Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 3. Śmiech

      Śmiech był ostatnim, na co miał teraz ochotę. Kucał i wpatrywał się przygnębiony a zarazem zezłoszczony w to, co miał przed sobą. Widok wzbudzał żałość tak bardzo, że aż bolał. Małe ciało, brudne, pobite, skulone. Ciało najdroższego przyjaciela. Wyciągnął dłoń, chcąc dotknąć jego ramienia, zawahał się, lecz jej nie cofnął.

      – Steve? Bardzo boli? – spytał zmartwiony, przesuwając rękę na chudziutkie plecy.

      – Tylko trochę.

      Pozycja Rogersa przeczyła jego słowom. Kulił się, zakrywając twarz przedramionami, spod których wystawał fragment wykrzywionych ust, zaciskał pięści. Trząsł się, łapał oddech spazmatycznie, niepokojąco. Oblepiało go błoto, mało przypominał porządnego i ułożonego chłopaka, którym był. Przykry, wstrząsający obraz. Dramatycznie znajomy obraz.

      – Jasssne. Właśnie widzę. – Bucky nie chciał, żeby jego głos zabrzmiał tak cierpko, lecz był zły, smutny i zły – Chodź, zabiorę cię stąd. – dodał już łagodniej, tak łagodnie jak tylko on potrafił – Obejmij mnie, dobrze? Dasz radę?

      Steve dał radę. Otoczył ramionami szyję przyjaciela, starając się nie sprawiać sobie bólu poruszaniem się. Ułożył głowę, wygodnie opierając ją o jego tors. Bucky jedną ręką przytrzymywał go za plecy, drugą wsunął pod jego kolana i podniósł pobitego chłopaka z ziemi.

      – Idziemy do domu. – Barnes zakomunikował oczywistość, kierując się we właściwą stronę – Czy raczej ja idę, a ty grzecznie dajesz się nieść. Jak tam twoja męska godność? – zaczepił z zamiarem odwrócenia uwagi od tego, co dotkliwe.

      – Świetnie. Już tyle razy mnie dźwigałeś, że w twoich rękach czuję się lepiej niż na własnych nogach.

      W tonie Steve’a dosłyszalny był zarys uśmiechu. Pozwolił sobie doświadczać ulgi, fizycznej i psychicznej, którą powodowała bliskość jego wybawcy. Ból poobijanego ciała wydawał się już mniej dokuczliwy, choć nie zniknął zupełnie. W ramionach przyjaciela był bezpieczny, uratowany, ukojony. Ile już razy Buck go ocalił? Ile razy opatrywał rany? Ile razy szeptał uspokajająco? Ile razy sam oberwał, broniąc go? Poczuł wdzięczność, ogromną i czystą, przepełnioną miłością.

      – Dziękuję. – rzekł cicho, jego głos zaskoczył Barnesa, wyczuł jak leciutko drgnął.

      – Hm?

      – Naprawdę. Dziękuję ci.

      Nie oczekiwał odpowiedzi i nie usłyszał jej, lecz wiedział, że Bucky zrozumiał, odczuł na czubku głowy jego słodki, przelotny pocałunek.

      – Nie jestem ciężki?

      – Pióra ważą więcej. – Barnes roześmiał się na własne słowa.

      Ten śmiech, taki piękny… złamał Steve’owi serce. Naraz, w tym jednym momencie, czysty dźwięk radości Bucka uderzył w jego uczucia. Niemalże zachłysnął się tym, co do niego dotarło. Pojął, skąd pojawiły się w nim nowe potrzeby, pragnienia. Zakochał się… zakochał się… I nigdy nie będzie mógł tego wyznać, nigdy nie będzie mógł dzielić tego uczucia z ukochaną osobą… z Bucky’m. Ból, który go zaatakował był niemal fizyczny, sprawiał, że ten, który spowijał stłuczone ciało bladł, oddalał się. Nigdy nie usłyszy jak Buck śmieje się, szczęśliwy i spełniony, leżąc u jego boku, nagi, ufny… nigdy nie będzie się z nim kochał… nie pozna smaku jego warg, jego ciała… To bolało, cięło głęboko, wyciskało z oczu niechciane łzy, sprawiało, że drżał.

      – Spokojnie. Wiem, że boli. – Barnes mylnie zinterpretował te dreszcze – Dotarliśmy na miejsce. Zaraz się tobą zajmę. Trzymaj się mocno, muszę otworzyć drzwi.

      Zaczekał aż Rogers poprawi uchwyt, dopiero potem zdjął własną dłoń z jego pleców i sięgnął do kieszeni po klucze, lekko odginając przy tym plecy. Miał ograniczone pole ruchów, ale prócz tego miał coś jeszcze. Wprawę. Bez problemu włożył kluczyk we właściwe miejsce, odchylając się mocniej dla równowagi. Już tyle razy to przerabiali. Mógłby poczuć się zmęczony, gdyby aż tak się nie martwił. Wszedł, zatrzasnął drzwi lekceważącym kopniakiem.

      – Możesz już mnie wypuścić.

      – W y p u ś c i ć? – powtórzył z naciskiem i cicho parsknął Buck – A co, jesteś we więzieniu? Myślałem, że moje ramiona to twoje ulubione miejsce. Sam to powiedziałeś. – skierował się od razu do łazienki.

      – I tak uważam. Ale to tylko paręnaście kroków, a ty jeszcze nadźwigasz się mnie przez całe życie. Znasz mnie.

      – No jasne, bójki to twój żywioł. Możesz tak cały dzień.

      – Bucky…

      – Nie wykłócaj się, bo i tak ze mną nie wygrasz. Znasz mnie. – na koniec Barnes tonem tak mocno pewnym siebie, że aż bezczelnym, zacytował przyjaciela.

      Wkroczył do łazienki, ostrożnie postawił Steve’a i przytrzymywał go chwilę, by upewnić się, że nie runie na podłogę. Pochylił głowę i musnął jego policzek ulotnym pocałunkiem. Zamknął drzwi i podszedł do wanny, zrzucając z siebie przybrudzoną przez Rogersa bluzę, potem koszulkę, której wolał nie zamoczyć. Zatkał odpływ, odkręcił wodę i wyregulował jej ciepłotę, pozwolił by wypełniała wannę i odwrócił się do Steve’a, który stał oparty o ścianę i patrzył w jakiś inny sposób, wydawał się chwiejny, jakby zaraz miał upaść. Zmarszczył brwi.

      – Zaczekaj. – rzekł bez sensu, gdyż chłopak nie uczynił żadnego ruchu. – Pomogę ci.

      Zbliżył się i widząc, że Rogers nie jest w stanie zrobić czegokolwiek, chwycił jego oba nadgarstki w swoją dłoń, uniósł nad jego głowę i przyparł je do ściany. Stał bardzo blisko i był wyższy, przez co jego naga klatka piersiowa znajdowała się centymetry od twarzy przyjaciela, który zaczął robić głębsze wydechy, by złagodzić nagle niespokojny oddech.

      – Trzymaj ręce nad głową. – polecił.

      Puścił i przez moment przyglądał się, czy Steve, będąc takim obolałym…

      (nahajonym)

      … będzie w stanie usłuchać, wprawdzie ręce nieco mu opadły, ale utrzymał je zgodnie z zaleceniem. Chwycił przybrudzoną bluzkę, podciągnął w górę i zdjął z niego łagodnie, żeby nie urazić potłuczonych miejsc. Powtórzył to z koszulką, tak samo subtelnie, miał łatwość w byciu delikatnym, zwłaszcza wobec Steve’a. Spochmurniał i natychmiast odwrócił się, by ukryć własny wyraz twarzy, lecz wiedział, że nie zdążył. Udał, że chciał po prostu zakręcić kurek. Kogo oszukiwał? Steve’a? Jasssne, już wierzy, że się udało. Ale go skatowali. Sukinsyny.

      – Wyjdę z tego, Buck. Nie martw się. – usłyszał lekko ochrypniętego Rogersa.

      – Jasna sprawa. – powiedział, siląc się na lekkość, udało się na tyle, że stłumił wściekłość, ale zabrzmiał sztywno.

      Sukinsyny, pomyślał. Zwrócił się z powrotem do przyjaciela, kierując uważniejsze spojrzenie na jego obrażenia. Małe ciało pokrywały od pasa w górę liczne, różnej wielkości, czerwonawe siniaki i krwiaki. Wiedział, że jeśli chodzi o jego nogi, będzie podobnie. Ukląkł na jedno kolano, zdjął z chudych nóg buty, później skarpetki. Sięgnął do rozporka, a Steve oparł mocno ręce za plecami i obrócił głowę w bok…

      (Ukrył twarz?)

      … czym spowodował w nim jakieś napięcie. Nie rozumiał. Dlaczego ukrył twarz? Czego miał w niej nie dostrzec? Zawahał się, lecz kontynuował, rozpinał zamek i zorientował się z szokiem, że drżą mu ręce. Cholerne nerwy… to nerwy… Wyczuł, że Steve także się trzęsie, słyszał jego oddech, zbyt… nerwowy? Nie, rozemocjonowany. Co się dzieje? Zsuwał spodnie niespiesznie, nieco zdezorientowany, przesunął niechcący, ale i bez strachu czy dyskomfortu, zewnętrzną stroną palców po nogach Rogersa… i uderzyło w niego… uderzyło…

      (dotyk)

      … odczucie, które sprawiło, że wolno, bez zastanowienia, wsunął koniuszki palców za bokserki na prawym biodrze chłopaka, nacisnął lekko materiał gotów, by go zdjąć i… Co takiego?! Chryste. Zreflektował się. Pogłaskał pobliski siniak, imitując, że jego zamiarem była tylko dyskretna czułość. Nie musiał patrzeć na Steve’a, by wiedzieć, że się nie nabrał. Było mu wstyd, że próbował zatuszować to, co niemal zrobił, wykorzystując do tego ranę przyjaciela. Nie chciał… tak wyszło… odruchowa ucieczka… Bał się, ale jednak spojrzał i napotkał jego wzrok.

      Steve patrzył na spłoszonego Barnesa, dostrzegając jego zmieszanie, niepewność, lęk. Odczuł na ciele każdy jego dotyk, nie przegapił niczego. Było mu gorąco z emocji. Czy Bucky…? Czy on właśnie chciał…? Tak, naprawdę tak… prawie to zrobił… Nadzieja mieszała się z podnieceniem. Pragnął tego… pragnął… i Bucky też… przecież on prawie… Dlaczego się wycofał? Dlaczego? Przecież mógł… pozwoliłby mu na to… oddałby mu się, gdyby tylko… gdyby tylko…

      – Chodź, Steve. – szepnął poddenerwowany Buck, podniósł się i wyciągnął przed siebie dłoń – Pomogę ci się umyć.

      Rogers chwycił Bucky’ego za rękę mocno, nieco desperacko, potrzebując od niego każdego możliwego kontaktu. Przyjaciel zerknął na niego z wdzięcznością, uniósł kącik ust w delikatnym, słodkim uśmiechu, jakby dziękował za zaufanie, za to, że nie został odtrącony. Ostrożnie, przytrzymywany przez Bucka, wszedł do wanny w samych bokserkach, otoczyła go bardzo ciepła woda, rany zaszczypały. Już nieraz obaj byli w takiej prywatnej sytuacji, już nieraz widzieli się prawie całkowicie nagimi, lecz nigdy wcześniej nie zaznali skrępowania, niepewności. To było dla nich zwyczajne, wzajemna pomoc ocierająca się o intymność, która jednak nie wykraczała poza jej granice. Tego dnia wykroczyła.

      Buck nie użył gąbki, jak zawsze, lecz własnych namydlonych dłoni, klęczał przed wanną i nachylał się w jej głąb. Masował subtelnie skórę na karku przyjaciela, wcierając w nią pianę, a ten pochylił głowę mocno do przodu, oddając się w jego opiekę, odbierając jego… bliskość… dotyk. Steve wyczuwał na sobie delikatne ręce, które koiły ból obrażeń i zastępowały go bezpieczeństwem, ukojeniem i… zmysłowością. Dłonie Bucky’ego nacierały mydłem jego kark i barki, potem zawędrowały ku niższym partiom pleców, a ruchy te miały w sobie czułość, troskę i przypominały… pieszczotę. Nie… nie tylko przypominały… były pieszczotliwe. Wiedział o tym… tym bardziej, że nie tylko to wyczuwał, ale też słyszał oddech Barnesa, taki cichy, powolny, doznający. Nastrój tej chwili działał na nich obydwu, wpływał na to jak oddychali… jak wzajemnie się w siebie wczuwali…Bucky spłukał gąbką pianę z pleców Rogersa i namydlił je ponownie, nie musiał tego robić, ale chciał. Dotyk był gładki, naturalny, potrzebny im obu, wynikał z uczuć. Powtarzał swoje ruchy tak samo jak poprzednio, jakby znał je na pamięć… jakby emocje im towarzyszące stały się częścią jego duszy. Znów spłukał mydło i przesunął się na kolanach, by znajdować się bardziej z przodu chłopaka, przechylił się bardziej w jego stronę, woda błyszczała mu na przedramionach.

      Steve uniósł głowę i wpatrzył się w Barnesa, który jednak nie odwzajemnił spojrzenia i zaczął delikatnie, lekko drżącymi dłońmi, wcierać pianę w jego szyję, obojczyki, chudą klatką piersiową. Wpatrywał się w zaciśniętą szczękę Bucka, co tylko podkreślało ładne kości policzkowe, w jego zmarszczone brwi, w skupioną, lekko niespokojną, uczuciową twarz. Widział to w nim… widział, że Buck też to czuje… tę zmysłowość… tę chemię między nimi… Widział to w jego niepewności, napiętej szczęce… w całej jego postawie, na siłę wyciszanym oddechu… w łagodnych ruchach dłoni. I wiedział, że Bucky tego nie rozumie, boi się, ale… ale pragnie i… potrzebuje. Wczuwał się w jego dotyk, który… który wywoływał podniecenie… ta subtelność była obezwładniająca.

      Barnes mył teraz dolną część brzucha chłopaka, znacząc go mydlanymi smugami, po czym wszystko spłukał. I znów powtórzył namydlanie, mimo że nie było to konieczne, chciał jak najbardziej przedłużyć tę chwilę, jak najdłużej dotykać… pieścić… ciało przyjaciela. Uniósł wzrok i na chwilę zamarł, dostrzegając w oczach Steve’a jego uczucia, jego… pragnienia. Czy to możliwe? Czy to możliwe, że oni obaj…? Ujął jego twarz, przesuwając kciukiem przez jego policzek, zostawiając na nim linię z piany. Wyciągnął się i zanurzył drugą rękę w wodzie, by ją wypłukać, po czym położył ją na potylicy przyjaciela i lekko nacisnął, by pochylić jego głowę. Przytulił policzek do jego włosów, wyczuwając ich miękkość, po czym pocałował go w głowę długo, uczuciowo. Poczuł na swoim karku jego dłoń, która zjechała nieznacznie niżej, na bark. Spojrzał chłopakowi w oczy, kiedy ten na powrót podniósł twarz i wiedział… dosłownie wiedział, że Steve pozwoliłby mu teraz na wszystko. Jednak… nie mógł… nie mógł zrobić niczego, co mogłoby spowodować… coś innego między nimi. Nie mógł zawieść jego zaufania, nie mógł wykorzystać jego słabości. Wykorzystać? Cholera, nigdy by tego nie zrobił… a poza tym… to przecież nie tak… Kocham cię, pomyślał. Zabrał obie ręce i tą wciąż namydloną przejechał po drugim policzku przyjaciela, zostawiając kolejną smugę. Uśmiechnął się lekko.

      – Wyglądasz, jakbyś nieudolnie próbował skopiować indiańskie barwy wojenne. – powiedział zaczepnie, lecz ciepło, całkowicie ignorując fakt, iż to on sam jest autorem owych znaków.

      Łagodnie zdjął z siebie rękę zaskoczonego tym posunięciem Rogersa, pocałował leciutko jego nadgarstek i namydlił od dłoni aż do barku, nadając swoim ruchom największą możliwą delikatność. Zdawał sobie sprawę, że przyjaciel wciąż patrzy mu w twarz, on jednak był skupiony… nie, starał się być skupiony. Zmył pianę i powtórzył czynność namydlania, tak samo czule, z taką samą miłością. Spłukał, wyciskając gąbkę na skórze, lekko ją do niej przyciskając. Spojrzał na Steve’a, chcąc poprosić o drugą rękę i znów to jak on na niego patrzył sprawiło, że momentalnie znieruchomiał. Boże… Boże… Steve, on przecież… on chce, potrzebuje… Nie. Jest ranny, osłabiony. Nie wie, co myśli. Nie myśli trzeźwo. Pewnie, a on sam jest bardzo trzeźwy, nikt go nawet nie walnął, a miesza mu się w głowie, że…

      – S… Steve? Podasz mi… drugą rękę? – wykrztusił słabo.

      Maksymalnie skupił się na wcieraniu piany w drugą dłoń, potem w nadgarstek i wyżej, mimo stresu i niepewności robił to tak subtelnie, jakby był najspokojniejszym człowiekiem na świecie. Wiedział, że Steve zbyt dobrze go zna, by niczego nie zauważyć. Jasne, że zauważył. Jak mu to potem wytłumaczy, gdy on wydobrzeje? Przepraszam, Steve, odkryłem, że mi się podobasz? I to akurat, gdy byłeś pobity i słaby? Spłukał, namydlił znów. Ale przecież… Steve też to czuje… tak patrzy… Boże, jak on na niego patrzy… To nie może być efekt osłabienia pobiciem. Po prostu nie może… Opłukał ostatecznie jego rękę.

      Namydlił dłonie i zaczął wcierać piankę w prawą stopę przyjaciela, lekko unosząc ją ponad wodę, zajechał na łydkę, czując jak bardzo na niego to działa, potem na kolano. Uspokój się, nakazał sobie w myślach. Zbyt bardzo odbierał to… jako pieszczotę. Starał się być obiektywny… naprawdę się starał… Zaczął namydlać udo, a Steve złapał mocniej za brzegi wanny dla lepszej stabilności… czy raczej z emocji…podniecenia… wynikającego z tego, że go dotykał. Co się dzieje? Co się z nimi dzieje? Nigdy wcześniej…

      (dotyk)

      Niemal wymknął mu się jęk. Obmył wodą z gąbki każdą smugę z mydła po to tylko, aby znów nanieść z powrotem pianę… nie, po to, aby móc dotykać w ten sposób Steve’a. Ale… ale to przecież nic złego… troszczył się o niego… kochał go… pragnął… Nie, nie mógł… Byli przyjaciółmi, a chłopak został tak skopany… Poczuł się winny, że ma czelność myśleć o takich rzeczach, gdy jego Steve był pokiereszowany. Pora wziąć się w garść. Skończył namydlać…

      (pieścić)

      … udo Rogersa, słysząc, że oddech jego przyjaciela niebezpiecznie przypomina cichy rodzaj ekstazy. Wypłukał. Znów naniósł pianę w taki sam sposób jak poprzednio, zaczynając od dolnej części i kierując łagodny dotyk w górę. Potrzebowali tego obaj. Tej intymności, która wnosiła do ich relacji zmysłowość i niepewność. Znów wypłukał, chłonął to jak Steve subtelnie oddycha, doznając jego delikatności… doznając przyjemności. Jednocześnie bał się tego, co tak podniecało go w oddechach Rogersa. Co będzie potem? Co będzie jak ta chwila zawiśnie potem między nimi? Wtarł mydliny w lewą nogę od stopy aż po udo jednym, długim ruchem, czym wywołał u Steve’a nieco głośniejsze westchnienie. Boże… on tak brzmi… tak seksownie… Swojego oddechu nie słyszał, w ogóle zapomniał, że może oddychać. Namydlił dokładniej, wypłukał i znów namydlił, wkładając w swoje ruchy jak największą delikatność, celowo je spowalniając, by ta chwila trwała jak najdłużej, wiedział, że nie będzie mógł pozwolić, by się powtórzyła. Wczuwał się w przeżycia własne i przyjaciela, które były… takie… niesamowite. Na koniec opłukał, odsunął się od wanny i chwycił ręcznik.

      – Wyskakuj z wody, Steve. – zaczął niepewnie, co do tej pory było do niego niepodobne – Ale jesteś teraz czysty. Niemal lśnisz.

      Rogers wyszedł nieco chwiejnie, lecz utrzymał równowagę. Nie był rozchwiany przez obrażenia tylko z powodu Bucky’ego… z powodu jego pieszczot… bo przecież to właśnie zrobił… pieścił go. Nie chciał udawać, że tego nie widział, nie odczuł. Jak on go dotykał… o Boże… jak on go dotykał. O Boże. Pozwolił, by przyjaciel otulił go ręcznikiem, który prowadzony jego silnymi ramionami łagodnie wycierał wodę.

      – Bucky…

      Wychwycił spłoszone spojrzenie Barnesa i już wiedział… wiedział, że on się boi, za bardzo się boi… i już nie pozwoli na więcej. Nie będzie wywoływał tej intymności. Nie, nie… Również się bał, ale… za bardzo pragnął, za bardzo potrzebował… za bardzo kochał. Poczuł na czubku głowy delikatny, długi pocałunek, który oprócz miłości miał w sobie coś przepraszającego, jakby Bucky chciał mu wynagrodzić zbytnią zmysłowość, na którą im obu pozwolił.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 415
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!