Prawda czy schizofrenia? – FrUk one shot

Westchnąłem cicho i rzuciłem plecakiem w kąt pokoju. Zmęczony usiadłem na łóżku, przeklinając klasę, szkołę, świat, a najbardziej siebie. Przecież nie ma to jak bycie dręczonym całymi dniami i wróceniem do domu tylko po to by kłócić się z rodziną. A ponoć młodość to taki cudowny okres życia. Kłamstwa.

– Co tym razem zrobili?

Usłyszałem nagły głos przy moim uchu. Nie wzdrygnąłem się, nie wystraszyłem i po prostu oparłem o ścianę, spoglądając na siedzącego mężczyznę obok mnie. Francis był moim jedynym przyjacielem, jedyną osobą, która w jakikolwiek sposób potrafiła zadbać o mnie i opiekować się. Chociaż przyjaciółmi również nie mogliśmy się nazwać, nasza relacja była dość skomplikowana, a on uznaje ją za bardziej romantyczną. To głupota. Ani razu się nie pocałowaliśmy, ani nie przytuliliśmy, jak w takim razie taka relacja ma być romantyczna? Jednak zawsze do mnie przychodził, po każdym czasie, który spędziłem w szkole, był przy mnie. I nie tylko wtedy. Jestem mu za to naprawdę wdzięczny, chociaż nie umiałem w odpowiednich słowach przyznać się do tego, on i tak sprawiał wrażenie, że wie o tym, więc nie musiałem się martwić.

– To samo co wczoraj, przed wczoraj, tydzień temu, miesiąc temu, rok temu, dwa lata temu.

Odpowiedziałem w końcu, nie chcąc ponownie opowiadać o swoim dniu, który ponownie był taki sam. Mój wzrok mimowolnie przeniósł się na dalej leżący plecak w kącie. Był cały brudny od jogurtu, nie mojego. Nie przejmowałbym się tym zbytnio jak zawsze, jednak bolał mnie fakt, że wszystko widział Alfred. Mój młodszy, popularny brat. Miał pełno przyjaciół był lubiany, jednak nigdy nie reagował jak tylko mnie gnębili, chodź doskonale wiedział co mi robią. Na początku chciał mi pomóc, ale wtedy szkoła zaczęła się do niego o to przyczepiać, więc przestał ignorując to wszystko. Rozumiałem go.

– W końcu będzie lepiej Arthur. Skończysz za niedługo szkołę, pójdziesz na studia, znajdziesz pracę, dom, oraz będziesz wolny, a w razie problemu, zawsze Ci pomogę.

Uśmiechnął się szeroko, co sprawiło, że sam się delikatnie uśmiechnąłem.

– Masz rację Fran.

Ta miła chwila nie trwała zbyt długo. Alfred wpadł do pokoju, ponownie zapominając o pukaniu. Nie wyglądał na zadowolonego.

– Zejdź na dół, mama chce z Tobą porozmawiać.

– Zaraz przyjdę.

Nic więcej nie mówiąc wyszedł zamykając za sobą drzwi. Nie chciałem z nią rozmawiać, wyrzekła się mnie, odkąd według niej zacząłem mieć problemy, a zostałem w tym domu tylko za sprawą Alfreda, kiedy jeszcze potrafił czasami się za mną stawiać. Nie potrafiłem jej nazwać swoją matką. Jedyną osobą w rodzinie, która potrafiła ze mną porozmawiać z własnej woli, oraz pomóc mi w każdej chwili był mój starszy brat Allistor, jednak wyjechał do Szkocji, przez co nie widywaliśmy się zbyt często, a nie mogłem z nim wyjechać, głównie przez jego problemy pieniężne.

Niechętnie jednak po chwili wstałem z łóżka, a Francis wstał zaraz za mną.

– Pójdę z Tobą.

– To nie jest do…

– Pójdę, choćbyś chciał mnie tu zamknąć.

Pokręciłem zrezygnowany głową i ruszyłem w stronę wyjścia. Czeka mnie kolejna kłótnia, jednak zdziwiłem się nieco widząc, że osoba, która mnie zrodziła, siedziała spokojnie przy stole w salonie, a na jej twarzy był spokój. Zazwyczaj chodziła poddenerwowana po całym pomieszczeniu i na pewno nigdy nie była tak spokojna. Gdy tylko zorientowała się, że przyszedłem, mogłem poczuć jej zimny wzrok na sobie. Wskazała na krzesło przed nią.

– Usiądź.

– Wolę postać.

Odparłem oschle, a ona jedynie pokazała mi jakieś papiery.

– Co to?

– Postanowiłam zgłosić cię do specjalnych służb, twoje zachowanie nigdy nie było normalne. Powinnam zrobić to wcześniej i żałuję, że nie zrobiłam tego.

Z moich ust nie wydobyło się żadne słowo, a gula stanęła mi w gardle. Przerażony czytałem zdanie po zdaniu na kartce. Widząc, że nic nie mówię, postanowiła kontynuować.

– Za dwa dni wyjeżdżasz, więc lepiej się spakuj. Nie pójdziesz jutro do szkoły.

– To nie możliwe… Ty sobie żartujesz prawda?

Spytałem oniemiałym głosem, po chwili ciszy, a z moich dłoni kartka opadła na ziemię. Jej wzrok jednak dalej był zimny.

– Nie, trzeba coś w końcu z Tobą zrobić.

– Nie pojadę do żadnego szpitala psychiatrycznego! Jestem normalny!

– Czy według ciebie widzenie postaci, których nie ma jest normalne?

Ona również podniosła głos, jak i wstała z krzesła.

– Pójdziesz, czy Ci się to podoba czy nie. Wróć do pokoju.

– Francis jest prawdziwy, stara prukwo.

Warknąłem na nią i nie czekając na jej dalszą wypowiedź wyszedłem z pomieszczenia mijając się ze zdziwionym Alfredem. Ubrałem buty i kurtkę, po czym wybiegłem z domu nie zważając na żadne krzyki wołające mnie. Otarłem powoli łzy z policzków, które nagle zaczęły mi się lać. 

Po kilku minutach dobiegłem do miejsca, które było często odwiedzane przez grupki nastolatków, jednak kto by poszedł do środku lasu, wieczorem w jesieni? Usiadłem pod drzewem, a dłonie drżały mi ze zdenerwowania. Francis cały czas był przy mnie, jednak nie mógł nic zrobić, więc po prostu siedzieliśmy w ciszy.

Nienawidziłem swojego życia. Co takiego zrobiłem, że musi się na mnie tak mścić? 

– Ja dłużej tak nie mogę.

Wyznałem pewnej nocy Francisowi. To nie było tak dawno, bo niecały rok temu. Jednak pamiętam ten dzień i noc, jakby to było wczoraj. Wróciłem cały poobijany do domu, mieliśmy ostatni wf-ef i graliśmy zbijaka. Samo w sobie było to dziwne, w końcu od kiedy trzecia klasa liceum gra w takie dziecinne gry, jednak jakimś cudem graliśmy. A ja stałem się ofiarą piłki. Dla nich wygraną było nie to, ile zbiją przeciwników z innej drużyny, dla nich wygraną było ile razy ktoś rzuci we mnie piłką, a ja byłem w tej kwestii bezsilny. Nauczyciel udawał, że nic nie widzi, aż do momentu w którym nie trafili mnie w sam środek nosa. Nie był złamany, ale okazał się być potrzaskany. Obiadu w domu dobrego również nie zjadłem, bo akurat w tamten dzień musiała przyjechać do nas rodzina, a w takie dni wolę zaszyć się w pokoju, by nie słuchać jaki to niewychowany jestem, czy inne brednie. Czułem się wtedy niepotrzebny, nic nie wart i to właśnie Francis przytrzymał mnie na duchu, udowodnił, że dam radę, a ja wierzyłem w jego słowa. Do tego momentu.

– Francis?

– Tak?

Wyciągnąłem z kieszeni niewielki sztylet. Na jego widok, poruszył się nieznacznie.

– Nie bądź zły, ja…Naprawdę nie daje rady, jak wsadzą mnie do szpitala, to prędzej czy później i tak bym się wykończył, ale przed tym musiałbym znieść większe cierpienia.

On po chwili jedynie kiwnął głową, a w jego oczach sam mogłem dostrzec łzy. Oboje płakaliśmy, oboje mieliśmy okrutne życie, oboje potrzebowaliśmy siebie nawzajem. A on popełnił ten sam błąd kilka lat temu. Powoli przyłożyłem ostrze do nadgarstka, cały czas obserwując go.

– Tylko obiecaj mi coś. Obiecaj, że naprawdę jesteś prawdziwy.

– Obiecuję Arthur.

Odparł po chwili drżącym głosem, a ja uśmiechnąłem się przez łzy. Zaraz będziemy razem, już na zawsze. Nikt nam w tym nie przeszkodzi, chodź on kiedyś stwierdził, że w taki sposób popełnię życiowy błąd. Ja za to twierdzę, że jeśli teraz tego nie zrobię, to właśnie wtedy popełnię błąd. 

Mój wzrok przeniósł się na nadgarstek. Jedno mocne cięcie i będzie po wszystkim. Zamknąłem mimowolnie oczy i z całą siłą jaką miałem, przeciąłem sobie długą, grubą linię na skórze. Bolało, tylko trochę, bo zaraz po tym poczułem jak ciemnieje mi przed oczami.

– Mamo tu jest!

Krzyknął przerażony blondyn podbiegając do już martwego ciała. Wokół niego było pełno krwi co tylko przeraziło kobietę i młodego chłopaka, który klęknął szybko przed nim. Za późno. Arthur nie żył, co od razu mógł stwierdzić. Poczuł jak z oczu zaczynają cieknąć mu łzy, a w sercu zalęgło się ogromne poczucie winy. Sprawił, że jego brat się zabił. To była jego wina. Było już jednak za późno, nie mógł naprawić swoich win.

– Zawsze wiedziałam, że z tym dzieckiem jest coś nie tak.

Szepnęła blada z przerażenia kobieta i drżącymi dłońmi wyciągnęła z torebki komórkę dzwoniąc na pogotowie, choć i ona wiedziała, że to na nic. Alfred mocno zacisnął usta, dalej przypatrując się martwemu bratu.

– Może…Może tam gdzie jest teraz, będzie szczęśliwy.

Powiedział równie cicho co kobieta wcześniej, jednak to nie sprawiło, że poczuł się lepiej. Wręcz przeciwnie. Po jego policzkach pociekły kolejne łzy, a on poczuł okropny ból w sercu, który był nie do opisania.  Miał on jednak rację. Arhur był szczęśliwszy, w końcu mógł być z osobą, która była dla niego niczym anioł stróż, ale tym razem mogli być ze sobą, nie tylko psychicznie, ale i fizycznie.

Tydzień później odbył się jego pogrzeb i ku ironio – nawet jego grób spoczął obok niejakiego Francisa Bonnefoy. Byli szczęśliwi.


Jednak niektórzy z was – czytających, mogli dostrzec tu pewien malutki morał. Nie ważna jest sława, w końcu na co wam ona, skoro i tak w pewnym momencie zostaniecie zapomnieni? Bądźcie przy ludziach, którzy są odtrącani, w końcu nie wiecie jacy mogą być naprawdę. Chyba lepsza jest pomoc innemu człowiekowi, na całe jego życie, niż wasza sława, która i tak szybko przeminie?

~The end~

Autor HitaKun
Opublikowano
Odsłon 680
4

Komentarze (3)

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!