Przeszłość i prawda o Norwegii – część III

Norwegia — Lukas Bondevik
Islandia — Emil Steilsson
Dania — Matthias Køhler 
Finlandia — Tino Väinämöinen 
Szwecja — Berwald Oxenstierna 
Rumunia — Vladimir Popescu
Anglia — Arthur Kirkland

SEKRET SPRZED LAT

perspektywa Danii

Siedziałem spokojnie przy papierach w moim domu, jednak nie skupiałem się na nich. Dręczyły mnie pewne myśli, od jakiegoś czasu… dokładniej od momentu kiedy Islandia dowiedział się o ukochanej Lukasa oraz jego młodszym synu. Jednak ciekawiło mnie czy dowiedział się o starszym synu Norwegii, Thorsteinie…

Mogłem się zakładać, że nie, ale był jakiś procent szans, że wiedział. Znowu zżerały mnie wyrzuty sumienia, że nigdy nikomu o tym nie powiedziałem. Wszyscy zabrali to ze sobą do grobu. Byłem ostatnią osobą, która znała okrutną prawdę, która nie mogła wyjść na światło dzienne. Już nie raz chciałem się jej wyzbyć, ale nie mogłem. Coś mnie wewnętrznie blokowało.

Westchnąłem ciężko i poszedłem do kuchni, aby poszperać w lodówce. Z jej chłodnego wnętrza wyciągnąłem piwo oraz zimny kawałek kurczaka z wczoraj. Po odgrzaniu posiłku ruszyłem do salonu, włączyłem telewizję i powoli zająłem się jedzeniem, słuchając kątem ucha tego co mówili. Nagle dotarł do mnie dźwięk filmu, więc podniosłem wzrok. Znowu leciał serial historyczny o Wikingach. Ponownie zatraciłem się w wspomnieniach.

— Nie mogę im powiedzieć, ale zawsze mogę ich naprowadzić — mruknąłem w pewnym momencie do siebie. Kiedy sens słów ostatecznie do mnie dotarł, uświadomiłem sobie jak mogę przekazać Lukasowi prawdę o Thorsteinie. Było pewne, że mnie za to znienawidzi, ale wiedziałem, że mnie w pewnym stopniu też zrozumie.

Pobiegłem do komputera, omal nie zabijając się przez bluzę leżącą na korytarzu. Jednak nie przejąłem się nią zbytnio i wbiegłem do gabinetu. Natychmiast usiadłem przed komputerem i zarezerwowałem cztery loty do Danii. Później bez zbędnego ociągania wysłałem wiadomości do pozostałych Nordyków i wysłałem im bilety. Nie mieli wyboru, musieli przylecieć. Przynajmniej Lukas…

perspektywa Lukasa

Westchnąłem ciężko kiedy taksówka w końcu się zatrzymała. Podziękowałem za przejażdżkę z lotniska i zapłaciłem należytą kwotę. Zgarnąłem jeszcze swój bagaż i ruszyłem do znajomego domu. Nim zdążyłem zapukać drzwi stanęły przede mną otworem, a w progu stanął uśmiechnięty Duńczyk.

— Nor, super, że jesteś! Wszyscy już są! — oznajmił wesoło, wpuszczając mnie do środka. Odłożyłem walizkę pod ścianę, a później pozbyłem się swojego odzienia. Zbliżała się kolejna zima, ale na zewnątrz było jeszcze znośnie.

— Po co tak nagle nas tutaj ściągnąłeś? — mruknąłem chłodno, wchodząc z Duńczykiem do salonu, gdzie już była reszta Nordyków. Islandia wyglądał na bardzo zaspanego, znowu musiał przestawić swój zegar biologiczny ze względu na zmianę strefy czasowej.

— A więc za niedługo i tak jest konferencja w Niemczech, w Berlinie. To dość niedaleko, więc pojedziemy tam wszyscy razem. Wcześniej spędzimy trochę czasu razem, bo nie będziemy się widzieć do świąt! Już zarezerwowałem trochę rzeczy, zwiedzanie, żeby przypomnieć sobie stare, dobre czasy i w ogóle! — mówił z dziecięcym podekscytowaniem blondyn, gwałtownie przy tym gestykulując. — Zaczynamy od jutra!

— To dobrze — mruknął Emil, poprawiając swoją pozycję na fotelu.

— Co znowu chcesz zwiedzać i sobie przypominać? — jęknąłem zmęczony, no niestety wolałem siedzieć w domu niż podróżować samolotem.

— To będzie niespodzianka! Będziemy zwiedzać wszystko po kolei! — obiecał Matthias. — Chodźcie jeść!

Przez trzy kolejne dni Nordycy odwiedziliśmy różne miejsca – zamki, bar, kino czy kręgielnia. Po prostu spędzaliśmy czas zupełnie jakbyśmy byli na wakacjach. Była to w sumie miła odmiana od zapracowanej rzeczywistości.

Czwartego dnia wszyscy pojechaliśmy do skansenu, stara wioska wikińska, w której przez bardzo długi czas mieszkał Matthias. Dania załatwił nam dowolność w chodzeniu po całym terenie obiektu. Wspominaliśmy dawne czasy, głównie ja, Matthias i Berwald. W końcu weszliśmy do jednego z większych budynków. Były tam różne wystawy pod szkłem. Powoli szedłem, słuchając jak Duńczyk i Szwed dyskutują zaciekłe na jakiś temat. Dokładniej to głównie Kohler mówił, a Szwed zaprzeczał.

W pewnym momencie pewien przedmiot przyciągnął mają uwagę. Zaskoczony zatrzymałem się przy gablocie i przyjrzałem każdemu przedmiotowi. Było tam kilka starych naszyjników, młot Thora…

Jednak jeden z nich był nadto znajomy. Moje serce zabiło szybciej kiedy wbijałem w niego swój wzrok. Nagle nie docierało do mnie co mówią moi towarzysze.

Ocknąłem się dopiero kiedy poczułem jak ktoś potrząsa moim ramieniem. Spojrzałem na Islandię, który patrzył na mnie dziwnie.

— Lukas, reszta już poszła dalej, chodź — mruknął, puszczając mnie i kierując się do wyjścia.

Zdając sobie sprawę z tego, że nie ma tu Danii natychmiast pobiegłem za Emilem. Złapałem go gwałtownie za ramię. Aż poczułem jak przeszły go dreszcze.

— Gdzie poszedł Matthias? — zapytałem, musiałem go znaleźć jak najszybciej.

— W tamtym budynku. — Białowłosy pokazał na jeden z wielu budynków, a ja puściłem jego łokieć i natychmiast tam pobiegłem.

— Matthias, masz znajomych w tym muzeum? — zapytałem wprost, podchodząc do blondyna. Wprowadziłem tym Finlandię w niemałe osłupienie. Jakby nie rozumiał o co mi chodzi.

— No tak, a co? — Dania pomasował się lekko i wolno po karku.

— Mogą otworzyć jedną wystawę w poprzednim domie? — zapytałem, mając nadzieję, że się na to zgodzi.

— No mogę zapytać ich przy najbliższej okazji… — odparł niepewnie.

— Zapytaj teraz — nakazałem, a pozostali patrzyli na mnie coraz dziwniej.

— Zaraz wrócę — obiecał i wyszedł z chatki. Ja postanowiłem nie zwlekać i wróciłem do budynku, w którym była wystawa. Prędko odnalazłem ten sam wisior co przykuł moją uwagę. Wydawał mi się dziwnie znajomy i chciałem to potwierdzić.

— O co chodzi? — zapytał zdziwiony Tino, podchodząc do mnie i patrząc na Mjølnir, w który wlepiałem swój wzrok.

— Powiem wam jak Matthias przyjdzie tu z kimś — obiecałem cicho. Finlandia jedynie w odpowiedzi lekko skinął głową.

Po kilku minutach czekania do pomieszczenia przyszedł Duńczyk razem z starszym mężczyzną w garniturze. Lukas szybkim spojrzeniem zdał sobie sprawę z tego, że jest to dyrektor Muzeum Narodowego w Kopenhadze.

— Więc o co chodzi? — zapytał lekko zdziwiony, najpewniej nie spodziewał się, że personifikacja Norwegii poprosi go o pomoc.

— Czy byłaby szansa otworzenia tej gabloty, żebym mógł z bliska się przyjrzeć temu młotowi Thora? — zapytałem, pokazując na konkretny wisior.

— Tak, raczej tak — przytaknął, wyciągając z kieszeni pęk kluczy. Odnalazł jeden z nich i otworzył gablotę. Delikatnie wyjął wisior i mu go podał. Chwyciłem zimny metal w dłonie i obróciłem go.

Poczułem nagły chłód jaki się rozszedł po moim ciele. Podniosłem wzrok na Matthiasa.

— Skąd to się tu wzięło? — zapytałem chłodno, a reszta patrzyła to na mnie to na Duńczyka.

— Nie mogę ci powiedzieć — oznajmił krótko Dania.

— Nie próbuj mojej cierpliwości — kazałem, pokazując mu wisior. — Należał do Thorsteina, jak się znalazł w Danii?

— Mówiłem ci, nie mogę powiedzieć… Zrób swoje czary mary i poznaj prawdę, możesz go zabrać — wyjaśnił. Kiedy dyrektor skansenu chciał coś powiedzieć, Dania wcisnął mu jakąś karteczkę w dłonie. Po spojrzeniu na nią lekko się uśmiechnął i nie miał nic przeciwko, abym zabrał przedmiot. Matthias musiał mu sporo zaoferować.

***

Był drugi dzień konferencji. Leżałem od wczesnego ranka na materacu i patrzyłem na wisior w swoich dłoniach. Obracałem przedmiot po kilkanaście razy, przypominając sobie przeszłość. Moją piękną żonę i starszego syna… Do tej pory pamiętałem jak wróciłem w pośpiechu z Anglii, aby odeprzeć Rusinów, atakujących mój kraj. Rusini zostali odparci, ale Thorstein zniknął bez śladu. Jedyne co wiedziałem to, że miał wezwać pomoc do najlepiej strzeżonej twierdzy, która jednak bez pomocy uległaby Rusinom. Później słuch o nim zaginął…

Moje rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi. Westchnąłem ciężko, podnosząc się z materaca. Odłożyłem przedmiot do szuflady i podszedłem do wejścia. Uchyliłem drzwi, patrząc na twarz Emila.

— Idziesz? — zapytał, patrząc wgłąb korytarza.

— Tak, zaraz przyjdę — mruknąłem, wracając do pokoju.

Spojrzałem na zegar, rzeczywiście było dość późno, zatraciłem się we wspomnieniach. Szybko się ogarnąłem i ubrałem spodnie od garnituru oraz koszulę. Po założeniu butów chwyciłem resztę potrzebnych rzeczy i skierowałem się do windy. Odłożyłem w niej teczkę na bok i zacząłem wiązać krawat, patrząc w swoje odbicie. Kiedy w końcu się uporałem z krawatem, oparłem się biodrami o metalową poręcz i patrzyłem w nieduży panel z przyciskami.

Po chwili winda się zatrzymała. Jednak to nie był parter, który był moim piętrem docelowym. Spojrzałem spod przymrużonych powiek na Rumuna, który właśnie wszedł do windy.

— Cześć, Lukas, co tam?! — zapytał dość głośno i prędko wcisnął przycisk do zamknięcia drzwi.

— Ty rumuńska gnido! — rozległ się kobiecy krzyk po drugiej stronie.

Jedynie westchnąłem na zachowanie państw i pomasowałem lekko swoje skronie.

— To co tam? — zapytał tym razem spokojniej Vladimir, opierając się naprzeciwko mnie.

— Nic, muszę dzisiaj zapytać się o coś Anglii — mruknąłem, zdejmując dłoń z czoła i patrząc na wampira. — Nie zapomniałeś czegoś?

— Czego…? — Przyglądnął się swojemu odbiciu, a później rozejrzał po niedużym pomieszczeniu. Dostrzegł moją teczkę. — Hm… chyba przeżyję jeden dzień bez dokumentów…

— Jak uważasz… — Oparłem tył głowy o ścianę windy.

— A o co musisz zapytać Anglii? — dopytywał uparcie Rumun.

— Nie twoja sprawa, to raczej… sprawa prywatna — wyjaśniłem po dłuższym zastanowieniu. Nie musi o wszystkim wiedzieć, jeszcze by wyglądał to połowie państw Europy.

— Jesteście gejami?! — zapytał nagle z dużymi oczami.

— Co?! — Otworzyłem szeroko oczy z zaskoczenia. — Nie! Skąd ci to przyszło do głowy? Potrzebuję jednej z jego książek z zaklęciami.

— Oh… nie ważne — oznajmił zmieszany, patrząc w innym kierunku.

Musiałem przyznać, że to było dziwne. Zresztą czego się spodziewać po dwóch typach praktykujących magię w czasach, w których jest ona już uważana za nic, nie istnieje… Tylko niektóre personifikacje w nią nadal wierzą, a tylko ja, Rumunia i Anglia ją praktykujemy.

W końcu winda zjechała na parter, to była chyba moja najdłuższa przejażdżka windą w życiu. Chwyciłem teczkę i razem z Rumunią poszliśmy do restauracji hotelowej. W progu się pożegnaliśmy. On poszedł w kierunku Mołdawii i Bułgarii, ja natomiast do reszty Nordyków. Przy śniadaniu milczałem, odpowiadałem tylko na pytania skierowane bezpośrednio do mnie.

Konferencja minęła dzisiaj sprawnie. Wszystkim zarządzał Niemcy, więc mało kto miał ochotę zaczynać kłótnię i znosić jego krzyki. Po ogłoszeniu końca spotkania poskładałem wszystko do teczki, a po jej zamknięciu ruszyłem kierunku gdzie siedział Anglik. Usiadłem obok niego, to było chyba miejsce Irlandii, zresztą nie ważne.

— Arthur, mam prośbę — zacząłem, opierając się o krzesło.

— O co chodzi? — zapytał, zamykając swoją teczkę i patrząc na mnie.

— Znasz może zaklęcie, które jest w stanie wyciągnąć wspomnienia z przedmiotu?

— Raczej tak, muszę poszukać — wyjaśnił. Po chwili ktoś nas zawołał, aby opuścić salę. Wzięliśmy swoje teczki i ruszyliśmy ku wyjściu. — Jak wrócę do Anglii to poszukam. Pilnie potrzebujesz tego?

— Jak najszybciej będziesz mógł — mruknąłem, patrząc w bok.

— Jak tylko znajdę to ci dam znać — obiecał i nie próbował nawet dociekać o co może mi chodzić. Przynajmniej ten jeden mnie nie dręczy pytaniami.

— Dzięki — przytaknąłem i szedłem obok niego.

W końcu dostrzegłem, że jak rozmawialiśmy to jednocześnie szliśmy w kierunku Ameryki i Kanady. Westchnąłem cicho i spojrzałem na Arthura, zatrzymując się.

— Będę już iść, muszę jeszcze coś sprawdzić — oznajmiłem, odchodząc w inny korytarz i kierując się do wyjścia z budynku konferencyjnego okrężną drogą. Później ruszyłem do prosto do hotelu.

***

Siedziałem razem z resztą Nordyków w salonie w moim domu. Dania uparł się na granie w planszówkę i nie chciał odpuścić. No niestety chciałem mieć później z dwa dni spokoju niż cały czas słuchać wyrzutów, że nie chcieliśmy z nim zagrać.

— Ha! Kupuję Sztokholm! — oznajmił zadowolony Duńczyk kiedy jego pionek stanął na polu opisanym nazwą stolicy Szwecji. Berwaldowi drgnęła niebezpiecznie jedna brew. Gra w Eurobiznes może się źle skończyć. Zwłaszcza gdy Dania wykupi całą Szwecję…

Emil rzucił kostką i ruszył się odpowiednią ilość pól, podczas gdy Finlandia przyjął do banku pieniądze za akt własności do Sztokholmu.

Jednak naszą jakże ekscytującą rozgrywkę przerwał dzwonek do drzwi. Podniosłem się wolno od stołu i poszedłem do przedpokoju. W progu zauważyłem Arthura z grubą księgą w dłoniach.

— Arthur, cześć… — Odsunąłem się lekko od drzwi aby zrobić mu trochę miejsca. Anglik od razu wszedł i położył księgę na pobliskim blacie komody. Otworzył na odpowiedniej stronie i mi pokazał zaklęcie. Od razu wszystko wyjaśnił i równie szybko co wszedł, równie szybko wyszedł. Gdzieś się śpieszył.

Niepewnie spojrzałem na zaklęcie i chwilę myślałem. Rzucając to zaklęcie poznam całą prawdę…

— Nor! Kto to był? Chodź do nas! — krzyknął Dania z kuchni.

Wziąłem księgę i wszedłem do pomieszczenia.

— Anglia podał mi zaklęcie na wyciągnięcie wspomnień z przedmiotów — wyjaśniłem, kładąc księgę na stole obok planszy do Eurobiznesu.

— Chcesz je rzucić teraz? — zapytał Finlandia.

— Miałem taki zamiar — mruknąłem. Nim jednak zdążyłem chwycić księgę i ruszyć do swojej pracowni to Tino i Emil zebrali elementy planszówki do pudełka i czekali. Jakby chcieli być przy tym obecni. Westchnąłem cicho i poszedłem do swojego pokoju. Po chwili wróciłem z Mjølnirem. Położyłem przedmiot na blacie i przygotowałem pomieszczenie pod odprawienie odpowiedniego rytuału.

— Nie dotykajcie niczego — poprosiłem i zacząłem czytać zaklęcie z księgi. Kiedy wypowiedziałem ostatnie słowo całe pomieszczenie objęła jasna poświata, która wydobyła się z naszyjnika.

Kiedy światło zniknęło cała nasza piątka była w dobrze znanej mi osadzie wikińskiej. Chciałem się oddać miłym wspomnieniom. Jednak Dania od razu spanikował.

— Jezus Maria! Człowiek przeszedł przeze mnie jakbym był duchem! — krzyczał, a ja już miałem ochotę go uciszyć za pomocą krawata. Jednak ten debil dzisiaj go nie ubrał. Super…

— Uspokój się, to normalne — kazałem mu stanowczo, a po chwili w końcu się uciszył.

Akurat wtedy pośrodku naszej grupy przeszedłem młody ja. Zaskoczony przypatrzyłem się samemu sobie. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć, że to ja… Nie poznawałem samego siebie. To było aż straszne…

— Lukas! Dzisiaj przypływają Duńczycy?! — zapytał jakiś facet. Oczywiście znałem go, przynajmniej wtedy. Teraz pamiętałem go jak przez mgłę, nie pamiętałem jego imienia.

— Tak, zgadza się. — Młody ja przytaknął podchodząc do mężczyzny. — Lepiej mi powiedz czy już masz to co mi obiecałeś?

— Pewnie, że mam! — Przytaknął i odszedł do jednej z skrzyń. Wyciągnął z niej znany nam wisior i podał go młodemu mnie. — Nigdy bym cię na zawiódł, przyjacielu. Widzimy się u jarla kiedy Duńczycy przypłynął?

— Raczej tak, na razie muszę iść.

Po tym zdaniu wioska zniknęła. Zastąpił ją jeszcze lepiej znany mi widok. Dookoła rosły potężne drzewa. W pobliżu płynął górski strumyk, a niedaleko niego było nieduże poletko. Przed chatą siedział chłopak, który mógł mieć około jedenastu, może dwunastu lat. Od razu go rozpoznałem i aż mi serce ścisnęło na jego widok.

— Thorstein, mógłbyś przypilnować brata? — Z domostwa wyszła Hilde z moim młodszym synem na rękach.

— Tak, pewnie — mruknął, odkładając na bok królika, którego oporządzał. Wytarł ręce o szmatkę i wziął Bjørna od swojej matki.

— Póki co, idę do wioski, powinnam niedługo wrócić — obiecała, biorąc do ręki koszyk i kierując się wydeptaną ścieżkę, która prowadziła w dół zbocza.

Jasnowłosy chłopak westchnął i usiadł ponownie przed chatą, sadzając czterolatka obok siebie. Wrócił do swojego wcześniejszego zajęcia, patrząc jak jego brat próbuje rysować patykiem w ziemi.

Po chwili usłyszałem swój głos.

— Myślałem, że będziesz ćwiczył skoro chcesz płynąć do Anglii.

— Czyli będę mógł z tobą płynąć? — zapytał chłopak, spoglądając na młodego mnie z nadzieją w oczach.

— W przyszłym roku. — Młody ja wziął Bjørna na ręce.

— To samo mówiłeś rok temu — zauważył smętnie, odkładając wszystko na bok.

— Ale rok temu nie miałeś świętej bransolety — zauważył młody ja.

— No niby tak… — mruknął, wycierając dłonie do czysta z krwi, tak samo nóż. — Ale matka nie chciała ze mną ćwiczyć.

— Przed podróżą zawsze jest wzmożoną ilość obowiązków. Zwłaszcza, że mają u nas zagościć Duńczycy, którzy płynął z nami — wyjaśnił młody ja. Odłożył Bjørna z powrotem i wszedł do chaty. Po chwili wrócił z dwoma mieczami. Jeden z nich podał Thorsteinowi, a ten z chęcią go wziął i wstał. Wzięli jeszcze dwie tarcze.

Zaczęli walczyć. Pamiętałem to, tak dokładnie, że nieświadomie mruknąłem pod nosem to co po chwili oznajmiłem ja z przeszłości.

— Chroń nogi!

Czas mijał, pojedynek trwał. Padały uwagi, a Bjørn patrzył na to zaciekawiony.

— Kogo moje oczy widzą! — Usłyszałem znany głos. Odruchowo odwróciłem się i spojrzałem na Danię, który spojrzał w kierunku leśnej ścieżki. Podążyłem za jego wzrokiem i zauważyłem młodszego Matthiasa. Szedł razem z moją żoną.

— Przypłynęli Duńczycy — oznajmiła wesoło i podeszła do Bjørna, którego wzięła na ręce.

Młody Matthias wesoło się przywitał z Thorsteinem, rozmawiali chwilę o Anglii. Później Dania przywitał się ze mną, a Hilde zaproponowała, aby wszyscy usiedli przy palenisku.

Kiedy ostatnia osoba weszła do chaty sceneria znowu się zmieniła. Byliśmy w wielkiej, drewnianej sali, liczne zdobienia z kości, poroży, futra, a nawet egzotycznych materiałów z innych części Europy. Dom jarla. Przy jednym z stołów, tym najbliżej, siedział młody ja, młody Matthias, Thorstein i trzy inne osoby. Kolejne osoby, które pamiętałem jak przez mgłę. Widziałem, że były ważne, a jednak za nic nie mogłem sobie ich przypomnieć. To przerażające uczucie.

— A ty płyniesz w tym roku z nimi? — zapytał młody Dania, popijając alkohol.

— Nie, w przyszłym roku — oznajmił Thorstein, spoglądając na młodego mnie.

— Z nimi? Nie płyniesz z nami? — Młody ja zapytał zbity z tropu.

— W tym roku niestety nie, ale w przyszłym liczę na wyprawy godne każdego poświęcenia — zapewnił zadowolony Duńczyk.

— A dlaczego by w przyszłym roku nie uderzyć na Paryż? — Młody ja zaproponował bez wahania.

— To genialny plan! — zaczęło mnie popierać coraz więcej osób.

Wtedy wnętrze zniknęło, teraz byliśmy w porcie. Wiele osób nosiło skrzynie, broń, toboły na okręty, które szykowano do kolejnych podróży. Nagle koło nas przeszedł młody Matthias, który wszedł na jeden z okrętów płynących z powrotem do Danii. Podał swoje rzeczy i zaczął odwiązywać liny. Później szybko się pożegnał z moją rodziną i odpłynął.

Thorstein razem ze mną nosił wyposażenie na okręty. Kiedy wszystko wydawało się być gotowe, młody ja podszedł do Hilde. Ucałował ją czule w usta, a później przytulił do siebie Bjørna na pożegnanie. Następnie podszedł do Thorsteina.

— W przyszłym roku wyruszysz z nami do Paryża i tylko dzięki tobie go zdobędziemy. — Młody ja rzekł pewnie, a później coś wyciągnął z kieszeni. Był to Mjølnir. — Noś go zawsze przy sobie.

— Dziękuję, ojcze. — Thorstein przyjął wisior i od razu założył na szyję.

Wtedy ostatni raz go widziałem. Wtedy nie sądziłem, że to będzie nasze ostatnie spotkanie. Moje serce zabiło mocniej. Kolejne wspomnienia jakie zobaczę są dla mnie wielką niewiadomą. Mogłem spodziewać się wszystkiego.

Port zmienił się w rynek, na którym wiele osób sprzedawało to co było im aktualnie zbędne. Taka symbioza. Sprzedawali kiedy mieli czegoś zbyt wiele, a za pieniądze kupowali to czego im brakowało.

Między tymi ludźmi był Thorstein wraz z swoją matką i bratem.

Nagle w tłum ludzi wpadł pewien człowiek.

— Gdzie jest jarl?! Natychmiast muszę pomówić z jarlem! — krzyczał, przedzierając się przez tłum prosto w kierunku domu jarla. Ludzie od razu się tym zainteresowali, idąc za nim. Niektórzy zostawili nawet swoje stoiska w takim stanie jakim były.

Targ po chwili zmienił się w wnętrze siedziby jarla. Na podwyższeniu stał wódz wraz z mężczyzną, który wcześniej krzyczał. Wewnątrz było ciasno od ilości zebranych ludzi. Wszyscy wydawali się być zaciekawieni tym co się dzieje.

— Idzie na nas armia, armia Rusów. Kilka osad już zniszczyli, są kilkanaście dnia drogi od nas. Możliwe, że idą w naszym kierunku, z faktu, że jesteśmy jednym z głównych portów Norwegii. Jest nas za mało do obrony miasta, wezwę okolicznych jarlów. Wszyscy schronią się u nas i wszyscy będą bronić tego miejsca. Zrobimy wszystko, aby ich powstrzymać!

Po chwili niewiele drobiazgów uległo zmianie. Jarl był na podwyższeniu bez zwiadowcy. Wśród tłumu było więcej wolnej przestrzeni.

— Nie uzyskamy pomocy — oznajmił jarl, podnosząc się z swojego tronu. — Jesteśmy zdani sami na siebie nawet jeśli by nam pomogli to wziąć byłoby nas za mało…

— A Duńczycy?! — wyrwał się nagle znajomy głos z tłumu. Przed tłum wyszedł Thorstein. — Duńczycy z nami pływają, dzięki nam dotarli do Anglii. Powinni się nam odwdzięczyć, przynajmniej raz.

— A będziesz w stanie ich przekonać? — zapytał jarl.

— Ja… — Thorstein nagle się zawahał, jednak szybko na jego twarz wstąpił zacięty wyraz. — Przekonam ich.

— Doskonale, wyruszysz jak najszybciej do Duńczyków. Niestety musisz to uczynić drogą lądową, wszystkie okręty są w Anglii, a te co są, pozostały tylko z powodu usterek.

— Zrobię to! — oznajmił, kierując się do wyjścia z budynku.

Wewnętrznie poczułem ogromną dumę. Taki pewny siebie i godny, żałuję, że nie widziałem tego na własne oczy i nie mogłem wtedy mu tego powiedzieć…

Dom jarla znowu zniknął. Zastąpiła go przestrzeń przed bramami wioski. Na wieżach stało kilka osób. Za prowizoryczną fosą stał Thorstein, który żegnał się z Hilde.

— Proszę cię, uważaj na siebie i wróć cały i zdrowy — błagała go wręcz płaczliwym głosem. Może i była wojowniczką, ale również była matką.

— Będę, wrócę tu razem z wujem Matthiasem — obiecał, odsuwając się od niej. Później wszedł na konia i natychmiast ruszył w kierunku pobliskich szlaków górskich.

Bramy zniknęły, zastąpiły je liczne drzewa. Panowała noc, jednak w świetle księżyca dostrzegłem, siedzącego w zaroślach Thorsteina. Patrzył na coś uważnie. Liczne ogniska, ogromną ilość wojska Rusów.

— Zawrócić nie mogę, bo nie będzie szans, że przybędę na czas… — mruczał do siebie w skupieniu. — Muszę się przebić między nimi…

Chłopak odszedł jak najciszej mógł od zarośli, wrócił do swojego konia. Poprowadził go za uzdę jak najdalej od obozu Rusów. Jednak w pewnym momencie napotkał przeszkodę w postaci stromego zbocza. Westchnął ciężko i wskoczył na grzbiet konia. Zza bluzki wyciągnął Mjølnir, który mu podarowałem. Delikatnie go przyłożył do usta i wyszeptał.

— Bogowie, pomóżcie…

Później schował Mjølnir pod bluzkę i nagle uderzył boki konia. Wierzchowiec natychmiast ruszył, biegnąc ścieżką przez sam środek obozu Rusów. Wstrzymałem oddech, widząc to. Samobójstwo…

Po chwili jednak nie byliśmy pod obozem Rusów. Byliśmy pośrodku lasu, niedaleko rzeki. Nagle dotarł do mnie stukot kopyt. Do rzeki dobiegł koń Thorsteina. Na jego grzbiecie wręcz bezwładnie leżał chłopak. Jednak kiedy koń zatrzymał się przed rzeką to zszedł z niego, łapiąc się za brzuch. Dostrzegłem, że miał w swoim ciele dwie strzały. Usiadł nad brzegiem rzeki i starał się złamać strzały. Groty chciał zostawić w swoim ciele, aby się nie wykrwawić. Po dłuższych zmaganiach udało mu się złamać obie. Przemył rany delikatnie wodą. Przynajmniej na tyle na ile pozwalały mu groty strzał w plecach.

Jednak teraz, z wiedzą jaką posiadałem z XXI wieku, wiedziałem, on już umiera. To była już tylko kwestia czasu.

Las zniknął, pojawiła się wielka osada. Osada Danii, w której pozostałościach byliśmy dość niedawno na zwiedzaniu.

Koń Thorsteina wjechał przez bramę, a ten mocno się trzymał jego dobrze zbudowanej szyi. Był osłabiony, było to po nim widać. Podbiegł do niego jakiś Duńczyk, łapiąc uzdę konia.

— Szukam Matthiasa! — oznajmił Thorstein, powoli odsuwając się od szyi konia.

— Na miłość Odyna, co tu robisz?! — Nagle do coraz większego zbiegowiska podbiegł młody Matthias. Jednak gdy zobaczył stan w jakim jest Thorstein, natychmiast pomógł mu zjeść z konia. — Chodź, trzeba wyciągnąć te strzały…

Nagle ponownie otoczenie uległo zmianie. Teraz wszystko działo się w niedużym pomieszczeniu w jakiejś chacie. Thorstein leżał na posłaniu z bandażami dookoła torsu. Jednak po jego twarzy było widać, że zaczyna go dręczyć jakieś zakażenia albo coś jeszcze innego. Gorączkował, był osłabiony.

— Zaatakowali was Rusowie… — podsumował jego historię młody Matthias.

— Musicie nam pomóc, inaczej zajmą całą Norwegię — oznajmił dość pewnie Thorstein. Jednocześnie w jego głosie był słyszalny błagalny ton.

— Thorstein, na prawdę chciałbym… — zaczął niepewnie Dania.

— Chciałbyś, ale…? — upierał się chłopak.

— To nie zależy ode mnie, ja z tym nic nie mogę zrobić — tłumaczył blondyn.

— Musisz, jesteś coś winien, gdyby nie mój ojciec i jego przyjaciele to byście nigdy nie dopłynęli do Anglii, a na pewno nie w sposób umyślny — wykłócał się.

— Nie mogę sobie na to pozwolić — tłumaczył cały czas spokojnie Duńczyk.

— Wyzywam cię na pojedynek! Jeśli wygram to ruszycie nam z odsieczą! — Thorstein zaczął wstawać z łoża.

— Leż, nie mówisz poważnie, jesteś zmęczony po długiej podróży i zostałeś ranny. Porozmawiamy kiedy poczujesz się lepiej. — Po tych słowach Matthias po prostu wyszedł.

Tym razem niewielkie pomieszczenie zmieniło się na ogromną salę. Główne pomieszczenie w domostwie Duńskiego króla. Przy ogromnym palenisku siedział Matthias, jego władca i kilkanaście innych osób. Żywo rozmawiali na drobne tematy. Nagle ciężkie drzwi się otworzyły, a do pomieszczenia wszedł Thorstein pewnym krokiem. Stanął obok Matthiasa, który na jego widok podniósł się z krzesła. Nim jednak Dania zdążył się odezwać to Thorstein głośno i wyraźnie oznajmił swoją wolę:

— Wyzywam ciebie, Matthiasie, na pojedynek. Moja wygrana będzie oznaczała, że wyślesz swoich ludzi do Norwegii przeciw Rusom!

— Thorstein… nie rozumiesz… — próbował go uspokoić Matthias. Jednak ludzie dookoła już się poderwali zadowoleni, że w końcu będzie jakiś pojedynek na śmierć i życie.

— Wiedz, że się nie poddam — oznajmił chłopak, kierując się przed dom króla, na miejsce ich pojedynku.

Nie wierzyłem, nie byłem w stanie tego pojąć. Pojedynek na śmierć i życie. Matthias i mój syn się pojedynkowali. Czy to Dania mógł go zabić?! Nie posadziłbym go nigdy o coś takiego, a jednak teraz w niego zwątpiłem.

Byliśmy przed ogromnym domostwem króla Duńskiego. Wszyscy ustawili się w kręgu. Do środka wszedł jedynie Thorstein i Matthias, w swoim uzbrojeniu. W dłoniach trzymali swoje bronie i tarczę. Oboje mieli walczyć mieczami.

Pojedynek się zaczął. Walczyli na prawdę zacięcie. Widziałem, że moje nauki i uwagi nie poszły na marne. Jednak Thorstein był osłabiony i miał gorączkę. Szybciej zaczął się męczyć pojedynkiem. Jego ruchy stawały się coraz wolniejsze. Matthias namawiał go do przerwania pojedynku, ale sam nie mógł tego zrobić z powodu bycia podporządkowanym władcy. Thorstein jednak się uparł i walczył dalej.

Dopóki nie zdążył się zasłonić, a miecz Danii zagłębił się w jego brzuchu. Wzdrygnąłem się, poczułem uścisk na żołądku i sercu.

Thorstein upuścił dłonie w szoku, a z jego ust pociekła stróżka krwi. Sam Matthias wydawał się być tym zaskoczony, natychmiast zabrał miecz i odrzucił na bok. Nim mój syn upadł na ziemię, Dania go złapała i pomógł mu się delikatnie położyć.

— Byłeś uparty! — zbeształ go Matthias.

— Nie mów… o tym — mamrotał ledwo zrozumiale i cicho Thorstein. Podszedłem bliżej i kucnął em obok niego. Patrzyłem w jego twarz. Umierał… Poczułem łzy w oczach. — Ni… mów mojej… rodzinie…

— Przestań, powinni wiedzieć — Matthias, wrzucił sztylet do pobliskiego paleniska, które stało na granicy okręgu. Chciał jeszcze ratować Thorsteina.

— Nie… lepiej… nie… byłem słaby… — mamrotał coraz mniej wyraźnie.

— Nie mów tak… — namawiał go Matthias i wyciągnął rozgrzany sztylet z paleniska. Między żeby chłopaka włożył skórzany pasek i przypalił mu ranę. Thorstein wydał z siebie stłumiony krzyk. Chociaż nawet krzykiem trudno to było nazwać. Bardziej bym powiedział, że to jęk. Odchodził. Młody Matthias to zauważył. Westchnął ciężko i odrzucił sztylet na bok. — Walhala na ciebie czeka, będziesz ucztował z Bogami, aby się razem z nimi śmiać z tego co będą robić śmiertelni. Pierwszy z nas wszystkich dostąpisz takiego zaszczytu. Z góry będziesz patrzeć jak popełniamy błędy…

Po moich policzkach zaczęły cieknąć łzy. Matthias był przy Thorsteinie i pożegnał go właściwie. Niemalże zajął moje miejsce ojca w przypadku czegoś takiego. Potrzepujące słowa o Walhali, ucztach z Bogami.

Po chwili Thorstein odszedł, a Matthias zamknął jego oczy. Do Danii podszedł jego król.

— Wyprawimy mu godny pochówek, a później ruszamy na Rusów — oznajmił, a Duńczyk nagle się poderwał z ziemi.

— Co?! Pozwolił król, żeby Thorstein zginął za coś, co było pewne już wcześniej?!

— Dawno nie było żadnego pojedynku, wypływamy zaraz po zenicie słońca…

W jednym momencie wszystko zniknęło. Znowu cała piątka Nordyków stała dookoła stołu. Wbiłem swój wzrok w Mjølnir i starałem się powstrzymać drżącą wargę.

— Przepraszam, że ci nie powiedziałem… — Usłyszałem Danię. — Obiecałem, że o tym nie powiem.

— Dobrze zrobiłeś — powiedziałem po dłuższej chwili.

Byłem w pewnym stopniu zły na Matthiasa, przemilczał coś tak ważnego. Doprowadził do śmierci mojego syna. Jednak zrobił jednocześnie tak wiele dla niego…

Szybko chwyciłem wisior w dłonie i księgę. Ruszyłem prosto do swojej pracowni, aby pobyć sam. Potrzebowałem samotności. Potrzebowałem zwrócić się do dawnych bogów i podziękować im za godne przyjęcie mojego syna w Walhali…

Opublikowano
Kategorie Hetalia
Odsłon 270
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!