Córa rodu Phoenix – Rozdział 22

W pogoni za zniczem

           Pogoda tego poniedziałkowego poranka była więcej niż zła. Od soboty stale padał marznący deszcz, a wiatr szalał w najlepsze, wlewając nieprzyjemny chłód w grube mury szkoły. Madame Pomfrey przy niedzielnym obiedzie – jak co roku na początku późnej jesieni – przypomniała wszystkim uczniom o konieczności prawidłowego doboru mundurka do warunków pogodowych​, grożąc, że nie ma najmniejszego zamiaru zajmować się żadnymi przypadkami przeziębienia. Pani Hooch, pomimo kiepskiej aury oraz pojawiających się ostrzeżeń nie zdecydowała się na odwołanie pierwszego meczu. Obydwie drużyny, jedząc w milczeniu śniadanie, przygotowywały się mentalnie do popołudniowego starcia, mającego oficjalnie zainaugurować początek nowego sezonu. Płomiennowłosa z niepokojem zerkała to na Puchonów, to na Gryfonów​,​ nie do końca rozumiejąc, czemu Rolanda nie przeniosła meczu na inny termin – w jej odczuciu pomysł rozpoczęcia rozgrywek w takich warunkach był co najmniej nieodpowiedzialny. Z trudem przyszło jej zaakceptować, że nie miała prawa głosu w tej sprawie, a ewentualne protesty na nic by się zdały – Albus jasno dał jej to do zrozumienia podczas ich ostatniej rozmowy. Poczuła brodę opierającą się na czubku jej głowy i uśmiechnęła się lekko. Dragan ze swoimi przyzwyczajeniami dawał jej jako takie poczucie stabilizacji – bez względu na okoliczności.

– Co jest, Gall? – zaśmiał się, nawijając na palec kosmyk ognistych włosów – Martwisz się o swoich koleżków?

– To chyba normalne, nie sądzisz? – zerknęła ku górze – Nie martwisz się o Cedrika?

– Niby czemu? – żachnął się, wzruszając ramionami – Po Prostu Harry może mieć drobne kłopoty przy takim wietrze, ale nasz przystojniaczek ma więcej doświadczenia. Poradzi sobie.

Błękitnooka roześmiała się, przyjacielsko poklepując policzek kruczowłosego. Luther ni z tego, ni z owego, bez jakiejś większej przyczyny zaczął nazywać Cedrika przystojniaczkiem. Szczególnie upodobał sobie takie przezwisko, gdy mógł użyć go w obecności licznej widowni. Za bardzo bawiło go, jak Puchon się przez to peszył, żeby miał zamiar sobie odpuścić w najbliższym czasie. Dragan po prostu uwielbiał wprawiać ludzi w zakłopotanie, a im większą sympatią kogoś darzył, tym częściej i bardziej bezpośrednio mu dokuczał.

– Idziesz na mecz?

Chciała odsunąć dłoń od twarzy przyjaciela, ale jej na to nie pozwolił. Kiedy próbowała oderwać palce, zaczynał komicznie warczeć, sugestywnie spoglądając na siedzącą nieopodal Daisy. Lady Crown musiała zakryć usta, żeby nie wybuchnąć ostentacyjnym śmiechem.

– Marcus by mnie tam siłą zaciągnął, gdybym to olał – turkusowooki przewrócił oczami, uśmiechając się szelmowsko. – Jest taki upierdliwy! Ej Blaisy i ty, o szacowny arystokrato! Też ruszycie tyłki?

Luther bez ostrzeżenia klepnął plecy Zabini’ego na tyle mocno, że młody czarodziej jedynie cudem się nie zakrztusił. Ślizgon kaszląc ciężko walczył o oddech, a po jego policzkach spływały łzy.

– Dragan, palancie! – wycharczał z trudem – Chcesz mnie zabić?!

– Coś ty taki delikatny, chłopaczku? – znudzony kruczowłosy przewiesił ręce przez ramiona przyjaciółki – Idziecie, czy nie? To chyba proste pytanie.

– Idę – Blaise przepłukał gardło sokiem dyniowym. – Chyba wszyscy idą.

– A ty, blondasku? – Dragan wskazał palcem wprost na Malfoy’a.

Dziwna, pełna napięcia atmosfera między tymi dwoma wcale nie zelżała, lecz na prośbę swojej Lady, Luther starał się nie odnosić do Draco z przytłaczającą wrogością – co nie przychodziło mu zbyt łatwo. Żeby jasno zaakcentować niechęć do uciążliwego księcia Slytherinu, przestał mówić do niego po imieniu. Na dobrą sprawę nawet nazwiska nie używał, woląc fantazyjne określenia typu: blondasek, blondyneczka, księżniczka, paniczyk czy arystokrata – wszystkie wymawiane z taką samą, ulotną pogardą. Szarooki odłożył trzymany kubek, nieświadomie opuszczając wzrok. Dragan deprymował go do tego stopnia, że wolał nie odzywać się w jego obecności, więc zdobył się wyłącznie na niezgrabne potaknięcie. Turkusowooki uniósł lewy kącik ust, a jego niesamowite tęczówki zalśniły lodowato. Bezwartościowy szczeniak o cholernie irytującym nazwisku w końcu zdał sobie sprawę z jednej, arcyważnej rzeczy – nigdy nie powinien chociażby łudzić się, iż był bezpieczny w jego obecności. Tylko lojalność względem Lady Crown wstrzymywała go przed oderwaniem gołymi rękami tego tlenionego łba i rzuceniem go pod stopy kochającej Narcyzi. Kolekcjoner uniósł dłoń, po czym rozmasował zbolałą skroń. Pragnął pogrążyć się w rzezi…każdy centymetr jego ciała żądał zaznania rozkoszy kąpieli w gorącej, świeżej krwi tryskającej ze zmasakrowanych ciał wrogów. Zmysły wyły z tęsknoty za cudownie kojącym posmakiem bezlitosnej, brutalnej śmierci. Dłonie domagały się słodkiej lepkości krwi oraz uwodzicielskiego dotyku oręża. Powinien zatopić się w chaosie zniszczenia, zamiast rżnąć głupa w jakiejś szkółce dla beztalenci! Zabić…OOO TAAK! ZABIĆ ICH WSZYSTKICH!!! Chciał rozerwać na strzępy każdego z tych żałośnie słabych smarkaczy! Mocno wbił paznokcie w skórę, powstrzymując wrzenie niebezpiecznych myśli. Nie. To nie był odpowiedni czas. Vallerin…nie mógłby jej tego zrobić, nigdy by mu nie wybaczyła. Musiał stąd wyjść…wymknąć się nocą i choć na kilka upojnych godzin znów stać się Kolekcjonerem! Nie teraz – powtarzał niczym nadrę, dopóki całkowicie nie poskromił swych instynktów.

– A piękne panie? – jak gdyby nigdy nic, zwrócił się do Dafne oraz Pansy.

Dziewczęta, zauroczone faktem nazwania ich pięknymi, szczerzyły się głupkowato, co odbierało im cały niewinny urok. Błękitnooka szturchnęła przyjaciela pod żebra, ponieważ wiele razy prosiła go, żeby nie żartował sobie w równie wyrachowany sposób z koleżanek. Turkusowooki rozbudzał w młodych czarownicach niepotrzebną nadzieję, miażdżąc ją później dla czystej rozrywki – w tym przejawiała się jego nieprzejednanie okrutna, sadystyczna natura. Panna Crown wiele była w stanie wybaczyć Draganowi, lecz nie zaliczała się do tego celowa zabawa uczuciami zakochanych, naiwnych dziewczyn. Kruczowłosy, rozumiejąc o co chodziło jego pani, pogładził czule ogniste włosy, w ten sposób przepraszając bez użycia słów.

– Pewnie, że idziemy! – zaszczebiotała podekscytowana Greengrass.

– W takim razie spotkajmy się przed meczem w Pokoju Wspólnym – Luther wyprostował się niechętnie, po czym dłonią zebrał włosy z czoła. – Tymczasem bywajcie, dzieciaczki! – pokłonił się, naśladując gest zdejmowania kapelusza – Flint macha łapą tak uparcie, że ta zaraz mu odpadnie.

Młodsi uczniowie zgodnie zwrócili się w kierunku miejsca zajmowanego zazwyczaj przez drużynę Slytherinu. Marcus rzeczywiście wymachiwał energicznie ręką, klęcząc na szerokiej ławie. Wnioskując po zaangażowaniu, zależało mu na zwróceniu uwagi Luthera i cel osiągnął. Kruczowłosy westchnął teatralnie, ociągając się i ruszył wreszcie w stronę drużyny, ostentacyjnie powłócząc nogami. Kiedy boski Adonis był dostatecznie daleko, Dafne wychyliła się przez stół – nie mogła dłużej dusić w sobie radości!

– Nazwał mnie piękną – niemal krzyknęła do błękitnookiej, lecz po chwili zbladła i chwyciła się za mundurek w okolicach serca. – Myślałam, że umrę…

– Ja tak samo… – zawtórowała jej, trzepocząca rzęsami Parkinson.

Tea uśmiechnęła się do koleżanek, jednak ten uśmiech miał wyjątkowo gorzki posmak. Turkusowooki powinien dać sobie spokój z takimi zagrywkami…Mogła mu to później bezceremonialnie wypominać, ale zbyt dobrze wiedziała, że tą niegroźną gierką chciał ukryć coś znacznie gorszego. Wyczuła żądzę jaką zapłonął, kiedy tylko spojrzał na Malfoy’a. Bestia, którą był prawdziwy Dragan Luther, budziła się z letargu i coraz głośniej domagała się zaspokojenia nagromadzonych pragnień. Jak długo jeszcze był w stanie nad tym zapanować, zanim instynkty zagłuszą zdrowy rozsądek? Nie miała pojęcia, a przekonywać się nie chciała. Powinna umożliwić mu opuszczenie szkoły, by miał okazję do spotkania z Ravenem. Dziękowała opatrzności za to, że bliski współpracownik Kolekcjonera czaił się gdzieś w pobliżu! Jeśli tych dwóch dostanie odpowiednio dużo czasu na zajęcie się tym, co robili zazwyczaj…Luther powinien wrócić do względnej normy zanim puszczą mu hamulce. Zdecydowała! Musiała chociaż spróbować skontaktować się z Ravenem i poprosić go o zaciągnięcie Dragana na jakąś akcję czy cokolwiek tam teraz wyczyniali. Nieco spokojniejsza wróciła do przysłuchiwania się dyskusji, która rozgorzała między Ślizgonkami – na własne nieszczęście. Niemalże do końca śniadania dziewczęta, z maniakalnym wręcz uporem rozpamiętywały kilka słów turkusowookiego, popadając w coraz to większy i bardziej niezrozumiały zachwyt. Z każdym kolejnym zdaniem zwyczajne pytanie, zadane przez przystojnego Ślizgona, rozrastało się bez mała do rozmiarów istnej przypowieści. Panna Dumbledore, nie mogąc tego dłużej wysłuchiwać, poinformowała, że idzie pogadać z Potterem i jego świtą. Nim zdążyła odejść od stołu, Blaise spojrzał na nią błagalnie – wolał już usiąść z Gryfonami, niż zostać tu z tymi pokręconymi babami. Ognistowłosa przytaknęła ukradkowo na znak zrozumienia.

– Idziesz ze mną? – zwróciła się z uśmiechem do Zabini’ego.

– Skoro muszę, księżniczko – jęknął obojętnie.

Jego zachowawcze słowa nijak nie komponowały się z zachowaniem. Chłopak poderwał się od stołu jak oparzony, nie chcąc za nic przegapić zaproszenia, ani dać przyjaciółce powodu do jego odwołania.

– Też idziesz, Draco? – błękitnooka zerknęła na Arystokratę.

– Daruję sobie – warknął Malfoy, nawet na nią nie patrząc.

Blaise spojrzał wymownie na Teę, uśmiechając się pod nosem. Obydwoje wiedzieli, że duma nie pozwalała blondynowi na coś równie uwłaczającego wszelkiej godności. Zamiast przełknąć gorzką pigułkę, przesiadł się bliżej drużyny – już wolał obecność Dragana od upokorzenia, jakim w jego mniemaniu było dobrowolne zbliżenie się do Gryffindoru. Płomiennowłosa klepnęła delikatnie bark Zabni’ego, wskazując mu głową stół Gryfonów. Czarnoskóry chłopiec przytaknął, poważnie zniesmaczony bzdurnym uporem przyjaciela. We dwoje ruszyli przez Salę, kierując się ku uczniom domu lwa. Harry i Hermiona, dostrzegając pannę Dumbledore, niemalże automatycznie rozsunęli się, by mogła usiąść wygodnie między nimi. Miny zrzedły im odrobinę, gdy zauważyli jej towarzysza, jednak nie chcieli wszczynać niepotrzebnych kłótni, skoro Blaise w żaden sposób ich nie prowokował. Potter mało chętnie przesunął się niemal na skraj ławy, robiąc dostatecznie dużo miejsca nieoczekiwanemu gościowi. Tea usiadła między zielonookim, a Zabinim, chcąc niejako ich odseparować. Młody wybraniec wydawał się czymś mocno zdenerwowany, jednak sądząc po zachowaniu nie chodziło mu o obecność Blaise’a. Pochylony nad suto zastawionym stołem praktycznie nic nie zjadł – jedynie wpatrywał się tępo w zadbane, wypastowane drewno.

– Stres przed meczem? – zagadnęła go błękitnooka.

– Wielki – Harry uśmiechnął się koślawo. – Ten nowy szukający, Diggory, jest ode mnie dużo większy i gra dłużej niż ja – kątem oka zerknął w stronę stołu Hufflepuffu.

– Przecież na twojej pozycji wzrost nie ma znaczenia – Dumbledore poklepała delikatnie przygarbione plecy Gryfona. – Lataj tak jak zawsze, a zobaczymy piękny pojedynek!

– Jak kontuzja Malfoy’a? – Granger zwróciła się do, siedzącego obok niej, Blaise’a.

Ślizgon spojrzał na dziewczynę, przez moment rozważając, ile mógł jej powiedzieć. Kłamać w żywe oczy zamiaru nie miał – w końcu Hermiona widziała kipiącą złość Luthera i zdecydowanie była za bystra, żeby nie dodać prostego dwa do dwóch. Musiała chociażby domyślać się powodu nieobecności Draco oraz czynnego wkładu Dragana w taką, a nie inną sytuację. Żałosne wypieranie faktów nie wchodziło w grę, podobnie jak całkowita otwartość.

– Wyliże się – Zabini powiedział obojętnie, nie patrząc na Gryfonkę. – W następnym meczu powinien zagrać.

Hermiona rzuciła Gallatei ukradkowe spojrzenie, po czym uśmiechnęły się jednocześnie. Żadna z nich nie była na tyle naiwna, by wymagać od Blaise’a cieplejszego nastawienia lub co gorsza wylewności. Za swoisty sukces można było uważać już to, że się przysiadł i raczył odpowiedzieć jak cywilizowany człowiek. Obie dziewczyny martwiło jedno – niewyparzony jęzor Rona. Weasley łypał złowrogo na Zabini’ego i vice versa, co można było uznać w ich przypadku za normę. Tych dwóch pałało do siebie ciężką do wyjaśnienia niechęcią, która po części wynikała z tego, jak bardzo się od siebie różnili. Blasie był elokwentny, opanowany, błyskotliwy, rozbrajająco dowcipny, elegancki i czarujący – gdy lepiej się go poznało, wręcz oczarowywał cudownie ciepłym, lekko łobuzowatym charakterem. Przy kimś takim jak Blaise, Ron nabierał jeszcze wyraźniejszych cech nie zawsze okrzesanego, niewrażliwego, niedojrzałego nerwusa, który najpierw mówił, a potem myślał. Kontrastowali ze sobą jak wysoko urodzony, perfekcyjnie wychowany panicz i niechlujny raptus z błękitną krwią w żyłach, nie przywiązujący wagi do własnego zachowania. Nie bez znaczenie pozostawał również głęboki konflikt między ich najlepszymi przyjaciółmi, który eskalował z roku na rok. Weasley był oddany Harry’emu, podobnie jak Zabini Draco. Mając to wszystko na uwadze jedynie głupiec mógłby się dziwić, że porozumienie między nimi było rzeczą nieosiągalną – przynajmniej w obecnych warunkach. Pomimo dziesiątek mniejszych bądź większych różnic, Ślizgona i Gryfona łączyło jedno – sympatia do panny Dumbledore. Nie chcąc sprawiać wspólnej koleżance przykrości, powściągali co bardziej niebezpieczne emocje, ograniczając się do wymiany wrogich spojrzeń. Nie przerwali dziecinnej wojenki nawet wtedy, gdy upuszczony przez Potter’a widelec upadł na podłogę z dźwięcznym łoskotem. Płomiennowłosa pochyliła się, żeby podnieść zgubę i zmrużyła powieki widząc, jak nerwowo chłopak szurał stopami po posadzce. Sprawiało to wrażenie czegoś na kształt tiku nerwowego, co ją zaniepokoiło. Wyprostowała się zwinnie, odłożyła sztuciec na swoje miejsce i pogładziła ostrożnie ciemne włosy okularnika, celowo wybijając go z marazmu.

– Aż tak bardzo się martwisz? – uśmiechnęła się do niego pocieszająco.

– Mhm… – wymamrotał, nie odrywając wzroku od stołu.

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Ced gra w quidditcha dłużej od ciebie, ale to jego debiut w roli szukającego, a ty sam nie bez powodu jesteś w drużynie już od pierwszego roku – uszczypnęła lekko jego policzek, chcąc go rozbawić. – Jeśli poprawi ci to humor, będę dzisiaj na trybunach i mam zamiar dopingować tak głośno, aż zedrę gardło.

Harry z wdzięcznością spojrzał na ognistowłosą. Emanowało od niej ciepło, które zawsze dawało mu ukojenie. Nie potrafił go zdefiniować, jednak wydawało mu się, że już kiedyś je poczuł – gdy sam jeden, wykończony i bezsilny, stał twarzą w twarz z mordercą swoich rodziców. Po dziś dzień pamiętał nieopisaną aurę dobroci, która otuliła go szczelnie, przywracając nadzieję. To pozwoliło mu przetrwać…był tego pewien. Niesiony tęsknotą za tamtym magicznym uczuciem, przytulił mocno błękitnooką.

– Dzięki, Tea – wyszeptał. – Od razu mi lepiej.

– Cieszę się – potargała jego włosy. – Możesz na mnie liczyć.

– Wiem! – zaśmiał się cicho.

– Też mi coś! – wszystkie spojrzenia przeniosły się w lewo, skąd dobiegał kąśliwy, obrzydzony głos – Gryfon mogący liczyć na dwulicową Ślizgonkę?! W życiu nie słyszałam większej bzdury!

Ginny, która do tej pory nie zwracała uwagi na podopiecznych Slytherinu, wpatrywała się gniewnie w pannę Dumbledore. Wyglądała na rozgniewaną, choć ciężko było pojąć skąd mogło się to tak nagle wziąć.

– Nie mów tak do niej – brat upomniał ją zdecydowanym tonem.

– Zamknij się, Ron! – Weasley podniosła się zza stołu i uderzyła dłońmi w blat, ściągając uwagę reszty uczniów – Czy wy naprawdę nie widzicie, że ona jest taka jak wąż w ich symbolu?! Tak samo kłamliwa i oślizgła jak każdy ze Ślizgonów! Wpatrujecie się w nią jak w jakiś obrazek bo jest ładna!!! – wrzasnęła wściekle – Nikt już nie pamięta, że Tiara przydzieliła ją tam, bo jest identyczna jak oni?! Wystarczy, że zatrzepocze rzęsami, zaśmieje się, pożartuje i może robić co chce, a wy wszyscy jej na to pozwalacie! Nie dość, że wykorzystuje nazwisko, żeby wtrącać się tam, gdzie nikt jej nie chce, to jeszcze udaje, że traktuje wszystkich tak samo!!! – powtórnie uderzyła w blat – Pozwalacie jej kręcić się wśród nas, jakby była u siebie, a ona to wykorzystuje! Niby dlaczego kumpluje się z największym dupkiem w szkole, skoro jest taka milutka i słodka?! Dlaczego uratowała Malfoy’a, skoro widziała jak potraktował Harry’ego?! Dlaczego wciąż się z nim przyjaźni, skoro wszyscy wiedzą, że to przez jego wrednego ojca dyrektor został zmuszony do opuszczenia szkoły i nas wszystkich?! Podła, zakłamana żmija!!!

Krzyk panny Weasley słuchać było w całej Wielkiej Sali – dziwnie milczącej i cichej. Oczy większości uczniów oraz nauczycieli zwrócone były w ich stronę, a majaczyło w nich wyłącznie niedowierzanie. Poczerwieniała ze złości Hermiona już się podnosiła, żeby uświadomić młodszej koleżance jak wielkie bzdury wygadywała, jednak zatrzymała ją twarda zdecydowana dłoń. Blaise poczuł się zobowiązany do reakcji i nie chciał, by to Granger poniosła jej ewentualne konsekwencje.

– Nie uważasz, że przesadziłaś, panienko? – zwrócił się do Ginny spokojnym głosem – Młoda dama nie powinna zwracać się takim tonem do starszych, a zwłaszcza do brata. W imieniu całego Slytherinu powinienem ci podziękować za to płomienne wystąpienie. Stwierdzenie, że wszyscy jesteśmy jak Gallatea, jest niemałym komplementem, za który jesteśmy wdzięczni. Zarzucasz nam wywyższanie się i masz w tym sporo racji. Jesteśmy pod każdym względem lepsi od takich rozwydrzonych, rozkrzyczanych panienek jak ty. Nikt z nas nie zdobyłby się na olbrzymi nietakt rzucania bezpodstawnymi oskarżeniami na forum publicznym, ponieważ to uwłaczałoby naszej godności. Jesteśmy dobrze wychowani i w pełni świadomi tego, jak należy się zachowywać – zmierzył dziewczynę protekcjonalnym spojrzeniem. – W przeciwieństwie do ciebie. Gallateo, pozwól proszę. Wystarczy na dziś tego popisu prostactwa.

Zabini wyciągnął ku przyjaciółce dłoń, którą chwyciła delikatnie i wstała z gracją, powstrzymując się od komentarza. Widziała po minie kolegi, że silenie się na opanowany, rzeczowy ton sporo go kosztowało, więc nie chciała nadwyrężać jego imponującej cierpliwości. Pozwoliła mu wyprowadzić się z Wielkiej Sali, jednak nie mogła przestać myśleć o tym, co ugryzło Ginny. Nie kolegowały się jakoś bardzo mocno, ale Weasley nigdy wcześniej nie była wobec niej złośliwa, ani nie dawała po sobie poznać, że mogła czuć się w jej towarzystwie niekomfortowo. Rudowłosa czarownica wiedziała doskonale, iż to właśnie panna Dumbledore zeszła wraz z Ronem i Harrym do Komnaty, żeby ją ratować – za co niejednokrotnie dziękowała. Ten dziwny, nagły wybuch sprzed chwili zupełnie nie trzymał się kupy. Coś tu było mocno nie tak…pytanie tylko, co konkretnie. Widząc zmartwioną minę Tei, Blaise objął ją ramieniem, po czym mocno przycisnął ją do swojego boku. Krew się w nim dosłownie gotowała, ale nie chciał ściągać na jej drobne barki kolejnych zmartwień. Wziął do siebie to, co Dragan niegdyś powiedział o byciu przyjacielem i chciał zachować się jak należy. Po prostu być przy niej i dla niej.

– Nie zadręczaj się, księżniczko – uśmiechnął się łagodnie. – Niczego złego nie zrobiłaś. To ta mała histeryzuje, Merlin jeden wie dlaczego.

– Jestem po prostu zaskoczona – oplotła rękę wokół torsu kompana. – Ginny nigdy się tak nie zachowywała. Coś musi ją bardzo męczyć…

– Przestań, Dumbledore! – wbił palce pod jej żebra – Nawet nie próbuj jej tłumaczyć, ani się o nią martwić! Jeśli rzeczywiście ta mała ma jakiś problem, prędzej czy później się dowiesz. Teraz sobie odpuść.

– Postaram się. Dziękuję, Blaise – położyła głowę na jego ramieniu.

– Taka już rola rycerza, piękna niewiasto! – uścisnął ją mocniej, uśmiechając się zaczepnie.

Od Wielkiej Sali oddalili się zbyt szybko, żeby móc obserwować poruszenie pozostałych uczniów. Po tym, co się wydarzyło, cały Slytherin także opuścił jadalnię – jak nakazywało im poczucie jedności oraz nierozerwalnego braterstwa. Przechodząc koło stołu Gryffindoru, Ślizgoni nie szczędzili pogardliwych, obrzydzonych spojrzeń – dostali jednoznaczne potwierdzenie tego, że mieli pełne prawo uważać się za lepszych od żałosnych Gryfonów. Ginny, przytłoczona wrogością dziesiątek par oczu w jednej chwili skuliła się na swoim miejscu. Półuśmieszki, szepty i spojrzenia były jednak niczym…najgorsze dopiero miało nadejść. Przy uczniach domu lwa zatrzymał się Dragan, a jego przybycie natychmiast zagęściło atmosferę do tego stopnia, że nawet duchy znieruchomiały niezdolne do poruszenia się. Luther wprawnym ruchem objął ramionami szyje bliźniaków Weasley, mocno przyciągając ich do siebie.

– Nic do was nie mam, chłopaki – rzucił raźnym tonem. – Poważnie. Lubię się z wami szlajać, bo interesujące z was typy. Wasza siostrzyczka – wbił palce w ich grdyki – to już inna historia. Nie za bardzo leży mi publiczne linczowanie kogokolwiek, a już bardzo mnie to wkurwia, jeśli chodzi o oczernianie Gall. Swoją drogą wasza siostrunia ma niezły tupet! Obrażać osobę, która ryzykując życie pomogła ją ratować? Ironia! – zaśmiał się sucho, wzmacniając nacisk – Mam słabość do waszych uroczych mordek, więc uprzejmie proszę, pogadajcie sobie z siostrzyczką – pochylił się tak, by tylko bliźniacy mogli usłyszeć jego szept. – Uwińcie się, zanim puszczą mi nerwy i sam się za to zabiorę. Jeżeli będę zmuszony pogawędzić sobie z małą Ginny, smarkula może gorzko pożałować tego, że wyciągnięto ją z tej Komnaty. Połamię każdą jedną kosteczkę w jej kruchym ciałku, a wam karzę na to patrzeć. Chyba​,​ że coś mi się odwidzi i po prostu wyrwę jej ten niewyparzony język, który odeślę waszej sympatycznej mamusi – wyprostował się, puścił czarodziei i przyjacielsko poklepał ich po ramionach, jakby wcale im nie groził. – Rozumiemy się? Freddie? Georgi?

Rudowłosi młodzieńcy przytaknęli niezgrabnie. Nagły wybuch Ginny dosłownie ich zszokował, ponieważ nie spodziewali się czegoś podobnego po własnej siostrze. Ich matce serce by pękło, gdyby dowiedziała się jak jej jedyna córka potraktowała wnuczkę dyrektora Dumbledore’a. Młoda nie miała żadnego logicznego powodu, żeby rzucać się Tei do gardła i to przy wszystkich. W dodatku wywlekła na forum całej szkoły pogłoski, które ich ojciec usłyszał w Ministerstwie i prosił wyraźnie, by nigdy ich bezmyślnie nie powtarzali. Co do słów Luthera, nie przejęli się nimi zbytnio. Turkusowooki często wygadywał różne dziwne rzeczy i nie traktowali tego poważnie – całkiem spory błąd.

– Zajmiemy się tym, Gadzinko – powiedział George, całkowicie na serio.

– Jeszcze przed meczem z nią pogadamy – zapełnił Fred, grobowym tonem. – Jeśli coś z niej wyciągniemy, powiemy ci.

– Dzięki, panowie! – kruczowłosy zaśmiał się płytko – Wiedziałem, że się zrozumiemy. Powodzenia ze smarkulą.

Luther sprzedał chłopakom po mocnym uderzeniu między łopatki, po czym dołączył do czekającego na niego przy drzwiach Cedrika. Większość Puchonów oraz Krukonów również wyszła z Wielkiej Sali, nie do końca wiadomo czy z powodu poczucia jedności z Teą, czy też w ramach protestu przeciw zachowaniu Ginny. Wykrzykiwanie obelg w obecności całej szkoły nigdy nie było zachowaniem mile widzianym. Wychowankowie Hufflepuffu cenili sobie sprawiedliwość, a oskarżanie kogokolwiek bez dowodów nic z nią wspólnego nie miało. Ravenclaw szczycił się roztropnością swych podopiecznych, którzy nie mogli uznać okropnego znieważania za zachowanie mądre. Również Gryfonom wystąpienie Ginny Weasley mocno uwierało, więc siedzieli w ponurej ciszy. Nikt nie miał ochoty dłużej cieszyć się śniadaniem w takich okolicznościach, dlatego starsi uczniowie zaczęli wychodzić, dołączając do kolegów noszących inne barwy. Bliźniacy Weasley otoczyli siostrę, poniekąd obawiając się o jej bezpieczeństwo – Zabini rozwiązał sprawę w białych rękawiczkach, jednak nie mogli być pewni co zrobią inni Ślizgoni.

– Chyba musimy pogadać, młoda – Fred położył dłoń na ramieniu dziewczynki.

– Ale ja nie chcę… – jęknęła łamiącym się głosikiem.

– To nie była prośba, Ginny – George odwrócił się ku wyjściu. – Chodźmy do dormitorium.

Zanim zdążyli dotrzeć do drzwi, wyprzedzili ich Harry, Ron oraz Hermiona. Chcieli przeprosić Gallateę za to, co się stało, lecz wcześniej zatrzymał ich pochód wkurzonych Ślizgonów. Biegli co sił w nogach przez szerokie korytarze, wymijając mniej lub bardziej płynnie kolejne grupki uczniów. Musieli zdążyć, zanim panna Dumbledore na dobre zniknie im w swoim Pokoju Wspólnym. Szaleńcza gonitwa na nic się zdała…nigdzie nie było Tei. Granger dostrzegła Marcusa. Nie za bardzo miała ochotę z nim rozmawiać, lecz jaki pozostawał jej wybór? Podeszła do kapitana drużyny Slytherinu nieco zmieszana tym, jak rosły był z bliska.

– Flint? – zaczęła nieśmiało.

– Granger – uniósł jedynie brew, krzywiąc się nieznacznie.

– Wiem, że nie chcesz ze mną gadać, ale czy mogłabym cię o coś poprosić?

– Prosić zawsze można – zaplótł ręce na piersi. – Czego chcecie?

– Czy byłbyś tak miły i mógłbyś poprosić Gallateę? – spojrzała na chłopaka błagalnie – Chcemy z nią porozmawiać. Tylko przez minutkę! Obiecuję.

Marcus wyprostował się, jeszcze mocniej podkreślając atletyczną posturę. Zerknął na Hermionę, po czym dumnie zadarł podbródek. Może i płomiennowłosa miała słabość do tego kłopotliwego trio, jednak teraz należał jej się święty spokój, a on powinien tego dopilnować.

– Posłuchaj mnie, Granger – syknął. – Nie mam najmniejszego zamiaru tolerować tutaj obecności ani waszej, ani żadnego innego Gryfona. Tea wystarczająco już dzisiaj zniosła. Teraz jest bezpieczna, z daleka od tych waszych ciągłych wymysłów. Jest wśród SWOICH – celowo zaakcentował. – Slytherin to rodzina. Nie życzymy sobie, żeby nękano lub nachodzono jedną z nas. Spływajcie stąd i więcej nie zbliżajcie się do naszego dormitorium.

Po tych słowach kapitan najzwyczajniej odwrócił się na pięcie i zatrzasnął im drzwi przed nosem. Przez kilka minut Harry, Ron i Hermiona stali osłupiali. Nikt z nich nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego z ust Flinta. Owszem, nie zakładali by się zgodził, lecz ten tekst o rodzinie…średnio to pasowało do wizerunku Ślizgonów, który wyrył się w ich świadomości. Być może wcale nie znali tak dobrze wychowanków domu węża, jak mogłoby się wydawać.

– Co teraz? – Weasley usiadł na podłodze, opierając plecy o zimną ścianę.

– Za pół godziny zaczynają się eliksiry. Może uda nam się porozmawiać z Teą, zanim zaczną się zajęcia – skwitowała Gryfonka.

Nie tracąc czasu poszli wprost pod klasę Snape’a, chcąc mieć na tyle dużo czasu, żeby móc spokojnie pogadać z koleżanką. Okazało się to znacznie trudniejsze niż myśleli, bowiem zirytowani Ślizgoni robili wszystko, by nie dopuścić ich w pobliże ognistowłosej. Podopieczni Slytherinu otoczyli szczelnie pannę Dumbledore, skutecznie izolując ją od znienawidzonych Gryfonów. Lady weszła do sali w towarzystwie Zabini’ego oraz Malfoy’a, którzy usiedli z nią w ławce czekając, aż Trio wyminie ich, żeby usiąść – dopiero kiedy to nastąpiło, panowie wrócili na swoje miejsca. Przybycie jak zawsze ponurego Severusa rozwiało ostatnie nadzieje na podjęcie próby rozmowy. Mistrz eliksirów zachowywał się wobec uczniów z Gryffindoru znacznie gorzej niż zazwyczaj, odejmując masę punktów pod byle pretekstem i z upodobaniem ciskając uszczypliwymi złośliwościami. Nie odmówił sobie również przyjemności bezpośredniego skomentowania sytuacji z godzin porannych, skupiając się na piętnowaniu niewdzięczności panny Weasley oraz jej karygodnego, dziecinnego oraz krzywdzącego zachowania. Nie omieszkał także pochwalić pana Zabini’ego za iście Ślizgońskie zachowanie, spokój wypowiedzi, a także niezachwiany takt. Nieprzyjemna atmosfera prowadzonych zajęć sprawiała, że lekcja dłużyła się niemiłosiernie, więc uczniowie z ulgą przyjęli wieść o ich zakończeniu. Ich radość była jednak przedwczesna. Pozostałe zajęcia wcale nie prezentowały się lepiej, ponieważ wszyscy nauczyciele poczuli przemożną potrzebę ustosunkowania się do monologu panny Weasley – zgodnie potępiając pomysł wciągania całej szkoły w jakieś prywatne żale. Nawet Minerva wydawała się oburzona całym zajściem, a ukrywanie się z tym nie wychodziło jej ani trochę. McGonagall bardzo dobrze wiedziała, że gdyby nie interwencja Lady Crown, finał historii z Komnatą Tajemnic mógłby być co najmniej tragiczny. Czarownica była również świadoma, jaką cenę Vallerin musiała za to zapłacić, dlatego poruszyły ją nieprzemyślane słowa podopiecznej. Do samego zakończenia dnia nauki nic się nie zmieniło, a obiad w Wielkiej Sali wyglądał wręcz kuriozalnie. Uczniowie co prawda mieli swoje stoły, przypisane do konkretnego domu, lecz poza oficjalnymi uroczystościami nikt nie trzymał się ściśle tego podziału. Nikt, poza Slytherinem. Ślizgoni zawsze zajmowali stół skrajnie po lewej względem drzwi – i tam gromadzili się podczas posiłków, spędzając ten czas wspólnie. Niezbyt chętnie dzielili się swoją przestrzenią z przedstawicielami pozostałych domów, jednak dziś zrobili wyjątek od tej niepisanej zasady. Stół po lewej zajęli zarówno Ślizgoni jak i Puchoni oraz Krukoni. Wszyscy zainteresowani gnieździli się obok siebie, oddzielając murem pannę Dubmbledore od Gryffindoru. Było to wydarzenie dość dziwne i nieco deprymujące, a Dragan jedynie podkręcił atmosferę. Siedział opierając się plecami o krawędź stołu, przodem do Gryfonów i obserwował czujnie uczniaków, uniemożliwiając im poczucie się choć odrobinę komfortowo. Płomiennowłosa westchnęła, widząc zachowanie przyjaciela oraz jego szelmowski półuśmieszek. Musiał cholernie dobrze się bawić, kosztem biednych dzieciaków. Po południu cała szkoła zebrała się na trybunach, pomimo tragicznej wręcz pogody. Marznący deszcz przybrał na sile, niebezpiecznie ograniczając widoczność, a wycie wiatru zagłuszało okrzyki kibiców, deformując ich podniesione głosy. Luther stojący za swoją Lady, owinął swój szalik wokół jej szyi pilnując, żeby mu czasem nie przemarzła. Nie miał ani czasu, ani ochoty, by włączyć się do rozmowy między młodszymi znajomymi. Koło niego cały sterczał podekscytowany Marcus, komentujący nieustannie prawdopodobny przebieg meczu. Turkusowooki mocno zacisnął zęby, próbując powstrzymać się przed roztrzaskaniem Flintowi tej nie zamykającej się mordy. Kapitan nie przypłacił swojego gadulstwa połamaną żuchwą tylko dlatego, że uspokoił się nieco, gdy obydwie drużyny w końcu pojawiły się na boisku. Puchoni witani byli dużo cieplej – gromkimi brawami oraz rytmicznym skandowaniem. Stało się tak, ponieważ z dwojga złego Ślizgoni woleli już pokibicować Hufflepuffowi, choć część z nich pozostała całkowicie bierna. Pani Hooch dała drużynom sygnał do rozpoczęcia zwyczajowego przelotu, który rozpoczynał mecz. Kiedy szukający mijali trybuny Slytherinu, Tea pomachała obydwu kolegom, mając nadzieję, że ją zauważą. Zarówno Puchon jak i Gryfon najwidoczniej nie mieli z tym problemu, ponieważ odpowiedzieli na powitanie uśmiechami. Mecz, mimo kiepskiej pogody, odbywał się bez jakiś tragicznych zakłóceń – jedynie czasem doskwierała słaba widoczność, ale Lee, dzięki swoim bezbłędnym komentarzom natychmiast naświetlał dokładnie sytuację. Trzeba było oddać Jordanowi, że urodził się komentatorem. Jego emocjonalne wypowiedzi i żywiołowe reakcje nieraz wzbudzały falę śmiechu. Gryffindor prowadził w spotkaniu nieznacznie, gdy deszcz przybrał gwałtownie na sile. Ściana wody uniemożliwiała zorientowanie się w aktualnej sytuacji na boisku. Co jakiś czas któryś z zawodników ślizgał się niebezpiecznie na swojej miotle, z trudem unikając upadku. Ostre, lodowate podmuchy wiatru wymuszały utrzymanie perfekcyjnej kontroli oraz obniżenia pułapu lotu. Aura pogodowa pogarszała się z minuty na minutę, co nie przekonało pani Hooch do przerwania ciężkiego starcia. Szukający, najpewniej w pogodni za zniczem, wznieśli się wysoko ponad boiskiem – przekraczając względnie bezpieczną odległość od ziemi. Przez dłuższą chwilę nie było widać żadnego z nich, przez co Lee miał utrudnione zadanie. Niespodziewanie wśród kibiców rozległ się przytłumiony przez wiatr krzyk. Błękitnooka poczuła się mocno nieswojo, nie potrafiąc określić przyczyny poruszenia. Kiedy w końcu zauważyła o co chodziło, było niemalże za późno. Dostrzegła Harry’ego, który zbliżał się do ziemi z wielką prędkością – sądząc po całkowitej bezwładności oraz braku miotły, musiał być nieprzytomny. Choć zawodnicy obydwu drużyn, widząc co się dzieje ruszyli z pomocą, nie byli w stanie go złapać przez niesprzyjający wiatr i odległość – byli za daleko. Kiedy szczupłe ciało chłopca było ledwie kilka metrów nad ziemią, Tea wyciągnęła dłoń. Luther, rozumiejąc co planowała, zasłonił ją przed potencjalnymi, ciekawskimi spojrzeniami, wykorzystując swą szeroką klatkę piersiową. Lady spowolniła upadek Potter’a, posługując się tą samą metodą, co w przypadku Nevilla na pierwszym roku. Wyhamowanie impetu uderzenia znacznie złagodziło jego skutki, z czego nie mogła być w pełni zadowolona – powinna zareagować wcześniej. Diggory, który zanurkował za młodszym kolegą, wylądował bezpiecznie tuż obok niego, trzymając w dłoni znicza. Do poszkodowanego oczywiście podbiegła pani Hooch. Kobieta wdała się w dyskusję z Cedrikiem, co z daleka wyglądało jakby próbowała uspokoić zdenerwowanego ucznia. W końcu odgwizdała zakończenie meczu, przyznając zwycięstwo Puchonom. Zirytowany chłopak cisnął zniczem o murawę i odszedł w stronę swojej drużyny. Nikt nie świętował zwycięstwa. Uwaga wszystkich skupiona była na Potterze, ponieważ upadek z takiej wysokości zazwyczaj miał mocno nieprzyjemne konsekwencje – złamania można było zaliczyć do najłagodniejszych z nich. Nauczyciele zabrali Gryfona do Skrzydła, przy okazji rozganiając tłum uczniów gromadzący się na murawie. Dragan, trzymając mocno dłoń panny Crown wymijał cholernych gówniarzy, kierując się wprost ku królestwu madame Pomfrey. Wiedział, że przyjaciółka martwiła się o stan Po Prostu Harry’ego i nie chciał pogłębiać jej niepewności – szczęśliwa Vallerin to z całą pewnością była jego ulubiona Vallerin. Kruczowłosy bezceremonialnie zignorował ciągnące się za nim okrzyki Ślizgonów oraz pytające spojrzenia drużyny Gryffindoru – w dupie miał stado pierdolonych smarkaczy! Niemalże wlekąc za sobą ognistowłosą, nareszcie zrównał krok z Oliverem, który szedł tuż za nauczycielami z nietęgą miną człowieka, obwiniającego się o wszystko. Wood przywitał się z turkusowookim skinieniem, co w zupełności wystarczyło – żaden z nich nie chciał tracić czasu na bzdurne, kurtuazyjne uprzejmości. Do wnętrza Skrzydła Poppy nie wpuściła żadnego z uczniów, nakazując im cierpliwie zaczekać przed drzwiami.

– Co tam się do cholery stało?! – Fred uderzył pięścią w ścianę.

– Nie myślicie chyba, że Diggory… – Alicja Spinnet nie dokończyła zdania.

– Cedrik nigdy by czegoś takiego nie zrobił – Luther warknął w stronę dziewczyny. – Prędzej sam by z tej miotły skoczył, niż umyślnie pozwoliłby Potterowi spaść.

– Może to przez pogodę? – George stanął obok brata.

– Uspokójcie się wszyscy! – krzyknął Oliver – Najważniejszy jest teraz Harry. To co się tam stało, możemy wyjaśnić później.

– Odetchnij, Wood – Angelina Johnson pogładziła plecy kapitana.

– To moja wina – chłopak zmierzył wzrokiem członków swojej drużyny. – Powinienem zabronić mu wznosić się tak wysoko. Gdybym tylko był szybszy…miałem najbliżej…

Gryfoni zwiesili głowy, nie wiedząc w jaki sposób mieliby pocieszyć swojego lidera. Każdy z nich przeczuwał, że Oliver będzie czuł się odpowiedzialny bo zawsze tak było. Uparcie brał na siebie winę za każde niepowodzenie. Nieoczekiwanie Dragan uderzył Wooda w plecy na tyle mocno, że posłał go wprost w ścianę. Zdezorientowany Gryfon nie zdołał się wyasekurować, więc uderzył policzkiem w chłodny kamień.

– Odbiło ci, Luther?! – krzyknął odpychając się dłońmi od ściany.

– I kto to mówi, kapitanku? Uważasz się za jakieś pojebane medium, a klepnięcia nie przewidziałeś? – parsknął turkusowooki.

– O czym ty znowu gadasz?

– Powinienem mu zabronić – kruczowłosy zbliżył się o krok do Olivera. – Gdybym tylko był szybszy – kolejny krok. – To moja wina – zatrzymał się przy Gryfonie i spojrzał mu prosto w oczy. – Gdybym, gdybym, gdybym…Skończ pierdolić, Wood! Dobrze wiesz, kapitanku, że musiałbyś dosłownie z układu źdźbeł trawy wywróżyć co się stanie, żeby ewentualnie zdążyć! Graliście przy fantastycznej ​pogodzie z ograniczoną widocznością, a Potter sam podjął decyzję o ściganiu znicza. Harry gra już na tyle długo, że chyba potrafi ocenić ryzyko. Do póki nie dowiesz się, co wykrzaczyło się tam na górze, przestań jojczyć. Jesteś el capitano! Masz prowadzić swoje stadko, nie ich dołować.

W całym tym zamieszaniu, wszyscy zdawali się zapomnieć o pannie Dumbledore, która stała na uboczu i obserwowała zgromadzonych. Ręka ją bolała, a to nie zwiastowało niczego dobrego. Nagły, mocny przepływ energii dodatkowo obciążył – już i tak słabe – ciało, przypominając jej o ograniczeniach, do których nie była przyzwyczajona. Luther słusznie naprostował Wooda, jednak do niej jego słowa się nie odnosiły. Gdyby to ona zareagowała dosłownie kilka sekund wcześniej…nie musieliby czekać pod drzwiami Skrzydła. Nawet nie zauważyła, kiedy podszedł do niej Dragan. Kruczowłosy położył dłoń na głowie swojej Lady i nie zważając na to gdzie się znajdował, wyciągnął papierośnicę. Bez skrępowania zapalił, stojąc ledwie kilka kroków od grupy poddenerwowanych małolatów. W sumie, co mu niby mogli zrobić?

– Niezły refleks, moja pani – wymruczał, zerkając na towarzyszkę.

– Chyba się starzeje – zachichotała gorzko. – Powinnam zareagować dużo wcześniej.

– Ciebie też mam wepchnąć w ścianę? – uśmiechnął się kącikiem ust – Niby jak chciałabyś zareagować wcześniej, skoro nawet ja niczego nie zauważyłem? Nie obraź się, ale z tym krasnalim ciałkiem to ty ogólnie za dobrej widoczności nie masz. Pokaż rękę.

Płomiennowłosa mocniej naciągnęła rękaw mundurka, spodziewając się w jakim stanie musiała być jej dłoń. Nie chciała martwić przyjaciela, więc zasłoniła rękę najszczelniej jak potrafiła. Spojrzała niewinnie w turkusowe tęczówki.

– Po co?

– Nie drażnij się ze mną – warknął. – Powiedziałem pokaż.

No świetnie…w oczach kruczowłosego zatliła się ta irytująca, władcza iskra. Demoniczne spojrzenie odarło ją z resztek złudzeń – Dragan nie żartował. Miała tylko dwie opcje do wyboru: albo go posłucha, albo będzie zmuszona wdać się w szarpaninę, której za nic nie wygra. Westchnęła przeciągle. Ostatnie na co miała ochotę, to urządzanie scen – wystarczyło jej takich atrakcji jak na jeden dzień. Pokonana przez upiornego uparciucha, podała mu dłoń.

– Ja pierdolę…Vallerin… – wyszeptał niemalże bezgłośnie.

Blada, gładka skóra kobiety pokryta była licznymi bąblami oraz otwartymi ranami, przez co wyglądała jak rezultat poważnego poparzenia. Krwawo-wodnista ciecz sączyła się z głębokich bruzd, najwyraźniej nie mając zamiaru zakrzepnąć. Nieznośne pieczenie dłoni skutecznie udaremniało wszelkie próby zaciśnięcia jej w pięść. Uszkodzenie tkanki było na tyle poważne, że nawet oddech Dragana docierający do rany sprawiał jej ból. Żałośnie słabe ciało zaczynało ocierać się o swoje limity.

– Zaczekaj tu i nikomu tego nie pokazuj – Luther pogładził ostrożnie jej nadgarstek. – Za chwilę wrócę.

Mężczyzna puścił przyjaciółce oczko, po czym zbiegł po schodach. Zaśmiała się cicho. Temu facetowi czasem było aż za bardzo wszystko jedno! Uczeń ganiający po Hogwarcie z papierosem w ustach…tego jeszcze nie grali. Zastanawiała się, czy Severus próbowałby z turkusowookim rozmawiać o tak haniebnym zachowaniu, czy od razu ukręciłby mu głowę – znając życie pewnie to drugie. Skąd tak właściwie Luther brał te wszystkie fajki? Widywała go wyłącznie z papierosami zagranicznych marek nie przeniesionych na rynek brytyjski, co samo w sobie wydawało się logistycznym wyzwaniem. Trzymał w jakimś sekretnym bunkrze całe kortony zbawiennego tytoniu? Miał jakiś swoich ludzi na posyłki, którzy mu to zwozili? Dragan nie lubił polegać na kimkolwiek, więc teoria o oddanych sługach względnie odpadała. Być może nieszczęsny Raven był wysyłany sporadycznie na głupkowate misje pod tytułem: kopsnij się na Filipiny i przywieź dwa kartony tamtejszych papierosów. Chociaż nie…Raven nie sprawiał wrażenia człowieka, który pozwoliłby traktować się jak jakieś podrzędne popychadło od fajek. Zanim na dobre odpłynęła w kierunku zajmujących rozważań, przeszkodziło jej nadejście Hermiony i Rona.

– Poczekasz z nami na informację od pani Pomfrey? – Gryfonka zagadnęła cicho.

– Tak długo, jak będzie trzeba – płomiennowłosa uśmiechnęła się pocieszająco. – Był tu jeszcze Dragan, ale zszedł na chwilę do Pokoju Wspólnego.

– Słuchaj, Tea. Chciałbym cię przeprosić za to, co powiedziała Ginny. Nie wiem co jej tak nagle odbiło… – zmieszany Ron podrapał się po karku.

– Och, nie szkodzi. Nie musisz przepraszać – dotknęła barku kolegi. – Wiesz może, dlaczego tak o mnie myśli?

– Pojęcia nie mam – jęknął, przecząco kręcąc głową. – Fred i George próbowali z nią porozmawiać, ale nic im nie powiedziała. Zaczęła tylko ryczeć, powtarzając jacy to oni nie są głupi.

– Chyba będzie lepiej, jak przestanę z wami tyle przesiadywać – spojrzała przepraszająco na znajomych. – Nie chcę, żeby Ginny źle się przeze mnie czuła.

– Bzdury gadasz! – Granger zareagowała ostro – Ginny przejdzie. Spędzasz czas z nami, a nie z nią. Jesteś naszą przyjaciółką – młoda czarownica objęła Lady ramieniem. – Martwisz się o Harry’ego tak samo jak my i nie jesteś wcale taka sama, jak reszta Ślizgonów. Lubię się z tobą uczyć, rozmawiać, kręcić po szkole…przychodzisz do nas pomimo tego, że Slytherin krzywo na to patrzy. Nie chcę, żebyś nas zostawiła przez jakieś głupie gadanie Ginny.

Zanim Tea zdążyła jakkolwiek zareagować na słowa Hermiony, wrócił Dragan. Kruczowłosy zmierzył Gryfonów niechętnym spojrzeniem. Wiedział, że te dzieciaki nijak nie przyczyniły się do sytuacji podczas śniadania, lecz obecnie nie miał zamiaru użerać się z ewentualnymi konsekwencjami ich obecności – musiał zatroszczyć się o swojego anioła, zawczasu eliminując potencjalnych świadków.

– Możecie się odsunąć? – warknął przez zaciśnięte zęby.

Uczniowie usłużnie odeszli wiedząc, że nie wygraliby słownej potyczki z Lutherem. Turkusowooki potrafił narzucić swoją wolę innym i skutecznie wybronić się wprawnym dobieraniem argumentów – tego typa bardzo ciężko było przegadać. Gryfoni z odległości ponad metra obserwowali dwójkę Ślizgonów. Dragan uśmiechnął się do swojej pani, po czym przyklęknął przed nią, by nie narażać jej pochopnie na ból związany z koniecznością uniesienia ręki. Ostrożnie ujął jej okaleczoną dłoń, chcąc lepiej przyjrzeć się obrażeniom. Proces regeneracji już się rozpoczął i wyglądał na dość zaawansowany, jednak rana wciąż nie wyglądała za dobrze – strasznie się to wszystko babrało. Mężczyzna wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki ciasno zwinięty, śnieżnobiały bandaż. Najdelikatniej jak potrafił owinął nim dłoń błękitnookiej, a kiedy skończył, czule pogładził kciukiem jej smukłe palce.

– Powinno pomóc – podniósł się z podłogi. – Gdyby ktoś pytał, skaleczyłaś się podczas zbiegania z trybun.

Kruczowłosy bez uprzedzenia objął ramionami przyjaciółkę i położył brodę na jej obojczyku. To nie powinno tak wyglądać…nie mógł spokojnie patrzeć, jak działa się jej krzywda. Był gotów bezlitośnie zarżnąć każdego, kto śmiałby zagrozić jego pani, lecz co miał zrobić teraz? Co mógł zrobić, żeby uratować ją przed destrukcyjnymi konsekwencjami decyzji, którą podjęła?

– Vallerin, to już nie jest zabawne – szepnął, muskając ciepłym oddechem jej skórę. – Następnym razem, gdy stanie się coś takiego…możesz poważnie ucierpieć i wiesz o tym. Słabniesz, moja pani. Jak zamierzasz skutecznie chronić Harry’ego, skoro nie możesz swobodnie korzystać ze swoich mocy? – wyraźnie poczuł jak drgnęła, więc objął ją mocniej – Nie odpuszczę ci, aniołku. Będę się szlajał za tobą krok w krok i powtarzał nudne oczywistości, aż nie zgodzisz się na znalezienie rozwiązania. Nie uciekniesz przed tym, ani przede mną. 

                   Płomiennowłosa wróciła do swojej sypialni dopiero późnym wieczorem. Dafne czekała na nią w Pokoju Wspólnym i podbiegła do niej, kiedy tylko przekroczyła próg dormitorium. Greengrass średnio interesowała się losem Pana Wybrańca, jednak zależało jej na przyjaciółce, więc usiadła razem z Dumbledore przed kominkiem, próbując ją jakoś nienachalnie pocieszyć. Blondynka oczywiście zapytała o stan zdrowia Harry’ego oraz cały wypadek, kierując się troską o Teę. Lady nie widziała większych przeciwwskazań do podzielenia się ze Ślizgonką otrzymanymi informacjami – nie były żadną tajemnicą, a do jutra będzie o tym wiedziała cała szkoła. Z samym Potterem udało jej się porozmawiać ledwie przez kilka minut z powodu niemałego tłumu gnieżdżącego się w Skrzydle. Chłopiec bardzo oględnie wyjaśnił, że spadł z miotły, ponieważ zaatakowali go dementorzy. Panna Crown rzuciła się na swoje łóżko. To wszystko stawało się mocno kłopotliwe…pojęcia nie miała z jakiegoż to powodu dementorzy tak ochoczo dręczyli Harry’ego. W sumie mogłam ich zapytać, – zaśmiała się w myślach. Cała ironiczna wesołość jej przeszła, kiedy przypomniała sobie słowa Dragana. Luther miał rację. Dziecięce ciało stawiało coraz większy i boleśniejszy opór, a w takim stanie nie mogła skorzystać z pełni swojej mocy – musiałaby choć na kilka sekund wrócić do naturalnej postaci, co ciężko byłoby ukryć. Bez nieskrępowanego dostępu do mocy byłaby praktycznie bezużyteczna, gdyby stało się coś nieoczekiwanego. Kruczowłosy chwilę po rozmowie z nią nagle oznajmił, że ma coś do zrobienia. Nie wrócił już do Skrzydła, nie widziała go również w dormitorium. Sięgnęła po książkę, czekającą na nocnym stoliku. Zaczytana w treść księgi, całkowicie odpłynęła tracąc poczucie czasu. Do świata żywych przywróciło ją donośne pukanie.

– Proszę! – nie miała zamiaru się podnosić.

– Witaj, moja droga – do pokoju wszedł Albus.

Słysząc głos starego przyjaciela, poderwała się natychmiast. Zamarła widząc, że Dumbledore nie przyszedł sam – towarzyszyli mu Dragan oraz Severus. Sądząc po poważnej, pozbawionej emocji minie Luthera, zapowiadała się mało przyjemna rozmowa, nie mająca nic wspólnego z koleżeńską wizytą.

– Nie przeszkadzamy? – dyrektor uśmiechnął się ciepło.

– Oczywiście, że nie – odwzajemniła uśmiech, ostatecznie odkładając książkę. – Siadajcie proszę. Może czegoś się napijecie?

– Dla mnie kawa – Albus zajął miejsce w ulubionym fotelu.

– Severusie? – spojrzała na skwaszonego profesora.

– To samo poproszę – mistrz eliksirów rozsiadł się obok dyrektora.

– Nalej mi whisky – Dragan wskoczył na łóżko.

Lady przygotowała zamówione napoje i podała je swoim gościom. Samej sobie, wzorem turkusowookiego, nalała szklaneczkę czegoś mocniejszego. Czując kłopoty, usiadła na krawędzi łóżka tak, by móc obserwować twarze trzech mężczyzna bez zbędnego kręcenia się.

– Pan Luther przyszedł dziś do mnie z niepokojącymi informacjami – zaczął stary czarodziej. – Dragan twierdzi, że czujesz się znacznie gorzej niż zakładaliśmy. Czy to prawda, moja droga?

– Albusie… – westchnęła przeciągle – dam sobie radę. Nie musisz się o mnie martwić, przecież wiesz.

– Do cholery, Vallerin! – ryknął Luther, tracąc resztki cierpliwości do tej upartej baby – Przestań w końcu pieprzyć! Nie martwcie się o mnie, dam sobie radę, nic mi nie jest…rzygać mi się już od tego chce! Zawsze troszczysz się o innych bez względu na to, czy zasługują na twoją uwagę. Pozwól nam chociaż raz zatroszczyć się o ciebie, ty uparta kretynko! – zerwał się z łóżka – Jestem twoim przyjacielem, tak samo jak tych dwóch! Bądź łaskawa nie robić z nas idiotów i przyznaj, że zrobiło się paskudnie!

W przypływie emocji kruczowłosy cisnął trzymaną szklanką w ścianę. Delikatne szkło rozprysło się, tworząc drobną, migoczącą mgiełkę. Lady patrzyła na Luthera szeroko otwartymi oczyma, szczerze zszokowana jego zachowaniem. Bywał porywczy, owszem, ale nigdy nie zdobył się na to, żeby poważnie na nią nakrzyczeć i to w obecności świadków. Musiał być bardzo sfrustrowany całą sytuacją, skoro puszczały mu nerwy. Reakcja Luthera dosłownie sparaliżowała czarodziei. Dumbledore nerwowo poprawiał okulary, natomiast Snape uparcie wpatrywał się w swoją filiżankę.

– Powiesz w końcu jak się czujesz, czy dalej będziemy ciągnąć tę gierkę? – demoniczne oczy zalśniły ostrzegawczo.

Panna Crown po prostu się roześmiała, zbijając tym Kolekcjonera z tropu. Wiedziała, że nic nie było w stanie udobruchać Dragana, kiedy wpadał w szał. Domagał się prawdy z taką determinacją, że aż ją to przeraziło. Podniosła się powoli z łóżka, zdjęła marynarkę i rzuciła ją na podłogę. Bez słowa podeszła do szafy, z której wyciągnęła krótkie spodenki oraz podkoszulkę na szerokich ramiączkach. Wciąż nie odzywając się, zniknęła na chwilę w łazience. Gdy się przebrała, jeszcze przez kilka minut patrzyła na swoje odbicie. Żałosne. Nikomu nie chciała tego pokazywać, jednak stało się. Z mocno zaciśniętymi pięściami wróciła do pokoju. Stanęła przed drzwiami, opuszczając wzrok – nie chciała widzieć ich min…

– KURWA!!! – Dragan rąbnął pięścią w biurko, łamiąc blat.

Dumbledore również miał przemożną ochotę zakląć, lecz szok mu na to nie pozwolił. Oniemiały wpatrywał się w ciało przyjaciółki, czując wzbierającą falę poczucia winy. Jej drobne ramiona, dekolt oraz uda pokrywała rozogniona siatka żył, tworząca pajęczynę na wpółotwartych ran. Z co poniektórych sączyła się krew, spływając leniwie po świetlistej, delikatnej skórze – co dziwne wcale nie krzepnąc. Kiedy dokładniej się przyjrzeć, jej skóra sprawiała wrażenie poparzonej, zupełnie jakby coś wypalało ją od środka. Severus podniósł się ze swego miejsca i niepewnie podszedł do Vallerin. Położył rozedrganą, zimną dłoń na ramieniu dziewczyny.

– To musi potwornie boleć – spojrzał na nią tępo.

– Ciężko powiedzieć – wzruszyła ramionami. – Odczuwam ból inaczej niż wy, więc nie potrafię porównać tego uczucia do czegoś, co mógłbyś znać.

– Od dawna tak jest? – Albus nareszcie uspokoił się na tyle, by przemówić.

– Zaczęło się po sytuacji z Komnaty – spojrzała ciepło na starca. – Kara za sprzeciwienie się siłom natury dość mocno mnie osłabiła, a wrócenie do ciała dziecka tylko spotęgowało objawy.

Turkusowooki podszedł do przyjaciółki i zamknął ją w niezbyt mocnym, bezpiecznym uścisku. Wiedział, dlaczego zdecydowała się zaryzykować, choć nie rozumiał, czemu posunęła się AŻ TAK daleko. Nawet chęć pomocy przyjacielowi powinna mieć jakieś granice.

– Podjęliśmy z Albusem decyzję – oznajmił, odsuwając się nieco od Lady.

– Jaką decyzję? – spojrzała na niego podejrzliwie.

– Pan Luther zaproponował rozwiązanie, które pozwoli ci odpocząć, zregenerować siły i wrócić do Hogwartu – Dumbledore podszedł do ognistowłosej. – Wrócisz do swojej rezydencji. Począwszy od jutra, aż do świąt.

– Co?! – wyszarpnęła się z uścisku kruczowłosego.

– Już rozmawiałem z Arienem – Luther rzucił twardo. – Pomoże ci w powrocie do pełni sił, a jeśli mu się powiedzie, wrócisz wcześniej.

– Arien się na to zgodził? – jakoś nie dowierzała.

– Bez problemu. Dziadek wie, że w kwestii swojej mocy bywasz lekkomyślna – potargał płomienne włosy. – Zgodził się utrzymać to wszystko w tajemnicy przed resztą upierdliwych dinozaurów. To jedyne rozwiązanie w chwili obecnej i musisz zdawać sobie z tego sprawę, mała.

– Co ze szkołą? – spojrzała na Severusa.

– Mamy już pewien plan – nauczyciel uśmiechnął się nieznacznie. – Wykorzystamy historyjkę, którą wymyślił Dragan. Oficjalnie pojedziesz na leczenie z powodu nawrotu swojej choroby. Ogłoszę to jutro przed śniadaniem, albo w trakcie zajęć.

– Raven poinformował Ethana – Luther nie dał możliwości odpowiedzenia Snape’owi. – Mój słodki braciszek przyjedzie po ciebie jutro z samego rana. Będziesz miała czas się spakować i pożegnać z gówniarzami.

– Wszystko przekalkulowaliście, co? – zaśmiała się melodyjnie.

– Jakbyś mnie nie znała, aniołku – prychnął kruczowłosy. – Na czas twojej nieobecności, ja zajmę się Po Prostu Harrym. Szczyl nawet nie kichnie bez mojej wiedzy.

– Aż mu współczuję – uderzyła przyjaciela w brzuch. – Dobrze niech wam będzie. Wrócę do domu.  

Goście zostali u niej do jakiejś trzeciej w nocy, dopracowując szczegóły planu. Po ich wyjściu nie potrafiła zasnąć, czując się dziwnie na myśl, że tyle osób się o nią troszczyło. Była im za to bardzo wdzięczna. Szczerze mówiąc, od dłuższego czasu rozmyślała nad chwilą odpoczynku, jednak nie potrafiła się zdobyć na to, by porozmawiać o tym z Albus’em. Nie chciała zawieść oczekiwań przyjaciela ani zdenerwować go swoją nieudolnością. Nigdy wcześniej nie przeciągała sztucznie regeneracji i nie spodziewała się, jak wielkie problemy mogło to za sobą pociągnąć. Jej nie najlepsza kondycja niekorzystnie wpływała na cel misji. Przeciążone ciało ociągało się z odruchami, a przepływ mocy stawał się więcej niż bolesny. Obawiała się konfrontacji z Arienem, ponieważ przeczuwała, że nie uniknie ostrej reprymendy za bezmyślne eksperymentowanie na sobie. Westchnęła cicho. Jeśli ktokolwiek mógłby jej pomóc, to właśnie Arien. Brat, jako niedościgły lekarz i zapalony naukowiec, potrafił znaleźć wyjście z niemalże każdej sytuacji – nie ważne, jak beznadziejną by się wydawała. Po cichu liczyła na to, że uda jej się wrócić do pełni zdrowia jeszcze przed świętami, co znając Ariena było całkiem możliwe. Pogrążona w rozmyślaniach, przeleżała dwie godziny i zwlokła się z łóżka, kiedy zegar wybił piątą. Spakowała wszystko czego potrzebowała do kufra, nie zapominając o pokaźnej kolekcji pierdół, które mogłyby wzbudzić jakiekolwiek podejrzenia. Wyciągnęła kufer z sypialni, magią obniżając jego wagę. Nim ostatecznie zamknęła drzwi – przypieczętowując rozpoczęcie planu – spojrzała na pokój. Uśmiechnęła się blado, sama do siebie. Zostawiała to miejsce w idealnym stanie, mając zamiar wrócić jak najszybciej. Zeszła do Pokoju Wspólnego, gdzie zastała Luthera, Zabini’ego, Greengrass oraz Malfoy’a. Najbliżsi znajomi podbiegli do niej – troska wymalowana na ich twarzach była wręcz krępująca.

– Długo cię nie będzie? – Dafne przytuliła przyjaciółkę.

– Nie wiem – płomiennowłosa uśmiechnęła się bez przekonania. – Dziadek wspominał, że najdłużej do świąt, ale to zależy od uzdrowicieli.

– Będziemy za tobą tęsknić, księżniczko – Zabini zaplótł ramię wokół jej barków. – Myślisz, że listy bez problemu dotrą do szpitala?

– Nigdy nie było z tym problemu – zachichotała. – Kiedy byłam młodsza, sporo czasu spędzałam w szpitalach, a dziadek i Ethan zasypywali mnie listami.

– To przez ten wypadek z hipogryfem? – Draco spojrzał na nią przepraszająco – Dlatego ci się pogorszyło?

– Nie sądzę – szybko zaprzeczyła, nie chcąc wpędzać arystokraty w poczucie winy. – Jestem chora od dziecka, przecież wiesz. Czasami jest lepiej, czasami gorzej i muszę w miarę regularnie poddawać się pełnym badaniom. Madame Pomfrey jest genialna, ale Hogwart nie posiada specjalistycznego sprzętu i niewiele może zrobić.

– Pospiesz się z tymi pożegnaniami – westchnął Luther. – Obiecałem Ethanowi, że cię przyprowadzę.

Błękitnooka poświęciła jeszcze kilka minut na rozmowę ze Ślizgonami, usiłując nieco ich uspokoić. Mocno uścisnęła Dafne i ucałowała policzki obydwu chłopców, po czym w towarzystwie Dragana opuściła dormitorium. Kruczowłosy szedł dość szybko, jednak zatrzymał się przy klatce schodowej, prowadzącej do Skrzydła.

– Biegnij się z nim pożegnać – uśmiechnął się szeroko. – Zaczekam.

Lady rozpromieniła się i dosłownie wbiegła po schodach, zamierzając wykorzystać podarowaną okazję. Delikatnie zapukała w drewniane wrota, które otworzyła niezadowolona Poppy. Pielęgniarka rozchmurzyła się widząc, któż to taki zakłócał jej spokój o tak niegodnej godzinie. Uprzejmym gestem zaprosiła ognistowłosą do środka.

– Co cię sprowadza tak wcześnie, kochanie? Źle się czujesz? – zapytała z wyraźną troską.

– Nie do końca. Chciałam tylko pożegnać się z Harrym.

– Jak to pożegnać? – madame zatrzymała się gwałtownie.

– Muszę na jakiś czas opuścić Hogwart – panna Crown spojrzała porozumiewawczo na czarownicę. – Niech pani zapyta dyrektora, on wszystko pani wyjaśni.

Pomfrey, rozumiejąc delikatną naturę sprawy, skinęła głową nie pytając o nic więcej. Odprowadziła płomiennowłosą kruszynę do łóżka, zajmowanego obecnie przez pana Pottera. Chłopiec zamiast spać, siedział wygodnie pośród porozrzucanych podręczników oraz nagryzmolonych na szybko notatek. Zawzięcie próbował dokończyć referat z zielarstwa, co szło mu jak krew z nosa.

– Na 824 stronie masz instrukcję przeprowadzenia przykładowego eksperymentu. Będzie ci znacznie łatwiej zrozumieć teorię, jeśli przyjrzysz się, jak to działa w praktyce.

Zielonooki wzdrygnął się słysząc niespodziewany głos. O tej porze nikt nie przychodził do Skrzydła, więc wykorzystywał spokój do nadrobienia szkolnych obowiązków. Uśmiechnął się radośnie widząc zaprzyjaźnioną Ślizgonkę.

– Cześć, Tea. Dzięki za radę, sam w życiu tego nie skończę – jęknął zrezygnowany nawarstwieniem materiału.

– Mogę ci przeszkodzić przez chwilę?

– Wcale mi nie przeszkadzasz! – odsunął się, robiąc jej miejsce – Siadaj.

Dziewczyna przyjęła zaproszenie i usiadła na brzegu łóżka. Patrzyła na Gryfona z łagodnym, ciepłym uśmiechem, który odrobinę go speszył. Harry miał znaleźć się pod opieką Dragana, więc mogła być w miarę spokojna o jego bezpieczeństwo, lecz pomimo tego czuła się źle z koniecznością zostawienia go. Przybyła do tego zamku, żeby zatroszczyć się o pana Pottera…powinna być zawsze obok niego, starając się jak najlepiej wypełnić swoje zadanie. Teraz prawdopodobnie nie była w stanie tego zrobić, co napawało ją gorzkim posmakiem porażki.

– Jak się czujesz? – zapytała cicho.

– Trochę wkurzony – chmurnie zmarszczył czoło. – Przeze mnie przegraliśmy! Gdybym był silniejszy i znów nie przestraszył się dementorów…

– Ty to czasami naprawdę głupi jesteś – zachichotała, targając jego niesforną czuprynę. – Dementorzy działają na ciebie w jakiś dziwny sposób i nie możesz nad tym zapanować, skoro nie wiesz dokładnie, dlaczego tak się dzieje. Cieszę się, że nie ucierpiałeś bardziej.

– Dzięki. Ej, Tea… – chłopak zamilknął, niepewnie wyginając palce. – Posłuchaj. Może to głupie, ale kiedy spadałem poczułem nagle takie…ciepło. Wybacz, nie wiem za bardzo jak to opisać. To było takie wrażenie, jakby ktoś mnie chronił. Wiesz, ja… – znów przerwał i wbił wzrok w kołdrę – czasami czuje się podobnie, kiedy jesteś blisko. Nie umiem lepiej tego wyjaśnić. Czułem się jakbyś mnie zatrzymała, albo coś. No wiesz…uratowała przed skręceniem karku.

Lady zamrugała kilkukrotnie zaskoczona wyznaniem młodego czarodzieja. Nie spodziewała się, że Harry będzie w stanie wyczuć jej moc i to w całkiem sensowny sposób. Zaśmiała się w duchu. W sumie nie powinna się dziwić, znając całkiem nieźle historię tego dzieciaka. Ktoś nieprzyzwyczajony do doświadczania cieplejszych uczuć, zrozumienia i zwyczajnej troski, musiał uznać podobne zjawisko za obce i intrygujące. Zazwyczaj ludzie nie dostrzegali takich rzeczy, ponieważ przywykli do nieustannie ich otaczających, pozytywnych, emocji. Harry dopiero uczył się je rozpoznawać oraz akceptować.

– Nawet nie wiem, co mam powiedzieć – wprawnie udała zmieszanie. – Nic takiego nie zrobiłam.

– Wiedziałem – zaśmiał się nerwowo. – Zapomnij, że mówię takie dziwne rzeczy, to pewnie przez leki. Jest jeszcze inna sprawa! Przepraszam za Ginny – spojrzał na nią ze szczerym żalem w zielonych tęczówkach. – My wcale tak o tobie nie myślimy!

– Wiem. Rozmawiałam już o tym z Ronem i Hermioną. Nie jestem na was zła, ani nic podobnego. Nie musisz się martwić – uśmiechnęła się, jednak szybko spoważniała. – Harry, przyszłam tak wcześnie, żeby się z tobą pożegnać.

– Pożegnać? – usiadł sztywno – Dlaczego? Jedziesz gdzieś?

– W wakacje, wtedy na Pokątnej, Dragan powiedział tobie i Draco, że jestem chora, pamiętasz? Ostatnio czuję się coraz gorzej. Muszę iść do szpitala, żeby dokładniej się przebadać i zacząć leczenie, jeśli okaże się to konieczne.

– Na długo wyjeżdżasz?

– Tego niestety nie wiem – westchnęła w wyuczony sposób. – Dziadek obiecał, że wrócę najpóźniej na Boże Narodzenie, ale wszystko zależy od decyzji uzdrowicieli. Będę mogła czasem napisać do ciebie, Rona albo Hermiony?

– Jeszcze pytasz?! – oburzył się – Będziemy pisać do siebie codziennie. Albo nie! Dwa razy dziennie!

Ognistowłosa roześmiała się, rozbawiona determinacją, rozpalającą twarz Harry’ego. Ten chłopiec z całą pewnością święcie wierzył w to, co mówił. Wstała powoli z jego łóżka, pochyliła się i pocałowała policzek kolegi.

– Zdrowiej szybko, Harry.

– Ty też, Tea – uśmiechnął się szeroko. – Wracaj do nas jak najszybciej.

Zamiast odpowiedzieć, potaknęła subtelnie głową. Musiała już iść. Luther najpewniej właśnie się psioczył pod nosem, wypalając jednego papierosa za drugim – nie za bardzo lubił na kogokolwiek czekać. Do drzwi odprowadziła ją Poppy, która uścisnęła ją na odchodne, życząc powodzenia. Lady uprzejmie podziękowała kobiecie, po czym zbiegła pospiesznie na parter. O dziwo kruczowłosy nie czekał na nią w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Rozejrzała się po korytarzu i przewróciła oczami dostrzegając przyjaciela, stojącego kilka metrów dalej. Opierając się plecami o kamienną, toporną kolumnę, zawzięcie z kimś rozmawiał. Dopiero, gdy podeszła bliżej zrozumiała, że tym tajemniczym kimś był nie kto inny, jak Diggory. Puchon spojrzał na nią z mieszanką smutku, troski i niepokoju.

– Dragan wszystko mi już wyjaśnił – bez zastanowienia chwycił dłonie dziewczyny. – Bardzo źle się czujesz? Pewnie przemarzłaś, kiedy wracaliśmy z Hogsmeade.

– Nie. Uratowałeś mnie tym płaszczem – zaśmiała się cicho. – A właśnie!

Puściła dłonie Ceda i schyliła się, żeby otworzyć swój kufer. Z przepastnego wnętrza wyjęła starannie złożony płaszcz kolegi oraz jego szalik. Podała rzeczy koledze, śląc mu przepraszający półuśmiech.

– Przepraszam, że tyle to trwało. Chciałam zostawić płaszcz Draganowi, żeby ci go oddał – zerknęła na turkusowookiego, który uśmiechał się niepokojąco. – Nie martw się, jest wyprany, tak samo jak szalik.

Cedrik wykrzywił usta w mało przekonywującej, niezręcznej parodii uśmiechu. Liczył na to, że na jego ubraniach zostanie zapach płomiennowłosej – przez co czuł się jak jakiś stary zboczeniec. Przerzucił płaszcz przez ramię, natomiast szalik wyciągnął w stronę panny Dumbledore.

– Zatrzymaj go na czas wyjazdu. Będzie ci o mnie przypominał.

– Jesteś pewny? – wahała się z przyjęciem prezentu – Robi się coraz zimniej.

– Mam jeszcze kilka szalików, nie zamarznę – roześmiał się w chłopięcy, niewinny sposób.

– W takim razie dziękuję! – bezzwłocznie owinęła podarek wokół szyi.

– Gallateo! – rozległo się donośne wołanie.

We troje zwrócili się w stronę źródła męskiego, miękkiego głosu. Ku nim, szybkim krokiem, zbliżał się Ethan – jak zwykle poważny, opanowany i nienagannie ubrany. Z daleka wyglądał na najprawdziwszego, młodego rekina biznesu, wyrwanego wprost ze świata interesów najcięższego kalibru. Widząc nieznajomego chłopca, starszy Luther zatrzymał się i wyciągnął dłoń.

– Ethan, kuzyn Gallatei – uśmiechnął się zdawkowo, nie rezygnując z chłodnego dystansu.

– Cedrik, kolega ze szkoły – uczeń uścisnął mocną, twardą dłoń mężczyzny.

– Miło mi poznać, choć okoliczności są nie najlepsze. Gotowa do drogi, kuzyneczko? – Ethan zwrócił się do Lady, całkowicie ignorując obecność brata.

– Tak. Do zobaczenia, chłopaki!

Wspięła się na palce, by ucałować Ceda i Dragana. Diggory’ego dosłownie zamurowało, więc tylko stał jak ostatni kretyn, nie wiedząc co ze sobą począć. Kruczowłosy nie miał podobnego problemu. Chcąc trochę powkurzać upierdliwego brata i szkolnego kumpla, objął swą panią ramieniem w talii, po czym przyciągnął ją do siebie niemalże brutalnie. Patrząc z góry w lazurowe tęczówki, pogładził jej porcelanową buzię i łabędzią szyję, zatrzymując dłoń dopiero na kruchym obojczyku. Uniósł ostrożnie jej podbródek i złożył długi pocałunek na drobnym czole, okalanym szlachetnym rubinem. Uśmiechnął się szelmowsko, widząc rozbawione spojrzenie Vallerin – wiedziała w co pogrywał i bynajmniej nie zamierzała odbierać mu satysfakcji z irytowania Ethana. Jego aniołek!

– Nie pozwalaj sobie, szczeniaku – syknął Ethan, po czym dosłownie wyrwał Lady z objęć turkusowookiego psychopaty.

– Zazdrosny, staruszku? – magnetyczne oczy zalśniły wyzywająco.

– Nie bywam zazdrosny o grubiańskich prostaków. Chodźmy, Teo. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 492
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!