Córa rodu Phoenix – Rozdział 38

Sekret rezydencji

                      Sten samotnie zszedł do podziemnej pracowni. Miał przygotować wszystko do otwarcia sali ceremonialnej i zaczekać na swoją panią, która w chwili obecnej omawiała z pozostałymi skrzatami kwestie organizacji rezydencji, na czas przeprowadzenia rytuału. Już w środę ich wspólny dom miał stać się tymczasowym azylem dla licznych gości, mających uczestniczyć w tajemniczym obrzędzie. Pokoi nigdy im nie brakowało, jednak godne przyjęcie ponad dziesięciu gości zaburzało rutynę dnia codziennego. Dodatkowym problemem było to, że przebywać tu jednocześnie mieli zarówno Albus jak i panicz Black, a takie rozwiązanie z całą pewnością mogłoby okazać się kłopotliwe, bez wcześniejszego ustalenia szczegółów. Staruszek westchnął nieznacznie, przysunął drobinę do ogromnego kominka i wspiął się po drewnianych szczeblach. Ostrożnie zdjął wiekowy portret lorda Imeriona, za którym znajdował się niewielki sejf, obłożony kilkoma zaklęciami ochronnymi. W posiadłości znajdowało się pięć sejfów, ale to ten był najważniejszym spośród nich. O jego istnieniu nie wiedział nikt, prócz Lady oraz jej zaufanego, skrzaciego doradcy. Wprawnie zdjął zaklęcia, po czym otworzył drzwiczki za pomocą kodu, który pamiętał znacznie lepiej od daty własnych urodzin. Z najwyższą uwagą wyciągnął z wnętrza niewielką, srebrzystą fiolkę, wypełnioną nieznanym mu płynem i zamknął sejf, powtórnie zasłaniając go obrazem. Zszedł z drabiny, mocno trzymając zagadkową miksturę. Niczego od niej nie wyczuwał, co wydawało się niecodzienne – zazwyczaj każdy magiczny przedmiot roztaczał delikatną aurę. Idąc w stronę magazynu nieustannie wpatrywał się w ciemny płyn, podświadomie próbując go zidentyfikować. Mógł się jedynie domyślać jego pochodzenia, ponieważ nie miał najmniejszego zamiaru zadawać swojej pani pytań, które mogłyby uchodzić za bezczelne. Nie mógł wymagać od Lady tłumaczenia się z czegoś, o czym z całą pewnością mówić nie chciała – zdążył zaakceptować to, że ta kobieta miała swoje tajemnice. Przedarł się przez sąsiadujący z podziemną pracownią magazyn i zatrzymał się przed ścianą, w całości zagospodarowaną półkami na różnorodne, pomniejsze artefakty. Nie za bardzo wiedział, do czego mogła służyć większość z nich i tak na dobrą sprawę rzadko bywał w tej części rezydencji. Panna Crown osobiście dbała o imponujący zbiór magicznych przedmiotów, ponieważ wiele z nich było skrajnie niebezpiecznymi rzeczami, o wyjątkowo niewinnej powierzchowności. To w magazynie jej posiadłości lądowały artefakty, których Legion nie był w stanie odpowiednio przebadać ani zabezpieczyć – nie mówiąc już o wykorzystaniu. Łaskawa gospodyni często poświęcała swój wolny czas, na rozpracowanie bardziej interesujących przypadków i przekazanie ich współpracownikom Dragana, wraz z opracowanymi wytycznymi odnoście działania oraz zabezpieczeń. Bywało, że niektóre egzemplarze okazywały się zwyczajnymi bublami, wprowadzonymi do obrotu przez przedsiębiorczych spekulantów, zdolnych do przekonania naiwnych czarodziei o ich niesamowitych właściwościach. Król podziemia również z takich niewypałów potrafił wyciągnąć korzyści, częstokroć sprzedając je za niemałe kwoty do muzeów, w których brakowało rozgarniętych specjalistów, mogących zauważyć przekręt. Stary majordomus westchnął cicho i uważnie przesuwał wzrokiem po półkach, szukając tej jednej konkretnej. Pracował dla Vallerin od wielu lat. Trafił pod jej skrzydła niedługo po tym, jak jego butne marzenia o rebelii skrzatów spełzły na niczym. W tamtych czasach był młody, arogancki i waleczny, za co zapłacił zdrowiem – niewiele brakowało, by okupił rewoltę życiem. Znał rezydencję jak własną kieszeń i zawsze sądził, że mógłby swobodnie poruszać się po niej na ślepo, nie tracąc ani na moment orientacji. Było tylko jedno miejsce, którego nigdy nie widział na oczy. Sala ceremonialna. Słyszał o jej istnieniu od Gurela, swego szlachetnego poprzednika, po którym przejął nieformalny tytuł przełożonego wszystkich pracujących tu skrzatów. Gurel ponoć ledwie raz był w sali ceremonialnej, towarzysząc swej pani, a jej wspomnienie nie opuściło go do końca życia. Wypowiadał się o niej jak o miejscu wyjątkowo spokojnym, cichym i niewytłumaczalnie niepokojącym, pochłoniętym przez niewzruszony, głęboki mrok. Sten nie wiedział, jak interpretować słowa poprzednika, więc zwykle przytakiwał mu i nie zadawał pytań, zdając sobie sprawę ze słusznego wieku Gurela i jego skłonności do dramatyzowania. Dziś miał się przekonać, czy opowieści poprzedniego majordomusa były prawdziwe, czy przekoloryzowane. W końcu zauważył to, o czym mówiła mu Vallerin – pękaty, gliniany wazon z jakimiś egzotycznymi, bogatymi zdobieniami. Za pomocą magii ściągnął go z półki i ustawił stabilnie na podłodze, nie mając ochoty zbliżać się zanadto. Lady poleciała mu wlać ciecz z sejfu do wazonu i poczekać, aż do niego dołączy, co też uczynił. Niespokojnie zerkał przez ramię, z jakiegoś powodu czując się nieswojo. Nie podobało mu się to naczynie. Wydawało się jakieś takie…wygłodniałe, czego wyjaśnić nie potrafił. By uspokoić myśli, zaczął powtarzać sobie plan na następne dni. Dziś mieli zając się przygotowaniem sali ceremonialnej oraz powierzchni mieszkalnej, by zapewnić gościom należny komfort. Wieczorem lub jutrzejszego ranka miał pojawić się panicz Ethan, po którego osobiście wyruszył mężczyzna o imieniu Akiva. Jutro spodziewali się również przybycia panicza Uriena oraz panicza Dumbledore’a, możliwe że w towarzystwie profesora Snape’a lub profesor McGonagall. W środę około godziny dwunastej doktor Q miał przybyć do rezydencji wraz z Ravenem, Draganem, Syriuszem oraz panią Bastet. Skrzaty zajęły się już przygotowaniem odpowiedniego pokoju, w którym ekipa medyczna mogła bez problemu zaopiekować się poszkodowanym. Rankiem Sten wysłał kilku swoich współbraci do Indrahill, by ustalili z doktorem wymagane wyposażenie oraz listę niezbędnych medykamentów. Z tego co wiedział, rezydencję miało odwiedzić czterech przybranych braci Dragana oraz Ethana, o których do tej pory niewiele słyszał. Imiona Jean, Lio, Akiva i Liam niewiele mu mówiły, a ich twarzy nie znał wcale. Spodziewał się, że byli członkami organizacji kruczowłosego i zastanawiał się, dlaczego nie odwiedzali rezydencji, skoro najwidoczniej byli Lutherami. Raz jeden zapytał o to Vallerin, która odpowiedziała mu tak, jak zawsze, gdy nie chciała czegoś wnikliwie poruszać. Skomplikowane sprawy rodzinne. Nienawidził tego zdania z całego swego serca! Miał olbrzymi żal do braci swojej pani, a także paniczów Luther, jednak niewiele mógł z tym zrobić. Nie, żeby nie próbował! Niejednokrotnie ścierał się z tą bandą niepoprawnych uparciuchów, jednak jego zdanie nie miało dla nich większego znaczenia. Wiedział doskonale o tym, że żaden z Lordów nie pokarał go za bezczelność śmiercią, tylko i wyłącznie ze względu na Lady. Uśmiechnął się szeroko, wracając myślami do znacznie przyjemniejszej niespodzianki. Zastanawiał się, gdzie ulokować panicza Blacka, by nie mógł przypadkiem wpaść na Albusa. Chciał zasięgnąć rady panny Crown, która z uroczym rumieńcem oznajmiła mu, że ona oraz Syriusz będą dzielić jej pokój. Skrzaty służące Lady przez stulecia doskonale wiedziały o tym, że próżno było wyczekiwać mężczyzny, który mógłby stać się stałym mieszkańcem tych włości. W przeszłości często podejmowano próby wyswatania przepięknej panienki z jakimś godnym kawalerem, jednak zawsze kończyło się to spektakularnym fiaskiem, o którym kolejne pokolenia skrzatów dyskutowały szeptem. To właśnie usilne wciskanie płomiennowłosej jednego z kandydatów, doprowadziło do tego, że w końcu straciła cierpliwość i przegnała z rezydencji odpowiedzialnego za to skrzata – pierwszy i ostatni raz w historii. Sten odetchnął głęboko, tłumiąc narastające wzruszenie. Panicz Black był dobrym, wrażliwym, troskliwym człowiekiem, któremu z całą pewnością zależało na Vallerin, a czegóż więcej mógł chcieć ojciec dla swej córki? Pamiętał doskonale o sprawie Salazara oraz staraniach lorda Imeriona, by zakończyć ten nieszczęsny związek, ale nie chciał ślepo stawać na drodze do szczęścia Erin. Zamierzał przyglądać się rozwojowi relacji między tą dwójką i w razie absolutnej konieczności przerwać to wszystko, gotów nawet na poproszenie o pomoc Dragana. Póki co zwyczajnie się cieszył. Vallerin pomimo pozorów jakie stwarzała, była samotna w swojej wielkiej, cudownej posiadłości, okalanej nietkniętą puszczą. Martwiła go wyłącznie jedna rzecz i czuł się z tym paskudnie. Harry Potter. Swego czasu dość sporo rozmawiał z Syriuszem o jego chrześniaku i wiedział, że czarodziej był zdeterminowany, by zaopiekować się chłopcem. Tu pojawiała się przeszkoda, mogąca położyć kres dopiero rodzącemu się związkowi z panną Crown. Pan Potter miał nigdy nie dowiedzieć się o istnieniu Lady, a to oznaczało, że powinien trzymać się jak najdalej od rezydencji. Logistycznie wyglądało to mocno nieciekawie. Panicz Black mógł mieszkać gdzieś poza posiadłością i teoretycznie, gdy Harry był w szkole, nic nie stawało na przeszkodzie, by widywał się z ukochaną. W praktyce jednak, Vallerin czuwała nad jego chrześniakiem w Hogwarcie i spędzała tam większość swojego czasu. Uczniowie oraz przeważająca część nauczycieli znali ją jako wnuczkę dyrektora, a spotykanie się młodziutkiej czarownicy z ponad trzydziestoletnim mężczyzną…z daleka śmierdziało skandalem. Nie mówiąc już o tym, jak potwornie musiałby poczuć się Harry, gdyby jego ojciec chrzestny nagle zaczął prowadzać się z dziewczyną, w której widział przyjaciółkę oraz rówieśnicę. Westchnął ciężko, brutalnie wracając na ziemię. Nic nigdy nie mogło być za proste, prawda? Chciał szczęścia córki i zamierzał wspierać ją, jak tylko będzie potrafił. Może wszystko się wyjaśni, panicz Black odzyska dobre imię i będą mogli polegać na wsparciu Albusa? Któż wie. Jego zadaniem było stanie murem za swą panią, tak jak robił to od wielu lat.

– Skąd ta mina?

Wzdrygnął się, słysząc za plecami łagodny, lekko rozbawiony głos płomiennowłosej. Odwrócił się i uśmiechnął automatycznie, widząc skrzący lazur jej oczu. Nagle ogarnął go błogi spokój. Ta dziewczyna zasługiwała na szczęście i przewrotny los doskonale o tym wiedział, więc wierzył w to, że wszystko tak czy inaczej się ułoży. Po całych wiekach nieustannych problemów, karta nareszcie musiała się dla niej odwrócić.

– Nie podoba mi się ten wazon – wskazał na naczynie, krzywiąc się subtelnie.

– Nic dziwnego – podeszła bliżej i położyła mu dłoń na ramieniu. – To aztecka waza, do której wkładano wycięte ograny, podczas składania ofiar bogom.

– Po co ci coś takiego? – zapytał, nie ukrywając obrzydzenia.

– Jest wystarczająco wytrzymała, żeby znieść porządną dawkę magii – zajrzała do naczynia. – Wlałeś wszystko z fiolki?

– Tak jak poleciłaś, pani – spojrzał na towarzyszkę, która wydawała się zamyślona. – Coś nie tak?

– Nie – zaprzeczyła pospiesznie. – Myślałam, że zostało tego świństwa trochę więcej, ale powinno wystarczyć. Przesuń się za mnie i uważaj na oczy.

Skrzat wykonał polecenie, dla pewności zamykając powieki – nieraz towarzyszył swej pani w eksperymentach i nauczył się poważnie podchodzić do jej ostrzeżeń. Słyszał, jak lazurowooka wyjątkowo dokładnie wymawia coś, co przypominało inwokację, jednak nie zrozumiał ani słowa. Ten dziwaczny język brzmiał bardzo odlegle i niewyobrażalnie znajomo zarazem, choć był przekonany, że wcześniej nie słyszał nic podobnego. Znów zaniepokoiło go to, że absolutnie niczego nie odczuwał…zupełnie, jakby Lady nie posługiwała się magią, co wydawało się założeniem absurdalnym.

– Gotowe!

Powoli otworzył oczy, spodziewając się ujrzeć coś spektakularnego. Poczuł nieprzyjemną igłę zawodu, gdy zauważył, że nie stało się absolutnie nic, poza tym, że ściana się rozsunęła, ukazując ukryte drzwi. Dla wielu mogłoby być to czymś imponującym, jednak on służył córze rodu Phoenix i w ciągu lat napatrzył się na niesamowite rzeczy, które przestały robić na nim wrażenie.

– Rozczarowany? – Vallerin roześmiała się wdzięcznie.

– Odrobinę – przyznał bez ogródek.

– To tylko drzwi do sali, nic wielkiego – wzruszyła ramionami, po czym podała mu dłoń. – Idziemy?

Chwycił mocno jej smukłe palce i pozwolił poprowadzić się przez niezbyt długi, wąski korytarz. Po chwili dotarli do rozległego pomieszczenia, które oddawało to, o czym niegdyś opowiadał Gurel. Pokój, jak na taką powierzchnię, sprawiał wrażenie wyjątkowo pustego i cudacznie cichego. Nie dobiegał tu żaden dźwięk, więc odgłos ich kroków oraz oddechów niósł się bez przeszkód. Wszędzie było ciemno, jednak nie przypominało to mroku, jaki można było zaznać pośród pustkowi w bezksiężycową noc. Ta ciemność…sprawiała wrażenie żywej. Pulsowała wszędzie wokół nich, raz przybierając, raz tracąc na sile, a on nie mógł dostrzec niczego, poza śnieżną skórą dłoni swej pani. Jej sylwetka zniknęła, napawając go niejasną paniką. Czuł się tu bezpiecznie, co nieprzyjemnie kontrastowało z poczuciem całkowitej izolacji. Jeśli miałby to do czegoś przyrównać, najodpowiedniejszym wydawało mu się samotne nurkowanie, gdy wszędzie wokół była wyłącznie ciemna, opustoszała woda. Sam nie wiedział, czy podobało mu się to doświadczenie, czy wręcz przeciwnie – zbyt wiele skrajnych emocji. To była pustka. Niby zwyczajna, a nadzwyczajna zarazem. W końcu zatrzymali się. Vallerin uniosła wolną rękę, zapalając dziesiątki świec, unoszących się pod sufitem. Ich miękki blask rozlał się po pomieszczeniu, umożliwiając Stenowi rozejrzenie się. Pokój naprawdę był niemalże pusty. Jednolite, czarne ściany pozostawały wolne od wszelkiego rodzaju ozdobników. Na środku stał wielki, kamienny ołtarz, otoczony czterema mosiężnymi, pięknie wykonanymi świecznikami i to wszystko. Oprócz ściec i ołtarza nie było tu niczego więcej. Lady podeszła wprost do ołtarza, więc podreptał za nią, przez chwilę walcząc z chęcią zadania cisnących się na usta pytań. Nie zdążył się zdecydować, ponieważ płomiennowłosa położyła dłoń na kamieniu i powtórnie wypowiedziała inwokację w melodyjnym, obcym języku. Potężny, masywny głaz odsunął się, ukazując prostokątną dziurę w ciemnej podłodze.

– Cokolwiek by się nie działo, nie wolno ci puszczać mojej ręki, rozumiesz?

Zdezorientowany skrzat spojrzał w oczy swojej pani i zamarł na moment. Jej lazurowe tęczówki stały się płomieniste, a to oznaczało jedno…cokolwiek nie czekałoby tam na dole, wymagało uwolnienia potencjału rodu Phoenix. Ociężale skinął głową, dla pewności poprawiając chwyt na jej dłoni. Lady uśmiechnęła się do niego pocieszająco, po czym wymówiła kolejne zaklęcie. W ciemności rozbłysły srebrne, migotliwe schody. Zanim zeszli, otoczyły go płomienie Lady Crown, w których objęciach poczuł się nieco pewniej. Powoli pokonywali kolejne stopnie, aż w końcu stanęli na twardym gruncie. Sten omiótł wzrokiem nową lokację, całkowicie już zbity z tropu. Wyglądało to na normalną, ładnie urządzoną sypialnię, jednak wszystkie ściany, sufit oraz podłoga były kompletnie czarne. Sprawiało to wrażenie pokaźnego, prostokątnego bloku, który przystosowano do zamieszkania. Srebrzyste schody zniknęły, zostawiając ich w niecodziennych podziemiach.

– Co to za miejsce? – odważył się zapytać, gdy jego pani przystanęła obok niewielkiej, białej komody. Sięgnęła po stojące na niej zdjęcie w drewnianej ramie i uśmiechnęła się melancholijnie. Nie odpowiadała, więc zdecydował się przypomnieć o swojej obecności. – Vallerin?

– To moje więzienie – odpowiedziała, bez cienia emocji.

Stenowi zrobiło się wręcz słabo. Jak to, jej więzienie?! Słyszał o klatce, w której bracia zamknęli ją na trzy stulecia. Zawsze sądził, że znajdowała się dziesiątki kilometrów do rezydencji, więc jakim cudem, była tuż pod nią?! Jak i co ważniejsze, dlaczego? Chwilę mu zajęło, zanim uspokoił się na tyle, by odzyskać jasność myślenia. Rozejrzał się powtórnie, tym razem znacznie uważniej. Wszytko wyglądało na pozór normalnie. Jasne, urokliwie wykonane meble tworzyły wysmakowaną, doskonałą całość, jakiej nie powstydziłaby się rezydencja. Na nocnym stoliku stał ceramiczny wazon z bukietem czarnych, szklanych róż. Nie było tu okien, a jednym źródłem światła był kryształowo-srebrny żyrandol, który całkowicie wystarczał, by nie było ciemno. Na czarnych ścianach wisiały rozliczne obrazy, uwieczniające posiadłość oraz widoki, rozpościerające się z tarasu. Pośród malowideł wyróżniało się jedno. Prześliczne płótno, przedstawiające znajomego mężczyznę, trzymającego na rękach małą dziewczynkę o płomiennych, długich włosach. Lord Imerion. Na tym obrazie wyglądał na nieco młodszego, niż na portrecie w pracowni, jednak jego szlachetnej twarzy nie dało się pomylić z żadną inną. Gdy się uważniej popatrzyło, na niektórych fotografiach widnieli Lordowie, w znacznie mniej poważnej, zachowawczej formie, niż można było się spodziewać. Sten domyślał się, że te obrazy były odwzorowaniem wspomnień jego pani, co wzbudziło jego zainteresowanie. Najwidoczniej Lady nie postrzegała swoich braci tak, jak sami chcieli być widziani. Nawet podczas uwięzienia, musiała za nimi tęsknić, więc rekompensowała sobie rozłąkę, otaczając się ich wizerunkami. W jednej z ramek dostrzegł obraz, który przyprawił go o ciarki. Przedstawiał on cztery postacie – dwóch mężczyzn i dwie kobiety – stojące na tle zamku, który miał okazję niejednokrotnie odwiedzić. Hogwart. Powoli przestudiował twarze bohaterów obrazu, nie mając wątpliwości, na kogo patrzył. Rowena Ravenclaw, Helga Hufflepuff, Salazar Slytherin i Godryk Griffindor. Na kolejnym zdjęciu zauważył radosne, roześmiane twarze skrzatów, które musiały służyć w rezydencji, zanim zamknięto pannę Crown. Przestał się rozglądać, kiedy jego pani ruszyła ku jednej ze ścian, wyróżniającej się na tle pozostałych. Jako jedyna była całkowicie pusta, a przy niej stał pysznie zdobiony szezlong, obity ciemnozielonym atłasem. Panna Crown przyklęknęła na siedzisku, przyłożyła czoło do ściany i wymówiła zaklęcie, po czym rozsiadła się wygodnie, najwidoczniej na coś czekając. Nie mając wyboru usiadł obok niej.

– Vallerin? – zaczął nieśmiało.

– Tak?

– Dlaczego twoje więzienie znajduje się pod rezydencją? – wyparował pospiesznie, zanim zdrowy rozsądek każe mu się powstrzymać.

– To długa historia, Sten – zaśmiała się oszczędnie. – Porozmawiamy o tym, kiedy przybędą nasi goście, dobrze?

– Goście? – zaczynało się robić coraz dziwniej.

– Owszem. Potrzebuję ich pomocy, jeśli mamy uratować Ravena – spojrzała w sufit. – W tym stanie bardzo mało prawdopodobne jest, żeby przeżył rytuał. To już nie przypomina tworzenia kontraktu, jak w przypadku każdego innego Strażnika. Obawiam się, że jest to przedsięwzięcie, ocierające się o górne granice moich możliwości, dlatego potrzebuję wsparcia.

– Masz przecież paniczów Luther, łącznie z paniczem Urienem – skrzat rozumiał coraz mniej. – Nie wyobrażam sobie lepszego wsparcia.

– Nawet moich braci? – zapytała z przekąsem.

– No cóż… – zanim rozwinął myśl, przerwała mu.

– Wsparcie Lordów na nic by nam się nie zdało, Sten – zacisnęła palce na jego dłoni. – Nie chcę, żeby zbliżali się do Ravena i Dragana, ale to nie jedyny powód. Wszystkiego się dowiesz, obiecuję.

Zamilkł, rozumiejąc, że nie pozostało mu nic, poza cierpliwym czekaniem. W międzyczasie systematycznie studiował pomieszczenie, dostrzegając w nim coraz więcej gorzkich, przygnębiających szczegółów. Nie mógł sobie wyobrazić, jak jego pani musiała się czuć, uwięziona tutaj przez długie stulecia. Sam najpewniej oszalałby już po roku. Nagle jego uwagę zwróciły dwa cienie, przenikające przez czarną ścianę, tuż obok szezlongu. Przez kilka minut czaiły się, wprawnie przemykając wśród mroku, jednak z każdą chwilą zbliżały się coraz to bardziej. Wyglądały podobnie do ciemności, która otulała pomieszczenie na górze, jednak te z całą pewnością były żywe. Panna Crown wstała i uśmiechnęła się radośnie.

– Możecie przybrać ludzkie formy? – przemówiła łagodnie – Mamy tu niewtajemniczonego.

Cienie zatrzymały się i zaczęły wyostrzać, przybierając ludzkie kształty. Gdy skończyły w pomieszczeniu stały dwie osoby – mężczyzna i kobieta. Obydwie postaci były imponującego wzrostu. Sten zawsze uważał Dragana za bardzo wysokiego, jednak przy przybyszach wydawał się ledwie wyrośniętym podlotkiem. Smukła, czarnowłosa kobieta, o śniadej karnacji i kocich, ciemnych oczach mogła mieć jakieś dwa i pół metra. Towarzyszący jej blady mężczyzna był jeszcze wyższy, najprawdopodobniej spokojnie przekraczając trzy metry. On dla odmiany miał nietypowe, krwistoczerwone oczy i opadające na ramiona, bordowe włosy. Pomimo starań, nijak nie przypominali istot ludzkich.

– Czyżby twój świat padł w końcu na kolana, Lin?

Dudniący, zachrypły głos mężczyzny przyprawił Stena o ciarki. Niby Dragan brzmiał trochę podobnie, ale ton czerwonookiego miał znacznie bardziej złowieszczy wydźwięk. Mimowolnie wstrzymał oddech, gdy wysoka kobieta przyklęknęła przed nim, przypatrując mu się ciekawie.

– Jeszcze nie tym razem, Shy – Vallerin uśmiechnęła się do mężczyzny. – Mam do was prośbę.

– Skoro tak, rozmawiajmy! – przybysz usiadł na podłodze, koło łóżka – Lin!

– Trzymaj – płomiennowłosa przewróciła oczami i wyczarowała kompanowi kufel zimnego piwa.

– Co to za stworzonko? – w końcu odezwała się kobieta, wskazując na wystraszonego majordomusa.

– To Sten – panna Crown położyła dłoń na barku staruszka. – Jest skrzatem domowym.

– Ale uroczy! – czarnowłosa ostrożnie dotknęła palcem nosa skrzata, ku jego niezadowoleniu.

– Mogłabyś dać mu proszę symbol przyzwolenia? Nie sądzę, żeby czuł się swobodnie, skoro musi ciągle trzymać mnie za rękę.

– Nie ma sprawy. Nie ruszaj się, skrzaciku.

Kobieta położyła palec tuż nad nosem Stena. Przez chwilę poczuł chłód, jednak nie mógł powiedzieć, by było to doświadczenie nieprzyjemne. Kiedy odsunęła rękę, przyłożył dłoń do swojego czoła. Wyczuł coś, co kształtem przypominało niewielki, zimny kryształek. Trochę spanikował, gdy Lady puściła jego dłoń, jednak nie stało się nic strasznego, więc rozluźnił się odrobinę.

– Jestem Aramon – kobieta podała mu dłoń, którą uścisnął. – Tamten pijak to Shyar.

– Zważaj na słowa, wyrocznio od siedmiu boleści! – uniósł się czerwonowłosy – Co cię do nas przygnało, Lin?

– Kłopoty – panna Crown westchnęła ciężko, siadając na łóżku obok mężczyzny.

– Niczego innego się nie spodziewaliśmy – dołączyła do nich Aramon, ciągnąca za sobą Stena. – Znowu twoi upośledzeni bracia?

– I tak i nie.

Po tych słowach Vallerin opowiedziała im o wszystkim, co zaszło w przeciągu ostatnich dni. Majordomusa odrobinę zaskoczyło to, że jego pani nie wzbraniała się przed ujawnieniem najmniejszych detali, a zwykle nie była specjalnie skłonna do przesadnej wylewności. Osobliwa dwójka słuchała jej uważnie, rozumiejąc znacznie więcej, niż skrzatowi mogło się wydawać. Nie wiedział kim oni byli, ale w ich towarzystwie czuł się coraz bardziej swobodnie, pomimo początkowej paniki. Właściwie to pojęcia nie miał, skąd to wynikało, ale nie mógł narzekać. Było w nich coś…pocieszająco znajomego.

– Potrzebujesz miejsca, które przetrzyma uwolnienie twojej pełnej mocy – krótko podsumował Shy, opróżniając trzeci już kufel.

– Dokładnie. Mogłabym zaryzykować w mojej posiadłości, ale obawiam się skutków ubocznych. Wyzwolenie tak dużych pokładów magii, mogłoby wywołać anomalię o niespotykanym dotychczas rozmiarze i nie jestem pewna, jak świat by to zniósł.

– Za bardzo cackasz się z tymi ludzkimi robalami – wysyczała Aramon. – Wiem, że to twoje zadanie, Lin, ale naprawdę obchodzisz się z nimi jak z jajkiem. Swoim kosztem.

– Wiem o tym – roześmiała się płomiennowłosa. – Mam wśród ludzi przyjaciół i nie chcę zamienić ich świata w dymiące pustkowie.

– Taka piękna – czerwonooki delikatnie chwycił jej podbródek – tak cholernie potężna i jeszcze bardziej miłosierna. Przeżyć nie mogę, że to tobie przypadło w udziale użeranie się z nimi, tam na górze. Powinnaś zebrać swoich durnych braci i wrócić do domu. Do nas.

– Do domu? – skrzat powtórzył mimowolnie.

– Skrzacik nie wie? – Aramon rzuciła Vallerin pytające spojrzenie i uśmiechnęła się, gdy ta zaprzeczyła, kręcąc głową – Twoja pani jest Mistyczną. Jej moc, a więc i ona sama pochodzi od niegdysiejszej pani magii, imieniem Lilith. Lilith była upadłą, tak samo jak my, ale spotkała ją znacznie większa kara za sprzeniewierzenie się woli Ojca.

– Jesteście upadłymi?! – poderwał się Sten – Jak pan Samael?!

– Całkiem śmiałe stwierdzenie, stworku – Shy wzruszył ramionami. – Samael przed upadkiem był aniołem, znacznie wyższym od nas rangą i teraz jest podobnie. My nie mamy bezpośredniego wpływu na świat na górze – wskazał palcem sufit. – Możemy w nim oczywiście mącić, ale bardziej subtelnie i z gracją! – zaśmiał się ochryple – Upadli naszego pokroju są raczej głosem, ściągającym ludzi ku zatraceniu. Jesteśmy tym cichym szeptem, namawiającym do skierowaniu się ku mrocznej części ich natury. To my mamimy ich bzdurnymi, pięknymi obietnicami. Wystawiamy ich na próbę i odnosimy sukces znacznie częściej, niż Ojczulek zakładał – śmiech przybrał na sile. – Wiesz, stworku, wolny wybór nie ma najmniejszego znaczenia, jeśli nie masz między czym wybierać. Upadli są alternatywą dla dobra, którego orędownikami są nasi pierzaści bracia. Każdy z nas ma swój przydomek, mniej więcej określający typ naszego działania na ludzi. Aramon nazywana jest Wyrocznią Głupców – Sten przeniósł wzrok na kobietę, która potaknęła z uśmiechem. – Potrafi zsyłać ludziom fałszywe wizje przyszłości. Ja jestem Świętym od Morderców – dumnie wypiął pierś.

– Nikt tu cię tak nie nazywa – Aramon westchnęła z irytacją. – Za dużo komiksów się naczytałeś!

– Nie powiesz, że to nie pasuje idealnie – roześmiał się, dając znak Erin, że oczekuje kolejnego piwa.

– Pasuje – niechętnie przyznała czarnooka, po czym przeniosła spojrzenie na majordomusa. – Shyar jest artystą krwawych zbrodni. Delikatnie popycha dobrych, prawych ludzi do ich popełniania, w imię odnoszenia różnorodnych korzyści. Jest w tym tak skuteczny, że i świętego byłby w stanie w końcu złamać, jeśli przejawia takie skłonności.

– Żadną zabawą jest namawianie człowieka do zbrodni, jeśli nie posiada naturalnej blokady – bordowowłosy wyszczerzył się upiornie. – Swoją drogą, stworku, nie zauważyłeś, że Lin wymawiała zaklęcia spaczonym enochiańskim?

– Czym? – Sten był już skrajnie skołowany napływem informacji.

– Enochiański to język aniołów – czarnowłosa pospieszyła z wyjaśnieniem. – Upadli posługują się jego zniekształconą wersją, bo pierwotnym już nie możemy. Lin całkiem płynnie mówi w obydwu odmianach.

– Miałam trzysta lat, żeby się nauczyć – Erin mrugnęła porozumiewawczo do majordomusa.

– Państwo towarzyszyli tutaj mojej pani? – Sten coraz bardziej wkręcał się w opowieść.

– Ja opowiem – Shayar podniósł rękę, zanim Aramon zdążyła się rozgadać. – To miejsce w którym teraz jesteśmy jest jedną z setek tysięcy klatek. Zamyka się w nich wyjątkowo niebezpieczne osobniki, a naszym zadaniem jest niepozwolenie im nawiać, bo mogłyby siać niezłe spustoszenie w świecie na górze. Wieki temu w tej klatce wylądowała pewna istota. Niby nic niezwykłego, ale nie była taka, jak większość naszych przymusowych gości, więc wzbudziła nasze zainteresowanie. Nie wolno nam odwiedzać uwięzionych, dlatego przychodziliśmy tutaj z Aramon i siadaliśmy po drugiej stronie ściany. Dzień w dzień rozmawialiśmy z Vallerin i tak zaczęła się nasza przyjaźń – objął ramieniem płomiennowłosą, przyciągając ją bliżej siebie. – Od początku coś nam nie pasowało, więc zaczęliśmy węszyć, dlaczego w ogóle się tutaj znalazła i odkryliśmy, że nie stał za tym żaden odgórny plan, tylko fanaberia pozostałych Mistycznych. Lin nigdy nie powinna się tu znaleźć, dlatego mogła swobodnie odejść, ale nic nie jest w stanie wynagrodzić jej tych trzystu lat.

– Pozwoliliśmy jej zachować tę klatkę – upadła wtrąciła się, przejmując snucie opowieści. – Jako, że nie jest to dłużej więzienie, możemy tu swobodnie wchodzić. Klatki zbudowane są z materii, pochłaniającej każdego rodzaju siłę. W ich wnętrzu można bez przeszkód czarować, jednak wszelkie ataki wymierzone w ściany, zostaną zwyczajnie pochłonięte. Lin poprosiła, żebyśmy zostawili jej klatkę, jako swoistego rodzaju schron.

– Schron? – Sten wbił wzrok w oczy Lady.

– Nie wiedziałam, co czeka mnie po latach uwięzienia – westchnęła ciężko. – To miejsce jest odizolowane od wszystkiego. Jeśli zamknie się schody, nijak nie można się do niego dostać ani z niego uciec. Muszę myśleć o wielu scenariuszach, Sten – spojrzała na niego z ubolewaniem. – Moi bracia wpadają na różne pomysły i chcę mieć sekretne miejsce, w którym w razie konieczności będą mogli schować się ludzie, żeby spokojnie przeczekać trudne czasy. Klatki nie mają jakiejś określonej powierzchni, więc jeśli zajdzie taka potrzeba, spokojnie dostosują się do wymogów. Mogę ją swobodnie modyfikować magią, co również jest zaletą.

– Przygotowała panienka azyl dla ludzi? – oczy majordomusa zaszkliły się nieznacznie.

– Nie tylko dla ludzi. Jeżeli dojdzie do najgorszego i wybuchnie wojna pomiędzy Phoenixami, Shy i Aramon pomogą mi ze zorganizowaniem szeroko zakrojonej ewakuacji ludzi, magicznych stworzeń oraz zwierząt. Dlatego z ich pomocą przesunęłam klatkę pod rezydencję i połączyłam wszystko salą ceremonialną.

– Nie dziw się, stworku – czerwonooki wyciągnął dłoń ku pannie Crown, która podarowała mu kolejne piwo. – Zadaniem Lin od zawsze było dbanie o ludzi. Swego czasu my nie potrafiliśmy pogodzić się z tym brzemieniem, dlatego skończyliśmy jak skończyliśmy, ale ona jest w tym świetna.

– Gdyby tylko twoi bracia mieli więcej oleju w głowie, zaoszczędziłoby to nam wszystkim problemów – warknęła Aramon. – Masz już dość roboty z czuwaniem nad ludźmi, bez ich szczeniackich wygłupów. Jeszcze ten nieszczęsny człowiek… – pokręciła głową. – Musi być z niego imponujący kretyn, skoro rzucił się na Mistycznego.

– Zrobił to mając nadzieję, że zdołam uratować chociaż Dragana. Jestem mu to winna, Aramon.

– Ja jestem za! – Shy rzucił kufel, który zwyczajnie zniknął w ścianie – Jeśli już potrzebujesz Strażnika, to niech będzie nim facet na tyle szalony, by bez wahania oddać życie!

– Ty to akurat masz kompletnego bzika na punkcie męskości i aktów heroizmu – brunetka przewróciła oczami. – Jak miewa się upiorny mieszaniec? – choć Sten słyszał to określenie pierwszy raz, był całkowicie przekonany, że upadła mówiła o Draganie, co niezmiernie go rozbawiło.

– Rozkręca się – płomiennowłosa nie chciała wchodzić w szczegóły. – Jeśli zgodzicie się pomóc mi z rytuałem, wkrótce go spotkacie.

– Oczywiście, że ci pomożemy, Lin – kobieta uśmiechnęła się ciepło. – W zamian pozwolisz nam porozmawiać trochę dłużej z mieszańcem?

– Tylko nie przeciągajcie go na złą stronę!

– My?! – Shyar wstał i wziął na ręce Vallerin, przybierając marsową minę – To ten szatański pomiot może mieć zły wpływ na nas.

– Przesadzasz! – płomiennowłosa uszczypnęła jego policzek.

– Nie przesadzam – nagle spoważniał. – Ja go nie widzę, Vallerin. Dostrzegam każdego człowieka i prawie człowieka o morderczych zapędach, a jego jednego nie widzę. Strasznie mnie to wkurwia, wiesz? Żyjemy sobie od tysiącleci i coś takiego…zdarzyło mi się po raz pierwszy. Nie mam pojęcia, czym on jest.

– Moim przyjacielem – Lady rzuciła ostrzegawczo.

– Nie złość się, Lin – Aramon chwyciła jej dłoń. – Po prostu jesteśmy ciekawi, tylko tyle. Nie zamierzamy go skrzywdzić. Chcemy go poznać i z nim porozmawiać.

– Na tyle mogę się zgodzić. Postawisz mnie? – zwróciła się do Shayara.

– Niechętnie – wymamrotał, jednak spełnił prośbę. – Masz wystarczająco dużo esencji, żeby swobodnie otwierać przejście?

– Nie bardzo. Dziś zużyliśmy końcówkę – zerknęła na Stena.

– Zostanę tu ze skrzacikiem, a wy idźcie po zapas – zadeklarowała się upadła. – Tylko pilnuj, żeby się nie zgubiła – zwróciła się do kompana.

– To się nastałaś! – prychnął czerwonooki – Wskakuj na barana i staraj się nie zwracać na siebie uwagi. Niedługo wrócimy.

Po tych słowach wziął Vallerin na plecy i przeniknął przez ścianę, zostawiając Stena sam na sam z czarnowłosą. Kobieta nie chciał straszyć dziwnego stworka, dlatego usiadła na szezlongu, przyglądają mu się nienachalnie. Siedząc w swoim królestwie, nie mieli fizycznego kontaktu z górnym światem. Znali myśli oraz serca zamieszkujących go ludzi, jednak niezwykle rzadko przenikali do niego, widząc go na własne oczy. Może i kiedyś spotkała jakiegoś skrzata, jednak nie zachowała takiego wspomnienia i była bardzo ciekawa, czym tak właściwie było to niepozorne stworzonko. Sten czuł na sobie jej spojrzenie i choć nie miał na to większej ochoty, usiadł obok niej, dając tym samym przyzwolenie na rozmowę.

– Jesteś jakąś mniejszą wersją człowieka? – kobieta oparła policzek na otwartej dłoni.

– Nie! – zaprzeczył ostro – Jak powiedziała Vallerin, jestem skrzatem domowym. To taki rodzaj magicznych stworzeń.

– Magicznych, mówisz… – zamyśliła się na moment. – Mini czarodzieje?

– Nie jesteśmy czarodziejami – zaczynał się irytować, ale wprawnie to ukrył. – Posługujemy się magią, ale nie tak, jak czarodzieje.

– Czym się zajmujecie? – Aramon nie dawała za wygraną.

– Pracą – rzucił, nawet się nie zastanawiając. – Skrzaty domowe pracują dla czarodziei. Żyjemy tylko po to, by służyć swoim panom.

– Brzmi ohydnie – skrzywiła się z niesmakiem. – A jeśli nie chcecie pracować?

– Nie możemy odmówić swojemu panu – westchnął, mimowolnie wracając do lat zniewolenia. – Jesteśmy związani czarem, który uniemożliwia nam niewywiązanie się ze swoich obowiązków.

– Niewolnicy? – brunetka uniosła się nieznacznie – To mi jakoś nie pasuje do Lin.

– Panienka Crown nas nie więzi – uśmiechnął się szeroko. – W jej rezydencji pracują wyłącznie skrzaty, wyzwolone spod jarzma dawnych panów. Lady zapewnia nam dach nad głową, jedzenie, pieniądze i urlopy, a my odwdzięczamy się jej dbaniem o posiadłość z własnej woli. Jeśli któryś z nas chce odejść, panienka puszcza go wolno i daje mu środki, na rozpoczęcie nowego życia.

– To już brzmi typowo jak Lin – kobieta zaśmiała się, przyciągając uwagę majordomusa. Wiedział mniej więcej, że miał do czynienia z istotami spaczonymi upadkiem, ale śmiech Aramon bardzo mu się podobał. – Uważasz, że Vallerin dobrze robi, wybierając tego człowieka na Strażnika?

– Czemu pani mnie o to pyta? – podejrzliwie uniósł brew.

– Nigdy nikogo tu nie przyprowadziła, chociaż odwiedza nas regularnie – czarnooka oparła się plecami o ścianę. – Musi ci bezgranicznie ufać, skrzaciku, skoro postanowiła wyjawić ci największy sekret jej rezydencji. Chcę wysłuchać opinii zaufanego.

– Uważam, że panienka dobrze wybrała – splótł ręce na piersi. – Nigdy nie oddała by tytułu Strażnika komuś, kto nie dorównuje lordowi Imerionowi. Z paniczem Ravenem rozmawiałem ledwie kilka razy, ale zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Tylko on i moja pani potrafią utrzymać Dragana w ryzach – zaśmiał się lekko.

– Nasz mieszaniec. Jeśli mam być szczera, niepokoi nas istnienie kogoś takiego, skrzaciku.

– Panicz Luther jest całkowicie oddany Lady Crown. Nie musicie się obawiać.

– Chciałabym w to wierzyć – nonszalancko założyła nogę na nogę. – Ja też go nie widzę, tak jak Shayar. Nie mogę go odszukać, ani wpłynąć na niego wizjami. Jego umysł musi być albo zablokowany przed naszym wpływem, albo całkowicie różnić się od umysłów innych ludzi.

– Pozna go pani i sama się przekona – uśmiechnął się pocieszająco. – Przyjaźni się z panem Samaelem, więc nie może być taki znowu zły.

– Mieszaniec przyjaźni się ze Śmiercią?! – wykrzyknęła poruszona – Ten chłopak widzi Samaela?

– Wydaje mi się, że tak – przytaknął niezbyt chętnie. – Panienka Crown wspominała, że ma tak od chwili śmierci jego matki.

– Sprawa wygląda bardzo zagadkowo, skrzaciku. Pojawiła nam się kolejna opcja. Być może nie widzimy mieszańca, nie dlatego, że jest z nim coś nie tak. Być może nie dostrzegamy go, ponieważ sam jest jednym z upadłych, wyższych od nas rangą.

Nastała między nimi dłuższa chwila ciszy. Sten nie był pewien, czy nie powiedział za dużo i jego bezmyślne gadulstwo nie ściągnie na nich kłopotów. Wyrocznia rozmyślała o demonicznym mieszańcu. Dobrze, że niedługo będzie dane im spotkać go twarzą w twarz, inaczej spędziłaby wiele godzin na bezowocnym rozmyślaniu o prawdopodobnym pochodzeniu tego ewenementu. W ostateczności mogła zawsze ubiegać się o audiencję u Samaela, ale Śmierć dość niechętnie podchodziła do przyjacielskich pogaduszek ze swoimi współbraćmi. Jako tako znosił towarzystwo tych, którzy przed wiekami należeli do jego najbliższej świty, jednak pozostało ich niewielu – najczęściej trzymali się na uboczu, spędzając czas we własnym gronie. No cóż. Na brak czasu narzekać nie mogli, a skoro Vallerin obiecała im rozmowę z mieszańcem, to słowa z całą pewnością dotrzyma. Kątem oka zerknęła na skrzata. Stworek siedział obok niej niemalże nieruchomo i nerwowo wyginał palce, wpatrując się w podłogę. Uśmiechnęła się delikatnie. Nienawiść do ludzi nigdy ich nie opuściła, – choć nieco złagodniała z upływem wieków – ale do magicznych istotek nic nie mieli. Nie chciała, żeby skrzat czuł się źle, więc wstała i wyciągnęła ku niemu dłoń.

– Pokażę ci coś – uśmiechnęła się zachęcająco.

Majordomus przez jakiś czas przyglądał się kobiecie podejrzliwie. Nie sądził, by Lady go z nią zostawiła, gdyby nie była pewna jego bezpieczeństwa. Zastanawiał się, gdzie chciała zabrać go Aramon, dlatego wstał i uścisnął jej dłoń. Zaprowadziła go do ściany przy łóżku, po czym odsunęła mebel, mamrocząc pod nosem inwokację – w tym samym języku, którym wcześniej posługiwała się płomiennowłosa. W ścianie zamigotał dość wyraźny, jasny obrys drzwi. Położyła dłoń na środku powstałego konturu i popchnęła delikatnie, otwierając im przejście do dalszej części klatki. Trzymając maleńką dłoń Stena, przekroczyła próg i zatrzymała się tuż za nim. Skrzat szeroko otworzył oczy, porażony widokiem, rozpościerającym się tuż przed nim. Stali na niewielkim, trawiastym pagórku, wznoszącym się pośród leśnej gęstwiny. Gdzieś daleko w oddali odznaczał się ciemny kontur wysokich, strzelistych gór o śnieżnych szczytach. Po prawej stronie przyjemnie szumiał potok, wyznaczający naturalną granicę pomiędzy polaną, a ścianą gęstwiny. Spojrzał w górę i zakrył usta dłonią, chcąc powstrzymać jęk zdumienia. Ponad nimi znajdowała się bezkresna, czarna ściana klatki, usłana setkami tysięcy migoczących, nieruchomych światełek. Urzeczony i zdezorientowany tym, co widział, nawet nie poczuł, kiedy czarnooka chwyciła jego ramię i poprowadziła ścieżką, której wcześniej nie dostrzegł. Oprzytomniał dopiero, kiedy dotarli do linii lasu. Aramon skierował się wprost ku zadbanemu, szerokiemu gościńcowi, przecinającemu przepiękną gęstwinę, skonstruowaną z dziesiątek gatunków roślinności. Bez słowa szła przed siebie, od czasu do czasu zwalniając, by jej kompan mógł nacieszyć oczy widokami.

– Co to jest? – Sten przystanął, wskazując dłonią na białe, strzeliste wieże.

– Przekonasz się.

Upadła nie miała zamiaru psuć niespodzianki, więc wznowiła wędrówkę. Stary skrzat podbiegł do niej, powtórnie skupiając się na podziwianiu krajobrazów. Dopiero po dłuższej chwili zauważył coś dziwnego. W tym miejscu było zaskakująco cicho. Prócz wcześniejszego szumu wody i zawodzenia wiatru, nie było niczego więcej – żadnych odgłosów leśnej zwierzyny, owadów ani ptaków. Zaczynał się nad tym intensywniej zastanawiać, kiedy uderzyła w niego kolejna bomba. Już wiedział, czym były te wieże… Aramon przyprowadziła go do niewielkiego, bardzo malowniczego miasteczka. Mieścinka posiadała wszystkie budynki, konieczne do zapewnienia komfortu mieszkańcom: drewniane domki, okalane ogródkami; niewielkie sklepiki z kolorowymi wystawami; zakłady usługowe; urokliwe restauracje o różnorodnych szyldach; coś na kształt świątyni; budynek szkoły, sąsiadujący z biblioteką; brukowane, jasne uliczki… Słowem, było tu wszystko, oprócz jednego. Mieszkańców.

– To wszystko co widzisz, skrzaciku, jest dziełem Vallerin – Aramon usiadła na ścieżce. – Tutaj, w klatce, nic jej nie ogranicza. Nie musiała myśleć o konsekwencjach użycia swojej pełnej mocy, ani o utrzymaniu kruchej równowagi we wzajemnym oddziaływaniu na siebie Mistycznych, więc mogła uwolnić swój pełen potencjał. Nawet jeśli przesadziła, ściany więzienia zwyczajnie pochłonęły nadmiar energii, nie niszcząc wszystkiego w środku. Lin wykorzystała swój talent, żeby stworzyć tu świat, podobny do tego na górze. Przez prawie trzy stulecia uczyła się od nas tajników magii aniołów, która całkowicie różni się od tej ludzkiej. Przyszło jej to z przerażającą łatwością! – zaśmiała się melodyjnie – Dla Lin nie ma czegoś takiego, jak podziały magii. Potrafi wpływać na każdą magię i posługiwać się nią w tak samo wydajny sposób. Kiedy już była wolna, wracała tutaj i w tajemnicy przed wszystkimi budowała ten świat, chociaż zawsze powtarza, że ma nadzieję nigdy nie musieć go wykorzystać. To coś więcej niż schron, skrzaciku – spojrzała na niego z pełną powagą. – To zupełnie nowy świat, który stanie się jedyną nadzieją na przetrwanie ludzi, jeśli ich własny upadnie.

                Blaise siedział przy stole Slytherinu, niezbyt zainteresowany toczącą się przy nim rozmową. Dafne i Draco cały czas rozpamiętywali wizytę wyjątkowo wyszczekanego blondyna, z upiorną blizną na twarzy. On sam polubił tego całego Lio, ale ile można było gadać o jednym i tym samym?! Niechętnie spojrzał na wolne miejsce obok siebie, wbijając widelec w leżącą na talerzu sałatkę. Gallatea pojechała dzisiaj do Dragana, w towarzystwie Lio oraz tego przemiłego, starszego lekarza o spokojnych, zielonych oczach. Miała spędzić w szpitalu cały dzień i wrócić dopiero wieczorem. Umówili się w jej pokoju o dwudziestej, żeby mogli na spokojnie porozmawiać o stanie kruczowłosego. Szczerze mówiąc, informacja o wypadku Luthera porządnie nim wstrząsnęła. Obserwował tego faceta i jakoś nie mógł sobie wyobrazić, by cokolwiek było w stanie tak poważnie mu zaszkodzić. To zwyczajnie…nie pasowało. Zastanawiał się, jak potężny musiał być ten artefakt, skoro Luther sobie z nim nie poradził. Właściwie, to niewiele wiedział o magicznych artefaktach. Jego mama posiadała kilka – głównie pod postacią biżuterii – ale nie mówiła o nich za dużo, ani nie zauważył, by miały jakieś spektakularne właściwości. Ten temat na tyle go zaintrygował, że miał zamiar podpytać Dragana chociażby o podstawy. Wczorajsza dyskusja z Lio rzuciła nieco światła, na wyjątkowo tajemniczą przeszłość turkusowookiego, jednocześnie prowokując więcej pytań. Co musiało mu się przytrafić, skoro opuścił własną rodzinę i wychowywał się pod okiem przybranej matki? Jakim cudem wpływ jego biologicznych rodziców zmusił go do wyjechania z kraju i jak daleko sięgał? Chciałby o tym z nim porozmawiać, jednak nie wiedział, czy powinien. Sam wychowywał się bez ojca, ale los zaoszczędził mu większych problemów. Nie znał nikogo, kto miałby w jakiś sposób spaprane dzieciństwo i nie wiedział, jak miałby o takich rzeczach rozmawiać, nie drażniąc rozmówcy. Dragan od zawsze sprawiał wrażenie lekko zdystansowanego i zobojętniałego, ale czy można było obwiniać za to jego rodziców? Kim byli jego przybrani bracia? Byli do niego trochę podobni, a może całkowicie inni? Przewrócił oczami, słysząc za sobą wybuch śmiechu bliźniaków Weasley. Nie mając nic lepszego do roboty zerknął przez ramię, chcąc sprawdzić, co się stało. Nigdy by tego głośno nie przyznał, ale dowcipy niepokornych Gryfonów bywały czasem zabawne, o ile nie przesadzali. Nie mógł powiedzieć, żeby jakoś szczególnie ich lubił, lecz zawsze potrafił docenić niecodzienny talent. Uśmiechnął się kącikiem ust, widząc zdenerwowanego Percy’ego, usiłującego ściągnąć ze swojej twarzy różowy, brokatowy glut – tym razem również obrali za cel starszego brata. Mimowolnie przesunął wzrokiem po plecach uczniów Gryffindoru i skrzywił się, dostrzegając coś nietypowego. Potter i Weasley jak zwykle siedzieli blisko siebie, pogrążeni w rozmowie, ale brakowało przy nich Granger. Choć niezbyt mu się to podobało, poczuł się zaniepokojony, więc dyskretnie próbował ją odszukać. Siedziała niemalże na drugim krańcu stołu, częściowo jedząc, częściowo czytając książkę. Przesunął dłonią po twarzy, wyklinając w duchu swoje miękkie serduszko. Dziewczyna wyglądała na przybitą, a on nie lubił, kiedy kobiety były zdołowane.

– Ej, Blaise! – przed jego nosem pojawiła się dłoń Dafne.

– Co? – zamrugał kilkukrotnie.

– Pytałam, czy idziesz ze mną popatrzeć na trening – blondynka uśmiechnęła się promiennie. – Ravenclaw, czy Hufflepuff?

– Bawisz się w Dumbledore? – zaśmiał się swobodnie – Nie mów do mnie zagadkami, za głupi na to jestem.

– Głuptaczek! – przyjaciółka pogłaskała go czule po głowie – Twoja nowa zdobycz to Krukonka, czy Puchonka?

– Jak fart dopisze, to sami niedługo się przekonacie – całkiem podobało mu się, jak wyglądała ta rozmowa. – Nie zapeszajmy!

– Dobra, tylko później nie płacz, Romeo – Malfoy wstał od stołu. – Dafn, idziemy od razu, czy chcesz skoczyć do Wspólnego?

– Nie będę taszczyła torby – jęknęła dziewczyna, również wstając. – Powodzenia, mistrzu Zabini!

– Nie dziękuję, przyda się – puścił koleżance oczko.

– Pamiętaj, że o dwudziestej mamy się spotkać u Tei – Draco wyszczerzył się zaczepnie.

– Pamiętam, pamiętam! – czarnoskóry chłopak przewrócił oczami – Idźcie już, zanim mi zepsujecie idealny nastrój!

Arystokrata podsunął Greengrass ramię i razem wyszli z Wielkiej Sali, zostawiając Blaise’a samego. Taki rozwój wypadków był mu na rękę. Nie potrafiłby im jakoś logicznie wytłumaczyć tego, że zamierzał pogadać z Granger, bo i jak niby? Dlaczego Ślizgon miałby dobrowolnie rozmawiać z Gryfonką, skoro nie działo się nic takiego, by zawieszenie broni mogło być uzasadnione? Teraz wystarczyło zaczekać, aż Hermiona zdecyduje się opuścić Salę i iść za nią, niby to przypadkiem. Sam nie wiedział, po kiego to robił. Owszem, miał słabość do kobiet i nigdy się z tym nie ukrywał, ale żeby do tego stopnia? Widząc ją taką smutną i odciętą od znajomych… poczuł, że coś jest bardzo nie tak i zamierzał dowiedzieć się, co konkretnie. Ostatnio, kiedy tak się stało, Granger i Tea o mało nie zginęły w jakiejś paskudnej łazience! Podskórnie czuł, że i tym razem to wszystko wina Weasley’a, co skutecznie podniosło mu ciśnienie. Zasrany, bezmózgi Weasley! Czy naprawdę bezmyślne gadanie tego idioty musiało doprowadzić to tragedii, żeby w końcu raczył się opamiętać?! Trochę zajęło, zanim Granger podniosła się i ruszyła ku wyjściu. Jak podejrzewał, żaden z tych dwóch cymbałów nawet nie zwrócił na to uwagi, więc miał drogę wolną. Przyspieszył kroku, żeby wyminąć dziewczynę tuż za Wielką Salą.

– Chodź za mną – pochylił się delikatnie w jej stronę, gdy przez moment szedł z nią ramię w ramię.

Nie odwracał się więcej, bo nie musiał. Doskonale słyszał, że młoda czarownica drepcze tuż za jego plecami. Śledzony przez Gryfonkę, wspiął się na szczyt wieży i wszedł do opustoszałej sowiarni. Ponieważ przychodził tu codziennie, orientował się, kiedy pomieszczenie było całkowicie wyludnione – tym razem nie było inaczej. Spokojnym krokiem podszedł do parapetu i rozsiadł się na nim wygodnie, opierając plecy o ścianę. Zostawił na tyle dużo miejsca, żeby jego towarzyszka mogła usiąść, w niekrępującej dla niej odległości. Hermiona skorzystała z uprzejmości Ślizgona i również usiadła na parapecie, czekając, aż raczy się odezwać. Nie wiedziała, czego mógłby od niej tym razem chcieć. W sumie nie stało się ostatnio nic, co wymagałoby konspiracyjnej pogaduszki na osobności. Gallatea już rozmawiała z nią, Harrym i Ronem na temat wypadku Dragana, który stał się głównym przedmiotem dyskusji na szkolnych korytarzach. Większość uczniów była zaniepokojona zniknięciem charyzmatycznego Luthera, przez co zadręczali nauczycieli pytaniami, dopóki dyrektor nie wygłosił oficjalnego stanowiska w tej sprawie. Ojciec Rona słyszał, że podczas egzaminów w ministerstwie, kruczowłosy zrobił oszałamiające wrażenie na pracownikach i zaproponowano mu objęcie prestiżowego stanowiska, z czego nie skorzystał. Jakoś niespecjalnie ją to dziwiło. Jak się nad tym zastanowić, Dragan nijak nie pasował do tak…konserwatywnego i formalnego środowiska. Mając na uwadze te rewelacje, zastanawiała się, czy jego wypadek nie miał czasem czegoś wspólnego z jakąś przysługą albo cichą współpracą z którąś ministerialną grupą badawczą. Tak, czy inaczej nie można było być niczego pewnym, póki sam zainteresowany nie wróci do szkoły i nie zechce się z nimi podzielić informacjami. Niechętnie łypnęła okiem na Blaise’a, zaczynając się powoli denerwować. Najwidoczniej nie spieszyło mu się z rozpoczęciem rozmowy, a ona miała znacznie lepsze rzeczy do roboty.

– Czego chcesz, Zabini? – warknęła niezamierzenie.

– Coś ty taka napastliwa, Granger? – odpowiedział ze śmiechem – Czy kiedykolwiek marnowałem twój cenny czas?

– Nie – przyznała, rozluźniając się. – Coś stało się Tei? Nie widziałam jej dzisiaj.

– Z Galli wszystko w porządku – wzruszył ramionami. – Dzisiaj jej nie będzie, bo pojechała odwiedzić Luthera w szpitalu. Pamiętasz, jak pytałaś mnie o jakąś Vallerin?

Dziewczyna spięła się i odwróciła w jego stronę. Oczywiście temat kobiety o tym imieniu nie dawał im spokoju, ale postanowili sobie, że nie będą na siłę grzebać w prywatnym życiu Dragana. Ostatnie doświadczenia skutecznie ich zniechęciły. Cały czas podtrzymywała swoją teorię, że Diggory, Zabini i bracia Rona celowo trzymali ich na dystans, niekoniecznie świadomie chroniąc swojego przyjaciela, przed zapędami trójki wścibskich Gryfonów. Nie spodziewała się, że Blaise kiedykolwiek wróci do tej rozmowy, a tym bardziej, że postanowi się z nią podzielić informacjami, jeśli takowe zdobędzie.

– Pamiętam – przyznała po chwili.

– Wczoraj nasze dormitorium odwiedził przybrany brat Dragana – swobodnie zaplótł ręce na karku, przybierając wygodniejszą pozycję. – Wiem już kim ona jest, ale nic za darmo, Granger.

– Chcesz czegoś konkretnego ? – nie wiedziała, jak interpretować zachowanie chłopaka – Raczej nie mam za dużo. Mogę ci oddać swoje notatki, albo pomóc z pracami domowymi.

– Obejdzie się – uśmiechnął się nonszalancko. – Mamy bardzo podobne oceny, nie potrzebuję pomocy. Powiem ci, kim jest Vallerin, a w zamian odpowiedz szczerze na kilka moich pytań, zgoda?

– Chyba… – zawahała się.

– To chyba, czy zgoda? Obiecuję, że nie będę wypytywał o nic bardzo osobistego, ani wewnętrzne sprawy waszego domu – jego uśmiech stał się łagodniejszy.

– Niech będzie – westchnęła przeciągle. – Kim jest Vallerin?

– Nie tak szybko! Najpierw moje pytanie, jeśli pozwolisz. Nie chciałbym, żebyś usłyszała wielką prawdę i mi stąd uciekła.

– Pytaj – chociaż takie droczenie powinno jej przeszkadzać, wcale nie czuła się urażona.

– Dlaczego nie siedziałaś dzisiaj z Potterem i Weasley’em? – wyparował bez owijania w bawełnę.

To pytanie szczerze zaskoczyło dziewczynę. Nie spodziewała się, że Ślizgon ją obserwował, nie mówiąc już o tym, że jej samopoczucie mogło go w jakikolwiek sposób obchodzić. Ale… to był przecież Zabini… Już od jakiegoś czasu pogubiła się w tym, jak powinna postrzegać tego chłopaka i nie czuła się z tym komfortowo.

– Czemu cię to interesuje? – naburmuszyła się lekko.

– Nie muszę mówić – odparł raźnie. – Odpowiedz, albo nici z umowy.

– Pokłóciłam się z nimi – przyznała cicho. – Właściwie to tylko…

– Z Weasley’em – wszedł jej w słowo.

– Tak. Skąd wiesz?

– Nie trudno się domyślić. Weasley potrafi być strasznym bucem, który najpierw mówi, a zdecydowanie później myśli – zaśmiał się uroczo.

– Nie powinieneś tak o nim mówić – speszyła się, czując, że powinna bronić Weasley’a, chociaż w chwili obecnej na to nie zasługiwał. – Ron ma swoje wady, ale jest dobrym przyjacielem.

– Właśnie widzę – prychnął kąśliwie. – Mam oczy, Granger, jakbyś nie zauważyła i zapewniam, że robię z nich użytek. O co poszło?

Zacisnęła mocno wargi. Z jednej strony chciała porozmawiać z Blaisem, z drugiej czuła pewne opory. Tuż przed jej oczami migał jego zielono-srebrny krawat…nie powinna otwarcie gadać ze Ślizgonem! Doświadczyła ze strony domu węża wielu nieprzyjemności, ale Zabini… W sumie, on nigdy nie dał jej wyraźnie odczuć, że jest od niego gorsza. Czasami na korytarzu, albo w sali lekcyjnej puszczał jej dyskretne oczko, gdy patrzyła na niego zbyt długo. Tak szczerze…lubiła jego towarzystwo. Wciąż pamiętała wspólne wyjście na drewniany most i to, jak podarował jej swój szalik. Kiedy spotykali się we dwoje, był dla niej tak samo serdeczny i szarmancki jak dla Tei i Greengrass. No właśnie. Zachowywał się tak tylko, gdy byli sami!

– Jesteś dla mnie miły tylko na osobności! – poderwała się z parapetu, gotowa do wyjścia – Przy ludziach jestem dla ciebie taką samą szlamą, jak każdy inny mugolak!

Chciała wybiec najszybciej, jak to możliwe, ale jej się nie udało. Blaise zerwał się z parapetu i chwycił jej nadgarstek, uniemożliwiając ucieczkę. Subtelnym ruchem odwrócił ją twarzą do siebie i soczyście zaklął w duchu. Płakała. Jak on nienawidził kobiecych łez! Bez zastanowienia przyciągnął ją bliżej i objął ramionami, żeby się uspokoiła.

– Nigdy nie określiłem ani ciebie, ani żadnego innego mugolaka w ten sposób – zaczął cichym, przyjemnym tonem. – Osobiście nic do ciebie nie mam, Granger. Nie spotykałbym się z tobą, gdybym tego nie chciał. Sama wiesz, jak to wygląda. Ty przyjaźnisz się z Potterem, ja z Malfoy’em. Gdybyśmy obnosili się z naszą znajomością, od razu pojawiłyby się plotki. Ja o swoją reputację nie dbam, bo wiesz, jak o mnie mówią – zaśmiał się ciepło. – Martwię się o ciebie.

Położyła policzek na jego piersi, przygryzając dolną wargę. Miał rację. Gdyby nagle zaczęli bezpardonowo włóczyć się razem po szkole, ani Gryfoni ani Ślizgoni nie pozostaliby obojętni. Najprawdopodobniej natychmiastowo zaczęto by jej dokuczać, że ugania się za Zabinim, który cieszył się sławą niestrudzonego podrywacza. Wyszłaby na zwykłą idiotkę, gotową zdradzić swój dom, dla przystojnego wychowanka Slytherinu. Nie sądziła, by Zabini w jakikolwiek sposób na tym ucierpiał. Ot, po raz kolejny zawrócił jakiejś dziewczynie w głowie, nic wielkiego, nic nowego. No i Ron i Harry…Potter raczej nie wybaczyłby jej konszachtów z najlepszym przyjacielem swojego wroga. Postała tak jeszcze przez chwilę, zbierając myśli do kupy. Blaise…naprawdę był nieprzeciętnym facetem i powinna o tym pamiętać.

– Przepraszam – odsunęła się od niego zawstydzona. – Nie pomyślałam.

– Nie szkodzi – zabrał ręce. – Troszkę lepiej?

– Tak – przytaknęła i wróciła na parapet. – Wciąż cię interesuje, dlaczego pokłóciłam się z Ronem?

– Jak najbardziej – również usiadł.

– On uważa, że mój kot zamordował jego szczura – skrzywiła się, oburzona zarzutami. – To nieprawda! Krzywołap nigdy nie był agresywny!

– I o to ta wielka kłótnia? – uniósł prawą brew – Mieszkacie w jednym domu. Gdyby twój kot chciał dopaść tego szczura, zrobiłby to już dawno temu.

– Mówiłam mu, ale mnie nie słucha! On nigdy mnie nie słucha… – wyszeptała z trudem.

– Bo to nadęty buc jest – Zabini zaśmiał się głośno. – Nie przejmuj się. Ogoniasty niedługo wróci, cały i zdrowy, a Weasley’owi będzie głupio. Potter go nie usadził?

– Próbował, ale z Ronem bywa ciężko, kiedy już się uprze – przyznała szczerze.

– Pomyśl o zmianie znajomych – Blaise rzucił z przekonaniem. – Weasley co rusz wyskakuje z jakimiś głupotami, a Potter to magnes na kłopoty.

– Ktoś musi go z tych kłopotów wyciągać – roześmiała się.

– Nie zrozum mnie źle, Granger – Ślizgon spoważniał. – Postępujący debilizm tych dwóch mi zwisa, ale nie chcę, by powtórzyła się rozrywka z pierwszego roku. Prędzej, czy później albo ty albo Tea przez nich ucierpicie, a tego nie puszczę płazem.

– Martwisz się? – zapytała, zanim przemyślała, czy powinna.

– Pewnie! Mam słabość do płci pięknej i nie potrafię spokojnie patrzeć, kiedy mężczyźni narażają kobiety, swoimi dziwnymi pomysłami.

– Dom nie ma tu znaczenia?

– Najmniejszego – powiedział bez chwili zastanowienia. – Kobieta to kobieta, bez względu na barwy, jakie nosi.

– Bawisz się w jakiegoś rycerza? – nie chciała zabrzmieć kpiąco, ale wyszło inaczej.

– Co w tym złego? – odpowiedział pytaniem na pytanie – Mam swoje zasady i staram się ich trzymać.

– Dlatego się ze mnie nie naśmiewasz?

– Między innymi. Nie mam powodów, żeby się z ciebie naśmiewać. Zrób coś głupiego, to zacznę!

– Chyba podziękuję – zachichotała swobodnie. – Powiesz mi teraz, kim jest Vallerin?

– To przybrana mama Dragana – nie bawił się w niedomówienia. – Lio, brat Dragana, nam o niej powiedział. Luther i jego przybrani bracia wychowywali się pod jej okiem.

– Coś jej się stało…

Hermiona opowiedziała Blaise’owi o tym, co jej przyjaciele usłyszeli na korytarzu. Może nie powinna tego robić, ale chciała odwdzięczyć mu się szczerością za szczerość. Chłopak słuchał jej uważnie, nie przerywając, ani nie wchodząc jej w słowo, co było miłą odmianą. Rozmowy między nią, a jej najbliższymi przyjaciółmi zawsze wyglądały znacznie bardziej chaotycznie, ponieważ wszyscy mieli skłonność do emocjonalnego podchodzenia do dyskusji. Chociaż starała się być spokojna, często wyprowadzali ją z równowagi i po prostu czuła, że musi odpowiadać w podobnym stylu, żeby jej wysłuchali. Kiedy skończyła, spojrzała wprost w ciemne oczy kompana, niekoniecznie mając taki zamiar. Zwyczajnie…tęczówki Blaise’a ją przyciągały.

– Nic dziwnego, że ostatnio był jakiś nieswój – westchnął cicho. – Musiał martwić się o swoją mamę. Z tego co mówił nam Lio, jego biologiczna rodzina zmusiła go do opuszczenia Stanów i dawnej szkoły. Nie zdziwiłbym się, gdyby utrudniali mu kontakty z braćmi i panią Vallerin. To przez to wcześniej próbowałaś ze mną pogadać?

– Tak – nie miała zamiaru się wypierać. – Chcieliśmy jakoś dyskretnie dowiedzieć się, kim może być pani Vallerin. Słabo poszło? – zaśmiała się niezręcznie.

– Mało powiedziane! – odpowiedział ciepłym śmiechem – Na początku myślałem, że masz jakiś atak, albo coś. Strasznie kręciłaś i wcale na mnie nie patrzyłaś.

– Kiepska jestem w akcjach wywiadowczych – westchnęła, uśmiechając się subtelnie.

– Nie nadajesz się do kłamania, Granger – słysząc te słowa, powtórnie wlepiła wzrok w jego oczy. – Od razu po tobie widać, że coś kombinujesz. Zostaw mataczenie komuś, kto dobrze się w tym czuje.

– Na przykład wężom? – chciała mu odrobinę dokuczyć.

– Na przykład – nijak nie przyjął się oczywistym przytykiem. – Ślizgoni bywają wyjątkowo przebiegli i warto, żebyś o tym pamiętała.

– Czy ty mnie właśnie ostrzegasz? – poczuła się niekomfortowo.

– Może – zachichotał ponuro. – Nie tylko nas się to tyczy, chociaż tak się jakoś utarło, że wiedziemy w tym prym. Sugeruję tylko, żebyś była ostrożna, zwłaszcza, jeśli chodzi o wściubiane nosa w sprawy Dragana.

– Diggory powiedział coś podobnego Harry’emu – zamyśliła się.

– Trochę już poznał Luthera, więc się nie dziwię. Dragan jest bardzo skomplikowanym facetem i jestem przekonany, że nie wiemy o nim niczego, czego sam nie chciał nam pokazać.

– Myślisz, że to przez jego biologiczną rodzinę?

– Też o tym pomyślałem, ale pewności nie mam – ucieszyło go, że dziewczyna doszła do podobnych wniosków. – Chcę z nim pogadać, jak wróci, ale nie wiem, jak się za to zabrać.

– Może najpierw pogadaj z Gallateą? Skoro już wcześniej znała Lio, to może wiedzieć coś więcej o przeszłości Luthera.

– Spróbować można – wzruszył ramionami. – Ciekawe tylko, czy Dragan nie prosił jej o zachowanie tajemnicy.

– Nie dowiesz się, póki nie spróbujesz – uśmiechnęła się pocieszająco.

Jeszcze przez dłuższą chwilę siedzieli razem w sowiarni, rozmawiając o turkusowookim i jego…niecodziennych zachowaniach w przeciągu ostatnich kilku tygodni. Żadne z nich nie miało pojęcia, że dali się wciągnąć w misternie skonstruowaną opowieść, pisaną niemalże na bieżąco. Jarri zdążył już poinformować Kolekcjonera o drobnej wpadce i kolejny rozdział tej historyjki był gotowy do podania naiwnym, łatwowiernym dzieciakom. Kruczowłosy zamierzał w najbliższym czasie otworzyć się przed swoimi szkolnymi znajomymi, mydląc im oczęta następną porcją bzdur, których nie potrafili zweryfikować. W tym był istnym mistrzem. Zasranym kameleonem o setkach twarzy, osobowości i życiorysów, które mógł wykorzystywać, wedle własnego uznania.  

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 486
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!