Uszkodzona dusza tom 1: LONER – Rozdział 9

Byłam wykończona. Po ciekawej rozmowie z Aresem, która to miała rozwiać moje wątpliwości, a wywołała jedynie lawinę kolejnych pytań, czułam się tak, jakby mózg nie mieścił mi się w czaszce. Myśli plątały mi się, przekrzykiwały, domagały uwagi, absorbowały wykończony umysł do tego stopnia, że momentami jak film wyświetlały mi się przed oczami, przez co przestawałam widzieć, gdzie biegnę. A właściwie nie tyle biegnę, co wlokę się, szurając łapami… Nie miałam żadnego pomysłu, co powinnam o tym wszystkim sądzić – zarówno o całokształcie, jak i własnych popapranych uczuciach – uznałam więc, że najpierw się z problemem prześpię.

Do domu doczłapałam koło czwartej nad ranem. Nie przejmowałam się tym zbytnio – jak najciszej otworzyłam drzwi, oporządziłam się w łazience i wskoczyłam do wytęsknionego łóżka, cudem tylko powstrzymując jęczenie z lubości. Kocham moment kładzenia się spać – to, jak nareszcie mogę zanurzyć się w pachnącej pościeli, dokładnie opatulić kołdrą i pozwolić, by myśli rozbiegły mi się bezładnie… Dzisiaj sobota, więc spokojnie mogę pospać; rodzice są przyzwyczajeni do tego, że zdarzają się dni, gdy potrafię pociągnąć nawet do szesnastej, więc nie będą mnie specjalnie zrywać. Zamknęłam oczy, przyłożyłam twarz do poduszki…

Nie wiem, w którym momencie zasnęłam, ale chyba dość szybko, bo na oko musiało być koło szóstej. Błogą ciszę rozerwał dziki ryk, przywodzący na myśl orangutana poddawanego najwymyślniejszym nowoczesnym torturom, następnie rozległ się nieludzki huk, od którego zadrżały szyby w oknach. Tak się przestraszyłam, że mało brakło, a spadłabym z łóżka, na szczęście w ostatniej chwili zdołałam chwycić równowagę. Sufit, stare okna i bibeloty na półkach zadrżały jeszcze kilkakrotnie tak, że, nadal nie do końca wyrwawszy się z sideł snu, przemknęło mi przez myśl, że może blok się wali. W sumie nawet jak już oprzytomniałam, uznałam, że wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby na stropie pojawiło się kilka pęknięć.

To byli moi kochani sąsiedzi z czwartego piętra – ludzie, którzy prawdopodobnie nie mają pojęcia o tym, że istnieje coś takiego, jak zasady dobrej współegzystencji z innymi mieszkańcami. Tak dzieje się notorycznie – nie wiem, jak trudną sztuką musi być panowanie nad dziećmi, ale widocznie okazuje się to wyczynem niemożliwym do dokonania, skoro jeszcze nigdy w podobnej sytuacji im się nie udało. Jeden z gówniarzy już wrzeszczał coś niezrozumiałego, waląc czymś w podłogę, drugi płakał jak mordowany żywcem.

Czyli, jednym słowem, pospałam sobie.

Nie wiem dlaczego, ale rodzice już dawno zadeklarowali, że nie będą nic robić z sąsiadami. Owszem, kiedyś się działo – przychodzili na skargi, krzyczeli na nich, kablowali panu z dołu, który jest kimś w rodzaju zarządcy całego bloku, urządzali awantury, którym chętnie przypatrywali się wszyscy w zasięgu wzroku i słuchu… tylko że nic to nie dawało. Niezwykle ważny pan policjant i dumna paniusia, od zawsze kojarząca mi się z niespełnioną katechetką, za każdym cholernym razem gasili ich argumentem „ale dzieci nas nie słuchają” i zamykali drzwi na znak zakończenia dyskusji, nie żegnając się nawet szczególnie uprzejmie. Od jakiegoś czasu rodzice nie fatygują się z niczym, uznawszy, że i tak szkoda energii.

A ja tam jestem zdania, że trzeba z nimi raz, a dobrze. Skoro rozmowa nie działa, trzeba ludzi zwyczajnie wytresować…

Tak, wiem, to głupie i dziecinne. Tylko że jak człowiek jest doprowadzony do ostateczności, to naprawdę może go to przestać obchodzić.

Przyznam nieskromnie, że sprzęt muzyczny mam całkiem w porządku. Mój tata od zawsze interesuje się zbieraniem wszelkiego rodzaju dobrych jakościowo głośników, wzmacniaczy i całej reszty – wynajduje na targach staroci cuda, które normalnie kosztują tyle, co dobry samochód, kupuje za grosze i znosi do domu. Nie powiem, żeby mama była szczególnie zachwycona, ale nie mówi wiele – chyba po prostu uznała, że to pasja i nic na to nie poradzi. Większość z takich rzeczy i tak sprzedajemy, część trzymamy w piwnicy, gdzie czeka na bliżej nieokreślone lepsze czasy, lecz dwa porządnie skompletowane sprzęciki mamy w mieszkaniu. Tak się złożyło, że jeden z nich posiadam w swoim pokoju. Nie słucham muzyki głośno – a wręcz wszyscy jak jeden mąż uznają, że żałośnie cicho – ale po tacie mam zamiłowanie do jak najlepszej jakości, tak więc głośniki są wielkie – kiedyś, gdy wspólnie je naprawialiśmy, dla żartów zdołałam schować się w skrzynce. No i teraz, pamiętając dobrze o tym wszystkim, podeszłam do swojego sprzęciku, podłączyłam telefon, wdusiłam opatrzony czerwoną kropką przycisk na wzmacniaczu. Nie przekręcałam pokrętła głośności na maksa – istniało ryzyko, że by mi wtedy okna wysadziło – lecz wyszłam mocno poza normalną skalę. Chwilę przeglądałam utwory, zastanawiając się, co by tu wybrać. Kolejny wrzask z góry i łomot wywalanych na gołą podłogę zabawek wraz z jaśniejącą na wyświetlaczu godziną szóstą minut pięć podpowiedział mi, że chyba pora zastosować ciężką broń.

Utwór The Exploited Fuck the System zabrzmiał oszałamiająco zabawnie w porannej atmosferze i całkowicie zagłuszył mój radosny, dziecinny śmiech.

Reakcja mieszkających ze mną dorosłych była niemalże natychmiastowa – drzwi otworzyły się na oścież, klamką obijając się o stojącą za nimi szafę, mama z obłędem w oczach wparowała do pokoju, niemal wywracając w progu krztuszącego się własną wesołością tatę.

– Jezu, Leah, co to ma być?! – ryknęła, gdy już oprzytomniała na tyle, by znaleźć odpowiednie słowa.

– Uczę sąsiadów pokory – wytłumaczyłam grzecznie.

– Wszystkich?! Wyłącz to natychmiast, jest szósta rano!

– Powiedz to państwu z góry – burknęłam, lecz posłusznie wyłączyłam. Spojrzałam wymownie na rodzicielkę, gdy w zapadłej ciszy ryk walniętego dzieciaka zabrzmiał co najmniej donośnie. Drugi w tym czasie grzebał w zabawkach, chyba nawet nie szukając niczego konkretnego, a samą radość czerpiąc z szorowania ciężkimi przedmiotami po gołych panelach.

– Jezu, co ja ci na to poradzę? – Mama zmęczonym gestem potarła czoło. – Idź spać w dużym pokoju.

– Albo idź i wraź im bagnet w jelita – poradził tata.

– Jestem zdecydowanie za drugą opcją! – zawołałam, zanim zamknęły się za nimi drzwi sypialni.

Co mi pozostało? Westchnęłam ciężko, jeszcze raz zachichotałam, uznając, że byłam dzisiaj tak obłędnie dziecinna, że chyba starczy mi do końca roku, wzięłam poduszkę, przerzuciłam przez ramię kołdrę i udałam się na kanapę. Ułożyłam się jakoś w miarę wygodnie, poprzewracałam chwilę, postękałam, nie mogąc znaleźć odpowiedniej pozycji, i zamarłam, próbując zasnąć. Nie cierpię spać w łóżkach inne niż moje – choćby było najwygodniejsze na świecie, za nic nie zmrużę na nim oka. Także jest świetnie.

Koło ósmej na szczęście byłam już tak zmęczona, że inaczej się nie dało – oczy same mi się skleiły. Moją ostatnią trzeźwą myślą było zastanowienie nad tym, jak rodzice przełkną brak dostępu do salonu, jeśli faktycznie zdrzemnę się do szesnastej?

W sumie to co ja ich żałuję? Oni nie chcieli iść zrobić sąsiadom awantury w moim imieniu, to ja im nie zwolnię kanapy do szesnastej. Sami są sobie winni. Jakoś wytrzymają mając do dyspozycji resztę mieszkania. W dobrym guście byłoby też, gdyby postarali się chodzić na palcach i rozmawiać szeptem.

Kolejna pobudka czekała na mnie przed dziewiątą. Dzieciak zaczął wrzeszczeć tuż nade mną, magicznie teleportowawszy się ze swojego pokoju do salonu, gdzie zwykle nie bywał, a na klatce schodowej rozległy się kroki opiekunki. Wiem, zabrzmi to co najmniej dziwnie, ale kobieta ta należy do wąskiego grona osób, które nie potrafią chodzić po schodach – na stopniu stawia zawsze najpierw piętę, a że nosi szpilki, efekt daje to odpowiedni. Przystaje jeszcze na każdym półpiętrze, tak że za każdym razem ma się nadzieję, że wreszcie będzie cicho, a po minucie od nowa się uaktywnia. Ja pierdzielę… Jak już weszła do tego mieszkania i została powitana nader głośno, rodzice gówniarzy zechcieli udać się do pracy. Drzwiami walnęli tak, że aż zdziwiłam się, że wiszący nad kanapą obraz nie spadł mi na łeb, następnie zbiegli na dół tak gromko, jakby od tego zależało ich życie. Jeśli nie ważą po sto kilo, to ja nie wiem, jak im się to udaje.

I wyobraźcie sobie, że tak mam prawie codziennie. Fajnie, nie?

Byłam tak wkurzona, że ponowne zaśnięcie okazało się naprawdę trudne. Rodzice też kręcili się już po domu – tata usiłował zrobić mamie kanapki do pracy, do której właśnie się spóźniała, biegając w panice po całym mieszkaniu i rozprowadzając po wszystkich półkach zawartość torebki, by następnie wpaść w panikę, że rzeczy jej giną. Zjadłam sobie śniadanko, pomalowałam się, ponarzekałam na życie, przedstawiłam dorosłym długą listę metod uśmiercenia gówniarzy, którą dziś obmyśliłam, i poszłam sobie coś robić. Byłam tak śpiąca, że bardziej przypominałam pewnie zombie, niż człowieka zajmującego się sobą, no ale co poradzić – na morderstwo w afekcie niestety jest paragraf.

Ciszej zrobiło się koło dwunastej. Tata, widząc, że trzymam się ostatkiem sił, palcem wskazał mi kanapę, owinął mnie kocem tak ciasno, że chyba tylko cudem mogłam się z niego potem wyplątać, i nakazał spać do odwołania. No więc co miałam zrobić? Zasnęłam jak kamień. Tylko że do czasu… W końcu jeśli dzień porażek, to pełną parą, nie? Mój pech chyba postanowił nieco zaszaleć.

Chyba powinnam właściwie mówić o nim Pech, bo jeśli nie jest żywą, myślącą i przesadnie złośliwą istotą, to ja nie nazywam się Lea Wilkosz.

Bo o piętnastej rozległ się dzwonek do drzwi. Słyszałam, że mama otworzyła, lecz za chwilę zajrzała do salonu i zawołała mnie, twierdząc, że tajemniczy goście mieli do mnie jakiś interes. Byłam tak nieprzytomna, że nawet nie poleciłam jej, by przekazała im, że umarłam… W takim stanie nie miałam ochoty na żadne towarzyskie interakcje. Z wyjątkiem tych obejmujących wyjątkowo brutalne morderstwa.

Gdy zobaczyłam, kto czeka na mnie w progu, o mało nie wcieliłam w życie tekstu, który chciałam przekazać przed chwilą mamie. Mało brakło, a na widok Gabrysi i żałośnie zbolałej Wiktorii zaczęłabym wrzeszczeć, a następnie rozpłakała się gorzko.

Moja była przyjaciółka wyglądała na tak skwaszoną i cierpiącą, że aż przez jakieś dwie sekundy było mi jej szkoda. Sprawiała wrażenie takiej, co zaraz przepchnie się w drzwiach i ruszy na poszukiwanie okna, którym mogłaby wyskoczyć. Za to emosia szczerzyła się od ucha do ucha, co zadawało kłam jej opinii osoby mrocznej. Jezu, gdyby nie miała uszu, to ten wyszczerz okręciłby się jej dookoła głowy…

– Że co?! – jęknęłam. Bo skąd ona tak właściwie wie, że ja tu mieszkam?!

– Słuchaj, mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia! – zawołała od razu, pomijając niekonwencjonalne powitanie. – Wieczorkiem wybieramy się ze znajomymi na imprezkę na cmentarzu. Wiki idzie z nami. Może ty też byś poszła? Proszę, zgódź się! Proszę, proszę, proszę!

Aż cofnęłam się kilka kroków, zapominając, że przed momentem planowałam pięknym zamachem zatrzasnąć im drzwi przed nosem. Myślałam, że to jakiś kretyński objaw emo-poczucia humoru. Impreza na cmentarzu?! Rozumiem, że drinki będzie podawał grabarz? Co można robić na cmentarzu, oprócz wykopywania zwłok i wywoływania duchów?!

Ach. No to mam odpowiedź.

– Yyyy… A bo wiesz co… A bo ja dzisiaj nie mogę – wydukałam, gdy przypomniałam sobie, jak się mówi.

Wiktoria posłała mi mordercze spojrzenie, które skwitowałam krótkim prychnięciem. Najpierw traktuje mnie jak śmiecia, a teraz ma nadzieję, że wybawię ją z opresji? Dobre sobie!

– Ale dlaczego? No, Leah, bez ciebie nie ma zabawy! Będzie fajnie, zobaczysz! Poznasz moich znajomych, może jakiegoś fajnego chłopaka wyrwiesz… – Gabrysia puściła mi oczko.

Ta, bo ja nie mam co robić w wolnym czasie, tylko „wyrywać” jakichś emosiów-satanistów. Przecież ja bym ich nawet od dziewczyn nie zdołała odróżnić…

– Naprawdę nie mogę. Mam już plany.

– Ojej, a jakie? – Ciekawie nachyliła się w moją stronę i zrobiła minę, która pewnie w założeniu miała być urocza, a sprawiła, że prawie zwymiotowałam.

– Idę do babci na podwieczorek. – Przysięgam, że jeśli zaraz sobie nie pójdzie, to wrócę się do swojego pokoju po największy bagnet, jaki tylko uda mi się wygrzebać, i zrobię z niego bardzo sensowny użytek…

– O, to fajnie, rodzinne wyjście. A co będziesz tam robić?

– Prawdopodobnie to, co zwykle robi się u babci na podwieczorku – warknęłam. Nie, do tego to chyba muszę pożyczyć od taty nóż myśliwski, bagnet wydaje się zbyt delikatny…

– A, jak tak po prostu, to może powiesz babci, że dzisiaj nie przyjdziesz, co? Będzie strrrasznie! I może weź ze sobą kilku kolegów, co? Widziałam, że masz tam jakąś ekipę, a im więcej ludzi, tym lepiej.

– Nie mogę nie przyjść, obiecałam. – Przez chwilę miałam nadzieję, że jeśli zacznę mówić skrótami, to dotrze do niej, że niekoniecznie mam na to ochotę. Już wyobrażałam sobie, jak oskóruję ją ząbkowaną częścią ostrza…

– Oj, no nie daj się prosić! – Złożyła pulchne rączki w błagającym geście. Następnie nachyliła się lekko, rozejrzała teatralnie i szepnęła: – Wiesz, Karo przyniesie alkohol. – Zaniosła się chichotem.

Ta. Nie dość, że emo, to jeszcze nieletni alkoholicy. Świetnie trafiłam. Poza tym już widzę, co by się ze mną stało, gdyby tata dowiedział się, że skosztowałam czegoś z procentami przed ukończeniem osiemnastki. Mama pewnie tylko by się ze mnie śmiała, ale on… Nie wyszłabym z tego w jednym kawałku.

– Naprawdę dzisiaj nie mogę – oznajmiłam. Chyba to sobie nagram i będę tylko puszczać za każdym razem, gdy zrobi przerwę, w której mam się odezwać…

Mój Kot jakby znikąd raczył właśnie wtedy pojawić się w przedpokoju. Wszedł energicznym krokiem, jak zwykle nienaturalnie ciekaw gości, zerknął na nich… i stanął jak wryty.

– Ojej, jaki śliczny kotek! – zawyła Gabrysia i rzuciła się w jego stronę, niemal taranując mnie w drzwiach. – Jaki fajny, jaki cudowny! – Złapała zwierzę, zanim zdążyło otrząsnąć się z zaskoczenia i zniknąć, i przytuliła mocno. – Jak się wabi? Jaka to rasa?

– Nazywa się… właściwie to Kot – westchnęłam. No chyba nie przytoczę jednego z pozostałych przezwisk rodzaju Dzidziek… – Syjamski.

– A ile ma lat? To kocurek, prawda? – Nie przejmując się, że Kot ze szczerym obrzydzeniem w oczach odsunął łapkami jej twarz, zanim zdołała go pocałować, ekscytowała się dalej. – Jak właściwie można nazwać kota Kotem?

– Normalnie. – Wzruszyłam ramionami. – Lat ma sześć. I wiesz, on chyba chciałby, żebyś go puściła – zaznaczyłam nieśmiało.

– Ojej, no dobrze, a tak fajnie się dogadywaliśmy… – Gdy już rozluźniła uścisk, Kot nareszcie zeskoczył na podłogę, nasyczał na nią, prezentując pełne uzębienie, i odszedł z godnością, warcząc. Serio. – To co z tym wyjściem?

– Nie mogę dzisiaj – powtórzyłam niemalże cierpliwie.

– O, no ile mam cię jeszcze przekonywać?! Chodź, albo zaciągniemy cię siłą! Nie, Wiki? – Szturchnęła zbolałą dziewczynę pod żebra tak mocno, że ta prawie się przewróciła. – Idziesz z nami i koniec, odmowy nie przyjmujemy!

No jak pragnę zdrowia, DAJCIE MI TEN PRZEKLĘTY NÓŻ!

– Może następnym razem.

– Och. No nic. Chciałam dobrze. To do następnego. Cześć! – Pomachała, zrobiła słodki dzióbek i wreszcie pozwoliła mi zamknąć drzwi.

Ja pierdykam, ale się wrobiłam… Przecież to jasne, że ona mi tego „następnego razu” nie zapomni!

Byłam wściekła. I to nie tak, że trochę poprzeklinałam w myślach, pozaciskałam ręce w pięści, wyobraziłam sobie, jak coś emosię zjada i mogłam funkcjonować dalej – o nie! Mnie po prostu aż trzęsło. Owszem, zdarzają mi się ataki złości – i to czasami tak ślepej i bezsilnej, że czuję się tak, jakbym miała wyjść z siebie, a nieraz doprowadzają mnie do tego najmniejsze głupoty – ale dawno nie było aż tak źle. Nie mam pojęcia, czy opanowujące mnie uczucie było silniejsze, czy po prostu było to spowodowane tym, że zwykle w chwilach swoich napadów miałam jakieś chore szczęście, że mogłam ewakuować się z domu i gdzieś w wilczej skórze wyżyć się na Bogu ducha winnym drzewie w lesie… grunt, że aż mnie dusiło. Trzęsłam się, bezsilnie wbijałam paznokcie w skórę dłoni, chodziłam po pokoju, w myślach odliczając od tysiąca w dół w nadziei, że to zaabsorbuje mnie na tyle, że niedawna rozmowa zdąży we wspomnieniach nieco wyblaknąć… Nic z tego! W życiu nie przypuszczałam, że istnieją ludzie, którzy mogą aż tak doprowadzać mnie do szału. No bo przecież co ona zrobiła oprócz tego, że jest nieco natrętna? Z pewnością nie zasłużyła sobie na aż takie emocje. Tylko że ja nijak nie potrafiłam sobie tego wytłumaczyć. Od samego początku, odkąd tylko pierwszy raz ją zobaczyłam, gdy została wprowadzona do klasy w środku lekcji przez przesadnie uśmiechniętą dyrektorkę, Gabrysia mnie denerwowała. Tak, wcześniej też zdarzało mi się, że natykałam się na kogoś, kogo nie lubiłam właściwie bez powodu – to przecież normalne, każdy tak ma – ale nigdy do tego stopnia, żeby aż tak mi to zdrowie psuło… Dobrym przykładem jest chociażby to, że ja właściwie nie potrafię być niemiła dla ludzi, za którymi tak po prostu nie przepadam. Unikam rozmów z nimi, nie nawiązuję sama kontaktu, mało się odzywam w ich towarzystwie, ale nigdy, za żadne skarby nie powiedziałabym wprost, że jest z nimi coś nie tak. A przy Gabrysi byłam z każdym dniem coraz bliższa, żeby właśnie to zrobić…

Rodzice rozmawiali cicho w salonie, lecz nawet nie skupiałam się na ich słowach. Jedynym, czego pragnęłam, było przyobleczenie skóry wilka i biegnięcie przed siebie tak długo, aż nie miałabym siły na stawianie kolejnych kroków. Tak długo, aż problemy znalazłyby się nareszcie za mną… Gabrysia, tajemnicze dziury w ziemi, wojna między wilczymi sforami – tego było dla mnie za dużo jak na jeden raz. Byłam niewyspana, wykończona wszystkim i tak wściekła, że aż chciało mi się wyć i bić pięściami w ściany.

Okazja do zwinięcia się na zewnątrz nadeszła dopiero późnym wieczorem – a właściwie nawet nocą, gdy rodzice bezpiecznie zamknęli się w sypialni po tym, jak obwieściłam im beztrosko, że kładę się spać. Odczekałam chwilę, chcąc nabrać pewności, że stracili czujność, i ruszyłam do drzwi, drżąc z niecierpliwości. Widząc, że zamknęli je na zasuwkę, zdecydowałam się jednak na kuchenne okno. Wprawdzie oznaczało to kolejne nadwyrężenie lęku wysokości i przemaszerowanie tuż pod nosami rodziców, bo moje kochane kuchenne okno znajduje się tuż obok tego wychodzącego z ich sypialni, ale podejrzewam, że nawet w takim wypadku narobię mniej hałasu, niż siłując się ze starym jak świat zamkiem. Nasze drzwi nie sprzyjają otwieraniu ich niepostrzeżenie…

Na dworze było ciepło, więc nie decydowałam się na glany – zniesienie ich mogłoby być lekkim problemem. Trampki związałam razem sznurówkami i przewiesiłam sobie przez szyję. Wyszłam ostrożnie na rusztowanie, do ostatniego momentu przytrzymując się kurczowo parapetu w obawie, że konstrukcja zatrzeszczy. Przymknęłam okno, dziękując w duchu lenistwu taty, który od kilku lat nie potrafił go wyregulować, dzięki czemu zacina się o ramę na tyle mocno, że nawet najsilniejszy wiatr go nie poruszy. Z trudem wcisnęłam na swoje miejsce moskitierę. Z ulgą zauważyłam, że nikomu nie przyszło do głowy poskładać metalowych drabinek, odkąd to ja je porozkładałam, więc, starając się nie myśleć o tym, ile metrów dzieli mnie od ziemi, bo robiło mi się wtedy niedobrze, zabrałam się za schodzenie na dół.

To nie tak, że ja się nie boję. Nienawidzę tego sposobu dostawania się na dół, i to z całego serca. Nie dość, że czuję się przez to jak bohaterka jakiegoś wyjątkowo nieudanego blogaska o zbuntowanych nastolatkach, którym wszystko w życiu wychodzi, to jeszcze… mam zwyczajnego pietra. I to jakiego! Lęk wysokości mam koszmarny – już samo to, że nie jestem w stanie wejść na drabinę, by wymienić żarówkę, mówi chyba wiele – ale zwyczajnie wilczy Zew jest często zbyt silny, by przejmować się czymś takim. Wystarczy przecież nie patrzeć w dół… A i gdy mam się czego trzymać, jest trochę lepiej. Rusztowanie to o tyle przyjemna sprawa, że ma nawet kulturalne barierki po bokach kładek, więc gdy zacisnę na nich dłonie tak, że aż mi palce drętwieją, i powstrzymam się od rozglądania, da się jakoś przeżyć. Czasu zajmuje mi to całkiem sporo, bo co kilka metrów muszę przystawać i uspokajać już i bez tego za szybko bijące serce, ale w końcu udaje mi się dotrzeć na dół.

Chyba że, tak jak dzisiaj, komuś zdarzy się zdemontować ostatnią drabinę i wynieść ją cholera wie gdzie.

Zatrzymałam się nad dziurą w wykonanej z płyty wiórowej kładce, nie bardzo wiedząc, co teraz zrobić. Normalny człowiek pewnie dałby radę zeskoczyć – do ziemi miałam jakieś dwa metry – ale ja… Powiedzieć, że strach mnie obleciał, to jak nic nie powiedzieć. W razie czego cofnęłam się kilka kroków, jakby brak drabiny mógł mnie pogryźć, i przykucnęłam, mając nadzieję, że w typowo słowiańskiej postawie jakoś łatwiej będzie mi myśleć. Nie pomogło. Założyłam wreszcie buty, kilka razy odetchnęłam głęboko i wreszcie… skoczyłam. W locie przemieniłam się w wilka, licząc na to, że w ten sposób trochę zamortyzuję lądowanie, ale efekt był taki, że zamiast tylko dwóch, zabolały mnie wszystkie cztery kończyny. Otrząsnęłam się, przemieniłam w człowieka i postanowiłam rozejrzeć za drabiną. Na szczęście znalazłam ją w piwnicy. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła…

Chwilę siedziałam na schodkach przed blokiem, myśląc, co mogłabym teraz ze sobą zrobić. Złość opuściła mnie w jednej chwili, jak tylko wciągnęłam w płuca dziwnie ciepłe nocne powietrze, nagle wyparta kolejną dawką niepokoju. Przecież połowa października za nami. Nie powinny zacząć się już nocne przymrozki? Nadal jest gorąco, chyba nawet cieplej niż w dzień – zaczynałam pocić się pod cienką skórzaną kurtką, choć oprócz niej miałam na sobie tylko mocno podarte dżinsy i cienką podkoszulkę. Nawet wiejący od strony granicy miasta wiatr był podejrzanie delikatny i niósł ze sobą zapach… nagrzanych słońcem liści? Wysiliłam słaby ludzki węch, próbując jeszcze raz odnaleźć dziwną nutę. Tak, to ewidentnie był aromat świeżej zieleni latem. Całkiem ciekawa sprawa, zważywszy na to, że większość liści już uschła i opadła…

Coś ścisnęło mnie w gardle. Znowu opanowało mnie politowanie dla samej siebie – jakim cudem nie zauważyłam tego wszystkiego wcześniej? Przecież zmiany zaszły już naprawdę daleko. Sam zapach nocy jest zupełnie inny. Duszny, obcy… kojarzący mi się z zapomnianym, niejasnym snem.

Wstałam, otrzepałam się z kurzu i ruszyłam wolnym krokiem przed siebie. Dopiero po kilku metrach zauważyłam, że jest też niezbyt gęsta mgła. Wokół latarni przybierała wręcz pomarańczowy odcień, by dalej mienić się wszelkimi odcieniami fioletu, purpury i wreszcie ciemnego granatu. Zdawała się być odporną na wiatr, trwając dumnie w miejscu. Jak twór z innego wymiaru…

Nie wiem dlaczego, ale nogi same zaprowadziły mnie na raczej opustoszały o tej porze dwupoziomowy parking. Zwykle unikałam szwendania się po terenie wielkiego hipermarketu, obok którego stał mój blok, bo kręciło się tam sporo ludzi, często nawet w porze nocnej, gdy można było pojeździć beztrosko na deskorolkach po równym asfalcie i wypić piwko na ławkach, ale teraz odczułam jakąś dziwną potrzebę znalezienia się tam. Jakiś czas chodziłam po placu, bez celu zataczając ósemki wokół nowoczesnych halogenowych latarń, przysiadłam na chwilę na murku koło barierki w miejscu, gdzie parking przypominał nieco wielki balkon. Tuż pode mną przeszło stadko dresiarzy, strąciłam im na głowy kilka odłamków tynku, lecz nawet tego nie zauważyli. Aż poczułam się urażona.

W wilka zmieniłam się chyba po godzinie, gdy całe moje ciało opanowało coś w rodzaju Zewu, co jednocześnie niekoniecznie nim było. Nie potrafiłam wytłumaczyć, na czym polegała różnica, lecz była na tyle duża, bym bez problemu ją wychwyciła. Nie czułam, że oszaleję z pragnienia znalezienia się w wilczej skórze. Ja miałam wrażenie, że jeśli się natychmiast nie zmienię, stanie się coś strasznego… W czarnym futrze było mi jakoś bezpieczniej.

Do czasu.

Silne zdenerwowanie wychwyciłam właściwie tylko przez przypadek. Nie zamierzałam dzisiaj dołączać do jakiejkolwiek sfory, tym bardziej tej, w której czekała na mnie ostrząca zęby Wiktoria, więc nie skupiałam się na wyszukiwaniu w eterze cudzych myśli, te jednak okazały się na tyle wyraziste, że nie potrafiłam ich zignorować. Przystanęłam na moment, zamierając z jedną łapą w górze, jak wystawiający zwierzynę pies myśliwski.

Czy coś się stało? – pomyślałam nieśmiało.

Wilcze wzburzenie było tak ostentacyjne, że aż prawie się skuliłam. Strach, niepewność, wściekłość – przewijało się w tym prawie wszystko, o czym tylko mogłam sobie zamarzyć. Czegoś się cholernie bali. Kilkoro krążyło niepewnie, nie mogąc ustać w miejscu, ktoś sklął mnie w bardzo wymyślny sposób. Nikt nad tym właściwie nie panował. Geri jako tako próbował, ale kiepsko mu szło – nie posiadał mocy, którą mógłby nakazać ciszę, a ciężko jest bez tego wymóc na kimś, by przestał myśleć. Doskonale to rozumiem. Nam też parokrotnie odbiło, gdy Quills się spóźnił na spotkanie…

Tylko że tym razem nie mogło chodzić o jakieś głupie spóźnienie. Byli na to zbyt przerażeni. Moim pierwszym skojarzeniem było to, że coś wylazło z dziwacznej dziury w ziemi, jaką niedawno mi pokazywali.

Coś znowu z niej wyszło, coś strasznego, coś, co zwiastowało…

Nie, dość.

Dlaczego jesteście aż tak zdenerwowani? – niecierpliwiłam się, nie mogąc wyczytać z myślowego bałaganu niczego konkretnego. Nie dość, że ich nie znałam, to już przez samo zdenerwowanie nie mogłam rozróżnić, które wspomnienia i myśli należały do kogo. Żadna z nich nie miała sensu, jeśli oderwać ją od kontekstu.

Ty robisz sobie jaja? – syknął Geri, beta Aresa.

Nie, pytam z czystej uprzejmości – burknęłam. – Ale co mnie to, sami się martwcie…

Nie przypuszczałam, że nabierze się na szczeniackie zagranie typu „jak nie chcesz, to nie powiem, ale będziesz żałował”, ale ewidentnie wyczułam od niego zainteresowanie. I dobrze, bo już mnie zaczynała od tego poważnie boleć głowa.

Mamy problem, mówiąc w skrócie – wytłumaczył wreszcie. – I to na tyle duży, że… ciężko w niego uwierzyć.

Prostymi słowami poproszę – warknęłam. Wiktoria zaklęła, z opóźnieniem natykając się na moją obecność. Poczułam coś w stylu złośliwej satysfakcji, gdy tak jasno pokazała, jak działam jej na nerwy. Dobrze, niech się wścieka, może się zmęczy i nie będzie mnie dłużej irytować…

Mała, powinnaś nieco uprzejmiej – wycedził ktoś.

Ona nie zna swojego miejsca! – warknął inny głos. – Ares źle zrobił, że pozwolił jej…

No, na co mi pozwolił? – wycedziłam. Przysłowiowa żyłka pękła mi definitywnie. Jeśli myśleli, że do tej pory byłam nieuprzejma, to obawiam się, że zaraz spotka ich drobne rozczarowanie… – Na to, bym mogła chwilę poczekać z podporządkowaniem się komuś, komu nie powinnam się podporządkowywać z racji urodzenia? Czy na to, bym była sobą? Czy może nie pasuje wam to, że nie zgodził się, żebyście mieszali mnie z błotem, gdy wam się spodoba? Kurde, ludzie, przystąpiłam do waszego stada. Chyba nie tak traktuje się wilczą siostrę, co?

Ty powiedziałaś, że ja nie zasługuję na to, by mi się podporządkować?! – spieniła się Wiktoria.

Ares pozwolił, byś ignorowała nasze prawa!

Masz się za lepszą od nas…

Przepędźcie ją!

Jak tylko tutaj przyjdzie…

Chwila, moment, zaczekajcie. Przecież ona naprawdę nie wie, o co chodzi – przerwał im inny. – Geri, wytłumacz jej to jakoś w skrócie. A wy łaskawie usiądźcie na tyłkach i poczekajcie. I tak nie możecie wygonić jej ze stada. No, Geri? Mów.

No… Jakby to… – Beta sam nie wiedział, czy powinien ze wściekłości drzeć pazurami ziemię, czy usiąść i się rozpłakać. – Obawiam się, że Ares zniknął.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 366
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!