Internat

Sobota 1 sierpnia

– Nie! Nie ma nawet takiej opcji! Za żadne skarby! No prędzej umrę! – wyłam jak zarzynana, leżąc twarzą w bielutkim dywaniku i młócąc podłogę pięściami. Choć normalnie nie jestem skłonna do podobnych histerii, teraz najchętniej zaczęłabym rzucać przedmiotami i rwać włosy z głowy.

Rodzice patrzyli na to beznamiętnie z wysokości szarej, eleganckiej kanapy. Spokojni, milczący, nieruchomi… chyba nawet trochę znudzeni. Nijak nie sprawiali wrażenia, jakby przeczuwali, że ich córka za moment doprowadzi się do stanu, z którego już krótka droga do kaftana z przydługimi rękawami i pokoju ze ścianami wyłożonymi materacami.

– Nihal, proszę cię, wstań z podłogi – odezwała się w końcu mama. Sucho i beznamiętnie, jak to było do przewidzenia. Aż się zaczęłam zastanawiać, kiedy zdążyli podmienić ją na cyborga.

– Oczekuję wyjaśnień – wycedziłam. – Obszernych. I bogatych w opisy tego, czym się, do cholery, kierowaliście.

– Słownictwo – syknął tata. Następnie wyciągnął w moją stronę plik papierów. – Tu masz wszystko wyjaśnione.

– Nie wszystko. – Niechętnie wreszcie sięgnęłam po kartki. Jedna z nich była ładną kolorystycznie, wydrukowaną na kredowym papierze ulotką prestiżowej szkoły z internatem dla panien, umiejscowionej gdzieś pod Frankfurtem (za diabła nie zrozumiałam którym), a druga w zasadzie nie była nawet kartką, a kopertą. W środku znajdowały się raczej prozaicznie wyglądające odbitki szkolnego regulaminu, planu dnia, rozpiski lekcji i listy tego, co powinnam ze sobą zabrać.

– Wyjaśnijcie mi to – powtórzyłam twardo. – Słowami.

Jedyną odpowiedzią było dramatyczne:

– Jeszcze nam podziękujesz.

Zgrzytnęłam zębami i ścisnęłam ulotkę w dłoni.

– To nie są słowa, których oczekiwałam. Macie wyjaśnić, dlaczego nagle zabraliście się za przemeblowanie mi życia i uważacie, że możecie mi je tak po prostu podyktować.

– Jesteśmy twoimi rodzicami! – Mama dosłownie się zapowietrzyła. Wreszcie jakieś emocje! – A ty jesteś niepełnoletnia!

– Co nie oznacza, że możecie rujnować mi marzenia!

– To nie są marzenia, tylko fanaberie – uciął tata. – Nie możemy do tego dopuścić. Zobaczysz, naprawdę będziesz nam jeszcze wdzięczna.

– Fanaberie? – powtórzyłam głucho. – Moje technikum uważacie za fanaberię?

– Owszem, tak właśnie uważamy. Nie możemy pozwolić, byś zmarnowała sobie życie, gdy mamy na to wpływ.

– Praca, która jest dobrze płatna i jednocześnie sprawia mi przyjemność, jest według was marnowaniem życia? – Cudem powstrzymałam się od wygłoszenia obszernego kazania, w którym to apelowałabym o zgodę na popełnianie błędów i możliwość uczenia się na nich. Doskonale wiedziałam, że sprawa jest przesądzona i jedyne, co bym tym osiągnęła, to ból gardła. Usłyszeliby tylko to, co chcieliby usłyszeć, i jeszcze uznali, że sama uważam swoje marzenia za błąd.

– Nie chcesz iść na studia, a to jest właśnie marnowanie życia! I co będziesz robić w przyszłości? Co ludzie powiedzą?

– Bardzo mnie obchodzi, co ludzie będą o tym mówić…

– A powinno. Nihal, proszę. Idziesz do tej szkoły i koniec dyskusji. Potem rób sobie, co chcesz. Może zmądrzejesz i zmienisz zdanie. A teraz idź się pakować, wyjeżdżamy o czwartej.

Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się po prostu na pięcie i pomaszerowałam do swojego pokoju jak zbity szczeniak.

Wiem, że powinnam coś czuć. Każdy normalny na moim miejscu by się rozpłakał lub wściekł, ale ja… kurde, byłam zdezorientowana. To chyba najlepsze słowo.

Ulotkę ciapnęłam na biurko, by wsiąkła gdzieś wśród panującego tam bałaganu. Jakoś nie obchodziło mnie, ile wspaniałych osób ukończyło tę szkołę, jak fajni są jej uczniowie i jak obłędnie światowe możliwości rozwoju. Nie była moim technikum kolejowym i tylko to się dla mnie liczyło.

Cóż, była w tym pewna kwestia, której rodzice raczej nie przemyśleli. Otóż to, że szkoła kolejowa nie była moim planem ostatecznym. Chciałam zostać maszynistką, a to mogłam osiągnąć tylko dzięki kursom już po maturze. W tej wielkiej budzie nie było nawet klasy o takim profilu. Chciałam tam iść, bo potem byłoby mi łatwiej się na tych kursach odnaleźć. No ale poradzę sobie też tak. Większość maszynistów kończy zwyczajne licea.

Gdzie mój wewnętrzny pesymista?

Rozerwałam kopertę, wyciągnęłam z niej zadrukowane gęsto kartki. Postanowiłam, że nie będę dodatkowo psuć sobie humoru czytaniem regulaminu, i bez tego mogłam łatwo się domyślić, że będzie absurdalnie długi i niemożliwy do akceptacji. Zainteresowałam się listą rzeczy do spakowania. Większości raczej się spodziewałam: zeszyty, podręczniki (ciekawe, czy rodzice już je kupili?), kostium kąpielowy, ręcznik, klapki, strój sportowy, plecak lub torba, kosmetyki. Inne jednak mnie zainteresowały. Okazało się, że powinnam wziąć swoją pościel, co wywołało we mnie cokolwiek smutną refleksję nad tym, że skoro tak podstawowych spraw nie zapewniają, jedzenie też pewnie będę musiała zdobywać sama, latając z dzidą po okolicznych lasach.

Jeszcze raz westchnęłam ciężko nad swoim losem i postanowiłam wziąć się za gromadzenie potrzebnych rzeczy. I tak jestem pewna, że przynajmniej połowy zapomnę. Naszykowałam najlepsze ciuchy, kosmetyki do makijażu i wszystkie lakiery do paznokci i już wtedy odkryłam, że zmieszczenie się do jednej torby jest marzeniem ściętej głowy. Składając wszystko w jak najmniejsze kosteczki i z rozmysłem upychając po walizkach, dołożyłam jeszcze dziesięć książek, choć chwilami wątpiłam, czy będę w ogóle miała tam na nie czas, trochę czystych zeszytów, wspomniane kostium kąpielowy i przebranie sportowe. Podobno miałam przygotować tylko jedno, bo ogólnie zapewniała je szkoła. Pewnie, zróbmy, by wszyscy wyglądali tak samo, przecież to fajne…

Poważny problem pojawił się w kwestii komputera. Choć używam go do nieco innych spraw, niż większość ludzi w moim wieku, niczym prawdziwa nastolatka nie potrafię bez niego przeżyć. Na czym grałabym w Hearthstone i Stalkera, by odreagować? Na czym pisałabym książki? Istniała jednak pewna szansa (a nawet nie tyle szansa, co pewność, do której nie chciałam się przyznawać), że nie mam gdzie go zmieścić. Taki stacjonarny kolos z dwoma monitorami raczej nie da owinąć się w skarpetki. Ignorując serce krające się z rozpaczy, zamiast tego odkurzyłam swojego laptopa. Nie wiem, czy wyjdę na tym lepiej – jest ogromny, nieporęczny, strasznie powolny, głośny jak zajechany traktor i cięższy chyba od komputera stacjonarnego wraz z monitorami, ale zdecydowanie łatwiej skitrać go w torbie z ciuchami. Nie włączałam go chyba od roku, ciekawe, czy w ogóle działa.

Chwilę stałam, obracając w palcach pochwę ze smokońskim mieczem. Strażniczką niby już nie byłam, ale nadal w razie gdyby coś się działo, mam obowiązek się tym zajmować. A więc powinnam wziąć tę kupę czarnej stali. I to tak, by rodzice i nikt w szkole się nie zorientował. W pokoju w internacie mogę wepchnąć pod materac, ale co wcześniej? Rodzice raczej nie są aż tak nieogarnięci, by się nie zorientować, że próbuję przemycić coś podejrzanego. Ech, chyba po prostu wezmę go podczas którejś z weekendowych wizyt w domu, o ile jakieś są przewidziane. Jeśli coś się wydarzy, poradzę sobie kłami i pazurami. A jeszcze lepiej – pomyślę o tym rano.

Nie, nie rano. O której to miało być? O czwartej? Dobry Boże…

Opublikowano
Kategorie Komedia
Odsłon 1135
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!