Manekin – 5

< “– Nie jesteś jedyną osobą, która nim gardzi. Bo gardzę nim też ja i wiele innych ludzi, których urządził w podobny sposób.

– To dlaczego przywiozłeś mnie tu siłą Jeff?

– Ponieważ…

Spojrzał prosto na mnie zanim dokończył mówić.

– Ponieważ chcę go powstrzymać.” >

***

Spoglądam na niego jak na niespełna rozumu człowieka. Zaczynam się śmiać.

– Jeśli tak bardzo ci na tym zależy to wynajmij profesjonalistę.

Przykładam palec do skroni i zginam kciuk, udając, że strzelam sobie w łeb.

Spojrzenie Jeffa robi się natomiast jeszcze bardziej pochmurne niż dotychczas.

– Nie mam zamiaru go zabić!

– Jak sobie chcesz. Mi to zwisa.

Wzruszam ramionami. Odwracam się i ruszam w kierunku bramy, żeby opuścić jego działkę. Nie mam zamiaru dłużej z nim dyskutować, to bezcelowe. Jeff i tak nie przyjmuje odmowy.

To manekin. Nie ma uczuć, nic do niego nie trafia.

– Gdzie idziesz?!

Niespodziewanie szarpnął mnie za łokieć, odwracam się i patrzę mu w twarz.

– Do domu! Pozwól mi odejść!

Cofam rękę robiąc kilka kroków w tył.

– Pozwolę, ale dopiero wtedy gdy dam mu nauczkę.

– Dlaczego nie możesz zrobić tego z kimś innym?!

– Bo tylko ty nie dasz się przekupić kiedy będzie proponował pieniądze!

Nieruchomieję na te słowa i marszczę brwi.

– Skąd ta pewność? Nie znasz mnie przecież.

Jeff ponownie pociąga za mój łokieć i zbliża się do mnie.

– Znam. Dowiodłaś już, że jesteś gorsza nawet ode mnie.

– W jakim sensie niby?

– W sensie charakteru.

Prycham, a wolną dłonią łapię za jego palce, starając się uwolnić z uścisku.

– Dalio.

W głosie Jeffa pobrzmiewa tajemnicza nuta. Zaprzestaję więc swoich prób nabierając powietrza w usta Ignorując tym samym, bijący dzwon na alarm w mojej głowie.

– Co chcesz zrobić?

– Zdemolować świat w którym znajduje się Malcolm.

–  A co tym osiągniesz?

Pytam, trochę zaciekawiona jego pomysłem.

– Destabilizację. Malcolm musi zrozumieć, że nie jest pępkiem świata. Czasem, coś może pójść nie po jego myśli.

– Co dalej?

Przechylam głowę na bok. Jeff wciąż trzyma mnie za rękę.

– Chcę żeby naprawił swoje błędy.

Jeff wygląda na pewnego siebie, ale mnie nie przekonał.

– To się nie uda. – Stwierdzam sucho. – Ma zbyt twardy kark i plecy. Polegniesz.

– Jeśli tak się stanie, pociągnę go za sobą.

Nie mogę dać wiary w jego słowa. Ten plan jest szalony, Jeff jest szalony. Nie mam pojęcia jak zareagować.

– Zaufaj mi ten jeden raz Dalio. Ten jedyny.

Muszę przyznać, że wygląda przekonująco. Kolejny raz zupełnie niechcący, zauważam, iż jest diabelnie przystojny.

– Ale ja nie chcę.

Jęczę. Wejście w układ z Jeffem zmieni wszystko. Prasa dowie się kim jestem. Ludzie zaczną plotkować, że uwiodłam syna jednego z największych drapieżników w świecie, i to wyłącznie dla pieniędzy.

Tego właśnie należy się spodziewać.

I co najbardziej istotne, nie wyobrażam sobie nawet tego jak poczuje się mama, gdy o wszystkim się dowie.

– Wiem, że to spora ingerencja w twoje życie, wynagrodzę ci wszystko. Nigdy już nie będziesz się martwić o to, jak przeżyć z miesiąca na miesiąc.

– Dobra, spróbuję! – zaciskam dłonie w pięści. Nie podoba mi się to jego podkreślanie mojego ubóstwa. – Powiedz tylko co mam robić.

– Po pierwsze. – Czuję jak przesuwa rękę do mojej dłoni i zamyka ją w uścisku. – Po drugie, zwracaj się do mnie per. kochanie.

– Nie mogę rekinie?

– Nie. Żadnych rekinów, zrozumiano?

Pociąga mnie za sobą w stronę swojego domu.

– Jak sobie życzysz, szczękusiu ty mój kochany.

Wyplułam ostatnie słowa z taką odrazą, że aż na mnie spojrzał.

– No co? Na tę chwilę, nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.

Wzruszam ramionami.

– Nie mów do mnie w ten sposób.

– Bo będziesz gryzł?

– Połknę w całości.

Odparł ironicznie. Weszliśmy do mieszkania, ale starałam się nie gapić z otwartą buzią na wszystko wokół. Choć próbowałam zachować obojętność na wystrój, manekin, i tak zauważył jak duże wrażenie wywarł na mnie dom.

Klasa, kasa, luksus.

Te słowa opisywały najlepiej rezydencje Rascala. Nie znam się na modzie, ale było tu drogo, aż strach chodzić po samej podłodze, nie wspominając o meblach. Nawet powietrze wydawało się jakieś takie drogie. Przesiąknięte nowością.

– Anabello.

Jeff przywołał do siebie kobietę w średnim wieku.

– Tak, proszę pana?

Skłoniła mu się lekko.

– Zajmij się proszę Dalią. Niech weźmie kąpiel, przygotuj dla niej także ubranie i coś do zjedzenia. Będę w domu późnym wieczorem.

Kobieta spogląda na mnie ze zdumieniem. Pewnie zastanawia się, czy nie trzeba będzie użyć jakiegoś rozpuszczalnika do pianki, którą mam na sobie.

– Zrozumiałam sir. – Znów oddała mu pokłon. – Panienko, proszę za mną.

Zwróciła się do mnie ruszając w głąb korytarza. Chciałam za nią podążyć, ale Jeff mnie przytrzymał.

– No to do wieczora, Dalio.

Uniósł moją dłoń, aby złożyć na niej pocałunek, ale wyrwałam się gwałtownie.

– Całować to sobie możesz te swoje damulki po dupach! – krzyczę, czując wypieki na policzkach. – Jeszcze wilkiem się zarażę, albo nie wiem czym!

Gromię go spojrzeniem, ale śmiech dochodzący zza moich pleców trochę mnie dezorientuje.

– Udaną mam szwagierkę!

Śmieje się, już przebrany w świeże ciuchy Rive.

– To nie było śmieszne.

Zaprzecza mu Jeff.

– Doprawdy? To szkoda, żeś się nie widział bracie. Kiedy będziesz miał czas?

– Nie wiem. Muszę jechać, a i tak jestem spóźniony dobre pół godziny.

– Ojciec cię ukatrupi.

– Ostatni raz Rive. – Uśmiechnął się cwaniacko. – To na razie.

Pożegnał się i zniknął z mojego pola widzenia.

– To co, dogadaliście się?

Bardziej stwierdził niż zapytał, podchodząc bliżej.

– Można tak powiedzieć. – Zahaczam palcami o biodra. –  Chociaż nie. Zmusił mnie, nie miałam nic do gadania.

Rive poszerzył swój uśmiech.

– Lubię twoją swobodną postawę. Większość dziewczyn, które znam jest strasznie sztywna.

– To są dziewczyny? Nie rasowe pieski?

Drwię sobie z jego spostrzeżenia, wprawiając go w lekkie zakłopotanie.

– Czasami rzeczywiście przypominają takowe pudle. Zwłaszcza w tych bufiastych kreacjach.

Na mojej twarzy wykwitł pierwszy, prawdziwy uśmiech.

– Nie sądziłam, że się ze mną zgodzisz.

– Bo się nie zgodziłem.

Usta Rive również łagodnie wyginają się w uśmiechu.

– Chrzanisz. Po prostu się przyznaj, to nie boli wiesz?

W odpowiedzi zaśmiał się krótko i zbliżył się bardziej.

– Tak po prostu mam się przyznać? Bez żadnej zachęty?

Wywinęłam wargi, gdyż nie podobało mi się do czego zmierza.

– Cóż, jeśli przejażdżka po trawie ci nie wystarcza, to może przemówi podbite oko?

– Nie znasz się na żartach?

Przewrócił oczami Rive. Na co prycham z pogardą w odpowiedzi.

– Kto tu się nie zna?

Grymas wykrzywia mi twarz. Opuszczam ręce i ruszam w stronę, czekającej na mnie cierpliwie kobiety.

– Nieźle.

Słyszę za sobą pochwałę z jego strony, ale nie odwracam się, podążam już w ciszy za Anabellą. 

Autor Szapita
Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 991
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!