Internat – Niedziela 2 sierpnia

Nienawidzę jeździć samochodem. A właściwie nawet nie tyle nienawidzę, co chyba się boję. Nie wiem czego, nie wiem, skąd mi się to wzięło, bo kiedyś przepadałam za tą czynnością, ale za każdym razem przy prędkości większej od tempa maszerującego ślimaka nieprzyjemnie ściska mnie w dołku. Gdy rodzice mnie obudzili, byłam dla nich tak wredna, jak to tylko możliwe o tak pogańskiej godzinie, po cichu licząc, że wkurzą się wystarczająco, by zabrać moje rzeczy i ruszyć samotnie, a mi pozwolić dojechać do Frankfurtu (chyba nad Menem, ale nadal nie wiem) pociągiem, ale byli nieugięci. I podejrzanie radośni. Pewnie dlatego, że bezkarnie pozbędą się mnie na tyle czasu. Ciekawe, w czym im tak przeszkadzałam? Większość mojego życia opierała się na czytaniu książek lub pisaniu sobie na komputerze, tudzież spaniu we własnym łóżku do szesnastej, więc nie wchodziłam im w drogę na tyle często, by powzięcie takiej decyzji okazało się usprawiedliwione. A i numerów odwalałam w ostatnim czasie mniej, niż kiedyś. Momentami mogli zapomnieć, że sobie istnieję tam w swoim pokoju. Widocznie jednak robiłam coś, czego już nie mogli znieść. Być może śmierdziałam. Na przykład leniem.

Teren szkoły był gigantyczny i pofałdowany i gdyby nie rozsiane po nim kępki drzew, tworzące niewielkie parki, przypominałby pole golfowe. Otaczał go mur ze starych cegieł, a wjeżdżało się przez monumentalną bramę z metalu formowanego w motyw winorośli. Jak w horrorze. Brukowana droga dojazdowa brutalnie znęcała się nad zawieszeniem żółtego porsche mojej mamy.

Choć niechętnie, wyglądałam przez okno i próbowałam doszukać się tych wszystkich atrakcji, o których wspominali w broszurce informacyjnej, którą jednak odnalazłam wśród burdelu na biurku, wyczyściłam z czekolady, którą jakimś niewyjaśnionym zrządzeniem losu zdążyła się ufajdać, i przeczytałam, gdy nie mogłam zasnąć z nerwów. Widziałam sporą bieżnię i dach krytego basenu – z daleka wydało mi się, że ma rozmiary olimpijskiego. Dostrzegłam też boisko i częściowo chowającą się za drzewami salę gimnastyczną, chyba jeszcze większą od basenu.

A następnie ukazał się budynek szkoły i internatu.

Był wprost gigantyczny. Składał się z trzech skrzydeł, trzypiętrowych i zwieńczonych wysokim strychem o spiczastym, dwuspadowym dachu. Wzniesiona z pomarańczowej, wyszorowanej na błysk cegły elewacja aż przerażała swoją elegancją. To było miejsce, w którym mogłeś stanąć ogniem za samo pomyślenie brzydkiego słowa… Wielkie okna ze szprosami na szczęście nie były witrażami, bo nie wiem, co bym zrobiła, gdyby jeszcze jedno z moich przypominających film grozy wyobrażeń okazało się prawdą.

Rodzice z trudem znaleźli miejsce na niewielkim, pękającym w szwach parkingu, lawirując wśród rozszczebiotanych dziewcząt w różnym wieku i towarzyszących im dorosłych. Patrzyłam na to wszystko z dystansu, jakby tak naprawdę mnie nie dotyczyło. I tak w myślach dopracowywałam plan, dzięki któremu wywalą mnie z tej szkoły na zbity ryj, zanim zdążę się zadomowić.

Wysiedliśmy z auta, objuczyliśmy się bagażami i ruszyliśmy do wielkich, dwuskrzydłowych wrót. Tuż obok nich na ścianie, otoczona okazałym bluszczem i dwoma pięknymi, kutymi lampami, wisiała złota tablica pamiątkowa, głosząca: „W tym budynku w latach 1937-1945 mieścił się internat szkoły Hitlerjugend”. Świetnie.

Po kilku stopniach z czegoś, co równie dobrze mogło być w kij drogim marmurem, jak i wyślizganym przez lata lastriko, dostaliśmy się do obłędnie dużego hallu. Ściany wyłożono rzeźbioną boazerią i kunsztowną, tłoczoną w delikatne wzory tapetą, wisiały na nich nieumiejętnie postarzane portrety zasłużonych nauczycieli i dyrektorów, trochę głębiej zobaczyłam też rażąco nowoczesną tablicę ze zdjęciami najlepszych uczennic. Wszystkie wyglądały jak żywcem wyjęte z reklamy leków na biegunkę. Nad wszystkim tym czuwał kryształowy żyrandol tak wielki, że wolałam pod nim nie przechodzić w obawie, że zwali mi się na łeb wraz z kawałkiem sufitu.

Tuż pod wielkimi schodami czekała na nas dyrektorka – wysoka kobieta w damskim garniturze, z rudym afro na głowie. To znaczy – to pewnie była po prostu mocno natapirowana mieszanka loczków i gumy do włosów, ale efekt okazał się przekomiczny. Zwłaszcza z błękitnymi cieniami do powiek alias „sklepowa z mięsnego”. Przynajmniej twarz miała całkiem przyjemną w odbiorze.

– Ach, witajcie, wreszcie jesteście! Jak minęła podróż?! – Dosłownie rzuciła się moim rodzicom w ramiona, następnie uroczyście ucałowała mnie w policzek. – Ty jesteś Nihal, tak?

– Tak. – Uśmiechnęłam się. Było w niej coś… dziwnego. Każdy gest miała doskonale wyważony, płynny i pełen gracji. Jakby specjalnie ćwiczyła je w domu. Ponadto patrzyła na mnie tak, jakby zamierzała syknąć mi do ucha: „oj, jeszcze cię złamię, maleńka”.

– Bardzo cię cieszę, że wybrałaś naszą szkołę. Co cię do tego przekonało? I jak ci się tu podoba?

To zaczynało brzmieć jak przesłuchanie.

– Zostałam zmuszona, bo rodzicom nie spodobało się moje technikum – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Mama zrobiła głośne „och”, tata się zakrztusił, a dyrektorka zaniemówiła.

– Ach… Rozumiem – wydukała wreszcie.

– Ale bardzo tu ładnie – dodałam szybko. – Trochę za elegancko, ale ładnie.

– To… miło. – Odchrząknęła, jakby próbowała zyskać czas na przypomnienie sobie, jak się mówiło. – Zapraszam, pokażę państwu pokój córki.

Strategiczna zmiana tematu. Mądre posunięcie.

Wspięliśmy się na monumentalne schody, skręciliśmy w prawo. Korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność, skręcaliśmy kilka razy – jestem pewna, że nieraz tu zabłądzę. I to pewnie jeszcze dzisiaj. Nie widziałam nigdzie typowych dla szkół lamp jarzeniowych – wszędzie, na wszystkich korytarzach i w otwartych pomieszczeniach widziałam kryształowe żyrandole. Kurde, ile to musiało kosztować?

Ile ta szkoła musiała kosztować?!

Wreszcie dotarliśmy do „skrzydła sypialnego”. Zatrzymaliśmy się przy jednych z szeregu identycznych drzwi na drugim piętrze. Na nich znajdowały się dwie złote tabliczki z fikuśnymi napisani „Nihal” i „Kristina”. Ach, cudownie, czyli będę mieć współlokatorkę? Na sto procent okaże się najbardziej różowym, najmocniej upośledzonym chamskim plastikiem, jaki tylko żyje w tym kraju. Albo w ogóle jakimś tępym emo. Z dwojga złego chyba wolę plastika.

Dyrektorka wyciągnęła z kieszeni klucz i otworzyła drzwi. Rodzice pierwsi wepchnęli się do środka i z ulgą rzucili moje walizki na podłogę.

Czego się spodziewałam? Ano tego, do czego przygotował mnie ogólny wygląd szkoły – przestrzeni, przepychu, elegancji. A zastałam… małą klitkę, w której ledwo mieściły się dwa łóżka, dwie szafy i biurko, nad którym wisiało kilka półek. Wszystko w tandetnej, najtańszej okleinie, którą za drewno uznałby jedynie ktoś z wadą wzroku. Nawet kryształowego żyrandola nie było. Podłogę przykrywała biała, całkiem miękka wykładzina, którą jakoś głupio było mi bezcześcić ubłoconymi trampkami, ale chyba nie miałam wyboru – mama złapała mnie za rękę i stanowczo wciągnęła do środka, prawie przewracając w progu.

– I jak, podoba ci się? – zaczęła trajkotać przesadnie radośnie, obejmując mnie ramieniem.

– Nie ma łazienki? – zaskamlałam.

– Jest na korytarzu – odpowiedziała dyrektorka.

Zachciało mi się krzyczeć i wić na podłodze.

Rodzice pożegnali mnie czule, zapewniając, że będą tęsknić (już to widzę), dyrektorka obiecała, że obiad będzie o piętnastej, i wreszcie zostałam sama.

Mojej współlokatorki nie było jeszcze widać na horyzoncie, więc pozwoliłam sobie wybrać łóżko przy wielkim oknie. Nie wiem, czy nie będę tego żałować, bo nie miało zasłon. Obrzuciłam niechętnym spojrzeniem stertę walizek. Zaczęłam się rozpakowywać, ze zdziwieniem odkryłam, że mam problem ze zmieszczeniem ubrań do szafy. I dopiero gdy mocowałam się z wieszakami, odkryłam, że na jednej z półek coś leży… Coś było przezroczystym pakunkiem z karteczką z moim imieniem. I zawierało w sobie szkolny mundurek. Zaklęłam wyjątkowo soczyście i wyjątkowo piętrowo, rozerwałam szeleszczącą folię i pierdyknęłam nowe ciuchy na łóżko, jakby parzyły. Nic ciekawego – biała koszula, czerwony krawat, granatowa marynarka, białe zakolanówki i kraciasta, szeroka, wyjątkowo krótka spódniczka rodem z kiepskiego anime. Wszystko to w pięciu kompletach. Dobrze, że nie były podpisane zgodnie z dniami tygodnia. Powstrzymałam odruch wymiotny, spakowałam ten koszmar z powrotem i upchnęłam w szafie. Zgadnijmy, kto już pierwszego dnia dostanie ochrzan za niestosowny ubiór.

Wyjęłam z torby przenośny głośnik, włączyłam sobie AC/DC, żeby było mi raźniej, i wzięłam się za układanie walizek na szafie. Nie wiem, gdzie indziej miałabym je skitrać, a tam było całkiem sporo miejsca. Nakryłam wszystko prześcieradłem, bo niechcący wzięłam dwa, więc nawet zlewało się ładnie z kolorem ścian.

Wtedy drzwi pokoju otworzyły się gwałtownie i do środka weszła moja współlokatorka. Ubrana była cokolwiek oryginalnie, bo w fioletowe kozaki, jakże adekwatne do trzydziestu stopni w cieniu, niebieską spódnicę i zieloną bluzkę na ramiączkach, a na głowie miała coś, co chyba było misterną blond fryzurą, ale mi skojarzyło się z efektem nieudanej walki z mikserem. Powiedziała coś do osoby stojącej na korytarzu, nie zapraszając jej do środka, odebrała od niej walizki i nogą zatrzasnęła drzwi. I dopiero gdy rzuciła różową torebkę na łóżko, zauważyła mnie.

– Och, cześć! – Jednym susem znalazła się przy mnie. Zważywszy na rozmiary pokoju, nie było to jakimś szczególnym osiągnięciem. – Jestem Kristina, a ty?

– Nihal. – Uśmiechając się, uścisnęłam podaną dłoń. Postanowiłam, że spróbuję być miła…

– O, jakie świetne imię! Skąd twoi rodzice je wzięli?!

…albo i nie.

– Naczytali się jakichś książek fantasy. A przynajmniej tak twierdzą.

– Ale super, chciałabym nazywać się jak bohaterka książki!

Jestem pewna, że Kristiny występują w naprawdę wielu książkach.

– Idziesz do pierwszej klasy? – spytała i nie dając mi czasu na odpowiedź, piszczała dalej: – Ja też! Tak się cieszę! Ta szkoła była moim marzeniem, tak się bałam, że mnie nie przyjmą! Strasznie ciężko się tu dostać, ale to pewnie wiesz. Na jakim profilu jesteś?

Hm, całkiem to ciekawe. Trudno się dostać? I przyjęli mnie z taką średnią? Serio, z każdą chwilą byłam coraz mocniej przekonana, że rodzice zwyczajnie dali dyrektorce łapówkę.

Postarałam się przy okazji ukryć to, że nie mam pojęcia, na jaki profil trafiłam.

– Na humanistycznym. – Najwyżej potem powiem, że się przejęzyczyłam. Ale w mat-fiz chyba mnie nie wrobili? Prawda? – Właściwie to jestem tutaj przez rodziców.

– Och… – Chyba odrobinkę ją zgasiłam. – Przez rodziców. Rozumiem.

Odwróciła się i zajęła swoimi walizkami. Trochę się zdziwiłam, bo pierwszym, co zrobiła, było wydobycie z jednej z nich kosmetyczki wielkości worka na ziemniaki i zabranie się za poprawianie makijażu. No ale jak tam sobie chce, skoro nie umie wymyślić nic pożyteczniejszego…

– Idę zapisać się na zajęcia dodatkowe – zakomunikowała w pewnym momencie. – Idziesz ze mną?

– Nie chcę chodzić na zajęcia dodatkowe – odparłam. No przecież jeszcze nie zwariowałam, żeby te okruszki wolnego czasu marnować na jakieś głupoty.

– No przecież każdy musi się na jakieś zapisać. Nie czytałaś regulaminu?

Przez chwilę byłam pewna, że żartuje.

– No co ty? Obowiązkowe zajęcia dodatkowe? Czy oni powariowali?!

– Idziesz, czy nie?

Niechętnie dźwignęłam się z miejsca i ruszyłam za dziewczyną do sekretariatu. O dziwo, perfekcyjnie orientowała się w labiryncie korytarzy, podczas gdy ja co najmniej trzy razy miałam wrażenie, że pogubiłam się w kierunkach geograficznych, które jako smok powinnam wyczuwać instynktownie.

Na miejscu wczytałam się w długą listę tortur pozalekcyjnych. Oprócz kółek typowo przedmiotowych były tam też: siatkówka, koszykówka, piłka nożna, piłka ręczna, pływanie, szermierka, jazda konna, zajęcia dziennikarskie, kółko literackie, kółko plastyczne, grupa teatralno-wokalna i tenis. Nieco zaskoczona szermierką, natychmiast wpisałam się w odpowiednią rubrykę. Gdy sekretarka uświadomiła mi, że muszę wybrać coś jeszcze, zdecydowałam się na kółko literackie. Spodziewałam się po nim raczej samych obłędnie ambitnych ćwiczeń dla cudownie utalentowanej młodzieży, która lubi pisać o aktualnych problemach i w ogóle, ale to była jedyna opcja z pozostałych, która do czegokolwiek się nadawała. Zajęcia dodatkowe miały zacząć się od przyszłego tygodnia.

O piętnastej zeszłam na obiad. Gdy w kopercie z druczkami, których nie przeczytałam, odnalazłam także plan szkoły, i to taki z najważniejszymi pomieszczeniami pozaznaczanymi kulturalnymi kolorkami, poruszanie się po obiekcie stało się nadzwyczaj proste. Natomiast stołówka po prostu mnie oczarowała. Była wielka i wysoka jak katedra, z malowanym sufitem podpartym rzeźbionymi kolumnami z ciemnego drewna i ogromnymi oknami, wpuszczającymi ciepłe promienie słońca. Spokojnie mogłaby robić za salę balową. Choć zgromadziło się na niej sporo dziewcząt, dźwięk jakoś tak się rozchodził, że hałas stał się nawet znośny. Strasznie mi się tam podobało.

Do czasu, aż ujrzałam talerz z zupą.

– Co to jest? – jęknęłam, z obawą zanurzając łyżkę w prawie przezroczystej brei o kolorze przywodzącym na myśl ostrą niestrawność. Twórcy, nie konsumenta. Otyła kucharka z owłosionym pieprzykiem nad górną wargą spojrzała na mnie wzrokiem, który otwiera radzieckie konserwy, i zabrała się za obsługiwanie kolejnej osoby z kolejki.

Wzruszając ramionami, wzięłam talerz i rozejrzałam się za wolnym miejscem. Jakoś tak czułam, że nie powinnam obnosić się ze swoją gburowatością, a przynajmniej nie pierwszego dnia, więc skierowałam się do stolika, który okupowała Kristina wraz ze stadkiem jakichś plastików.

– Wolne? – spytałam, wskazując krzesło.

– Pewnie, siadaj. – Dziewczyna z uśmiechem poklepała dłonią oparcie. – Dziewczyny, to jest Nihal, moja współlokatorka. Nihal, poznaj Emily, Annie, Hildę i Ritę.

– Cześć – przywitałam się grzecznie. Wszystkie przedstawione dziewczyny miały nijakie włosy przefarbowane na czarno, czarno-białe ubrania i złotą, przesadnie dużą biżuterię. To znaczy – w kolorze złotą. Każda z nich mogłaby posłużyć za doskonały przykład szesnastoletniej pasjonatki imprez i shoppingu. Ale w sumie to było lepsze niż kujonki z przetłuszczonymi włosami, które widziałam wszędzie wokół…

– O rany, ale masz piękny makijaż! – zawyła Hilda. – Jakie idealne kreski!

– Em… dzięki. – Ja i idealny makijaż? Z tymi trzęsącymi się rękami paralityka? Ona jest ślepa, czy się ze mnie nabija?

– Hej, dziewczyny, a co powiecie na to, żeby w ramach integracji wybrać się na koncert [tu padło nazwisko jakiejś popowej gwiazdki, którego za żadne skarby nie jestem w stanie sobie przypomnieć]? – spytała nagle Rita. – Jest w przyszłym tygodniu we Frankfurcie. Mój tata mógłby załatwić nam bilety.

– O rany! Brzmi super! – Nastąpiła taka fala piskliwego zachwytu, że aż przez moment chciałam zatkać uszy.

Zanurzyłam łyżkę w podejrzanej zupie, spróbowałam. Prawie zwymiotowałam. Kurde, to smakuje jak woda po gotowaniu bandaży!

– Nihal, idziesz z nami? – włączyła się Kristina. – No chooodź, będzie fajnie, zobaczysz!

– Właściwie to nie słucham takiej muzyki…

– Nie daj się prosić! Chodź z nami!

Oczyma wyobraźni ujrzałam, co mama by ze mną zrobiła, gdybym odmówiła i ona by się jakoś o tym dowiedziała. Moja rodzicielka już od kilku lat twierdzi, że za mało integruję się z rówieśnikami i kijem mnie do tego goni. Dosłownie.

– Dobra, pójdę – ustąpiłam.

– Ekstra! – Współlokatorka rzuciła mi się na szyję i uścisnęła mocno. Zaszczypało mnie w gardle od jej ostrych perfum.

Oddałam niedojedzoną zupę ze smutną świadomością, że będę zdychać z głodu do kolacji. Na szczęście czekała mnie miła niespodzianka w postaci drugiego dania, na które serwowali opiekane ziemniaki z sosem czosnkowym i pieczeń wieprzową. To, w przeciwieństwo do tamtego niewydarzonego aperitifu, okazało się obłędnie dobre. I przewidziano nawet dokładki, chociaż gdy przyszłam po trzecią, kucharka przegoniła mnie sprzed okienka.

Po obiedzie Kristina poszła do naszego pokoju, a ja postanowiłam nawiązać bliższą znajomość ze szkolnym sklepikiem. Mieścił się w maleńkim pomieszczeniu, skrzętnie ukrytym pod schodami, ale o dziwo sprzedawano w nim zaskakująco dużo smacznych rzeczy. Kupiłam sobie czekoladowego batonika, pochłonęłam dwoma gryzami i z braku laku zdecydowałam się jeszcze na sok pomidorowy, który schowałam do kieszeni na piersi koszuli moro.

Zatrzymałam się na chwilę przed drzwiami pokoju. Oparłam się o nie, próbując złapać oddech po biegu korytarzem, jaki uskuteczniłam po zauważeniu wyglądającej zza winkla dyrektorki… lecz te nagle się otworzyły. Nie zdążyłam złapać równowagi i runęłam plackiem na ziemię u stóp przerażonej Kristiny. Dziewczyna pisnęła, odskakując kilka kroków. A ja poczułam dziwną wilgoć na piersi. Uniosłam się na łokciu…

– Dostałam! Dostałam! Idź beze mnie! – zawyłam na widok ogromnej czerwonej plamy wokół serca.

– O Boże, Nihal, co ci się stało?! – Od razu przypadła do mnie, śmiertelnie blada, spróbowała postawić mnie na nogi… i dopiero wtedy zauważyła, że się śmieję. I to tak, że aż nie mogłam oddychać.

– Sorry, musiałam – wykrztusiłam. – Idę się przebrać.

Łazienka była okropna. Wchodziło się do wyłożonego białymi kafelkami pomieszczenia z rzędem przytwierdzonych do ściany umywalek, jedna była inna od pozostałych. W dodatku niebieska. Kto to wymyślił?! Gdy skręciło się w lewo, trafiało się do przypominającego barwami i aurą szpital pokoju z toaletami, po prawej były prysznice. Ale nie byle jakie! Wśród kafelków koloru ciepłej sraczki straszyły spore, również wyłożone kafelkami brodziki z mętnymi szybami wprawionymi w pordzewiałe prowadnice.

Kurde. Przecież ja nie umiem kąpać się w brzydkich miejscach, bo zawsze mi się zbiera wtedy na pawia…

Gdy wróciłam do pokoju, postanowiłam wreszcie zainteresować się porzuconym planem lekcji. Okazało się, że jutro rozpoczynam wf-em. Prawie się załamałam. Nie cierpię wf-u.

Opublikowano
Kategorie Komedia
Odsłon 310
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!