Cykl Lizboński: Portugalczyk | 0.3

Montijo, Lizbona. Godzina 7:00

Obudziły ją promienie słońca, które przebijały się ponad dachami otaczających bloków o beżowych fasadach. Nie pomogły nawet rolety, które zamontowali Hugo i Marta po wprowadzeniu się do mieszkania w każdym z pokoi. Nieszczelne, odsuwane na bok okna przepuszczały zimne, oceaniczne powietrze z zewnątrz do środka. Wraz z nim słychać było mewy, pelikany i tłumiony przez dźwięki miasta szum fal. W mieszkaniu panowała cisza. Siostra i jej narzeczony nie zdążyli jeszcze wstać. Specjalnie, z okazji jej odwiedzin, Marta wzięła wolne, żeby spędzić z nią dzień, chodząc wspólnie po Montijo, a popołudniu odwiedzić Lizbonę. Hugo pracował w oceanarium, które otwierano dopiero w późnych godzinach porannych, więc miał jeszcze chwilę na sen.

Mieszkanie które zajmowali było w jej mniemaniu ogromne. Liczyło prawie sto metrów kwadratowych, posiadało trzy sypialnie, dwie łazienki, przedpokój, kuchnie, salon z kominkiem na drewno i dwa balkony, w tym jeden zabudowany. Wolała nawet nie myśleć, ile musiałaby zapłacić za tak monstrualnej wielkości lokum w Warszawie. Wydawało jej się, że kawalerka którą zajmowała do tej pory, była zaledwie klitką nie większą niż salon w tym apartamencie.

Po kilkunastu minutach walki z ogarniającą ją sennością postanowiła w końcu wstać i zjeść cokolwiek, by uciszyć burczenie w brzuchu. Szybkie tosty z dżemem i kubek kawy wypity na balkonie przy stoliku jej wystarczyły. Później miały wybrać się z Martą na obiad na mieście. Portugalia miała to do siebie, że jedzenie wśród tłumów było znacznie tańsze, niż gotowanie w domu, więc i tak bywało, że jadły głównie w okolicznych knajpkach. Jedynie kawy typu cappuccino czy latte macchiato mogła napić się w domu, ponieważ w tym kraju królowało espresso na tyle dobre, by konkurować z włoskimi kawami. Poza tym, główną przyprawą, jakiej używano w portugalskiej, dość ciężkiej, kuchni był cynamon, za którym Waleria przepadała niemal tak samo mocno, jak za jagodziankami z piekarni w której pracowała.

Po szybkim posiłku zaczęła zajmować się rozpakowywaniem najpotrzebniejszych rzeczy z ustawionych pod ścianą kartonów. Nie widziała sensu w wyjmowaniu wszystkiego, skoro lada moment chciała rozpocząć poszukiwania jakiegoś własnego kąta. Prace, do której przyjęto ją jeszcze w Polsce miała rozpocząć dopiero za kilka dni. Póki co, musiała się uporać z kilkoma innymi sprawami, jak zdobycie środku transportu lub wyrobienie karty multibanco, bez której ciężko będzie jej przeżyć w portugalskiej rzeczywistości, gdyby nie miała przy sobie gotówki.

Właśnie wyciągała z kartonu leki, których część przywiozła także dla siostry, gdy usłyszała pukanie do grubych bukowych drzwi.

— Wejść! — krzyknęła schylając się po kolejne opakowania tabletek na ból gardła.

W otwartych drzwiach stanęła ubrana w różową piżamę Marta, która przyglądała jej się z uśmiechem błąkającym się na ustach. Zafarbowane na jasny blond włosy związała w luźny koczek, a niebieskie oczy przyglądały jej się podkrążone, gdy krzątała się od kartonów do szafy, ubrana w luźne dresy, które służyły jej także jako piżama.

— Od samego rana pracowita jak mała mrówka — powiedziała, ziewając jednocześnie.

— Skoro mamy potem wyjść, to chciałam zrobić choć trochę porządku w swoich rzeczach. — Odłożyła paczkę do jednej z szuflad umieszczonych w dużej zabudowanej szafie. — Znając życie wrócimy dopiero wieczorem do domu, o ile nie wpadnie ci do głowy pomysł z nocnym tournée po Colombo, jak miało to miejsce ostatnim razem.

— Nie mam siły na bieganie po sklepach — stwierdziła — poza tym w planach mamy podróżowanie komunikacją miejską, więc musiałybyśmy nieść torby z drugiego końca Lizbony lub wzywać na pomoc Hugo — wzruszała ramionami.

— Masz rację, to by było bez sensu. O której wychodzimy na prom? — spojrzała na stojący na szafce nocnej zegarek.

— O dziesiątej powinno być dobrze. Będziemy miały ponad dwie godziny nim wszystko zamkną na czas pory obiadowej. Jadłaś śniadanie? — zapytała kierując się do kuchni.

— Tak, kilka tostów i kawę. Powinno wystarczyć na jakiś czas — odkrzyknęła sięgając do kartonu i wyciągając z niego starą kawiarkę, którą musiała potem zanieść do kuchni. — Jeśli chcesz możesz mi zrobić herbaty!

— Jasne! — Usłyszała głos siostry dochodzący z kuchni.

Chwilę potem Marta przyniosła jej kubek z parującym płynem. Sama rozsiadła się na szerokim łóżku, nakrytym czerwoną narzutą i przyglądała się siostrze, gdy ta wyciągała rzeczy i upychała je w łazienkowych szafkach. Małe pomieszczenie było połączone razem z jej pokojem. Większa łazienka, zawierająca dużą, oszkloną wannę znajdowała się za ścianą i posiadała bezpośrednie wejście do sypialni Huga i Marty.

— Jak ci minął lot? — zapytała Marta.

Poprzedniego wieczora nie zdążyły porozmawiać, ponieważ Waleria po zjedzeniu szybkiej kolacji i prysznicu niemal natychmiast położyła się spać. Szybko zasnęła, długim i twardym snem, a Marta postanowiła jej nie budzić.

— Całkiem dobrze. Miałam miłego towarzysza podróży. Rozmawialiśmy o Lizbonie. — Wzruszyła ramionami.

Cicha woda, brzegi rwie. W jaki sposób? Kto to wie? — zanuciła pod nosem Marta, upijając ostrożnie łyk gorącej herbaty, co spotkało się z piorunującym wzrokiem Walerii.

— Wcale nie jestem cichą wodą! — krzyknęła oburzona.

— Cicho! — uciszyła ją natychmiast Marta. — Hugo jeszcze śpi. Chodź lepiej napić się ze mną herbatki. Jeszcze obudzisz pół bloku, jeśli będziesz się tak trzaskać tymi swoimi klamotami.

— No już idę. — Uległa jej Waleria, która po chwili siedziała zagrzebana w kołdrze, opierając głowę na ramieniu siostry. — Boję się, wiesz? — Oznajmiła.

— Wiem Wal, ale nie masz czego. Masz mnie, Hugo, niedługo przyjedzie też mama z tatą. Poznasz moją uroczą teściową. — zapowiedziała.

— Dalej cie nienawidzi? — zapytała.

— Tak, ciągle usiłuje namówić Huga do jego byłej. To jakiś koszmar. Mam ochotę wymiotować na jej widok — westchnęła. W jej oczach pojawił się cień strachu, który zauważyła jej siostra.

— Marta? Czy jest coś, o czym mi nie mówisz? — zapytała podejrzliwie. Czuła jak jej ręce drżą na gorącym kubku. Marta rozglądała się zdezorientowana po pokoju w którym siedziała, a jedną z dłoni skubała poszwę kołdry.

— Okres mi się spóźnia Wal — przerwała, nabierając tchu. — Mogę być w ciąży — upiła łyk herbaty, jakby to miało odgonić wszystkie obawy. — Nie chcę tego. To za wcześnie.

Marta zaniosła się łzami, które chwile potem spłynęły z jej oczu. Waleria zabrała kubek siostry i odstawiła je na szafkę nocną. Po czym przytuliła siostrę, która coraz bardziej zalewała się łzami. Siedząc z Martą przytuloną do klatki piersiowej przez jej myśli przelatywały pytania, jak ona by się zachowała gdyby znalazła się w takiej sytuacji. Gdy w końcu się wypłakała, zasnęła twardym snem. Waleria w tym czasie zajęła się dalszym rozpakowywaniem kartonów, co starała się robić jak najciszej. Potem poszła do kuchni, gdzie zaparzyła drugą kawę i siedząc przy czteroosobowym stole przeglądała najnowsze wiadomości ze świata.

— Widziałaś gdzieś Martę? — Zapytał z silnym portugalskim akcentem Hugo.

— Śpi w moim łóżku — odpowiedziała krótko, dopijając do końca kawę.

Brunet ubrany w bokserki i podkoszulek podszedł do ekspresy stojącego na kuchennym blacie i po włożeniu kapsułki uruchomił go po raz kolejny tego ranka.

— Nie wiesz co się z nią dzieje? — zapytał konspiracyjnie. — Ostatnio dziwnie się zachowuje. Prawie nie rozmawiamy — dodał. — Wiem, że przygotowania do ślubu ruszyły pełną parą, a moja matka tego nie ułatwia, ale cholera, boję się że stracę Martę — Wyrzucił z siebie, mocno gestykulując, jak to miał w zwyczaju.

— Nie mam zielonego pojęcia Hugo, ale jeśli czegoś się dowiem, to ci powiem. Mimo tego, co by się nie działo, musicie rozmówić się między sobą — uśmiechnęła się pokrzepiająco, po czym odstawiła kubek do zlewu i wyszła z kuchni. Nie chciała powiedzieć za dużo. Marta byłaby wściekła, gdyby wspomniała cokolwiek o domniemanej ciąży, a tego nie chciała.

Z domu wyszły nieco później niż planowały, bo dopiero po dziesiątej. Hugo zabrał drugi samochód, którym dojeżdżał do pracy. Często bywało tak, że wychodził z domu wcześnie rano i wracał dopiero późnym wieczorem, ale Marta pogodziła się już z takim stanem rzeczy, twierdząc, że nie może mu zabronić czegoś, co kocha robić.

Na tramwaj wodny, odpływający z Montijo do Cais do Sodré, miały prawie trzy i pół kilometra pieszo. Pogoda im dopisywała. Było słonecznie, ale nie duszno, przez wiejący znad oceanu wiatr. Nie mogły wymarzyć sobie lepszej pogody na wycieczkę po Lizbonie. Poza bankiem chciały też zajrzeć w do Belém, by móc się nacieszyć świeżymi ciastkami, które obie uwielbiały. Ostatnim punktem dnia miał być spacer po ogrodzie botanicznym, o ile będą miały jeszcze na to siły po pochłonięciu tuzina sporej wielkości babeczek z budyniem. Po drodze czekała na nie przejażdżka tramwajem numer piętnaście i odcinek do pokonania metrem w drodze powrotnej.

Na prom dostały się o jedenastej. Po drodze widziały most dwudziestego piątego kwietnia, przypominający konstrukcję słynny Golden Gate, choć w tym przypadku był on znacznie krótszy. Obok niego majaczyła figura Chrystusa Zbawiciela, której kopię umiejscowiono w Rio de Janeiro. Z tej odległości wydawała się być nie większa niż główka szpilki. Płynąc promem, niemalże z każdej strony otaczała je woda. Od czasu do czasu widać było przelatujący w górze samolot lub mijający ich większy statek towarowy, płynący z nieznanych jej stron świata.

Waleria w drobnych dłoniach gniotła papierowy bilet zakupiony w automacie na przystani, a wiatr targał jej włosy, unosząc je ku górze. Jeszcze przed wyjściem nałożyła na bladą skórę krem przeciwsłoneczny, który znalazł się także w jej małym plecaku miejskim.

— Opowiesz mi? — zapytała nagle Marta.

Waleria spojrzała na nią z zaskoczeniem, nie rozumiejąc o co chodzi.

— Niby o czym?

— O Tomku. O was — przerwała. — Co się między wami stało? — dodała po chwili przerwy. — Ostatnio gdy was widziałam, byliście w sobie tak bardzo zakochani, że moglibyście tym uczuciem góry przenosić. Przynajmniej takie odnosiłam wrażenie.

Waleria zwiesiła głowę skupiając wzrok na kawałku papieru miętoszonym w dłoniach. Nie chciała opowiadać siostrze o jej prywatnych problemach. Zresztą zawsze mało komu się zwierzała. Nie należała do nazbyt wylewnych osób, o których problemach wiedziała najczęściej cała rodzina.

— Nie chcę o nim rozmawiać — przygryzła wargę. — Tomek i ja to zamknięty rozdział, do którego wydarzenia najchętniej wcale bym nie dopuściła. — Zacisnęła mocniej szczękę.

— Wiesz, że widzę, że to cię gryzie. Niemalże pożera od środka. — Spojrzała na nią kątem oka, zakleszczając jej dłoń w sowjej. — Gdybyś chciała jednak porozmawiać o tym, co się stało, to możesz przyjść do mnie w każdej chwili Wal. Postaram się nie naciskać, ale daj sobie tą furtkę porozmawiania z kimś o swoich problemach. Czasami to pomaga.

— Jasne, będę pamiętać — stwierdziła sucho, byle siostra dała jej święty spokój.

— Swoją drogą, pamiętasz Archiego? To ten anglik, który sprowadza samochody z Hiszpanii i Francji, czasem z Wielkiej Brytanii? — Zagadnęła, jakby zmiana tematu z problemów osobistych na samochody była czymś naturalnym. Waleria skinęła jej głową, niemalże jej nie słuchając. Miała wrażenie, że cały dobry nastrój nagle ją opuścił. — Ma do sprzedania kilka ciekawych modeli samochodów w dobrym stanie i po okazyjnej cenie. Oczywiście dla znajomych. Może wybrałybyśmy się do niego w najbliższym czasie i poszukały czegoś dla ciebie?

Dobrze, ale nie chcę podejmować pochopnej decyzji więc tylko je obejrzymy — odpowiedziała.

Gdy to mówiła, prom minął pierwsze doki z zacumowanymi, ogromnymi statkami, których kolorowe kadłuby wręcz oślepiały w odbijających się promieniach słońca. Niedługo potem pasażerowie promu poczuli delikatne szarpnięcie, a włazy promu otworzyły się, pozwalając pasażerom zejść z pokładu na stały ląd.

Najbliższy bank znajdował się niecałe sto metrów dalej. Waleria i Marta z ulgą przyjęły do wiadomości fakt, że w oddziale nie ma tłoku, więc młodsza z kobiet szybko załatwiła wszystkie formalności związane z wyrobieniem karty multibanco. Zaledwie o wpół do pierwszej wyszły z oddziału udając się na najbliższy przystanek tramwajowy, by stamtąd udać się do dzielnicy Belém, która była ich głównym celem tego dnia. Słynna piętnastka odjeżdżała co dziesięć minut w kierunku ogrodów Algés, to też nie musiały się na nią śpieszyć, jednak gdy tylko weszły na przystanek usłyszały, a potem zobaczyły toczący się po torach, żółty pojazd.

Wsiadając pierwszymi drzwiami naszykowały bilety, które skasowały wchodząc do srodka i zajęły wolne miejsca. Chwile potem odjechały trasą prowadzącą wzdłuż nabrzeża aleją dwudziestego czwartego lipca, jedną z najdłuższych ulic w Lizbonie. W szybkim tempie zbliżyły się do mostu dwudziestego piątego kwietnia, który na promie wydawała się bardzo odległym punktem, zachodzącym oceaniczną mgłą. Portowe budynki przemykały jeden po drugim, podobnie jak fasady kamienic znajdujących się po drugiej stronie ulicy oraz większe budynki urzędowe i przysłaniające je drzewka pomarańczowe. Widok oceanu zmienił się w otaczające je miasto, gdy tramwaj zmienił kierunek jazdy skręcając w lewo i zagłębił się w uliczki pomiędzy kamienicami.

Na zegarach dochodziła pierwsza popołudniu, więc na ulicach widać było coraz większe rzesze ludzi zasiadających w ogródkach. Obie miały nadzieję, na znalezienie czegoś do jedzenia zanim zamkną wszystkie możliwe knajpy. Wciąż tliła się w nich cicha nadzieja na zjedzenie ciepłych babeczek budyniowych, która umykała z każdym kolejnym pokonanym kilometrem. Kilka przystanków dalej wielkie kamienice zostały zastąpione mniejszymi, jedno i dwupiętrowymi domami. Wjeżdżały do jednej z najstarszych dzielnic Lizbony, gdzie główną atrakcję stanowił Klasztor Hieronimitów, czy Torre de Belém. Obie budowle pamiętały renesans i stanowiły jedne z najpiękniejszych zabytków architektonicznych, którymi mogła pochwalić się Lizbona, a które w sezonie i poza nim były tłumnie odwiedzane przez turystów. Dodatkową atrakcją tej okolicy było Narodowe Muzeum Powozów, którego ekspozycje zapierały dech w piersiach.

Wokół nich pojawiło się więcej niż do tej pory zieleni, gdy tramwaj mijał jeden z licznych parków, za którym majaczyły doki i ujście rzeki Tag. Wysiadły na przystanku koło klasztoru, który wydawał się Walerii znacznie większy niż to zapamiętała. Wzdłuż białych, pięknie zdobionych ścian kompleksu ustawiły się długie kolejki turystów, którzy pragnęli wejść choć na chwilę w chłodne wnętrza budynku, by odpocząć na dziedzińcu, który przypominał plac wyjęty rodem z Hogwartu z filmów o Harrym Potterze, choć sceny były kręcone w zupełnie innym, znacznie mniej słonecznym miejscu. Budowla budziła podziw i zakochana w portugalskiej architekturze z tego okresu Waleria, nigdy nie mogła się napatrzeć na kompleks klasztorny w Belém.

— Idziesz? — Wyrwała ją z zamyślenia Marta, która miała dość sterczenia, jak słup soli na przystanku tramwajowym.

— Jasne, wybacz — wydyszała doganiając swoją siostrę. Zdawało jej się, że słońce parzy tu jeszcze bardziej niż miało to miejsce na promie, którym nie tak dawno płynęły. Chciało im się pić, w dodatku ich brzuchy zdawały się wygrywać nieznane do tej pory melodie marszu.

— To na co masz ochotę? Dzisiaj ja stawiam, z racji że to Twój pierwszy dzień stałego pobytu w Lizbonie. Może dorsz? Podobno gdzieś tutaj jest niezła restauracja serwująca świetne ryby, ale na upartego mogę zjeść cokolwiek. Umieram z głodu! — Waleria wybuchła śmiechem. Czasami zastanawiała się kogo łakomstwo jest większe. Jej, czy Marty?

— Może być dorsz z frytkami, ale równie dobrze mogłabym pożreć konia, jeśli ktoś by go oporządził. Ba! Byłabym w stanie zapłacić za niego całą moją pensję, za ostatni miesiąc pracy w Polsce, taka jestem głodna! — Obie kobiety wybuchnęły śmiechem.

Po sprawdzeniu na mapach, musiały cofnąć się o cały przystanek tramwajowy, mimo tego stwierdziły, że przebędą ten odcinek pieszo, ze względu na pogodę, jaka dopisywała tego dnia. Po drodze rozmawiały głównie o wspólnych znajomych i planach dotyczących ślubu Marty. Dziewczyna miała prawie wszystko załatwione. Do dogadania pozostała jedynie florystka oraz menu. Pojutrze umówiona była na próbne czesanie i makijaż u fryzjerki oraz kosmetyczki. Chciała zgrać wszystko terminowo, żeby nie nadużywać wolnego w pracy. Salą weselną zajmowała się wynajęta organizatorka. Marta doskonale wiedziała, że nie dałaby rady zorganizować sali na czas, więc postanowiła zostawić to specjalistce. Za tydzień miała ostatnią przymiarkę u krawcowej, więc nie było pośpiechu w kwestiach organizacyjnych. Prezent dla pary młodej od Walerii, mieli samochodem zabrać ich rodzice, którzy przyjeżdżali dopiero za dwa tygodnie łącząc ślub najstarszej z ich pociech z wakacjami w kamperze.

Restauracja São Bernardo mieściła się w niewielkiej kamienicy, której gdyby nie zielone markizy z nazwą lokalu i tuje w donicach nic by nie wyróżniało od ciągu budynków w którym się znajdowała. Weszły przez częściowo przeszklone drzwi do chłodnego wnętrza. Pomalowane na jasno ściany i biały sufit z drewnianych paneli nadawały wnętrzu przestronności. Stoły nakryto grafitowymi obrusami, z połyskującymi bieżnikami. Na każdym z nich rozstawiono białą zastawę, szkliwo i sadzonkę lawendy w malutkiej, prostej doniczce. Waleria i Marta wybrały interesujące ich pozycje z menu i po zamówieniu posiłku wraz z przystawkami zajęły miejsce przy jednym ze stolików pod oknem.

— Co planujesz robić dalej? — zagadała starsza z sióstr.

Waleria wzruszyła odruchowo ramionami.

— Mam zamiar zacząć pracę, znaleźć coś małego dla siebie, nawet kawalerkę, może poznać jakichś przyjaciół — przerwała.

— Zapuścić korzenie z jakimś atrakcyjnym Portugalczykiem? — Dopowiedziała Marta, co spotkało się z ostrym wzrokiem Walerii.

— Mam dość facetów i związków na kilka najbliższych lat, a przynajmniej miesięcy — obruszyła się nieco za głośno, ponieważ kilka osób spojrzało na nie z naganą.

— Przesadzasz — stwierdziła — ciebie też kiedyś trafi. Faceci tutaj mogliby śmiało robić za wcielenie samego Adonisa — uśmiechnęła się szeroko.

— Może dla ciebie siostrzyczko. — Wzruszyła ramionami przyglądając się kelnerce, która ubrana w firmowy fartuszek postawiła przed nimi przystawkę w postaci malutkich placuszków ziemniaczanych z krewetkami na delikatnym twarożku.

Przystawka zniknęła niemalże tak samo szybko, jak się pojawiła. Obie czekały na danie główne. Jak ustaliły, tak wybrały dorsza tyle że nie z frytkami, a ze szpinakiem. W brzuchach obu burczało, ponieważ dochodziła godzina pierwsza trzydzieści popołudniu. Do restauracji zaczęły schodzić się coraz większe tłumy ludzi

Dania, które przyniosła ta sama młoda kelnerka podano na dość dużych, okrągłych, białych talerzach. Do posiłku zamówiły po butelce pepsi z lodem, którą przelano do wysokich szklanek. Mimo zaspokojenia pierwszego głodu przystawkami, Obie kobiety wzięły się do jedzenia z ochotą. Porcje były na tyle duże, żeby zaspokoić ich głód na najbliższe kilka godzin. Kiedy kelnerka podeszła po raz kolejny do ich stolika Marta poprosiła ją o rachunek. Nie chciały jeść tutaj deseru, licząc, że załapią się jeszcze na ciepłe babeczki budyniowe, gdy będą wracać do domu lub lody, które będą przechodzić przez park przy pomniku odkrywców i Torre de Belém. Płacąc zwyczajowo zostawiły dziesięć procent napiwku dla obsługi.

Słońce prażyło jeszcze bardziej niż wcześniej. Skwar zdawał się nie do zniesienia. Spokojnym krokiem obie kobiety ruszyły z powrotem w stronę klasztoru hieronimitów, spod którego musiały się nieco cofnąć szukając restauracji w której mogłyby się zatrzymać i zjeść obiad. Na pozostałą część dnia w planach miały jedynie spacer deptakiem wzdłuż wód rzeki Tag. Zapowiadało się leniwe popołudnie, dzięki któremu Waleria miała szansę nieco odpocząć po męczącej podróży samolotem.

Od jasnych fasad budynków odbijały się popołudniowe promienie. Na pomalowanych zieloną farbą drzwiach domów widać było kurz unoszący się z suchych ulic. Pomiędzy drobnymi kawałkami kostek brukowych wychodził wszędobylski mech, a oceaniczne powietrze dęło spomiędzy budynków. Co jakiś czas środkiem ulicy, na której znajdowało się torowisko, przejeżdżał zabytkowy tramwaj, czasami wymieniając się z bardziej nowoczesnym modelem.

Kobiety zdecydowały się przejść na drugą stronę ulicy na pobliskich pasach. Niedaleko miały być światła, ale nie chciały stać na nich w nieskończoność, a portugalscy kierowcy zwykle bez problemu zatrzymywali się na przejściach dla pieszych. Wychodząc spomiędzy samochodów, obie rozmawiały o wejściu na popularną Torre. Marta rozglądała się w tym czasie, czy na pewno nic nie jedzie, ale było już za późno.

Waleria poczuła silne uderzenie w biodro, a zaraz potem, jak jej ciało ociera się o nagrzany metal i osuwa się na asfalt. W ciągu krótkiej chwili znalazła się na drodze, leżąc jak długa. W oczach zatańczyły jej mroczki. W biodrze poczuła ból, który nasilał się z każdą chwilą. Z jej ust wyrwał się krzyk zaskoczenia po zetknięciu z pojazdem, którego tak nagle doznała. Miała wrażenie że dzwoni jej w uszach, a czas zwalnia.

Niemal od razu zarejestrowała obecność swojej siostry, która powtarzała jej, że ma się nie ruszać. Gdy dzwonienie w uszach ustało, spostrzegła także obecność drugiego mężczyzny, a dzwoneczki zamieniły się w natłok klaksonów innych pojazdów. Jeszcze jedna osoba krzyczała coś po portugalsku przez telefon, jednak wyglądu tej postaci nie zdążyła już zarejestrować. W ułamku sekundy obraz przed jej oczyma pociemniał, a dźwięki ucichły. Otoczyła ją permanentna cisza.

Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 326
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!