Wygnana – Rozdział 1

Był to kolejny spokojny dzień w osadzie „Spokojnych Dębów”, prace już dawno trwały, w końcu był to początek wiosny. Pracy na roli nie brakowało, jeszcze wiele pól musiało zostać obsianych. Wielu drwali przerwało swe prace przy drzewach gdy tylko puściły soki, co wymusiło zmianę zajęcia, ponieważ transporty byłby trudny z powodu większej wagi pni.

Natomiast reszta rębaczy za to dalej robiła przy drzewie. Pod czas zimy zostały ścięte jak co roku, część drzew później zatapiano, aby nabrały właściwości woodpornych , reszta za to zostawała okorowana i dawano ją do leżakowania, a gdy wyschły, większość okorowanych pni sprzedawano wielu odbiorcom. Z owych pni robiono różne rzeczy, przykładowo rusztowania lub maszty do okrętów. Reszta była przerabiana na materiały budowlane. W osadzie powstał nawet zakład meblarski, który obecnie jest remontowany, zostanie on powiększony do wielkości małej manufaktury, tak samo jak zakład łuczarski zresztą nie tylko one były rozbudowywane, modernizowano również zakłady produkujące farbniki, płaty lnu, ubrania. Jednakże do tego trzeba masę rąk. Spora ilość ludzi tu przybywa poszukując zarobku, co za tym idzie, jest zapotrzebowanie ilości budynków mieszkalnych. Było przy tym dużo roboty, ale najbardziej zapracowaną osobą w osadzie był kowal. Dostarczał narzędzi, gwoździ, podkuwał konie i robił wszystkie potrzebne żelazne przedmioty oraz ostatnio coraz częściej inne stalowe rzeczy dla tutejszej ludności, oczywiście nie sam, posiadał dość spory zakład, nie była to jedyna taka kuźnia w osadzie, ale najbardziej znana, w której pracowało co najmniej dwadzieścia osób, a on był szefem, osiemnaście pomocników, niewolnik, który został wykorzystany przez bandytów, ale aby nie zostać osadzonym, zgodził się, by zostać niewolnikiem i tak nie miał nic do stracenia, to albo zimne lochy i jeszcze jego córka, która tego dnia miała mieć niespodziankę.

 Do pokoju Ao Hisui wpadało już sporo światła, a w jej pokoju słychać było coraz głośniej odgłosy kucia metalu. Młoda dziewczyna przez sen zakrywała uszy poduszkami, jednak to nie pomagało, zaczęła leniwie otwierać oczy, jedno w kolorze jadeitu, drugie zaś w kolorze błękitu. Wstała, niechętnie dotykając drewnianej podłogi stopami, rozciągając się, miała na sobie koszulę nocną. Ziewnęła, po czym otworzyła okno, spoglądając przez nie i biorąc wdech świeżego powietrza, zdziwiła się gdy ujrzała, jaka jest pora, a było to już późne popołudnie. Dziewczyna natomiast należała do rannych ptaszków:

-Ale mi się sen udał. Tylko aby tata nie był zły. 

Powiedziała słodkim głosem. Następnie wracając do pokoju, nałożyła na siebie prostą fioletową sukienkę sięgającą do kolan, dodatkowo posiadała hafty przedstawiające kwiaty w kolorach błękitnym i czerwonych w regularnych od siebie odstępach, do tego białe skórzane buciki, lecz nim sie ubrała wcześniej oczywiście przemyła twarz. Poprawiła swoje proste włosy koloru delikatnego różu, które opadały na ramiona. Na końcu założyła naszyjnik przedstawiającego węża z czterema rękami i dużą głową, był on wykonany ze złota wysokiej jakości, co potwierdziły nawet elfy. Gdy już miała to za sobą, pościeliła łóżko i spojrzała jeszcze na swój pokój. Ściany były koloru białego, podłoga z jasnego drewna, podwójne łóżko z ciepłą pierzyną, szafa wykonana z drewna dębowego i znajdowała się naprzeciw jej, z lewej strony stało biurko z krzesłem, również wykonane z dębu. Zamknęła drzwi do swego pokoju, po czym bez pośpiechu poszła w kierunku schodów. Przypomniało się jej jak kiedyś zaspała, i chciała jak najszybciej zjeść, co skończyło się to jej potknięciem na schodach. Gdy spadła mocno się poobijała, przez co musiała pół dnia leżeć na twardej podłodze, przez pierwsze dwie godziny nie mogła nic powiedzieć, dodatkowo jeszcze dwa dni nic nie robiła dla bezpieczeństwa i tak dobrze, że nie połamała sobie niczego. Taką wtedy rózgę dostała od ojca, jak to powinno się uważać i jaką to krzywdę mogła sobie wyrządzić, od tamtej pory nawet jeśli jest spóźniona, to stara się iść normalnie albo tylko lekko szybciej.

Korytarz był tego samego koloru co jej pokój, czyli czystej bieli. Gdy zmierzała w kierunku schodów, słyszała coraz głośniej, dźwięk uderzania młotami w metal. Po tym jak znalazła się na końcu korytarza, skręciła w lewo do schodów z ciemnego drewna, zeszła na dół. Weszła do dużego pomieszczenia. Ściany i podłoga tutaj nie była drewniana, a ceglano-kamienna, by nie wybuchł pożar. Podłoga była z kamienia sprowadzonego z bardzo daleka, a za to ściany były z czerwonej cegły. Całe pomieszczenie było jednak zagospodarowane stojakami na broń i narzędzia, kowadłami, paleniskami, skrzyniami z wykonanymi rzeczami jak i materiałami, stalą, żelazem, węglem drzewnym, skórą zwierząt i wieloma jeszcze innymi zasobami, z których powstaną różnorakie rzeczy od gwoździ po hełmy. Pomieszczenie było symetrycznie podzielone pomiędzy dwadzieścia stanowisk pracy. Pomiędzy nimi szła ścieżka prowadząca do wyjścia, w połowie powstało skrzyżowanie, które umożliwiło przejście na boki do innych drzwi. Z lewej i prawej strony pod ścianami były ułożone stojaki i skrzynie z wcześniej wymienioną zawartością. Stanowiska pracy były już zajęte i ciągle słychać było odgłosy walenia młotem w metal, niektóre były cichsze niektóre głośniejsze. Ao zaczęła iść środkiem, szukając jednej osoby, jednocześnie witała się z innymi:

-Cześć Artur.

-Witam. 

-Hejo. 

-Dzień dobry.

 Witając się, cały czas szła przez pracownię, jednak poślizgnęła się o młotek, który leżał na ziemi, zaczęła spadać do tyłu. Widząc to, jeden kowal szybko złapał ją i powiedział:

-Witaj, poza tym uważaj, rozbijesz sobie głowę w ten sposób, albo spalisz włosy jak dwa lata temu. 

Ao zaczerwieniła się gdy wpadła w ramiona Maxela i trochę też z zażenowania gdy wspomniał o tym przypadku. To przecież nie była jej wina! Tylko tej głupiej cegły, która wystawała! I jeszcze tego rozżarzonego węgla, który dotknął jej włosów. Pamiętała doskonale tą paskudną, a wręcz straszną sytuację. Włosy z prawej strony jej się spaliły w jednej czwartej, a z lewej to w trzech czwartych. Po ścięciu wyglądała, tak jakby miała chłopskie włosy. I jeszcze przez następne dwa miesiące była głównym tematem plotek. Dziewczyna stanęła:

-Dzięki Maxel. 

-Nie ma sprawy, tylko bardziej o siebie uważaj. 

-Będę.

 Zaczęła iść dalej, gdy przywitała się z resztą, podeszła do ostatniej osoby, był to chłopak mający 1.70 m, posiada brązowe włosy, jego postura należała do średnich, miał na sobie kowalskie ubranie, a pod nim skórzane spodnie i koszula z lnu, a na ramieniu metalową bransoletę. Był właśnie skoncentrowany na ostatnich poprawkach topora. Dziewczyna stanęła w bezpiecznej odległości od niego, by coś się nie stało, co mogłoby się stać. Gdy chłopak zahartował ostrze w oleju, odłożył je na bok, a dziewczyna się odezwała:

-Witam! Jak tam ci idzie? 

Adam odskoczył wręcz na głos dziewczyny, która wyrwał go z rozmyślań, jednocześnie pokazując swoje piwne jedno oko i drugie zielone:

-A to ty. Dzień dobry, idzie dobrze, dokończyłem głowice topora, dużo narzędzi zostało tak zniszczonych podczas zimy, że lepiej już wykonać nowe. 

-Mhm. Rozumiem. Gdzie w ogóle tata?

-W swojej pracowni runarskiej. 

-Aha rozumiem… Wiesz w ogóle, co tam robi? Już od wielu miesięcy pracuje tam nad czymś, ale nie wiem nad czym. 

Adam wzruszył ramionami: 

-Coś magicznego tyle wiem. 

-Tyle sama to wiem, a może coś dokładniejszego? 

Adam, kręcąc głową:

-Niestety nie wiem. Nie chwalił się nikomu. 

-Szkoda…ciekawe co tata tam robi… 

-Jak skończy, to się dowiemy, a i jeszcze jedno powiedział, że dzisiaj twoja pomoc będzie zbędna. 

Ao była tym zdziwiona, przecież od lat pomagała ojcu w kuźni i nie było to dla niej żaden problem. Chociaż nie narzekała na taki obrót spraw, będzie mogła dłużej poćwiczyć z wujkiem, albo porozmawiać z babunią jak to nazywali tutejszą wieszczkę mieszkańcy:

-Okey, to ja już idę. 

-Do miłego. 

Ao zaczęła iść dróżką w kuźni w akompaniamencie uderzeń młotów, przeszła przez drzwi do części użytkowej domu, gdzie skierowała swój krok do kuchni połączonej z jadalnią, pomieszanie nie było białe, lecz granatowe. Dziewczynie nie chciało się rozpalać w piecu, więc wzięła chleb, odkroiła kilka pajd i posmarowała je masłem, do tego dodała wędlinę, ser, warzywa robiąc z nich kilka kanapek, a do tego sok rozcieńczony w wodzie. Gdy zjadła śniadanie, opuściła dom. Zdziwiło ją to, że nikogo nie zobaczyła, zwykle zawsze ktoś tędy przechodzi, a tu cisza i ani żywej duszy. Postanowiła pójść na plac główny osady, gdzie znajdował się targ, jak i środek życia społecznego tej wspólnoty, możliwe było, że ktoś przyjechał lub coś się stało i wszyscy tam się zebrali. Jak pomyślała, tak zrobiła, szła po utwardzonej drodze, która powstała lata temu, bo podczas roztopów na końcach zimy i jesieni było takie błoto, że jak drwale zaczynali ścinać drzewa, to puste wozy grzęzły, a dwa konie ledwo dawały rady by wóz wyciągnąć, tak samo zresztą było gdy na plac zjeżdżali kupcy lub dobra z pól, łąk i okolic osady. Większości budynków to były domy mieszkalne wykonane z drewna, ale za to dosyć przestronne i wszystkie pokryte wapnem jak i trzcinowym ociepleniem, ale spotkać też można było jednopiętrowe domostwa, co prawda jeszcze nieocieplone i nie wymalowane, ale z cegły wypalanej wymurowane. Pomiędzy domostwami widać sporą przestrzeń, jest ona po to, aby ogień się nie rozchodził gdyby znów doszło do pożaru. Ostatni pożar pochłonął całą osadę, wiele zwierząt i były nawet ofiary w ludziach, ale po tym odbudowano osadę od zera.

Gdy zbliżała się, usłyszała głos z targu:

-Ty paskudny drzewolubie za dychę! Zobaczysz, starszy od ciebie będę! Zatańczę na twoim grobie! Nie pozwolę, by ta długoucha zmora mnie przeżyła! I tysiąc lat przeżyje, jak będzie trzeba! Ja przez ciebie muszę w dzień Boży gardło zdzierać! Ty, żeś menda, NIE! Menda nad mendami! Bym ją musiał na dworze marznąć na gminie! Ty chudzielcu perfidny! Imigrancie przebrzydły! Gorszym, żeś od sąsiada złodzieja, pijaka, chama zawszonego! Ja wam mówię precz z uchodźcami! Zobaczycie, w końcu przybędą tu! Zajmą naszą ziemię! 

Ao słysząc ten głos, wiedziała, od kogo on pochodzi. Weszła na plac o prostokątnej budowie cały z ubitej ziemi, na którym rozstawiają się handlarze gdy docierają do osady. Sam plac jest niezwykle duży jak na potrzeby takiej osady, zrobiono go tak z myślą o przyszłości. Dzisiaj oprócz kilku tutejszych sprzedawców nie było nigdzie żadnych innych kupców, to co jednak rzucało się w oczy, to było to olbrzymie drzewo widoczne jeszcze z bardzo daleka, wystarczy wyjść z lasu, który otacza wioskę i już było je widać. Był to gatunek elfickiego drzewa, które ma wiele różnych właściwości, jego liście mają właściwości lecznicze, drewno jest niezwykle wytrzymałe, wytrzymalsze nawet od cisu, a jednocześnie giętkie, chociaż jeśli ktoś by chciał, są sposoby na pozbycie się giętkości poza tym to, co najcenniejsze dla ludzi to, że powoduje, iż ziemia jest bardzo żyzna, dzięki temu zawsze w osadzie są obfite plony. Następnym budynkiem, który przykuwa uwagę to naprzeciw placu osady budynek dla tutejszego wójta i starszyzny, sam budynek był na planie prostokąta, miał dwa piętra, wykonany był na obszarze, gdzie by się zmieściło sześć domów. Cały był wybielony z cegły wypalanej i ocieplony trzcinową matą. Z przodu były dwie granitowe kolumny, podtrzymujące daszek, który okrywał wejście do budynku. Sam budynek imponował w stosunku do osady. Z jeszcze znanych miejsc była tutejsza karczma, w której zgromadzali się wieczorami ludzie, aby zjeść, napić się i pogadać, karczma zwie się “pełne kotła”, oprócz możliwości napełnienia brzuchów kupcy, wędrowcy, poszukiwacze przygód, jak i inne osoby mogą tam wynająć pokój. Jest to największa karczma w osadzie, są jeszcze dwie, jedna, “pod błękitnym smokiem” ustawiona koło bramy wjazdowej i druga “pod ogrzym trunkiem”, ona za to jest ustawiona przy miejscach pracy, jakimi są: warsztat stolarski, który akurat ma remont, warsztat łuczarski, przędzalnia i jeszcze kilka innych. Budynkiem naprzeciw, chociaż najbardziej imponującym budynkiem nie jest gminny , ale willa z lewej strony targu zajmuje miejsce, gdzie mogłoby być dziesięć, a może i dwanaście domów, piękny ogród z drzewami, kwiatami i fontannami, na środku za to stoi budynek, była to budowla mająca trzy piętra, w kolorach zielono-złotych, wykonany jest z kilku zrośniętych ze sobą drzew ukształtowanych za pomocą magii, ozdobiony kryształami i złotem. Budynek był architektury elfickiej, zawsze można było dojrzeć na dachu ptaki, które lubił tam przesiadywać, jak i zbierać stamtąd żywność. Ludziom nie przeszkadzała wielkości, bogactwo czy żadne z innych cech tego budynku jak i lokatora, którym jest elficki druid opiekujący się drzewem, dlatego że jest on niezwykle pomocny. Samo to, że opiekuje się drzewem, owocuje tym, iż drzewo pięknie rośnie i żyje bez problemów, podczas pożaru użył swej magii, by ratować tyle ludzi ile się tylko dało, dzięki czemu cały plac jak i budynki przy placu nie spłonęły, co uratowało wiele dziesiątek ludzi. Ma własną lecznicze, gdzie pomaga ludziom z chorobami, ranami i innymi dolegliwościami co bardzo buduje mu wizerunek. Sam elf jest osobą kulturalną, przyjazną, ma olbrzymią wiedzę i chętnie doradza, wręcz nie da się go nie lubić oprócz jednego wyjątku. Prowadzi też szkołę, załamany niskim poziomem nauczania u ludzi, sam założył szkole, gdzie uczy dzieci pisania, czytania, liczenia i wielu innych rzeczy. Jego szkoła mieści się w jednej z rzadszych uliczek. Mieści w sobie sale, które są, w stanie zmieścić do 40 dzieci. Inną szkołą jest budynek koło świątyni. Duchowni założyli ją po to, aby nie wyszło, że elfia bogini bardziej dba niż ich Pan. Wynika to z tego, że jest jednym z najstarszych mieszkańców osady, ale oprócz niego jest jeszcze jedna osoba, staruszek, który nie cierpi elfa, przez właśnie tę cechę uważa, iż elf nie może zostać najstarszą osoba w wiosce, a swoją niechęć daje głośno znać:

– Ja wam to mówię! Ale spokojnie rodacy ja tu pilnuje porządku! Żaden paskudnik nie będzie śmiał się w twarz mieszkańcom “Spokojnych Dębów “!

Część osób, które były na targu spojrzała ze współczuciem na elfa. Przecież elf był niewinny, nic złego nie zrobił więc czemu tak strzępić język? To była największa zagwozdka tego miasteczka. Plotki o tym i domysły były niezwykle często poruszane w tutejszej karczmie. Już nie raz ludzie próbowali wyperswadować dziadkowi, że elf nie stanowi żadnego zagrożenia dla ich społeczności, że jest przyjazny i bardzo pomaga osadzie, ale jeszcze nigdy i nikomu nie udało mu się tego wytłumaczyć. Elf jest zły i koniec kropka, według dziadka nieważne kto by przychodził i kto by tłumaczył czy zwykle mieszkaniec, czy dowódca straży, czy sam tutejszy wójt zawsze to samo. Jednakże raz na jakiś czas jednak ktoś łapał się tej syzyfowej pracy. Jeden z przechodniów odezwał się w stronę staruszka:

-Przestałbyś już w końcu gadać od rzeczy, uszy bolą od tego paplania.

Staruszek spojrzał zimnym wzrokiem na przechodnia. Tą osobą, która wykłóca się, na cały targ, był to stary poszukiwacz przygód mający metr dwadzieścia wzrostu tyle, co niziołki, był zgarbiony, opierał się o laskę, był cały pomarszczony, ale w błękitnym wzroku dalej były iskierki życia, których celem według mieszkańców wydawało się tylko złorzeczyć elfowi dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku i tak od trzystu lat. Za to naprzeciw starcowi widać był wcześniej wspomniany druid. Posiadał długie, bo aż za ramiona jedwabiste włosy w kolorze blond, oczy błękitne, ale z odcieniami zieleni spowodowane wpływami magii natury. Ma na twarzy rysy typowo elfie, z widocznymi kośćmi policzkowymi. Ubrany był w szatę kolorów zieleni, brązu, żółci jak i w niewielkiej ilości czerwieni. Kolory były niezwykle wyraziste, dzięki zdolnościom tejże rasy nie trudno było uzyskiwać takie efekty, gdyby to byli ludzie to tylko najlepsi farbiarze byliby w stanie tak to wykonać. Oczywiście oprócz wysokiej jakości zafarbowania to sam materiał nie był gorszy, gdyby można zakupić taką szatę, to byłaby cena dużych srebrnych monet, a może nawet kilka małych złotych monet. W rękach trzymał kostur z drzewa entów, które wyglądało, jakby się zaplątywało o siebie, ozdobienia były wykonane z bursztynu entów i pyłu z rogu jednorożca, oczywiście zdobytego bez aktów przemocy na tych wspaniałych istotach.

 Śmieszna jak i dziwna była to scena, jak dziadek niższy o dobre sześćdziesiąt centymetrów, znieważa go, zwykle mało kto ma odwagę tak robić druidowi, którzy mają duże moce magiczne, jak i mogą prosić o pomoc łowców i tancerzy ostrzy. Jednakże elf znosił to z godnością i neutralnością, nie obrażając rozmówcy, po prostu słuchał go i później odchodził. I dzisiaj miało być tak samo, zwykła codzienna rutyna. 

 Staruszek zauważył podchodzącą Ao. Obrócił się od razu do wnusi ,jak ją nazywał:

-Dzień dobry wnusiu, co cię do gminy w dzień Boży ten sprowadza? 

-Myślałam, że coś się wydarzyło na targu… 

-Nie, ranek jak ranek. A czemu tak myślałaś?

-Bo mało ludzi było na zewnątrz. A może Pan wie, gdzie jest reszta? 

-Nie nazywaj mnie panem. Tylko dziadkiem.

 Dał znać zdenerwowanie uderzaniem końcem laski o ziemię. 

Dziewczyna zaśmiało się lekko, widząc to, ale pamiętała, że pa- to znaczy dziadek zawsze ją lubił i traktował jak własną wnuczkę:

-Dobrze dziadku. Dziadku co tu robi? 

-Jak zawsze, Boży dzień spędzam na trzy paciorki na opisywaniu bezeceństw szpiczasto uchego.

Elf przewrócił na to oczami, przyzwyczajony do tego.

 Na jego ramieniu usiadł Jastrząb, którego zaczął głaskać. 

Dziewczyna wiedziała, że nie ma po co mówić, że to bezsensu i że elf nic złego nie robi, bo dostanie od dziadka wykład, jaki to spiczasto uszy jest zły, niedobry i paskudny:

-Mhm.

-W ogóle, Shor dzisiaj ma wolne i jeśli byś chciała z nim ćwiczyć lub coś to powiedział, że będzie na polanie.-Powiedział druid. 

-Dziękuję za informację… A może wiecie, gdzie są wszyscy? 

Dziadek, który już posłał spojrzenie, którym by najchętniej ubił elf, odezwał się jako pierwszy:

-Mieszkańcy dzisiaj coś organizują. Tylko niestety, ale nie wiem co. 

Elf poczekał, aż staruszek skończy mówić:

-Ja wiem tylko, że ma coś być wieczorem. 

Dziewczyna pomyślała, czy dzisiaj jest coś wyjątkowego, ale nie mogła sobie przypomnieć:

-No cóż, dziękuję za to, to ja już pójdę do wujka.  

Elf przytaknął lekkim skinieniem głowy, a za to dziadek:

-Do miłego więc. 

Dziewczyna zaczęła iść główną drogą, która była szersza niż inne, mijała kolejne budynki, idąc wzdłuż drewnianego muru, który jest zakopany w ziemno-kamiennym kopcu, po chwili zauważyła szyld karczmy “pod błękitnym smokiem” co oznaczało, że niedługo wyjdzie z osady. Niedaleko karczmy zobaczyła drewnianą otwartą bramę, a w niej dwóch strażników mający w rękach piki, na ramionach naramienniki łuskowe, na nogach nagolenniki też w łusce, a na torsach były za to założone kolczugi, a jakże z metalowych łusek. Tarcze ich były prostokątne, przewieszone przez plecy, dodatkową broń stanowiły jednoręczne topory u ich pasów, koło nich były sakwy, bukłaki z wodą, mieszki i sztylety.

 Zadaniem ich było strzeżenie bramy przed oprychami i stworami, które mogłyby chcieć wejść przez nią, musieli też dostarczać informacje o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Wbrew pozorom to, że “spokojnie dęby” są tak daleko od miast czy innych większych skupisk ludzi to nie pada często ofiarą twoich ataków, ponieważ niedaleko jest granica z królestwem leśnych elfów, które strzegą tych terenów. Wiele leśnych elfów nie przestrzega granicy, tym bardziej że ona jest dosyć umowna, ale jednak dalej osada musi zachowywać czujności, bo nigdy nic nie wiadomo.

 Ao odezwała się do nich, wiedząc, że powinni wiedzieć, gdzie jest kapitan straży:

-Witam, możecie mi powiedzieć, gdzie jest wujek? 

Strażnik, który był po lewej stronie, odpowiedział jako pierwszy:

-Dzień dobry. Kapitan jak go widzieliśmy, to wychodził przed mur, poszukaj go na polanie, gdzie prowadzi ćwiczenia. 

-Dziękuję, to wiem już gdzie szukać, a jak mija wam warta? 

Tym razem strażnik po prawej stronie odpowiedział:

-Tak jak zwykle. Nudy, ale chociaż dzięki temu wiemy, że osada będzie bezpieczna. 

-To fajnie, że tak to postrzegacie, a jak się sprawują zbroje i broń? 

-Naprawdę wspaniałe, ty i twój ojciec macie wspaniały talent! Naprawdę znakomite wyposażenie jakby z samej stolicy. 

-To się cieszę, że tak się sprawują, a jak wam idą treningi? 

-Znakomicie! 

Na niego spojrzał kompan, którego miną wskazywała niedowierzanie:

-Niby tobie? Coś Ci się myli. Przecież idzie ci tragicznie. 

Tamten zrobił zdziwioną minę:

-Ja?! Mnie idzie świetnie! 

-Tobie?! Przecież padasz na treningach fizycznych, już w ogóle nie mówiąc o trenowaniu walki w szyku, a pamiętasz, jak żeś żółwika spaprał? 

-Co?! Nie, wyszedł mi świetnie! 

-Taa, jasne, żeś się potknął i ustawił tarczą do towarzyszy, a plecami do wroga 

Dziewczyna zaśmiała się:

-Dobrze to ja już pójdę, nie będę przeszkadzać. 

Strażnik, który wcześniej się chwalił, teraz miał czerwone policzki ze wstydu, na szczęście osłaniał je hełm. Odpowiedział cicho naprawdę cicho:

-Tak, do widzenia. 

Drugi strażnik miał za to na twarzy zwycięski z nutą wredoty uśmieszek:

-Miłego Dnia!

Ao zaczęła przechodzić przez bramę rozbawiona:

-Wzajemnie! 

Gdy przeszła przez bramę, jej oczom ukazały się pola zbóż i warzyw, dalej za to są pastwiska otaczające całą osadę. Dojrzeć można było jeszcze, że działają tu bartnicy, winiarze i piwowarzy, oznaką tego były krzaki chmielu, winorośli jak i ule, wyprowadzały z monotonnego widoku, ale jeszcze można było dojrzeć las, który był za łąkami. Same drzewa były większe niż te spotykane w innych rejonach Imperium. Dzięki temu tutejsze drewno ma dużą cenę i osada dużo zarabia na nich, jednakże nie mogą być zbyt chciwi, by ten zasób nie został zniszczony w pełni, aby nie wkurzyć elfów. Na polach było tutaj już trochę ludzi, na pewno więcej niż w mieście, ale i tak wielu ludzi brakowało. Dziewczyna dalej się zastanawiała nad tym, ale przyspieszyła kroku, bo chciała szybciej dojść na polanę, w lesie gdzie ma być wujek. Przeszła szybko przez drogę pomiędzy polami i weszła na trakt prowadzący przez las, szła nim przez dobry kilometr i skręciła na dobrze znaną sobie leśną ścieżkę. Idąc przez las, słyszała śpiew ptaków i odgłosy zwierząt co wynagradza w pełni mniejszy dostęp do światła. Po jakiś dwudziestu minutach znalazła się na polanie, gdzie był staw, gdzie zwierzęta gasiły pragnienie, w tej chwili żadnego tutaj nie było, nawet ptaki przestały śpiewać. Zaczęła się rozglądać, nieświadoma tego, że za nią ukryty w krzakach był drapieżnik.

 Napiął mięśnie, zwęził źrenice i pobiegł wprost na nią, był diabelnie szybki. Ao słysząc, że coś jest za nią, odwróciła się, ale było za późno, bestia skoczyła na nią, powalając na ziemię i przygwoździł kończynami.

Ao dojrzała, że to jest pół gryf, przypomina on zwykłego gryfa, ale brakuje mu skrzydeł, są one niezwykle silne, zwinne i szybkie, drapieżnik z górnej półki. Miał szlachetny wzrok i dziób mogący przebić się przez skórę trolla jak i metalowe pancerze.

 Drapieżnik pochylił się nad nią i… zaczął ją lizać, co wzbudziło rozbawienie u dziewczyny:

-Przestań, będę cała w ślinie.

 Nie przestawał, ale udało się jej się wyswobodzić ręce, chciała przytrzymać głowę stworzenia, ale było to niezwykle trudne przez siłę, jaką miał. 

Nie wiadomo od kiedy, ale przy drzewie stał, a dokładniej opierał się o nie mężczyzna, zagwizdał i pół Gryf niechętnie zlazł z dziewczyny i pobiegł do swego właściciela. Ao spojrzała na miejsce, skąd dobiegł gwizd, stał tan postawny mężczyzna mający około metr i 70 centymetrów wzrostu, zielone oczy, brązowe włosy, niedużą brodę, ale też niemałą. Rzucił pół gryfowi kilogramowy kawał mięsa, a stworzenie złapała go i zaczął jeść:

-Dałaś się podejść za łatwo. 

Ao wstała z ziemi i otrzepała się z kurzu, trochę zawstydzona przyznała niechętnie:

-Prawda, nie myślałam, że coś tu mnie zaskoczy.

-A jednak musisz być zawsze czujna, tym bardziej jeśli chcesz być poszukiwaczem przygód.

-Rozumiem, następnym razem będę bardziej.

-I oto właśnie chodzi! Poza tym jak zgaduje, niczego ze sobą nie wzięłaś. 

Ao zawstydziła się jeszcze bardziej, bo niestety, miał on rację. Nie wzięła ze sobą niczego, co powinna mieć przy sobie. 

Mężczyzna zareagował na to uśmiechem:

-Wiedziałem. Masz szczęście, że za ciebie pomyślałem.

 Machnął głową, wskazując na rzeczy oparte o drzewo. 

-Dziękuję. 

-Nie ma za co.

 Podszedł do przedmiotów i wziął drewniany dwuręczny miecz do rąk:

-Dobrze się go trzyma i ataki są bardziej śmiercionośne, ale ja wolę jednak jednoręczny z tarczą. Podał jej, trzymając za ostrze, dziewczyna wzięła go do ręki:

-Dla mnie liczy się większą siła. Tarcza poprawia obronę, ale jednak tutaj wolę zwiększyć atak. 

Shor wziął drewnianą tarcze do lewej ręki, a miecz ćwiczebny do prawej.

 Pół Gryf położył się na miękkiej trawie i patrzył, jak ta dwójka idzie na środek. Dojadł mięso i położył łeb na swych łapach, obserwując ich. Gdy tylko oboje doszli na sam środek, stanęli w pozycjach bojowych, po czym się okrążali. Wpierw odezwał się Shor:

-Dzisiaj będzie pojedynek. W końcu po tylu latach nauczania chcę sprawdzić, czego się nauczyłaś. 

-Nie zawiedziesz się. 

-Zobaczmy wpierw. Nie chwal dnia przed zachodem słońca.

 I tak okrążali się chwilę.

 Wpierw zaatakowała Ao ciosem, który poszedł po okręgu wymierzonym w prawy bark mężczyzny. Zablokował go tarczą i natychmiast kontratakował szybkimi ciosami w różne części ciało Ao. Przez szybkość ciosów jak i długość oraz wagę broni dziewczyna miała spore problemy, a na pewno nie byłaby w stanie zablokować wszystkich ciosów, tym bardziej że mogłaby jeszcze oberwać tarczą od swego wuja. Cofała się aż do czasu gdy wyczuła okazję, kapitan odsłonił kostkę. Zaryzykowała i zaatakowała to miejsce bokiem miecza. Shor na początku myślał, że dziewczyna popełnia błąd, bo mocno się odsłoniła, zbyt mocno jak na jej umiejętności, ale zauważył tor, po jakim poruszał się miecz, odskoczył w ostatniej chwili, sekunda i by dostał. Ao nie trafiła w cel, ale się nie poddała, wykonała cięcie znad głowy, wykorzystując problem z równowagą u przeciwnika i trafiła w cel. Siła była tak duża, że wyrwała mu miecz z ręki, ale on się nie poddał, po stracie miecza odskoczył do tyłu, mając już tylko tarczę. Ao poczuła się pewnie i zaczęła atakować z coraz to większą siłą, ale też coraz wolniej. Wojownik uśmiechnął się na reakcję dziewczyny po czwartym ciosie, który wziął na tarcze, doskoczył do niej, po czym podciął, zdezorientowana dziewczyna nie dała rady się utrzymać i gruchnęła o ziemię. Stanął nad nią z uśmiechem. Był już koniec pojedynku, uważał, że dziewczyna jest naprawdę dobrze wyuczona:

-Nigdy nie bądź pewna swego zwycięstwa i druga porada, zawsze szanuj swego wroga nawet jeśli masz nad nim przewagę. 

Ao w ogóle nie spodziewała się tego, leżała teraz poobijana i obolała na ziemi:

-Taak. Muszę to zapamiętać. 

Shor się zaśmiał, podał dziewczynie rękę, chętnie przyjęła pomocną dłoń i dzięki niej wstała z jękiem:

-Muszę Ci przyznać, zła nie jesteś. Do tytułu mistrza dużo ci brakuje, ale słaba nie jesteś. 

-Dzięki. 

-Poćwiczymy jeszcze trochę, będziemy szlifować twój styl. 

Przytaknęła głową. Przez następne cztery godziny ćwiczyła zadawanie szybkich ciosów jak i obrony przed takimi, co już nie było aż tak łatwe. W międzyczasie zjedli też lekki posiłek, który przygotowany został przez Shora w większej ilości, ponieważ spodziewał się, że dziewczyna zapomni. Po tych wszystkim była zmęczona i to mocną, ale zadowolona, lubiła treningi z wujem, chociaż zawsze ją męczyły. Stety lub niestety, ale po tych godzinach wuj musiał wrócić do swoich obowiązków.

 Ao poszła do pewnego domku umieszczonego na pewnym wzgórzu koło osady. Zdawałoby się, że dom jest mały, ale jednak w środku było sporo miejsca przez piwnice. Mieszkała tutaj miejscowa wieszczka, w powietrzu już wokół domu było czuć zioła i energię, która wypełniała to miejsce. Ao powolutku podeszła do starych podrapanych drzwi i zapukała powoli:

-Dzień dobry. To ja Ao. Cisza była jej odpowiedzią, dziewczyna postanowiła zaryzykować i wejść do środka w końcu pierwsze pomieszczenie był to swego rodzaju sklepik z ziołami i wytworami kobiety. Pomieszczenie było dosyć spore, ale w większości zawalone. Wszędzie były półki i stoły, na których znajdowała się masa różnych ziół, częstych jak jaskółcze ziele, mięta, czosnek czy rzadkie jak smocze ziele, zieleń, lodowy kwiat lub ognisty kwiat. Poza tym mamy tam masę różnych płynów, eliksirów czy maści. Ciekawie to wyglądało, tym bardziej że ściany były szare, a okna małe i zawsze tam był półmrok i zaduch, dający mroczny klimat aż ciarki szły po plecach, jak i paliło w nosie. Ao zawsze dziwnie się czuła, jak tutaj wchodziła i tak też było tym razem. Zaczęła wytężać wzrok, by móc się przyjrzeć pomieszczeniu. Nic się nie zmieniło od czasu gdy była tutaj ostatnio, ale nie widziała kobiety. Podeszła do pojemnika z wodą ustawionego w jednym z rogów pomieszczenia. Spojrzała na sam pojemnik, w którym woda miała swój naturalny kolor, co zdradzało, że pani tego domu nie ma, ale Ao się nie poddała, miała przeczucie, że powinna pójść nad rzekę, może to uczucie wywołało coś niezwykłego lub po prostu było to przez zaduch w tym pomieszczeniu. Tak czy owak, Ao chciała spotkać się z wieszczką i jak najszybciej opuścić to pomieszczenie ze względu na ból głowy, jaki miała przez nie. Po zamknięciu drzwi znów skierowała się do lasu, tylko tym razem poszła nie nad jeziorko tylko nad rzekę. Zbliżając się do rzeki, zaczęła czuć dziwną energię, która wpływała na otoczenie, ciarki przechodziły ją po całych plecach, czując to. Po jakiś dziesięciu minutach zauważyła starszą kobietę, która medytowała, oddając energię do otoczenia. Nie wiedząc co zrobić, Ao stanęła i patrzyła na nią. Kobieta wyczuła, że ktoś ją obserwuję, więc otworzyła oczy i wstała, podpierając się o kostur. Patrzyła na Ao ciepłym, inteligentnym wzrokiem:

-Witaj dziecino, cieszę się, że przyszłaś. 

-Tak czułam, że powinnam przyjść… 

-Rozumiem. Czyli jeszcze mam trochę mocy, jeśli to mi się udało. 

-Mhm. Dlaczego więc pani chciała mnie widzieć?

 Dziewczynę naprawdę ciekawiło, o co tu chodzi. Co chciała tutejsza wieszczka? 

-Chciałam po prostu z tobą porozmawiać. Mam kilka rzeczy do przekazania tobie. 

-Aha. To, o jakiej sprawie chcesz mnie poinformować? 

-Niedługo wyruszysz w podróż. Wszyscy o tym wiedzą. Chcę cię ostrzec, widzę, że na twoje życie czyhają bardzo potężne siły. 

Ao zmartwiły słowa staruszki, jeśli to prawda to może być niezwykle nieprzyjemnie, już miała się odezwać, ale kobieta była szybsza: 

-Ale to nie wszystko, siły te są potężne, potężne na tyle, że można mówić o boskiej aurze, ale widzę, że będziesz miała po swojej stronie potężnych sojuszników. Widzę postać, od której bije aura, której boją się nawet bogowie. Jednakże to wszystko jest mgłą, sama wykujesz swój los. 

Dziewczyna się zlękła i to poważnie. Co to za siły? Dlaczego chcą ją dopaść? Kim będę jej sojusznicy? Kiedy będą chcieli ją dopaść? Co to za osoba? Czy nie przesadza? Tyle pytań a tak mało odpowiedzi. Kobieta wiedziała dobrze, że dziewczyna się zlękła jej słów. 

-Spokojnie, mówiłam też, że jesteś panią swego istnienia. Od ciebie zależy, jak się twoja droga potoczy, ale pamiętaj, jak będziesz na skrzyżowaniu, każda droga będzie cię kusić, ale nie wszystkie są dobre, a niektóre mogą być wilkami w owczych skórach, wszystko nie musi się zdarzyć, albo zdarzyć się może więcej. Ja ci więcej nie mogę powiedzieć, bo moja ingerencja tylko sprawi, że twój los się dopełni. Pamiętaj, jak będziesz mogła zajrzeć w przyszłości, usłyszeć przepowiednie to się zastanów, bo jedno zajrzenie zawalić może twoje drogi i wymusić obranie jednej z nich nawet bez twej zgody. Teraz dam ci upominki. Kobieta zaczęła grzebać w torbie:

-Niedługo i ja będę musiała opuścić tę osadę, więc chcę Ci teraz to dać.

 Z torby wyjęła trzy buteleczki i pięć flakoników:

-Każda z nich ma potężne działanie. Mamy tu naprawdę różne eliksiry. 

Ao niepewnie wzięła je do rąk:

-Dlaczego pani nas opuszcza? I od czego one są? 

-Umiesz czytać dziecko, chodziłaś do elfiej szkółki. Przeczytasz sobie, są podpisane. Nie mogę powiedzieć, czemu opuszczam to miejsce, ale muszę to zrobić. 

Ao mało co rozumiała, ale zamierzała to przemyśleć. Jeśli wieszczka musi opuścić to miejsce, to znaczy, że musi to zrobić i koniec kropka:

-Mhm. Życzę więc dobrej podróży i niech pani znajdzie lub dotrze, to tego czego trzeba.

-Cieszę się, że rozumiesz lub chociaż się starasz. Od razu mówię, byś się nie martwiła. Przecież mam dużą moc, a i nie będę sama. Będzie ze mną Driochm.

 Z rzeki słysząc swe imię, pojawił się żywiołak wody, ciało było z wody, nie miał nóg, ale za to ręce, jego głowa była spłaszczona bez oczu, ale z rurkowatymi ustami.

Ao przyjaźnie spojrzała na żywiołaka, jednak pod uśmiechem skrywała smutek:

-Prawda. 

-No cóż dziecino, dziękuję Ci za rozmowę. Niestety, ale ja już muszę iść. 

-Już tak szybko? Rozumiem, że musi odjechać, ale tak szybko?! 

-Niestety kochana. Wybacz mi, że tylko tyle ci dałam. 

-Szkoda, że opuszczasz tak szybko nas. 

-Niestety dziecino, ale wiedz, że to była sama przyjemności spędzić z wami te wszystkie lata.

 Mówiła to szczerze i z uśmiechem na twarzy, jak i smutkiem w oczach, że musi opuścić tę osadę. Ao przytuliła kobietę szczerym i miłym przytulasem. Chwilę zajęło, nim przerwały uścisk. 

-Nie musi mnie pani za nic przepraszać i tak dużo zrobiła pani dla mnie. 

-Cieszę, że tak sądzisz. Elfowi powiedz na pożegnanie, że jego rękawice i kostur ukryłam w uschnięty dębie na kaczych bagniskach. 

-Dobrze.

 Wieszczka zaczęła odchodzić do swego domu, by wziąć trochę rzeczy i później odejść. Ao popatrzyła się na nią przez chwilę i sama odeszła, musiała to sobie przemyśleć.  

Udała się na początku do swego domu, by wziąć kilka rzeczy jak torbę, jedzenie, sztylet i inne pomniejsze przedmioty. Jak tylko wzięła swoje rzeczy, wróciła do lasu. Przechadzała się, idąc w głąb, delikatnie przebijające światło dający zielonkawy kolor lasu zmalało, las był tutaj starszy, dziewczyna zawsze mogła tutaj wszystko przemyśleć. Chociaż jej tata zawsze mówił, żeby sama tu nie chodziła, bo jest tutaj niebezpiecznie, groźnie i może jej coś się stać, ale ona go niestety nie posłuchała. Zbyt bardzo lubiła tu być. Wędrowała w nim przez dwie godziny, oczywiście chodząc raczej wokół niźli na przód. Ze względu na to, żeby później nie musiała tak długo iść do domu. Gdy poczuła głód, usiadła przy drzewie, wzięła kanapki i zjadła kilka. Ułożyła się wygodnie i usnęła. Las w tym miejscu zawsze miał taki wpływ na istoty, które je zamieszkiwały. Dopiero zbudził ją zbyt głośne zwierzęta. Ao chwyciła jednoręczny miecz:

-Czy ktoś tu jest?

 Zza drzew wyskoczył warg, potężny bestia. Wilk wielkości kucyka, szybszy od koni i jednocześnie mający podobna siłę szczęk jak gryf. Ao przestraszyła się i to nie na żarty, te potężne drapieżniki były naprawdę trudne do pokonania. A ten był jeszcze większy od zwykłych wargów. Czarna jak smoła sierść i szara grzywa dodawała mu dodatkowej aury. 

Z reguły na nie zastawiono sidła lub strzelców, ale na pewno nie walczono z nimi jeden na jednego! Tylko orkowie tak robili, ale oni się nie liczą. Ao rozejrzała się na boki, wiedziała, że te drapieżniki żyją stadnie. Warg zaczął ją okrążać, szukając słabego punktu u niej. Ao ostrożnie dopasowywała się do pozycji stwora. Chciała jak najszybciej wejść na drzewo i przemieszczać po nich. Warg okrążał ją dalej, ale gdy ta na chwilę straciła koncentrację, bo myślała nad ucieczką, zaatakował, na szczęście Ao odskoczyła w ostatniej chwili i wyprowadziła cięcie, ale miecz zjechał tylko po twardej skórze wilkopodobnej istoty. Nagle pojawiło się jeszcze pięciu przedstawicieli tego gatunku, też warcząc na nią. Ao zdała sobie sprawę, że jest źle i to bardzo. Gdy pierwszy warg wkurzony chciał znów zaatakować, Ao się poślizgnęła i upadła na ziemię. Jednakże w powietrzu świsntnęła strzała z niebotyczną prędkością, mknąć niczym piorun na niebie, a powietrze wirowało wokół niej, żaden zwyczajny strzelec nie dałby rady tak wystrzelić. Wbiła się prosto w głowę stwora, przelatując przez nią. Ciało warga upadło na ziemię obok Ao, którą przerażona właśnie patrzyła, co się stało. Wargi spojrzały w stronę strzelca, ale nie widzieli go przez dość sporo chwilę, już miały się rzucić na zszokowaną dziewczynę, ale strzelec wyszedł z dwumetrowym łukiem, który wyglądał, jakby był poskręcany, ale idealnie równy, cięciwa aż się świeciła, a strzały, pojedyncze elementy wyglądały jakby wrosły w drzewca. Była z drogich i rzadkich materiałów, grot z rogu jednorożca, drzewie z drzewa entów, a lotki z piór pegazów. Elf nie należał do zwykłych strzelców. Miał na sobie żółto-złotawy pancerz z pięknym kolorem zieleni, wykonany z drzewa entów, ale pokryty wzmocnieniami z mieszaniny substancji wykorzystywanych przez morskie elfy. Do tego w wielu miejscach miał łuski zielonego smoka. Na szyi miał naszyjnik wyglądający jak dębowy liść, pięknie wykonany, wyglądał jak prawdziwy, był cały złoty z odcieniem brązu, a u początku ogonek był ze szmaragdu, przynajmniej tak wyglądał. Na głowie miał kaptur ze skóry warga, spod którego widniały groźne błękitne oczy.

Autor Serek
Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 562
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!