自由の翼 Jiyū no tsubasa – Akt III – Odsiecz

 

 

Rozdział 6

Sytuacja Kryzysowa

    15.Lis.1994

Godz. 18.21; Przed Bramą Pyskowicką, Pyskowice

-Hej, ma ktoś pomysł, co tam się mogło odjebać?- Spytał swoich towarzyszy siedzących na koniach Jarosław.

-Nie mam zielonego pojęcia- Odpowiedział Gustav

-Coś bardzo złego- Wtrącił się Piotr -Jeżeli tak dobrze broniona twierdza upada to znaczy, że dzieje się coś konkretnego. I bardzo, bardzo złego-

-Emm… Będę udawał, że zrozumiałem- Odpowiedział Wiśniewski

W Pyskowicach zebrano niemalże całe siły zbrojne okręgu Śląsko-Morawskiego, z wyjątkiem oczywiście batalionów obrony murów, korpusów treningowych czy innych oddziałów potrzebnych bardziej na miejscu niż gdziekolwiek indziej. Mobilizacja praktycznie każdej wolnej jednostki wojskowej w Okręgu Śląsko-Morawskim bynajmniej nie należała do zadań łatwych i szybkich, lecz udało się to zrobić w tempie ekspresowym, gdyż w coś koło dwie godziny. Większa część wojska wiedziała, co się święci, lecz nie dało się ukryć, że niektórzy nie do końca wiedzieli o co chodzi i po co w ogóle rozpoczęto mobilizacje, gdyż zawsze trafią się mniej kumate jednostki, absolutnie wszędzie, w tym w wojsku.

Na samym przedzie całej tej zbieraniny zebrali się praktycznie wszyscy Lokalni dowódcy, sierżanci i pułkownicy m.in. Donncha Magorian, dowódca 05. batalionu Powietrznej piechoty lechickiej, Wanessa Kędzierska, Dowódczyni 02. Baterii Artylerii, Branislav Maruska, dowódca 01. Batalionu kawalerii, Boris Žitnik, Dowódca 06. Batalionu powietrznej piechoty lechickiej, Jaume Vidal, pułkownik 02. Pułku powietrznej piechoty lechickiej, Grozda Bozhidarov, dowódczyni 01. Bułgarskiej kompanii kawalerii Wsparcia czy Krzesimir Sienkiewicz, dowódca 03. Batalionu piechoty lechickiej, jak i wielu innych. Był tam też Sierżant Amédée Fay, Oraz nawet sam Generał Narcyz Pakulski.

-Dobrze, wszyscy słuchajcie, bo nie będę powtarzał, czeka nas teraz najpewniej bardzo trudna i niebezpieczna operacja. Jak wiecie mury twierdzy Opole dzisiaj upadły. Nie wiemy jak długo jeszcze wytrzymają, więc musimy się śpieszyć! Każda minuta jest na wagę złota! Chce wam tylko przypomnieć, że możliwe jest, że część z nas już tu nie wróci, lecz chyba każdy jest tego do dawna świadomy i pogodził się z tą wizją, kiedy dołączył do armii. Zatem, Za chwile otworzą się bramy i wyruszymy ratować Naszych towarzyszy z Twierdzy Opole!- Ogłosił reszcie kadry dowódczej Sierżant na prośbę Pakulskiego, gdyż Generał był beznadziejnym mówcą. Wśród dowódców rozległ się szmer rozmów, lecz po krótkiej chwili większość z nich poszła przygotowywać dywizje.

-Sierżancie, macie może jakieś pomysły, co tam się mogło stać?- Do Fay’a podszedł Giò z drużyny Vilĉjo z dość zakłopotanym wyrazem twarzy -Czy koniec końców nie jest to nasza najsilniejsza twierdza Signor? Jeżeli tam coś się stało, to znaczy, że musi to być coś bardzo złego-

-Obawiam się, że zaraz się przekonamy żołnierzu. Już wkrótce- Odpowiedział Sierżant

-Hej, sierżancie! Czyli zaraz wyruszacie?- Dowódca Czcibor Kasprzak, którego formacja jak i on sam nie brali udziału w odsieczy, podszedł do Amédée

-Zgadza się Kasprzak. Ostatnie przygotowania i ruszamy. Nie chce nawet myśleć o tym, co spotkamy w Opolu- Rzucił Fay

-Cóż, jak wrócicie to powiedz, co to było. Jestem nadzwyczaj zaciekawiony, co tam się stało. Cóż, w każdym razie sierżancie, czekamy na sygnał. Ja i moi ludzie są w ciągłej gotowości!- Zaświadczył Czcibor

-To dobrze. Dobrze, bo ja też muszę się przygotować, wracaj na mury, bywaj- Odprawił Kasprzaka Sierżant

-Tak jest sierżancie. Nie dajcie się zabić!- Rzucił na odchodne Polak

-Hmm…. Postaram się!- Odpowiedział Sierżant -Ehhh… To będzie ciężkie kilka dni, bez dwóch zdań- Westchnął Amédée

****

         Tym czasem wśród wojsk, Gotthilf patrzył zamyślony w przestrzeń. Wyglądał na dość zmartwionego, gdyż w rzeczy samej, coś go mocno trapiło.

-Hej, Gotthilf! Co się dzieje? Wyglądasz jakby ci właśnie zwinęli tuż sprzed nosa ostatnią porcje twojego ulubionego dania w kantynie. Cóż to cię trapi przyjacielu?- Reinout podszedł, chociaż raczej podjechał, gdyż na koniu, do strapionego Austriaka ze swoim standardowym tylko trochę sztucznym, teatralnym uśmiechem.

-Hę? Em, przepraszam, zamyśliłem się. Martwi mnie jedna rzecz- Wyjaśnił Hofmeister

-A cóż takiego? Jeżeli masz wątpliwości, co do wytrzymałości naszych murów, to nie ma o…-

-Nie, nie o to chodzi Reinout- Przerwał Holendrowi Gottfilf -Słyszałeś o odbiciu jednego z więźniów z aresztu tu w Rybniku?-

-A któż nie słyszał? Dość głośno o tym było przyznaje. A cóż takiego się wtedy stało, jeśli mogę wiedzieć?-

-Tym odbitym więźniem był mój stary przyjaciel, teraz członek Jägers i mój samozwańczy, śmiertelny wróg. Niepokoi mnie to-

-Lepiej nie zamartwiaj się tym na zapas. Skup się na naszym obecnym celu, czyli wspomożeniu twierdzy Opole- Do dwójki rozmówców dołączył nagle trzeci, mianowicie Albína -Bo jeżeli zbyt bardzo skupisz się na tego typu zmartwieniach, tym większa szansa, że zginiesz od nieuwagi. Taka koleżeńska rada-

-Heh, dzięki Albína-

-Plus, jeżeli dziś go wyciągnęli z aresztu, to raczej przez parę dni nie będzie się wychylać, no chyba, że jest jakoś naprawdę głupi, albo nierozgarnięty. Ale nie wiem-

-Możliwe, że tak jest. Miejmy nadzieje, że masz racje- Odrzekł Gotthilf

-Raczej mam. Mało kto chce zostać zabitym, czy ponownie złapany tuż po swoim wyjściu z kicia-

-Masz słuszność Albína- Dodał Reinout

-Racja. Mimo to, zastanawiam się, co się z nim teraz dzieje-

****

         W międzyczasie

Drezno, Junta Saksońska, posiadłość rodu Von Langenberg

-Na miłość Boską, Alwin! Co ci wpadło do tego tępego łba? Mieliście zrobić jedną rzecz, a ty nagle postanowiłeś se wbić do jakiejś speluny i rozpocząć burdę, a potem jeszcze dałeś się aresztować! Jeżeli myślisz, że zawszę będziemy nastawiać karku by cię wyciągać z gówna, w które sam się wpakowałeś, to się kurwa grubo mylisz!! Jak takie coś się jeszcze raz powtórzy, to sam po ciebie przyjdę i cię osobiście zapierdole! ZROZUMIANO?!- Wydarł się z czystą furią w głosie na Alwina jego przełożony

-Tak jest sze…- Zaczął Alwin

-PATRZ MI W OCZY, KIEDY DO MNIE MÓWISZ! ZROZUMIANO?-

-T-tak szefie- Odpowiedział Alwin. Oczy jego przełożonego, niebieskie jak wiosenne niebo, wypełniała czysta furia w tamtej chwili. Wyglądał jakby mógł w tej jednej jedynej chwili bez najmniejszego problemu rozerwać Alwina na kawałki, albo przynajmniej jakby bardzo chciał to zrobić. Był to widok budzący u Alwina strach i niepokój. Jego przełożony często się denerwował, lecz rzadko aż tak jak wtedy. Lecz jak już tak było, to nikt nie chciał być w jego okolicy.

-Detlef, uspokój się, to nie była jakaś bardzo trudna robota. Jakbym mogła to bym to powtórzyła, ha ha ha- …Prawie nikt.

Kobieta siedząca na krześle przy ścianie nie zbyt dużego pokoju roześmiała się w niebogłosy

-Vera, to naprawdę nie jest czas na takie komentarze. Nie dawaj temu idiocie jakichś głupich pomysłów- Rozkazał Detlef

-Ja, ja, szefie. Ale serio fajnie było. Nawet trafiliśmy tam na kogoś kompetentnego. Był wstanie zastrzelić dwóch naszych! Ha, kto by się spodziewał?-

-Co? Vera, mówiłem żebyś o takich rzeczach informowała wcześniej! Na rany Chrystusa, co tam się odwaliło, o czym nie mówiłaś!- Dopytał tylko odrobine uspokojony Detlef

-A nic, chyba tamtejszy sierżant, czy ktoś, nie wiem, zebrał pozostałych gamoni, i kazał im prowadzić ostrzał zaporowy, czy coś, po czym jak nasi się wychylili to chwila i Bum! i jeden leży, a potem drugi! Śmiesznie było- Odpowiedziała, po czym ponownie wybuchła śmiechem

-Em, panienko Meinhardt, pozwolę sobie zauważyć, że śmierć dwóch panienki ludzi to chyba nie jest powód do śmiechu- Zauważył stojący przed drzwiami do pokoju Majordom

-Ah, Gröger, nie przejmuj się, to wcale nie jest tak, że oni wcale mnie nie obchodzą. Ha ha ha! Plus, cała ta trójka to nie byli moi ludzie, nie zapominaj. Ha ha ha ha ha!- Znów się roześmiała

-Eh, czemu ja muszę pracować z bandą chorych psychicznie idiotów?- Wyszeptał sam do siebie Detlef -I na przyszłość Vera, spróbuj przynajmniej ograniczać straty własne, a nie je maksymalizować! Rozumiesz?- Spytał Vere, lecz ta zignorowała pytanie

-Detlef, uspokój się. Nie da się z tobą rozmawiać, gdy jesteś wściekły skarbie- Do pokoju przez drzwi za Detlefem weszła wysoka kobieta odziana w białą suknie, oraz równie biały kapelusz z dużym rondem. Wszyscy w pokoju, kiedy zauważyli, że weszła od  razu wstali, nawet Vera, której wciąż lekki uśmiech nie schodził z twarzy.

-Gnädige Frau. Proszę wybaczyć za te krzyki, musiałem…- Zaczął Detlef, lecz nie skończył

-Detlef, misiu, mówiłam ci, że nie musisz być tak formalny. Jako mój bratanek możesz do mnie mówić po imieniu, Sibylla, lub po prostu ciociu- Przypomniała mu pani Von Langenberg

-Tak, ciociu- Odpowiedział jej Detlef

-Dobrze. Joachimie, skoro już o tym mój bratanek wspomniał, co to były za krzyki?- Spytała Grögera Gnädige Frau

-Tak jest. Panicz Detlef właśnie bardzo dosadnie wyrażał swoje niezadowolenie działaniami swojego podwładnego, Alwina Gutermutha, oraz ich konsekwencjami Gnädige Frau- Zaraportował Gröger

-Hmm, rozumiem. Detlef misiu, co takiego się stało, że aż tak się musiałeś unosić?- Spytała pani Von Langenberg

-Gnä… Znaczy Ciociu, ten idiota wsz….-

-E, e, e, pamiętasz, co ci mówiłam o wyzwiskach? Nie używamy. To, co mówiłeś?-

-Eh, Jak mówiłem, Alwin w pogoni za bóg sam wie, czym postanowił wejść do jakiejś knajpy i kogoś tam zabić, bo tak, czy coś, nie wiem- Machnął ręką młody panicz. Jego ciotka przyjrzała się wciąż stojącemu na baczność Alwinowi

-Cóż, w rzeczy samej nierozważnie- Powiedziała Sibylla

-Gnädinge Frau, mogę wszystko wyja….- Zaczął Alwin, lecz panicz Von Langenberg mu przerwał słowami

-Milcz! Gówno mnie obchodzą two…-

-Detlef! Uspokój się. Ja chętnie wysłucham, co twój towarzysz ma do powiedzenia. A zatem, Alwin, cóż to się stało-

-Dziękuję Gnädinge Frau. A zatem, udało mi się dostrzec mojego śmiertelnego wroga, Gotthilf Wetzel Von Hofmeister. Ten bydlak zdradził cały naród niemiecki i dołączył do Armii “Wielkiej Lechii”. Na honor swój poprzysięgłem, że go zabiję. Uznałem, że to będzie dobra okazja. Najwyraźniej się pomyliłem. Proszę o wybaczenie-

-Hmm… Rozumiem cię Alwinie. Nie mam ci niczego do wybaczenia. Szczerze mówiąc sama byłam kiedyś w podobnej sytuacji. Lecz na przyszłość bądź bardziej ostrożny. Nie powinieneś nadkładać własnych celów nad powodzenie misji. Pamiętaj, że nadal musimy uratować Wilhelma, czy też Fiodora, jak to woli by go nazywać. Pamiętaj o tym-

-Tak jest Gnädinge Frau!- Odrzekł Alwin

-A-ale ciociu! On doprowadził do zgonu dwóch naszych!- Zaprotestował Detlef

-Czyżby? A czyżbyś nie tak dawno nie mówił, że to nieuwaga panny Meinhardt nie doprowadziła do tego? Bądź proszę konsekwentny młodzieńcze- Skarciła swojego bratanka. Detlef nic nie odpowiedział -Jesteś taki sam jak twój ojciec. Obaj byliście równie uparci i wytrwali, kiedy dochodziło do obrony swoich racji. Lecz Hermann przynajmniej trzymał się jednej wersji wydarzeń, a nie zmieniał ją tak, jak mu akurat pasowało. Czasami za nim tęsknie…- Powiedziała Sibylla

-Ghhh… Przestań mnie wiecznie porównywać do ojca!- Krzyknął młody panicz, po czym oburzony opuścił pokój i trzasnął za sobą drzwiami.

-…A potem sobie przypominam, że był również takim samym dupkiem jak i ty- Dokończyła Frau Von Langenberg

-Em, Gnädinge Frau, mam iść po młodego panicza?- Spytał Majordom

-Nie, nie trzeba Gröger, znasz go. Trochę pokrzyczy, trochę porobi scen, ale na następny dzień wszystko będzie tak jakby nic się nigdy nie wydarzyło-

W następnej chwili do pokoju weszło dwóch blondwłosych mężczyzn, ubranych w białe, długie płaszcze Wyglądali niemalże identycznie, gdyż akurat byli to bliźniacy.

-Hej, a co szefa znowu ugryzło?- Spytał Jeden z nich -Czyżby znów ktoś schował jego ulubione ciastka i powiedział mu, że “to dla jego dobra”?- Rzucił, po czym obaj się roześmiali. Alwin również się cicho zaśmiał.

-O, Heinrich, Friedrich, jak dobrze, że jesteście! Jak zwiad poszedł? Macie jakieś informacje, co do Wilhelma?- Spytała Frau Von Langenberg

-W rzeczy samej Gnädinge Frau!- Zadeklarował Friedrich

-Herr Fiodor jest przetrzymywany w Katowickim więzieniu, w celi numer 1984, znajdującej się na trzecim piętrze więzienia. Okno celi widoczne jest od strony ulicy Königshüttelich, w tłumaczeniu, Esperanckiej, Polskiej ani Czeskiej nazwy nie wymówię- Powiedział Heinrich

-Od strony Rawy?- Dopytała Vera

-Tak, od Rawy- Odpowiedzieli bliźniacy jednocześnie

-To się Chorzowska nazywa Kästner, po Polsku, po Czesku to będzie bodajże Chořovská, a po Esperanto chyba będzie Choĵowskaj, czy jakoś tak- Odpowiedziała Vera

-Dobra, nieważne. W każdym razie, Herr Fiodor został skazany na śmierć przez rozstrzelanie-

-Aczkolwiek w wyroku również skazano go na tortury, ażeby wyciągnąć informacje o innych członkach Jägers-

-Więc tak długo jak Herr Fiodor nie zacznie sypać…-

-Czyli dość długo, jak dobrze go znamy-

-…Tak długo mamy czas żeby go wyciągnąć-

-Albo zlikwidować, jeżeli wyciągnięcie Herr Fiodora będzie niemożliwe- Mówili na przemian Bracia Kästner

-Czyli, jeżeli Herr Fiodor zacznie gadać, to cała nasza… zwei, drei, vier, fünf, sechs, sieben, acht, neun…. nasza dziesiątka ma przegwizdane?- Zaczęła liczyć na palcach wszystkich swoich znajomych Vera, która teraz siedziała z głową zwisającą do tyłu na podłokietniku krzesła, patrząc w stronę reszty osób w pokoju, prócz Grögera, gdyż wciąż stał obok drzwi poza zasięgiem wzroku Meinhardt

-Obawiam się, że nie Meinhardt- Stwierdziła Sibylla Von Langenberg -Wilhelm ma dość szeroki zakres kontaktów i znajomości z poza naszej komórki. Na przykład świętej pamięci już Ottomar i Andreas Blum, którzy byli razem z Wilhelmem, kiedy miał w końcu zabić Vilĉjo, a to tylko przykład-

-Ottomar? To nie był ten z rozwaloną połową gęby? To on ze swoim braciakiem nie żyją? Cóż, raczej nikomu tych skurwieli brakować nie będzie- Rzuciła Vera

-…Wracając, więc jeżeli Wilhelm pęknie, w co szczerze wątpię, lecz lepiej dmuchać na zimne, to nie tylko my mamy, jak to ujęłaś, przegwizdane, lecz wiele innych osób również. Więc musimy go wyciągnąć z więzienia pry-jo-ry-te-to-wo -powiedziała Frau Von Langenberg, specjalnie szybko sylabizując ostatnie słowo, żeby je podkreślić

-Albo zlikwidować- Dorzucił Friedrich

-Friedrich, nawet nie chce słyszeć o eliminowaniu Wilhelma, wiesz o tym! A ponieważ ja tu dowodzę, to włos ma mu z głowy nie spaść, rozumiesz złotko?-

-Ja, Gnädinge Frau!- Zadeklarował

-Dobrze. Macie jeszcze jakieś informacje, czy to wszystko?-

-Cóż, udało nam się dowiedzieć, że lechicka twierdza, Oppeln, jest atakowana przez kolosy i cóż…-

-Nie idzie im zbyt dobrze-

-Dokładnie-

-Fakt ten jest o tyle dziwny, że Oppeln jest jedną z najlepiej uzbrojonych twierdz w okolicy, która mogłaby wytrzymać, nie wiem, napaść wściekłej armii tureckiej przez coś koło roku…-

-…Więc że nie może poradzić sobie z kolosami jest dość dziwne-

-Do Oppeln poszła Daniela, żeby obserwować sytuację, bo, tak…-

-…. Więc jeżeli ktoś tam pojedzie to może się dowiemy, o co chodzi-

-Mhm… Czyli w Opolu dzieje się coś bardzo złego, więc zostawiliście tam Bösch, “Schleswig-Holstein”, samą?- Spytała Vera

-Cóż… Tak- Odpowiedział Heinrich

-Ale to był jej pomysł!- Dodał Drugi Kästner

-…Dobrze, zatem, zdziwiliście mnie tą informacją. Dobrze, zaraz tam kogoś wyślemy…- Powiedziała pani domu, po czym wyszła z pokoju na korytarz i krzyknęła – Dietrich! Choć tu proszę!-

Po chwili w pokoju zjawił się młody mężczyzna, parę lat tylko młodszy od Detlefa. Miał krótkie, brązowe włosy, oraz nie miał zarostu. Na sobie nosił  standardowy mundur armii pruskiej, pamiętający pewnie jeszcze trzecią wojnę wszech niemiecką. Dietrich pomimo swego młodego wieku, gdyż 14 sierpnia skończył 26 lata, brał udział w już kilku wojnach. Nie żeby wybuchało ich w Niemczech mało, jakaś wojna wybuchała tam, co średnio 5 minut, lecz jednak to nadal jest osiągnięcie. Młody wojak był jedną z najlojalniejszych osób w całych Niemczech, ale najbardziej lojalny był wobec swojego szefa, oraz wiernego przyjaciela, Detlefa Von Langenberga, jak i całego rodu Von Langenberg.

-Tak Gnädinge Frau?-

-Zimmermann, mam dla ciebie ważne zadanie. Widzisz, W Oppeln jest Daniela, wiesz która, no i ktoś powinien do niej dołączyć. W ramach wsparcia i tak dalej. Więc jako iż reszta jest potrzebna tutaj, a Detlef raczej nigdzie dziś już nie pójdzie, to mógłbyś ty pójść?- Rozkazała Sibylla. De facto rozkaz, wydała w formie prośby, gdyż i tak nikt się nie spodziewał innej odpowiedzi niż “tak”, a przy okazji Pani Von Langdenberg bardzo młodego Zimmermanna lubiła.

-Robi się Gnädinge Frau!- Odpowiedział z uśmiechem na twarzy Dietriech

-Wspaniale! To idź już, nie ma czasu do stracenia- Powiedziała Sibylla, po czym młodzieniec pobiegł w stronę zbrojowni gdzie każdy miał swoje uzbrojenie, a następnie pobiegł do wyjścia z rezydencji.

-Dobrze, zatem. Heinrich, Friedrich, macie jeszcze coś do powiedzenia?-

-Nie, Gnädinge Frau- Powiedział spokojnym głosem Heinrich

-Dobrze, zatem trzeba będzie obmyślić plan wydostania Wilhelma z więzienia. Zatem za mną! Obaj!- Powiedziała Frau Von Langenberg, po czym ruszyła w stronę schodów na górę. Za nią poszli Friedrich i Heinrich. Zostali w pokoju tylko Alwin Guthemund, Vera Meinhardt i Joachim Gröger.

-A więc… Vera, masz jakieś plany na teraz?- Spytał Alwin

-Nie, absolutnie nie-

-Cóż, to ja mam u siebie puzzle, jak chcesz to możemy poukładać- Zaproponował Alwin

-Hm… W sumie to czemu nie? Hej, Gröger, chcesz dołączyć do układania puzzli?-

-Niestety, obawiam się, że jestem teraz potrzebny gdzie indziej. Mam jeszcze obowiązki do wypełnienia, panienko Meinhardt, lecz dziękuję za propozycję-

-Ee, szkoda. Dobra, Alwin, to idziemy!- Rzuciła Vera, po czym wstała, złapała Alwina za przedramię i zaciągnęła do jego pokoju.

Chwilę później, stary Majordom poszedł wypełniać swoje obowiązki.

****

         Brama się otwarła, armia Lechicka ruszyła na odsiecz twierdzy Opole. Armia liczyła ok. 5 tys. ludzi, podzielonych na 6 dywizji.

Jako iż czwórka przybyszów z drugiego końca świata, Aiko, Kuroda, Yūdai i Paora, nie dość, że przeżyli wyprawę do Opola i z powrotem, to jeszcze jako pierwsi dostarczyli wiadomość o ataku na twierdzę, to Gen. Pakulski ustawił ich w pierwszej linii, tuż za nim i kilkoma innymi osobami, bo czemu by nie? Pakulski był znany ze swoich podważalnych, niczym ważnym niemotywowanych, lecz jednak nieszkodliwych decyzji taktycznych i wszelkich innych. To była jedna z nich.

Z Pyskowic do Opola było pi razy drzwi 60 km, 65, gdyż trzeba było ominąć Strzelce Opolskie, absolutnie opanowane przez olbrzymy, ażeby uniknąć zbędnych strat, starć i nie marnować czasu. Konie wojskowe dość mocno różniły się od tych zwykłych, co można było wypożyczyć w jakiejś stajni na obrzeżach miasta za jedynie 240 groszy za dzień, a 120 groszy dla wojskowych. Wojskowe rumaki były większe, szybsze, silniejsze i wytrzymalsze. W Galopie mogły się rozpędzić aż do 55 km/h, a w kłusie aż do 70 km/h, a do tego w galopie mogły biec ze stałą prędkością ok. 50 km/h przez parę godzin (dosłownie parę, bo dwie).

Dowódca Krzesimir Sienkiewicz, który może nie miał wszystkich ran do końca zagojonych, ale i tak wziął udział w wyprawie, dowodził 02. Dywizją, w skład, której wchodził jego oddział, oraz oddział Borisa Žitnika, który również znajdował się na czele dywizji. Kiedy dywizje się rozdzieliły na grupę północ, środek i południe, Dywizja 02. znajdowała się w grupie środek, czyli tej, która przejeżdżać miała najbliżej Strzelców Opolskich.

-Hej, Borys! Myślisz, że co tam się najlepszego stało?- Spytał Sienkiewicz

-Pojęcia nie mam Sienkiewicz- Odpowiedział chłodnie Žitnik

-Może to te nowe, wybuchające Olbrzymy? Wyglądały na dość silne w Krakowie, więc to może one?-

-Nie mam pewności, lecz jeżeli tak, to może sprawa być dość trudna, lecz jeżeli nie…-

-…To, co?-

-…To wtedy będzie bardzo, bardzo źle- Podsumował Boris

-Hm… Rozumiem-

-To Dobrze-

Przed całą armią była bardzo długa droga, ażeby pomóc swoim przyjaciołom w Opolu, długa i niebezpieczna, jak każda wyprawa wojskowa.

****

         Tymczasem w Opolu sprawy niemiały się najlepiej.

Daniela Bösch, która została w Twierdzy Opole, ażeby biernie obserwować Obronę Opola przez Siły wojsk Lechickich, obecnie siedziała skitrana za jakimś budynkiem, gdyż w promieniu kilkunastu metrów od niej znajdował się olbrzym, a jej skończył się zapas sprężonego powietrza, więc jej sprzęt manewrowy, który również był nim napędzany, był praktycznie bezużyteczny, a ona była uziemiona. Znajdowała się w jakiejś małej wiosce, za pierwszym murem Twierdzy. Najbliższy Lechicki magazyn z bronią, w którym powinny również być butle ze sprężonym powietrzem, był kilkadziesiąt metrów dalej, ale po pierwsze, po drodze był kolos, a po drugie, było dość spore ryzyko, że nie pasują do jej Badeńskiego modelu TSM, który używał jakiegoś kretyńskiego rodzaju butli, ku zadowoleniu wszystkich wokół, prócz samych Badeńczyków, gdyż te butle były o lata za resztą Europy pod każdym względem.

Schleswig-Holstein postanowiła, iż i tak nie ma nic do stracenia, a może być tylko gorzej, więc ryzyk fizyk, postanowiła pobiec do magazynu.

Daniela ruszyła przed siebie, lecz nie tak długo później zatrzymała się, z dość prostego powodu, takiego, iż kolos, który przed chwilą był dla niej bólem w Dupie, teraz padał martwy na ziemię, a Bösch nie chciała zostać zmiażdżona przez ogromne zwłoki.

Za Danielą naglę ktoś wylądował. Na sobie miał Lechicki mundur, oraz używał lechickiego uzbrojenia. Schleswig-Holstein nie była w stanie zobaczyć jego twarzy, więc jak tylko zobaczyła, wyciągnęła swoją broń, która nie była częścią TSM, czyli długi, dwuręczny miecz, i ustawiła się w pozycji bojowej, doskakując do swojego potencjalnego napastnika i przykładając mu czubek miecza do krtani. On tylko się zaśmiał i powiedział

-Hej, Schleswig-Holstein, nie poznajesz starego znajomego?-

-Hę? O czym ty…- Zaczęła Daniela, lecz po chwili się zorientowała, że osoba, z którą rozmawia to tak naprawdę –Westfalen!-

-We własnej osobie śliczna-

-No, kopę lat stary druhu! Co ty tu robisz? I czemu w Lechickim mundurze? Tylko nie mów, że…- Nie dokończyła i powróciła do pozycji bojowej

-Spokojnie, spokojnie, nic z tych rzeczy. Używam tego munduru żeby nie wzbudzać podejrzeń, gdyż chyba nikt nie będzie zadawać zbędnych pytań w takim miejscu, komuś, kto nosi ich mundur?-

-Racja- Powiedziała Bösch, po czym opuściła broń, znowu -Ale to nadal nie wyjaśnia, co ty tu robisz-

-To samo, co ty. Obserwuje-

-Coś aktywnie, jak na obserwatora-

-Cóż, mógłbym siedzieć przez cały czas w jednym miejscu, lecz to by było podejrzane, plus, nie chce mi się ginąć jeszcze, więc ten-

-Rozsądnie. Dobrze, ale a propos, ja tu nie obserwuję, ja zbieram informacje-

-Co? Piszesz książkę historyczną?-

-Nie, mam zamiar zrelacjonować, co tu się dzieje, lecz wyszło na to, że w pojedynkę to jest o wiele trudniejsze niż w kilka osób. Oraz biorąc pod uwagę, co tu się dzieje, naprawdę potrafi być nieciekawie-

-A, faktycznie, ty nadal się trzymasz z tymi z Drezna, jak im tam było….- Niemiec zastanawiając się zaczął intensywnie pstrykać, co miało jakoś pomóc mu sobie przypomnieć, lecz po chwili Schleswig-Holstein przypomniała mu

-Von Langenbergami-

-Dokładnie, Von Langenbergami!-

-No tak, wciąż z nimi trzymam, tak wyszło. Tam przynajmniej normalnie karmią!-

-Tak, wiem, bywałem tam parę razy, pamiętasz pewnie-

-Tak, pamiętam. Ciężko zapomnieć, jak to prawie nie zabiłeś pokojówki, bo zapomniałeś zabezpieczyć karabinu myśliwskiego po polowaniu-

Westfalen nie odpowiadał przez chwilę zawstydzony, lecz po chwili dodał

-Emm, o tym nie wspominajmy-

-Się wie kolego! Dobra, bo stanie i rozmawianie w środku ataku kolosów nie jest najlepszym pomysłem. Wiesz czy tutejsze butle pasują do mojego sprzętu?-

-Wątpię, lecz zawsze warto spróbować-

-Nie żebym miała jakiś większy wybór-

-Dobra, nie narzekaj. Pokaż mnie to- Niemiec się przyglądał się miejscu na butlę Danieli, po czym wyjął z zapasu dwie butle ze sprężonym powietrzem i spróbował zamontować. Po chwili wyszło na to, że -Nie, nie da rady. Nadal się zastanawiam, czemu ty wciąż używasz tej kupy złomu. Znaczy no, badeński sprzęt, ty jesteś z Badenii, więc może to, lecz z tego, co wiem to nie cierpisz na narodowe Sentymenty, zwłaszcza regionalne, a nie De facto narodowe-

-Masz słuszność kolego. Też się nad tym zastanawiam. Pewno wychodziłam z założenia, że skoro mam jeden, to powinno być dobrze i nie ma potrzeby wymieniania, chyba, że się zepsuje. Jeżeli tak było, to myliłam się strasznie.-

-Tak. Dobra, choć, poszukamy ci jakiegoś normalnego Dreiachsiges Rangiergerät. Może tutejsze są dość ciężkie, oraz nie równają się z tymi Tureckimi, lecz i tak to kawał porządnej maszynerii- Podsumował Westfalen,  po czym zaprowadził Schleswig-Holstein do najbliższego magazynu wojskowego.

****

         Godzinę Później

Droga do Opola przychodziła bez większych problemów, żadnych ataków gigantów, żadnych Jägers, żadnych zbędnych postojów, wszystko szło zaskakująco dobrze. Zbyt dobrze. Z takiego Założenia wychodził m.in. Piotr Michajłow, któremu nie dawało to spokoju od dłuższego czasu.

-Coś jest nie tak!- Rzucił do jadącego obok niego Jaakoba

-Co? O co ci chodzi Pietrek?- Spytał Zdziwiony Estończyk

-Poza tym jednym przypadkiem tuż po wyjechaniu, nic się nie dzieje. Wiem, jest już po zachodzie słońca, ciemno jest jak cholera i tak dalej, lecz naprawdę to dziwne, że nic się nie zdarzyło jeszcze-

-E tam, dramatyzujesz. Co ty widzisz w tym złego?-

-Możliwe jest, że okoliczne kolosy po prostu w dużej części z jakiegoś powodu poszły do Opola, przez co jak tam będziemy, to będziemy mieli poważny problem. Rozumiesz, o co mi chodzi? A to tylko jedna z możliwości, choć z tych gorszych-

-Piotrek, nie zastanawiaj się tak nad tym. Widać, że długie podróże ci nie służą. Nie przejmuj się, mało prawdopodobne żeby nagle wszystkie kolosy polazły do Opola, czyż nie? Za bardzo analizujesz całą tą sytuacje-

-Eh, czemu zawsze musisz mieć takie lekceważące podejście do wszystkiego?-

-Ale, o co ci teraz chodzi? Nie rozumiem kolego-

-Bo nie ważne, co, to ty się zachowujesz jakby nic złego się stać nie mogło! Jak na przykład jak Sepi’ego zamknięto przypadkiem w tej skrzyni w konwoju rzymskich dyplomatów! Też mówiłeś, że “nic złego się stać nie może”! A potem mieliśmy wielki problem żeby go wyciągnąć, prawda Sepi?- Powiedział Piotr, lecz po chwili się zorientował, że Sepi’ego nie ma w pobliżu

-Cóż, go nie spytasz, ale dobra, może coś być w tym, co mó…-

-Czekaj no chwilę! Czy my koniec końców Sepi’ego w ogóle wyciągnęliśmy z tej skrzyni?- Zauważył Rosjanin

-Eee… Oh, ja pier…-

W tym momencie obaj uświadomili sobie, że zostawili swojego Fińskiego kolegę w skrzyni jakiegoś Rzymskiego dyplomaty. Poczuli się jak najwięksi idioci na świecie z tego powodu, że postanowili o tym dalej nie mówić, zakładając, że Sepi’emu nic się raczej nie stanie

A skoro o tym mowa

****

         Godzinę wcześniej w Okręgu Śląsko-Morawskim, a dokładniej to w Krakowie

Jeden z Rzymskich dyplomatów właśnie powrócił ze swojego spaceru po Krakowie. Z uwagi na to, że mieli wyruszyć w dalszą drogę do Warszawy, stolicy Lechii, dopiero następnego dnia, skorzystał z okazji ażeby pozwiedzać miasto. Na czas ich pobytu zostało im wynajęte kilka pokoi w Hotelu Warszawskim w Krakowie. Kiedy Dyplomata wrócił do swojego pokoju, usiadł na krześle i zaczął rozmyślać nad tym, co tego dnia widział. Jego rozmyślania zostały przerwane jednak, gdyż w jego skrzyni coś zaczęło się ruszać. Przerażony Dyplomata po chwili podszedł do Skrzyni i ją otworzył. Po tym, ze środka wyszedł młody, brązowowłosy mężczyzna, ubrany w lechicki mundur wojskowy. Nie był on zbyt wysoki, miał na oko 1’70 m. czyli był niższy od dyplomaty. Twarz miał trochę okrągłą, dość bladą. Dało się również zauważyć delikatne zadrapania, oraz ślad po uderzeniu w czoło. Typ ze skrzyni miał dość długie jak na mężczyznę włosy, barwy ciemnobrązowej, które były jednak w kompletnym chaosie. Chłopak wyglądał na dość zmieszanego, czemu nie powinno się dziwić, w końcu właśnie wylazł ze skrzyni.

-Custodes!- Dyplomata niemalże natychmiast wezwał straże, które stały przed jego pokojem

-Co?- Spytał Sepi, który za chiny nie znał Łaciny.

Strażnicy Dyplomaty weszli do pokoju. Uzbrojeni w karabiny samopowtarzalne, wycelowali w Sepi’ego niemalże natychmiast.

Strażnicy na głowach nosili hełmy wzorowane na starożytnych hełmach noszonych przez Rzymskich legionistów. Dość powszechnie znanym faktem było to, iż te hełmy nie miały żadnego praktycznego zastosowania i miały tylko upodabniać wojska Novum Imperium Romanum do antycznych Rzymian. Jednakże reszta umundurowania w niczym nie przypominała Starożytnych legionistów, ani w ogóle niczego Starożytnego. Strażnicy nosili ciemnobrązowe koszule z długim rękawem, zapinane na 10 guzików. Nie miały one kołnierzy ani mankietów. Koszule miały 4 kieszenie, dwie u dołu, a dwie na piersiach. Co do spodni, strażnicy mieli na sobie równie brązowe spodnie, z jeszcze większą ilością kieszeni, gdyż było ich tam aż 6, cztery z przodu, a dwie z tyłu. Nosili wysokie, czarne, skórzane buty.

-Prohibere! Quis es tu, et quid hic agis?- Spytał jeden ze strażników

-Eeee… Ja – nie – mówić – Łacina- Sepi próbował jakoś powiedzieć, że nie umie mówić po łacinie. Najwyraźniej dało to jakiś skutek, gdyż dyplomata zawołał kogoś, a po chwili do pokoju wszedł ktoś, kto nie wyglądał ani na dyplomatę ani na wojskowego. Okazało się, że to tłumacz, wezwany żeby przetłumaczyć, co mówił Sepi. Dyplomata powiedział coś do tłumacza, po czym tłumacz powiedział do Sepi’ego

-Pytają, kim jesteś i co tutaj robisz-

-Em, jestem żołnierzem 03. Batalionu powietrznej piechoty lechickiej i nie mam zielonego pojęcia, co ja tu robię- Powiedział Fin. Tłumacz powtórzył to po Łacinie, po czym padło kolejne pytanie, przetłumaczone, jako

-Dyplomata pyta, co robiłeś w jego skrzyni-

-A skąd ja mam to wiedzieć? Pamiętam, że, podczas kiedy jakaś banda skurwysynów zaatakowała konwój, razem z dwoma innymi moimi kolegami pomagaliśmy w walce, a podczas tego, kiedy jeden ze zbójów grzebał coś w skrzyni, próbowałem go powstrzymać, a potem się odwróciłem i dostałem czymś twardym centralnie w czoło, a teraz obudziłem się tutaj-

Po chwili tłumacz skończył tłumaczyć, a strażnicy opuścili broń, przyjrzeli się Sepi’emu, wymienili kilka zdań, po czym powiedzieli coś do tłumacza, a tłumacz to tak przetłumaczył

-Mówią, że faktycznie, widzieli pana podczas tego felernego ataku. Mówią również, że skoro tak, to może pan teraz iść-

-Serio? Dzięki serdeczne. Miłego wieczoru życzę- Powiedział, po czym nie czekając aż tłumacz to przetłumaczy, opuścił pokój. Strażnicy wydawali się odrobinę zdziwieni jego reakcją, lecz Fin nie zwrócił na to uwagi. Niedługo później opuścił cały hotel warszawski. Kiedy zorientował się, że jest w Krakowie, postanowił jak najszybciej wrócić do Rybnika i zameldować się do Dowódcy Sienkiewicza, wyjaśniając, co się dzieje. Był świadom, że będzie to kawał drogi i że bez wątpienia zajmie mu to niemiłosiernie dużo czasu, lecz nie specjalnie miał jakiekolwiek inne wyjście w tej sytuacji.

Odkąd odbito Kraków z rąk kolosów, miasto znowu zaczęło tętnić życiem. W sukiennicach znów rozkwitał handel, domy znów się zapełniały, a ulice jak dawniej były pełne. Ulice rozświetlały wszechobecne lampy gazowe, co dawało bardzo intrygujący efekt. Kraków był pięknym miastem, lecz w nocy był jeszcze piękniejszy niż kiedykolwiek w dzień.

Sepi nie miał czasu jednak podziwiać uroków dawnej stolicy Królestwa Polskiego, gdyż musiał się jak najszybciej udać do Rybnika. Na jego szczęście pod Hotelem stała dorożka, a obok niej typ, który definitywnie chciał zarobić kilka groszy

-Hej! Dobry człowieku, muszę jak najszybciej dostać się do Rybnika!-

-Hej, koleś, wiesz która godzina? O tej porze to cię mogę zabrać na koniec miasta i dać ci kopa w dupę byś sam se lazł do Rybnika. Wiesz, jakie szumowiny się na traktach czają o tej porze?- Oburzył się Dorożkarz

-Prze pana, to sprawa wojskowa, najwyższej wagi!-

-Woj-eeem-wojskowa?- Dorożkarz przyjrzał się Sepi’emu i zauważył, że nosi mundur wojskowy. Kiedy sobie uświadomił, z kim rozmawia, od razu zmienił nastawienie -Ah tak, oczywiście, przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło, proszę wsiadać! Następny przystanek – Rybnik!- Powiedział Dorożkarz, po czym otworzył dla Sepi’ego drzwi dorożki, a kiedy ten wsiadł, zamknął je, wsiadł na furmankę i ruszył przed siebie. Sepi planował zapłacić za przewóz z góry, lecz nie specjalnie miał okazję, oraz dość szybko o pomyśle zapomniał.

****

         16.Lis.1994

Godz. 13:33; Niedaleko twierdzy Opole

Zbliżała się Godzina Dwudziesta druga, kiedy wojska Lechii dotarły do Opola. O dziwo, po drodze nie spotkali niemalże żadnego olbrzyma/kolosa/tytana/jak kto woli. Wszystkie dywizje spotkały się 3 km. przed pierwszym murem Opola i zobaczyły przerażający widok. Opole okrążały setki, jeżeli nie tysiące Kolosów, a to był dopiero pierwszy mur, który i tak został przebity około 7 godzin wcześniej, biorąc pod uwagę ile zajęło dostarczenie wiadomości i mobilizacja. W oddali było słychać straszne, nieludzkie krzyki, które przyprawiały o gęsią skórkę.

Widok ten zmroził krew w żyłach samych dowódców, którzy nigdy w życiu czegoś takiego nie widzieli, nawet w Krakowie nie było aż tyle kolosów. Tylko Vilĉjo był spokojny

-Eee…. Może mi ktoś wyjaśnić, co tu się kurwa stało?!- Spytał Zszokowany Maruska

-N-n-nie mam pojęcia- Odrzekł pułkownik Vidal

-Co to kurwa jest?- Spytała Kędzierska

-I my mamy walczyć z taką ilością kolosów?- Spytał z niedowierzaniem Magorian

-Tak. Chyba nie przyjechaliśmy tu podziwiać widoków? Wracać do swoich jednostek, przygotować formacje zgodnie z wcześniejszym planem- Rozkazał Sierżant. Wszyscy zebrani tam dowódcy powrócili do swoich jednostek, krzycząc żeby przygotować formację “Łuk”.

Plan zakładał częściowe okrążenie twierdzy oraz atak z kilku stron naraz, a następnie stopniowe oczyszczanie twierdzy Opole z olbrzymów, stopniowo i metodycznie. Plan zakładał również, że ludzie Kędzierskiej będą ostrzeliwać kolos atakujące twierdze, za pomocą swoich dział artyleryjskich. Nie mieli ich dużo, gdyż tylko 84, lecz musiały starczyć.

Pomimo znacznie większej liczebności kolosów niż oryginalnie zakładano, plan nie uległ znaczącym zmianom, gdyż nie było czasu na nie, oraz nie były potrzebne, jakby na to nie patrzeć.

Ustawienie formacji zajęło kilkanaście minut. Wszystkie jednostki były gotowe żeby ruszy naprzód. Oczywiście, po zobaczeniu ogromnej ilości kolosów morale zauważalnie spadły, zawsze spadają, kiedy idzie się na ogromną grupę wrogów, jednakże nie spadły one na tyle żeby był to jakiś większy problem

Ludzie Kędzierskiej byli na pozycjach. Pomimo faktu, że byli w dość dużej odległości od siebie, nie ustanowili żadnego sygnału, kiedy inni mają zacząć strzelać. Dowódca powiedziała im po prostu, że „Mają strzelać, kiedy zobaczą, że inni strzelają”.

Działa Artyleryjskie to były w dużej mierze dwunastofuntowe działa, o skutecznym zasięgu do 700 m. Nie było to dużo, lecz musiało wystarczyć. Fakt, że w okolicach Twierdzy nie było żadnych większych wzniesień również nie pomagał

Kędzierska siedziała na koniu, przed wszystkimi artylerzystami, oczywiście, nie na linii ognia. Wpatrywała się w pierwszy mur twierdzy Opole. Próbowała się wsłuchać w dźwięki wydobywające się z twierdzy. Szybko jednak przestała, gdyż nie była w stanie usłyszeć żadnych dźwięków dział, co ją doprowadzało do białej gorączki. A sama pomagała je tam zamontować!

Nie specjalnie bała się, że od wybuchów i wystrzałów jej koń ucieknie gdzieś pod ogień. Nie było takiego zagrożenia, gdyż był głuchy, taki się ponoć urodził. Dlatego też Wanessa go właśnie wzięła, jako swojego konia

Po chwili włożyła zatyczkę w jedno ucho, a zanim włożyła drugą wykrzyknęła rozkaz, aby rozpocząć ostrzał

-*Wdeeeeeeeeech* NAPIERDALAMY!!!-

****

         Generał Narcyz Pakulski wyciągnął ze swojej pochwy szablę, która była standardowym atrybutem mundurów wewnętrznego kręgu dowódczego, do którego Gen. Pakulski bez wątpienia się zaliczał, uniósł ją ku górze, po czym wykrzyknął

-Rozpoczynam operację “Odsiecz”! Wszystkie wojska, naprzód!- Opuścił szable przed siebie, dając znak “do ataku”. Cały oddział za Generałem, jak i sam Pakulski, ruszyli przed siebie, następnie coraz to kolejne jednostki na prawo i lewo od nich.

Operacja “Odsiecz” została rozpoczęta

****

         15.Lis.1994

Godz. 18:53; Posiadłość rodu Von Langenberg

Vera i Alwin zajmowali się układaniem puzzli. Szło im dość dobrze, bowiem skończyli już prawie połowę obrazka, który miał 10’000 elementów. Obrazek przedstawiał obraz znanego Austriackiego Malarza, Adolfa Hitlera, zatytułowany “Zamek Neuschwanstein”

-Hej, Vera. Jak kojarzę, zanim do nas dołączyłaś, byłaś partnerką dość znanego Austriackiego Muzyka, tego od Von Hofmiesterów…-

-Lothara Von Hofmeistera-

-Dokładnie!-

-No, tak. Był z nas dobry duet, on grał na fortepianie, a ja śpiewałam! On też czasem, ale mi lepiej to zawsze szło! Ah, stare dobre czasy- Potwierdziła Vera

-No to, czemu zostawiłaś go i dołączyłaś do nas?-

-Cóż, jednej nocy, pokłóciliśmy się o coś, jakąś bzdurę, nawet nie pamiętam, jaką. Po tym odeszłam. Opuściłam Rybnik, w którym mieszkaliśmy i wróciłam do rodzinnego Drezna. Potem to wiesz jak to było. Szukałam pracy, trafiłam na ciebie, pogadaliśmy, ruszyliśmy do posiadłości Von Langenbergów i przyjęli nas po czasie. Czasem jednak chciałabym wrócić do Lothara i go przeprosić za tamto-

-Ciekawe. Heh, wiesz co? Ja dawniej się przyjaźniłem z jednym z Von Hoffmeisterów, lecz jakoś nigdy nie poznałem reszty rodziny. A o istnieniu Lothara wiedziałem, więc szkoda, że nie skorzystałem z tej szansy… Chociaż może to jednak dobrze…-

-…Hej, a ty, czemu się do nas przyłączyłeś?-

-He?-

-No wiesz, jakoś wcześniej mnie to nie interesowało, lecz teraz skoro pytasz, to może sam powiesz?-

-To długa historia… Bolesna… Może innym razem?-

-Ej, no weź! Czemu nie powiesz? Ja ci powiedziałam jak pytałeś, więc….-

-Nie. Proszę-

-Hej, to ty pierwszy spytałeś, a teraz nie chcesz powiedzieć!-

-Eh, dobra, zapomnij że pytałem-

-Em… Eh, dobrze zatem. Innym razem-

-Dziękuje-

Po tym, wrócili do układania puzzli. Nie powrócili do tego jednak na długo, gdyż chwile później ktoś zapukał do drzwi

-Proszę!- Powiedziała Vera

-Hej, Vera, Alwin! Sprawa jest- Do pokoju wszedł Friedrich -Em, pamiętacie ten bar, co go obiecaliśmy chronić?- Spytał. Tydzień wcześniej, właściciel jednego z okolicznych barów poprosił Ludzi Herr Detlefa Von Langenberga o ochronę lokalu, z uwagi na ostatni wzrost przestępczości niezbyt zorganizowanej w Dreźnie, jak i całej Saksonii, poza Lipskiem, który obecnie pełnił funkcje stolicy (i tam była też większość sił zbrojnych Saksonii, bo w końcu Saksonia była Juntą Wojskową). Detlef się zgodził, w zamian za 30% tygodniowych zysków

-A no tak, pamiętamy, a co?- Powiedział Alwin

-Właśnie sobie uświadomiliśmy z Heinrichem, że nikogo z nas tam nie ma-

-Co? Kto miał tam siedzieć dzisiaj?- Spytała Vera

-Bösch i Zimmermann-

-A… Ok, to wszystko wyjaśnia. Dobra Vera, chodźmy, z tego jest porządna kasa, więc lepiej nie schrzanić niczego. To nie jest daleko, jak się sprężymy to może zdążymy przed otwarciem-

-Dobra, ale Friedrich idzie z nami- postawiła warunek Vera

-Eh, idziesz?-

-A po co? Dwie osoby dotychczas wystarczały, przy okazji, jestem potrzebny tutaj, więc niespecjalnie mogę iść-

-Słyszysz Vera? Idziemy we dwójkę, i nic mnie nie obchodzi, co masz na ten temat do powiedzenia!- Ogłosił Alwin, po czym razem z panienką Meinhardt opuścili pokój i popędzili do wyjścia z rezydencji

****

         16.Lis.1994

Godz. 14:12; Twierdza Opole

Początkowa ofensywa wojsk Lechii okręgu Śląsko-Morawskiego zakończyła się sukcesem, Kolosy otaczające jedną z dziur w pierwszym murze Opola, gdzie dawniej była brama, zostały wybite do nogi. Nie zmieniało to faktu, że w środku nadal było mnóstwo kolosów, lecz osiągnięto jakiś sukces. Można było teraz dostać się do środka.

Przy okazji zauważono, że kolosy atakujące Twierdze z jakiegoś powodu ignorują atakujących ich żołnierzy. Przynajmniej do pewnego stopnia, gdyż, co bardziej natrętnych atakowały bez wahania. Było to bardzo dziwne, lecz uznano, że to nawet lepiej i nie zastanawiano się nad tym długo.

Przynajmniej do momentu, gdzie jakiś tytan wbiegł prosto w oddział wchodzący na teren twierdzy, boleśnie wszystkim uświadamiając, że nie wszystkie kolosy będą ich ignorować

W murach Opola były dość duże dziury, niewątpliwie zrobione przez Kolosy. Mury były już dawno wzmocnione zwłokami kolosów, co powinno, teoretycznie, zabezpieczyć je przed ewentualnością zostania przez nieprzebitymi. Tak się jednak, jak widać, nie stało. Nikt się tym jednak nie przejmował zbytnio gdyż było takie jedno oblegane przez Kolosy miasto, które pilnie potrzebowało pomocy, nazywało się Opole.

Operacja “Odsiecz” zakładała jak najszybsze przedostanie się do środka murów Opola, oraz oczyszczenie wewnętrznych kręgów zajętych przez kolosy, a na końcu dopiero zająć się zewnętrznym murem. Tak postanowiono, gdyż uznano, że nie mogą tracić czasu na walkę z kolosami, które i tak się nie przedostały do środka i stanowią najmniejsze zagrożenie dla Opola i jego mieszkańców, a lepiej się szybko przedostać w głąb

Sierżant Amédée miał do swojej wyłącznej dyspozycji jedną drużynę zwiadowczą, której kazał dostać się na szczyt muru i ocenić sytuacje. Kiedy ruszyli wykonać swoje zadanie, do Sierżanta podjechał Dowódca Sienkiewicz

-Nie wygląda to ładnie, definitywnie- Stwierdził

-Bez wątpienia. Domyśliłem się, że będzie kolosów dużo, lecz nigdy bym nie pomyślał, że będzie ich aż tyle. Ledwo przez pierwszy mur przeszliśmy, a już musieliśmy zabić więcej kolosów niż przeciętny oddział zabija podczas dwóch miesięcy służby-

-Racja. Masz słuszność. Lecz życie mnie nauczyło, że lepiej nie skupiać się na tym, jak bardzo jest źle i okropnie, tylko na tym, że jest. Pomaga, wież lub nie-

-Może. Dobrze, zbierz swój oddział, przegrupować się, zaraz idziemy dalej jak tylko dostanę na raport z sytuacji-

-Robi si…!- Zaczął Sienkiewicz, lecz przerwał, gdyż nagle rozległ się dźwięk potężnej eksplozji. Było też widać wielką chmurę unoszącego się w powietrzu pyłu

-Co to do diaska było?!- Spytał Krzesimir

-Pojęcia nie mam! Ale definitywnie nic dobrego!-

Chwilę później, wróciła wysłana przez niego drużyna zwiadowcza

-Sierżancie! Meldujemy, że kolos wybuchowy wybuchnął, tworząc dziurę w drugim murzę twierdzy, kolosy przedostały się przez drugi mur, obecnie zmierzają ku trzeciemu!- Zaraportował żołnierz

-Drugi? Szlag, jest gorzej niż myślałem… Dobra robota żołnierze! Przekażcie innym jednostką, że przegrupowujemy się!-

-Tak jest, Sierżancie- Powiedziała cała grupka synchronicznie, a następnie popędziła wykonać swoje zadanie

-Sienkiewicz, zbierz swoich ludzi, jedźcie tam, macie zabezpieczyć dziurę do czasu, aż inne jednostki tam dotrą!- Rozkazał sierżant

-Tak jest Sierżancie!-

Sienkiewicz wyjął swój trójflarowy pistolet sygnałowy, zwany często kurzą stopą, biorąc pod uwagę ułożenie luf. Jego funkcja była taka, że przy operacjach o bardzo dużej skali, za pomocą flar, dowódca mógł zwołać do siebie swój oddział. Każdy oddział miał swój trójkolorowy kod, np. kod 03. Batalionu to był Czerwony-Biały-Czerwony, a, inny przykład, oddziału Grozdy to był Zielony-Biały-Czerwony

Sienkiewicz nigdy nie miał okazji żeby użyć swojego trójfilarowego pistoletu, mniej więcej jak większość dowódców w Lechii, lecz zawsze musi być ten pierwszy raz! Krzesimir załadował trzy flary, zgodnie z kodem, który sobie naprędce przypomniał, skierował pistolet w niebo, po czym wystrzelił. Kiedy spojrzał w górę ujrzał trzy linie różnokolorowego dymu, pozostawione przez lecące do góry flary.

Sienkiewicz nagle losowo pomyślał, że nie chciałby być w skórze osoby, którą by taka spadająca flara uderzyła w głowę

Sierżant odwrócił się od Sienkiewicza. Zwrócił się w stronę Opola. Widząc niezliczone ilości kolosów nacierających bezrozumnie, acz dziwnie skoordynowanie na miasto, jedyne, co zrobił to westchnął i powiedział

-To będzie długa noc-

****

         15.Lip.1994

Godz. 19:14; Kajś na trakcie w Dystrykcie Wadowickim

Dorożka Sepi’ego jechała zauważalnie szybciej odkąd minęli ostatnie zabudowania. Było to spowodowane faktem, iż o tej bez wątpienia późnej i, przede wszystkim, ciemnej porze na tych drogach była bardzo wysoka szansa zostania napadniętym przez bandytów, zwłaszcza wtedy, kiedy odbudowywano Twierdzę Kraków. Przestępczość na Traktach dystryktów Krzeszowickiego i Wadowickiego ogólnie zawsze była niepokojąco wysoka, z uwagi na fakt małego zaludnienia owych dystryktów (oba dystrykty nawet razem wzięte plasowały się na samym dole tabeli pod względem populacji), oraz faktu, że przepływało nimi wiele towarów z innych Dystryktów Okręgu do Twierdzy Kraków i vice versa. Oba te czynniki doprowadzały do dość prostego i oczywistego wniosku. Jak rabował, to tam, bo duża szansa na pokaźny łup, przy prawie zerowej szansie złapania.

Fakt, że nie posiadał żadnej broni bardzo martwił Sepi’ego. Jedyne uzbrojenie, jakim w tamtym momencie dysponował to była stara finka, z którą się nigdy nie rozstawał, ale raczej oczywistym było, iż w razie ataku grupy zbójów, na 100% uzbrojonych w broń palną, jeden nóż myśliwski raczej nie będzie odpowiednią bronią.

-Hej, prze pana! Ma pan tu jakąś broń?- Spytał Dorożkarza Sepi

-Co to za pytanie? Oczywiście, że mam. Jak głupim trzeba być by jeździć po tych drogach bez broni? Mam karabin, modelu nie pamiętam, ale nie tutejszy, jeden z tych, co je jeszcze Prusacy produkowali-

-To dobrze. Mogę zobaczyć?-

-Zobaczyć? Dobra, leży pod moją ławką, sekundę, zaraz wyj…- Dorożkarz zaczął się schylać, lecz po chwili rozległ się głośny huk. Dorożkarz na chwile znieruchomiał, lecz potem padł na twarz, spadając z dorożki na ziemie. W chwilę ktoś dorobił mu dodatkową dziurę w głowie. Posoka zalała mu część czoła i twarzy, rozbryzgując też trochę na Sepi’ego. Kula przeleciała na wylot. Dźwięk wystrzału wystraszył konie, które nagle rzuciły się do galopu przed siebie. Sepi poleciał do tyłu, z dość niemiłą świadomością, że właśnie zatokowali ich bandyci.

W następnym momencie Sepi spróbował przejść na miejsce Dorożkarza, żeby znaleźć jego karabin, gdyż nie było wątpliwości, że Bandyci rzucą się za nim w pościg. Szczęśliwie, znalazł go pod ławką, tak jak mówił Dorożkarz. Sepi rozejrzał się do koła. Z daleka było widać, że już zaczęli go gonić. Fin zdołał dojrzeć pięć koni bandytów, w odległości około 100 metrów od swojej pozycji, stale zmniejszając dystans. Sepi uniósł karabin, wycelował w najbliższego bandytę, wstrzymał oddech i strzelił. Bandyta osunął się z konia, po czym spadł, bezsprzecznie martwy

-Heh, a jednak praktyka nie poszła na marne- Mruknął pod nosem Fin.

Kiedy chciał przeładować, złapał za rączkę zamka, pociągnął, lecz ten nawet nie ruszył z miejsca. Pociągnął jeszcze raz, tym razem mocniej, nadal nic.

-Co jest? Co to za karabin?- Jenna obracał karabin, przyglądając mu się uważnie. Po chwili doszedł do wniosku, że był to

-Pruski Infanteriegewehr 76 Modell B, zamek czterotaktowy, pocisk kalibru 7,92 mm, pojemność magazynka – 5 kul, w produkcji od 1976 do 1977, z uwagi na chujowe parametry względem modelu A, oraz psucie się z byle powodu i zacinanie się jak się nazbiera brudu! Co to za gówno?! I co on z nim robił?!- Podsumował Sepi, wciąż siłując się z zamkiem. Po chwili udało mu się otworzyć zamek. Z uwagi na brak czasu na czyszczenie, po prostu go zamknął ponownie i przygotował się do kolejnego strzału.

-No dawać, niech któryś z was się zbliży, nie będę strzelać z tej kupy złomu- Sepi chciał przejąć karabin od jednego z bandytów. Wiedział, że to nie będzie ani łatwe, ani bezpieczne, zwłaszcza, jak co chwila mu kule świszczały koło ucha. Jednakże gdyby mu się to udało, jego szanse przeżycia wzrosłyby znacząco

Jeden z bandytów poczuł się dość pewnie, żeby podjechać blisko do dorożki. W prawej ręce trzymał skierowany w niebo karabin. Postanowił wskoczyć na pojazd, co też zrobił. Po dostaniu się na pokład, wycelował w Sepiego, który chciał już strzelić, lecz spust się zaciął

No se chyba jaja robicie!” Pomyślał Fin. Na jego szczęście, jeden z napastników przypadkowo trafił odważnego bandytę w ramię, przez co ten upuścił karabin. Fin wyjął swój nóż, rzucił się na bandytę. Ten go złapał, uniemożliwiając mu zabicie go. Siłowali się tak z chwilę, aż Jenna został postrzelony w bok. Nie była to rana poważna, lecz bolała i rozproszyła Fina, przez co jego napastnik zdołał odepchnąć go.

Bandyta sięgnął po karabin, pomimo dziury w ramieniu, nadal mógł ruszać ręką. Sepi, który upadł i uderzył się w głowę, próbował się otrząsnąć. Kiedy dojrzał, że bandyta w dorożce próbuje w niego wycelować, kopnął go w piszczel z całej siły. Bandyta to poczuł, po czym aż prawię się od tego przewrócił. Sepi go w mgnieniu oka złapał karabin za lufę, podciągnął się i spróbował wyrwać go napastnikowi. Szarpał się z nim chwilę, aż koniec końców udało mu się wyrwać broń. Sepi na szybko wycelował w bandytę i wystrzelił. Bandyta wypadł z dorożki i padł martwy na trakt. Pozostało jeszcze tylko trzech.

W międzyczasie podniósł swój nóż, który leżał na podłodze dorożki i schował go do kabury.

Złapał za zamek, pociągnął, nie stawiał oporu, pchnął z powrotem do przodu, wycelował i wystrzelił. Kolejny Bandyta padł.

-No i z tego mogę strzelać!- Mruknął. W rękach dzierżył Węgierskiego GuP’a 1984, karabin powtarzalny, z zamkiem czterotaktowym, strzelający amunicją 7,72 mm, z magazynkiem pudełkowym na 10 pocisków. Łatwy w konserwacji, nie brudził się tak bardzo, nie zacinał się z byle powodu, a rączka zamka była umieszczona z tyłu, co zauważalnie zwiększało szybkostrzelność.

Fin ponownie wycelował. Nie miał bladego pojęcia ile pocisków zostało w magazynku. Miał jedynie nadzieje, że było ich tam dość

Pociągnął za spust. Nie trafił w Bandytę, lecz w jego konia, skutecznie go unieruchamiając, może nie od razu, ale jednak. Nawet, jeżeli to przeżył, to i tak koń już był de facto martwy, biorąc pod uwagę, jak delikatne są to zwierzęta. Koń biegł jeszcze przez dłuższą chwilę, lecz po chwili padł martwy na ziemię.

Został jeden bandyta

Znaczy, teoretycznie dwóch, ale ten jeden został już daleko z tyłu, więc raczej nic by już nie zrobił

Sepi wycelował, wstrzymał oddech, a następnie….

Klik

Koniec amunicji. Jenna nie miał dodatkowych magazynków, bandyta w dorożce nie był już w dorożce, a do tego konie jego wozu się zatrzymywały.

-No rzesz to szlag-

Ostatni pozostały przy życiu zbój podjechał do niego na koniu, po czym rzucił się na żołnierza zrzucając go z wozu, i zaczął go bić po twarzy. W następnej chwili spróbował udusić Sepi’ego. Złapał go za szyje i zaciskał z całej siły. Sepi nagle przypomniał sobie jedną przydatną informację.

W kaburze na spodniach miał swój nóż.

Próbował po niego sięgnąć, zanim go typ udusi, musnął go raz końcami palców, potem drugi raz, i trzeci, aż w końcu…

Sepi podrzucił nóż w ręce, żeby lepiej go złapać, a następnie wbił nóż napastnikowi w szyje, od boku. Ten zluzował uścisk, gdyż zaczął się topić we własnej krwi. Z jego tętnic i żył wypłynął strumień krwi, który opłynął nóż Sepi’ego, jego twarz, szyję i tułów, oraz okolicę szyi napastnika. Ten następnie został przewrócony na bok przez Sepi’ego, ostatecznie zwalniając uścisk z jego szyi

Sepi zaczął gwałtownie oddychać, kiedy już jednak oddech uspokoił, powiedział

-Kurwa mać, to była ostra jazda… Zbyt ostra…. Nigdy więcej… Nigdy-

Jako iż nie wypada wjeżdżać przez bramę dystryktu cudzymi powozami, Sepi wziął konia ostatniego z bandytów i ruszył w dalszą drogę

-Zapamiętać, nigdy nie podróżować po zmroku w tej części okręgu-

Sepi wziął od świeżo zabitego bandyty karabin, oraz torbę, którą miał na ramieniu. Uznał, że jemu i tak się nie przydadzą już te rzeczy, ale jemu już bez wątpienia tak.

Zajrzał do torby. Było tam kilka łódek z amunicją do GuP’a, gdyż ten bandyta miał akurat ten sam karabin, co go Sepi „pożyczył” od tego innego bandyty. W torbie, poza tym były jeszcze: Nóż, kompas, manierka z wodą, dwa pieczone ziemniaki, blaszany kubek, oraz jeden przedmiot, który przykuł uwagę Fina

Była to odznaka, albo emblemat. Przedstawiał on grecki krzyż, otoczony wieńcem laurowym. Dookoła emblematu były jakieś napisy w grece, Sepi jednak nie mógł ich odczytać, bo nie znał Greki. Przez sekundę zastanawiał się, czy może Petra zna Grekę, lecz po chwili sobie przypomniał, że od niedawna mają Greka w oddziale, więc jak wróci to go spyta

****

         16.Lip.1994

Godz. 14:53; Za pierwszym Murem Twierdzy Opole

-Janda, na trzeciej!- Zauważywszy Kolosa sięgającego w stronę Radosława, Tatjana krzyknęła. Ten, ostrzeżony, zdołał wyminąć atak, wykręcając ostro w lewo, a do tego jeszcze, jako że ten się wywalił, zaatakował kolosa, zabijając go bez większych perturbacji, po czym wrócił na swojego konia.

-Dzięki!- Rzucił do jadącej obok niego Tatjany

-Nie ma za co. Im mniej ludzi mamy tym większa szansa, że akcja zakończy się niepowodzeniem, nie?-

-No racja. Tatjana, na ósmej!- Janda ujrzał kolosa, który rzucił się na Łotyszkę niczym pies na kiełbasę. Ozolinsh udało się odskoczyć, lecz jej koń został przerobiony na nawóz i karmę dla robaków. Z uwagi na brak punktów zaczepienia na pustym polu, na którym byli, nie było, o co zaczepić TSM, przez co po prostu zeskoczyła z konia, przyciągając się na linkach do trochę dalej leżącej ziemi. Dziewczyna podniosła się z gleby, gdy zatrzymał się obok niej Radek

-Hej, wsiadaj, szybko!- Janda podał jej rękę, żeby mogła wejść na konia. Po chwili, Tatjana siedziała już w siodle, a Radosław ruszył przed siebie

-Kurwa mać, dzięki Radek. Prawie mnie zmiażdżył skurczysyn-

-Wiem to. Dobra, nie ma czasu na gadanie, Opole samo się nie odbije, nie?-

-Dobra, zamknij się i jedź dalej-

Pomimo kompletnego zignorowania, tytan, który wziął i zmiażdżył Konia Tatjany, nadal ich gonił. Nie było to coś, co było mile widziane, ale z uwagi na fakt bycia na pustej równinie nie mieli, co z tym fantem zrobić, więc po prostu pędzili przed siebie. W zasięgu wzroku widniało kilka losowo stojących drzew dość przeciętnego wzrostu jak na te czasy. To była ich szansa na zabicie kolosa. Janda trzasnął lejcami, po czym koń przyśpieszył do granic swoich możliwości. Kolos próbował się na nich rzucić, lecz wylądował twarzą w ziemi. Po chwili się otrząsnął i kontynuował pościg wśród dźwięków kopyt i strasznych krzyków z oddali

-Janda, szybciej, dogania nas menda jedna!- Krzyczała Tatjana

-Szybciej nie mogę! Już blisko, jeszcze kilkaset metrów!-

-Zaraz nas dogoni!-

-Jeszcze chwila!-

-Jest coraz bliżej!-

-Jeszcze chwila!-

-Menda jest tuż za nami!-

-Jeszcze chwila!-

Kiedy dwójka zbliżała się do drzew, kolos ponownie na nich skoczył. Jego prędkość i tor ruchu umożliwiłyby mu spadnięcie prosto na Tatjanę i Radosława, miażdżąc ich razem z koniem… Gdyby nie to, że podczas wybicia, nagle poleciał w bok

-Co jest na boga?- Spytała Tatjana

-Co się dzieje?- Spytał Radek

-Em, kolos nagle poleciał gdzieś w bok, nie rusza się już-

-Co?- Radek się zatrzymał żeby przyjrzeć się, co się stało -Ano faktycznie. Co jest?-

-Hej!- Z ich lewej strony rozległ się krzyk, mniej więcej od przeciwnej strony niż tej, w którą poleciał olbrzym -Mało brakowało! Jeszcze chwila i by was nie było- Tatjana i Radosław obrócili się w tamtym kierunku. Stał tam samotny Kawalerzysta, który jechał w ich stronę

-Hej, to ty zabiłeś tego kolosa?- Spytała Ozolinsh, kiedy ułan podjechał do nich na bliższą odległość

-Cóż, tak- Odpowiedział

-Cóż, dzięki. Em, a ty, kto jesteś tak w ogóle?-

-Ah tak, gdzie moje maniery? Lechosław Żukowicz, 01. kompania bułgarskiej kawalerii wsparcia pod dowództwem Grozdy Bozhidarov!- Przedstawił się

Lechosław prezentował się dość dostojnie, jak na wojskowego. Miał bujną, czarną jak smoła fryzurę, która delikatnie powiewała na wietrze. Widać było, że był dobrze zbudowany, szerokie barki, widoczne muskuły, takie tam. Nosił standardowy mundur, na ramieniu miał naszywkę z oznaką swojego oddziału, która w tym przypadku prezentowała Andrzeja Apostoła, patrona Bułgarii

-Emm, Bozhidarov? A to nie jest ta jednostka, co przywędrowała tu z Bułgarskiego okręgu?- Spytał Janda

-Tak-

-To… nie powinieneś być Bułgarem?-

-Nie, czemu? Tak, w Bułgarskim żyją głównie Turcy i Bułgarzy, lecz czemu niby nie mogą mieć Polaka w oddziale? A wy to kto?-

-Tatjana Ozolinsh, a to Radosław Janda, 03. Batalion Powietrznej piechoty lechickiej-

-03? I jeszcze się pytają, czemu w Bułgarskim mają Polaka. Wy macie u siebie Greka i Islandczyka, a w Śląsko-Morawskim żyją głównie Polacy i Czesi!-

-Nie będę pytał skąd to wiesz, ale w sumie to racja…- Zaczął Janda, lecz przerwał, gdyż na niebie pojawiły się trzy linie kolorowego dymu, czerwona, biała i czerwona

-Janda, pamiętasz może jaki był nasz kod oddziału?- Spytała Ozolinsh

-Co oddziału?-

-KOD! No wiesz, ten, co go nam dali, kiedy skończyliśmy szkolenie!-

-Czej, miałem kajś zapisane…- Janda wyciągnął z kieszeni kilka kartek i zaczął przeglądać każdą z osobna. Po chwili wziął jedną z nich, a resztę schował do kieszeni –Dobrz, tu piszę, że.. Cz-B-Cz… Chyba to będzie czerwień, biel czerwień-

-Dobra, to nas wołają! Przepraszamy, dowódca wzywa!- Tatjana pożegnała się z Lechosławem, po czym kazała Radosławowi jechać, co ten zrobił natychmiastowo, po czym ruszyli w stronę, z której wystrzelono Flary

****

         Tymczasem gdzie indziej w Opolu

Na szczycie muru, Edvard, który otrzymał od dowódcy Sienkiewicza rozkaz, aby rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu czegoś nietypowego, robił właśnie to. W ręku miał lornetkę, pożyczoną od dowódcy specjalnie do tego zadania.

W całym tym tłumie ludzi i kolosów trudno było znaleźć cokolwiek. Ciągły ostrzał z Artylerii, która powoli przenosiła się na mur, żeby zwiększyć zasięg, oraz donośne krzyki nie wiadomo, czego uniemożliwiały skupienie się na czymkolwiek. Przez niego nie zauważył nawet wielkiej eksplozji, gdzieś koło muru.

Nagle jednak wypatrzył coś, bardzo, ale to bardzo ciekawego i fest nietypowego.

-O panie… Cóż, to przynajmniej trochę wyjaśnia- Powiedział sam do siebie Edvard, po czym ruszył złożyć raport dowódcy, lecz najpierw musiał go znaleźć

Nie musiał jednak długo się tym martwić, gdyż nagle, nie tak znowu daleko od samego Edvarda, pojawiły się trzy strugi dymu, akurat w kolorach odpowiadającym kodowi jego oddziału

-Dowódca wzywa!- Rzucił sam do siebie Czech, po czym popędził do Dowódcy Sienkiewicza

****

         Jeszcze gdzie indziej w Opolu

Anna Brzeńska, wskutek ataku kolosa na nią i kilka innych osób, zmuszona została do odłączenia się od grupy. Na jej szczęście, kolosa, który rzucił się za nią, zabił ostrzał artyleryjski od strony pierwszego muru, przypominając jej, że mają wsparcie oddziału Kędzierskiej, przynajmniej tak długo jak mają amunicje, a z nią nie powinno być problemów, przynajmniej przez jakiś czas. No i musiałaby być też w zasięgu

Kiedy Anna odzyskała jako takie poczucie bezpieczeństwa, pomimo faktu, że kolosy były dosłownie wszędzie wokół, usłyszała dość znajomy głos, gdzieś w jej okolicy

-Anna!- Był to Piotr Michajłow, jej kolega z oddziału

-Piotr? Co ty tu robisz?- Spytała

-Co TY tutaj robisz? Powinnaś być z resztą oddziału, a szwendasz się gdzieś!-

-Ty również powinieneś się nie odłączać od batalionu, a jakoś tu jesteś-

-Kolos mnie i parę innych osób zaatakował, przypadkiem odłączyłem się od reszty, próbowałem teraz do nich ponownie dołączyć. A teraz, co ty tu robisz?-

-Mniej więcej coś podobnego-

-…Na litość boską, czemu nigdy nic nie może iść zgodnie z planem?-

-Życie-

-Życie?-

-Tak, życie. Tak to już działa, że kiedy spotykają się dwa stronnictwa o przeciwnych interesach, to jedno zawsze musi przeszkadzać drugiemu w osiągnięciu celu i vice versa, drugie pierwszemu. Tak to już w przyrodzie działa-

-Dobra, nie gadaj mi tu o przyrodzie, tylko myśl jak by to przebić!-

-Spokojnie-

-Spokojnie?! Jak ja mam do kurwy nędzy być spokojnym?!-

-Nie wiem, po prostu się zamknij, bo nie pomagasz-

-Coś ty powiedziała?!- Michajłow złapał Brzeńską za ubranie i obrócił ku sobie. Ona za to nadal miała swoją spokojną twarz. Poprawiła okulary i spojrzała Rosjaninowi prosto w oczy

-Powiedziałam, zamknij się, bo nie pomagasz-

-Ty suko, ja ci dam- Piotr uniósł pięść. Anna nawet nie drgnęła. Kiedy Piotr szykował się do uderzenia, na niebie zauważyli trzy flary. Oboje spojrzeli w niebo. Pojawiły się flary czerwona, biała i czerwona. Był to sygnał, że cały ich oddział ma zmierzać w tamtym kierunku, bo dowódca ich wzywa. Michajłow puścił Polkę i powiedział -Masz szczęście, ale nie myśl, że następnym razem ci odpuszczę czterooka!- Po czym wsiadł na konia i pojechał w stronę flar. Anna jeszcze przez chwilę stała w miejscu, po czym spojrzała w dal i pomyślała

Co się przed chwilą stało? Co we mnie wstąpiło? Na litość boską, co jest ze mną nie tak? Przecież nie jestem chyba aż tak głupia by denerwować tak impulsywnego człowieka! Co ja sobie myślałam?

Po tym monologu wewnętrznym dojrzała na horyzoncie… Dobra, trochę bliżej niż na horyzoncie, pewną postać… Poznała ją w mgnieniu oka, pomimo że była dość daleko

-He? Co on tu robi?- Powiedziała do siebie

****

         Tymczasem w jeszcze innej części Opola

Schleswig-Holstein i Westfalen już drugi dzień krążyli po Opolu. Byli oni teraz za trzecim murem, jako iż udało im się przedostać przez tajne przejście, ukryte w murze, zbudowane tam jeszcze za czasów, kiedy to było terytorium Królestwa Prus. Powstało ono w celu łatwego i niespostrzeżonego dodarcia do Miasta, lub go opuszczenia, w przypadku oblężenia, zdobycia miasta lub innej ekstremalnie złej sytuacji. Taka sytuacja w historii twierdzy nigdy nie miała miejsca, nie licząc tamtej chwili, a po zbudowaniu drugiego muru sekretne przejście już nie było w stanie spełniać swego pierwotnego celu, lecz jednak je zostawili, na wszelki wypadek.

Tego dnia miało się to okazać bardzo dobrą decyzją

-Kurde, niby tu jest bezpiecznie, lecz chciałam popatrzeć jak tytany wszystko tu rozwalają- Narzekała Daniela

-Nie martw się Schleswig-Holstein, uwierz mi, będziesz jeszcze miała wiele okazji by obserwować olbrzymy niszczące tego typu miejsca-

-Może, ale i tak trochę szkoda. W końcu odwalają całą robotę za nas, jakby na to nie patrzeć… Hej, pamiętasz te stare dobre czasy, gdy sami równaliśmy wioski z ziemią?-

-Jak mógłbym zapomnieć? Haha! Takich rzeczy się nie zapomina, dobrze spędzonych chwil ze znajomymi!-

-Racja. Nasz oddział potrafił spalić i wyrżnąć małą wioskę na zadupiu w kilka godzin! Hej, a tam na marginesie, to ile osób z naszego oddziału wciąż żyje?-

-Oprócz nas, to jeszcze pięć. Bayern, Oldenburg, Pommern, Thüringen Anhalt

-Kurde, a co się stało z Ober Shlesien i Ostpreußen?-

Ober Shlesien rozstrzelali w Paryżu Francuzy, znowu, a Ostpreußen najwyraźniej znowu przesadził z alkoholem, ale tym razem to tak ostatecznie-

-Jesteś pewien, że go rozstrzelali, czy znowu się dałeś nabrać?-

-Jestem pewien-

-Zawsze tak mówisz, a potem zawsze było tak samo-

-Może, ale tym razem mam stuprocentową pewność-

-Heh. Czyli z przeszło pięćdziesiątki zostało nas siedmiu? Szkoda. Hej, a jak stary Berlin się trzyma?-

-Dowódca? Pewno już dawno smaży się w piekle, ale nie wiem. Jest niedostępny jak zawsze. Nawet nie wiem gdzie może być-

-Dobra, wywalone, niech zdycha skurwiel. Zasłużył sobie-

-Pewno i tak, ale gdyby nie staruszek pewno wszyscy byśmy pozdychali z głodu już dawno temu-

-Eh, wiesz, że nienawidzę, kiedy masz racje-

-Wiem, aż za dobrze-

-A jak się zatem reszta trzyma?-

-Cóż, Thüringen i Oldenburg się w końcu hajtnęli, Bayern zbił sobie mały majątek na handlu nielegalną mąką, Pommern znowu wpakował się w kłopoty i jest poszukiwany w kolejnym miejscu, znowu, a Anhalt nadal daje dupy na prawo i lewo-

-Eh, biedna Anhalt, nie może sobie poradzić z uzależnieniem. Nimfomania to się nazywało, nie? Heh, i tak, nadal, jebać ją-

-Racja, jebać burą sukę!- Powiedział Siegfried, po czym oboje się roześmiali

Wśród dźwięków paniki, wydawania rozkazów, strzałów i innych wszechogarniających dźwięków przerażonych Lechitów, ich śmiech był najstraszniejszym z nich wszystkich

****

         Później przy pierwszym murze Opola

Mniej więcej cały 03. Batalion zebrał się w jednym miejscu. Chwilę to zajęło, bez dwóch zdań, lecz teraz byli gotowi do działania.

W międzyczasie, Edvard zdążył złożyć raport dowódcy, co do swoich obserwacji, oraz wniosków z nich wyciągnięty. Owe bardzo go zaciekawiły, więc postanowił sprawdzić ich prawdziwość przy okazji jazdy do tej dziury w drugim murze.

-Dobrze, słuchajcie wszyscy!- Rozkazał Sienkiewicz. Wszyscy się uciszyli –Jak zapewne widzieliście wszyscy, w okolicach drugiego muru Twierdzy nastąpiła wielka eksplozja! Zwiadowcy Sierżanta Fay’a potwierdzili, że kolos wybuchowy, tak go nazwijmy, wysadził dziurę w murze, najpewniej w bramie! Otrzymaliśmy rozkaz, aby bronić tamtej dziury, aż nie przyjdą posiłki!-

Oddział nie przyjął tej informacji zbyt ochoczo. Nie żeby coś to zmieniało, ale jednak.

-To jeszcze nie wszystko!- Po chwili dodał Dowódca –Nieobecny tutaj Edvard Sedláček, na moje polecenie ruszył na zwiad i odkrył prawdopodobnie bardzo ważną rzecz!-

Wszyscy spojrzeli po sobie. Co takiego mógł odkryć Edvard? A co ważniejsze, co to dla nich oznacza. Wszyscy byli bardzo ciekawi, co takiego Edvard takiego zobaczył. Po chwili Krzesimir rozejrzał się i normalnym tonem głosu stwierdził

-Nie, ja dłużej oficjalnym tonem już nie mogę. Mam to gdzieś- Rozluźnił dotąd napięte barki, odetchnął na spokojnie, po czym kontynuował swój wcześniejszy wywód, wracając do głośnej wymowy –Dobra, ludzie, słuchajcie. Edvard na zwiadzie dostrzegł, że po całym tym obszarze, na którym jesteśmy, są takie duże, drące mordę kolosy bez rąk. Wysnuł tezę, że może być może one swoim krzykiem inne kolosy do siebie. Zatem przy okazji, jak będziemy jechać do tej dziury w murze, będziemy musieli sprawdzić prawdziwość tej tezy! Jakieś pytania?-

-Ja mam!- Zgłosił się Narek –A jak zamierzamy to sprawdzić?-

-To jest bardzo dobre pytanie!- Stwierdził Sienkiewicz –Moja odpowiedź na nie brzmi, nie mam zielonego pojęcia!-

Ludzie nowi w oddziale, czyli ta piątka, która dołączyła parę dni wcześniej, była dość zdziwiona. Zdziwił ich sam fakt, że dowódca mówiąc do swojego oddziału nie mówił językiem formalnym, zwłaszcza Argyris, u którego w Grecji dowódcy nawet nie pojawiali się osobiście, tylko wysyłali swoich przybocznych

-Więc, jeżeli ktoś ma jakieś pomysły, to teraz jest naprawdę dobry moment by się nimi podzielić!-

Wszyscy zaczęli intensywnie myśleć. Albo przynajmniej miło by było gdyby tak zrobili, lecz dość szybko Jarosław zgłosił swój pomysł, który tym razem nie był aż tak głupi jak niektórzy się by spodziewali

-Dowódco! Mam pomysł!-

-Jaki?-

-Kurwa, sprytny! A co jeżeli takiego po prostu zabijemy?!-

-Jarek, nie, to nie bę…-

-Armen, czekaj chwile, daj mi skończyć. Zatem, jak już wcześniej zauważyliśmy, kolosy w większych grupach mają tendencje do Ignorowania naszych wojsk. Jeżeli te drące mordę sukinsyny mają z tym coś wspólnego to będziemy wiedzieć! A jak nie, to, cóż, emm, mam nadzieje jest ich więcej niż jeden-

Sara Petrović, która cały czas odkąd przyjechała stała obok Sienkiewicza, w końcu była jego przyboczną, szepnęła dowódcy do ucha

-To… Faktycznie ma szanse powodzenia-

-Dobrze, możemy spróbować. Sara, weź ze sobą kilka osób, nie za dużo, ale jak wolisz, i jedźcie zrealizować pomysł Jarosława! Później zaraportujesz mi jak wyszło. Dobra, Sara wybiera, kto ma z nią iść, reszta za mną, jedziemy zabezpieczać dziurę w murze!- Ogłosił Dowódca

Sara na misje zabrała ze sobą Jarosława (gdyż to był jego pomysł), Tatjanę, Nareka, Artaira, Piotra, Jaakoba i Radosława

Zanim wyruszyli, Petrović spytała dowódcę

-Em, przepraszam, ale skąd pan wie, że to zadziała?-

-I tu jest haczyk, nie mam pojęcia!-

****

         15.Lis.1994

Godz. 20:21; Pszczyna

Po dłuższym czasie, w miarę nieprzerwanej, podróży konnej, Sepi dotarł do miasta Pszczyna. Był to ważny przystanek na jego drodze do rybnika, głównie dlatego że konie nie potrafią jechać w nieskończoność, więc jego “pożyczony” musiał chwilę odsapnąć.

Pszczyna, znana głównie z żubrów i wysokiej jakości piwa, w okręgu była też znana z licznych wypożyczalni koni na obrzeżach miasta, gdzie można było nie tylko konia wypożyczyć, lecz także zostawić, oczywiście za odpowiednią opłatą. Była też znana z czegoś innego, lecz Sepi nie mógł sobie przypomnieć, z czego. Na wjeździe do Pszczyny Fin ochoczo skorzystał z usług jednego z takich przybytków.

Jako że i tak musiał poczekać aż „jego” koń odpocznie, postanowił, że skorzysta z okazji i pochodzi po mieście. Pamiętał, że kiedyś Jaakob mówił mu, że z Pszczyny pochodzi Brzeńska. Uznał zatem, że dobrym pomysłem będzie przy okazji trochę poznać rodzinne miasto jednego z jego kolegów z oddziału

Problem był taki, że nie miał bladego pojęcia, co można zobaczyć w Pszczynie

Po chwili sobie przypomniał, że Pszczyna to dość małe miasto, mniejsze od Chorzowa i pod względem powierzchni (Chorzów: 33,2 Km², Pszczyna: 25,5 km²) jak i populacji (Chorzów: 97,6 tys. Mieszkańców, Pszczyna 45,8 tys. Mieszkańców), więc w sumie to może sobie połazić i nic się złego nie stanie (przynajmniej w kwestii gubienia się). To nie była też Łódź, czy Londyn, więc szansa zostania zadźganym nie była aż tak wysoka.

Sepi uznał, że godzina odpoczynku powinna koniowi wystarczyć. Usłyszał od Petry, która wiedziała o jeździectwie trochę więcej niż on, że konie odpoczywają mniej więcej tyle, aczkolwiek brał pod uwagę, że mógł coś przekręcić, lub zapomnieć o czymś.

Nagle przypomniał sobie, że nie wie czy on ma w ogóle swoją sakiewkę. Sprawdził, okazało się, że tak.

„Uff, co za ulga, że ją mam. Byłby przypał gdybym musiał zapłacić za coś, a nie miałbym jej… Tiaaa, no przynajmniej nie byłoby problemu z dorożkarzem” Pomyślał Sepi

Otworzył sakiewkę, by przypomnieć sobie ile miał pieniędzy. W sakiewce miał 69 groszy. Ta oto wesoła suma przyprawiła go o lekki uśmiech

Zaczął rozmyślać, co mógłby zrobić przez godzinę czekania aż koń odpocznie. Miał kilka pomysłów, lecz dość szybko jeden z nich zdominował resztę, przez jedną, prostą myśl

„Kurde, od kilku godzin nic nie jadłem… Głodny jestem”

         Ta prosta myśl zmotywowała go do zrobienia jedynej rozsądnej w takiej chwili rzeczy. Pójścia coś zjeść

Sepi, oczywiście, nie miał bladego pojęcia gdzie można coś sensownie zjeść w Pszczynie, więc chwile błądził jak ślepe i głuche dziecko w gęstej mgle, w środku nocy w Bydgoszczy

Po dobrych pięciu minutach takiego błądzenia, trafił na jakąś przydrożną budę z kebabem. Co prawda, Sepi nigdy nie jadł kebaba, lecz wyszedł z założenia, że w sumie to, co mu szkodzi? Nie umrze od tego przecież. Chyba

Buda była dość typowa, od mała, drewniana budka, w której siedział tym za prostą ladą. Za budką, stał rożen, a było tam na niego miejsce, gdyż budka była na obrzeżach miasta, więc żadnych zabudowań od tyłu

Z budki było wyraźnie widać wypożyczalnie gdzie Sepi zostawił konia, co z jednej strony ucieszyło Sepi’ego, bo przynajmniej dość ważne dla niego teraz miejsce miał w polu widzenia, a to zawsze plus, a z drugiej trochę zażenowało, gdyż zmarnował ostatnie pięć minut na szukanie czegoś, co mógł dostrzec z miejsca, z którego ruszył. Nie myślał o tym zbyt długo jednak

Mniej więcej w tym samym czasie, co on do budki podeszło dwóch cywili

-Emm, ja poproszę Falafel, na cienkim, a ty?- Spytał jeden z cywili

-Co ty Damian, pedał jesteś?! Dwa razy ostra baranina na grubym!- Rzucił drugi

-Eh, dobra- Zgodził się pierwszy, który najwyraźniej nazywał się Damian

-To będzie 24 grosze. Może bukiet surówek do tego?- Spytał się typ od kebaba

-Emm, a jakie są warzywa w tych suróweczkach?- Spytał niejaki Damian

-…Kapusta- Odpowiedział po chwili odrobine zażenowany pytaniem typ od kebaba

-A to poproszę-

Typ od kebaba odwrócił się do Sepi’ego

-A panu, co podać?- Spytał dość szorstkim głosem, którym też zwracał się do poprzednich dwóch klientów

-Eee, ja również z baraniną poproszę. Tylko na zwykłym cieście, nie grubym-

-Niech będzie. To będzie 10 groszy. Nie mamy żadnej zniżki dla wojskowych. Może surówkę do tego?-

-Nie, spasuje-

-Dobrze-

Sepi sięgnął do sakiewki, żeby zapłacić, lecz typ od kebaba zatrzymał go mówiąc

-Najpierw kebab, potem pieniądze. Żeby nie było-

Jenna zaczął się nad tym zastanawiać. Normalnie w Rybniku najpierw się płaci, potem można otrzymać produkt. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o jedzenie. Próbował wymyśleć, czemu tutaj żąda zapłaty dopiero po otrzymaniu towaru. Nie specjalnie brał pod uwagę, że może to nazbyt analizować, a kebabiarz po prostu tak robi z jakichś osobistych preferencji, owa myśl nawet nie przyszła mu do głowy.

Minęło parę minut (dosłownie, całe dwie), kiedy przy okolicznym budynku, który stał z metr od budy z kebabem, pojawiło się parę (bo dwóch) podejrzanych typów w czarnych kapeluszach z białą wstążką. Przyglądali się budzie, choć Sepi’emu wydawało się, że przyglądają się właśnie jemu. Zignorował ich dość szybko.

Kilka minut później dwójka cywili, która przyszła pierwsza otrzymała swoje dwa kebaby z ostrą baraniną na grubym cieście

-Należy się 26 groszy-

-Hej, miało być 24!- Oburzył się drugi Cywil

-Ale to za same kebaby. Myślisz pan, że rozdaje te surówki za darmo?! 26 Groszy, proszę-

-W dupę se wsadź! Miało być 24!-

-Radek, uspokój się, po prostu zapłać. Tu, pro…-

-Nie, miało być 24, to będzie 24!-

Kiedy cywil drugi sprzeczał się z typem od kebaba, Sepi zauważył, że dwóch typów w kapeluszach zniknęło. Mógł przysiąc, że widział ich jeszcze przed chwilą, zaczął się za nimi zatem rozglądać.

Nie trwało to długo, gdyż za cywilem drugim nagle rozbrzmiał znajomy dźwięk

Dźwięk zamykającego się zamka pistoletu

-Ma pan jakiś problem?- Za cywilami pojawiła się trójka typów w kapeluszach. Dwóch z nich to byli ci z pod budynku, Sepi nie miał co do tego żadnych wątpliwości, lecz ten trzeci pojawił się jakby znikąd. Zapewne stał gdzieś poza jego polem widzenia, lecz Sepi nie miał jak tego potwierdzić

-O, jak dobrze, że jesteście! Typ mi tu problemy robi, bo nie chce zapłacić dodatkowych dwóch groszy za surówkę!- Typ od kebaba szybko streścił sytuacje typom w kapeluszach

-Ej, szefie! Poznaje pan? To nasz stary znajomy, Radzio!- Zauważył jeden z typów w kapeluszach

Jeden z nich, który stał przed nim złapał go za szyje, po czym podniósł go i przygwoździł do ściany budy.

-A no faktycznie. Dawno się nie widzieliśmy, nie?- Powiedział typ przytrzymujący go przy ścianie, który najwyraźniej był szefem

-Eee, mogę wyja…-

-Gówno mnie obchodzą twoje wyjaśnienia. Mówiliśmy ci, dawaliśmy szanse, a ty nadal robisz problemy ludziom pod naszą ochroną! Ostrzegałem, jeszcze jeden taki wybryk, a pożałujesz!- Przyłożył mu pod szczękę lufę pistoletu

-Nie zabijesz mnie! Nie masz jaj!- Wykrzykiwał Radzio

-Masz częściowo racje, nie zabije cię- Szef opuścił pistolet –Ale nadal nie puścimy cię wolno! To był ostatni raz, kiedy zadarłeś ze stalową mafią!- Szef strzelił Radziowi prosto w kroczę, po czym rzucił go na bruk, dosłownie, bo na chodnik. Typ darł się z bólu

Sepi przyglądał się całej sytuacji zszokowany, a kiedy typa postrzelili, do tego sparaliżował go strach

-A kolega tutaj robił problemy?- Szef spytał kebabiarz

-W zasadzie to nie, ten nic nie przeszkadzał-

Szef odwrócił się od niejakiego Damiana, po czym zwrócił się w stronę Sepi’ego

-Oj, chłopcy, patrzcie! Mamy tu wojskowego!-

Sepi zaniemówił. Chciał coś powiedzieć, chciał uciekać, albo odskoczyć i wyciągnąć któryś z karabinów, albo cokolwiek

Ale nie mógł

-Z tego, co widzę kolega nietutejszy- Poznał Szef- Pewno się zastanawiasz, skąd to wiem, że nie tutejszy-

Nie… No dobra, może trochę… Tak, bardzo” Myślał Sepi. Udało mu się nawet kiwnąć głową, na znak, że tak

-No, to skoro tak, to wyjaśnię. Oto jak- Szef klepnął Sepi’ego w prawie ramię, na wysokości emblematu jego oddziału, naszytym na jego mundur –Znam każdy batalion z tego okręgu. Twój, nie jest jednym z nich. Proste nie?-

Sepi odczuwał głęboką potrzebę spieprzania gdzie pieprz rośnie, lecz bał się, że typy w kapeluszach przerobią go na ser szwajcarski bez sera.

-Dobra, to skoro nietutejszy jesteś pan, to wyjaśnijmy sobie coś. Pan się w nasze sprawy nie miesza, a my nie mieszamy się w sprawy pana. Proste, nie? To, jakby co, tyś pan nic nie widział, nic nie słyszał i nic nie wie. Rozumiemy się?- Spytał Szef. Sepi zmusił się do przytaknięcia ruchem głową –No, z tego, co widzę się rozumiemy. To miłego wieczoru!-

Typy w kapeluszach zaczęły odchodzić. Szef wyciągnął z sakiewki kilka monet, dał je kebabiarzowi, mówiąc, że to „rekompensata za straty moralne”. Zanim odszedł rzucił jeszcze do Sepi’ego

-O, prawie bym zapomniał. Wojskowy, jesteś 03. Batalion piechoty, nie mylę się?-

-N-nie, nie myli się pan…-

-O, to przekaż jednemu ze swoich kolegów, Jandzie, że Żelazny Janusz pozdrawia- Po tych słowach odszedł

****

         15.Lis.1994

Godz. 18:59; Drezno, „Verrückte Hundebar”

Alwin i Vera dotarli do baru, na chwile przed otwarciem.  Właściciel właśnie otwierał drzwi, kiedy przyszli

-Guten Aben, panie Hund!- Krzyknęła Vera na powitanie

Pan Hund wyglądał na rozczarowanego

-A dziś nie mieli być ten Pruski Blondas i ta walnięta z wielkim mieczem?-

-Zimmermann nie jest Prusakiem, jest ze Szlezwiku, to jeden, a dwa, dzisiaj akurat się złożyło, że są w terenie, więc my ich zastępujemy- Wyjaśnił Alwin

Zewnętrze baru nie wyglądało jakoś bardzo imponująco, nawet jak na Saksońskie standardy. Drewniany budynek, kilka okien, wykończenia kamienne, nic nadzwyczajnego.

-Eh, dobra, nie będę wybrzydzać. Wchodzić!-

Weszli do środka „Verrückte Hundebar”. Wnętrze wyglądało typowo. Była lada, przy niej kilka krzeseł barowych, okrągłe stoliki porozstawiane bez ładu i składu, przy nich krzesła, a w rogu stało pianino, na którym nikt nie grał od dawna. Nikogo w barze jeszcze nie było, z przyczyn oczywistych.

-Tylko tym razem, i to się tyczy głównie ciebie młoda, postarajcie się niczego nie zniszczyć, albo wy będziecie płacić!- Przestrzegł ich pan Hund

-Jasna sprawa panie Hund!- Rzuciła Vera

-Przypilnuje jej- Zadeklarował Alwin

-To dobrze- Właściciel odwrócił się, po czym wszedł za ladę.

Tej nocy nie było bardzo dużo ludzi. Było trochę stałych bywalców, kilku losowych mieszkańców Drezna, paru typów spod ciemnej gwiazdy. Przy stoliku w rogu trwała w najlepsze gra w pokera, z boku Sali swoje usługi oferowało kilka ulicznych dziwek, a przy jednym ze stołów w środku Sali ktoś zasnął, a była to dopiero godzina 20. Ktoś raz próbował zagrać na pianinie, lecz widząc jak rozstrojone jest, dość szybko zrezygnował. To była spokojna noc

Do czasu

W pewnym momencie do przybytku pana Hunda weszło kilku typów. Każdy z nich nosił coś innego, ich ubiór nie miał żadnych cech wspólnych, co pozwalało sądzić, że nie należeli do żadnej organizacji, przynajmniej takiej większej, szanującej się, takie zawsze miały jakiś kod ubraniowy. Pewne były dwie rzeczy. 1. Że mieli jakąś sprawę do pana Hunda, oraz 2. Że nie skończy się to bezkrwawo

Cała grupa, na którą składało się 5 osób, podeszła do lady, za którą nadal stał pan Hund, gdyż nie było go stać na jakiegoś barmana, zwłaszcza, kiedy opłacał ochronę u Detlefa

-Guten Aben, panie Hund- Powiedział jeden z nich

-Czego chcecie?!-

-A niczego takiego. Spłata należności, takie tam. Zalega nam pan już drugi miesiąc!-

-Mówiłem wam, do soboty będę miał dość pieniędzy by was opłacić! Do tego czasu, mieliście się trzymać z daleka pasożyty!-

-Hej, hej, a po co taki ostry język?!- Spytał ten sam typ –Niestety, panie Hund, nastąpiła nagła zmiana sytuacji… Nie możemy dłużej czekać-

Typ nosił na sobie długie, czarne spodnie, bez kieszeni. Na nogach miał założone kozaki. Nosił skurzaną kurtkę, a pod nią czarny sweter. Włosy miał obcięte krótko, na rekruta.

-Gówno mnie obchodzi, czy możecie czy nie. Daliście mi czas do Niedzieli, jest Piątek! Chyba możecie poczekać jeszcze dwa dni?-

Typ, który do tej pory rozmawiał z panem Hundem pokręcił głową rozczarowany

-Eh, a to miała być czysta robota. Dobrze, jak nie po dobroci, spróbujemy tak- Wyciągnął z kieszeni kurtki pistolet i wymierzył nim w Hunda –Pan daje nam tę pieniądze teraz, albo pana teraz odstrzelimy, weźmiemy wszystkie pana pieniądze, zajmiemy pana dobytek i gówno nas będzie obchodzić, co pan o tym by my…-

-Nie radzę- Vera i Alwin, którzy wyciągnęli broń, kiedy tylko wesołe towarzystwo weszło do baru, wycelowali typowi w tył głowy. Znaczy, Alwin, Vera Celowała w dwóch innych jego kolegów

-A, faktycznie, Hund załatwił sobie ochronę! Zapomniałbym! Chłopcy, zajmijcie się tą dwójką- Powiedział typ w kurtce bez odwracania się

Czwórka pozostałych typów wyciągnęła swoje spluwy. Jeden, który nosił szarą Fedorę, miał karabin Infanteriegewehr 76 Modell A (W skrócie IG-76A), drugi typ, który łaził z gołą klatą, miał IG-83, trzeci, z cylindrem na głowie, miał Lugera P08, a typ czwarty, z wąsem, miał po prostu nóż

-Cóż, chyba wszyscy wiemy, dokąd to zmierza, więc przejdźmy po prostu do końca!- Powiedziała Vera, po czym strzeliła typowi z wąsem prosto w głowę. Typowi z Fedorą trafiła za to w ucho. Po tym odskoczyła do tyłu. Alwin, który nie zdążył strzelić, również odbiegł, chowając się za jednym ze stołów, który wcześniej przewrócił. Nie sądził, że wytrzyma to strzał z czegoś mocniejszego, lecz nie miał wielu innych opcji

Pan Hund schował się za ladą

-Ja pierdole!- Krzyknął typ w kurtce –Dobra, jak tak chcesz się bawić, to proszę bardzo! Podziurawcie matołów!-

Zaczęli strzelać. Dwóch z karabinami w kierunku Very, która jednocześnie unikała pocisków i strzelała do nich, kiedy typ z pistoletem podchodził do Alwina

Alwin miał karabin jednostrzałowy Scharfschützengewehr Modell 7 (w skrócie SSG-7), Saksoński karabin Snajperski, produkowany w Dreźnie. Nie nadawał się do walki na blisko, miał on, bowiem 1050 mm. Nie miał jednak nic innego, więc uznał, że ryzyk fizyk, spróbuje.

Wychylił się zza stołu, po czym na szybko wycelował i strzelił, Trafił typowi w cylinder, lecz nic więcej. Jako że, sytuacja życia i śmierci, Alwin nie miał czasu na ponowne ładowanie, gdyż z przyczyn takich, że taniej te karabiny nie miały magazynków. Zaszarżował na typa, który w panice strzelił obok Alwina, po czym ten go przewrócił na ziemie.

Po tym manewrze, Alwin tak trochę nie wiedział, co robić, nie miał żadnego planu, działał tak spontanicznie jak nastolatek, który przy kasie w sklepie sobie uświadomił, że brakuje mu paru groszy, a za nim czekają jeszcze trzy inne osoby.

Kapelusznik, już bez kapelusza, zauważył moment zawahania Alwina i wykorzystał go, by go z siebie zrzucić. Wstał i wymierzył swoim lugerem w Alwina.

Alwin nie miał jak uciec, zanim by się zwlókł z podłogi, już dawno by go trafił. Odturlać się nie mógł, nie zdążyłby, a o czołganiu się nie było nawet mowy. Wydawało mu się, że schrzanił całkowicie.

Kiedy typ od cylindra miał pociągnąć za spust, rozległ się huk, jeden z wielu, a potem typ już bez cylindra do listy rzeczy, których już nie miał, mógł dopisać oko, kilkanaście mililitrów krwi, w pełni sprawny mózg oraz życie

-Alwin, uważaj ty trochę!- Zganiła go Vera.

Meinhardt dzierżyła dwa pistolety APOK-92 (Automarisk pistol Olson Kirseberg 1992), konstrukcji Szwedzkiej, wyprodukowanych w Malmö. 16 Pocisków w magazynku, 230 mm długości. Vera bardzo je sobie chwaliła

Alwin złapał swojego SSG, wyjął z kieszeni pocisk, załadował, wycelował, i po pół sekundy celowania wystrzelił. Typ z Fedorą padł martwy na podłogę z dodatkową dziurą w gardle. Ostatni śmieszek spojrzał się w kierunku swojego martwego kolegi. W następnej chwili dołączył do niego, gdyż Vera postanowiła, że wystrzeli w jego klatkę piersiową wszystkie swoje pociski. Bo czemu nie?

Kiedy oni tak się bawili w najlepsze, Typ w kurtce postanowił pójść za ladę. Kiedy jednak postawił za nią krok, pan Hund wycelował w niego dubeltówką schowaną pod ladą

-Nie radzę-

-No, jak miło. Jednak nie będzie pan się wysługiwał innymi tylko!- Powiedział zadowolony typ –Ale taka jeszcze jedna informacja. Ja nadal mam swój pistolet- Szybko wycelował w pana Hunda, lecz nie zdążył wystrzelić, gdyż jeden z pocisków Very trafił go w prawy bark. Pan Hund skorzystał z okazji i strzelił w niego. Padł na ziemie, lecz jeszcze dychał. Wypuścił pistolet z ręki.

Hund wstał i przyłożył leżącemu na ziemi napastnikowi dubeltówkę do głowy, a wciąż miał tam jeden pocisk

-He he… Egh… pan Berlin raczej nie będzie ucieszony- Powiedział typ. To były ostatnie słowa, jakie wyszły z jego ust

****

         16.Lis.1994

Godz. 15:06; Twierdza Opole

Kuroda, Paora i Aiko Zebrali się w jakimś opuszczonym (zapewne nie tak dawno temu) domu. Był to dom jakiegoś rolnika, co dało się wywnioskować, po obecności obory, oraz krów w niej, oraz po roztaczających się we wszystkie strony Polach upranych.

-Eh, dobra, to eskalowało bardzo szybko! Szybciej niż bym chciał!- Stwierdził Kuroda

-No to, co robimy? Bo cofnąć teraz nie specjalnie możemy- Zauważył Paora

-W pierwszej kolejności musimy nie zginąć! To chyba w tej chwili powinien być nasz priorytet numer jeden!-

-To teraz spróbuj to zrealizować! Zginiemy tu zanim zdążysz powiedzieć…-

-Zamknij się! Jedynym powodem, dla którego cię wzięliśmy na tę misje, było to, że jako jeden z niewielu z załogi potrafiłeś się posługiwać Esperanto w stopniu komunikatywnym! Teraz, jak to nie jest już taki problem, gdyż większość tych tłumoków nie żyje! Więc nie udowadniaj mi z każdą chwilą, że to był błąd!-

-Uspokójcie się! Obaj!- Do budynku wszedł Yūdai –Nie czas teraz na kłótnie. Maorys, uspokój się, pamiętaj, z kim rozmawiasz, Iwai-kun, nie zapominaj, w jakiej jesteśmy sytuacji! Nie możemy teraz dać się ponieść emocją-

-Hamasaki-kun, gdzie ty byłeś? Mieliśmy się nie rozdzielać- Spytał Kuroda

-Wybacz, zgubiłem się. Ale teraz nie czas na to. Jesteśmy w środku oblężenia, nie możemy tu tak siedzieć i udawać, że nic się nie dzieje- Stwierdził Hamasaki

-Znaczy, zawsze możemy tu siedzieć, aż się atak skończy. Raczej nikt nie zauważy braku czterech ludzi- Zasugerował Paora

-Jak śmiesz mówić coś takiego?!- Oburzył się Kuroda –Gdzie twój honor?!-

-Spokojnie Iwai-kun- Zaczął Yūdai -Paora nie jest Samurai’em, jak ty i ja. Jak chce może się chować jak szczur bez honoru. Po prostu chodźmy i go tu zostawmy, jak tak bardzo chce-

-… Dobrze. Chodźmy zatem. Aiko-Chan, chodź! Musimy wspomóc tutejszych- Rzucił Kuroda, po czym razem z Hamasaki’m ruszyli w stronę wyjścia. Aiko po chwili zawahania pobiegła za nimi. Paora, mimo że obrażony, postanowił że przeczeka oblężenie

Rozdział 7

 So ist es immer

    16.Lip.1994

Godz. 15: 17; koło dziury koło drugiego muru Twierdzy Opole

  1. Batalion powietrznej piechoty lechickiej po pewnym czasie dotarł pod dziurę w murze. Znajdowała się ona w miejscu, gdzie wcześniej była brama, a teraz jej nie było, no, bo wybuchła.

Ku zaskoczeniu absolutnie nikogo, kolosów przy dziurze było tyle, że na sam widok odechciewało się liczyć. Czyli fest dużo

-Dobra, no to jesteśmy- Mruknął pod nosem Sienkiewicz –Nie wygląda to za ciekawie. Bez wątpienia-

Sienkiewicz zaczął się zastanawiać, jakby tu załatwić wszystkie te kolosy, które bez wątpienia stanowiły zagrożenie, lecz jego rozmyślania przerwał taki jeden baaardzo głośny krzyk

Był to, jak go wcześniej Sienkiewicz nazwał, kolos drący mordę, bo nic innego nie wydzierało się aż tak. Krzyk był dość blisko, więc jego źródło również musiało być w pobliżu. Sienkiewicz odwrócił się, zobaczył, kto jest za nim, po czym wybrał dwie osoby, żeby sprawdziły, gdzie jest kolos krzyczący. Tymi osobami byli Gustav i Fülöp

Rzeczona dwójka wspięła się na mur. Z uwagi na coś takiego jak przeciążenia, nie mogli po prostu tam wskoczyć pędząc w górę ile by tam pędzili, więc musieli iść po drabinie. Nie minęło jakoś bardzo długo zanim dotarli na górę.

-Dobra Fülöp, jak dowódca kazał, rozglądać się za czymś dużym, brzydkim, drącym mordę jak głupie i bez rąk- Powiedział Gustav

-Cóż, to nie powinno być trudnie… Chyba- Stwierdził Fülöp

-Dobra, choć, rozejrzymy się na krawędzi muru-

Podeszływszy pod ów kraniec muru, obaj rozejrzeli się. Widzieli, że po drugiej stronie muru nie było aż tak dużo kolosów, co po stronie pierwszej. Tak samo jak po pierwszej stronie muru, po drugiej też było dość sporo pól uprawnych. Z uwagi na fakt, że nie było między murami jakichś astralnych odległości (mur pierwszy od drugiego dzieliło śr. Pi razy drzwi 10 km, kiedy drugi i trzeci już tylko śr. Pi razy oko 8 km) nie były jakoś bardzo duże. Przynajmniej nie tak duże jak w np. Dystrykcie Wadowickim czy Krzeszowickim. Nie było specjalnie dużo drzew, w końcu pola potrzebują miejsca oraz słońca, a Drzewa obu zabierały dość dużo. Z bardziej istotnych rzeczy było widać też kolosy. Trochę ich tam było, nawet trochę dużo. Wśród nich dostrzegli takiego jednego, wyróżniającego się

-Fülöp, mam chyba!- Zawołał przyjaciela Gustav

-Gdzie?-

-Tutaj jest, wśród innych! Widzisz?-

-Nie, nie specjal… O jest, to ten z… o boże, co to ma ze szczęką?!- Patrząc na kolosa krzykliwego Fülöpowi zachciało się nagle wymiotować

Kolos był mniej więcej równie wielki, co inne, ten egzemplarz miał na oko 10 metrów. W rzeczy samej, nie miał rąk, miast nich miał dwa dość krótkie kikuty, wystające z miejsca gdzie człowiek miałby bark. W przeciwieństwie do innych kolosów, proporcje jego ciała, oprócz rąk rzecz jasna, były dość standardowe. Był łysy, co nie było jakoś bardzo rzadkie wśród kolosów, było nawet bardzo częste, lecz jednak warto to podkreślić. Był łysy. Jego żuchwa to była za to jego najdziwniejsza część. Mianowicie żuchwę miał jakby przełamaną na dwie, równe części. Nie miał na tych „półżuchwach” żadnych zębów, nic też ich nie łączyło ze sobą, nawet skórą, były od siebie zupełnie oddzielne i niezależne. Wyglądało to przynajmniej niesmacznie.

-Taa… Nie jest to najprzyjemniejszy widok na świecie, lecz bywały gorsze- Pocieszał Sørensen

-… Nie pomaga…-

-Dobra, nieważne. Masz coś, czym można to zabić?-

-Hmm… A może by tak najpierw, zmniejszyć liczbę otaczających go kolosów? Przecież jak widzieliśmy, te w dużych grupach mają tendencje do ignorowania nas. Do tego wykorzystaliśmy dokładnie ten sam fakt, kiedy wjeżdżaliśmy do twierdzy! A jak zabijemy tego, to czar może prysnąć. Więc może skorzystamy z obecnego stanu sytuacji?-

-To… Może nie być aż tak tragiczny pomysł, na jaki brzmi.  Chociaż jak wjeżdżaliśmy mieliśmy wsparcie artylerii, Kawalerii oraz kilka oddziałów piechoty atakujących. Ale nadal może się to udać, tylko najpierw musimy go przedstawić dowódcy-

-Raczej się zgodzi. Znasz go, tak długo jak pomysł nie jest bez sensu, lub wewnętrznie sprzeczny…-

-…lub dowódcy się nie podoba…-

-…lub dowódcy się nie podoba, raczej da nam wolną rękę-

-Dobra, to, na co czekamy? Chodźmy już, a nie-

Po tych słowach obaj ruszyli ku drabiny, prowadzącej na dół muru. Zszedłszy na poziom gruntu, zaraportowali dowódcy o swoich obserwacjach, oraz wyjaśnili pomysł Herczega. Dowódca wysłuchawszy owego pomysłu, uznał, że

-Jeżeli się nie mylę, ten sam manewr przeprowadziliśmy, kiedy wchodziliśmy do twierdzy. Może to się zatem udać… Możemy spróbować- Sienkiewicz odwrócił się do reszty oddziału, po czym ogłosił donośnym tonem

-Uwaga wszyscy! Przygotować się! Postaramy się teraz powybijać kolosy, które będą nas ignorować!- Wszyscy patrzyli się centralnie na niego. Większość zdążyła zauważyć, że duże grupy kolosów ignorują żołnierzy, lecz nadal zastanawiali się, co planuje dowódca- Jako że kolosy całą swoją uwagę skupiają na krzyczącym kolosie, to tak jak wtedy, kiedy wjeżdżaliśmy do twierdzy, nie powinny zwracać na nas uwagi, przynajmniej przez jakiś czas! Wykorzystamy to i postaramy się zabić tyle kolosów, ile będziemy w stanie bez zwracania ich uwagi!-

Sienkiewicz zwrócił się w stronę kolosów. Była ich tam cała masa, próbująca się wepchnąć przez dziurę w murze, prawdopodobnie ją blokując. Kolosy stały niczym otępiałe. Dla Sienkiewicza była to idealna okazja na przeprowadzenie ataku

-Kiedy tam będziemy, nie będziemy mieli wielu punktów zaczepienia! Będziecie musieli bardzo uważać, by nie znaleźć się za daleko od czegokolwiek, o co można zaczepić linki!

Dowódca wyciągnął jeden ze swoich mieczy od TSM, po czym krzyknął

-Oddział, za mną!- Po czym ruszył w stronę kolosów blokujących dziurę w murze. Cały oddział ruszył za nim, bez większego zastanowienia, jakby mogli sobie na nie w ogóle pozwolić

****

         Tymczasem kajś indziej w Opolu

Sara wraz z wybranymi przez siebie wcześniej ludźmi trafili na dość dużą grupę kolosów, wśród których dostrzegli jednego krzyczącego. Znaleźli ją kajś koło jakiegoś gospodarstwa, tak z półtora kilometra od pierwszego muru. Cała spora grupa kolosów, ślimaczym tempem szła w stronę muru numer dwa

-No, z tego, co widzę, znaleźliśmy przykładowego brzydala- Zauważył Jarosław

-Tak, brzydal to definitywnie bardzo trafna nazwa. To wygląda paskudnie- Stwierdził Jaakob

-Sfera wizualna tego stworzenia nie specjalnie wiele zmienia, chociaż muszę przyznać, ładnie to to nie wygląda- Wtrącił Piotr

–Tooo… Zabijamy go, czy…- Spytał Jarosław

-Jeżeli faktycznie, po zabiciu go wszystkie nagle się, że tak to ujmę, „wybudzą z transu”, to rzucą się na nas jak wygłodniałe psy. A na tak pustym terenie nie mamy szans, zwłaszcza w ruchu!- Przypomniał koledze Narek

-Cóż, nie da się nie przyznać Narekowi racji. To jest zbyt ryzykowne- Zgodził się Radek

-Emm, czasami żałuję, że nie mamy broni dystansowej- Narzekał Artair

-… Ale wiesz, kto ma broń dystansową?- Spytała Tatjana

-Emm, kawaleria?- Odpowiedział Szkot

-Nie… znaczy, również, ale… Eh, Sara, pożyczysz mi lornetkę?-

-Trzymaj- Sara podała Łotyszce lornetkę

-Dzięki…- Tatjana zaczęła patrzeć w stronę muru, szukając tam czegoś –TAK! Są, ludzie Kędzierskiej!-

-Artyleria? Łotwianka, co ty planujesz?- Spytał Jarek

-Wyślemy kogoś, zabije krzyczącą mendę, a jak reszta się zorientuje, że coś jest nie tak, jeżeli się zorientuje, to reszta zwabia ich bliżej muru, ktoś wtedy wzywa ostrzał artyleryjski i proszę, od razu łatwiej będzie się z nimi bić!-

-Mam kilka uwag, między innymi, co do realności tego planu, lecz jak wolisz, tak długo jak tym, kto spróbuje zabić krzykacza, będziesz ty- Ogłosił Piotr

-A czemu ja?-

-Po pierwsze, to twój pomysł, po drugie, szanse przeżycia czegoś takiego są bardzo małe, po trzecie, byłoby to trochę egoistyczne i aroganckie z twojej strony gdybyś kaza…- Piotr nagle uświadomił sobie ważną rzecz, po czym zawiesił głos, a następnie dodał –A nie, przepraszam, to byłoby idealnie w twoim stylu-

-Dobra, Pietrek, Tatjana, uspokójcie się oboje!- Jaakob wszedł między obu wymienionych przez siebie żołnierzy, próbując zatrzymać ich sprzeczkę -Może wymyślimy coś innego? Na pewno znajdzie się coś innego, co można zro…-

W środku zdania Juha został zmuszony do przerwania, gdyż Piotr spojrzawszy w prawo, dostrzegł kilka znajomych kształtów pędzących prosto na nic

-Jaakob, uważaj!- Rosjanin złapał Jaakoba za rękę, po czym odciągnął go na bok, ratując go przed stratowaniem przez kilku jeźdźców na koniach, która nie robiła sobie absolutnie nic, w związku z obecnością kilku żołnierzy na ich drodze. A tych jeźdźców było równo pięciu

-Ha, nieźle czterooki, prawie was byśmy rozjechali! Nie żeby był to jakiś wielki problem, ale jednak!- Tych kilka postaci na koniach to był kapral Dwanaście, razem ze swoimi czterema towarzyszami

-Ja jebie, typie, uważaj jak jeździsz! Prawie Jaa…- Zaczął Jarek, lecz Dwanaście Przerwał mu

-E-e-e-e! Jak się odzywacie do wyższych rangą?!- Powiedział to bez jakiejkolwiek powagi w głosie –Etykieta wojskowa, takie tam. Do wyższych rangą zwraca się po stopniu!-

-Dobra, przepraszam, już się poprawiam. Ekhem, Kapralu, spierdalaj pan!- Poprawił się Jarosław

-Dobra, dość uprzejmości. Z tego, co widzę macie problem z tą małą grupką kolosów! Żadnego zaskoczenia tutaj, emm, zatem pozwólcie, że zajmą się tym profesjonaliści!- Zaproponował Dwanaście, po czym, przechodząc na Polski, rozkazał swoim towarzyszą –Dobra wszyscy, ruszamy! Pokażmy tym smarkaczą jak się walczy!-

Cała piątka ruszyła na kolosy. Zbliżywszy się na odpowiednią odległość zeskoczyli z koni i zaatakowali kolosy. Jak można było się spodziewać, kolosy pod wpływem krzyków kolosów krzyczących ignorowały drużynę kaprala Dwanaście, co wykorzystywali na swoją przewagę. Latali między kolosami, jakby kija mogły im zrobić, bo w sumie to tak było, rozcinając im karki do woli

-No ja pier… Ci debile zaraz nam cały plan rozwalą!- Rzuciła Tatjana

-Pomijam fakt, że nie mieliśmy żadnego sensownego planu- Wtrącił Piotr

-Emm, Piotr, odpuść sobie. Nie pogarszaj sytuacji, dobra?- Poprosił Jaakob

-Eh, dobra, skoro prosisz… Ej, co tam się dzieje?!- Piotr zauważył coś bardzo niespodziewanego

Jeden z członków drużyny kaprala dwanaście, najpewniej był to Zero siedem, przymierzał się do zaatakowania kolosa krzyczącego.  Spróbował przelecieć ponad głową kolosa, po czym przyciągnąć się przy pomocy wyciągarki i ciachnąć go w kark. Kiedy jednak zaczął przeprowadzać ten manewr, kolos krzyczący to zauważył. Najwyraźniej nie spodobało mu się to, więc postanowił wydrzeć się na całe gardło. Wraz z krzykiem, z jego gardła wystrzeliła w górę jakaś czerwona maź. Zero siedem wleciał w strumień mazi wylatujący z ust kolosa krzyczącego. Wylatując z niego, był cały nią umazany, od stóp do głów.

Na szybko przetarł oczy, próbując oczyścić je z czerwonego czegoś, co nie było zbyt łatwe, lecz w końcu się udało. Został do tego zmuszony do lądowania trochę dalej, lecz jednak.

Otworzywszy oczy, ujrzał całe stado kolosów pędzące na niego. Widok ten zmroził mu krew w żyłach. Zaczął uciekać, na nogach, gdyż nie było w okolicy niczego, czego mógłby się zaczepić linkami, nie licząc kolosów. Po chwili uznał jednak, że taka ucieczka nie ma sensu, więc zaczął gwizdać na swojego konia. Ten zaczął pędzić w stronę Zero Siedem, zbliżając się z każdą chwilą. Reszta kolegów Zero Siedem spowolniała kolosy, co dawało mu trochę więcej czasu na wąsiście na konia. Nie zmieniało to faktu, że kolosy go goniły, lecz jednak

Kiedy koń się zbliżał, kiedy Zero Siedem widział już szansę na przemieszczenie się gdzieś indziej, albo cokolwiek, co pozwoliłby mu zachować życie… Jeden z kolosów przebił się, po czym na czworaka pognał w jego stronę, wywalając się co chwila. W jednym z takich upadków, zmiażdżył konia Zero Siedem

Ten zamarł w bezruchu. Jedyne, co zrobił potem, to patrzył w stronę kolosa, oraz krzyczał z przerażenia na całe gardło

****

         15.Lip.1994

Godz. 20:38; Pszczyna

Sepi, po bardzo pouczającym spotkaniu z członkami żelaznej mafii, o której słyszał to i owo, miał ogromny mętlik w głowie. Co oni robili w Pszczynie? Co oni chcą od Radosława? Co tam się w ogóle wydarzyło przy tej budzie z kebabem?! Kim był ten cały „Szef”? Fin nie wiedział, co myśleć.

Kiedy trójka mafiosów odchodziła od budy, kebabiarz, który teraz miał jednego wolnego kebaba, spytał Sepi’ego czy nie przeszkadzałoby mu grube ciasto i kilka groszy więcej do zapłaty, bo nie miał, co zrobić z tym dodatkowym kebabem. Sepi zgodził się. Odkrył w tamtym momencie kilka rzeczy. Po pierwsze, że ostra baranina na grubym cieście jest smaczna, nawet bardzo. Po drugie, jest bardzo sycący. Po trzecie, że pomimo mieszkania w koszarach Rybnickich od przeszło trzech lat, nie wie niemalże nic o czymkolwiek związanym z Okręgiem Śląsko-Morawskim.

Poszedł do stajni po konia, którego tam zostawił. Początkowo miał pewne wątpliwości, czy jazda konna po jedzeniu to dobry pomysł, zastanawiał się nad tym całą drogę do wypożyczalni, lecz dotarłszy na miejsce, dokładniej to przed główne wejście do budynku, w którym się mieściła wypożyczalnia, wszelkie tego typu wątpliwości i inne tego typu rzeczy, nagle zniknęły, kiedy zauważył, że w wypożyczalni nie ma już żadnego konia. W tym jego.

-C… Co tu się u licha stało!- Wykrzyczał zaskoczony i zdenerwowany jednocześnie Fin

Sepi chciał coś złamać, rozbić, zniszczyć, pobić, cokolwiek, aby wyładować swoją frustracje. Był wściekły, znowu coś idzie nie tak, znowu coś staje mu na drodze do celu. Chciał krzyczeć, aż mu płuca się rozerwą.

-Taaak, definitywnie nie tutejszy- Zza Sepi’ego rozległ się bardzo znajomy głos, który słyszał nie tak dawno temu –Niech zgadnę, przyjechałeś pan, zostawiłeś pan konia w jakiejś losowej wypożyczalni, która tak się zdarzyło, że nie była pod naszą ochroną, po czym ktoś postanowił wszystkie wypuścić, ukraść, przybytek spalić, albo cokolwiek? Chociaż w tym przypadku to było wypuszczenie-

Sepi się odwrócił. Za nim był znowu ten cały „Szef”. Nie wiedział, co on tam robił, akurat w tym momencie, więc założył, że go śledził. Wyciągnął jeden z dwóch karabinów, który miał na plecach i wymierzył w niego

-Hej, spokojnie kolego. Nie ma powodu do stresu- Uspokajał go „Szef”

-Skąd żeś się wziął?! Śledzicie mnie?!- Spytał Fin

-Co? Skąd że znowu! Hehehe… No, może trochę-

-Czego chcesz?!-

-Niczego. Nie mam do ciebie żadnego interesu. Po prostu byłem ciekaw, gdzie idziesz, po co tu przyszedłeś, skąd się tu wziąłeś pan. Możesz pan już opuścić ten karabin?- Poprosił Szef

Sepi nie zastosował się do prośby, lecz poprawił karabin w rękach, na znak, że go nie opuści

-Z tego, co widzę to nie. Dobra, rozumiem, jak tam wolisz pan-

-Co tu się stało?!-

-Cóż, tak się zdarzyło, że wiem, lecz nie powiem, tak długo jak będziesz pan we mnie celował! To jedyny warunek. Więc jakbyś pan mógł…-

Tym razem Jenna posłuchał i opuścił broń

-Proszę, Opuściłem. Teraz, skoro zrobiłem, co chciałeś, to wyjaśnisz mi proszę, co tu zaszło?!-

-Wiedziałem, że jesteś pan rozsądnym człowiekiem! Jasna sprawa. Tylko najpierw!- „Szef” podszedł kilka kroków, po czym złożył ręce w megafon i krzyknął –Dobra, możecie wyjść!-

Z dwóch stron wyszły dwie osoby w czarnych kapeluszach, prawdopodobnie tych samych, co wcześniej, lecz nie mógł być pewien. Mieli w rękach broń palną typu karabin, której zapewne mieliby użyć na Sepi’m, gdyby zrobił coś głupiego.

-Zatem, skoro to już mamy załatwione, to mogę wyjaśnić. A więc, typ będący właścicielem tego przybytku, a obecnie to, co z niego zostało…- „Szef” Wskazał na leżące wewnątrz wypożyczalni zwłoki, stratowanego przez konie właściciela –Wkurzył jakichś lokalnych gamoni, takich jednych ze starej wsi. Nie wiem, o co poszło, ale nie ważne, po prostu wszedł z nimi w złe relacje, a ci się wkurzyli i postanowili pokazać mu, że z nimi się nie zadziera. I oto tego efekt-

Sepi nie słuchał zbyt uważnie. Zrozumiał, o co chodzi, lecz nie specjalnie go to obchodziło. Jako iż zdołał już się uspokoić, zaczął się zamartwiać, jak dotrze do Rybnika, bo na piechotę to na pewno nie. Rozmyślał nad może wypożyczeniem konia z innej wypożyczalni, lecz potem byłyby problemy z oddaniem. Gdzieś z tyłu głowy miał myśl by znowu dorożkę wynająć. Byłby to nawet dobry pomysł, myślał sobie…

-Emm, ty mnie pan słuchasz w ogóle?!- Pytanie „Szefa” wyrwało Sepi’ego z zamyślenia

-He…- Sepi nie do końca wiedział, co się wokół niego dzieje

-Eh, czyli nie… Zatem powtórzę, jeśli można. No, to skoro pan swój transport straciłeś, to możemy pana podwieźć do Rybnika. Oczywiście za opłatą, ma się rozumieć- Zaproponował

Sepi usłyszawszy to był szczerze zaskoczony. Ni z tego, ni z owego jakiś mafioso oferuje mu podwózkę do jego celu podróży. Nie żeby Sepi narzekał, lecz wydawało mu się to dziwne. W związku z tym, spytał

-Eee, pan tak na poważnie?-

-Oczywiście!-

-Żadnych haczyków, drobnych druków czy czegoś w tym rodzaju?-

-Nie-

-…- Sepi nie odpowiedział. To było dla niego zbyt podejrzane

-Znaczy no, jak nie chcesz pan, to nie będę zmuszać. Od jednego przewozu nie zbiedniejemy, lecz zawsze warto spytać-

-Coś mi tu nie pasuje. Czemu w ogóle mi coś takiego pan oferuje?! Chcecie mnie w coś wpakować, prawda?!-

-Eee, nie. Po co? Po prostu… Kilku groszy darmo się nie przepuszcza koło nosa-

-A skąd wiecie, że jadę w tamtą stronę?-

-Z tego co mi wiadomo, 03. Batalion piechoty stacjonuje w Rybniku. Jako iż w ogóle pan tu jesteś, oraz gdzieś zmierzasz, to na pewno tam.

-Domyślnyś pan jest-

-Co nie? To pan jedzie, czy nie?-

Po chwili milczenia, wykorzystanej przez Fina na chwilę namysłu, ten powiedział, że

-…Dobra. Co mi szkodzi? Gorzej już być nie może!-

****

         Tymczasem w Dreźnie

Vera i Alwin uporawszy się z nieproszonymi gośćmi poszli do pana Hunda

-Panie Hund, na litość boską, komu pan zalazł za skórę, że tak agresywnych ludzi wysyłają?!- Spytał Alwin

-Przypominam, że to ona zaczęła strzelać!- Pan Hund wskazał palcem na Verę

-Nie żałuje! To była świetna zabawa!-

-Vera, ogarnij się!- Zbeształ ją Alwin

-Dobra, uspokój się. O co ci chodzi w ogóle?-

-Spokój! Oboje!- Przerwał im pan Hund –To byli ludzie od niejakiego „Berlina”. Raz pożyczyłem od nich trochę pieniędzy, miałem oddać całość, plus 5%. Potem się okazało, że mnie śmiecie oszukały i żądali dwa razy tyle, czyli 210% sumy pożyczonej. Uzgodniliśmy, że w niedziele im oddam, bo nie mogę zostać bez grosza przy duszy w końcu, oni się zgodzili, ale najwyraźniej teraz im się ode chciało czekać! Jebane pasożyty!-

-Berlin?- Spytał Alwin

-Tak, Berlin. I nie, nie brałem pożyczek od Prusaków, przynajmniej nie od rządu w Berlinie, to pseudonim typa. Jakiś stary grzyb, starszy ode mnie.-

-Vera… Czy ty myślisz o tym samym, co ja?-

-Chyba… Musimy o tym powiedzieć Danieli, jak tylko wróci-

-Myślałem o tym samym-

-Emm… Jest coś, o czym nie wiem, a powinienem?- Spytał Hund

-Nie, nie chodzi o pana… To długa historia, może, kiedy indziej… I może, kto inny ją opowie…- Wyjaśnił Alwin -Jakie szanse są, że Berlin ma więcej takich ludzi?-

-A skąd ja mam to wiedzieć?!- Spytał Hund

-Taa… Dobre pytanie…-

-Dobra, dość tego na teraz. Jak przyjdą, to znowu ich rozstrzelamy! Nie mogę się doczekać powtórki!- Mówiła podekscytowana na samą myśl Vera –Ale na razie to dobrym pomysłem byłoby posprzątać tutaj… Oraz zapłacić za zniszczenia…-

-Zniszczeniami się nie martwcie, później do tego waszego szefuńcia pójdę, dogadamy się raczej. Ale zwłoki sprzątacie wy!-

-Ehh, jasna sprawa panie Hund- Powiedziała Vera, po czym razem z Alwinem poszli sprzątać zwłoki

-Hej, Vera!- Alwin podniósł z ziemi kapelusz jednego z napastników, po czym założył go na głowę –I jak wyglądam?-

-Idealnie pasuje do ciebie! Zwłaszcza ta dziura po środku!-

****

         Kilka godzin wcześniej

Godz. 18:30; Drezno, Posiadłość Rodu Von Langenberg

Tak zwana „Sala obrad” to był gabinet Sibylli Von Langenberg. Był to dość duży pokój, jak na gabinet przynajmniej, którego podłoga pokryta była dywanem. Na środku stał duży stół, wokół którego nie było żadnego krzesła. Na tym stole kładziono wszystkie ważne rzeczy, związane z tematem obrad. Przy prawej ścianie, patsząc od drzwi, stał duży regał z książkami, na długość całej ściany. Przy przeciwnej ścianie stała komoda z czterema, podłużnymi szufladami, na której stało jedenaście [11] świeczek, każda symbolizująca jednego członka ich komórki Jägers. Na wypadek, gdyby ktoś od nich zmarł, miano jedną ze świec zgaśić. Z innych rzeczy, przy ścianie stały dwa regały z książkami. Na ścianie, w której były drzwi wejściowe, wisiały dwa obazy, jeden po obu stronach drzwi. Jeden przedstawiał Samą Sibylle, drugi za to przedstawiał jej brata, Hermanna Von Langenberga. Ponad drzwiami wisiała czaszka łosia, którego kiedyś Hermann upolował. Ściana tylna, patrząc od strony drzwi, była zakrzywiona w kształt półkola, przez co na rysnkach technicznych i planach budynku, ten pokój wyglądał jak pocisk pistoletowy z czasów gdy pociski były robione w ten sposób. Większość tej ściany to było okno, rozciągające się, znowu, na całą długość ściany. Miało ono z 1,20 m wysokości, zaczynając się około metra ponad podłogą, ciągnąc się aż do sufitu. Z niego rozciągał się widok na otaczający Drezno las. Przed tą ścianą mieściło się biurko, wraz z krzesłem. Biurko było skierowane przodem do drzwi. Leżały na nim różne dokumety, raporty, listy itp.. Na obu przednich rogach blatu biórka stały świece, bardziej ozdobne niż użytkowe, lecz jednak. No chyba że w nocy, wtedy bardziej użytkowe niż ozdobne. Obok biórka stał teleskop. Nie był on nigdy używany do obserwaji gwiazd, przynajmniej przez Frau Von Langenberg. Z sufitu zwisał żyrandol.

Przy stole w środku pokoju stali obaj bracia Kästnerowie, oraz sama frau Von Langenberg. Stali przy przywiezionej przez Friedricha mapie, a w zasadzie to mapach, gdyż przyniósł kilka, jedna na każde piętro, więcienia w Katowicach, które zwinął ze stróżówki. Na każdej z nich było coś pomazane, czy porysowane. Obmawiali plan wyciągnięcia z niego Wilhelma, znanego też jako Fiodor.

-Zatem, tu mamy cele Herr Fiodora, tu, tu i tu mamy potencjalne drogi wyjścia. Tutaj jest szatnia dla strażników, tutaj mamy stróżówkę, no i pare innych rzeczy, które nie są aż tak ważne.- Heinrich wyjaśniał na spokojnie co gdzie jest w więzieniu, wskazując palcami w odpowiednie miejsca, skacząc między jednym planem, a drugim. –Jako iż zrobienie tego, jak Vera zrobiła to wyciągając Alwina z aresztu, w tym przypadku będzie prawie że niemożliwe, to sugerujemy z Freidrich’em, że dwie osoby od nas przebiorą się za strażników, wezmą Herr Fiodora z celi i wyprowadzą do jednego z miejsc ewakuacji, jak to nazwaliśmy. Jeżeli nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań, to wszystko powinno pójść gładko!-

-I wy naprawdę myślicie że będzie to takie proste?- Spytała Sibylla

-Tak- Zadeklarował Friedrich

-A jak zamierzacie się dostać do szatni, tak aby was nikt nie zauważył?-

-Eeee… Nad tym mieliśmy pomyśleć!- Wyjaśnił Heinrich

-Ale wierzymy, że nie będzie to takie trudne!- Dodał Friedrich

-…Dość naiwne założenie…- Zauważyła Gnädinge Frau

-Może, ale…- Zaczął Friedrich

-…Nie mamy w zasadzie żadnego lepszego pomysłu- Dokończył jego brat

-Ehhh… Czemu mnie to nie dziwi?- Zadała samej sobie pytanie Sibylla –Dobrze, zatem potrzebny nam prawdziwy plan. Co wiemy o położeniu Wilhelma, co może nam się przydać?-

-Cóż, w związku z tym, że został w końcu skazany na te tortury, raz na jakiś czas, Herr Fiodor ma być zabierany na nie do tej oto Sali we wschodnim skrzydle więzienia.- Heinrich wskazał na mapie pokój, w którym miał być torturowany Fiodor –Teoretycznie dałoby się wejść przez te drzwi na końcu, lecz wątpie by to był dobry pomysł. Kręci się tam mnóstwo strażników-

-Teoretycznie moglibyśmy tam po prostu wejść na głośno, lecz nawet gdybyśmy tam poszli wszyscy, to rozstrzelaliby nas zanim zdążylibyśmy podejść pod drzwi, więc to raczej też odpada- Dodał Friedrich

-Czyli nie mamy jak z tego skorzystać. Szkoda…- Gnädinge Frau nagle zauważyła jedną, bardzo nietypową rzecz na planie, na który właśnie patrzyli –Emm… Chłopcy, a wiecie może co to jest za przerwa tutaj?- Wskazała na dość szeroką cele, między pokojem jednym, gdzie, zgodnie z tym co mówiły bliźniaki, mieli torturować Fiodora, a drugim, pewno takim samym, była zauważalna wolna przestrzeń, gdzie nie było nic narysowane.

-Emm… Nie wiem…- Stwierdził Heinrich

-Może pomylili się w obliczeniach i zrobili taką grubą ściane?- Zaproponował Friedrich

-Może… A może… oddajcie mi plany pięter poniżej, jeżeli macie!- Zażądała Gnädinge Frau

-Tutaj!- Starszy (o kilka sekund) z Kästnerów, Heinrich, podał Sibylli dwie kartki z planami pięter poniżej

Pani Von Langenberg przyjrzała się planom, następnie złożyła je jeden na drugim, tak że ten przedstawiający najniższe piętro był najniżej, a ten przedstawiający najwyższe, najwyżej. Podeszła do komody, po czym plany dała nad jedną ze świec. Dzięki temu manewrowi, dało się zobaczyć jedną ciekawą rzecz

-Heinrich, Friedrich, podejcie tu proszę!- Obaj bliźniacy wykonali polecenie –Widzicie to? Plany układają się tak, że tu mamy kwadrat-

-No tak… No i…?- Spytał Friedrich, który nie specjalnie załapał

-To znaczy, że to nie jest jakiś tam byle błąd w mapie. Nie wiem co to jest dokładnie, ale może to być coś przydatnego. Jak tylo Bösch wróci, macie jechać tam spowrotem i to w miarę możliwości sprawdzić!- Rozkazała Sibylla

-Tak jest, Gnädinge Frau!- Odpowiedziały jednocześnie Bliźniaki

Gnädinge Frau odłożyła plany na stół. Podeszła do jednej z półek regału na książki, szukając tam czegoś. W pewnym momencie jej oczy stanęły na książce „Rozmowy Barowe” Jakiegoś lokalnego autora. Słowo „barowe” przypomniało jej o jednej rzeczy

-Hej, chłopcy, a kto teraz jest u pana Hunda?-

-Eee… W sumie to nikt…- Odpowiedział Heinrich

-A kto być powinien?-

-Emmm… Zimermann i  Bösch…- Odpowiedział Friedrich

-Ehh… Friedrich, misiu, pójdźesz może po Verę i Alwina i powiesz im, żeby zastąpili dziś Danielę i Ditricha?- De Facto rozkazała pani Von Langenberg

-Tak jest!- Powiedział po czym wyszedł

-Dobra, skoro to mamy załatwione, Heinrich, mógłbyś mi pomóc szukać takiej jednej książki? Powinna gdzieś tu być-

****

         16.Lis.1994

Godz. 19:15; Tajne przejście pod trzecim murem Twierdzy Opole

Westfalen i Schleswig-Holstein właśnie wracali z losowego łażenia za drugim murem

-Ludzie święci, co tam się dzieje! Myślałam że im pójdzie trochę lepiej, a nie! Co za żenada!- Narzekała Bösch

-E tam, nie bądź taka surowa. Widziałaś ty kiedyś kolosa, co wybucha? Słyszałem że pierwszy raz je w okolicach Krakau zaobserwowano po raz pierwszy, ale zobaczenie takiego na własne oczy nadal szokuje!- Zauważył Siegfried

-Eeeehhh! Nienawidzę kiedy masz racje!-

-Wiem. Ale nie zmienia to faktu, że ją mam-

-Dobra, zatem ja to sobie zapisze, a potem idziemy dalej. Gdzieś tu zostawiłam chyba papier. Gdzie on jest?-

Nagle usłyszeli donośny dźwięk pukania. Ktoś znalazł drzwi do sekretnego przejścia. Siegfried i Daniela wyciągnęli broń. Schleswig-Holstein swój miecz dwuręczny, a Westfalen swoje sztylety. Sięgnął do klamki, chcąc otworzyć drzwi. Zrobiwszy to, jednym ze sztyletów pchnął przed drzwi. Widok w drzwiach mocno obu zdziwił

Był to Dietrich Zimmernann, który zdołał złapać sztylet Siegfrieda, za ostrze. Gołymi rękoma

-Zimmernann?! Co ty tu do diabła robisz?-

-Frau Von Langenberg wysłała mnie, bym ci asystował w obserwacjach! Chyba… Nie pamiętam już. Trochę tu jechałem, więc zapomniałem…- Wyjaśnił Zimmermann

-…- Nikt nic nie odpowiedział. Zimmerman puścił sztylet Westfalen, po czym wszedł do środka

-W ogóle, Bösch, nie zgadniesz kogo spotkałem kiedy ciebie szukałem! Wyobraź sobie, że jest tu nasz sz…- Zaczął Dietrich, lecz Schleswig—Holstein mu przerwała

-Zimmermann, powiedz mi, naprawdę kazali czy tu przyleźć, czy po prostu nie miałeś nic do roboty, więc tu przylazłeś?!-

-No mówiłem, Frau Von Langenberg kazała mi tu przyjechać, więc przyjechałem! Czemu miałbym kła…-

-Ja wale… Serio?! Czemu, Frau Von Langenberg, CZEMU?!- Krzyczała Daniela

-E tam, marudzisz Schleswig-Holstein. Dietrich nie jest taki zły!- Powiedział Siegfried, po czym przybił piątke z Zimmermannem

-A, no tak, zapomniałam, jesteś na tyle walnięty, by go lubić. Zapomniałam-

-Nie zwracaj na nią uwagi. Wiesz jaka ona jest! Nie do zniesienia!- Mówił Siegfried

-Walcie się, obaj!- Powiedziała Bösch, po czym usiadła pod ścianą i strzeliła focha.

-A zatem, kogo tam po drodzę spotkałeś?- Spytał Westfalen, który w przeciwieństwie do Schleswig-Holstein był szczerze tym zainteresowany

****

Parę godzin później, przy dziurze w drugim murze

  1. Batalion powietrznej piechoty Lechickiej uporał się z kolosami przy dziurze, oraz tymi paroma, które przeszły przez mury. Zrobili to dobrą godzinę wcześniej, lecz teraz po prostu siedzieli i czekali, aż coś podejdzie. Wyglądało na to, że zabicie kolosa krzyczącego faktycznie dało taki efekt, że kolosy tam nie szły. W międzyczasie, do oddziału wrócili Sara i reszta. Opowiadali, co się działo, jak poszedł eksperyment, oraz co odkryli

Kilka godzin wcześniej

Zero Siedem upadł na ziemie. Był przerażony, myślą ze zaraz zginie z ręki jakiegoś kolosa. Jeszcze bardziej go przerażała wizja upokorzenia, jakiego dozna, jak już to się stanie

Kolos biegł w jego stronę. Zbliżał się gwałtownie, nic go nie zatrzymywało, może poza tym, że często się przewracał, gdyż nie mógł się utrzymać na czworaka. Wydawało się, że następne kilka sekund jest przesądzone

Nagle jednak, Zero Siedem usłyszał znajomy dźwięk

Ponad kolosem przeleciały dwie postaci, a następnie z karku kolosa wytrysnął strumień „krwi” kolosa. Po tym kolos zaczął sunąć po ziemi chwile, aż tarcie go nie zatrzymało. Zatrzymał się z pół metra przed przerażonym Zero Siedem

Dwie postaci, które uratowały życie Zero Siedem, wylądowały trochę dalej, po czym szybko podeszły w stronę martwego kolosa

-Załatwiony! Nie musisz dziękować Signor!- Był to kapral Vilĉjo wraz z Giò

-Radziłbym ci uciekać stąd, puki twoi znajomi zajmują kolosy czymś. Jeżeli w takim stanie przyciągasz kolosy, to szybko wskakuj do Odry i zmyj to z siebie. Odra to w tamtą strone, powinieneś trafić, niedaleko. Może nawet nie umrzesz po drodze, jeżeli cię tam odeskortujemy- Zadrwił z Zero Siedem kapral

-Eghh… Jebcie się! Ludzie, co za kompromitacja! Zostać uratowany przez tych dwóch…-

-Dobra, nie narzekaj tylko przydaj się do czegoś. Byłbyś świetnym wabikiem na kolosy w takiej formie, lecz teraz niebyłby nam do niczego potrzebny. To teraz zmykaj zmyć to z siebie, pronto!- Rzucił Giò, po czym razem z Kapralem ruszyli do kolosów

Zero Siedem w tamtej chwili żałował że go kolos nie zabił. Wolał już to, niż zostać uratowanym przez ludzi Vilĉjo

W międzyczasie na miejsce przyjechała Sara, Jarek, Narek i reszta. Podjechali oni na koniach do leżącego nadal na ziemi Zero Siedem

-I jak tam? Żyjesz?-

-Egh… Żyje, jak widać. Jeden z was, niech zawiezie mnie nad Odrę, muszę to z siebie zmyć… Boże, co za paskudztwo!- Rozkazał Zero Siedem

-Czej, nie mówiłeś ostatnio, tak koło muru w Raciborzu, że jesteśmy do niczego, czy coś? Nie no, raczej sam powinieneś dać radę tam dojść, jak niby mamy pomóc? Przecież do niczego się nie nadajemy!- Mówił ironicznie Wiśniewski, ku wielkiemu niezadowoleniu Zero Siedem. Ale naprawdę Wielkiemu. Był wściekły, w ciągu zaledwie kilkunastu minut został tak bardzo poniżony, że jego duma nie mogła tego znieść

-Wy przeklęte bachory! Idźcie do diabła!- Powiedział Zero Siedem, po czym wstał, otrzepał się z ziemi i pobiegł w stronę kolosów, w przekonaniu, że w sumie co mu szkodzi na tym etapie

-Nieźle Jarek! Dobrze mu powiedziałeś!- Pochwalił go Radek

-E tam, można było to zrobi lepiej… Taaak, znacznie lepiej- Przyznał Wiśniewski

-Dobra, nie czas na to! Tam jest kilkadziesiąt kolosów, które same się nie zabiją!- Przypomniał Narek

-Racja! Dobra, jedziemy, pogadamy później!- Ogłosiła Sara

Cała ósemka ruszyła  w stronę kolosów. Wcześniej, cała grupa wyszła z założenia, że ta okazja na test tezy Jarosława przepadła, lecz tak trochę nie wypada po prostu sobie pójść i zostawić całą robotę z kolosami Dwanaście, a już szczególnie Vilĉjo (głównie dlatego że Tatjana nie dawała reszcie z tym spokoju), więc jakby muszą im pomóc. To też postanowili zrobić, bo nie mieli specalnie innych opcji. Kiedy natomiast się uporają z tym, uznali, poszukają innego takiego kolosa krzyczącego, najlepiej przy murze i z małą towarzyszącą mu grupą kolosów. Mała była szansa że którykolwiek z tych warunków zostałby spełniony, prawda, lecz to były Idealne warunki, więc i tak nikt nie oczekiwał że zostaną osiągnięte.

****

         -Potem to razem z oboma Kapralami ogarnęliśmy sytuacje, głównie Vilĉjo i Dwanaście, lecz jednak, potem jeden typ prawie zapadł się pod ziemie ze wstydu, a obie drużyny znowu skoczyły sobie do gardeł, ale uznaliśmy że to nie nasz problem i pojechaliśmy dalej. Jeździliśmy tak przez dobrą godzinę, aż znaleźliśmy jakiegoś krzykacza w jakimś małym zagajniku. Miał obok siebie całe stado kolosów, lecz uznaliśmy że to świetne miejsce na test. Jarek poleciał zabić krzyczącego, po czym o mało nie zginął, gdyż chwile później wszystkie kolosy się na niego rzuciły jak pies na kiełbase. Kiedy wrócił na gałąź uznaliśmy, że nie mamy wyjścia i musimy z nimi walczyć. Zajeło nam to kolejną godzinę, ale udało nam się i nawet nikt nie zginął!- Sara opowiadała Dowódcy Sienkiewiczowi o wydarzeniach sprzed kilku godzin. Krzesimir słuchał z zaciekawieniem. Co prawda, Sara opowiadała wszystko co się zdarzyło odkąd się rozdzielili, z trochę większą liczbą szczegółów niż wymagałby tego Sienkiewicz, lecz mu to absolutnie nie przeszkadazało

-Zatem, jak już kolosy były w liczbie odpowiedniej by od nich uciec, gdyż dużą część z nich odciągnął Jarek, usunęliśmy się stamtąd tak szybko jak tylko się dało i ruszyliśmy tutaj. Poza tym nic się nie działo-

-Mhm… Czyli test zakończył się sukcesem?-

-Na to wygląda- Odpowiedział Matheson, który był tuż obok

-No, to świetnie! Zatem, mamy pewność, że te krzyczące powodują, że kolosy naszych ignorują!- Stwierdził Sienkiewicz

-No, na to wygląda-

-Wnioskując też po reakcji kolosów na zabicie krzykliwego skurczysyna, raczej też przez nie przylazły tu w takich ilościach. Te mendy co mnie goniły, to po jakimś czasie dały sobie spokój, po czym rozeszły się w losowych kierunkach. Inne to parły wprost na mur. Tak se tylko głośno myśle- Tak se tylko głośno myślał Jarosław

-Może w tym nawet coś być. Ale dobra, nie czas na to teraz. Wykonaliście swoje zadanie, za to gratulacje, lecz teraz mamy bronić tej dziury… Co prawda, od godziny nic tu nie przyszło, lecz zawsze może- Stwierdził Krzesimir

Faktycznie, pod bronioną przez 03. Batalion powietrznej piechoty Lechickiej dziurę w murze nie podszedł żaden kolos od dłuższego czasu. Co poniektórzy zaczeli się już nudzić z tego powodu. Nikt nie narzekał, było ciemno jak w nocy, w końcu była już noc. Księżyc co prawda dawał trochę światła, a tego dnia niebo było bezchmurne, lecz jednak nie dawał aż tyle co słońce. Żołnierze rozpalali różne ogniska, oraz zapalali lampiony w okolicznych zabudowaniach, które nie zostały zbużone pezez kolosy, których trochę było, bo to w końu było koło bramy.

Na szczycie murów również było kilka ognisk. Jedno, takie duże, rozpalili Sara, Artair, Edvard i Dowódca Sienkiewicz.

Dowódca wysłał kilka osób, żeby przekazali nowo zdobyte informacje do któregoś z Sierżantów. Naturalnie, osoby które pojechały, zaczęły szukać Fay’a, jako że nie było go najłatwiej w takich sytuacjach znaleźć, nie siedział daleko od frontu, tylko blisko, koordynując działania wojsk z pierwszej ręki

Pomimo faktu, że miało przyjść do 03. Wsparcie, nikt się nawet nie pojawił blisko. Sienkiewicz nawet poleciał szukać Sierżanta Amédée, lecz uznał dość szybko, że to głupi pomysł

Kolosy były absolutnie wszędzie, prawie w każdym miejscu za pierwszym murem, lecz nie koło tej jenej bramy. Wyglądało na to, że kolosy krzyczące faktycznie przywołują do siebie inne kolosy. Nie zmieniało to teraz wiele, gdyż kolosy w nocy zwykle nie były zbyt aktywne. W Lechii mówiono że przechodzą w „tryb uśpienia”, gdzie są wolniejsze, bardziej otępiałe, mniej agresywne. Czasami nawet się po prostu kładły, jakby spały

Zapowiadała się długa i nudna noc. Obrońcy Opola, tak lokalni jak i przyjezdni, odpoczywali teraz, w końcu ludzie nie mogą walczyć cały czas. To samo miał też zrobić 03. Batalion. Oczywiście, zostawiono kilka osób na warcie, nikt nie był na tyle głupi by po prostu pozwolić wszystkim spać, bo jeszcze się po przebudzeniu okaże, że większość oddziału została zjezdona. Na warcie stało 30 osób. Po jakimś czasie, w domyśle po dwóch godzinach, mieli drugie tyle obudzić, by ich zastąpili. W razie ataku, mieli albo załatwić to sami, albo, gdyby zagrożenie było zbyt duże by poradzić sobie z nim w kilka osób, obudzić wszystkich i kazać im się przygotować.

Żołnierze, nie tylko 03. Batalionu, lecz ogólnie, wszyscy, byli po całym dniu walk wykończeni. Odrobina odpoczynku była tym, czego wszyscy potrzebowali

****

         15.Lis.1994

Godz. 21:39; Gdzieś na drodzę między Pszczyną, a Rybnikiem

Jechali tak już z dobrą godzinę. Jako iż z Pszczyny do Rybnika było ok. 35 km., a woźnica nie śpieszył się, wyglądało że będą jechać drugie tyle

Sepi, wraz z „Szefem” i jednym z jego ludzi, drugi prowadził, siedzieli wewnątrz czarno-białego powozu. Wyglądało na to, że był to powóz prywatny. Wyglądało również na to, że stalowa mafia dysponuje sporymi środkami finansowymi, gdyż takie powozy jak ten nie były wcale tanie.

Powóz ten ­­­to było coś więcej niż typowe drewniane pódło z kołami, tak często widywane na ulicach miast jak Kraków, Bytom czy Chorzów. Powóz ten, uściślając, to był dyliżans. Był mniejszy niż przeciętny, lecz nadal imponował, bowiem takie rzeczy nie były tanie. Ciągnięty był przez cztery konie

„Szef” przez większość drogi rozmawiał o czymś ze swoimi ludźmi. Sepi nie wiedział o czym, gdyż mówili po Polsku, a on, pomimo dzielenia pokoju z Radosławem, oraz bycia zwykle w pobliżu Jarosława, nie rozumiał polskiego. Był w stanie zrozumieć tylko kilka zwrotów zasłyszanych od innych w oddziale, takich jak „tak”, „nie”, „po co?”. „pieniądze”, czy „kurwa”. Z uwagi na ten fakt, Fin przez ostatnią godzinę nawet się nie odezwał

„Szef” wycenił podwózkę na 20 Groszy. Nie była to wygórowana cena za przewóz na takiej odległości, ale nadal trochę pieniędzy to było. Za takie pieniądze mógłby kupić dwa kebaby, może nawet trzy, gdyby znalazł jakieś tanie, albo na cienkim cieście. Może takie z kurczakiem również byłyby tańsze? W końcu baranina jest droższa od kurczaka

Dyliżansz podskoczył na jakimś większym kamieniu, czy czymś, wybijając Sepi’ego z rozmyślań o potencjalnych cenach popularnych wytworów kuchni Tureckiej

Sepi spojrzał w stronę „Szefa”. Właśnie skończył rozmawiać ze swoimi ludźmi, po czym poprawił się w siedzeniu i oparł łokcie na udach. Jenna uznał, że jest to świetna okazja, żeby zapytać o kilka, nurtujących go ostatnie piętnaście sekund rzeczy.

-Emm, przepraszam! Panie „Szefie”!-

-Hmm? O co chodzi?-

-Ten, tak się zastanawiałem, Żelazny Janusz to pan, nie?-

-Heh, nie to nie ja. Żelazny Janusz nigdy nie opuszcza Bytomia. Na mnie mówią Miedźany Andrzej!- Przedstawił się –Żelazny Janusz jest moim Szefem. Ale to chyba już pan wiesz. No, chyba że nie jesteś z tego okręgu, wtedy faktycznie, możesz pan nie wiedzieć-

-Nie, nie wiem- Stwierdził Sepi

-Serio? Ok, to niech się poduczy pan! Jeżeli pan się wybierasz kiedyś do Bytomia, taka wiedza jest wymagana. Znaczy, bardziej przydatna była kilka lat temu, kiedy na ulicach Bytomia co chwila wybuchały strzelaniny między różnymi gangami, lecz teraz też się przydaje!-

-A może pan coś o tym opowiedzieć? Skoro wiedza ta może mi się przydać, czemu nie spytać o informacje z pierwszej ręki?-

-Heh, w sumie racja. Dobra, słuchaj pan. Żelazny Janusz, jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Bytomiu, jeżeli nie całym okręgu. Ale w Bytomiu na Pewno! W każdym razie, jest on Szefem Żelaznej Mafii. Mafioso Primo! Nie wiem czy ta pozycja ma jakąś swoją nazwe, nie wiem, ojciec chrzestny, czy ktoś taki, wszyscy mówią do niego per „Szefie”, więc nie wiem. W każdym razie, no, jest szefem Żelaznej mafii. To już mówiłem. Ja jestem jednym z jego… jak to włosi mówili? Capo? Chyba tak. Jestem jednym z jego Capo-

-Brzmi… Ciekawie. A czemu „miedziany”, jeżeli mogę wiedzieć?-

-Czemu „Miedziany” Andrzej? Cóż, wiesz co jest w kablach telegrafowych?-

-Emm… Nie-

-Taa, ja też nie wiedziałem, aż do dwudziestych trzecich urodzin! Ale są w nich druty miedziane. Dzięki jakimś fizyczym sztuczką, coś że jakieś drgania, czy coś, nie wiem, można nadawać wiadomości. Ja jestem odpowiedzialny za komunikacje i koordynacje działań w i poza Bytomiem. Dlatego Miedziany!-

-Ooo, rozumiem. A może mi pan powiedzieć coś o samej mafii?-

-Cóż, mogę. Znaczy, nie wiele więcej niż to, co wie przeciętny mieszkaniec Bytomia, lecz jednak. Zatem, Mafia Stalowa jest z Bytomia, to chyba już wiesz. Zatem, nasza organizacja zajmuje się różnymi rzeczami. Jako że mógłbyś pan teoretycznie mnie i innych pozwać za to, gdybym powiedział, to tego nie zrobie. Środki bezpieczeństwa-

-Czyli coś nielegalnego?-

-…Typie, to jest mafia, nie organizacja charytatywna! Oczywiście że to jest nielegalne! Wie to niemalże każdy w okręgu!- Miedziany Andrzej wydawał się odrobinkę zdenerwowany – Ty wiesz pan czym w ogóle mafia jest! Czy to też trzeba ci pan tłumaczyć?!-

-Znaczy, coś tam kiedych o mafiach słyszałem, ale nie do końca wiem jak to działa, więc ten… Nie zaszkodziłoby-

-……Ehh… A mówili, „Andrzej, przestań wozić ludzi z miejsca na miejsce, to nawet nie jest takie zyskowne” „Andrzej, nie rób za omnibus, to nie ma sensu” „Andrzej, nie woź ludzi, marnujesz czas”! Kurwa, chyba powinienem zacząć się ich słuchać- Powiedział po polsku Miedziany Andrzej

Sepi doszedł do dwóch wniosków.

Pierwszy był taki, że musi pilnie się poduczyć o tym, co się wkoło niego dzieje

Drugi, że musi też przestać być tak szczerym

-…Emm…-

-Nawet się pan nie odzywaj!- Przestrzegł Miedziany

-…Em, to może zmienimy temat?-

-Bardzo dobry pomysł. A zatem, jak kebab smakował? Nie wiem, nie jadłem, a bardzo chciałem, lecz ten cholerny Radzio wszystko zepsół. Jebać typa. Przynajmniej teraz mamy pewność że więcej takich idiotów nie będzie-

-… A dobry. Nie mam zastrzeżeń…-

-To dobrze. Wkurzyłbym się, gdybyśmy chronili typa, co nie umie zrobić porządnego kebsa! Nieważne ile by płacił-

-A czemu? Jak płaci to chyba nie jest ważne, jak dobre robi kebaby?-

-…Mówił ci pan już ktoś, że jesteś pan strasznie irytujący?-

-…Zdażało się pare razy…-

-Nie dziwię się…-

Żeby przypadkiem nie zdenerwować za bardzo Miedzianego Andrzeja, Sepi reszte drogi siedział cicho. Andrzej kazał woźnicy trochę przyśpieszyć. Najwyraźniej nie chciał być z Sepi’m w jednym miejscy przez więcej czasu niż tego wymagała sytuacja. Woźnica przyśpieszył. Reszte drogi się nikt nie odzywał

****

         17.Lis.1994

Godz. 1:06; koło dziury w drugim murze Twierdzy Opole

Lujza była bardzo niezadowolona z faktu, że musiała stać na patrolu. Spokojnie sobie spała, nie przeszkadzała nikomu, a tu nagle z nikąd jak ostatni cham budzi ją Darek i mówi, że ma go zmienić na patrolu. Bardzo się powstrzymywała by go nie pobić, koniec końców tego nie robiąc. Nie zmieniało to faktu, że była tak wkurzona, że prawie nie czuła się ospała.

Opierła się o ściane jakiegoś budynku, wpatrując się w przestrzeń przed nią. Nie widziała dużo, gdyż była noc, a światło pochodni którą miała, a obecnie włożyła do wieszaka, który ktoś sobie zamontował obok tylnych drzwi, obok których stała, nie dawało aż tyle światła by było coś widać na dalej niż 5 metrów. Nudziła się strasznie. Odkąd ją zbudzili, czyli od jakiejś godziny, nie działo się nic. Absolutnie nic. Lujza miała już pomysł, że może obudzi kogoś, żeby ją zastąpił, lecz uznała, że jak ma być że stoi przez dwie godziny, to nie będzie się migać, tylko będzie stała dwie godziny.

Nagle usłyszała dźwięki. Jakieś ludzkie głosy. Nie specjalnie wiedziała do kogo należały, chociaż poznawała je. Poszła to sprawdzić, z jednej strony bo może to być ktoś, kto ma złe wobec nich zamiary, a z drugiej, ponieważ może w końcu stanie się coś ciekawego.

Głosy dobiegały z okolic dziury w murze. Lujza nie miała bladego pojęcia co to było, co jeszcze bardziej napędzało jej chęć sprawdzenia tego.

Zbliżywszy się na tyle, że dało się cokoliwke zobaczyć w świetle pochodni, zobaczyła

-O, chyba mamy towarzystwo- W świetle jej pochodni dostrzegła Nareka. Nie wiedziała co on tam robił, ani po co, lecz poprzez użycie słowa „oni” wywnioskowała że jest z nim ktoś jeszcze

-Co? Serio?! Nie dzieje się tu nic ciekawego, jak nie chcesz pomagać, to idź sobie!- Lujza bez problemu rozpoznała głows Jarosława, tylko nie widziała go nigdzie, pewno dlatego, że ogólnie to ledwo cokolwiek widziała

-Narek, Jarek, co wy do diabła robicie? Wiecie która godzina?-

-Emm, jest Pierwsza sześć- Rozległ się trzeci głos. Bez wątpliwości była to Petra

-Petra?! Gdzieś ty jest! Jarsław zresztą też!-

-Na górze!- Odpowiedział Jarek

Słowaczka spojrzała w górę. Trochę dalej leżały zwłoki kolosów, akurat w bramie, częściowo ją blokując, które ułożyly się w kilkunasto metrową stertę. Mniej więcej w połowie wysokości tej sterty siedział Jarek, wraz z Petrą, oraz jeszcze jedną osobą, której nie potrafiła rozpoznać, bo było ciemno. Dwóch pierwszych również nie, lecz założyła, że będą to właśnie oni.

-Eee… Narek, co oni tam robią?- Spytała stojącego obok niej Nareka

-Emm, niech ci Jarek wyjaśni- Rzucił Armeńczyk –Tylko tam podejdź trochę, bo obudzisz wszystkich tak krzycząc-

Lujza posłuchała się rady towarzysza i podeszła pod stosik kolosów. Sam stos układał się tak, że na samym spodzie leżały dwa kolosy, mniej więcej obok siebie, na nich leżały kolejne dwa, jeden na drugim, które układały się w kształt takiego powyginanego iksa. Na tym, leżał taki jeden większy, już sam. Takie ułożenie było dość przypadkowo osiągnięte, nawet sam oddział nie wiedział jak, lecz jednak tak to zostawili. Wszędzie indziej dookoła również leżały ciała kolosów, po drugiej stronie muru również. Obok tej sterty również leżały kolosy. Nigdzie indziej jednak nie ułożyła się taka sterta. Było co prawda pare mniejszych, lecz one były… no mniejsze.

-Ej, Wiśniewski, co ty tam do diaska robisz?- Spytała Lujza –Petra, ty zresztą też! Po Wiśni bym się tego mogła spodziewać, ale po tobie?-

-Cóż, Słowaczynko, zawsze chciałem spróbować Alpinizmu! A jako że w Rybniku nie mamy zbyt wielu gór, a teraz się nadaża okazja, to czemu by z niej nie skorzystać?!- Odpowiedział Jarosław

-Jarek, nie krzycz tak, wszystko w okolicy zbudzisz!-

-Dobra, przepraszam, będę ciszej… A, co do Petry, to ja z Czeszynem ją namówiliśmy- Przyznał się Jarek

-Cieszynem… W sensie o kim mówisz? Wiesz, mamy trochę Czechów w oddziale, możesz mówić o przynajmniej ośmiu różnych osobach-

-Em, o mnie mówi!- Lujza usłyszała głos Bonifáca

– Bonifác!? Na litość boską, a ciebie co naszło? Nie powinieneś teraz warty trzymać?-

-A ty też nie powinnaś?- Odpowiedział pytaniem Czech -Szczerze mówiąc, wydawało się to być dość spoko, więc postanowiłem spróbować. Świetna zabawa!-

-Taa… Jak dowódcę obudzisz i zobaczy że robisz coś takiego, kiedy masz być na warcie, to cię uziemi!-

-Może! Ale puki co nie zobaczył, więc jest dobrze!-

Boże święty, co za idiotyzm… Chociaż, nie wygląda to aż tak źle… Chyba dość dobrze się bawią… W sumie to…”

-Hej!- Rzuciła Lujza –

****

Do Rybnika dotarli około godziny dwudziestej drugiej. Kiedy się zatrzymali, Sepi zapłacił należności Miedzianemu, po czym pożegnał się i popędził do Koszar. Nie specjalnie zastanawiał się, gdzie się podziało całe wojsko, uznał że po prostu wszyscy poszli spać, albo coś.

Biegł do koszar. Biegł szybko. Nawet bardzo szybko. Biegł tak szybko jak tylko mógł. Biegł tak szybko, że aż mu brakowało tchu.

Co prawda, gdyby pomyślał przez chwile, dość szybko doszedłby do wniosku, że w sumie to nigdzie się nie śpieszy i takie bieganie nie ma sensu, ale to tylko szczegół.

Dzięki uprzejmości miedzianego Andrzeja, zostawili go niecały kilometr od koszarów, nie miał zatem do nich daleko.

Dortarłszy tam, bez żadnego powodu wbił do środka z impetem, lecz zobaczył, że nikogo nie ma. Zdziwił się dość mocno, lecz uznał po chwili, że pewno wszyscy śpią, pomijając fakt, że o tej porze prawie nikt nigdy nie śpi.

Poszedł do swojego pokoju. Po drodze zaglądał do otwartych pokoi, a trochę tam ich było, widząc, że wszystkie są puste. Zaniepokoił go ten stan rzeczy, lecz próbował o tym nie myśleć

Wchodząc do pokoju, rozejrzał się. Był w miarę porządek, jak zwykle w tym pokoju zresztą. Na swoim łóżku leżał Filip, nadal ze złamaną nogą, który najwyraźniej został wybudzony ze snu. Uświadomiwszy sobie prawdopodobny powód tego stanu rzeczy, dopadło go lekkie uczucie wstydu i zażenowania

-He? Sepi, co ty tu do diaska robisz?- Spytał wciąż ospały, aczkolwiek wyraźnie zaskoczony Filip

-To długa historia. Gdzie są wszyscy? Nie widze nikogo!-

-Wszyscy są w Opolu. Twierdze zaatakowały kolosy i najwyraźniej potrzebowali pomocy. Może jak się pośpieszysz to za nimi zdążysz!- Zadrwił Filip

-Co? Co się działo kiedy mnie nie było?!-

-Cóż, ponoć Żółtki wróciły z Opola, jakoś żywe, a ze sobą przyniosły wiadomość, że Opole jest atakowane i że potrzebują pomocy. Wzieli większość jednostek, ale ja zostałem, ponieważ ta jebana, złamana noga!- Wyjaśnił Macedończyk –Czemu wszystkie ciekawe rzeczy muszą mnie omijać?!-

-Taaa, chyba wiem jak się czujesz…-

-Dobra, a teraz siadaj i wyjaśniaj, co się z tobą działo ostatnie kilka godzin!-

Sepi usiadł na łóżku, po czym zaczął opowiadać wszystko od początku. Zajeło to trochę czasu, Filip czasem też pytał o jakieś elementy, a kiedy Sepi skończył, Trajkowski pogratulował Jennie, że ma tak ciekawe przygody i jeszcze raz przeklą swoją złamaną nogę. Po chwili ciszy, poradził Sepi’emu, że skoro i już tu jest, to w sumie to ma wolne, ale na razie powinien się przespać. Sepi uznał że to bardzo dobry pomysł

****

         15.Lis.1994

Godz. 19:11; Drezno, posiadłość rodu Von Langenberg

Obaj bracia Kästnerowie, jako że mieli chwile wolnego, postanowili rozegrać partie szachów. Co prawda, żaden z nich nie wiedział o szachach wiele więcej niż to, jak poruszają się figury, że na początek walczy się o centrum planszy, oraz że bicie w przelocie jest dla ciot i prawdziwi mężczyźni zbijają normalnie.

Kästnerowie bardzo lubili tak dla przyjemności raz na jakiś czas rozegrać partie szachów. Nie byli mistrzami, co czasami im boleśnie przypominała Vera, z którą mieli czasami przyjemność zagrać, lecz nigdy nie mieli przyjemności wygrać. Mimo tego, przyjacielskie rozgrywki w tą starożytną gre nadal spraiwały im przyjemność. Obecnie dopiero zaczynali partie, lecz dość szybko Heinrich podstawił gońca.

Plansza ich była, standardowo, wykonana z drewna. Ta akurat była ze świerku, gdyż to była szachownia Detlefa, który bardzo lubił drewno świerkowe, lecz dość szybko uznał że szachów już nie, więc Bracia sobie ją przywłaszczyli. Po bokach miała różne wyżłobione zdobienia, w postaci różnych wizerunków roślinnych. Wierzchnia część, na której mieściła się faktyczna plansza, była dość normalna. Standardowa plansza 8×8, gdzie pole A8 było białe, co sprawiało że plansza nie była bezwartościowym chłamem. Chociaż ten tutejszy biały to był po prostu bardzo jasny brąz, wchodzący w żółć. Czarny to natomiast był typowy kolor ciemnobrązowy, porównywalny z odcieniem co lepszych belgijskich czekolad. Wzdłuż szachownicy były oczywiście cyfry, które w tym przypadku były również wyżłobione, lecz w te wyżłobienia były wypełnione jakąś białą substancją. Ani Friedrich, ani Heinrich nie wiedzieli co to było, nigdy nie pytali Detlefa, ani nikogo innego, o to, ale założyli, że była to kość słoniowa, pomimo że na pewno nie było to coś aż tak drogiego. Najpewniej był to kwarc. Wszerz szachownicy były litery, które prezentowały się tak samo, jak cyfry.

Biorąc pod uwagę swoje umiejętności, obaj bracia uważali, że mogliby tak grać i z godzine, a ich partia Verę przyprawiłaby o zawroty głowy. Nic ich ten fakt jednak nie obchodził. Jedyne co chcieli, to zabić czas przyjacielską partyjką bardzo lubianej gry planszowej

****

          17.Lis.1994

Godz. 7:53; Twierdza Opole, koło dziury w drugim murze

  1. Batalion był na nogach mniej więcej od wschodu słońca. Przez noc nie działo się nic jakkolwiek ciekawego. Nic nawet się nie zbliżyło do muru. Była to noc bardzo spokojna.

Artair stał na murze, wypatrując obiecanego dnia poprzedniego wsparcia. Nie wygądało na to jednak, by ktokolwiek chodźby jechał w ich strone

-I jak? Widać coś, kogoś, cokolwiek?- Do czatującego Szkota od tyłu podszedł dowódca Sienkiewicz

-He? Aaaaa, eee, dowódco, melduje że nie, nie widać żadnych sojuszniczych jednostek zmierzających w tę stronę! Wrogich zresztą też nie!- Zaraportował delikatnie przestraszony przez zachodzącego go od tyłu dowódcę Artair

-To dobrze. Częściowo- Stwierdził dowódca

-Emm, tak, bez wątpienia-

-Ale ty wiesz że wypatrywać miała z tej strony Sara, nie ty?-

-Co? Eee, znaczy, tak, wiem, lecz zaproponowałem, że Sarę zastąpie. Wyszedłem z założenia, że co mi szkodzi?-

-No, to miło z twojej strony. Chociaż dobrze wiem, że nie robisz tego po porstu z dobroci serca-

-Co ma dowódca na myśli? Nie mam pojęcia o co dowódcy chodzi!-

-Artair, nie udawaj! Obaj dobrze wiemy o co ci chodzi- Powiedział Sienkiewicz. W jego głosie nie było żadnej irytacji, czy żadnych pretensji. Bardziej delikatna nuta rozbawienia

-…Ja naprawdę bardzo lubiłem robote dowódcy sztabowego w tym oddziale-

-Wiem. Ale nie straciłeś tej pozycji bez powodu. Wiesz to bardzo dobrze-

-Ale to było dawno! Z dwa lata temu! To chyba już się podpina pod przedawnienie!- Artair wyglądał na odrobinę zdenerwowanego –Przecież dowódca chyba najlepiej wie, że ludzie się zmieniają! Zrobiłem chyba już wszystko co się dało, żeby zadość uczynić!-

-Artair, ty wiesz dobrze, że to nie jest zależne ode mnie. Gdybym mógł, już dawno odsyzkałbyś stopień. Ale mam związane ręce. Sąd wojskowy zadecydował jasno i nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie-

-Przecież pan może! Nie wiem, odwołać się do Pakulskiego, albo przez Sierżanta nawet! Do sądu wnioskować o oddalenie wyroku, pod pretekstem przedawnienia i wycofania zarzutów, cokoliwek!-

-Gdyby to było takie proste… Przy obecnej sytuacji nie mam nawet pewności czy to jest możliwe do przeprowadzenia- Spróbował wyjaśnić Sienkiewicz

-Ehhh… Ludzie święci. Jeden błąd… Jeden mały błąd…-

-…Może nieść za sobą poważne konsekwencje- Artair usiadł, zrezygnowany. Miał już tego serdecznie dość

Dowódca przykucnął przy Mathesonie i powiedział

-Słuchaj. Jak coś się zmieni, a coś czuje że zmieni się dość szybko, postaram się o oddalenie postanowień wyroku. Jeżeli nowy sędzia najwyższy będzie bardziej ugodowy niż obecny, powinno być to możliwe. A jak się uda, znowu będziesz mógł oficjalnie być przybocznym. Obiecuje-

Szkot spojrzał na dowódcę, po czym się delikatnie uśmiechnął. Postawił się do pionu, po czym powiedział

-Dziękuje-

Kiedy spojrzał przed siebie, dojrzał coś, co przykuło jego uwagę

-Emm, Dowódco! Chyba jadą w końcu! Wsparcie!-

-Co? Gdzie?!-

-Tam! Przy tym polu, takim dużym!-

-Widzę! A faktycznie, jadą!- Sienkiewicz ucieszył się na widok nadjeżdżających w ich stronę posiłków –Trochę późno, lecz przynajmniej są!-

-No, wygląda na to, że wszystko zaczyna iść dobrze- Stwierdził Artair

W następnej chwili usłyszeli wybuch. Potem kolejny. Dowódca wraz z byłym przybocznym odwrócili się, bo zobaczyć co to było. Przy okazji rozległa się już trzecia eksplozja

Ujrzawszy wielkie kłęby dymu i kolosów przedostających się za drugi mur, obaj zamarli. Artair bardzo pożałował swoich wcześniejszych słów. Przy okazji, doszło do eksplozji jeszcze w czratym miejscu. We wszystkich miejscach eksplozji były bramy. Kiedy kurz opadł, dało się dostrzec kolosy, zalewające tereny za drugim murem

-Wykrakałeś- Powiedział do Artaira dowódca Sienkiewicz

Po drabinie wszedł ktoś na mur. Był to dowódca Magorian

-Wsparcie przybyło! Przepraszam Sienkiewicz, że tyle to trwało, lecz mieliśmy wczoraj po drodze małe pro…- Kiedy Donncha spojrzał przed siebie, ujrzał to samo co Sienkiewicz i Matheson –O ja pier…-

****

         Tymczasem, w tajnym przejściu pod trzecim murem Twierdzy Opole

         Daniela, Dietrich i Siegfried obdzili się mniej więcej w tym samym czasie. Jeżeli za mniej więcej uznamy półtora godzinną różnice między porą wstania Zimmermanna, a pozostałej dwójki.

Kiedy Schleswig-Holstein i Westfalen wstali, Młodego Zimmermanna nigdzie nie było. Dla Danieli nie był to problem, wręcz przeciwnie, błogosławieństwo, lecz jednak, nie było go.

Następne kilkanaście minut świętego spokoju oboje postanowili wykorzystać na odrobine rozciągania, mały sparing oraz szybki przegląd uzbrojenia.

Po tym czasie, przez drzwi wbił Dietrich, który wyglądał na spanikowanego.

-No i tyle ze spokoju… Zimmermann, co ci się stało? Wyglądasz jakbyś du…-

-Daniela, Panie Von Grimmelshausen! Kolosy przebyły bramy!-

-Co? Które bramy?- Spytał Siegfried

-Wszystkie!-

-…No, to wspaniale!- Ogłosiła Bösch –Kolosy są coraz bliżej przemienienia tego miejsca w kupe gruzu! Czym ty się tak martwisz?-

-Tym, że nie specjalnie chce tutaj być, kiedy przebiją i trzeci mur- Sprostował Dietrich

-Jakby na to nie patrzeć, on ma racje. Troche słabo by było zostać odciętym przez kolosy w takim miejscu jak to- Przyznał racje Dietrichowi Siegfrid

-Hhhhrrrrrrrrrrrr… Wiesz, że nienawidzę, kiedy masz racje!-

-Dobra, nie czas na to. Musimy znaleźć lepszą miejscówke!-

-Ja znam jedną!- Powiedziął Dietrich –Pod Twierdzą, rozciąga się taki długi tunel, który prowadzi aż poza mury. Kończy się tuż obok tego dużego wąwozu, tego równoległego do Odry, co prawda tamtendy będą wszystkich ewakuować, lecz to jest puki co, najlepsze co mamy-

-…Nie wierze że to mówie, ale to jest w zasadzie dobry pomysł- Brzyznała Bösch

-No, to na co czekamy? Wiem gdzie jest wejście, zaprowadzę was!- Ogłosił Zimmermann, po czym zaprowadził ich do wejścia do tunelu

-Tylko proszę, nie odzywaj się po drodze! Błagam cię!- Powiedziała Daniela, co zostało absolutnie zignorowane

****

 

         16.Lis.1994

Godz. 11:38;  Kawiarnia „Sowa”, Rybnik

Sepi, korzystając z okazji, że w sumie to ma de facto wolne, przyodział się w strój cywilny i postanowił zaprosić pewną osobę na kawe, co też zrobił

Jako że Portugalczycy, za czasów kiedy nie byli częścią Unii Iberyjskiej, stworzyli sobie kilka twierdz na wybrzeżach Brazylii, gdzie dało się w miare sensownie uprawiać kawe, która potem płynęła do Lizbony. Z Lizbony potem trafiała na rynki lokalne, lub kupowali ją wędrowni kupcy, którzy rozporwadzali ją po całej Europie. W tym do Lechii. Była ona dość droga (kubek kawy kosztował 6 groszy), lecz nadal była tańsza od herbaty.

-Naprawdę?- Do kawiarni Sepi zabrał Tündér. Poznali się niedługo po wizycie Sepi’ego i Gustava u żony Fülöpa, Marianny. Niedługo, gdyż na następny dzień. Posłuchał się on rady Gustava i po prostu się z nią spotkał. Jako że nie wiedział, gdzie w leczniczy jest, po prostu w godzinach popołudniowych, mniej więcej między obiadem a treningiem, pojechał do domu Marianny, wiedząc, że miał dość sporą szanse by ją tam zastać, co też się sprawdziło. Potem wszystko już poleciało samo

Tündér teoretycznie powinna być z Marianną w jej domu, lecz tylko teoretycznie. Zresztą, była z Marianną, tylko nie w jej domu. Marianna poszła z nimi, lecz była usiadła kilka stolików dalej.

-Potwierdzam. Jak to zobaczyłem, byłem tak przerażony, że aż nie byłem w stanie nic zrobić. Po prostu, typ strzelił do innego człowieka!-

-Ja cie! Ja bym od razu uciekała!-

-Mówiąc szczerze, też miałem taki pomysł. Tylko nogi nie chciały współpracować-

-Brzmi strasznie. Jestem pewna, że ja bym zaczęła krzyczeć, lub coś. Słabo radzę sobie z nerwami-

-No i w każdym razie, później podszedł do mnie i stwierdził, że nie jestem miejscowy, na podstawie naszywki na mundurze. Jak to wyjaśnił, powiedział, że ja nic nie widziałem, nic nie słyszałem i nic nie wiem, a przynajmniej taka ma być wersja oficjalna, a wszystko będzie dobrze. Uznałem że, czemu nie, więc ten-

-I teraz mi o tym opowiadasz? Brzmi trochę ryzykownie-

-E tam, typo pewno już dawno jest w Bytomiu u załatwia swoje spra…- Sepi zauważył, że do kawiarni wchodzą trzy postaci. Ubranych w czarne, długie płaszcze i szare spodnie

Oraz czarne kapelusze

Cała trójka podeszła do stolika przy którym rozmawiali Sepi i Tündér

-Dzień dobry! Znowu się spotykamy z tego co widzę. Lecz tak sobie przypomniałem, że ty mi się pan jeszcze nie przedstawiłeś, co wydało mi się trochę nie kulruralne, zwłaszcza kiedy sam pan pytałeś mnie o imie…- Do ich stolika podszedł nikt inny jak Miedziany Andrzej, oraz dwóch jego ludzi, najpewniej jako obstawa

-Emm, naprawdę? Hehe, najwyraźniej zapomniałem o tym. Proszę wybaczyć… Sepi Jenna- Przedstawił się bardzo nerwowo

-No, miło! A koleżanka to?-

-Emm, T- Tündér Kedves-

-No, miło mi panią poznać. Możliwe że kolega już pani o mnie mówił, lecz wrazie czego się przedstawie! Nazywam się Miedziany Andrzej-

-M-miło poznać!-

-…Jenna, co żeś jej pan naopowiadał, że zachowuje się jakbym chciał ją zjeść, czy coś?- Miedziany wyglądał na dość rozbawionego tą sytuacją –Prze pani, ja pani gwarantuje, ja kobiety bym nigdy nie skrzywdził! Słowo Capo!-

-Emm, miło z pana strony… Po prostu… Zawsze się stresuje, rozmawiając z ludźmi których nie znam… Osobiście, ma się rozumieć-

-Aaa, to tak zatem. To trochę wyjaśnia-

-Emm, a można wiedzieć, co pan robi w Rybniku jeszcze? Myślałem, że będzie pan już w Bytomiu-

-… Ehh, kolega zawsze taki nieogarnięty, czy tylko ostatnio?- Andrzej zwrócił się do Tündér –Typie, było późno jak diabli! Po prostu zaparkowaliśmy wóz i poszliśmy spać!-

-Aaa… to ma sens-

-Tak, nadal tu jesteśmy, bo jeszcze pare rzeczy mam tu do załatwienia, oraz to dość miła okolica. Lubie tu być. Co prawda, nic nie przebije Krakowa oraz tamtejszego smogu! A wiem, bo się urodziłem i wychowałem! Ale, nadal po prostu bardzo lubie to miasto… Nie wiem czemu- Andrzej wziął krzesło od stolika obok, po czym dostawił je do stolika Sepi’ego i Tündér, oparciem do stolika i usiadł –No, to o czym tu państwo rozmawialiście?-

-Emm, o niczym, po prostu opowiadałem koleżance o…-

-Ostatnich wydarzeniach, takie tam- Dokończyła Tündér

-Hmm… Brzmi bardzo ciekawie. Zakładam jednak, że większość z tej historii znam, więc jeżeli już przeszliście państwo przez punkt „Pszczyna”, to raczej nie będę się przysłuchiwał. Zwłaszcza, po takim jednym… Wydarzeniu, nie zbyt ważnym, nic ciekawego. Prawda?-

-Tak, z pewnością…-

-Uuu, z tego co widzę miło tu rozmawiacie! Tündér, czy to są jacyś twoi znajomi, czy może koledzy pana Sepi’ego?- Do stolika podeszła Marianna, która puki co najwyraźniej albo nic nie zauważyła, albo po prostu się przyglądała z daleka. Miedziany Andrzej odwrócił się do niej, nie schodząc z krzesła, po czym powiedział

-Cóż, można tak powiedzieć. My od kolegi tutaj, Sepi’ego- Wskazał ręką na wymienionego przez siebie osobnika

-O, to miło. Marianna Herczeg, miło poznać!- Z uśmiechem na ustach przedstawiła się i podała Miedzianemu rękę

-Mi również miło. Miedziany Andrzej, miło poznać- Andrzej uścisnął dłoń Marianny

Usłyszawszy imię „Miedziany Andrzej” jej uśmiech odrobinę się zmniejszył, a Marianna zbladła. Andrzej najwyraźniej tego nie zauważył, albo przynajmniej na to nie zareagował, chociaż Sepi wątpił, by nie zauważył

-…Bardzo miło poznać!- Marianna jakby nigdy nic wróciła do stanu z przed chwili

-A pani zna tą dwójkę?-

-Tak. Tündér to dalsza rodzina jest, a Sepi to… Znajomy z pracy męża-

-O, to pani mężatką jest? …Cóż, to trochę wyjaśna, bez wątpienia. W każdym razie, tak sobie tutaj rozmawiamy, o sprawach ostatnich. Nic ciekawego-

-Ooo, ja chętnie posłucham!-

Miedziany Andrzej wyciągnął zegarek kieszonkowy, po czym uświadomił sobie

-O matulu, jak późno już! Najmocniej przepraszam, lecz nie mogę zabawić dłużej. Obowiązki wzywają! Mam nadzieje że jeszcze kiedyś się spotkamy!- Po tych słowach cicho się zaśmiał, a następnie ruszył do wyjścia z kawiarni

Kiedy odszedł trochę, Marianna ustawiła zostawione przez Capo krzesło normalnie, usiadła i spytała

-Panie Sepi, na litość boską, z kim się pan zadaje?! Ja rozumiem że wojsko i tak dalej, ale żeby zadawać się z ludźmi z Mafii? I jeszcze Tündér do tego wciągać?-

-Spokojnie pani Herczeg. Przecież nic złego się nie stało-

-A gdyby się stało? Ten człowiek jest nieobliczalny!-

-Taaak, wiem o tym… Widziałem-

-No właśnie!-

-Marianna, uspokój się, proszę- Wtrąciła się Tündér –Sytuacja była pod kontrolą. Plus, ludzie z mafii żelaznej nie są aż tacy głupi, by tak po prostu mordować ludzi w miejscach publicznych. Tak, to są przestępcy, ale jakoś się utrzymują od ostatnich ośmiu lat. Nie są głupi-

-…Ehh, dobrze. Skoro tak mówisz. Ale nadal, panie Sepi, proszę uważać, z kim się pan zadaje-

-Cóż, nie specjalnie miałem wybór w tamtej sytuacji, ale dobrze. Niech tak będzie- Powiedział Sepi, po czym wypił łyk kawy ze swojego kubka

****

         17.Lis.1994

Godz. 12:58; Obszar za drugim murem Twierdzy Opole

Jako iż w mniej niż minutę, sytuacja przeszła z „w miarę pod kontrolą” do „Katastrofalnie wręcz złej”, wśród wojsk lechickich tak trochę panował kompletny chaos i panika. Organizacja pośród wojskowych w zasadzie to nie istniała, ogólnie, było źle

Ogarnięcie sytuacji zajęło kilka godzin, lecz udało się. Wojska okręgu Śląsko-Morawskiego były jako tako zorganizowane, oraz jako tako gotowe do walki.

Generał Pakulski wezwał do siebie sierżanta Amédée. Minęło trochę czasu niż ten do niego przyjechał. Sierżant zajmował się wydawaniem rozkazów okolicznym jednostką. Robił wszystko, by zapobiec kompletnej katastrofie, chociaż nie można było zrobić wiele. Chwile to zajęło, lecz Sierżant się zjawił

-Generale, wzywał mnie pan, o co chodzi?- Spytał Sierżant

-Jesteś, nareszcie…Dobrze, skoro już jesteś…- W głosie generała wyczuwalne było dziwne połączenie strachu i spokoju

-O co chodzi Generale?-

-Ogłaszam odwrót-

Sierżant zaniemówił. Myślał, że może się przesłyszał, lecz chwile później udowodniono mu, że tak nie jest

-Ogłaszam odwrót. Operacja „Odsiecz” zakończyła się niepowodzeniem! Wszystkie jednostki mają w tępie ekspresowym wrócić do Okręgu Śląsko-Morawskiego… To rozkaz!- To ostatnie generał wykrzczał

-CO?- Amédée nie wierzył własnym uszą –N-nie możemy się teraz wycofać! Sytuacje nadal da się uratować! Jeżeli teraz się wycofamy, Opole nie ma szans…-

-Myślicie Sierżancie, że tego nie wiem!?-

-Co pan sobie myśli!? Nie możemy teraz po prostu uciec! To jest wbrew… Chyba wszystkiemu! Prawu wojskowemu, etyce, moralności…-

-Widzicie, co tam się dzieje Sierżancie? Sytuacja eskalowała z „jest nawet spoko” do „Mamy przejebane” bardzo kurwa szybko! Za szybko!-

-To nie jest powód, by porzucać całą twierdze!-

-Fay!- Krzyknął Pakulski –Ogłaszaj odwrót! To rozkaz! Inaczej zostaniesz oskarżony o podważanie rozkazów i zdradę!-

Sierżant, pomimo faktu że został postawiony pod ścianą, chciał jeszcze coś powiedzieć. Nie było mu to jednak dane, od Strony Opola rozległ się huk

Fay wyjął swoją lornetkę. Ojrzał przez nią widok potworny. To były kolosy z wielkimi łapami, którym nadal nie wymyślono oficjalnej nazwy. Było ich kilka. Przy murze Opola unosiła się wielka chmura pyłu

-Matko boska…-

-Co się dzieje Fay?!-

-…Kolosy przebiły trzeci mur Twierdzy Opole…-

-…- Pakulski nie odpowiedziął

-…Ogłoszę, żeby rozpocząć odwrót…- Po tych słowach, zrezygnowany Francuz ruszył ku swojemu koniu, po czym ruszył do swojej drużyny zwiadowczej, aby powiadomili wszystkich, że Generał ogłosił odwrót

****

         18.Lis.1994

Godz. 8:00; Brama Pyskowicka, Pyskowice

Na wieść o powrocie wojsk z Opola, w okolicach bramy zebrał się ogromny tłum ludzi. Przyszli tam też Sepi, Marianna, oraz Tündér.

Brama się otwarła. Żołnierze wrócili do okręgu. Wszyscy wiwatowali, krzyczeli, cieszyli się że wrócili do domu cali i zdrowi. Żołnierze jednak wyglądali na przygnębionych i to bardzo. Nikt na to jednak nie zwrócił zbytniej uwagi. Żołnierze wrócili, to było najważniejsze! Nieznany ich los Opola nic ich nie obchodził w tej chwili. Znaczy, obchodził, lecz założyli, że wszystko poszło dobrze, a Opole jest bezpieczne. Nie wiedzieli, jak bardzo się mylą.

Na przedzie pochodu jechał Pakulski, za nim Sierżantowie, których z osiemnastu którzy wyruszyli, wróciło Siedemnastu, gdyż jeden spadł z muru, który w Opolu również miał 30 metrów. Za sierżantmi już wjeżdżały jednostki z ich dowódcami na czele. Wszyscy wyglądali na przygnębionych. Z samego tyłu jechały wozy z rannymi

Jeszcze tego samego dnia, oraz dnia następnego i jeszcze następnego, każda gazeta w Okręgu, a nieco później już w całej Lechii, pisała na pierwszych stronach o jednym

„Upadek Twierdzy Opole”

 

 

 

Koniec Aktu III

Uwaga, twój darmowy okres próbny “Jiyuu no Tsubasa” dobiegł końca.

Jeżeli chcesz kontynuować poznawanie historii, kup książkę

Premiera: Kiedyś na pewno

Opublikowano
Kategorie Attack on Titan
Odsłon 62
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!