Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 22. Jesteś moim mężczyzną

      Wsunął się do namiotu, a widok, który zastał natychmiast skradł mu serce. Zobaczył przyjaciela śpiącego na posłaniu, ułożonego na plecach z głową odwróconą lekko w bok, w jego stronę. Podejrzewał, że chciał jedynie poleżeć i wypocząć, lecz ze zmęczenia usnął. Jedna ręka leżała wzdłuż ciała, druga spoczywała luźno na brzuchu. Przysunął się bliżej i przyklęknął, przesuwając po nim spojrzeniem i zatrzymując je na jego twarzy.

      Przyglądał się jego rysom rozluźnionym we śnie, czuł się urzeczony tym, jaki jego piękny Stevie wydawał się spokojny. Przez ostatnie wydarzenia zyskał tyle powagi, tyle trosk, bólu… a teraz był tak cudownie od nich niezależny, wolny od otaczającej ich wojny. Cudownie było to w nim dostrzegać, chłonąć jego łagodną urodę, podziwiać zarys szczęki… kształt kości policzkowych, zmysłowych ust…

      Uniósł rękę, aby móc go dotknąć i złapał się na tym, że chciałby sprawdzić, ile zdoła zrobić i go nie obudzić. Przyłożył dłoń do jego żuchwy, przeciągając nią po jej linii… powoli… delektując się ciepłem skóry i nie zdając sobie sprawy z tego, że dokładnie odwzorowywał…

      (dotyk)

      …ruch ręki Steve’a z tamtego dnia, po deszczu, gdy ten wodził po nim palcami, po raz pierwszy pragnąc intymnej cielesności. Uważnie patrzył, szukając jakichkolwiek oznak przebudzenia, lecz usłyszał jedynie głębszy wdech. Wierzchem dłoni pogładził policzek, pochylając się mocno, by móc zgłębiać każdy szczegół reakcji, poczuł na sobie powiew miarowego oddechu, jego własny był napięty, chwilami wstrzymywany. Wpływała na niego wiedza, że Rogers nie jest świadomy jego…

      (dotyku)

      …działań, powodowało to w nim jakiś rodzaj przejęcia podobnego do stresu, a jednocześnie współistniejącego z ekscytacją. Czuł, że ukochany do niego należy… Steve… Steve, kochanie… pragnął podarować mu ulotne wrażenie…

      (dotyku)

      …czegoś niezwykłego, wynikającego z bezgranicznej miłości, którą go darzył. Musnął wargami swoje palce i przyłożył je do ust Rogersa, tak jakby składał na nich ten pocałunek… przesunął po nich opuszkami, jak najostrożniej… powtórzył ten ruch, powodując lekkie poruszenie przez sen przyjaciela.

     – Boże, Steve, jesteś taki piękny. – szepnął.

      Pragnął jego bliskości, jego ciała… Steve, proszę… zdjął jego rękę z brzucha i położył przy boku… a Rogers ruszył z lekka głową, jakby chciał ją przekręcić, lecz nie zrobił tego, pozostała w takim samym ułożeniu. Zamarł na moment. Czekał. Czujnie patrząc ukochanemu w twarz, zaczął rozpinać guziki wojskowej koszuli, dbając, by nie dotknąć jego skóry, jeszcze nie… zależało mu, by obudził się dopiero, jak zacznie go pieścić. Rozchylił poły ubioru, odsłaniając ciało przyjaciela od pasa wzwyż, zlustrował je spojrzeniem… podziwiał wspaniałe krzywizny, zarysy mięśni… Boże… już sam widok sprawiał, że robiło mu się gorąco. Przyłożył dłoń nieco z boku, u dołu jego lewej piersi, poprowadził ją wzdłuż jej obrysu… delikatnie… docierając do zagłębienia na środku torsu… a Steve westchnął cichutko, doznając jego…

      (dotyku)

      …czułej dłoni i pozostając jednocześnie nieświadomym. Powtórzył ten ruch wstecz, obrysowując palcami jego pierś… obserwował twarz partnera, podobało mu się jak jego usta leciutko się rozchyliły, jak oddech nabrał upojnej głębi… widział w jego rysach podświadome, senne doznanie. A potem to usłyszał.

      – Bucky…

      Boże. Jego imię… ukochany wymówił jego imię… zrobiło to na nim ekstremalne wrażenie, Boże, Stevie wyczuwał go nawet przez sen, to było… piękne. Ułożył ręce na obu jego piersiach i zaczął leciutko je naciskać… bardzo ostrożnie… skupiał się na ich cudownej jędrności… Boże… spostrzegł, że Rogers zmarszczył z lekka brwi, uchylił szerzej wargi. Stopniowo zwiększał nacisk na jego tors… powoli… lecz coraz silniej… a z ukochanego zaczęły wydobywać się ciche westchnienia, wciąż miał zamknięte oczy, lecz wybudzał się wraz z przyjemnością, jaką mu ofiarował. Wciąż nasilał pieszczotę, klatka piersiowa uginała się pod jego dłońmi… Boże… Steve, kochanie… Steve… tak dobrze… czuł jak własny członek coraz bardziej mu twardnieje… tak cudownie było doznawać tego ciała poprzez dotyk… a Steve… Steve zaczął jęczeć. Brzmiał pięknie. Ciche dźwięki powodowane rozkoszą wydobywały się z jego ust i jeszcze bardziej go nakręcały. Podobało mu się jak ukochany powoli wyszedł ze świata snów… jak wciąż trwał z zamkniętymi oczami, chcąc doznawać ekstazy, która była tak wielka, tak obezwładniająca… że zdawała się nierzeczywista. Nie czekał dłużej. Przeciągnął dłońmi w dół, od torsu przez wspaniale umięśniony brzuch, delektując się delikatnym drżeniem napiętego w oczekiwaniu ciała. Sięgnął do klamry paska, rozpinając najpierw ją, a potem rozporek, pociągnął za spodnie, chwytając od razu za krawędzie bielizny, zesunął je do kolan, odsłaniając wzwód partnera… Boże… o Boże… jaki był sztywny, jaki… duży…

      Pozbawił przyjaciela ostatniego ubrania i gdy on leżał już przed nim obnażony… taki chętny… Boże, jaki był zmysłowy… Boże… wypuścił z siebie drżący wydech, podziwiając jego piękną nagość. Kochał, kiedy mu się tak oddawał… Boże, tak bardzo to kochał… Steve, skarbie… partner oczekiwał na jego kolejne posunięcia, oczy pozostawały zamknięte, oddech przyspieszony. Przyglądając się jego ciału, pośpiesznie rozpinał własną marynarkę, którą zaraz odrzucił gdzieś za siebie, po czym w taki sam sposób pozbył się koszuli. Wiedział, że Rogers słyszy szelest materiału, lecz wciąż czekał. Przyklęknął i spojrzał w dół, by odpiąć sprzączkę paska… i poczuł na swoim przegubie przytrzymującą go dłoń.

      – Ja chcę to zrobić, Buck.

      Zadziałały na niego te słowa i kiedy Steve także przyklęknął… bardzo blisko… Boże… ich twarze, ich ciała… czuli własne rozedrgane oddechy, gorąco rozpalonej skóry… pożądali wzajemnej przyjemności. Tak bardzo go kochał, tak bardzo… przyjaciel chwycił poły swojej rozpiętej koszuli i zdjął ją z siebie. Patrząc w nieco zamglone podnieceniem oczy Steve’a, pozwolił, by rozpiął mu pasek, następnie rozporek i zesunął spodnie wraz z bielizną aż do kolan, na których klęczał. To napięcie, to pragnienie… kochanie… Boże, kochanie…

      Steve pchnął z lekka kochanka, by opadł w tył… i kiedy już przed nim leżał, ściągnął mu buty, chwycił na wpół zesunięte spodnie i zdjął je zupełnie. Pozwolił sobie na niego patrzeć. Na jego rozemocjonowaną twarz… na unoszącą się w nieregularnym oddechu klatkę piersiową, na jego szczupły brzuch, pięknie umięśnione uda… na twardą, pokaźną męskość…

      – Połóż się na boku. Tego chcę. Właśnie tak ciebie dzisiaj pragnę. – powiedział łagodnie.

      Przyglądał się jak Bucky dostosowuje się do jego słów, po czym ułożył się za nim, ściśle przylegając do ciepłych pleców… przycisnął mokrą erekcję do jędrnych pośladków… Boże… bliskość kochanka oddziaływała monumentalnie. Przełożył rękę pod jego ciałem, by móc go objąć, zamykając dłoń na granicy szyi i ramienia. Słyszał jego cichy, drżący oddech… tak bardzo go pragnął, tak bardzo kochał… Przytulił twarz do jego szyi, a ukochany zwrócił swoją w jego stronę, aby połączyć delikatnie ich usta. Całowali się wolno, delektując się czułością swoich warg, miłością wyczuwalną w każdym muśnięciu. Zaczął się z lekka ocierać o plecy Barnesa do taktu pocałunku… przesuwał sztywnym penisem po jego tyłku, wyrwał mu się jęk prosto w te ukochane usta… Boże… o Boże… tak, proszę… Oddalił się z lekka dolną częścią siebie, sięgnął w dół i skierował własnego członka tak, by pocierać nim rowek miedzy pośladkami Bucka… o tak, tak dobrze… Boże, jak dobrze… przeciągał po szczelinie pozostawiając mokry ślad naturalnej wydzieliny. Rozkoszował się drżeniem kochanka, jego gorącą skórą… powolnym, lecz niestabilnym z żądzy pocałunkiem… zabrał dłoń, pozostawiając stwardniałą męskość ściśniętą wzdłuż pośladków Bucky’ego. Zaczął się powoli poruszać tak, jakby znajdował się już w jego wnętrzu… Boże… i ukochany przerwał pocałunek, jęknął głucho, odchylając głowę. Znów wtulił twarz w szyję Barnesa, ciężko na nią dysząc… poruszał się… poruszał… cudowne uczucie ścisku obezwładniało, sprawiało, że przepadał… gubił się w doznaniach, w przyjemności… w oddechach kochanka zamieniających się w zmysłowe jęki… tak, Buck, jęcz… właśnie tak…

      – Steve… Boże, o Boże… proszę, tak… tak…

      Poczucie, że ukochany rozumie każdą jego potrzebę było uderzające, brzmiał i jęczał dokładnie tak, jak pragnął go słyszeć… Bucky… Bucky, skarbie… tak bardzo kochał jego głos, gdy było mu dobrze… gdy dawał mu rozkosz, zaspokajał jego pragnienia. Przesuwał męskością wzdłuż cudownie zacieśnionych pośladków… raz za razem… Boże… tak dobrze, tak dobrze… i wtedy poczuł, że Bucky zaczął poruszać się wraz z nim, znów unosząc twarz ku niemu, muskając krótko jego usta. Patrzyli sobie nieprzytomnie w oczy, zatracali się w przyjemności… ocierali się o siebie… ocierali… wciąż i wciąż… ich ruchy były idealnie zsynchronizowane, instynktownie zapewniali sobie maksymalny poziom ekstazy… Boże… tak dobrze, tak ciężko… ich jęki stawały się coraz bardziej desperackie. Zaciśnięte na jego penisie pośladki Barnesa tak cudownie pocierały… Boże… miał wrażenie, że już niewiele czasu mu pozostało… Boże, nie, zaraz dojdzie… proszę, nie… i wyczuwał w głosie przyjaciela groźbę tej samej przepaści.

      Włożył palce do ust, nawilżył je niecierpliwie, lecz dokładnie i włożył dłoń miedzy ich ciała, skierował w dół, po czym z wolna wetknął jeden palec w dziurkę kochanka. Zdawał sobie sprawę, że pozycja na boku czyni Bucka ciaśniejszym, więc starał się nadawać dłonią spokojne poruszenia… bardzo ostrożne… czujnie wymierzone… lecz dostrzegał, że ukochany jest spięty. Wyczuwał to w jego ciasnocie, drżącym ciele, zaciśniętych powiekach… Boże, skarbie… skarbie… Wyciągnął z niego palec i zaczął relaksująco masować jeden z pośladków, lekko go naciskał… zataczał na nim kręgi… dociskał dłoń i rozluźniał… i znów… i znów… skupiał się na tym, by jego dotyk dawał odprężenie. Ucałował przelotnie ponętne wargi, potem policzek i znów powrócił do ust. Usłyszał, że oddech ukochanego przestał się trząść, stał się głębszy, oczekujący. Wsunął palce między wargi, zwilżył je należycie, po czym starannie i precyzyjnie dwa z nich wkładał w partnera… powoli… bardzo powoli… a gdy dotarł aż po kłykcie, wysunął je… powtarzał tę czynność w skupieniu, by nie zrobić krzywdy ukochanemu mężczyźnie. Wyczuwał, że przyjaciel napręża nieco ciało, słyszał jak boleśnie jęczy… Bucky, proszę… przepraszam… widział wysiłek wymalowany na jego twarzy, gdy starał się rozluźnić, lecz pozostawał ciasny.

      – Jeszcze trochę, kochanie. – szepnął mu do ucha i musnął je leciutko wargami – Jeszcze tylko trochę. Wytrzymaj.

      Powoli wsuwał i wysuwał palce, jak najostrożniej… cierpliwie… nadawał idealną precyzję, wymierzał każdy ruch delikatnie, lecz głęboko. I znów, i znów… i znów… Wyciszał własny oddech, aby móc całkowicie skupić się na brzmieniu Barnesa, wychwycić każdy odcień dyskomfortu.

      – Steve… proszę, już… już…

      – Jeszcze nie jesteś…

      – Proszę…

      Pocałował Bucky’ego w szczękę, wyjął z niego palce, po czym przesunął ręką wzdłuż jego boku… spokojnie, kochanie… spokojnie… pogładził kojąco kształtne biodro. Napluł na dłoń i wsmarował ślinę w swojego członka, łącząc ją z naturalną wydzieliną, by być odpowiednio nawilżonym. Składał czułe pocałunki na żuchwie Barnesa, jego gorący oddech owiewał mu skórę… ich usta się spotkały, połączyły w urywanych muśnięciach… uchwycił własny penis i nakierował na dziurkę przyjaciela… nacisnął lekko główką, lecz jeszcze nie wszedł… jedynie potarł, drażnił wrażliwe miejsce… rozpalał ich jeszcze bardziej. Tak bardzo chciał już w nim być… tak bardzo… ukochany zawsze był ciasny, lecz wiedział, że pozycja na boku ścieśniła mocniej jego pośladki, musiał zachować czujność. Ostrożnie wsunął główkę… zaczął posuwać się głębiej… bardzo powoli… powoli…  Boże, jak ciasno… Boże… a Bucky z każdą chwilą naprężał ciało, oderwał od niego wargi i dyszał ciężko. Wszedł w niego do połowy… cofnął biodra, znacznie się wysuwając, lecz pozostawiając w środku główkę… i znów się wsunął… do połowy… i znów wycofał… powtarzał tę czynność, przygotowując partnera na całościowy stosunek. Ruchy miał łagodne, posuwiste… niepełne… lecz wyzwalające przyjemność… Boże, tak… tak… zależało mu na rozkoszy Bucka… na tym, by przeżywali razem.

      – Dobrze ci? – zapytał, znając odpowiedź, lecz potrzebował ją usłyszeć.

      – Tak… kochanie, tak… Boże…

      Kochał sposób, w jaki Bucky potrafił jęczeć… tak bardzo kochał każdy dźwięk jego przyjemności… tę zmysłowość, skrajność… Ostrożnie zaczął wsuwać się głębiej… i jeszcze głębiej… otaczało go gorące, rozkoszne wnętrze… Boże, było tak ciasno… tak ciasno… i wtedy Buck cicho syknął. Chciał się wysunąć, dać mu jeszcze trochę czasu, lecz ukochany sięgnął za siebie i asekuracyjnie uchwycił jego biodro.

      – Nie, zostań…

      Z wysiłkiem wsunął się aż po jądra i znieruchomiał, chcąc przyzwyczaić kochanka do siebie wewnątrz… i siebie do jego ciasnoty… Boże, niewyobrażalne uczucie… nieopisane, mimo że tyle razy już w nim był… tyle razy go kochał… to piękne…

      – Jesteś taki przyjemny… taki ciasny, taki… gorący… – wyznał, nie mogąc złapać tchu.

      – Jestem twój… proszę, pokaż mi… jak bardzo jestem twój…

      Wiedział, że powinni zachować czujność, nie mogli być zbyt głośni. Wykonał bardzo głęboki, zmysłowy… lecz powolny ruch, dociskając swoje biodra… jęknęli w tym samym momencie i w głosie Barnesa wychwycił nutę bólu… kochanie, już dobrze… już dobrze… przesuwał się gładko, ostrożnie… starał się nadawać ich fizyczności delikatność. Ułożył dłoń na jego biodrze, masował je w rytm posunięć… Boże, jak dobrze… jak głęboko… wsłuchiwał się w nieco bolesne jęki partnera i jednocześnie słyszał w nich taką rozkosz… Boże, taką rozkosz… Czuł wokół penisa jego gorące wnętrze… Bucky, tak… tak… posuwał się w nim płynnie, przyjemnie… miał wrażenie, że już nie wytrzyma… Boże… boli… jak skrajnie boli… jęczał wraz z kochankiem. Lekko zwiększył tempo, starał się wchodzić jak najgłębiej…  a Bucky’emu głowa opadła, odchylił ją i wczepił palce we własne włosy, drugą ręką wciąż przytrzymywał się jego miednicy. Wpatrzył się w jego dobrze uwidocznioną twarz, w przymknięte oczy, pełne usta… kochał ekstazę, która mógł dostrzegać w jego rysach… Boże, był piękny… słuchał jego zmysłowego głosu. Poruszał się w nim, raz za razem… raz za razem… należeli do siebie, dzielili cielesność… jak dobrze… jak bardzo dobrze… Boże, zaraz dojdzie…

      – Steve… Steve, tak… o tak…

      Dociskał do niego biodra… głęboko… Boże, jaki on jest ciasny… rozpoznawał w jego drżeniu skrajność, potrzebę szczytu, monumentalnej ekstazy… i pragnął mu to ofiarować. Kochał go każdym poruszeniem, każdym przesunięciem w jego gorącym wnętrzu… Boże, jak dobrze… jak gładko… przyjemnie… był już na granicy… miał wrażenie, że traci świadomość. Przytulił twarz do szyi Bucka, opierając czoło o jego policzek… tak blisko, tak blisko… czuł tę miłość… przepadał w rozkoszy ze swoim pięknym Bucky’m. Przesunął rękę po jego biodrze na udo i skierował ku kroczu… usłyszał cudownie bezradny jęk… Boże, jak bardzo kochał jego bezbronność w bliskości… Zaczął masować jego pachwinę w rytm głębokich pchnięć… i uczuł jak kurczowo Buck ścisnął go za biodro, doznając przyjemności płynącej z dotyku. Brał go dogłębnie, uczuciowo, z pasją… i stymulował dodatkowo dłonią miejsce tuż obok członka… Boże, kochanie… dyszał z wysiłku w szyję kochanka… tak dobrze… tak boli… nie wytrzymywał już, nie miał sił… Przesunął dotyk na penisa i aż jęknął z jakiegoś rodzaju szoku… o Boże… jaki był mokry… jaki mokry… i tak bardzo twardy… tyle bodźców, zaraz dojdzie… Na moment zgubił rytm, lecz odnalazł się… owinął palce wokół męskości przyjaciela, tuż przy jądrach, pociągnął wzdłuż i wykonał lekki skręt na główce… a Buck jęknął przeszywająco, naprężył się… zrozumiał, to już… Wepchnął się jak najgłębiej w jego ciasne wnętrze, przesunął znów po całej długości jego penisa… i kiedy zamknął pięść na główce… Boże… o Boże, tak… poczuł jak wypełnia ją jego sperma, usłyszał niemal rozpaczliwie brzmiący dźwięk przypominający nagły szloch… kochany… mój kochany… rozpoznał w tym umęczonym głosie rozkosz… i ból. Ból w bliskości, którego obaj potrzebowali… i który dawał im oczyszczenie, spełnienie w najbliższej intymności. Wykonał kolejne pchnięcie biodrami, dociskając się jak najmocniej… dłonią przesunął znów po członku kochanka, rozprowadzając po nim nasienie… Bucky, tak… proszę… i właśnie w tym momencie… czując w ręku jego śliskiego od spermy penisa, znajdując się głęboko w gorącym, pulsującym wnętrzu, dysząc mu w szyję, wtulając się w umięśnione plecy… doznał potężnego orgazmu, spuszczając się tak dogłębnie… tak dogłębnie… jak kochał. Jak obaj kochali.

      Całkowicie wyczerpany przyłożył usta do policzka Bucka… i uczuł, że on dociska się do jego warg, by jak najmocniej zaznać tego pocałunku. Tyle potrzeby, tyle miłości… Bucky… Bucky, kocham… Był szczęśliwy, tak bardzo szczęśliwy… Boże… miał wrażenie, że zemdleje. Wysunął się z trudem, wtulił się twarzą w policzek, który chwilę temu ucałował.

      – Jesteś moim mężczyzną. – szepnął cicho, lecz pewnie.

      Wzruszyło go, że Buck w odpowiedzi jedynie jęknął, wchłaniał w siebie jego oddanie, zaufanie… bezradność… wiedział, że ukochany należy jedynie do niego. Leżeli razem w całkowitym spełnieniu po doznanej intymności, ich rozpalone ciała ściśle do siebie przylegały, dyszeli ciężko, wcześniejsze wzburzenie emocjonalne zastępował spokój. Zasypiali ciasno stuleni, czując ciepło płynące z obecności ukochanego człowieka.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 301
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!