Evanstan: Najtrudniej jest nie grać // Rozdział 1. Oddaj mi ten uśmiech

2010r.

      Miał wrażenie, że ten jeden moment sprawił, że się zakochał. Zapatrzył się w te ładne usta rozciągnięte w uśmiechu i tyle wystarczyło, by przepadł. Piękny widok. Przelotnie zastanowił się, jaki smak mają kształtne wargi, jak byłoby poczuć je na swoich… zatracił się w emocjach, jakie podsuwała mu wyobraźnia, zagubił się w uczuciu, którego powinien nie znać.

      – Seb? O czym myślisz?

      Wyrwał się ze stanu, w jakim się znalazł, odwzajemnił spojrzenie Chrisa… szlag, oczy też miał ładne… poczuł się winny temu, w jaki sposób go odbierał. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien poddawać się temu, jak Evans na niego działał, właśnie przez to wpadł, został przyłapany. I co miał mu teraz powiedzieć? Przepraszam, Chris, zastanawiałem się jak całujesz? Na samą myśl zrobiło mu się słabo ze stresu, choć przecież wiedział, że takie słowa nigdy nie padną. Jego towarzysz nie patrzył na mężczyzn w sensie romantycznym, on sam wcześniej też nie, ale nie będzie mu komplikował życia. Musi wytrzymać sam z tym, co do niego czuje.

      – I co, Seb? Namyśliłeś się już, czy mi odpowiesz?

      – Przepraszam, zawiesiłem się. – rzucił wymijająco.

      – Jesteś dzisiaj wyjątkowo elokwentny. Więcej bym usłyszał, gdybym rozmawiał sam ze sobą.

      Ton Evansa miał zaczepne wybrzmienie, a jego wargi znów uniosły się w uśmiechu, równie bezczelnym jak jego głos, ale był przy tym niesamowicie… ujmujący. Prawdziwą siłą woli zmusił się, by znów się nie zatracić. Siedzieli naprzeciwko siebie w małej kawiarni i Chris przechylił się w jego stronę, podpierając się na blacie skrzyżowanymi i podwiniętymi pod siebie jak u kota przedramionami. Spojrzał niezamierzenie na jego umięśnione ramiona opięte przez obcisły materiał koszulki. Świetnie, bardzo tym sobie pomógł. Westchnął głębiej, nieco zbyt upojnie, będąc pod wpływem tego widoku i uniósł do ust kawę, którą uprzednio zamówił, aby to zamaskować. Upił łyk, udając, że nie widzi prowokującego spojrzenia Evansa.

      – Chris, błagam, daj mi odetchnąć. – powiedział wreszcie, odkładając filiżankę na blat.

      – Z tego, co przed chwilą słyszałem oddychasz bardzo sprawnie.

      Szczęka mu opadła, przez chwilę myślał, że będzie musiał ją zbierać z podłogi. Uciekł wzrokiem. Kolejny mądry ruch, pomyślał ironicznie, na pewno wcale nie wzbudził podejrzeń. Brawo, jeszcze trochę i całkowicie się zdekonspiruje. Udał, że zamierzał po prostu poobserwować trochę otoczenie, choć wiedział, że jest to spóźniona zagrywka.

      – Jeśli będziesz mnie prowokował, gdy piję, w końcu się zachłysnę, stracę przez ciebie dech i to będzie koniec mojej sprawności w tej kwestii. – odpyskował butnie, spoglądając ponownie w jego oczy.

      I to był błąd. Natychmiast pojawiła się niespodziewana myśl, że chciałby utracić przez niego oddech… tylko w innej, intymniejszej sytuacji. I chciałby także doprowadzić do tego, by to Chris nie potrafił zaczerpnąć powietrza z nadmiaru przeżyć. Przestań myśleć, nakazał sobie. Przestań myśleć. Zrobił się zły na samego siebie. I trochę wystraszony. Zbyt łatwo się rozkojarzał, zbyt łatwo zatracał się w marzeniach… w pragnieniach.

      – Odezwałem się dopiero jak skończyłeś, nie było możliwości, żebyś się zakrztusił. – Evans przybrał niewinny, lekko urażony ton, choć wyraźnie dobrze się bawił – Czym innym miałbym cię podjudzać?

      Seksownym spojrzeniem. Ponętnymi ustami wygiętymi w zaczepnym uśmiechu. Ciałem zachęcająco przechylonym bliżej. Wystarczy? Cholera, wystarczy.

      – Litości, błagam.

      I wtedy Evans zrobił coś, czym całkowicie go zagiął. Po raz kolejny patrzył na jego uśmiech. Był naprawdę piękny, tak bardzo piękny, że naraz zatęsknił za tym, by móc oglądać go w każdej sytuacji, by należał do niego… Chris, oddaj mi ten uśmiech… by mógł poczuć jak to jest dzielić z nim każdy rodzaj emocji, tych zwykłych i przyjacielskich… oraz tych bardziej osobistych. Intymnych. Zastanowił się, jaki byłby ten uśmiech, gdyby zobaczył go na jego twarzy po zbliżeniu cielesnym, jakie wyrażałby rozluźnienie, jaki stan, jaką błogość… Boże… Boże, który to już raz wpadł w pułapkę własnych pragnień? Otrząsnął się z tych myśli, mając nadzieję, że towarzysz nic z niego nie wyczytał, niczego się nie domyśla, bo przecież… dlaczego miałby się zorientować? Dlaczego miałby coś podejrzewać? Nie odwzajemniał tych uczuć. Sprawa zamknięta, koniec przesłuchania.

      Chris spoglądał na Sebastiana wspartego swobodnie o oparcie, będącego przez to odchylonym, lecz nie przeszkadzało mu to, mógł go sobie otwarcie lustrować wzrokiem. Podobało mu się, jak skrzyżowane na piersi ramiona nieco ją ścisnęły, przez co ładnie… ponętnie, bardzo ponętnie… odbiła się ona na cienkiej materii koszulki. Miał do niego słabość, do czego nigdy by się nie przyznał. Zwłaszcza przed nim. Podobał mu się fizycznie, a jego nogi… cholera, nigdy wcześniej nie widział takich długich i seksownych… I tak, może przeklinać, nie jest Kapitanem Ameryką, jedynie go gra. To różnica.

      Przyglądał się zamyślonej twarzy Stana, która jeszcze przed chwilą miała wyraz nieśmiałości pomieszanej z lekką nerwowością. Uwielbiał go prowokować, sprawiać, że nie wiedział, co odpowiedzieć, peszył się i uciekał spojrzeniem. Lubił jego charakter, jego wycofanie, o które teraz tak trudno w tym odważnym świecie, gdzie króluje otwartość i brawura. A kiedy go zaczepiał, mógł delektować się jego delikatnością, płochliwością… oczywiście, Seb szybko się uczył i potrafił ripostować, ale kiedy prowokował go bardziej znacząco, bezczelnie… dostawał to, czego od niego chciał. Nieśmiałość, która zmiękczała mu serce. Oczywiście chciał od niego znacznie więcej, bliżej i głębiej, ale wiedział, że nie może sobie na to pozwolić.

      – I co, Seb? Dałem ci chwilę ciszy. Znaj moją litość.

      Wolałby, aby jej nie zaznał. Wolałby… pokazać mu, jak bardzo jest nielitościwy, chciałby go… posiąść i nie dać mu możliwości wytchnienia. Zastanowił się, jak Seb by brzmiał, czy by krzyczał… Boże, pragnął go pod sobą… nad sobą… w każdy sposób.

      – Teraz ty się zawiesiłeś? Zgaduję, że nad sposobem, w którym pozbawisz mnie swojej litości.

      Drgnął zaskoczony, lekko się wystraszył, przez chwilę poczuł się, jakby Sebastian czytał mu w myślach… Boże… jakby wiedział o jego pragnieniach. Niepokojące wrażenie, a jednak… pobudzające. Spojrzał prosto w jego twarz i widząc jego rozluźnienie zyskał pewność, że po prostu go niewinnie zaczepił, nie zdając sobie sprawy z trafności tych słów. Spodobał mu się lekki uśmiech, który uniósł kąciki jego ładnych warg w górę. Boże, jaki był piękny… piękny…

      – Chris? Mam się bać?

      Otrząsnął się z lekkiego szoku, w który wprawiło go poczucie tak silnego zachwytu… i nagle pojawił się smutek, że ten uśmiech nie jest zarezerwowany dla niego. A gdyby był? Gdyby Seb uśmiechał się tak do niego… jako jego mężczyzna? Delikatnie się o niego starał, choć bał się do tego przyznać… prowokował, sprawdzając, na ile może sobie pozwolić i nie były to zwyczajne zaczepki. Podrywał go… wierząc, że uda mu się urzec go swoją osobowością. Zastanawiało go, jak powinien zinterpretować jego reakcje, czy peszył się, bo był delikatny, nieprzyzwyczajony do takiej nieoczywistej otwartości ze strony faceta… czy mimo wszystko jednak… poddawał się jego wpływowi. Tak bardzo o nim marzył i miał nadzieję… Boże, miał nadzieję, że też mu się podobał.

      – Chris?

      Wychwycił, że ton Stana zmienił się z zaczepnego na lekko zaniepokojony, zmusił się by wyrwać się z rozmyślań. Spojrzał uważniej w jego ładne oczy i mało brakowało, by znów się zatracił. Podobał mu się sposób, w jaki Seb na niego patrzył, było w tym coś, czego nie potrafił do końca rozszyfrować, jakaś… czułość? O Boże, tak.

      – Przepraszam, zawiesiłem się. – powtórzył jego wcześniejsze słowa.

      Otrząsnął się, przyozdobił twarz cwanym uśmiechem, a w odpowiedzi Seb uniósł kąciki ust, również się uśmiechając, nieśmiało, pięknie i… całe jego odzyskane opanowanie szlag trafił. Boże, był taki cudowny… jeszcze trochę i rzuci się przez blat, by pocałować jego pełne, kuszące wargi. Przesunął dłońmi przez twarz, udając zwykły gest, lecz w rzeczywistości zagłuszając słowa, które potrzebował wypowiedzieć.

      – Oddaj mi ten uśmiech.

      Cichy, niemal niesłyszalny szept… był pewien, że Seb nie usłyszał, że nie zdemaskował się we własnych emocjach. Nie był gotów, jeszcze nie… trochę bał się, że może się okazać, że jest jedynym, który czuje w ten sposób. Nie zdawał sobie sprawy, że idealnie zacytował myśl, którą Stan miał w głowie jeszcze parę chwil wcześniej. I wtedy usłyszał te słowa.

      – Jeśli tylko ty oddasz mi swój.

      Zamarł zaszokowany z rękami wciąż przy twarzy, niepewny jak zareagować. Miał w sobie tyle odwagi, którą potrafił speszyć Sebastiana, a teraz… kilka prostych słów sprawiło, że bał się na niego spojrzeć.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 728
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!