Pozory Mylą – Rozdział 2. Strażnik

— Myślę kochana, że krzyżyk powinien być tu. — Wskazałam na jeden z kwadratów, mówiąc do swojego odbicia.
— Oczywiście, że wiem. Nie jestem głupia! — obruszyło się odbicie, krzyżując ręce na piersi. — Ciesz się, że dostałaś od tych Avengers chociaż marker. Przynajmniej masz coś do roboty.
— Jakże im jestem wdzięczna — westchnęłam z udawaną radością. — Aż zacznę budować podobizny Tony’ego Starka z papki, którą mi dał do jedzenia. Cokolwiek to jest…
Dlaczego dali mi takie obrzydlistwo? To ohydne! Przypominało wrzucenie kilku przypadkowych produktów spożywczych w mikser i wylanie tego co wyszło na talerz.
Uniosłam papierowy widelec, którym trzeba było zjeść jedzenie, bo inaczej by zmiękł. Nie mogli dać chociaż plastikowego?!
— Głupi idioci! — warknęłam pod nosem, kopiąc w szybę. — Nawet mnie nie odwiedzą i muszę gadać do własnego odbicia! Co mogę zrobić? Ta cela nie jest jednak ta super!
Jeżeli jestem tutaj, to oznacza, że prawdziwy Kameleon jest na wolności. Musi w końcu obrobić bank czy zaatakować miasto. Wtedy Avengersi się zorientują, że nastąpiła straszna pomyłka. Tylko ile mam jeszcze czekać? Równie dobrze, to może stać się za cholerne tygodnie!
Odetchnęłam głęboko, aby uspokoić myśli i oddech.
Podeszłam do szyby, zastanawiając się nad słowami Iron Mana.
„W rogach pomieszczenia, jak i na korytarzach znajdują się kamery, które działają dwadzieścia cztery na dobę. Metal jest podwójnie wzmocniony i pokryty stopem vibranium. Przez określone godziny, Kameleon, będzie przez nas pilnowany. A nawet gdyby ominął te wszystkie zabezpieczenia, zostanę poinformowany przez J.A.R.V.I.S.A. o ucieczce więźnia. Wieża zostanie natychmiast zamknięta na cztery spusty i nikt nie będzie mógł stąd wyjść”.
Kamery…
Spojrzałam na rogi pomieszczenia i rzeczywiście były tam kamery, ale co mi z tego? Wątpię, aby ktoś ciągle obserwował moją osobę. W końcu jestem uwięziona. Poza tym, łatwo się zorientować czy są wyłączone czy nie. Świeci się tam teraz zielone światełko. Czyli jest najprawdopodobniej włączona. Nie mogli dać na przykład fioletowego albo granatowego…?
Tylko co z metalami? Stop vibranium? Co to jest? Znam żelazo, miedź, ale to coś? Nie przypominałam sobie, aby o tym uczono w szkole.
Jednak coś o nim słyszałam. Chyba jest z niego zrobiona tarcza Kapitana Ameryki, która była uznawana za niezniszczalną. Jeśli tak jest, to nie dam rady się przez niego przebić.
Będę także pilnowana, ale w jakim sensie? Przecież są kamery. Po co mieliby dodawać kolejne? Chyba, że oni sami będą mnie pilnować. Osobiście. Przyjdzie tu pewnie jeden z nich. Reszta będzie musiała chronić miasto. Bądź będą chcieli wynająć strażników do tego zadania, ale mieliby ryzykować przy Kameleonie, którym rzekomo jestem?
Sztuczna inteligencja, nie będzie pomocna w tej sytuacji. Zamknięcie w wieży także.
,,Jak ja mam stąd wyjść?” — pomyślałam z wściekłością, nie mogąc się powstrzymać od uderzenia dłonią w szybę.
Muszę opracować plan.
Jeżeli przyjdzie tu jeden z nich, na pewno mi nie uwierzy. Chociaż Kapitan Ameryka, wydawał mi się z nich wszystkich najmilszy. Jako Pierwszy Mściciel, wydawał się wzorem cnót, lecz jako jeden z członków zespołu, także mógł mi nie uwierzyć. Jednak nie było to nieosiągalne.
Tu potrzeba sprytu.
Może zamiast być dla nich wrogiem, powinnam być… przyjacielem? Przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Idealna maksyma. Pokażę im, jaka naprawdę jestem. Nie zawodowym mordercą i złoczyńcą, a zwykłą dziewczyną. Jeżeli będę dla nich miła, a nie wredna, to zorientują się, że zaszła pomyłka.
Mam taką nadzieję. Najchętniej dostaliby ode mnie w pysk, ale uderzeniem w twarz wątpię, abym ich przekonała. Nawet jeśli byłaby to pierwsza rzecz jaką bym zrobiła…
Było jeszcze wcześnie, więc miałam trochę czasu, aby obmyślić jak to ma przebiegać. Mój plan musi zadziałać. To jest moja ostatnia deska ratunku. Jednak muszę wiedzieć, kto będzie mnie pilnować.

***

Minęło trochę czas, podczas którego ustalałam w myślach wszystkie przebiegi rozmów z konkretnymi bohaterami. Zupełnie jak w grze otome! Tylko tym razem od zdobycia uczucia, zależało mi bardziej na wolności. Przekonanie Kapitana Ameryki nie powinno być takie trudne, ale liczenie że przyjdzie akurat osoba, której potrzebowałam, było głupie. Musiałam przygotować się na każdą ewentualność. Nawet na Tony’ego Starka, którego nie chciałam widzieć na oczy. To zwykły cham i prostak.
Minęła godzina trzynasta, a mimo to nikt nie przyszedł. Dostałam za to talerz jedzenia, z wnęki w ścianie.
Kolejna papka. Czy to ziemniaki… z grzybami? Cholera, co to miało być za danie?
Przyglądałam się papce z każdej strony, grzebiąc jeszcze w środku. Czy tu był kawałek macki? Chyba nie powinnam ryzykować… Nawet jeśli miałabym nic nie dostać.
Włożyłam talerze z sztućcami z powrotem do wnęki. Po chwili, nim się spostrzegła, talerz poleciał do góry, przy mocnym podmuchu powietrza.
Zaczęłam z nudów, zastanawiać się nad sensem istnienia, aż około godziny drugiej, drzwi otworzyły się.
To nie był miliarder ani Kapitan Ameryka, chociaż na niego liczyłam. Wiedziałam, że Los zawsze musi być przeciwny mym życzeniom…
Przyjrzałam się mężczyźnie.
Szatyn o niebieskich oczach. Umięśniony, co wywnioskowałam po widocznych ramionach. Miał na sobie czarny strój bez rękawów. Przypominał bardziej tajnego agenta z filmu niż Avengera. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Przyjrzał mi się tylko czujnym wzrokiem i usiadł po mojej lewej stronie opierając się plecami o ścianę.
„Tylko tyle?” — pomyślałam zdziwiona. „Normalnie wejście smoka”!
Tylko usiadł na podłodze i patrzył się w jakiś punkt przed sobą. Co chwilę zerkał na mnie co robię, a następnie znów odwracał wzrok.
Dość nietypowe zachowanie.
Czy to nie jest przypadkiem, Hawkeye? Jeden z lepszych agentów, który strzela z łuku? Także był w drużynie Avengers. Chyba tak… Jeżeli dobrze pamiętam, to nazywał się Clint Barton. Skoro był kiedyś agentem albo nadal nim jest, nie nabierze się na moje sztuczki. Zdobycie jego zaufania, już teraz wydaje się trudnym zadaniem. Już przekonanie Kapitana albo Thora wydawało się prostsze… Dlaczego musiałam trafić na tego typa? Niby lepszy od Starka, ale to mimo wszystko agent. Jeśli odpowiednio go nie zmanipuluję, tylko pogorszę sprawę. Nie powinno się wykorzystywać innych, ale to oni zaczęli, wsadzając mnie do więzienia!
— Clint Barton, zgadza się? — odezwałam się z nieśmiałym uśmiechem, choć najchętniej zaczęłabym na niego tymi ślicznymi usteczkami bluzgać. — Jestem Alex.
Spojrzał w moją stronę, obojętnym wzrokiem. Może tylko sprawiał wrażenie oziębłego? Ciężko było określić czy to było jego prawdziwe zachowanie, czy gra aktorska.
— Kameleonie, nie wiem po co ci to jest potrzebne, ale możesz mówić do mnie najwyżej, agent Barton. Nie zasługujesz na nic więcej.
Zacisnęłam dłonie w pięści, widząc, że wyraz twarzy po tych słowach nie zmienił się ani trochę. Nie byłam niczemu winna! Żadnym śmieciem, który oskarża innych za to czego nie zrobili! Cholerni kretyni! I tacy jak on bronią nasze miasto? Phi! To jakaś kpina! Gdyby nie to, ze muszę się stąd wydostać, oplułabym ci twarz ty cholerny, pieprzony…
— Nie miałam zamiaru tego wykorzystywać — spróbowałam znów zacząć rozmowę, starając się, aby nie zadrżał mi głos. — Jestem po prostu ciekawa. Jakie jest twoje ulubione zajęcie?
— Co takiego? — Spojrzał na mnie z ledwo widocznym zdziwieniem. Chyba nie spodziewał się takiego pytania… Punkt dla mnie!
— Co lubisz zazwyczaj robić? — powtórzyłam zachęcająco, czując jak wzrasta moja pewność siebie. — Poza ratowaniem świata, oczywiście.
— Czemu chcesz to wiedzieć? — zapytał podejrzliwie, jakbym miała tą informacją doprowadzić do zagłady świata.
— Jestem tylko ciekawa. — Wzruszyłam, niby od niechcenia, ramionami. — I tak nie mam nic lepszego do roboty. Można powiedzieć, że jesteś moim wybawcą!
„Chyba w twoich snach, kretynie”!
Przyjrzał mi się jeszcze raz czujnym spojrzeniem, lecz nie wyglądał na przekonanego.
Myślał, że wykorzystam to przeciwko niemu lub Avengersom, ale nawet ja sama nie miałam pomysłu, co mogłabym z tą informacją zrobić. Najwyraźniej u nich wszystko jest możliwe.
— Ćwiczę na siłowni. Trenuję — odpowiedział, uważnie przyglądając się mojej reakcji na jego słowa.
To było doprawdy zabawne. Nie miałam nic do ukrycia, a on dalej podejrzewał mnie, co najmniej o zabójstwo. Poza tym i tak wiedzieli o mnie więcej niż ja sama. Musieli mnie obserwować, inaczej nie wiedzieliby, że nie będę szła poprzedniego dnia do pracy.
— A może coś prócz pracy jako Avenger? — zadałam kolejne pytanie, czując, że przy takim podejściu agenta, nasza rozmowa daleko się nie rozwinie. Od razu było widać, że nie mówił wszystkiego. Nie chciał mi zdradzić za dużo, choć naprawdę nie wiedziałam, w czym mi to ma pomóc. Najważniejsze było w tym momencie zdobyć jego zaufanie! Chociaż w najmniejszym stopniu!
— Lubię grać w piłkę nożną. Kibicuję naszej drużynie — rzekł, obserwując mnie uważnie.
— Nareszcie jakiś konkret. — Uśmiechnęłam się z ulgą, słysząc normalną odpowiedź i braku ironii. – Ja także jestem za naszymi. Gram jednak średnio. Wolę badmintona.
Skinął głową, wciąż mając obojętny wyraz twarzy. Musiał mieć to dobrze wyćwiczone. Może robi tak każdy agent. Jednak w filmach nigdy tego nie zauważyłam.
— Ciekawe — odparł tylko, głosem wypranym z emocji.
— A co lubisz jeść? Moje ulubione danie to spaghetti. Robię do niego własny sos pomidorowy. Za to, na szczególne okazję jem jabłecznik z dodatkiem cynamonu. Mama mnie nauczyła go piec. Mówię ci, niebo w gębie!
Zaczęłam trajkotać jak najęta. Zapomniałam nawet, komu to mówiłam. Dopiero teraz się zorientowałam, jaka byłam samotna przez te ostatnie dni. Musiałam się komuś wygadać, a najbliższą ofiarą był właśnie łucznik.
Westchnął, rozdrażniony tą moją gadaniną. Nie miał najwyraźniej jeszcze takich problemów z więźniem. Trudno to jednak było nazwać problemem.
— Czy musisz tyle gadać? — zapytał zniecierpliwiony.
— Trzeba było mnie tu nie więzić — odparłam zirytowana, że mi przerywa.
— Trzeba było przestrzegać prawa.
— A co ja niby robiłam przez całe życie? — spytałam retorycznie, czując narastającą wściekłość. — Tylko raz wzięłam bez pytania, gumę do żucia koleżance. To było jednak w drugiej klasie! W porównaniu do innych powinnam zostać świętą!
— Wiesz ile osób zabiłeś, Kameleonie? Trzydzieści trzy! Powinieneś teraz siedzieć w więzieniu, ale miałeś szczęście, że trafiłeś tutaj. Traktujemy cię ulgowo pomimo, że wcale na to nie zasługujesz — mówiąc to, niemal splunął.
Oddychałam z trudem, z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. Jak można być tak niesprawiedliwym?
Podkuliłam nogi, ukrywając przed nim twarz. Nie chciałam, by widział jak lecą mi łzy. Nie teraz, ani nigdy.
Oddychałam spokojnie, zaciskając zęby. Otarłam szybko łzy i spojrzałam mu śmielej w oczy.
— Zasługuję na więcej, niż ci się wydaje — odparłam z mocą.
Nie odpowiedział, wyglądając na znudzonego. Co to, to nie, kolego!
Wpatrywałam się w niego intensywnie, nie zamierzając kapitulować. Nie pozwolę sobie zmarnować szansy jaką dostałam. W innym przypadku, zostanę uwięziona na znacznie dłużej i być może… zostanę tu na zawsze.
Wciąż nie spuszczałam z niego oka, ale mężczyzna nie wytrzymał zbyt długo.
— O co ci chodzi? — zapytał w końcu, wyglądając na znudzonego.
— Nie możesz mnie tak traktować! — odparłam z mocą w głosie, której wcześniej nie słyszał.
ؙ— Nie rozumiem.
— Nie jestem śmieciem! Znam swoją wartość i powinieneś to uszanować! Nieważne kim miałabym być, zasługuję na szacunek! — mówiłam coraz bardziej zirytowana, powoli przestając nad sobą panować. — I ty jako członek drużyny Avengers, tym bardziej powinieneś o tym wiedzieć. Jeżeli tak masz zamiar traktować innych, nie zasługujesz na miano bohatera!
Dyszałam z emocji, mając wrażenie, że zaraz z uszu i nosa buchnie mi para jak w kreskówkach. Mina Avengera już nie wyrażała znudzenia czy obojętności, a zaciekawienie.
— Widzę, że mamy wymagania. Coś jeszcze? — zapytał, a jego usta drżały, jakby z trudem ukrywał… uśmiech?
— Jedyne czego pragnę to szacunku do mojej osoby — odpowiedziałam pewnie, uderzając się wojowniczo w pierś.
„I wydostania się z tej klatki” — dodałam w myślach, lecz wątpiłam, aby akurat na to mi pozwolił…
— Domagasz się szacunku? Ciekawe… — powiedział z drobnym uśmieszkiem na ustach, na co nie dowierzałam. Czemu był taki rozbawiony? Co takiego powiedziałam?
— Tylko tego chcę. Niczego więcej. Czy mogę chociaż na to liczyć? — spytałam z nadzieją, robiąc minę zbitego szczeniaka.
Znów na jego twarzy zagościła powaga, lecz tym razem wyglądał na zamyślonego. Widocznie kalkulował wszystkie za i przeciw. I bardzo dobrze! Nie mogę pozwolić, aby pomiatano mną z każdej strony. Nie pozwolę, aby znów ktoś mnie zranił i obrażał, kiedy mu się podoba!
— W porządku — zgodził się w pewnym momencie, nadal na mnie nie patrząc.
Uśmiechnęłam się szeroko, wypinając dumnie pierś.
Nieopisana ulga. Można to nazwać sukcesem. Już to, że się zgodził o czymś świadczyło. Nie miał jednak serca z kamienia. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Po chwili wstał i ruszył w stronę wyjścia. Zamknął drzwi, a ja znów zostałam sama.
Mogłam to inaczej rozegrać. Zdenerwował mnie. Nie powinnam przy nim tak reagować. Upewni się tylko w przekonaniu, że jestem zła. Nie chcę tego. Jeżeli jutro znów się pojawi, opanuję emocje. Jak on. Nie dam nic po sobie poznać. Jestem silna, poradzę sobie. Pokażę im wszystkim, że zadarli z niewłaściwą osobą.

Autor NekoEchoo
Opublikowano
Kategorie Marvel
Odsłon 434
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!