Wilkołaki nie płaczą – Rozdział 5

Miałam ogromnego pietra, gdy kolejny raz tego dnia wchodziłam do przytulnej kuchni banitów, niepewnie wykręcając dłonie, jakbym nie wiedziała, co takiego powinnam z nimi zrobić, by mi nie przeszkadzały. Niby nic się nie zmieniło, ale z jakiegoś powodu w tamtym momencie, przekraczając próg poczułam się jak intruz.

Rany, przecież ja byłam tutaj intruzem, nie ma co się oszukiwać. Obojętnie, jak byliby uprzejmi, jak gorliwie zapewnialiby, że im nie przeszkadzam i mogę zostać, ile tylko zechcę, nadal byłam tylko zagubioną Lily, która nagle straciła dach nad głową, więc zwaliła im się z całym inwentarzem, właściwie stawiając w sytuacji bez wyjścia. Przecież obojętnie, jak bardzo chcieli się mnie pozbyć, po tym, jak mnie uratowali, czuli się w jakiś sposób za mnie odpowiedzialni. Żadne z nich nie powiedziałoby mi „spadaj” i nie wykopało na bruk, bo to by było nieuprzejme, lecz to przecież nie wyklucza tego, że mogą sobie o mnie myśleć…

Tak, zawsze ciężko mi było uwierzyć w czyjeś dobre intencje. Tyle razy sparzyłam się zarówno na ludziach, jak i wilkołakach, że po prostu nie mieściło mi się w głowie, że mogą chcieć otoczyć mnie opieką bezinteresownie. Coś za tym pewnie stało, tylko co?

Pewnie moja schizofrenia.

– Siadaj. – Victor wręczył mi w dłonie kubek z parującą herbatą i wskazał głową na krzesło przy stole, które niejako uznawałam już za swoje. Miałam jakąś taką manię, że zawsze siadałam w jednym miejscu, nawet u siebie w domu.

Bogowie, jeśli jacykolwiek istniejecie… ze mną naprawdę nic nie jest w porządku.

Nie spojrzałam mu prosto w oczy, skupiwszy się na wsypaniu do kubka odpowiedniej ilości cukru i wymieszaniu go dokładnie, pilnując, by ani raz nie uderzyć łyżeczką w ściankę. Czułam na sobie jego spojrzenie i miałam wrażenie, że moja skóra płonie pod jego siłą. Nie chciałam dodatkowo patrzeć w te hipnotyzujące, wielobarwne oczy, bojąc się, że utonęłabym w nich definitywnie. Już i tak mało brakowało, bym przymknęła powieki, by mocniej skupić się na jego zapachu, który był tak wspaniały, że mało brakło, a na ramionach rozsypałaby mi się gęsia skórka. Co się ze mną działo?

Coś mnie do niego ciągnęło. Od chwili, kiedy tylko wpadłam mu niechcący w ramiona podczas ślepej ucieczki, gdzieś w głębi mnie – w samym moim środku, najprawdopodobniej gdzieś w sąsiedztwie serca zakotwiczyło się… coś. Coś, czego nie potrafiłam nazwać, lecz nie dawało mi spokoju, odzywając się odrobinę łaskoczącym, niemożliwym do zignorowania uczuciem, ilekroć pomyślałam o Victorze. Uczucie to ze wszystkiego najmocniej przypominało jakiś rodzaj ognistej niecierpliwości i tęsknoty. Tęsknoty, która potrafiła złamać na pół. Tęsknoty, która sprawiała, że jedyne, na co miałam ochotę, to unieść głowę do wiszącego wysoko na niebie Księżyca i wyć z całych sił, aż osłabłabym i nie miała już siły na to, co to dziwne Coś mi podpowiadało.

Chciałam do niego podejść. Chciałam, żeby mnie objął, zamknął w ramionach, przygarnął do szerokiej piersi i po prostu pozwolił się schować w swojej sile i tym oszałamiającym, doprowadzającym niemal do szaleństwa zapachu. Chciałam… by nazwał mnie swoją.

Tylko że ja już byłam czyjaś. Tak samo, jak on.

Ugryzłam się we wnętrze policzka, by powstrzymać narastający w gardle warkot.

Kate. Słodka Kate o włosach jasnych niczym płynne złoto i tych przepięknych, błękitnych jak bezchmurne niebo oczach. Serdeczna, uśmiechnięta, pomocna i po prostu tak sympatyczna, jak to tylko możliwe. Wysoka, piękna, o doskonałej sylwetce, której nie można było zarzucić kompletnie niczego. Mało brakowało, bym zerwała się z miejsca i rzuciła się, by ją znaleźć i rozszarpać jej gardło.

Nie rzuciła mi wyzwania. Do tej pory ani razu nie zachowała się wobec mnie nie w porządku. Może i trzymała dystans, ale kto by tego nie robił, gdyby w jego domu pojawiła się jakaś obca dziewczyna, która w dodatku nie zamierza kryć się z tym, że przed momentem kogoś zabiła? Nie dziwiłam się jej. I właściwie to myślę, że gdyby okoliczności były inne, zdołałabym ją polubić, być może się zaprzyjaźnić, bo wystarczyło tych kilka spędzonych w jej pobliżu chwil, bym zorientowała się, że bijącej od niej pozytywnej energii nie dało się ot tak zignorować. To był po prostu ten typ osobowości, którego nie dało się nie lubić. Ale…

Ale on jest mój.

Nie, Lily Anne. Victor nie jest i nigdy nie będzie twój. Chcesz swojego słodkiego Przeznaczonego? Ależ proszę bardzo, Marcus na ciebie czeka. Z pewnością wypatruje cię codziennie, zerkając rozmarzonym wzrokiem w gwiazdy, i wyobraża sobie, jakie to piękne powitanie ci zgotuje, gdy wreszcie zrozumiesz, że to on jest twoją przyszłością.

Ciekawe, ile idiotek przeleciał przez te lata?

Porcelana pękła, gdy bezwiednie zacisnęłam na niej dłoń, wkładając w to całą swoją wilkołaczą siłę. Krzyknęłam, czując, jak nadal gorąca herbata rozlewa się na moich kolanach, i zerwałam się na równe nogi, odskakując od stołu.

– Nic ci nie jest? – Victor zaklął cicho, lecz zaraz się zerwał i podał mi ręcznik.

– Chyba jestem cała… – Obejrzałam dokładnie dłoń, lecz drobne skaleczenie, jakie zafundowałam sobie ostrzejszym odłamkiem tworzywa, już przestawało krwawić. – Rany, nie wiem, jak to się…

Jednocześnie rzuciliśmy się do wycierania stołu. Całe moje ciało przeszył ognisty dreszcz, gdy nasze palce zetknęły się na moment zupełnym przypadkiem.

– Wydaje mi się, że między innymi o tym chciałem z tobą porozmawiać.

Ta deklaracja zaskoczyła mnie na tyle, że na moment dosłownie zamarłam.

– Co dokładnie masz na myśli? – spytałam ostrożnie, unosząc wzrok. Jego twarde spojrzenie obudziło we mnie jakiś dziwny lęk, któremu postanowiłam jednak nie poświęcać większej uwagi. Zebrałam porcelanowe resztki ze stołu, siląc się na nonszalancję, i wyrzuciłam je do kosza. Próbowałam ukryć, jak bardzo trzęsły mi się dłonie.

– Mam na myśli złość, Lily.

Mój wewnętrzny wilk przeciągnął się i zamruczał z rozkoszy przez to, w jaki sposób wypowiedział moje imię. Tak miękko, tak… czule. Tak, jak chciałam je słyszeć do końca swoich dni.

Na Księżyc, dlaczego ja nie mogłam przestać o nim myśleć? Jak mocno oberwałam w tę głowę?

– Zawsze łatwo się złościłam – powiedziałam szybko, starając się jak najlepiej ukryć to, co działo się w moim wnętrzu. Do najłatwiejszych zadań to nie należało. Ponownie usiadłam przy stole, podczas gdy wilkołak podniósł się i wziął za parzenie mi kolejnej herbaty. – Mam tak od dziecka.

– Tak? – Obrócił się z czajnikiem w dłoni. – A nie masz wrażenia, że w ostatnich latach mogło się to lekko nasilić?

Wzruszyłam ramionami, udając, że bardzo zainteresowało mnie coś pod paznokciem u lewej dłoni.

– Lily, spójrz na mnie. – Niechętnie usłuchałam i skuliłam się jeszcze mocniej na widok śmiertelnej powagi na jego twarzy. – Powiedz mi, jak dużo wiesz o swoim gatunku?

– Co to za pytanie? – Parsknęłam suchym śmiechem, mającym w założeniu zamaskować zmieszanie. Efekt był dość marny – miałam wrażenie, że raczej dodatkowo je podkreślił. – Jestem Alfą. Moi rodzice mieli pod sobą całą watahę, więc…

– Nie pytam cię o twoje wspaniałe korzenie – przerwał bez śladu wyrzutów sumienia – ale o to, co tak dokładnie wiesz. Zastanów się dobrze.

Wpatrzyłam się jak zahipnotyzowana w kolejny podetknięty mi pod nos kubek. Tym razem nie wyciągałam po niego dłoni, nie ufając sobie do końca.

Co wiedziałam? To pytanie naprawdę było dziwne.

Żyliśmy w lasach. Łączyliśmy się w watahy, a władza była dziedziczna, gdyż gen Alfy przechodził z pokolenia na pokolenie. Klany pojawiały się i znikały – zanikały stare watahy, na ich miejsce powstawały nowe, zawiązywano sojusze, wywoływano wojny, rodzono się i umierano, dokładnie jak w świecie żyjących tuż obok nas ludzi. Mieliśmy swoje tradycje, swoją kulturę, lecz w zdecydowanej większości ani jedno, ani drugie nie różniło się zbytnio od tego, co można było spotkać wśród ludzi…

No, może trochę.

Sojusze pomiędzy watahami właściwie przypominały te, jakie zawiązywało się podczas nigdy niekończącej się wojny. A większość z nich zawierano poprzez małżeństwa.

Natychmiast przed oczami stanęła mi wataha Marcusa.

Choć nasze stada żyły ze sobą w zgodzie od dziesiątków lat i nie zanosiło się na to, by coś mogło ten nasz pokój zburzyć, nigdy za nimi nie przepadałam. Różnili się od nas, i to tak diametralnie, że chyba tylko ślepy by tego nie zauważył, choć ilekroć próbowałam poruszyć ten temat z kimś starszym, okazywało się, że to coś w rodzaju naszego tabu, gdyż przez wszystkie te lata nie dowiedziałam się niczego konkretnego. Owszem, z perspektywy czasu widzę, że ten nasz sojusz podszyty był sporą dawką strachu, ale obojętnie, co by stanowiło jego korzenie, nie wyglądał na kruchy. Gdy Marcus – młody Alfa, który dopiero co przejął rządy po swoim ojcu – poczuł do mnie Więź…

Nigdy nie lubiłam Marcusa. Nie miałam z nim bezpośredniej styczności, gdyż jako nastolatki nie dopuszczano mnie do tak ważnych spraw, jak spotkania naszych przywódców, ale nasłuchałam się o nim wystarczająco. I przede wszystkim posiadałam oczy i zdrowy rozsądek, a w podglądaniu i tropieniu nie miałam sobie równych. Marcus po prostu był tym typem faceta, jakim od zawsze pogardzałam. Był aż przesadnie zadbany, nadmiernie pewny siebie i cyniczny w ten specyficzny sposób, który sprawiał, że ilekroć się odezwał, miałam ochotę dać mu w pysk. Był złośliwy i swoich podwładnych traktował jak służących. Wykorzystywał ich i nie dawał niczego w zamian. Przy rozmowach z moimi rodzicami był o wiele ostrożniejszy, ale też nie było po nim widać, by uznawał ich autorytet, nawet gdy znajdował się na naszym terenie. Po prostu wiecznie wyglądał i zachowywał się tak, jakby był święcie przekonany, że świat powinien bez wahania paść mu do stóp, a to, że jeszcze tego nie zrobił, jest jedynie jakimś drobnym, nieco irytującym niedopatrzeniem. A przede wszystkim…

No cóż, owijać w bawełnę nie będę. Marcus był męską dziwką.

Nie miałam w sumie większego szacunku do lasek, które falami pchały mu się do łóżka – a wręcz dziwiłam im się do tego stopnia, że aż brakowało mi do tego słów – ale nie zmieniało to faktu, że koleś dosłownie każdej nocy miał inną. Zero uczucia, zero szacunku i przywiązania… interesował go tylko seks. Kolejne miłosne podboje. Flirtował dosłownie z każdą, obojętnie, ile miałaby lat i jaki status – byle by była wystarczająco ładna.

Dla mnie seks był zwieńczeniem miłości. Aktem pomiędzy kobietą i mężczyzną, którzy zamierzają ułożyć wspólnie życie. A nie zabawą.

Wiecie, do czego nadawali się moim zdaniem podobni facet? Do tego, by ich upiec w sosie własnym, pociąć na kawałeczki, część zamrozić i wykorzystać jako smaczną podstawę obiadu, by nieco zmniejszyć kwoty wydawane na posiłki. Lub żeby takiego powiesić w roli trofeum myśliwskiego nad kominkiem. Albo rozłożyć jako dywanik przed łóżkiem i deptać do woli, śmiejąc się demonicznie. Ot co. A i tak czasem mnie zastanowiło, czy to nie byłoby okazaniem mu zbyt wielkiej uwagi, bo nie zasługiwał przecież nawet na splunięcie. Po prostu brzydziłam się takimi facetami, i tyle. Więc gdy usłyszałam, że to właśnie on odnalazł we mnie swoją Przeznaczoną…

To chyba oczywiste, że wolałam spakować manatki, pokazać wszystkim środkowy palec i odejść, dokładnie opisawszy wcześniej szacownemu wybrankowi, co o nim myślę.

Ale wracając. Co wiedziałam o wilkołakach? Niektóre z naszych praw były brutalne i niemożliwe dla pojęcia dla ludzi. Byliśmy surowsi, mocniej przestrzegaliśmy dyscypliny i dotkliwiej karaliśmy za jej złamanie, ale to chyba oczywiste, skoro w każdym z nas siedziało tak naprawdę dzikie zwierzę.

Mieliśmy dwie formy – wilkena, w połowie człowieka, w połowie wilka, w którego ciele zachowywaliśmy pełnię własnych zmysłów, i vyrkina – ogromnego wilka, mierzącego w kłębie tyle, ile jako ludzie mieliśmy wzrostu. Przybieranie postaci vyrkina kiedy indziej, niż podczas pełni, gdy było to niezbędne, było surowo zakazane, gdyż jako vyrkiny myśleliśmy jak zwierzęta. I cholernie łatwo było się w tym zatracić.

Żyliśmy. Byliśmy sobą. Jak każdy. Co jeszcze?

– Co takiego mam wiedzieć? – zdenerwowałam się, gdy pomimo tej długiej chwili zastanowienia nie wpadłam na nic konkretnego. – Pojęcia nie mam, o co ci chodzi.

– Wiesz, dlaczego łączymy się w stada? – spytał wprost, widząc, że naprawdę niczego tym sposobem ze mnie nie wyciągnie. Podsunął mi cukier, gdy zaczęłam go szukać.

– Bo wilki to zwierzęta stadne? – Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie. – Powiedz wreszcie, o co ci chodzi!

– Chodzi mi o wilczą gorączkę.

Musiałam mieć wyjątkowo durną minę, bo nie zdołał się powstrzymać i parsknął śmiechem. Autentycznie myślałam, że się udusi, gdy przez dobrą minutę bezskutecznie próbował się uspokoić.

– Masz coś do mojej mimiki? – prychnęłam mało sympatycznie, co tylko sprawiło, że zaczął się dusić jeszcze mocniej. – Wilcza gorączka, tak?

– Już ci tłumaczę. – Z trudem się wyprostował i otarł łzę. – Bo… kuźwa, ty naprawdę nie wiesz, o czym mówię?

– Myślałam, że ta mina wystarczyła ci za objaśnienie. – Skrzyżowałam ramiona na piersi w obronnym geście. Szlag, gdy się tak śmiał, wyglądał jeszcze lepiej niż normalnie. Chyba byłam beznadziejna.

– Musiałaś o tym słyszeć! – zdenerwował się. – Wilcza gorączka jest wpisana w nasze najważniejsze legendy. Przecież nawet dzieci się tym straszy, żeby nie przemieniały się bezmyślnie w vyrkiny.

– Ach, o to ci chodzi! – Nagle mnie olśniło. Poczułam się tak nieznośnie głupia, że kusiło mnie, by wylać sobie tą cholerną herbatę na głowę. I po co tak w ogóle ją słodziłam, do diabła, i to dwa razy, skoro nie lubię słodzonej? – Mówisz o tym… szale, który budzi się w wilkołakach bez stada? – dopytałam ostrożnie.

– Ten szał nazywa się fachowo wilczą gorączką – wyjaśnił. Widocznie ulżyło mu, gdy zauważył na mojej twarzy jakiekolwiek ślady pomyślunku. – Rany, gdybyś nie była modra, to bym zażartował z koloru twoich włosów.

– Tak naprawdę jestem blondi. – Wyszczerzyłam słodko zęby. – Serio. Ale… Rany, jesteś facetem. Skąd wiesz, jaki kolor to modry?

– A co, źle trafiłem? – Puścił mi oczko, pod którego wpływem mało się nie rozpłynęłam.

– To jest coś pomiędzy modrym, turkusowym a morskim – wytłumaczyłam cierpliwie. – Ale nie martw się, wiem tylko dlatego, że czytałam, co napisali na opakowaniu farby.

Roześmiał się. Czy ja źle widziałam, czy on ma dołeczki w policzkach? Kurde, naszła mnie taka ochota, by je wycałować, że aż mnie niemal skręciło na tym cholernym krześle. Coś obok mojego serca zwinęło się boleśnie, wywołując kolejną porcję trudnych do zniesienia łaskotek. Tęskniłam za nim, choć siedział po drugiej stronie pieprzonego stołu.

Ten metr z kawałkiem wydawał mi się odległością niemożliwą do przebycia.

– Dobra, więc wilcza gorączka – przypomniałam jeszcze raz, mając nadzieję, że w ten sposób uda mi się jakoś przegnać serię bolesnych myśli. Nie mogłam tak łatwo się im poddawać. – Wiem o czymś takim. Słyszałam o tym. Ale podobno zdarza się raz na jakiś tysiąc przypadków, dlatego nie skupiałam się na tym specjalnie. Nigdy nie byłam tak niegrzecznym dzieckiem, by ktokolwiek chciał mnie straszyć. – Zaczerpnęłam duży łyk herbaty. Dłoń, w której trzymałam kubek, tak mi się zatrzęsła, że mało brakowało, a cała zawartość naczynia wylądowałaby w moim dekolcie. Nie powiem, trochę kusiło mnie, żeby zaprezentować się Victorowi jako miss mokrego podkoszulka, ale… nie, jakąś tam klasę trzeba mieć, obojętnie jak bardzo się chciało zobaczyć faceta swoich marzeń śliniącego się na mój widok.

– Raz na tysiąc przypadków? – powtórzył, unosząc jedną brew. – Lily, ktoś tu chyba wychowywał cię pod kloszem. Każdy wilk bez stada prędzej czy później choruje na wilczą gorączkę.

Zakrztusiłam się. Spojrzałam na niego z przerażeniem.

– Żartujesz sobie! – wykrztusiłam, mając nadzieję, że zaraz znowu się roześmieje. Już się przekonałam, że miał nieco specyficzne poczucie humoru, więc może…

Nie. Nie roześmiał się.

– Wilkołaki żyją w stadach, by nie oszaleć – wytłumaczył cierpliwie. – Bo wilcza gorączka to nie tylko legenda do straszenia dzieci, tylko coś namacalnego. I o wiele bliższego, niż się nam wszystkim zdaje. Nie trzeba nam wiele, by przemienić się w takiego prawdziwego wilkołaka z horrorów.

– Ty mówisz o tym, co zrobiłam w szkole – załapałam w jednej chwili. – Twoim zdaniem wreszcie po latach mieszkania samotnie odezwała się u mnie wilcza gorączka, tak? Przecież to niedorzeczne.

– Dlaczego tak uważasz? Zabiłaś tego chłopaka. To było złe, Lily.

– On prawie zabił mojego patronusa! – Zerwałam się z miejsca, nie mogąc już zapanować nad wzburzeniem. – Sprawił mu ból! Sam przecież widziałeś, jak wyglądał…

– Nie powiedziałem, że to złe, że broniłaś patronusa – przerwał mi, widząc, że zaczynam się trząść. Przemiana w wilkołaka była już o krok, ale trzymałam się całkiem nieźle, wbrew temu, co musiał sądzić. – Ten człowiek również postąpił źle. Ale gdybyś była w pełni władz umysłowych, skojarzyłabyś, co może dla ciebie oznaczać zabicie go.

Zacisnęłam ze wściekłości pięści, wbijając paznokcie w miękkie wnętrze dłoni niemal do krwi. Odwróciłam wzrok, nie zdoławszy przełknąć rodzącego się w głębi piersi warkotu.

Bo co, jeśli on miał rację? Jeśli to była wilcza gorączka? Nie mogłam zaprzeczyć, że w tej wściekłości, jaka ogarnęła mnie na szkolnym korytarzu, było coś dziwnego. Coś dzikiego, nad czym sama nie umiałam do końca panować, lecz wtedy po prostu nie przyszło mi do głowy, że mogłabym spróbować się uspokoić i rzeczowo podejść do sprawy. Mózg vyrkina nie był przystosowany do tego, by roztrząsać jakiekolwiek kwestie moralne…

Tak, tylko że ja zabiłam Łukasza jako wilken, nie vyrkin. Jako wilken rozkoszowałam się jego cierpieniem i metalicznym smakiem krwi na języku. Jako wilken chciałam słuchać jego krzyków, pragnąc, by w ten sposób odpłacił za wszystko, co zrobił mojemu ukochanemu kotu i mnie samej…

Dobrze, nadal uważałam, że zasłużył na karę. I to brutalną. Ale żeby aż na rozerwanie żywcem na strzępy?

Zrobiło mi się niedobrze. Usiadłam ciężko i ukryłam twarz w dłoniach. W tamtym momencie nawet nie przejmowałam się tym, że Victor wciąż na mnie patrzył. Nie dość, że widział mnie bez makijażu, który traktowałam jako coś w rodzaju tarczy chroniącej przed światem i wspomagacza poczucia własnej wartości w jednym, ale też mazgającą się i trzęsącą ze… strachu.

Tak, bałam się. Bo co teraz ze mną będzie? Utracę siebie? Oszaleję stopniowo, aż zmienię się w bezmózgą bestię? Chyba łatwo można było wywnioskować, że nie zostało mi wcale tak wiele czasu.

Nie przeczytam książek, które chciałam w życiu przeczytać. Nie naprawię żadnej lokomotywy. Nie wydam powieści…

Roześmiałam się przez łzy. Jakie te moje marzenia wydały się płaskie i trywialne w obliczu tego, co się działo…

– Hej! Posłuchaj mnie. – Victor delikatnie potrząsnął mnie za ramię. – Nie powiedziałem ci tego tylko po to, byś zaczęła się bać i myśleć nad testamentem, tak?

– Powiedziałeś, żeby mnie ostrzec. – Rzuciłam mu kamienne spojrzenie, ale wątpiłam, by wyszło mi na tyle dobrze, jak sobie życzyłam. – Ostrzec, co się ze mną stanie… I co mam twoim zdaniem zrobić? Wracać do mojej watahy? Do mojego cudownego Przeznaczonego? Ach, jak ja za nim tęsknię! – Znowu się roześmiałam, łapiąc za serce w teatralnym geście.

– Ty masz Przeznaczonego? – Wyglądał tak, jakbym go co najmniej uderzyła w twarz, ale czułam się tak beznadziejnie, że nie miałam siły się na tym skupiać. Ani roztrząsać tego, dlaczego ze wszystkiego, co z siebie wyrzuciłam, to zainteresowało go najmocniej.

– Mam, ale chuja nienawidzę – wycedziłam, zanim na dobre się zastanowiłam. – Kurde, a miałam nie przeklinać przy ludziach…

– Zrobił ci krzywdę? – W jego głosie pojawiła się stalowa nuta i echo basowego wilczego warkotu.

– Nie. Po prostu jest chujem. – Wzruszyłam ramionami i jeszcze raz napiłam się tej cholernej herbaty. Znowu zrobiłam to jedynie dlatego, że nie miałam lepszego pomysłu na to, co zrobić z własnymi dłońmi. – Nie czuję z nim więzi. I nie wrócę do watahy, jeśli właśnie to sugerujesz. Nie wrócę, bo bym gościa na lewą stronę wywróciła i utopiła w dole kloacznym.

– W dole…? – wykrztusił, ale otrząsnął się szybko z zaskoczenia. – Nie, nie miałem na myśli tego, żebyś wracała do stada. Możesz mnie posłuchać, chociaż przez chwilę nie wymyślając własnych teorii?

– Jasne. Mów. – Pogoniłam go gestem, który w założeniu miał być dumny, lecz wyszedł mi jak u znudzonej księżniczki. Aż miałam ochotę sprzedać sobie za to spektakularnego kopa w tyłek.

– Miałem na myśli to, byś została u nas na stałe.

No tym razem to się polałam.

– Że co?! – jęknęłam, gdy już opanowałam kaszel. – Żartujesz, prawda?

– Jeśli nadal będziesz tak marnować herbatę, to szybko zmienię zdanie. – Skrzywił się w kiepsko udawanej złości. – Mówiłem poważnie. Mamy wystarczająco dużo miejsca, a tobie uratuje to życie.

– Znacie mnie raptem kilka dni – przypomniałam bezlitośnie. – Możecie przeze mnie iść siedzieć. Po pierwsze: ukrywacie zbiegłą morderczynię. Po drugie: coś chyba było w przepisach o zakazie tworzenia watah przez Wygnanych. W dodatku na terenie ludzkiego miasta.

– Nikt nie wie, że tutaj jesteś. I nie masz kompletnie gdzie się udać, nie ukrywajmy. Jeśli nie będziesz próbowała nam specjalnie utrudniać życia, myślę, że nie ma żadnych przeszkód, byś mogła tu zostać.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową, bezwładnie opadając na oparcie krzesła.

– Jesteś przesadnie opiekuńczy.

– Jestem Alfą. A ty wilkołakiem bez watahy, którego ogarnia gorączka. Nie widzę innej możliwości.

Sceptycznie przechyliłam głowę, nie mogąc powstrzymać się od pytania:

– Naprawdę jesteś Alfą?

– Tak. Naprawdę. – Tym razem to on wzruszył ramionami, jakbyśmy rozmawiali o czymś zupełnie nieistotnym.

– Jesteś Wygnanym o statusie Alfy?! – W głowie mi się to nie mieściło. Kolejny raz byłam w takim szoku, że musiałam wyglądać jak kompletna idiotka. – Przecież to niemożliwe!

– A jednak. – Uśmiechnął się złośliwie jednym kącikiem ust. – W mojej watasze były dwie rodziny o statusie Alfy. Żyły obok siebie i nic złego się nie działo. Tamta rodzina uznawała zwierzchnictwo mojego ojca, lecz gdy zmarł… – Uśmiech przeszedł we wściekły grymas, kojarzący mi się ze szczerzącym kły wilkiem. – To mi należała się władza, ale oni nie zamierzali tego słuchać. Wolałem wziąć się stamtąd w cholerę, zamiast wywoływać wojnę domową. Nie zależało mi aż tak na władzy, żeby bawić się w coś takiego, a zostać nie mogłem. Krew przywódcy odzywała się na tyle mocno, że nie potrafiłem znieść nad sobą czyjegoś zwierzchnictwa. Wayne polazł za mną, choć kazałem mu zostać.

– A Kate? – Imię dziewczyny omal nie stanęło mi kością w gardle.

– Dołączyła do nas po paru miesiącach. Była wtedy we mnie beznadziejnie zakochana. – Ponownie się skrzywił, jakby podejmował temat blondynki cokolwiek niechętnie. – A ty dlaczego odeszłaś od swojego stada?

Udałam, że nie zauważyłam tej strategicznej zmiany tematu. Wiedziałam, że za tym kryła się cukierkowa historia miłosna, a słuchanie o tym, jaki to był szczęśliwy z inną, było ostatnim, na co miałam ochotę. I tak to cholerne coś w głębi piersi zaczynało boleć mnie nie do wytrzymania.

– Odeszłam przez mojego Przeznaczonego – wyjaśniłam, okraszając słowo „Przeznaczony” sporą dawką podszytej cynizmem pogardy. – Bo moi rodzice uważali, że to cudowne, że sobie mnie upatrzył, i będziemy stanowić doskonałą parę. Wiesz, na samą myśl już zaczęli snuć plany na jakichś sześciu wnuków do przodu. Nie zrozumieli, gdy grzecznie im tłumaczyłam, że musiałabym paść trupem i zmartwychwstać trzy razy, by uwierzyć, że ten kretyn to mężczyzna, z którym dane mi jest spędzić resztę życia.

– Kto to był? Rodzice nie powinni tak za ciebie decydować, gdyby gościu był jakimś tam sobie zwykłym wilkiem.

– Chłopak jest Alfą. – Skrzywiłam się, jakbym zjadła coś kwaśnego. – Ma na imię Marcus.

Victor zerwał się tak gwałtownie, że mało brakło, a przewróciłby krzesło.

– Mówisz o Marcusie Moltonie?! – wykrztusił, nachylając się mocno w moją stronę.

Udałam, że bijące od jego ciała ciepło nie sprawiło, że cała aż się zatrzęsłam z chęci, by po prostu się na niego rzucić. I to bynajmniej nie po to, by go schrupać… chociaż może troszkę. W takim innym znaczeniu.

– Tak, o tym samym – potwierdziłam. – A co, znasz go?

– Jesteś uciekającą panną młodą Marcusa Moltona? – Znowu się roześmiał, ale tym razem jakby lekko histerycznie. – O rany… Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek tego dożyję! – Zaczął w najlepsze pokładać się na blacie.

– Ślicznie, ale o co ci chodzi?! – zdenerwowałam się. Byłam gotowa nim potrząsnąć, jeśli nie udzieliłby mi wyjaśnień w ciągu najbliższych pięciu sekund.

– Wataha Moltona jest jedną z najpotężniejszych w kraju. Wiedziałaś o tym?

O rany.

– Ani trochę – przyznałam. – Ale mam to szczerze mówiąc tak głęboko gdzieś, że sobie nawet nie wyobrażasz. Jedyne, co bym mogła z tym kolesiem zrobić, to przerobić na szaszłyk. Ale pewnie jeszcze by mi w gardle stanął.

– Moltona właściwie nikt nie lubi – przyznał Victor, gdy już opanował atak wesołości po moim beztroskim wyznaniu. – To po prostu kutas, i tyle… Dlaczego laski tak na niego lecą, to nie mam pojęcia.

– Ja też nie – westchnęłam. – Ja w każdym razie nigdy wśród nich nie byłam. Więc to chyba jasne, że gdy mamusia z tatusiem mi powiedzieli, że oczekują ode mnie, iż obdarzę Marcusa wielką miłością i urodzę mu stadko szczeniaczków, musiałam sobie stamtąd pójść. Obojętnie, czego mi wcześniej nie opowiadano o Wygnanych, ludziach i wilczej gorączce.

– Wiesz, że w jego stadzie byłabyś Luną?

Sarkastycznie uniosłam brew i wskazałam palcem na oko w znanym na całym świecie geście „czy jedzie mi tu czołg?”.

– Chyba tylko z nazwy – sarknęłam. – Jeszcze zanim by mnie doprowadził do ołtarza, zdradziłby mnie z piętnaście razy. Obojętnie, jakiej to wspaniałej pozycji bym tam nie miała, nie mogłam się narażać na to, że ktoś taki mnie choćby sękatym kijem dotknie. Jeszcze bym się od niego czymś zaraziła.

– No ładnie. – Wilkołak pokręcił głową z niedowierzaniem, ale w jego oczach widziałam iskry szacunku. Chyba przestawał powoli mieć mnie za zahukaną, przerażoną dziewczynkę, która zbyt mocno poddała się swojemu instynktowi.

Nigdy nie byłam zahukaną dziewczynką. I nie zamierzałam nią być. Zawsze byłam wredną zołzą, która za dobrze wiedziała, co jej się należy od życia, i umiała to egzekwować.

– Więc jak będzie z moją propozycją? – Ocknęłam się z chwilowego zamyślenia, gdy Victor nagle wrócił do poprzedniego tematu. – Zostaniesz z nami?

– Wygląda na to, że nie mam w tej kwestii żadnego wyboru. – Z udawanym cierpieniem pomasowałam skronie.

– Ach, ten entuzjazm… – Trącił mnie pod stołem nogą. – Rozchmurz się. Mogę ci opowiedzieć parę zabawnych plotek na temat Marcusa.

Uniosłam głowę z nowym entuzjazmem i uśmiechnęłam się szeroko, choć jego niespodziewany dotyk na nowo rozbudził tęsknotę, którą myślałam, że zdołałam na razie wytłumić.

– Czy w przynajmniej jednej z tych plotek dzieje się coś, co wystawia go na pośmiewisko? – spytałam z nadzieją, zacierając rączki.

– W każdej z nich coś takiego się dzieje. Przez swoje usposobienie Marcus jest dość dobrym obiektem do plotkowania…

Z entuzjazmem nadstawiłam uszu.

Wyglądało na to, że drugi raz w ciągu paru lat przekreślając całe swoje dotychczasowe życie i plany na przyszłość, zyskałam rodzinę. Niewiarygodne…

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 201
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!