Cykl Lizboński: Portugalczyk | 0.0

Warszawa, Polska. Godzina 4:00

Pomarańczowe światło ulicy wpadało przez szyby salonu, odbijając się od cienkiego kryształowego kieliszka, na którego dnie znajdowała się resztka zwietrzałego wina. Kobieta stojąca przy oknie, rozchyliła żaluzje zerkając na zewnątrz spod przymrużonych powiek. Widziała jak taksówka zatrzymuje się po drugiej stronie ulicy, tylne drzwi otwierają się, a z środka wysiada kobieta w obcisłej, czarnej sukience, ledwo zakrywającej pośladki. Mężczyzna kryjący się pod parasolem niemal natychmiast znalazł się przy niej, okrywając ją szczelniej długim płaszczem i zasłaniając przed ulewą, która nawiedziła tego wieczora stolicę,

Kobieta spoglądająca na roześmianą parę, której śmiechy przebijały się nawet przez odbijające się od parapetu krople deszczu, odłożyła kieliszek trzymany w dłoni na stolik, o który się opierała. Spojrzała na walizkę, stojącą w przedpokoju małej kawalerki, którą do niedawna nazywała domem. Jej wargi zacisnęły się mocniej na myśl o wspólnych miesiącach spędzonych w sielance, która nie tak dawno temu, okazała się jedynie jej własną ułudą.

Teraz wnętrze zdawało się smutne i pozbawione jakiegokolwiek ciepła. Z półek zniknęły ramki ze zdjęciami, które swoje miejsce znalazły w walizce lub w workach czekających na wyniesienie koło drzwi. Stara kanapa, której sprężyny wbijały się w ciało odwiedzających ją gości, pozbawiona nakrycia zdawała się straszyć swoim wyglądem.

Kobieta owinęła się szczelniej swetrem, który miała na sobie. W myślach po raz kolejny wymieniała rzeczy, które chciała zabrać ze sobą oraz te, które winna była wyrzucić już dawno temu. Niepozorny karton stał koło walizek i worków na śmieci. Powinna była uporządkować je i spakować, ale mimo najszczerszych chęci, nie miała na to czasu. Dopiero nie dawno, po obronie dyplomu i zwolnieniu z dotychczasowej pracy, znalazła chwilę by uporządkować pozostałą część spraw, którą musiała załatwić w kraju urodzenia. Oczywiście jej matka wciąż namawiała ją przy tym do zmiany decyzji jaką podjęła już kilka miesięcy wcześniej i której była pewna, że nie zmieni.

Spojrzała po raz kolejny na ulicę. Powinna teraz spać. Śnić o przystojnych aktorach, którzy się do niej zalecają, albo zwyczajnie zregenerować siły, ale nie potrafiła zasnąć. Stresowała się podróżą, która czekała ją jeszcze tego samego dnia. Miała nadzieję, że pogoda przynajmniej będzie znośna i nie będzie musiała używać parasola, który schowała głęboko na dnie bagażu podręcznego.

Zerknęła na zegarek, którego budzik miał zadzwonić równo za pięć godzin. Za niecałe trzy nad stolicą miały pojawić się pierwsze promienie słońca. Westchnęła ciężko. Nie miała zielonego pojęcia co może robić do tego czasu, rozsiadła się więc na starej, rozklekotanej kanapie i odpaliła równie leciwy telewizor stojący na szafce naprzeciwko.

W telewizji leciała powtórka jakiegoś bezsensownego teleturnieju dla par, czego efektem stało się delikatne kłucie w sercu. Niemal natychmiast zmieniła kanał, by w jej uszy uderzyła muzyka discopolo, której nienawidziła niemal tak samo, jak teleturniejów dla par. Do jej uszu dotarł piskliwy głos wróżbitki przepowiadającej przyszłość jakiemuś naiwniakowi. Zirytowana wyłączyła telewizor i z trzaskiem odłożyła pilota na odrapany, drewniany stolik, który pamiętał jeszcze początki jej studiów.

Wzdychając głośno przyłożyła głowę do poduszki, a rude loki rozsypały się tworząc aureolę na miękkim, granatowym pluszu w który była obleczona poduszka. Zegar stojący na jednej z półek tykał cicho odliczając sekundy. Jej oddech zwolnił, a myśli stopniowo spowalniały swój bieg pozostawiając po sobie przyjemne uczucie pustki. Powieki zaczynały jej ciążyć, a ona sama zaczęła zapadać w niespokojny sen.

Obudziły ją hałasy, które dochodziły z klatki schodowej. Sąsiedzi jak co rano wychodzili do pracy. Kiedyś się z nimi nawet przyjaźniła, ale od kilku miesięcy jej relacje międzyludzkie stopniowo słabły. Zośka i Maciek byli dobrymi kompanami, ale gdy jeszcze mieszkała z Tomkiem, swoim byłym narzeczonym. Kiedy została sama, w towarzystwie zakochanych czuła się jak piąte koło u wozu, kompletnie niepotrzebna.

Z głośnym jękiem zmusiła się, aby usiąść na kanapie i przetrzeć zaspane oczy. Na zegarze dochodziła ósma rano. Spała prawie cztery godziny. Z właścicielem była umówiona dopiero na dziesiątą. Miała mu oddać klucze i zabrać resztę swoich rzeczy. Z podkrążonymi oczami doprowadziła się do stanu użyteczności w łazience. Nim wyszła na klatkę obeszła jeszcze raz mieszkanie, zastanawiając się czy o niczym nie zapomniała. Wzruszyła ramionami, i tak musiała tu jeszcze wrócić.

Na ramiona naciągnęła wełniany, granatowy płaszcz, który zostawiła na podróż, a na uszy naciągnęła prostą, sportową czapkę. W jej głowie ciągle krążyły myśli o tym, jak matka zrugałaby ją za brak szalika i rękawiczek w zimny, listopadowy poranek. Nawet gdy wychodziła jedynie do piekarni, po drugiej stronie ulicy, w której jako studentka sprzedawała wypieki.

Szybkim ruchem wymacała zgrubienie w kieszeni, upewniając się, że zabrała ze sobą portfel, mimo że wsadzała go tam na chwilę przed przekroczeniem progu kawalerki. Miała liczne natręctwa, a jednym z nich było sprawdzanie, czy zabrała wszystko czego potrzebowała. Gdy zeszła na dół popchnęła mocno stare, drewniane drzwi, by znaleźć się w wąskim wejściu na dziedziniec otoczony kamienicami. Ruszyła w stronę starej, metalowej bramy, której zawiasy zawyły głośno, kiedy popchnęła jedno ze skrzydeł wychodząc na ulicę.

W jej plecy uderzył ziąb przeciągu, który wytworzył się wraz z otwarciem zewnętrznej bramy. Dziewczyną wstrząsnął dreszcz, ale mimo to przekroczyła wysoki próg od którego nie jeden raz bolały ją palce i naciągając mocnej czapkę na uszy, wyszła na nierówny, mokry od deszczu brukowany chodnik. Rozglądając się wokół skierowała się w lewo, gdzie za rogiem znajdowała się piekarnia połączona z cukiernią, prowadzona przez jej dawnych pracodawców.

O działalności informował nieco wyblakły szyld znajdujący się nad wejściem. Piekarnia „U Bogusi” zachęcała zapachami od wczesnych godzin porannych, kiedy to wychodziły z pieców na tyłach pierwsze porcje chlebków, bułek i rogalików wszelkiego typu. Gdy przekroczyła próg, w środku rozbrzmiał dźwięk małego dzwoneczka, oznajmiający wizytę klienta. Deski w podłodze zaskrzypiały jakby wzdychały, a do nozdrzy napłynął słodki zapach marmolady, lukru i drożdży. Przystanęła na chwilę, żeby po raz ostatni móc odetchnąć znajomym zapachem. Nabrała powietrza w nozdrza i wypuściła je powoli, tak jak miała to w zwyczaju robić jeszcze jakiś czas temu.

— No proszę, proszę. Kogoż to widzą moje piękne oczy? — przerwał jej ciepły przyjemny głos. Robert, wysoki brunet o szelmowskim uśmiechu stał w progu za ladą spoglądając na nią ze skrzącymi oczami. Pieczenie było jedną z jego pasji, a ona, miała przyjemność przez ostatnie pięć lat przyglądać się, jak chłopak ją w sobie rozwija. Był niemal kopią swojego ojca. — Nasza droga Waleria! — wykrzyknął przeskakując ladę, podchodząc i obejmując ją, niczym dawno nie widzianą siostrę.

— Udusisz mnie, jeśli ściśniesz jeszcze mocnej! — obruszyła się. Robert natychmiast ją puścił, jednak położył jej dłonie na ramionach i obejrzał dokładnie.

Nie sądziłem, że zobaczę cię tu tak szybko. Mam wrażenie, że całe wieki do nas nie zaglądałaś.Szelmowski uśmiech, którym chłopak się szczycił, zdawał jej się jej jeszcze powiększyć. — Albo mi się wydaje, albo promieniejesz dziewczyno! Przyznaj się, poznałaś kogoś? — zapytał zaciekawiony, kiedy w końcu ją puścił.

W żadnym wypadku! — krzyknęła. — Doskonale wiesz, że w tej chwili nikogo nie szukam. Ba! Za kilka godzin wsiadam na pokład samolotu do słonecznej Portugalii! — dodała podekscytowana.

To już dzisiaj? Zapomniałem! Powinienem urządzić ci przyjęcie pożegnalne — skrzywił się — przepraszam — dodał.

Niczym się nie przejmuj — uśmiechnęła się — lepiej zrobisz jeśli sprzedasz mi najlepszą jagodziankę, jaka wyszła z pieca i kubek mocnej, czarnej jak noc kawy — uśmiechnęła się ciepło.

Się robi szefowo! — wykrzyczał i susem wskoczył za drewnianą ladę. — Jagodzianka i kubek ciepłej kawy razy jeden — wymruczał pod nosem.

Waleria podeszła do kasy, którą nie tak dawno sama obsługiwała. Z rozrzewnieniem przejechała po nierównym drewnie starego blatu i zimnym szkle słoika na napiwki. W pomieszczeniu rozniósł się zapach świeżej kawy, kiedy ekspres pod ścianą zaczął nalewać aromatyczny napój do czerwonego, tekturowego kubka. Robert zapakował w tym czasie jagodziankę w papierową torebkę i podał ją koleżance. Zaraz potem zrobił to samo z kawą, którą nakrył od razu plastikowym wieczkiem. Waleria już sięgała po portfel, ale Robert powstrzymał ją gestem.

— Na koszt firmy — stwierdził. — Powiedzmy, że to taki prezent pożegnalny.

— Dzięki wielkie — uśmiechnęła się szeroko do przyjaciela, który patrzył na nią z wyczekiwaniem. — Za kawę, jagodziankę — przerwała — i za całą resztę — dodała.

— Nie ma sprawy — uśmiechnął się ciepło. — Odwiedź nas gdy następnym razem będziesz w Warszawie — dodał smutno. — Uważaj na siebie.

— Obiecuje że będę na siebie uważać. Pa! — Pomachała mu na odchodne, jak miała to w zwyczaju i jakby miała wrócić na kolejną zmianę, po czym otworzyła drzwi przy pomocy łokcia i biodra i przekroczyła próg piekarni, nie czekając na odpowiedź przyjaciela.

Nienawidziła pożegnań i mogła udać się do konkurencyjnej piekarni, gdzie nikt jej nie znał lub do Żabki ulicę dalej, ale kierowała nią nijaka nostalgia związana z przyjściem do byłego zakładu pracy. Jakby na to nie spojrzeć, tą krótką drogę pokonywała przez blisko pięć lat, a w samej pracy czuła się nader dobrze. Lubiła mieszkańców tego miejsca, ale także samych piekarzy czy właścicieli piekarni.

Droga do domu zajęła jej prawie dziesięć minut. Nie zależało jej aż tak na czasie, a ostatnie godziny w stolicy warte były celebrowania. Wdrapując się z powrotem na drugie piętro czuła nieznośne obciążenie dla płuc, jakie wywołała wspinaczka. Nie wyobrażała sobie codziennego wchodzenia na trzecie piętro do mieszkania, które wynajmowała jej siostra wraz ze swoim narzeczonym, ale wiedziała, że przez jakiś czas będzie musiała to robić. Codzienna wspinaczka na trzecie piętro równało się w jej oczach zdobyciu szczytu najmniej Giewontu. Ślub Marty i Hugona oraz pomoc w przygotowaniach, były kolejnymi powodami do wcześniejszego wyjazdu. Waleria nie chciała żeby Marta pozostawała z dala od rodziny w tak ważnym dla niej okresie.

Dziewczyna wygrzebała z kieszeni płaszcza pęczek kluczy i szybko wybrała konkretny, który umożliwił jej wejście do kawalerki. Przeciskając się między walizką, workami na śmieci i kartonem w jednej ręce trzymała zarówno kubek z kawą i papierową torebkę z jagodzianką. Starała się przy tym nie oblać, ani na nic nie nazdepnąć. Wtedy rozdzwonił się telefon, który zostawiła na wyspie niewielkiej kuchni. Niemal natychmiast znalazła się przy nim, ale gdy zobaczyła napis „Bałwan” na ekranie postanowiła nie odbierać, a wręcz wyciszyć urządzenie. Nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z palantem przez którego zmarnowała blisko pięć lat swojego życia.

Gdy dzwonek ucichł na dobre odłożyła kawę i ciastko na stół, a płaszcz odwiesiła na oparcie krzesła stojącego przy wyspie kuchennej. Sama zajęła miejsce przy blacie i spojrzała jeszcze raz na wyświetlacz.

„Spóźnię się 15 minut” — odczytała wiadomość od właściciela.

— Cudownie — wymruczała pod nosem niezadowolona i upiła łyk kawy przegryzając go jagodzianką.

„Jasne. Proszę pamiętać, że o 12 muszę wyjść z mieszkania. Inaczej spóźnię się na odprawę.” — odpisała szybko, po czym ponownie odłożyła telefon na blat.

Tylko kilka godzin dzieliło ją od wylotu. Właśnie minęła dziewiąta rano. Miała wrażenie, że czas płynie wolniej niż zwykle, jakby czekał na jakąś katastrofę, która wydarzy się lada chwila. Mimo tego, Waleria w spokoju zjadła śniadanie, rozkoszując się miarowym biciem zegara powieszonego na ścianie małej, połączonej z jedynym pokojem kuchni. Szybko oblizała resztkę lukru z kącików ust i zabrała się za powolne znoszenie resztek rzeczy do kosza na śmieci znajdującego się na podwórku kamienicy. Kiedy już to zrobiła, zebrała naszykowane wcześniejszego wieczora na podróż ubrania i ruszyła w stronę łazienki. Miała wrażenie, że w okrągłym lustrze odbija się obca osoba. Worki pod oczami świadczyły o niewyspaniu, a zwykle różowe wargi, teraz niemal zniknęły. Jedynie miedziane włosy zdawały się pozostać niezmienne, odstając każdy w innym kierunku. No i oczy. One zawsze pokazywały jej prawdziwe emocje, ten jeden element pozostawał niezmienny.

W końcu to oczy są zwierciadłem ludzkiej duszy” — pomyślała.

Tak zawsze mawiała matka Walerii. Kobieta nader „poczciwa”, jak by to określiły starsze panie spod spożywczaka w ich małej rodzinnej miejscowości. Odkręciła zimną wodę i obmyła twarz. Na policzki wróciły kolory. Szybko umyła zęby, by zaraz potem wejść pod ciepły strumień z prysznica. Po wyjściu z kabiny szybko wysuszyła włosy, ubrała się i zebrała resztę rzeczy, by schować je do walizek. Ledwo wyszła z łazienki i usłyszała, jak jej telefon drży na blacie wyspy. Z westchnieniem podeszła do niego i podniosła patrząc na wyświetlacz. Bałwan znowu dzwonił. Przewróciła oczami i odrzuciła połączenie. W ustawieniach zablokowała nękający ją numer, kiedy kilka sekund później telefon znowu zadzwonił. Wróciła do pakowania ostatnich rzeczy w dwie walizki, po raz setny sprawdzając czy zabrała wszystko. Już miała sprawdzać szafki, kiedy jak na złość przerwało jej pukanie do drzwi.

— Chwileczkę! — wykrzyczała zdenerwowana zasuwając zamek jednej z walizek.

Przedzierając się pomiędzy porozrzucanymi na podłodze rzeczami podeszła do drzwi i wyjrzała przez wizjer. Po drugiej stronie nie zobaczyła nikogo, klatka schodowa przed jej drzwiami była pusta. Zdezorientowana otworzyła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Wtedy zobaczyła blondyna stojącego za drzwiami.

— Co ty tu robisz? — zapytała stając pewnie w progu drzwi, którymi mimo to częściowo się zasłoniła. Blondyn niemal natychmiast się do niej zbliżył, zagradzając wejście i wsuwając stopę między drzwi i futrynę.

— Waleria musisz ze mną porozmawiać — zaczął — musisz mi dać drugą szansę — błagał łamiącym się głosem.

— Niczego nie muszę — skrzywiła się. — Lepiej odejdź stąd zanim zadzwonię na policję i oskarżę cię o nękanie.

Chłopak sapnął wściekle i popchnął drzwi. Wewnątrz dostrzegł bałagan jaki panował w mieszkaniu. Cofnął nogę, co Waleria wykorzystała zamykając drzwi. Ledwo założyła łańcuch, a usłyszała głośne trzaśnięcie pięści w drzwi.

— Wyjeżdżasz?! — wykrzyczał, a sam dźwięk zagłuszyły nieco drzwi. — Musisz mnie wysłuchać! Musisz mi wybaczyć! Słyszysz? Chce wrócić! Waleria! — nastała chwila ciszy.

Waleria wycofała się w stronę nadal zaparowanej łazienki, w której czasami zamykała się, gdy Tomek wpadał w szał. Od drzwi odbiło się pierwsze uderzenie. Za nim potoczyły się kolejne rozbrzmiewając w uszach dziewczyny kanonadą głuchych odbić. Czuła, jak zapada się w sobie. W uszach dudniła jej krew. Trzęsącymi się dłońmi zasłoniła uszy, chcąc uciec jak najdalej z mieszkania. Chciała być już w Portugalii, wraz ze swoją siostrą, gdzie wiedziała, że Tomek jej nie znajdzie.

— Waleria! Nie możesz tam lecieć! Rozumiesz? Nie możesz! — jego głos zaczął się załamywać. — Nie możesz — wyszeptał — nie możesz — powtórzył i ponownie uderzył w drzwi, tym razem z mniejszą siłą.

— Nigdy do ciebie nie wrócę — wyszeptała ledwo słyszalnym głosem.

Jej dudniące w piersi serce nieco ucichło, kiedy skuliła się we wnęce tuż obok walizek. W oczach dziewczyny stanęły łzy, a w jej pamięci przesuwały się sceny z ich związku. Krzyki, uderzenia, rozbite o ściany naczynia.

Wyleczyłam się” — pomyślała, chociaż wiedziała, że na takie stwierdzenie jest jeszcze za wcześnie. „Terapia mi pomogła. Dam sobie radę bez niego”.

Waleria otarła oczy rękawem i spojrzała na drzwi, które były jedyną tarczą, chroniącą ją przed rozjuszonym byłym partnerem. Przez chwile nasłuchiwała co działo się na klatce schodowej, jednak nie słyszała nic poza szelestem ubrań Tomka. Nie chciała ich otwierać, a jedynie sprawdzić, co się dzieje na zewnątrz. Na chwiejnych nogach podeszła do kawałka drewna i stając na palcach odsłoniła nieco wizjer. Słyszała głośno zamykane drzwi samochodu, których trzaśnięcie dobiegło z ulicy. Zaraz po nich w domu rozbrzmiał turkot silnika pojazdu, a na klatce rozbrzmiały niosące się echem kroki.

— Wal — wyjęczał mężczyzna, który musiał opierać się plecami o ścianę. — Wpuść mnie Wal — zażądał zrezygnowany. — Porozmawiajmy — wybełkotał.

Waleria miała cichą nadzieję, że kroki, które odbijały się od ścian korytarza należą do właściciela mieszkania, z którym była przecież tego dnia umówiona. Nie wiedziała która godzina. Miała wrażenie, jakby czas zatrzymał się w miejscu i za wszelką cenę nie chciał ruszyć z miejsca.

Kamień z jej serca spadł dopiero, gdy kroki ucichły, a przez wizjer zobaczyła kawałek wełnianego płaszcza w kolorze zgniłej zieleni, tak charakterystycznego dla pana Romana, właściciela mieszkania. Widziała, jak mężczyzna zbliża się do drzwi i zatrzymuje dwa metry od nich, widocznie wcześniej nie zauważając chłopaka siedzącego tuż obok.

— A co pan tu robi? — zapytał wzburzonym głosem, który do Walerii dotarł przytłumiony.

— Nie twój interes staruchu — Waleria rozpoznała głos Tomka, który widocznie zaczął się podnosić, gdyż do jej uszu dotarło skrzypienie ciężkiej skórzanej kurtki, którą ten zwykle nosił.

— Właśnie mój, skoro kamienica, jak i całe mieszkanie należą do mnie — odpowiedział wciąż wzburzony. — Poza tym mógłby pan być milszy. Ah, no i pragnę przypomnieć, że pan nie mieszka tutaj od pół roku, a zarówno ja, jak i pani Waleria, nie życzymy sobie pańskiej obecności tutaj.

— Moja kobieta to nie twoja sprawa, dziadku — młodszy mężczyzna postąpił o krok do przodu — chyba że sam masz na nią ochotę, co? Może już ją pieprzysz? — zapytał — Słyszysz Waleria? — zwrócił się do niej. — Twój kochaś przyszedł! — wykrzyczał.

— Co za brednie! — oburzył się starszy człowiek. — Czy ty siebie słyszysz człowieku? Wiesz co w ogóle wygadujesz? — W zachrypłym głosie znać było złość, którą jednak starał się powstrzymać. Na jego twarz wpłynęła intensywna czerwień, po której dało się poznać furię, która targała nim od wewnątrz.

Tomek postąpił o kolejny krok, znajdując się niebezpiecznie blisko pana Romana, nad którym górował najmniej kilkunastoma centymetrami wzrostu. Staruszek cofał się w kierunku ściany znajdującej się za nim. W końcu oparł się plecami o zimny tynk, obserwując przy tym, co robi młodszy z mężczyzn.

— Przyznaj się, posuwasz ją, odkąd tylko wynajęliśmy od ciebie mieszkanie — wybełkotał w twarz staruszkowi. Od Tomka czuć było alkoholem i gdy tylko odór dotarł do nozdrzy Romana, ten odepchnął go na bok, wkładając w pchnięcie niemal całą siłę.

Waleria na wciąż trzęsących nogach oglądała całą scenę przez wizjer. Widząc jak Tomasz zbliża się do leciwego staruszka spięła się w sobie i już uchyliła drzwi, kiedy pan Roman popchnął chłopaka. W życiu nie pomyślałaby, żeby właściciel mieszkania miał w sobie tyle siły, aby odepchnąć osiłka, którego jeszcze nie tak dawno nazywała swoim narzeczonym. Młody mężczyzna zachwiał się niebezpiecznie na krawędzi stromych schodów i koziołkując zleciał na dół. Z szokiem wymalowanym na twarzy Waleria zwolniła łańcuch w drzwiach i przekręciła klucz, którym wcześniej zamknęła nieświadomie drzwi. Roztrzęsiona wybiegła na korytarz i nieomal sama zlatując ze schodów podeszła do starszego mężczyzny.

— Nic panu nie jest? — zapytała roztrzęsionym głosem.

Pan Roman machnął tylko ręką i poprawił ciemnobrązowy kaszkiet, który zsunął mu się na oczy.

— Nic mi nie jest, drogie dziecko. Lepiej sprawdźmy co z tym nicponiem — wskazał brodą na mężczyznę siedzącego u dołu schodów, na półpiętrze, który masował obolałe plecy.

— Jemu nic nie będzie — stwierdziła chłodno dziewczyna — ma to na co zasłużył — dodała.

W tym przekonaniu utwierdził ją fakt, że Tomek, już po chwili wstał i otrzepywał się z kurzu, który osiadł na nim, po tym jak przekoziołkował się kilka razy w dół po schodach.

— Jeszcze tu wrócę — wybełkotał w ich kierunku, o mało nie przewracając się ponownie na ziemię.

— Tylko spróbuj, a inaczej sobie porozmawiamy — odburknął pod nosem pan Roman, a jego słowa odbiły się echem, za mężczyzną, który już zdążył zniknąć im z oczu.

Waleria gestem zaprosiła pana Romana do środka mieszkania i przeprosiła za bałagan. Mimo tego, że jej ciało w międzyczasie zdążyło się nieco uspokoić, wciąż nasłuchiwała, czy agresor aby przypadkiem nie wraca na górę. Kiedy przekroczyła próg mieszkania, na wszelki wypadek przekręciła klucz w drzwiach i zaryglowała je łańcuchem. Nie chciała ryzykować ponownego spotkania ze swoim byłym. Nie w ostatnich godzinach swojego pobytu w Polsce. Musiała się skupić na tym, co pozostało jej do zrobienia.

— Napije się pan herbaty? — zapytała, a na jej usta wpłynął szeroki uśmiech.

Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 799
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!