego, jedno zdanie składające się ze słów: Sto lat, dzbanie!

— To jesteśmy umówieni, do zobaczenia później.

Drzwi do gabinetu zamknęły się, a śmiech Hashiramy wciąż trwał. Kiedy udało mu się uspokoić, westchnął i pokręcił głową. Jego brat był zdecydowanie zbyt pobłażliwy kiedy miał dobry humor. Rozciągnął się, ziewając i zabrał się do pracy.

Przez następne dwie godziny w pomieszczeniu słychać było przerzucanie i przekładanie kartek, od czasu do czasu zamaczał w atramencie pędzel i podpisywał dokument, zdarzało się niekiedy, że musiał sobie zapisać w notesie informacje z raportu. Podczas pracy mimika twarzy była obojętna, przy rozterkach skupiona, kiedy nad czymś intensywnie myślał, marszczył straszliwie czoło. Lubiąca zaglądać do pracującego męża Mito nieraz ganiła go, wypominając, że nabawi się zmarszczek na stare lata. W jego sercu zawsze robiło się wtedy ciepło, czuł się kochany przez kobietę, której składał przysięgę małżeńską.

Myśl o jego żonie sprawiła, że posmutniał. Na wojnie między klanami stracił wielu braci, tych będącymi towarzyszami broni i przyjaciółmi oraz prawdziwych, jego rodzeństwo. Poza tym miał już na karku ponad trzydzieści lat, dokonał już tyle rzeczy, tyle marzeń, które zostały skreślone przez jego ojca i Madarę. Uchiha mimo współpracy po traktacie pokojowym, nie potrafił powstrzymać swoich wątpliwości, nieufności wobec innych klanów, Hashirama musiał go zabić… Wspomnienie o tym potężnym shinobi przesądziło o sprawie. Nie jest w stanie dalej pracować. Odchylił się na krześle i zamknął oczy, by zobaczyć twarze Itamy i Kawaramy. Jego młodsi bracia, którzy zginęli w tej niekończącej się burzy wojennej. Los zabrał ich jako małych chłopców. Nie mieli okazji zasmakować dóbr tego świata, pokoju i miłości. Jak tak siedział i myślał, to nie tylko oni byli ofiarami tego brudnego, zepsutego świata. Wielu wojowników, którzy tak jak on posiadali czakrę, nawet niewinni, zwykli kupcy, farmerzy… Oni także zginęli.

— A przecież łączy nas ta sama krew. Czerwona — wyszeptał do siebie.

Hashirama spojrzał na zegar na ścianie, wskazówki znajdowały się przy cyfrze dwanaście, informując, że jest pora drugiego śniadania. Skrzywił się delikatnie. Udało mu się nadrobić połowę zaległości i podpisać część papierzysk, ale to wciąż było mało by Tobirama mógł przejąć jego obowiązki.

— No cóż… Chociaż obiad zjem w domu i wrócę zakończyć tę harówkę. — Podrapał się po karku i westchnął. Czuł się tak samotny, że nieraz gadał do siebie.

Schylił się pod biurko, by wyciągnąć bento, które przygotowała mu rano Mito. Wstał ciężko z siedzenia i skierował swoje kroki do pokoju radnych. Starszyzna Konohy składała się z przesympatycznych staruszków. Pan Riku i pani Shizuka tak jak Senju posiadali głęboką nadzieję, że kiedyś klany się zjednoczą i będą żyły ze sobą w zgodzie. Odkąd Hashirama został Hokage, nie miał z nimi żadnych konfliktów. Zdarzało się, że ich zdania były różne, ale pan Riku jako starszy, zawsze wyciągał rękę w geście porozumienia ze słowami: Jesteśmy twoimi doradcami i naszym zadaniem jest cię wspierać i pomóc ugasić pożar, który wybuchnie.

~*~

Hashirama wrócił do gabinetu zadowolony. Jak zwykle atmosfera była miła i w jakiś sposób czuł, że stała się rodzinna.  Odkąd założył Konohę, chciał, aby wszyscy mieszkańcy byli mu tak bliscy jak Tobirama. Zaśmiał się cicho kiedy zamykał drzwi i podszedł do biurka. Na samym środka siedziała taka fajna ropucha. Była cała czerwona, trochę większa niż te, które można spotkać na co dzień i… Chwila, moment!

– A ty to kto?!

– Kosuke, posłaniec z Góry Myōboku. – Przedstawił się, kłaniając się przy tym. – To zaszczyt ciebie poznać, Pierwszy Hokage. Mam wiadomość od mędrca Gamamaru.

Hahirama zamrugał kilka razy oczami i całkowicie otrząsnął się z szoku. Zasiadł na krześle, a płaz odchrząknął kilka razy.

– Pan Gamamaru miał sen o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Te wasze ogoniaste bestie zostawiły po sobie mnóstwo czakry i za pomocą swojej świadomości niszczą koszmarnie tereny.

– Hmm… Strasznie to kłopotliwe. – przyznał, przeczesując ciemne włosy. – Nie wiedziałem, że te bestie potrafią coś takiego.

– To nie wszystko… – Podniósł dłoń.

– Poczekaj, chciałbym wezwać moich doradców, abyśmy wspólnie mogli podjąć kroki.

W czasie, w którym Kosuke oczekiwał na powrót Hashiramy, on sam udał się do starszyzny Konohy i wysłał chłopaka, pomagającego w biurze, po Tobiramę. Młodszy Senju akurat znajdował się przy rezydencji Hokage, dzięki czemu sprowadzenie go oraz Mito — z którą mężczyzna rozmawiał — nie zajęło więcej niż pięć minut. Teraz cała piątka znajdowała się w gabinecie i w ciszy wysłuchała całej przepowiedni Wielkiego Ropuszego Mędrca, po której nastąpiła burza mózgów.

– Mędrzec Gamamaru widział tylko koniec świata? Nikogo ani nic, co mogłoby powstrzymać tę tragedię? – Spytał staruszek Riku drapiąc się po długiej brodzie. Płaz pokręcił głową. – To mamy problem. – stwierdził niepotrzebnie.

Mito syknęła cicho. Przygryzła kciuk i zaczęła myśleć intensywnie. Nie uszło to uwadze Tobiramy, który przypatrywał się jej w ciszy. Gdzieś już ona słyszała o podobnej sytuacji i ktoś temu zapobiegł. Tylko kto?

– Mito, przegryzłaś sobie skórę. – Usłyszała koło swojego ucha szept.

Zerknęła na swojego szwagra, a później na krwawiący palec. Uśmiechnęła się do niego krzywo. W miejscu, w którym ugryzła, znajdowało się dzisiejsze skaleczenie po krojeniu warzyw do bento Hashiramy. Tobirama jak przystało na dżentelmena, wyciągnął portfel z kieszeni, a z niego jeden z wcześniej przygotowanych plastrów na małe wypadki i podał go kobiecie.

– Dziękuję.

Szybko się uporała z drobną ranką i wzięła głęboki wdech.

– Mogę coś powiedzieć? – Zwróciła na siebie uwagę wszystkich zebranych. – Czasem zdarza się podobne zjawisko, ale rolę główną grą wtedy czakra zmarłych. Nie było jeszcze sytuacji, aby zrobiła dużych szkód, ponieważ nad tym czuwają kapłani ze Świątyni Pięciu Żywiołów. Może oni mogliby nam pomóc.

– Wie pani, gdzie ta świątynia się znajduje? – zapytała dotychczas milcząca Shizuka.

– Gdzieś w Kraju Wiru, chyba w górach. Nie wiem, ale… Dziadek Ashina będzie wiedział. – Podrapała się po policzku. – Kiedy mieszkałam w Wiosce Ukrytego Wiru, dziadek często tam chodził. Droga podobno była bardzo niebezpieczna, a jemu zdarzało się wracać stamtąd ranny. Jest możliwość, byś tam się udał i powiadomił kapłanów?

Nim skończyła pytanie, Kosuke już kręcił głową.

– Nie, jeden z założycieli świątyni był osobą nieufną i dość egoistyczną. Postawił dość ostre zasady, do których do dziś kapłani się stosują.

Mito westchnęła ciężko.

– Na przestrzeni lat te zasady się zmieniły. Dają możliwość odwiedzin oraz prośby o pomoc, ale wciąż są dość sceptycznie nastawieni na inne rasy zamieszkujące nasz świat, jak widać.

– Niestety.

Zapadła cisza, Hashirama objął wzrokiem swoich doradców i gościa. Jego spojrzenie zdradzało, że zdecydował. Wie, co należy zrobić.

– Wyślemy tam drużynę!

~*~

– Dobra, to ja wracam i powiadomię pana Gamamaru o waszej decyzji. – powiedział Kosuke i zniknął w kłębach dymu.

W gabinecie zostali tylko bracia i Mito. Rozmawiali jeszcze długo o zespole, który mieli tam wysłać. Pewne było, że kapitanem będzie Tobirama. Zostało im tylko wybrać skład. Przed sobą rozłożyli karty shinobi z wioski, godzinę dyskutowali o ich umiejętnościach, pracy zespołowej i innych rzeczach. W końcu udało im się dojść do porozumienia, a kiedy upewnili się teoretycznie, że oddział da radę, czerwonowłosa zostawiła Senju samych. Obaj zapomnieli o porannej rozmowie. W ciszy wykonywali papierkową robotę. Hashiramie zdarzało się zdychać od czasu do czasu. Był niepocieszony faktem, że brat znów mu pomaga. Choć nie lubił pracy w biurze i najchętniej zwiewałby jak najdalej od tego cholerstwa, to teraz wolał wykonać ją sam. W końcu to jego obowiązki! Nim się  jednak obejrzał, skończyli. Pozamykali drzwiczki do szafek oraz duże prowadzące do pomieszczenia i opuścili budynek administracyjny.

– Tobiramo, nie chciałbyś zjeść z nami obiadu? Dzieciaki się ucieszą z twoich odwiedzin – odezwał się Pierwszy.

– Przez to całe zamieszanie nie było mnie na treningu z uczniami. Obiecałem im, że w zamian pójdziemy na grilla, ja stawiam. – Skrzywił się i potarł po karku. Jest jednym z najlepiej zarabiających shinobi w osadzie, a mały Hiruzen lubi dobrze zjeść. Już teraz miał nadzieję, że jego portfel nie zrobi się niezdrowo chudy. – Przyjdę na kolację.

Hashirama skinął głową. Pomachał bratu i odszedł w stronę rezydencji. Tymczasem Tobirama poszedł na pole treningowe numer trzy, gdzie jego drużyna miała ćwiczyć swoje indywidualne umiejętności. Spokojnym krokiem zmierzał na spotkanie i zerkał co jakiś czas na otaczające go budynki i ludzi. Wielu przechodzących znało go i z szacunkiem witało na ulicy, sam odpowiadał im tym samym. Kiedyś walczył z nimi i przeciwko nim, uważali go za potężnego wojownika, który albo przeżyje tą niekończącą się wojnę, albo zginie na polu bitwy. Zresztą… On sam tak myślał. Nieraz się zdarzało, że ktoś z jego klanu stracił życie, a on mimo bycia chłodnym i surowym, obawiał się śmierci swojej rodziny.

Szedł powoli i cicho między drzewami, nie chciał zdekoncentrować dzieci, które oddały się w pełni treningowi. Kąciki jego ust uniosły się delikatnie w górę. Czerwone oczy obserwowały w skupieniu na postępy, jakie w ciągu tych ostatnich tygodni cała trójka poczyniła, kiedyś będą silni — pomyślał. Z głębi duszy wierzył, że oni, jak zabraknie jego i Hashiramy, będą kontynuatorami Woli Ognia.

– Mistrzu Tobiramo! Przyszedłeś! – wykrzyczał machając rękami Hiruzen. Koharu i Homura odwrócili głowy w jego stronę, a później na podchodzącego do nich Senju.

 Bardzo dobrze się spisaliście, a teraz… Czas na obiad!

~*~

W międzyczasie Hashirama zjadł swój posiłek z rodziną. Następnie udali się do salonu i usiedli przy niskim stole na poduszkach, gdzie dzieci opowiadały swoje przygody. Mały Shin, najmłodszy z rodzeństwa, był rozrabiaką, którego prawie każdy znał w wiosce. Jego historie zazwyczaj kończyły się śmiechem ojca i  karcącym spojrzeniem matki. Jego starsze siostry, Akane i Hanae, były już młodymi ninja, które uczyły się pracy zespołowej, niestety w osobnych drużynach. Obie często opowiadały o swoich misjach i pytały doświadczonego Hashiramę o radę lub o jego zdanie w takiej sytuacji.

W tak miłej atmosferze upłynął im czas i nastał wieczór. Mito wraz z córkami poszły do kuchni przyszykować kolację. W tym czasie Hashirama z synem oglądał Wioskę Ukrytego Liścia na tle zachodzącego słońca. Westchnął cicho. Na skale Hokage ten widok jest jeszcze piękniejszy, ale Shin jest jeszcze mały i nadpobudliwy, a Hashiramie jeszcze życie miłe… Zwłaszcza, że w tej sytuacji katem byłaby jego żona.

– Wujek Tobi! – Z zamyślenia wyrwał go krzyk chłopca. Po chwili już jego brat trzymał go za rękę i nogę i okręcał dookoła siebie, a mały śmiał się w najlepsze. Starszy Senju uśmiechnął się, chichocząc.

Tobirama tylko dla jego dzieci był ciepłą osobą, był ich kochanym wujkiem (kiedyś nazywanym przez dziewczynki “Wuwą”), który rozpieszczał ich, ile wlezie. Tak jak przypuszczał, przyniósł dla Shina nowego pluszaka, a dla dziewczyn po zestawie shurikenów, czyli jak to lubił nazywać: zestaw dla małego dziecka i dużego dziecka. Dla gospodyni miał duży bukiet ulubionych kwiatów i miał jeszcze wyjątkowo prezent dla Hashiramy, ale z tym chciał poczekać, aż dzieci pójdą spać. Mężczyzna kiedy przekroczył próg domu swojego brata, uśmiechnął się pod nosem. Już na przedpokoju czuł zapach pieczonej ryby.

Autor Aven
Opublikowano
Kategorie Naruto
Odsłon 548
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!