In Noctem – Rozdział II

          Nie potrafił bez mrugnięcia okiem patrzeć na ten przeklęty, dębowy stół. Za każdym razem w jego myślach pojawiała się nauczycielka mugoloznawstwa, a później ten cholerny,  zielony błysk światła. Miał wrażenie, że nadal słyszał syk Nagini, która bez chwili wahania rzuciła się na ciało…

          Powstrzymał wymioty, które podeszły mu do gardła. Kilka razy przełknął ślinę, żeby odżegnać ten odruch. Przeklęty ojciec. Dlaczego nie wymienił tego stołu? Avada nie zostawiała po sobie śladów, ale nadal… 

          – Rad jestem, że tak licznie przybyliście. 

          Przeniósł wzrok na ojca. Co znowu kombinował? Po co to quazi zebranie rodzin śmierciożerców? Nie był na tyle głupi, żeby nie domyśleć się, że coś musiało być na rzeczy. Ojciec kilka ostatnich tygodni znikał z domu na wiele godzin, ignorował matkę, którą wcześniej z taką troską się opiekował, a teraz to… 

          Kiedy kilka osób mruknęło słowa przywitania, skupił wzrok na Teodorze. Cholera… ale dawno go nie widział. Ile to już…? Rok? I to w takich okolicznościach przyszło mu spotkać starego przyjaciela. Świat się zmieniał w naprawdę nieprzewidywalny sposób. 

          – Ty może jesteś rad, Lucjuszu, ale to tylko niepotrzebne ryzyko. Ostatnio za mniejsze rzeczy niż spotkania w takim gronie ludzie zostawali aresztowani.

          Powstrzymał chęć parsknięcia śmiechem. Wcześniej tylko kilka razy spotkał matkę Corbana Yaxleya, ale chyba powinien tego żałować. Sądził, że Hertha to spokojna staruszka, która nadal opłakiwała śmierć syna, ale po Bitwie o Hogwart to ona, jako jedna z nielicznych, naciskała, żeby odbić więźniów z Azkabanu. 

          Ojciec musiał wyczuć, że piła do jego dotychczasowej zapobiegliwości, bo skrzywił się nieznacznie. 

          – Masz rację, Hertho.

          Draco nie wierzył, że matka Zabiniego – ta wiecznie milcząca piękność – wtrąciła się. Zerknął na przyjaciela, ale on nie spuszczał uważnego spojrzenia z Queeny. Może bał się, że matka powie o kilka słów za dużo? 

          Rozumiał go. Nastały takie czasy, że strach w jakimkolwiek gronie wyrażać własną opinię. 

          – To jest zagrożenie, ale… czy dla nas cokolwiek jest jeszcze bezpieczne? Słyszałam, że skazali twojego wujka i ciotkę na pocałunek dementora. 

          Te słowa wywołały niemałe poruszenie wśród zebranych. 

          Draco z wybałuszonymi oczami spojrzał na Ethana Carrowa, do którego Queena się zwróciła. Nie znał go zbyt dobrze. Wiedział tylko, że z całej rodziny on jeden uniknął osadzenia w Azkabanie. Nawet młodszy brat nie uciekł przed ramieniem sprawiedliwości nowego porządku świata. 

          – Tak. Poinformowali mnie listownie o wyroku – burknął Ethan. – Nie pozwolili nawet na spotkanie z nimi. 

          – Mówiłam, że kiedy był na to czas, trzeba było odbić naszych! – wykrzyknęła Hertha, poprawiając kapelusz, który przekrzywił się, kiedy wstawała. – Teraz tylko się okopali i nigdy…

          – Mówisz, jakbyś nie wiedziała, co by za to groziło – odparowała Queena. – Wszystkich nas by skazali. Rody czystej krwi już są na wymarciu, a nasza reakcja tylko zachęciłaby te brudne szlamy i ich wielbicieli, żeby całkiem nas wyeliminować. Chcesz im to ułatwić? Teraz przynajmniej muszą znaleźć choćby absurdalne zarzuty, a gdyby… 

          – Obie macie rację. 

          Draco zmrużył oczy, kiedy zauważył zadowolenie na twarzy ojca. To nie mogło dobrze wróżyć.

          – Stanowcze kroki, niezgodne z tym… żałosnym prawem mogłyby tylko nas pogrążyć, ale! – dodał szybko, kiedy dostrzegł, że Hertha, która z powrotem opadła na krzesło, chciała mu przerwać. – Siedzenie z założonymi różdżkami nic nam nie da. To tylko ucieczka. Zwołałem was, bo sprawa jest pilna i wymaga podjęcia szybkich działań. 

          – Co masz na myśli, Lucjuszu? 

          Draco nie mógł patrzeć na Daralis i jej brata, Esmonda. Pamiętał ciotkę Bellatriks i jej męża aż zbyt dobrze, a ta dwójka wyglądała kropka w kropkę jak Rudolf. Nie był do końca pewien, jakie więzy krwi łączyły ich z Lestrangem, ale sądząc po samym wyglądzie, musieli być blisko spokrewnieni. 

          – Już mówię, Daralis. – Ojciec milczał przez chwilę, jakby chciał spotęgować efekt. Patrzył po twarzach zebranych i dopiero kiedy uzyskał pewność, że w pełni przykuł ich uwagę, kontynuował: – Ostatnie tygodnie spędziłem w Ministerstwie Magii. Przedwczoraj udało mi się uzyskać zgodę na oficjalną, polityczną działalność stronnictwa czarodziejów czystej krwi. Niedługo ogłoszą, że zmienia się system w samym Ministerstwie, a my możemy wybrać grupę przedstawicieli, która reprezentowałaby nasze interesy.

          Draco z trudem przełknął ślinę. Omiótł wzrokiem wszystkich ludzi, którzy siedzieli przy stole, i z ulgą stwierdził, że nie tylko on był w takim szoku. To… Co to właściwie miało znaczyć? Dlaczego ojciec nigdy wcześniej nie podjął tego tematu w rozmowach z nim? 

          – Świat się zmienił. Plany Czarnego Pana były do zrealizowania tylko pod jednym warunkiem: musiałby dalej żyć. On jeden miał moc, która pozwoliłaby na trzymanie szlam i zdrajców krwi na krótkiej smyczy, ale nawet wtedy… Czy nawet wtedy udałoby się na zawsze zachować ten porządek świata?

          O cholera. Draco nigdy nie słyszał, żeby ojciec otwarcie krytykował Czarnego Pana. Nigdy. Nawet wtedy, gdy miał ku temu powody, nawet wtedy, gdy ten pomiatał ich rodziną i mścił się, a nawet i po jego śmierci z ust ojca nigdy nie padły słowa choćby najsłabszej krytyki, a teraz…? 

          – Sami doskonale wiecie, że kiedy były podejmowane próby przywrócenia właściwej równowagi, znajdowali się wichrzyciele: szlamy, osoby z mieszanych rodzin, zdrajcy krwi. Czy Czarny Pan byłby w stanie zapanować nad chaosem, gdyby przez lata musiał prowadzić z nimi wszystkimi wojnę? Może tak – dodał szybko ojciec, kiedy kilka osób skrzywiło się na tak ostre słowa – ale tego się nie dowiemy. A skoro nie istnieje na ten moment osoba na tyle potężna po naszej stronie, musimy zagwarantować sobie przetrwanie. Przecież te wszystkie aresztowania, te represje… to musi się skończyć! Jeżeli nie możemy zrobić tego siłą, musimy wedrzeć się do polityki. Nasze prawa, prawa rodów czystej krwi, muszą być respektowane!

          – Taa… Nie zrozum mnie źle, Lucjuszu, w pełni cię popieram, ale… przeczuwam, że będzie to równie proste, jak zabicie wampira czosnkiem.

          Zapewne, gdyby nie był tak spięty, Draco doceniłby żart Ravingera, kuzyna osadzonego w Azkabanie Mucalibera, ale jakoś nie było mu do śmiechu. Zresztą – chyba nikomu z zebranych nie było.

          – Proste? – Ojciec uniósł brwi. – Nie powiedziałem, że będzie to proste. Powiedziałem tylko, że jest to możliwe. Na kolejnych zebraniach, przed pierwszym posiedzeniem, przedłożę wam mój plan, a już teraz mogę powiedzieć, że należy tych wszystkich miłośników mugoli uświadomić, że właściwie niczym nie różnią się od nas, tylko nasze rody są szczere i żyją w zgodzie ze swoimi przekonaniami, a oni szukają wymówek, żeby usprawiedliwić swoje działania, ale to… na to przyjdzie czas w przyszłości. Czy mogę na was liczyć? Stawicie się na posiedzeniu? Wiem, że powoli tworzą się dwa ruchy: grupa, która chce zachować dotychczasowy porządek w świecie czarodziejów i jeszcze więksi od nich idioci, którzy chcą zbratania ze szlamami i mugolami. Brakuje wśród nich głosu rozsądku. Stawicie się?

          Cisza była wymowna, a Draco nie dziwił się jej. Gdyby nie był synem swojego ojca, zapewne też podkuliłby ogon pod siebie i udawał, że problem nie istniał. W tych czasach wychylanie się niosło ze sobą naprawdę poważne konsekwencje. 

          Zerknął na Blaise’a i Teodora. O ile ten pierwszy nie wyglądał, jakby miał zamiar uciec, tak Teodor… No tak! Jego ojciec był w Azkabanie. W sumie nie wiadomo, jak świat by zareagował na wieść o tym, że syn osadzonego śmierciożercy mieszał się w politykę. Może nawet przyspieszyłoby to nieunikniony wyrok na członkach rodziny? 

          – Lucjuszu… 

          O! Ktoś nie bał się odezwać, ale Draco nie rozpoznał tego dziecięcego, piskliwego głosiku. Możliwie dyskretnie omiatał spojrzeniem ludzi przy stole i zamarł. Salazarze… Ta pół-trollica ze swoim jeszcze paskudniejszym bratem…? Prawie jak Umbridge, która jak na starą ropuchę miała całkiem miły głos, ale ta tutaj przebijała dysonans z tysiąc razy, kiedy patrzyło się na jej wygląd i słuchało głosu. Jak ona miała…? Travers Aldera? Cholera! Będzie musiał wypytać ojca, bo nie znał wszystkich. 

          – To naprawdę chwalebne i ważne, żebyśmy nie zostali zepchnięci tak całkiem na śmietnik, ale… naprawdę uważasz, że nasze twarze są odpowiednio wyjściowe? Obawiam się, że jeżeli przejdziemy przez Ministerstwo taką grupą, oszołomią nas przy pierwszej sposobności – tak na wszelki wypadek. Świat czarodziejów odciął się od nas i nie chce przyznać, że kiedykolwiek w nim żyliśmy.

          – Moja droga Aldercy. – Ojciec westchnął cicho i utkwił spojrzenie w kobiecie. – Musimy coś robić, bo naprawdę wtrącą nas w zapomnienie, a nasze nazwiska znikną ze wszystkich książek, bo przecież już palą książki o rodach czystej krwi. Nie możemy być bierni, musimy podjąć jakieś działania, ale zgadzam się, nasze twarze nie zostaną dobrze odebrane. Co innego… 

          Draco zadrżał, kiedy ojciec spojrzał wprost na niego. Serce waliło mu jak oszalałe. On? Głośno wypuścił powietrze, kiedy wzrok ojca prześlizgnął się na Teodora, Blaise’a i Pansy. 

          O kurwa. 

          – Chyba kpisz, Lucjuszu! 

          Od dawna nie był nikomu tak wdzięczny, jak teraz pani Parkinson, która odważyła się sprzeciwić ojcu. 

          – Oni są naszą jedyną szansą, że jakikolwiek ród czystej krwi przetrwa! Jeżeli puścisz ich do paszczy smoka, to prawie tak, jakbyśmy sami się poddali. 

          – Harvey, prosiłem, żebyś przyszedł tylko z córką. – Ojciec spojrzał na pana Parskinsona gniewnie. – Tak, Kaelyn, miałabyś rację, ale tylko pod warunkiem, że chcielibyśmy przepchnąć takie same postulaty, jak pięć lat temu. Tego zrobić nie możemy, bo – jak sama słusznie zauważyłaś – to byłaby nasza rzeź. 

          – To czego oczekujesz od naszych dzieci?

          Draco chyba po raz pierwszy widział Queenę tak wyprowadzoną z równowagi. Przykryła dłonią rękę Blaisa i patrzyła z mocno zaciśniętymi wargami na jego ojca. 

          Coś mu się nie zgadzało. Czy matka…? Nie, ojciec nie odważyłby się naruszyć jej spokoju. Ale czy przemyślał, jak mogła zareagować, gdyby dowiedziała się, że ojciec znowu chciał wplątać ich rodzinę w jakieś niebezpieczne gry?

          – Nie oczekuję niczego specjalnego. Na zgromadzeniach mogą się pojawiać, o ile obowiązki im na to pozwolą. 

          – Obowiązki? 

          Cholera, niepotrzebnie się odezwał. Teraz ojciec skupił na nim uwagę.

          – Obowiązki, Draco – obowiązki. Choć żadne z naszych dzieci nie musi podejmować pracy zarobkowej, uważam, że powinni zająć należne im miejsca w społeczności czarodziejskiej. Stanowisko mistrza eliksirów w Hogwarcie jest wolne. Stary Slughorn przeszedł w końcu na emeryturę. – Zrobił chwilę pauzy i patrzył na niego z niezdrowym błyskiem w stalowych tęczówkach. – Mam jeszcze małe kontakty w Ministerstwie, a i ludzie na widok galeonów nadal tak samo reagują, pomimo pięknych słów o nowej erze, więc, Draco, liczę, że posada będzie ci odpowiadać. 

          On? Mistrzem eliksirów? Miał wrócić do Hogwartu? Do miejsca, w którym… Ojciec nie dał mu szans na choćby słowo sprzeciwu. Przeniósł wzrok na Teodora.

          – Nott, pamiętam jak jeszcze byłem w radzie nadzorczej Hogwartu, a i później dochodziły do mnie plotki, że nigdy nie mogłeś zapanować nad językiem. 

          Teodor patrzył na jego ojca z konsternacją wypisaną na twarzy. 

          – Tak, panie Malfoy, w szkole…

          – Świetnie się składa, ponieważ uzyskałem prawo do prowadzenia czasopisma. 

          Draco właściwie nie wiedział, czy miał się roześmiać, czy zawołać uzdrowiciela. Gazeta? Ojciec zainwestował w gazetę?! Salazarze… co tu miało miejsce? To tajne zebranie śmierciożerców czy…?

          – Z twoim ciętym językiem na pewno zyskasz rzeszę sympatyków. Główny cel istnienia tego tytułu omówię z tobą na osobności. Zabini… 

          Blaise patrzył na jego ojca z wyraźną ciekawością. To Queena wyglądała na bardziej przestraszoną. 

          – Ty obejmiesz punkt w Hogsmeade. Liczę, że przekonasz tamtejszą społeczność do naszych postulatów, a kiedy młode umysły z Hogwartu będą chciały się czegoś dowiedzieć, udzielisz im wsparcia. Draco nie może tego robić. – Ojciec spojrzał na niego stanowczo, jakby oczekiwał, że sprzeciwi mu się i będzie błagać o możliwość indoktrynacji dzieciaków. – Będzie nauczycielem, więc to zadanie przypada tobie. 

          – Z miłą chęcią, panie Malfoy. – Blaise błysnął zębami w uśmiechu. – Liczę jednak, że wprowadzi mnie pan w rzeczywiste plany. Nie te, które będzie pan omawiał na oficjalnych spotkaniach.

          Draco zamrugał kilka razy oczami. O czym on…? Wstrzymał oddech, kiedy ojciec uśmiechnął się poufale do Zabiniego. No tak, jak mógł być tak naiwny? Ale od kiedy Blaise tak dobrze czuł się w świecie szarości i intryg politycznych? W Hogwarcie z większą uwagą studiował księgi o czystokrwistych rodach niż te o transmutacji czy historii, żeby przypadkiem nie splugawić się seksem ze szlamą. Świat naprawdę stawał na głowie… 

          – Oczywiście, nie omieszkam. – Ojciec przeniósł wzrok z powrotem na Teodora. – Nott, możesz pisać z dowolnego miejsca, ale wolałbym, żebyś był jak najbliżej Hogwartu. Ci miłośnicy szlam już na pewno objęli rząd dusz nad młodymi umysłami. Jeżeli zyskasz taki rozgłos, na jaki liczę, zapewne znajdą się młodzi, którzy będą chcieli cię poznać. Może nawet uda mi się wyegzekwować, żebyś miał wstęp do Hogwartu, ale tego nie jestem w stanie zagwarantować w tej chwili.

          Na Merlina… to już nie było nieśmiałe wejście w świat polityki czarodziejów, wyglądało raczej na to, jakby ojciec szykował się na długofalowe działania wojenne. I nie mógł tego wymyślić w ciągu jednej nocy, tygodnia, a nawet miesiąca. Najwyraźniej planował to od lat, ale dlaczego nigdy o tym z nim nie rozmawiał? I dlaczego wyglądał na tak pewnego siebie? Przecież… na razie te plany miały więcej słabych punktów niż nieistniejący pancerz gumochłona. 

          Uważnie patrzył na ojca. Czyżby oszalał? Nie, to nie to. Naprawdę był pewny siebie, jakby wiedział, co należy zrobić, żeby ponownie stanąć na szczycie świata czarodziejów. Ale jakie karty przetargowe mógł mieć? A może odkrył coś? Znalazł jakiś sposób, żeby przekonać do siebie społeczność? 

          Nie mógł się oszukiwać – obecne status quo mu nie odpowiadało. Musiał uważać na każde słowo, każdy gest i każde drżenie mięśni twarzy, kiedy był na zewnątrz, ale czy istniała szansa, żeby powróciła choćby względna normalność? Ale… jak miałaby ta normalność wyglądać? 

          Zawahał się. Od czasów wojny właściwie nie myślał, co mogłoby się zmienić wśród czarodziejów – uważał tylko, że obecny stan rzeczy był nie do przyjęcia. Ale czy na pewno chciał takiego świata, jaki proponował swego czasu Czarny Pan? 

          Pamiętał krzyki tej torturowanej szlamy, Granger, która była przesłuchiwana w domu; pamiętał morze trupów ścielące się na Wielkiej Sali tuż po wojnie. 

          Nie, tego nie chciał. Zdecydowanie. Ale gdyby… gdyby znaleźć jakąś drogę, żeby uznano zwierzchność czarodziejów czystej krwi i równocześnie nie krzywdzić nikogo? To chyba było możliwe. Gdyby ojciec zaproponował taki plan, był gotów podjąć się każdego trudu, żeby go zrealizować. 

          – Pansy, z tobą i twoimi rodzicami pragnę omówić jedną kwestię, ale, zapewniam Kaelyn, nie jest to nic, co mogłoby narazić was na kłopoty. 

          Ojciec spojrzał po wszystkich. Pstryknął palcami, a na stole pojawiły się dania przygotowane przez skrzaty domowe. 

          – To tylko propozycja. Każdy, kto zechce razem ze mną walczyć o prawa nas wszystkich, może zostać. Po kolacji, bez was – spojrzał na niego, Teodora, Blaise’a, Ethana i Pansy – chciałbym omówić szczegóły. Reszcie niezdecydowanych proponuję poczęstunek i jak najszybsze opuszczenie tego domu. 

          – A niech mnie testral kopnie – mruknęła Hertha. – Jednak dożyłam czasów, kiedy Malfoy przestał chować się w swojej norze.

***

          Minął samogrającą harfę. Nie mógł uwierzyć, że ojciec naprawdę to zrobił – wyrzucił go z zebrania! Prychnął pod nosem. 

          Szybkim krokiem ruszył przez korytarz we wschodnim skrzydle i skierował się do Pokoju Szmaragdowego, w którym ukryte były najstarsze butelki Ognistej. Musiał jakoś pozbierać myśli, a szklanka czegoś mocniejszego na rozluźnienie mogła w tym pomóc.

          Przystanął na progu. Blaise i Teodor chyba naprawdę czuli się jak u siebie, bo siedzieli wygodnie rozwaleni na szezlongach, popijali ze szklanek Ognistą, a przy tym żywo o czymś dyskutowali. 

          Oparł się o framugę drzwi, skrzyżował ręce na piersiach i odchrząknął znacząco.

          Natychmiast przerwali rozmowę. Obaj spojrzeli na niego niepewnie. W sumie nie dziwił im się. Nie widzieli się od tak dawna, że trudno było zacząć luźną rozmowę o pierdołach.

          Teodor odłożył szklankę, która nie była upita choćby do połowy. Cichy brzęk szkła i obijające się o ścianki kostki lodu zdawały się robić niesamowity hałas. 

          Draco uważnie obserwował go, ale Teodor chyba miał to w nosie. Bez krępacji przeciągnął się na siedzisku i spojrzał na niego spod przymrużonych powiek. 

          – No, no, Smoku. Nie wiedziałem, że macie z ojcem tak dalekosiężne plany. Ale przyjaciół to nie byłeś łaskaw o nich poinformować.

          – Nie mów tak na mnie. – Draco zszedł po kilku drewnianych stopniach. – Infantylność powinieneś zostawić za sobą w szkole. 

          – Oj, bo za chwilę zioniesz na mnie ogniem! 

          Draco zatrzymał się na krok od stolika z karafkami. Spojrzał zdumiony na Teodora, a na widok jego wykrzywionej w grymasie strachu twarzy nie wytrzymał – zaśmiał się w głos. Już po chwili dołączyli do niego pozostali. 

          Salazarze! Otarł łzę wypływającą z kącika oka. Od jak dawna tak się nie śmiał? I to z jakiej totalnej bzdury! 

          Westchnął cicho. Nalał Ognistą do szklanki z grubym dnem, machnął krótko różdżką, a po chwili lód leniwie obijał się o krawędzie. 

          – Ale serio, Draco…

          Ledwie usiadł na wygodnej sofie, a Blaise już patrzył na niego natarczywie. 

          – Wiem, że ostatni rok… ostatni rok… był trudny dla ciebie, ale mógłbyś nas poinformować o czymś takim.

          – Nic się nie zmieniłeś. – Upił łyk, by ułamek sekundy później poczuć przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. Już nie odczuwał tego legendarnego, ognistego posmaku. – Nadal jesteś w stanie zauważać tylko długość nóg spod szaty czarodziejki, czy i tę zdolność utraciłeś?

          Blaise przewrócił oczami. 

          – Możesz odpowiedzieć, czy będziesz bawił się w nieskończoność w te przepychanki słowne?

          – Nic nie wiedziałem o planach ojca – mruknął, bawiąc się szklanką w ręce. – Przecież musieliście zauważyć, że byłem w takim samym szoku, jak wy. 

          – Jesteś pewien? – Teodor patrzył na niego z powagą, co stanowiło niezwykłe zjawisko. Miał wrażenie, że uśmiech – czasem pełen wesołości, a czasem cyniczny – był nieodłącznym elementem jego twarzy.

          – Tak, Nott, jestem pewien – odparł chłodnym tonem. – Wyobraź sobie, że przez ten rok nic się nie zmieniło w moich relacjach z ojcem. Nadal nie informuje mnie o swoich działaniach.

          – Chyba zaczynam wierzyć Astorii; stałeś się zgryźliwy jak jakiś goblin, któremu zabrano całe złoto. 

          Brakowało mu tego. Cholernie. Tego zawadiackiego wyrazu twarzy Teodora i Blaise’a, który próbował ukryć wesołość za szklanką. 

          Oparł się wygodniej o wezgłowie i znowu pociągnął łyk. Dawno nie był tak rozluźniony. Jakby ktoś zabrał mu kilka funtów z piersi.  

          – To co o tym myślicie? 

          – Ja tam jestem zachwycony. – Blaise podrapał się po kręconych włosach. – Od dawna z matką zastanawialiśmy się, co nas czeka, jeśli zaczną ścigać nie tylko śmierciożerców, ale też rodziny im przychylne. Teraz możemy na bieżąco reagować. 

          – Widziałem, że Queena jak zawsze w formie. Masz już jakiegoś nowego tatusia za rogiem, czy czeka aż poprzedni trochę…

          – Mówisz o mojej matce, Nott – warknął Blaise.

          – Mówię o legendarnej Queenie Zabini. Swoją drogą… – Teodor zmarszczył brwi. – Niezłe miała przeczucie, że dała ci swoje panieńskie. 

          – Daj już spokój. – Musiał się wtrącić. Prędzej niż ten cholerny żartowniś zauważył, że Blaise sięgnął za pazuchę. – Mógłbyś porzucić to chore marzenie, że zostaniesz kiedyś ojcem naszego drogiego przyjaciela. 

          – Dobra… – Teodor chwycił szklankę Ognistej. – Pełna powaga, bo w sumie naprawdę trzeba kilka spraw omówić. Blaise już się wypowiedział, a co ty o tym sądzisz?

          Rzadko kiedy miał ochotę uciekać przed wzrokiem rozmówcy, ale kiedy któryś z nich porzucał maskę luzaka, nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że za bardzo się otwierał. Co innego żartowanie ze wszystkiego, wracanie umysłem do lat młodości, a co innego zdradzanie swoich przemyśleń. 

          Zawsze czuł, że nie powinien tego robić i za każdym razem, od ładnych paru lat, torpedował swoją skrytość. Zdawał sobie sprawę, że byli z nim szczerzy, a przynajmniej miał nadzieję, że potrafił dobrze czytać ludzi, więc chciał odpłacić się tym samym. 

          – Nie pragnę tego, co proponował Czarny Pan – zaczął ostrożnie. – Jeżeli ojciec znajdzie taką drogę, w której… wiecie, nie będziemy musieli się… 

          Zamilkł. Jak miał sformułować swoje myśli? 

          Skupił wzrok na biblioteczce, w której stare woluminy mieszały się z najnowszymi pozycjami, ale to tylko go rozpraszało.

          – Nie spotkaliście nigdy Czarnego Pana – powiedział w końcu.

          – Nigdy nam o nim nie opowiadałeś.

          Spojrzał na Blaise’a, który zagryzł ciemne wargi i wpatrywał się w niego. 

          – Tak… wiecie: co innego wierzyć w to samo, a co innego zobaczyć jego metody na własne oczy. – Wzdrygnął się. Powinien coś dodawać? Otworzyć się? A może naprawdę byłoby mu lepiej, gdyby zdradził swoje przemyślenia? W końcu to mało prawdopodobne, by Czarny Pan miał wrócić, więc jego niepochlebne słowa nie będą miały żadnych konsekwencji. – Pamiętacie tę szlamę? Granger?

          Obaj skinęli głowami. 

          Mocniej zacisnął dłoń na do połowy opróżnionej szklance.

          – Schwytali ją, tego całego Weasleya i Pottera też, a później zaprowadzili do mojego domu. – Na moment przerwał. Przez kilka pierwszych tygodni nie mógł zasnąć, tylko wciąż i wciąż słyszał kobiecy krzyk tak blisko siebie, jakby ktoś wrzeszczał mu do ucha. – Ciotka ją torturowała. Cruciatusem. 

          Tylko na ułamek sekundy zawiesił wzrok na Teodorze. Nie musiał nic dodawać. W tym gronie każdy wiedział, jak wyglądało użycie tego zaklęcia. 

          – Ja… nie mówię, że im kibicowałem, bo… – Parsknął śmiechem. – Po prostu – nie. Ale słyszeć, jak torturują kogoś, kogo znasz, nawet jeśli nie znosisz tej osoby… Nie wiem, nie chciałbym, żebyśmy wrócili do czasów tak otwartej wojny. 

          – To czego właściwie chcesz, Draco?

          Prawie otworzył usta ze zdziwienia, kiedy Blaise zadał to pytanie. 

          Czego chciał? Czego mógł chcieć? 

          – Nie wiem.

*** 

          Hermiona zamarła z kieliszkiem w połowie drogi do ust. Przez chwilę wpatrywała się rozszerzonymi oczami w profesor McGonagall, niepewna, czy na pewno zrozumiała kierowane do niej słowa. Nie, to nie mogło o to chodzić, no przecież… Na brodę Merlina!

          Nieco zbyt mocno odstawiła wino na stół i odkaszlnęła. Naprawdę, wielu pytań się spodziewała, ale coś takiego?! Akurat teraz, kiedy już poukładała sobie życie?

          – Pani profesor… – zaczęła niepewnie. – Czy ja na pewno dobrze zrozumiałam? Posada nauczyciela zaklęć? A-ale… A co z profesorem Flitwickiem?

          McGonagall nie wydawała się zaskoczona jej reakcją. Poprawiła kapelusz i nachyliła się bliżej, nie odrywając wzroku od tańczących na parkiecie gości.

          – Kadra nauczycielska Hogwartu po wojnie została dość drastycznie zmniejszona. Większość z profesorów już wcześniej złożyła prośbę o przedwczesną emeryturę, ale zdecydowali się zostać jeszcze tych kilka lat, by wspomóc odbudowę szkoły. Jestem w stanie to zrozumieć i nie chcę ich trzymać dłużej niż to konieczne. Ministerstwo zaczęło ostatnio podsyłać mi propozycję nowych nauczycieli i, jak zapewne jesteś tego świadoma, nie każdego kandydata mogę odrzucić, by nie narazić się na ich gniew. Dlatego postanowiłam sama zacząć szukać osób, które będą w stanie od nowa tchnąć życie w Hogwart.

          Hermiona oparła się wygodniej na krześle. Na Merlina… Nowa kadra nauczycielska? Jak wielu z profesorów zdecydowało się odejść…? Nigdy wcześniej nad tym nie myślała, ale oni w jakiś sposób wydawali jej się wieczni. Nie potrafiłaby patrzeć w ten sam sposób na mury Hogwartu bez znajomych twarzy, które tak wiele lat przekazywały jej wiedzę. To wydawało się po prostu… nierealne.

          – Widzę, że jesteś mocno zaskoczona, panno Granger. – McGonagall położyła dłoń na jej ramieniu. – Wybacz, że proponuję ci to tak nagle i w takich okolicznościach, ale sprawa jest dość nagląca.

          – Rozumiem, pani profesor, to… – Hermiona westchnęła. – Po prostu się nie spodziewałam. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale… dlaczego akurat ja? 

          – A dlaczego by nie? Sam Dumbledore nazwał panią najzdolniejszą czarownicą od kilku dekad! Jest pani oczytana, świetna w zaklęciach, przez lata zdobywała najwyższe wyniki… W dodatku mogę pokładać w tobie zaufanie, panno Granger. Dlatego poza posadą nauczycielską, chciałabym także zaproponować stanowisko wicedyrektora. Niektórzy z uczniów wciąż panią pamiętają i nie ukrywam, że jest to kluczowe w mojej decyzji. Ciężko to opisać, ale… – McGonagall westchnęła cicho. – Po wojnie Hogwart już nie jest tym samym miejscem. Zamek został odbudowany, ale wciąż czuć w nim ten strach, prawie wrogą niepewność… Szukam osób, które pomogą mi to zmienić. 

          Hermiona sapnęła. Sięgnęła po wino i jednym haustem opróżniła zawartość kieliszka. To było naprawdę… cholera, tak nagłe! W dodatku… jak miała zostać nauczycielką zaklęć, skoro sama nie poradziła sobie jeszcze z widmem wojny?

          – Pani profesor… – zaczęła niepewnie. – To naprawdę wspaniała propozycja, ale wydaje mi się, że nie jestem najlepszą osobą do tak odpowiedzialnego stanowiska. Widzi pani… ja sama… nie wiem, jak to powiedzieć. Od czasu wojny stronię od magii. Używam jej tylko w ostateczności, a nawet to kosztuje mnie dużo wysiłku i wiąże się z …

          – Przykrymi wspomnieniami, nie mylę się?

          – Tak… Utkwiłam w jakimś punkcie, w którym czuję się komfortowo i, nie wiem, chyba boję się opuścić tę bezpieczną strefę. Rozumie pani?

          McGonagall, ku jej zaskoczeniu, sięgnęła na stół po kieliszek z szampanem. Upiła kilka łyków i spojrzała na nią z delikatnym, wyrozumiałym uśmiechem.

          – Oczywiście, że rozumiem, panno Granger. To tylko propozycja, a nie rozkaz. Jestem świadoma, że wojna w każdym z nas pozostawiła piętno, ale wydaje mi się, że zmierzenie się z przeszłością jest nieuniknione. A jak lepiej tego dokonać niż w otoczeniu murów miejsca, w którym się dorastało? Wierzę, że podejmie pani najlepszą dla siebie decyzję. 

          Hermiona zmarszczyła brwi. Cholera… co miała teraz zrobić? Do tej pory była pewna tego, że nie chciała ruszać się z kawiarni, ale słowa McGonagall zasiały w niej ziarno niepewności. Czy to rzeczywiście mógł być ten punkt zwrotny, nad którym tyle razy się zastanawiała? Szlag! Chyba wypiła za dużo alkoholu… Dlaczego w ogóle tak nad tym rozmyślała?

          – Chyba pójdę zaczerpnąć trochę świeżego powietrza – powiedziała w końcu, podnosząc się chwiejnie z krzesła. – Czy mogę dać pani odpowiedź trochę później?

          McGonagall uśmiechnęła się jedynie i skinęła głową. 

          Hermiona chwyciła talerzyk z ciastem, by po chwili ruszyć  w kierunku najbliższego wyjścia. Gdy tylko przekroczyła poły namiotu chłodne, nocne powietrze momentalnie ją rozbudziło. Odetchnęła kilka razy głęboko.

– Hermiona?

          Odwróciła się w kierunku znajomego głosu.

          – Ron? I… Harry, a co ty tutaj robisz? Nie powinieneś być w środku? – zapytała, podchodząc do nich.

          Ron parsknął śmiechem, na co Harry obdarzył go morderczym spojrzeniem.

          – Muszę chwilę odpocząć. Nie zauważyłem wcześniej, że z Molly jest taka bestia na parkiecie. Nogi mi zaraz odpadną!

          – A Ginny?

          – Tata nie wypuszcza jej z objęć – skwitował szybko Ron. – Chyba za bardzo przeraża go perspektywa utracenia swojej małej córeczki…

          – Przecież nie mam zamiaru jej zamknąć w piwnicy – burknął zarumieniony Harry, poprawiając okulary. – Dobrze, że przyszłaś. Chyba nie będzie już innej okazji, żeby o tym porozmawiać, a obiecałem, że poruszę z tobą ten temat, sama rozumiesz…

          Hermiona jęknęła męczeńsko. Niech to wszystko szlag! Naprawdę? Naprawdę?! Z każdej strony musiał ją atakować jakiś nagły, drażliwy temat? Posłała Harry’emu niechętne spojrzenie i skinęła głową.

          – Shacklebolt został już oficjalnie ogłoszony Ministrem Magii i od pierwszego dnia wziął się za zwalnianie skorumpowanych urzędników. Połowa ludzi poleciała, zanim zdążyli się obejrzeć. Sam wytypował ciebie jako kandydatkę na stanowisko wiceministra i cała rada nie może zrozumieć, dlaczego z marszu odrzuciłaś funkcję. 

          Hermiona z naburmuszonym wyrazem twarzy zatopiła widelec w ciastku i wpakowała dużą porcję do buzi. Oczywiście, że wiedziała, że rada nie będzie zadowolona z jej odmowy. Ale dlaczego w takim razie nie wytypowali kogoś innego? Uwzięli się na nią, czy o co im chodziło?

          – Dobrze wiecie, że im wcale nie chodzi o moje kompetencje, wiedzę, albo inne tego pokroju rzeczy – wymamrotała, przeżuwając ciasto. – To wszystko jest tylko i wyłącznie dla dobrego wizerunku, rozumiecie? Po wojnie stanowisko wiceministra obejmuje bohaterka wojenna, ta, która pomogła w pokonaniu Sami-Wiecie-Kogo, przyjaciółka słynnego Harry’ego Pottera…wyobrażacie sobie te nagłówki w gazetach? Albo jaki popłoch by to wywołało u rodzin skazanych na Azkaban śmierciożerców? Przecież…

          – Hej, ja nie mam zamiaru cię namawiać! – Harry uniósł dłonie w obronnym geście. – Ale ze wszystkich kandydatów, którzy byli brani pod uwagę, naprawdę ty byłabyś w stanie zrobić najwięcej…

          Hermiona zmroziła morderczym wzrokiem Rona, który uszczknął ogromny kawałek jej ciasta i wpakował go sobie do buzi.

          – No fo? – mruknął z pełnymi ustami. Zauważywszy jej wzrok, szybko przełknął. – Harry ma rację. W Departamencie też mamy niezły sajgon, a zobacz, ile już lat minęło po wojnie. Przydałby się w końcu ktoś, kto pomógłby panować nad tym całym cyrkiem.

          – To fakt, ale tym kimś na pewno nie będę ja – burknęła w odpowiedzi. – Nie czuję się na siłach. Może kiedyś, w innych okolicznościach… ale nie teraz. To dla mnie za szybko… Rozumiecie, prawda?

          Ron i Harry spojrzeli na siebie i niepewnie kiwnęli głowami. Posłała im wdzięczny uśmiech, po czym odetchnęła z ulgą. Załatwione! Teraz, kiedy Harry już poruszył z nią ten temat, miała nadzieję, że na jakiś czas ucichnie. 

          – Harry, kochaneczku! – Pani Weasley wypadła z namiotu, rozglądając się po ogrodzie. – O, tu się chowasz! Chodź, chodź! Zaraz będziemy kroić tort!

          Hermiona i Ron wybuchnęli śmiechem na widok miny Harry’ego. Pani Weasley nie dała mu za dużo czasu na protestowanie, bo chwyciła go za ramię i z mocą stada testrali zaciągnęła do środka. 

          – To co, zatańczymy? – zapytał Ron, wyciągając w jej kierunku dłoń.

          – Jasne. – Uśmiechnęła się pogodnie. – Ale możemy złapać się w środku? Jest coś, co chciałabym załatwić. To zajmie tylko chwilkę.

          – Nie ma sprawy. Panie przodem! – Ron ukłonił się i odgarnął poły namiotu.

          Od razu skierowała się do stolika, przy którym wcześniej siedziała profesor McGonagall. Nie miała problemu, żeby od razu ją wypatrzeć. Brunatna szata i kapelusz znacząco wyróżniały ją z tłumu gości. 

          Przecisnęła się przez tańczące pary, odkładając talerzyk na lewitującą tacę.

          – Zgadzam się – wypaliła od razu, gdy profesor podniosła na nią wzrok. – Przyjmę posadę nauczyciela i wicedyrektorki. Potrzebuję jednak trochę czasu, żeby domknąć wszystkie sprawy w kawiarni i…

          – Nie ma problemu, panno Granger. – McGonagall uśmiechnęła się ciepło. – Cieszę się, że podjęłaś dobrą decyzję.

***

          Szedł wąskim korytarzem, na którym panował półmrok. Nieliczne zapalone świece płonęły łagodnym światłem, specjalnie utrzymywanym przez skrzaty, żeby nie nadwyrężać wzroku matki.

          Westchnął cicho i przystanął przed drzwiami.

          Wyrzuty sumienia smagały go nieznośnie. Nie powinien folgować sobie z tymi cholernymi darmozjadami… 

          Wyciągnął różdżkę. Nakierował jej czubek na twarz, a po chwili mroźny podmuch powietrza skutecznie go otrzeźwił. Na szczęście pilnował się choć trochę, bo gdyby ilości Ognistej przypominały te, które wlewał w siebie tuż po wojnie… Kiepsko by było. Kiepściutko. 

          Zerknął na zwierciadło, które pomimo panujących ciemności wyraźnie ukazywało jego oblicze. Szybko poprawił zmierzwione włosy. Na nienaturalnie zarumienione policzki nic nie mógł poradzić, ale matka raczej nie powinna zwrócić na to uwagi. 

          Dawniej nawet nie myślałby o tym, że mógłby wejść do sypialni rodziców bez pukania, ale teraz każda minuta zdrowego snu matki była na wagę góry galeonów, więc możliwie jak najciszej uchylił masywne drzwi. 

          Mocno zacisnął wargi i siłą woli powstrzymał cisnące się do oczu łzy.

          Cholera… nie wyglądała najlepiej. Co się stało? Przecież przed zebraniem było całkiem dobrze! 

          Chyba spała, ale czy można uznać to za sen? Leżała skulona, a całe jej ciało było wyraźnie spięte, jakby nieustannie znosiło niewyobrażalny ból. Podszedł bliżej.

          Gdy usiadł na skraju łóżka, matka wykrzyknęła coś niezrozumiałego, odwracając się w jego kierunku. Zmrużył oczy, kiedy dostrzegł jej nienaturalnie – nawet jak na nią – bladą twarz, po której spływały krople potu. Rozejrzał się po pokoju. Zauważył utkaną z nici akromantuli chustę i szybko po nią sięgnął.

          Nie miał pojęcia, czy uzdrowiciele mówili prawdę, czy kłamali, kiedy zapewniali, że pajęczyna tego gatunku pająka miała właściwości lecznicze; a może tylko chcieli zarobić więcej złota? W końcu jego rodzinę i tak dotknęła infamia, więc kto by się przejmował zdrowiem kogokolwiek z nich? 

          Powolnym, delikatnym ruchem ścierał pot, uważając przy tym, żeby nie obudzić matki. 

          Przeklęte skrzaty! Przecież miały dać mu znać, jeśli będzie z nią gorzej! Chyba nadszedł czas, żeby przekonać ojca, że powinni zatrudnić uzdrowiciela, który przez całą dobę trzymałby pieczę nad matką. Ona, co prawda, mogła mieć inne zdanie, ale w tym wypadku musieli zignorować jej zachcianki. 

          – Draco? 

          Nawet nie zauważył, że się obudziła. Patrzyła na niego zaszklonymi oczami, a ten grymas na jej twarzy chyba miał oznaczać uśmiech. Z trudem go odwzajemnił. 

          – Dlaczego nie zawołałaś ojca albo mnie, matko? – wyszeptał. 

          – Lucjusz mówił, że to ważne zebranie. – Wyraźnie walczyła o zachowanie spokojnego wyrazu twarzy. Próbowała usiąść, ale nagle zadrżała i syknęła z bólu. – To nic…

          – Nie powinnaś się przemęczać. – Wyciągnął z szuflady szafki nocnej wywar przygotowany przez uzdrowicieli. – Wypij to, proszę. 

          Z niepokojem obserwował matkę, która niechętnie chwyciła fiolkę w ręce. Jak zawsze uciekała przed nim wzrokiem, a przecież nie powinna ukrywać swojego stanu przed rodziną! Jeżeli było coś nie tak, chciał być natychmiast informowany o tym, żeby móc zareagować, a teraz… 

          – Już mi lepiej, naprawdę. 

          – Zawsze to powtarzasz, ale eliksiry tak szybko nie działają, matko.  

          Trudno było mu patrzeć w te błękitne oczy, które przez tyle lat błyszczały dumą, kiedy na niego spoglądała, a teraz… miał wrażenie, że ból, który nieustannie odczuwała, przysłonił je całkiem. 

          Dawniej nie miał pojęcia, że choroby aż tak wyniszczały. Oczy matki wyblakły. Jej długie, blond włosy utraciły swój blask, który tak podziwiał w dzieciństwie. Kiedy był mały pytał nawet matki, czy jakieś chochliki nie zamieszkały na jej głowie, bo miał wrażenie, jakby każde pasemko emanowało jakąś śliczną, błyszczącą energią. 

          Nie mógł nie zauważyć diametralnej różnicy, która zaszła w jej wyglądzie w ciągu kilku ostatnich miesięcy. 

          Wzdrygnął się, gdy matka zamknęła jego dłoń w uścisku. 

          – Ze mną wszystko w porządku, Draco.

          Kłamała. Wiedział, że kłamała. Po co to robiła? Nie był już dzieckiem, nie musiała chronić go przed prawdą. Dlaczego…? To ten dziwny instynkt, który nakazywał do końca chronić dziecko? A może to nie to?

          Teodor zapewne miał rację, że był cholernym egocentrykiem, który patrzył na cały świat przez swój pryzmat, a to gówno prawda. Już dawno powinien zrozumieć, że wszechświat nie kręcił się wokół niego. 

          Co jeszcze mogło być powodem takiego uporu matki? 

          – Powinnaś…

          – Co omawialiście na zebraniu, Draco?

          Zacisnął zęby. Dlaczego nie pozwalała sobie pomóc, tylko wolała cierpieć w ciszy?

          Jak miał się jej sprzeciwić? Patrzył w te zasnute mgłą oczy i zrozumiał, że nie mógł tego zrobić. Nierozsądnym byłoby, co prawda, opowiedzenie wszystkiego, ale tak całkiem milczeć nie mógł. Przecież matka prędzej czy później zauważy, że nie będzie go tak często, kiedy obejmie posadę w Hogwarcie. Powinien przygotowywać ją do tego stopniowo.

          Westchnął cicho.

          – Ojciec… ojciec chyba załatwi mi pracę w Hogwarcie. Wiesz, matko, jako mistrz eliksirów. 

          Na ułamek sekundy wszystko powróciło do normalności. Oczy matki rozbłysły dumą, a jej uśmiech wcale nie był wymuszony. 

          – Jestem z ciebie taka dumna, Draco – powiedziała drżącym głosem. 

          Nie powinien mącić jej spokoju, nie powinien… 

          Uśmiech matki powoli gasł, kiedy przyglądała mu się uważniej. Drobna zmarszczka pojawiła się na jej czole.

          – To nie wszystko, tak? Lucjusz coś…

          – Nie, nie! – wtrącił szybko. – Ojciec naprawdę to zrobił. Nie znam tylko szczegółów warunków, ale to z czasem się okaże. 

          Patrzyła na niego podejrzliwie. 

          – Draco… boję się. Naprawdę, nie mogę pozbyć się tej myśli, że jeśli… – Wzięła głębszy wdech. – Boję się, że jeśli mnie zabraknie, nasza rodzina się rozpadnie. Wiem, że Lucjusz nie zawsze zachowywał się, jak na ojca przystało, ale… 

          – Nie opowiadaj głupstw, matko! – powiedział ostro. Ostrzej niż zamierzał. Cholera! Chyba nadal gdzieś w głębi duszy był tym pieprzonym maminsynkiem, który nie potrafił wyobrazić sobie życia bez matczynej szaty, za którą w każdej chwili mógł się skryć. – Wszystko będzie dobrze! Uzdrowiciele już powoli poznają tę chorobę. To tylko kwestia czasu, zanim leki zaczną działać. Naprawdę.

          Patrzyli na siebie w ciszy. Nagle matka chwyciła różdżkę i krótkim ruchem sprawiła, że wszystkie świece w pokoju zgasły. Jedynie latarnie z zewnątrz stanowiły źródło przytłumionego światła.

          – Masz rację, Draco. A teraz wybacz, spróbuję zasnąć.

          Płakała. 

          Skoro nie chciała mieć go przy sobie podczas tej chwili słabości, musiał to uszanować. 

          Z trudem wstał. Na nieco chwiejnych nogach ruszył w stronę drzwi, a kiedy je za sobą zamknął, nie musiał już utrzymywać pozorów. 

          Raz jeszcze tego wieczoru spojrzał na zwierciadło, w którym zbyt wyraźnie widział swoją przestraszoną twarz, po której spływały łzy.

          Pierdolony, przestraszony, mały chłopiec.

Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 374
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!