Cykl Lizboński: Portugalczyk | 0.1

Warszawa, Polska. Godzina 13:00

Rudowłosa kobieta w kobaltowym płaszczu z ulgą zatrzasnęła jasną klapę bagażnika taksówki, który raził ją odbijanymi promieniami słonecznymi. Powoli docierało do niej, że to już koniec, że więcej nie będzie musiała się przejmować nachodzącym ją byłym, studiami czy toksycznymi znajomymi. Czuła jak jej ciało opuszcza swego rodzaju ciężar, który wydawał się ją nieomal fizycznie przygniatać już od dłuższego czasu. Zamykała w swoim życiu pewien etap i rozpoczynała inny, lepszy, który miał się toczyć w zupełnie innym miejscu, wśród kompletnie nie znanych jej ludzi. Z westchnieniem pełnym ulgi i szerokim uśmiechem na twarzy przekroczyła próg lotniska Chopina w Warszawie.

Do odlotu miała jeszcze ponad dwie godziny, ale wolała być za wcześnie niż się spóźnić. Sam dojazd na lotnisko zajął jej niemalże półtorej godziny przez korki w śródmieściu. Normalnie już przeklinałaby taksówkarza oraz całą resztę świata, ale postanowiła, że nawet agresywny Tomek nie popsuje jej dnia, więc jakim cudem miałyby zrobić to korki i bogu ducha winny kierowca?

Ciągnąc za sobą dwie sporych rozmiarów walizki i torbę podróżną przystanęła pod jedną z kolumn, aby sprawdzić czy jej lot już widnieje na tablicy odlotów. Miała wrażenie że śni. Jeszcze tylko kilka godzin dzieliło ją od spotkania z siostrą, która obiecała odebrać ją z lotniska i przetrzymać, dopóki ta nie znajdzie pracy i nie wynajmie mieszkania na własny koszt, co chciała zrobić jak najszybciej. Już w Polsce zaczęła przeglądać oferty pracy. Jej życiorys zawodowy zainteresował kilku potencjalnych pracodawców na tyle, aby zaprosić ją na rozmowę kwalifikacyjną online, która była decydującym elementem rekrutacji w portugalskiej rzeczywistości.

„Olá! Jestem już na lotnisku i czekam na odprawę. Widzimy się niedługo. Nie mogę się doczekać!” — napisała i wysłała wiadomość do Marty.

Dziewczyny nie widziały się od zeszłorocznych świąt, kiedy to starsza z sióstr przyleciała do Polski wraz z swoim obecnym narzeczonym. Wszyscy bardzo polubili Hugo, który należał do grona najbardziej pozytywnych osób, jakie udało się poznać Walerii w całym swoim życiu. Powodem ich przylotu nie było tylko tradycyjne spotkanie z rodziną i przedstawienie ukochanego, ale też wiadomość o zaręczynach pary. Jak twierdziła Marta „Takich wiadomości nie należy przekazywać przez komunikator” i miała w tym względzie pełne poparcie Walerii.

Rozglądając się po częściowo przeszklonej hali, Waleria przyglądała się przede wszystkim ekranom, na których widniały loga firm transportowych, numery lotu i miejsca docelowe. Z wielkim zniecierpliwieniem czekała, aż na jednym z ekranów pojawi się logo TAP Air Portugal obsługującej loty do Lizbony i innych miast w regionie. Kiedy w końcu to się stało, a ludzie zaczęli się ustawiać w kolejce do stanowisk, Waleria postąpiła tak samo. Czuła jak rozpiera ją szczęście, a jej umysł przepełnia ekscytacja.

„Czy tak właśnie czuła się Marta, kiedy opuszczała na stałe nasz kraj?” — pomyślała. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Miała wrażenie, że zaraz uniesie się ku górze przez adrenalinę w jej żyłach. Czuła się jakby była na narkotykowym haju.

Kobiety obsługujące odprawę bagażu zajęły swoje miejsca, a kolejka powoli ruszyła do przodu. Waleria miała wrażenie, że minuty ciągną się w nieskończoność. Chciała już wejść na pokład maszyny, ale musiała uzbroić się w cierpliwość, co nie było jej mocną stroną. Starała się skupić na jakimkolwiek punkcie, który zajmie jej umysł na choćby chwilę dłużej, spowalniając tym samym dziki bieg jej myśli. Ludzie w kolejce rozmawiali między sobą, przekrzykując się wzajemnie, a na hali odpraw panował wieczny harmider, który był normalnym zjawiskiem dla miejsc takich jak to, gdzie zawsze działo się mnóstwo rzeczy.

Zniecierpliwiona Waleria tupała nogą w rytm znanej jej piosenki fado, która często leciała w lokalnym radio podczas jej wizyt u siostry. W końcu przyszła i jej kolej na zdanie bagażu. Spokojnym krokiem podeszła do wolnego stanowiska przy którym zasiadała uśmiechnięta kobieta w średnim wieku.

— Dzień dobry — przywitała się z szerokim uśmiechem na twarzy.

Waleria przyjrzała jej się uważnie. Ciemne włosy związała w ciasny, gładki koczek, a jej szyję oplatała apaszka w kolorach linii lotniczych. Firmowa koszula zdawała się być nienagannie gładka.

— Dzień dobry — odpowiedziała starając się uspokoić swój głos.

— Poproszę o dokument tożsamości oraz bilet — poprosiła uśmiechając się sztucznie kobieta,

— Już daję, chwileczkę.

Waleria sięgnęła do małej torebeczki w której miała schowane najważniejsze przybory. Patrząc na bagaże niektórych ludzi miała wrażenie, że wygląda jak wielbłąd obładowana taką ilością walizek. W torebce szybko odnalazła bilet, który zajmował większość miejsca. Wyjęła także dowód osobisty z wewnętrznej kieszonki.

— Proszę bardzo — podała dokumenty kobiecie.

— Dziękuję — odparła pracownica, która zdawała się sprawdzić dokumenty w niemalże ekspresowym tempie. — Dwa bagaże rejestrowane i bagaż podręczny. Zgadza się? — Waleria skinęła głową. — Proszę położyć pierwszą walizkę na taśmie.

Dziewczyna z niemałym trudem uniosła bagaż i z pomocą sprawdzającej jej dokumenty kobiety ułożyła go we wskazanym miejscu. Już po chwili na rączkę walizki została naklejona plakietka z kodem kreskowym i taśma ruszyła do przodu robiąc miejsce na kolejną torbę. Tą także pomogła jej unieść kobieta obsługująca stanowisko, po czym pochyliła się ponownie nad ekranem, by potwierdzić informacje. Taśma znów ruszyła do przodu zabierając bagaż.

— Proszę bardzo. — Wyciągnęła w jej stronę dłoń trzymającą małą, różową plakietkę. — Oddaję dowód osobisty, a tu jest pani karta pokładowa. — Kobieta podała jej zielono różową kopertę z plikiem broszur w środku. — Proszę o udanie się do stanowiska kontroli bezpieczeństwa. — Wskazała odgrodzony taśmami korytarz. — Życzę udanego lotu — dodała.

— Dziękuję bardzo — odpowiedziała Waleria i szybkim krokiem udała się we wskazanym kierunku.

Odkąd tylko zaczęła odwiedzać siostrę, pałała czystą nienawiścią do lotniskowych procedur, które za każdym razem przyprawiały jej kolejne powody do stresu. Pozornie pewna siebie podeszła do taśmy przy kontroli bezpieczeństwa, gdzie zdjęła płaszcz i włożyła do pojemnika cały swój bagaż podręczny wraz z okryciem wierzchnim. Dla zaoszczędzenia czasu, w koszu znalazły się też buty i pasek wyciągnięty ze spodni. Po prześwietleniu rzeczy osobistych i sprawdzeniu dokumentów, w końcu zostawiła za sobą hale terminalu „A”. Spoglądając na zegar na najbliższym ekranie z zadowoleniem stwierdziła, że ma czas, aby w spokoju zjeść lekki obiad i napić się kawy. Skierowała się do pierwszej kawiarni jaką zobaczyła na horyzoncie i już chwilę później delektowała się ciepłym cappuccino i ciabatą z jajkiem. Menu, jakim się raczyła prędzej odpowiadało serwowanemu na śniadanie, ale podczas lotu podany zostanie sporych rozmiarów, jak na linie lotnicze, obiad. Jej wewnętrzny obżartuch nie mógł pozwolić sobie na przegapienie nawet odgrzewanego posiłku.

Po zaspokojeniu pierwszego głodu ruszyła w stronę poczekalni, gdzie czekało już kilkadziesiąt osób. Kilku pasażerów rozpoznała jeszcze z kolejki do odprawy, ale nie przejmowała się nimi, zapatrzona w ruch za wielką, przeszkloną ścianą. Czuła ścisk w żołądku, a jej dłonie pociły się niemiłosiernie. Jak na szpilkach nasłuchiwała kolejnych ogłoszeń dobiegających jej uszu z głośników. Co jakiś czas mijał ją ochroniarz na segweyu, który odrywał jej wzrok od płyty lotniska.

— Przepraszam, tu wolne? Wszędzie tłok, a do mojego lotu pozostało jeszcze trochę czasu — usłyszała miękki, męski głos koło siebie.

Waleria spojrzała na śmiącego zakłócać jej spokój mężczyznę, który górował nad nią czekając na odpowiedź. Niebieskie tęczówki wpatrywały się w nią ciepłym spojrzenie. Po chwili kontemplacji nad tym, o co zapytał nieznajomy, rozejrzała się zawstydzona nerwowo, stwierdzając, że faktycznie ludzi przybyło, odkąd zajęła swoje miejsce czekając na otwarcie bramek.

— Tak. Proszę siadać — powiedziała spoglądając na zegarek — i tak powinni zaraz ogłosić wejście na pokład mojego lotu dla pasażerów z pierwszeństwem.

Mężczyzna z ulgą zajął miejsce obok i podobnie jak ona, ze zdenerwowaniem spojrzał na swój zegarek. Waleria ponownie skupiła się na podziwianiu lotniskowej płyty i działaniu pracowników. Samolot, którym miała lecieć stał na płycie lotniska, po drugiej stronie szyby i dobrze widziała, jak zapełniane są luki bagażowe, czy sprawdzane silniki. Z zaciekawieniem przyglądała się maszynom kołowanym na pas startowy, które przypominały jej wielkie, oślepłe byki odmiany belgian blue prowadzone na uprzęży przez drobnego w stosunku do nich właściciela.

— Linie lotnicze TAP Air Portugal lot numer TP1205 do Lizbony przyjmują pasażerów na pokład. Prosimy o przygotowanie kart pokładowych i dowodów przed wejściem na pokład samolotu. Życzymy przyjemnej podróży — rozbrzmiał z głośników zniekształcony, kobiecy głos.

Spokojnie zebrała płaszcz z krzesła i chwyciła w dłonie bagaż podręczny by ruszyć do bramek, gdzie już czekały stewardessy wpuszczające na pokład samolotu uprzywilejowanych pasażerów z pierwszeństwem wejści. Nie zawracała sobie głowy życzeniami udanej podróży mężczyźnie, który się dosiadł, chociaż wiedziała, że byłoby to w dobrym tonie. Jedynym czego pragnęła, to znaleźć się jak najdalej od Warszawy i Tomasza, licząc na to, że więcej go nie spotka na swojej drodze.

Waleria uzbroiła się w cierpliwość, jako pasażerka zwykłej klasy ekonomicznej. I tak musiała już dopłacić za drugą walizkę przy zakupie biletu, co wiązało się z niemałymi kosztami. Znaczna część rzeczy osobistych czekała na nią w mieszkaniu siostry. Całe szczęście, portugalskie mieszkania były całkiem spore, więc kilka dodatkowych kartonów i współlokator dokładający się do rachunków, nie sprawiały Marcie i Hugo, aż tak wielkiego problemu.

Czuła, że jej telefon wibrował w torebce, jednak nie miała zamiaru go na razie wyciągać. Wychodziła z założenia, że ktokolwiek do niej dzwonił, poczeka jeszcze chwilę, aż zajmie swoje miejsce w kabinie. W końcu będzie miała kilkanaście minut do startu maszyny, a co za tym idzie na przełączenie urządzenia w tryb samolotowy.

Kolejka w której stała od dłuższej chwili, w końcu ruszyła do przodu. Waleria naszykowała dokumenty potrzebne, aby wejść na pokład i zniecierpliwiona czekała na swoją kolej. Kiedy w końcu to się stało, a jej tożsamość została zweryfikowana, szybko ruszyła rękawem na pokład. Jej telefon cały czas wibrował, ale nie chciała blokować przejścia, żeby odebrać lub odpisać. Na pokładzie powitała ją sztucznie uśmiechająca się stewardessa. Przemierzając pokład, szybko odszukała swoje miejsce i wyjmując z walizki poduszkę i koc które zabrała z domu, wcisnęła bagaż podręczny do schowka nad siedzeniami. Miała cichą nadzieję, że podczas czterogodzinnego lotu, odeśpi przynajmniej trochę nieprzespaną noc lub przeczyta kawałek książki, którą poleciła jej jakiś czas temu koleżanka z uczelni.

Ledwie udało jej się usadowić, miejsce obok niej zajął pasażer, w którym rozpoznała mężczyznę, który się do niej dosiadł.

— To chyba przeznaczenie, skoro tak często na siebie wpadamy? — usiłował żartobliwie do niej zagadać.

Waleria spojrzała na niego spod byka. Pragnąc świętego spokoju podczas lotu, odpowiedziała krótko:

— Nie wierzę w przeznaczenie.

Z westchnięciem włożyła słuchawki do uszu i włączyła ekran telefonu, na którym widniało piętnaście powiadomień o nowych wiadomościach na skrzynce głosowej, wszystkie pochodziły z tego samego, nieznanego numeru. Waleria czym prędzej zablokowała nadawcę, aby nie mógł bardziej zapychać jej skrzynki niepotrzebnymi informacjami. Obiecała sobie, że po wylądowaniu wyczyści ją do cna. Zirytowana wyłączyła ekran, ale po chwili włączyła go z powrotem, otwierając wiadomości. Marta wciąż nie odpisywała.

„Zaraz wylatuje. Siedzę już w samolocie. Do zobaczenia w Lizbonie!” — wysłała szybko wiadomość i po wybraniu playlisty offline na Spotify oraz włączeniu trybu samolotowego schowała telefon na kolanach pod kocem, którym szczelnie się okryła.

Z cichym poczuciem nostalgii wpatrywała się w widok za oknem do startu maszyny. Gdy zaczęli unosić się w powietrze znużona przymknęła oczy, poddając się zwiększającej się z każdym metrem senności. Powieki podniosła dopiero, gdy poczuła szturchnięcie na ramieniu, a do jej nosa dotarły zapachy z roznoszonych na pokładzie ciepłych posiłków. Z szerokim uśmiechem na ustach wybrała nadziewane serem ravioli, które już po chwili stało przed nią w aluminiowym, standardowym opakowaniu. Razem z nim zaserwowano sałatkę z pomidora i ogórka, bułkę z masłem i serem oraz paczkę krakersów. Do picia poprosiła o wodę niegazowaną. Mężczyzna, który na początku lotu zajął miejsce obok niej, zniknął i nie pojawił się do momentu, aż ponownie zasnęła w fotelu.

Obudziły ją dopiero turbulencje towarzyszące lądowaniu. Zaspana wyjrzała przez drobne okienko przy którym siedziała. Jej oczom ukazało się rozświetlone pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca stare miasto Lizbony – Alfama – ciągnące się od zamku świętego Jerzego, aż po samo ujście rzeki Tag, która dzieliła miasto na dwie części i mostem Vasco da Gamy górującym nad taflą połyskującej w późnopopołudniowym słońcu tafli wody. Waleria chłonęła widok z zapartym tchem. Zachody słońca widziane z tarasów znajdujących się w Alfamie potrafiły pochłaniać człowieka bez reszty. Sama Waleria, gdy tylko mogła, lubiła przychodzić na ogólnodostępne tarasy, kupując po drodze wino w Pingo Doce1, aby podziwiać kryjące się za horyzontem słońce, a potem wracać do Montijo tramwajem wodnym, by rozkoszować się świeżą, oceaniczną bryzą.

— Miasto podobno powstało jeszcze przed Rzymem — usłyszała za swoimi plecami znajomy głos, gdy wyjęła z uszu słuchawki — datuje się je na tysiąc dwusetny rok przed naszą erą — dodał, gdy Waleria spojrzała na niego zaintrygowana. — Rzym to siedemset pięćdziesiąty trzeci rok przed naszą erą. — Uśmiechnął się uprzejmie, a w jego oczach zobaczyła ledwo widoczny błysk.

— Też potrafię przeczytać przewodnik. Wiem, że miasto prawdopodobnie było punktem handlowym dla Fenicjan…

— Badania archeologiczne tego nie potwierdziły — przerwał jej, po czym upił łyk czerwonego wina z plastikowego kubeczka. — Tak samo jak tego, że Lizbona stała się kiedykolwiek oficjalną stolicą Portugalii. Nigdy nie uznano jej za takie miasto, po odbiciu z rąk Maurów w tysiąc sto siedemdziesiątym czwartym — uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Między nimi zapadła chwila ciszy. Zmieszana Waleria dziwiła się, że tak łatwo dała się wciągnąć w rozmowę z nieznajomym mężczyzną. W dodatku takim, który orientował się w historii miasta równie dobrze jak ona. Życie potrafiło zaskakiwać, nawet podczas prostego lotu z Warszawy do Lizbony.

— Tiziano — przedstawił się wyciągając w jej stronę dłoń.

— Waleria — odpowiedziała, ściskając jego dłoń.

— Waleria — powiedział szeptem, jakby chciał zasmakować w jej imieniu. — Co sprowadza cię do Portugalii? — zapytał.

Kobieta zastanawiała się przez chwilę nad odpowiedzią, powracając wzrokiem do widoku za oknem i rosnącymi budynkami, które powiększały się z minuty na minutę.

— Zmiany — odpowiedziała krótko.

— Ladies and gentlemen, welcome to Lisboa Airport. Local time is seven p.m. and the temperature is sixteen degrees. — Przerwał im spokojny głos stewardessy.

Pozostały czas w samolocie zarówno Waleria, jak i Tiziano milczeli, pochłonięci we własnych myślach. Dziewczynie wydawało się, że nowo poznany mężczyzna zerka na nią co jakiś czas, próbując nawiązać rozmowę, jednak usilnie ignorowała to wrażenie. Po zatrzymaniu pojazdu na płycie i otwarciu drzwi, nie było czasu na wymianę uwag w harmiderze, jaki zapanował na pokładzie. Czym prędzej zabrała swoje rzeczy i gdy tylko było to możliwe wyszła na podstawione schody, kierując się do czekającego na pasażerów autobusu, który miał ich zawieźć wprost do miejsca odbioru bagażu. Trzydzieści minut później, stała przy postoju taksówek przed Lizbońskim lotniskiem starając się dodzwonić do Marty, która do tej pory nie dała znaku życia.

Zrezygnowana rozglądała się wokół, usiłując wypatrzeć charakterystyczny, czerwony kabriolet, którym zwykła jeździć jej siostra. Nie widziała go jednak na żadnej z dróg dojazdowych przed wejściem. Zdenerwowana wybrała numer siostry na telefonie i przystawiła urządzenie do ucha.

— Olá? — usłyszała męski głos w słuchawce. — Kto mówi?

— Olá! Hugo? Tu Waleria… — powiedziała.

— Waleria? Czemu do nas dzwonisz? — zapytał.

— Marta miała odebrać mnie z lotniska. Możesz ją podać do telefonu? — poprosiła

— Jesus maria to dzisiaj? — zapytał sam siebie. — JasneJuż ją daję. Daj mi chwilkę — dodał niemal krzycząc.

— Okay, dziękuję — odpowiedziała.

Waleria słyszała, jak mężczyzna szybko wstaje z miejsca i otwiera drzwi. W tle słychać było prysznic i zdenerwowany głos Hugo, który wyjaśniał Marcie, kto właśnie dzwoni.

— Waleria? Jesteś? — rozpoznała głos starszej siostry po chwili ciszy w słuchawce.

— Jestem — odburknęła wściekła, ale jej złość szybko zelżała, gdy usłyszała siostrę.

— Poczekasz na mnie? — zapytała. — Właśnie wychodzę spod prysznica. Powinnam być w ciągu godziny. Jezus maria, przepraszam. Zapomniałam że to już dzisiaj! Nie wiem gdzie uciekły mi ostatnie dwa dni! — powiedziała niemalże nie oddychając.

— Jasne, poczekam. Ewentualnie pojadę Uberem lub taksówką, ale musisz podać mi nazwę ulicy na jakiej obecnie mieszkacie — zaproponowała.

— Naprawdę? Nawet nie wiesz jaka byłabym wdzięczna! — jej głos zakłócił materiał. — Masz pieniądze? Jeśli nie to daj znać gdy będziesz na miejscu, opłacę przejazd.

— Mam, mam. Spokojnie. Pomyślałam o tym jeszcze w Polsce — uśmiechnęła się pod nosem na myśl o własnej zapobiegliwości. — To co z tym adresem?

— Zapamiętasz? Czy wysłać ci go smsem?

— Postaram się zapamiętać, ale wyślij mi na wszelki wypadek wiadomość — odpowiedziała spokojnie.

— Rua de Biologia No 88, Montijo — podyktowała. — Daj mi znać, gdy przekroczycie most Vasco da Gamy, wyjdę na zewnątrz i pomogę z bagażem — obiecała.

— Spróbowałabyś tego nie zrobić — zagroziła. — Gwarantuje, że skończyłoby się to bardzo, bardzo źle.

— Jak w piątej klasie? — zapytała Marta ledwo powstrzymując śmiech.

Obie kobiety wybuchły śmiechem.

— Nawet gorzej! — zagroziła.

Rozejrzała się wokoło. Ludzie dziwnie się patrzyli na samotną, krzyczącą kobietę z dwoma ogromnym walizkami, która rozmawiała przez telefon. Niezbyt się tym przejęła, obserwując postój taksówek przed budynkiem lotniska.

— Już się boję! — przerwała. — Muszę kończyć. Widzimy się za godzinę, Wal. Nie daj się naciągnąć! Pa! — Jej głos zastąpił sygnał przerywanego połączenia telefonicznego.

— Pa — powiedziała już sama do siebie.

Po zakończeniu rozmowy z siostrą, Waleria zamówiła Ubera. Kierowca miał przyjechać w ciągu dziesięciu minut, co było szybkim czasem, ze względu na panujące aktualnie godziny szczytu. Przewoźnik miał po nią podjechać na lotnisko pomarańczowym Renault Capturem. Czekając na samochód otrzymała smsa od siostry z adresem pod który miała się udać. Punktualnie dziesięć minut później kierowca podjechał po nią i spokojnie zatrzymał samochód w zatoczce dla taksówek. Ciągnąc za sobą dwie walizki i bagaż podręczny, Waleria podeszła do samochodu.

— Senhor Hércules? — zapytała przez uchylone okno od strony kierowcy.

— Senhora Waleria?

— Tak. Mógłby pan otworzyć bagażnik? — zapytała zerkając niechętnie na swój bagaż.

— Tak, tak. Pomogę pani — obiecał.

Mężczyzna w średnim wieku, którym okazał się kierowca, faktycznie zrobił jak obiecał. W efekcie schowanie walizek w samochodzie potrwało zaledwie kilka minut, mimo że musieli upchnąć jej bagaż podręczny na tylnej kanapie. Chwilę później już zajmowali miejsce w wygodnych fotelach captura wyjeżdżając z lotniska w Lizbonie i kierując się w stronę mostu Vasco da Gamy łączącego oba brzegi Lizbony.

Wyjeżdżając z lotniska oglądała mijane budynki o jasnych fasadach, czerwonych dachach i prostej bryle. Wydawały się być jednocześnie czymś codziennym, szeroko dostępnym i niezwykłym w swojej prostocie. Uchylając okno elektrycznym zamkiem miała wrażenie, że jest w stanie na dobre zachłysnąć się tą niezwykłością. Przez chwilową wolność od zmartwień targających jej życiem, w końcu dotarło do niej, że jest tutaj, w samym sercu ukochanej Portugalii.

Wkrótce wyjechali na drogę szybkiego ruchu. Wiatr targał rozpuszczone włosy Walerii, która oparta o fotel z przyjemnością oglądała przemijające widoki.

— To pani pierwsza wizyta w Portugalii? — wyrwało ją z zamyślenia pytanie kierowcy.

— Nie — odpowiedziała — moja siostra mieszka tutaj. Odwiedziłam ją kilka razy wcześniej. .

— Rozumiem.

Między nimi nastała chwila ciszy, gdy kierowca zjeżdżał z ekspresówki na autostradę. W oddali majaczyła ogromna konstrukcja mostu na tle zachodzącego słońca. Widok zapierał dech w piersiach. Już po kilku sekundach jej oczom ukazała się też migocząca tafla wody. Po swojej prawej, kątem oka zobaczyła estakadę przy oceanarium i galerii handlowej Vasco da Gamy przed którą stała słynna statua Homem-Sol.

— Ten widok nigdy się nie nudzi — stwierdziła szepcząc sama do siebie.

— Coś pani mówiła? — zwrócił się do niej portugalczyk.

— Nie, nie — uśmiechnęła się, nie odrywając wzroku od widoku za oknem. Kierowca podniósł do góry jej szybę, na panelu.

— Skąd pani przyjechała? — zapytał zaciekawiony.

— Z polski.

— Polski? Mój przyjaciel stamtąd pochodzi — pochwalił się.

— Tak?

— Tak. Nauczył mnie kilku wyrażeń — uśmiechnął się szeroko. — Kurwa! — wykrzyknął nagle. — Lub Jebać Pis!

— Ten przyjaciel, powiedział panu co znaczą te słowa? — zapytała ledwo powstrzymując salwę śmiechu.

— Nie. — Jego twarz pokryła warstwa czerwieni. — To coś sprośnego, tak?

— Nie, ale radzę nie wymawiać ich publicznie — uprzedziła cały czas się śmiejąc. — Szczególnie w obecności polskiej policji.

Byli w połowie mostu. Na horyzoncie majaczyła linia brzegowa, która wydawała się być jedynie zieloną smugą stopioną z odmętami wód oceanicznych. Słońce w tym miejscu raziło w oczy, co nie przeszkadzało Walerii, która wyciągnęła z kieszeni okulary przeciwsłoneczne. Kierowca zresztą od początku wspólnej jazdy miał takowe na nosie. Przez uchylone okna, do samochodu wpadała bryza wprost znad oceanu, która przeganiała duszne powietrze z pojazdu. Kierowca zamilkł. Towarzystwa dotrzymywał im głęboki męski głos speakera z radia, który streszczał wiadomości z całego dnia. Waleria w końcu rozluźniła się po pełnym stresu dniu.

Otaczający ich z każdej strony ocean w końcu zaczęła zastępować żółć piasku na plażach i bujna zieleń zaoceanicznych traw. Ponad drzewami, na zachodzie widać było skąpane w czerwieni dachy domów w dzielnicy Montijo. Mijali całą masę drobniejszych rzek i jezior, stanowiących tereny podmokłe, będące częścią rezerwatu przyrody Salinas do Samouco. Na horyzoncie zawitały zarysy wzniesień dystryktów Setúbal i Évora. Wkrótce minęli stacje paliw i Burger Kinga, które były pierwszymi obiektami przy autostradzie, świadczącymi o wjeździe do miasta oraz zamianie autostrady A12 w drogę ekspresową E90. Bujną, przybrzeżną zieleń zastąpiła spalona słońcem trawa i pierwsze billboardy umieszczone przy drodze oraz informacje o kierunku jazdy i zjazdach do centów dzielnic Lizbony. Niedługo potem kierowca odbił w prawo zjeżdżając z drogi ekspresowej w spokojniejsze ulice podmiejskie, zwalniając przy tym do czterdziestu kilometrów na godzinę, choć dopuszczalnie mógł jechać pięćdziesiątką. Kolejny zjazd w prawo. Tym razem wjechali do miasta, gdzie przywitał ich widok rzędów czteropiętrowych bloków wybudowanych jeden za drugim w równych liniach. Przy drugim rondzie minęli portugalską sieciówkę CC Mart.

Waleria uśmiechnęła się szeroko na widok palm, których nie widywała na co dzień w Polsce. Mijali kolejne blokowiska otoczone zielenią. Jechali powoli, a dziewczyna czuła, że zasypia w samochodzie, na co nie mogła sobie pozwolić. Za chwile miała wysiadać. Przynajmniej tak twierdziła nawigacja w samochodzie, która co jakiś czas się odzywała. W końcu minęli rząd małych, ale kolorowych domków jednorodzinnych, których farba wypłowiała pod wpływem ciągłej ekspozycji na światło słoneczne i po raz kolejny skręcili by minąć rządy palm posadzonych wzdłuż ulicy oraz ogromny moloch, jakim był supermarket Continental i wjechali w uliczki między charakterystycznymi czteropiętrowymi blokami. Kierowca przejechał uliczkę i zaparkował przy wejściu do piekarni, która teraz miała zakratowane okna i drzwi.

— Ile płacę? — zapytała, gdy kierowca wyłączył silnik samochodu.

— Dwadzieścia euro.

Waleria wyciągnęła z kieszeni dwa banknoty i podała jeden z nich mężczyźnie, który zaoferował pomoc z wyciągnięciem bagażu. Gdy kierowca odjechał, z kieszeni wyjęła telefon i zadzwoniła do siostry, która obiecała po nią za chwilę zejść na dół. 

1. Pingo Doce to nic innego, jak odpowiednik polskiej Biedronki w Portugalii. Obie sieci należą do tego samego właściciela — Jeronimo Martins SGPS S.A.

Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 316
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!