Vi była zachwycona ciastkami, które udało jej się ukraść jakiemuś małemu, piltoverskiemu dzieciakowi.

Były idealnie kruche, a truskawkowe nadzienie perfekcyjnie komponowało się z maślanym posmakiem. Zostały jej jeszcze dwa, ale postanowiła zachować je dla Ekko, aby także mógł skosztować tej ambrozji. 

Spojrzała ukradkiem na zegarek jakiegoś przechodnia. Według niego, od kiedy rozstała się z przyjacielem, minęło jakieś dwadzieścia minut. Cóż, tyle powinno mu wystarczyć. Pora zacząć kierować się w jego stronę.

Tak też zrobiła, a po drodze mijała coraz to ciekawsze stoiska. Czarny rynek, oczywiście. Nawet tutaj, wśród tych świętoszkowatych arystokratów, musiał takowy istnieć. Ją interesował jednak tylko jeden straganik – ten, wypełniony kolorowymi kryształami hextech. W końcu dostrzegła go kątem oka, ale coś jej tam nie pasowało. Ruch był jakiś taki zbyt gwałtowny, a tłum kotłował się jak gdyby czegoś, lub kogoś, szukał. Czyżby Ekko nawalił?

Próbowała przepchnąć się przez ludzką masę, taranując sobie drogę łokciami, ale nie trwało to długo. Gdy była już zaledwie kilka metrów od epicentrum zaniepokojonego motłochu, poczuła, jak obrywa czymś ciężkim. Wrzasnęła, a po chwili zorientowała się, że wpadła na nią jakaś chuda, blada dziewczyna. Ta nie przejęła się jednak, i rzuciła jej gniewne spojrzenie różowych oczu.

– Z drogi, krzykliwy buldożerze, nie mam czasu – syknęła i, jakże bezczelnie, odepchnęła ją na bok. Uciekała w stronę jednej z bocznych uliczek, chyba tej, z której przybyli poprzednio z Ekko. Za uciekinierką powiewały jej długie, niebieskie włosy.

Vi w jednej chwili zapomniała o przyjacielu, który mógł mieć kłopoty. Gdy ktoś traktował ją z takim lekceważeniem, zawsze coś się w niej kotłowało i jej instynkt krzyczał, aby dorwać i zamordować, a przynajmniej lekko obić nowego wroga.

– Vi!

Odwróciła się, a jej oczom ukazał się jej biegnący kumpel. Poczuła ulgę, że nic mu się nie stało.

– Ekko! Całe szczęście, że jesteś…

– Nie ma czasu! – rzucił, mijając ją w biegu – Goń ją!

Skojarzyła, że chodzi mu o impertynencką dziewczynę, więc bez wahania ruszyła za nim. To się nazywa upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Przeciskali się przez zdezorientowany tłum, który, widocznie niezadowolony z bycia potrącanym i tratowanym przez jakieś zauńskie dzieciaki ze slumsów, wykrzykiwał za nimi rozmaite obelgi i groźby. Żadne z nich jednak się tym nie przejęło. Przywykli do tego już dawno temu. Pościg przez stragany, stoiska i wściekłych przechodniów szedł raczej gładko i nikt ich nie zatrzymywał, do momentu, w którym na drodze Vi stanął facet o dziwnie znajomej, posiniaczonej twarzy.

Przystanęła i uniosła dłonie w geście pokoju, przyglądając się wycelowanemu w nią pistoletowi.

– Czy ja już cię kiedyś nie obiłam? – warknęła, przekrzywiając głowę. Gdzieś ponad ramieniem mężczyzny, dostrzegła Ekko, wspinającego się na budynek. Nie oglądał się za siebie, a ona nie da rady go zawołać. Trudno, będzie musiała poradzić sobie sama.

– Ochrona! – zawołał donośnie facet o poharatanej facjacie. – Złodziejka! Mamy tu złodziejkę!

Sytuacja robiła się zdecydowanie zbyt groźna. Poczuła na sobie więcej spojrzeń, niż byłaby w stanie znieść i rozejrzała się po tłumie, mając nadzieję na odnalezienie jakiejś przyjaznej twarzy.

– Ej, uspokój się – spróbowała, ale zorientowała się, że jej głos drży. – To były tylko dwie giwery. Widzę po twoich ciuszkach, że bogacz z ciebie, nic ci taka drobna strata nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie, zrobiłeś dobry uczynek, powinieneś być wdzięczny, że zwiększyłam twoją szansę na trafienie do nieba! Chociaż… Z taką mordą, myślę, że już na stracie cię zdyskwalifikują…

Jacyś dwaj faceci z hextechowymi protezami rąk zaczęli zbliżać się w jej kierunku, a po ich postawach bynajmniej nie spodziewała się przyjaznych zamiarów. W ostatniej chwili dostrzegła w tłumie Zulę oraz Toby’ego, którzy przypatrywali się jej z trwogą. Coś do siebie szeptali, najwyraźniej próbując wymyślić jak wyciągnąć przyjaciółkę z tej kłopotliwej sytuacji. Może była jeszcze jakaś nadzieja.

– Pójdziesz z nami – poczuła chłód metalowej dłoni na ramieniu. Zacisnęła się na nim tak mocno, że nie zdziwiłaby się, gdyby zostały jej trwałe ślady. 

– Ani mi się śni.

Padła na ziemię i podcięła nogi jednemu z nich. Drugiego zręcznie wyminęła, robiąc przewrót w kierunku tłumu. Zobaczyła, jak Zula próbuje rozepchać ludzką masę, aby utorować jej drogę ucieczki. To właśnie tam pobiegła, lecz nie biegła długo. Poczuła jak jakiś sznur krępuje jej nogi i wywaliła się tuż pod stopami trzymającego ją na muszce, obitego mężczyzny. Spojrzała na swoje stopy, ale zobaczyła tylko skłębioną siatkę, zaciśniętą wokół nich. Przegrała.

Facet zarechotał, a tłum wciąż z zaciekawieniem obserwował całe zajście. Nie mogła uwierzyć, że Ekko się nie zorientował i tak po prostu zostawił ją na pastwę losu. Jak już ucieknie, powie mu, co o nim myśli. Poczuła, jak silna ręka łapie ją za koszulkę i unosi do góry. Posiniaczona fizjonomia znalazła się tuż przed jej własną.

– Przyjrzyj się – warknął jej w twarz wściekły mężczyzna. Poczuła kropelki śliny na swoich policzkach. – Tak właśnie za chwilę będzie wyglądać twoja obrzydliwa, brudna, zauńska twarzyczka, gdy już z nią skończę. Tylko że w twoim przypadku, nie dopuszczę do tego, aby te rany się zagoiły.

Wolną ręką, z całej siły wcisnęła mu pięść w żołądek. Jakież było jej zaskoczenie, gdy w zamian oberwała pociskiem rewolweru.

***

Usta Ekko rozciągnęły się w szerokim uśmiechu satysfakcji, gdy wbiegając w ślepy zaułek napotkał niebieskowłosą dziewczynę, bujającą się na piętach i wpatrującą się tępo w ścianę, której najwyraźniej się tutaj nie spodziewała. Do piersi tuliła mały woreczek z zawartością, dla której wykończony chłopak gonił ją przez pół Zaun. Wyciągnął z kieszeni ostatni granat swojego autorstwa i zacisnął na nim palce. Jeśli będzie próbowała uciekać, zatrzyma ją bez problemu.

Dziewczyna musiała usłyszeć jego przyspieszony oddech, gdyż odwróciła się i zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Na jej twarzy pojawił się figlarny uśmieszek, a oczy zalśniły, jak gdyby w ułamku sekundy wyparowało z nich całe zagubienie i zakłopotanie.

– Sorry za tę pomyłkę wtedy, zmyliły mnie te kłaki – przekrzywiła głowę i zamachała woreczkiem przed jego twarzą. – Tego szukasz?

Chciał chwycić sakiewkę, ale ta szybko odsunęła rękę i w mgnieniu oka znalazła się tuż pod ścianą. Zaśmiała się w dziwny, maniakalny sposób i wystawiła język.

– Jaki narwany! Myślałby kto, że oddam ci je tak łatwo. 

– Jeśli tego nie zrobisz, sam je sobie wezmę – odpowiedział ze stoickim spokojem. 

– Tak, tak, wstrzymujące czas granaty, jakieś szklane wazony, sposobów masz pod dostatkiem, mój drogi Ekkoludku – jej uśmiech poszerzył się, gdy zobaczyła ślady zdumienia w jego oczach. – Co cię tak dziwi? Loczek miał rację, sława cię wyprzedza, imbecylu.

– Loczek? – wydukał. W myślach zdzielił się w czoło za to, że akurat ten szczegół postanowił skomentować.

– Jayce – wyjaśniła z politowaniem w głosie. – Ty naprawdę wolno kojarzysz, co? I ty masz być tym geniuszem biegającym z bandą bezdomnych dzieciaków po mieście?

Przerzuciła woreczek do drugiej dłoni, a zwolnioną ręką zaczęła kręcić jednym ze swych niezwykle długich warkoczy. Ekko coraz mniej podobała się ta rozmowa. Dziewczyna także nie wyglądała na taką, co ma równo pod sufitem. Był wręcz pewien, że musiała nawdychać się jakichś podejrzanych substancji chemicznych.

– Po prostu daj mi te kryształy. Raczej ich nie potrzebujesz, prawda? 

To była ostatnia próba rozwiązania tej sprawy pokojowo. Jeśli odmówi, lub zrobi coś dziwnego, bez wahania zdetonuje granat.

– Racja, nie potrzebuję – jej ręka zamarła, a warkocz gładko spłynął na jej plecy. – A ty? Dlaczego tak ci na nich zależało, że zdecydowałeś się na bieganie za nieznaną sobie wariatką, która mogła cię wpędzić w pułapkę?

Na te słowa wstrzymał oddech i rozejrzał się nerwowo dookoła, planując upuścić czasowstrzymywacz na ziemię, jeśli tylko zauważy jakiś podejrzany ruch. Dziewczyna zarechotała donośnie.

– Powinieneś zobaczyć swoją minę! Wyluzuj, nic ci nie zrobię. Potrzebujesz ich do tej swojej nowej zabawki, prawda? Dam ci jeden, i jeśli zaprezentujesz mi jej działanie, a mi się spodoba, dostaniesz resztę i zostawię cię w spokoju – zaproponowała.

Warzył jej słowa, ostrożnie je analizując.

– Przecież mogę sam je sobie wziąć.

– Ale jesteś dobry, miły i masz inne nieprzydatne cechy charakteru – przewróciła oczyma. – Mój gang obserwował wasz, trochę o tobie wiem. No weeź, to niewielka prośba, sam to przyznasz. W końcu właściwie załatwiłam ci te kryształki za darmo, odwalając całą robotę za ciebie, nie?

Patrzył w jej różowe oczy wypełnione… nadzieją? Znów zaczęła kiwać się na piętach i pochyliła głowę, przez co momentalnie przypominała mu zwykłego, porzuconego dzieciaka zauńskich ulic. Rozpoznał w niej swojego, i chyba właśnie to zmusiło go do wypowiedzenia tego słowa:

– Zgoda.

Aż podskoczyła z radości.

Autor crucia
Opublikowano
Odsłon 682
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!