Córa rodu Phoenix – Rozdział 23

Interwencja Dragana

                Od kiedy w murach Hogwartu zabrakło panny Dumbledore, zrobiło się jakoś…dziwnie – bynajmniej nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Relacje Slytherinu i Gryffindoru sięgnęły dna. Plus metr mułu. Nie było już nikogo, kto krążyłby między dwoma domami, budując kruche porozumienie. Sprawę pogarszało to, że Gallatea zniknęła zaraz po pamiętnej tyradzie Ginny Weasley, o której wciąż dyskutowano na szkolnych korytarzach. Wśród Ślizgonów natychmiast rozeszła się plotka, że niewybredne słowa młodej Gryfonki, przyczyniły się do pogorszenia stanu zdrowia płomiennowłosej. Uczniowie chcieli wierzyć w taką wersję tak bardzo, że ignorowali zupełnie zapewnienia Dragana, co do złego samopoczucia przyjaciółki w wakacje – woleli utrwalać się w niechęci do Gryfonów, niż zaakceptować fakt choroby jednej z nich. Zirytowany, pogarszającą się atmosferą, Luther dał sobie spokój z próbami złagodzenia napięć. Nigdy nie przepadał za bawieniem się w rozjemcę, a olewanie przez upartych buców jedynie dodatkowo go zniechęcało. Bez swojej pani straszliwie się nudził. Malfoy unikał go jak ognia, natomiast Greengrass i Parkinson włóczyły się za nim, śliniąc się na sam jego widok, co uważał za więcej niż odpychające. Jedynie z Blaisem był w stanie jako tako spędzać czas, ile jednak można było gadać z jedną i tą samą osobą? Znudzony turkusowooki dał się namówić Marcusowi i podszedł do eliminacji, w wyniku których przyjęto go do drużyny – nic zaskakującego, był doby we wszystkim, czego się podejmował. Częste treningi zapełniały mu grafik, lecz to nie wystarczyło do pozbycia się uczucia zniżenia. Jako, że miał serdecznie dość podopiecznych Slytherinu, zaczął spędzać niemalże wszystkie wieczory w towarzystwie Cedrika. Pomimo upływu czasu, Puchon wciąż wydawał mu się interesujący, a dodatkowo bawiło go to, jak usilnie Ced starał się ukryć tęsknotę za błękitnooką – wreszcie coś na kształt porządnej rozrywki. Siedzieli właśnie w bibliotece, ślęcząc po raz kolejny nad przepastnym tomiszczem, poświęconym eliksirom. Luther przewracał karty opasłej księgi, ledwie przebiegając wzrokiem po jej treści. Nic odkrywczego. Te same bzdurne oczywistości, powtarzane do upadłego we wszystkich publikacjach. Ziewnął ostentacyjnie, po czym zerknął na kompana. Zaczytany Ced, wydawał się całkowicie pochłonięty nauką. Dragan uśmiechnął się szelmowsko, mając zamiar zabawić się kosztem kolegi.

– Właśnie – rzucił niedbale. – Dostałem dziś list od Gall. Chcesz przeczytać?

Kruczowłosy wybuchnął niekontrolowanym śmiechem, gdy Puchon wyprostował się gwałtownie i boleśnie uderzył kolanami w blat biurka. Uczniak gorączkowo spoglądał na, trzymany przez Ślizgona, pergamin. Kruczowłosy ostentacyjnie wymachiwał listem tuż przed oczami towarzysza, śmiejąc się przy tym w najlepsze. Zawczasu ustalił z Lady, że będą wymieniać normalną, koleżeńską korespondencję, jak na szkolnych przyjaciół przystało – o tym, co dokładnie działo się w rezydencji, na bieżąco informował go Arien. W ten sposób mogli utrzymać niezbędne pozory, utrzymując jednocześnie należyty porządek.

– Możesz mi go podać? – szarooki zapytał uprzejmie.

– Sam sobie weź, skoro chcesz – Luther odsunął dłoń, uśmiechając się półgębkiem.

Diggory odpowiedział półuśmiechem i rzucił się przez stół, usiłując wykorzystać element zaskoczenia. Przez dłuższą chwilę zmagał się z turkusowookim, próbując wyrwać mu list, jednak na niewiele się to zdało – Dragan był cholernie szybki. W końcu Ced sięgnął po ostateczność i wbił koledze palce między żebra, tym samym zmuszając go do pochylenia się. Korzystając z tej chwili słabości, odebrał starannie złożony pergamin.

– Czasem straszny z ciebie dupek, wiesz? – przewrócił oczami.

– Wiem – Luther oparł brodę na splecionych dłoniach, robiąc niewinną minkę. – Zastanawiam się jakim cudem zostałeś szukającym. Masz beznadziejny refleks, a i szybkością myślenia nie nadrabiasz. Uganiasz się za zniczem, a głupiego kawałka pergaminu odzyskać nie umiesz. Ironia.

Cedrik rzucił w chichoczącego ciemnowłosego jedną z książek, lecz oponent uniknął ataku jednym, zwinnym ruchem. Głośnie śmiechy zwabiły bibliotekarkę, której hałas w sanktuarium ciszy wydawał się czymś gorszym od najokropniejszego bluźnierstwa. Jej zaciętą, zniesmaczoną twarz rozpromienił ciepły uśmiech, gdy zobaczyła, któż to tak rozrabiał. Ta nieprzyjemna, surowa kobieta miała ewidentną słabość do pana Luthera. Doceniała jego zamiłowanie do książek oraz rozległą wiedzę. Dodatkowo młodzieniec imponował znajomością wymarłych języków i czytaniem dzieł niebywale skomplikowanych, które zajmowały półki szkolnej biblioteki jedynie z czystej troski o ich odpowiednie zabezpieczenie – nawet spośród wykwalifikowanego grona pedagogicznego nikt po nie nie się sięgał, z powodu zawiłości treści. Jakby tego było mało, Dragan Luther posiadał pisemną zgodę samego dyrektora, na swobodne korzystanie z działu Ksiąg Zakazanych! Od kiedy rozpoczęła pracę na stanowisku bibliotekarki, nawet raz nie zdarzyło się, by którykolwiek uczeń dostąpił zaszczytu otrzymania podobnego przyzwolenia. Zazwyczaj nauczyciele pozwalali podopiecznym na odszukanie w dziele konkretnych informacji, a jej zadaniem było czuwanie, żeby młodzi czarodzieje nie pałętali się zbyt swobodnie pośród tego, niebezpiecznego, księgozbioru. Turkusowookiego nie obejmowały utarte ograniczenia, co początkowo wzbudzało w niej mieszane odczucia. Z jednej strony ufała ocenie Dumbledore’a, z drugiej zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że nie wszystkie księgi nadawały się dla niedoświadczonych adeptów sztuk magicznych. Czas jednak mijał, a im częściej Dragan korzystał z otrzymanego przywileju, tym prędzej jej obawy odchodziły w zapomnienie. Utalentowany Ślizgon wydawał jej się osobą wręcz idealnie pasującą do działu Ksiąg Zakazanych – sprawiał wrażenie, jakby to było jego miejsce na ziemi.

– Chłopcy, czy możecie być troszkę ciszej? – zapytała łagodnie – Przeszkadzacie innym uczniom.

– Przepraszamy, Irmo – Dragan posłał kobiecie uwodzicielski uśmieszek. – Będziemy grzeczni. Przy okazji, jak ci poszło z uporządkowaniem cyklu Magicznych właściwości kamieni rytualnych?

– Och… – zaśmiała się nerwowo. – Miałeś całkowitą rację! Przez tyle lat katalogowałam je w złej kolejności.

– Nie twoja wina! Tłumacz spartolił robotę z przekładem oryginalnych tytułów. Nikt by się w tym nie połapał.

– Tak, czy inaczej dziękuję za pomoc.

– Gdybyś jeszcze miała jakieś wątpliwości co do tego cyklu, wiesz gdzie siedzimy – Luther puścił czarownicy oczko.

– Tu, gdzie zawsze! – zarumieniła się lekko – Uczcie się, chłopcy. Tylko odrobinkę ciszej, proszę.

Kruczowłosy potaknął ze zrozumieniem. Zadowolona bibliotekarka posłała mu ostatni uśmiech i odeszła, mając zamiar wrócić do swojej roboty. Ced kątem oka spojrzał na kolegę. Wciąż nie potrafił przyzwyczaić się do tego, że Dragan był z panią Pince po imieniu – tylko jemu na to pozwalała.

– Dlaczego ona jest dla ciebie taka miła? – szepnął Puchon, gdy kobieta zniknęła za regałami.

– Przez moją wkurzająco przystojną buźkę, to chyba oczywiste – turkusowooki wskazał niedbale na list. – Czytasz?

Diggory momentalnie stracił zainteresowanie dziwacznym zachowaniem Irmy i skupił się na trzymanym pergaminie. Rozłożył go ostrożnie, po czym uśmiechnął się pod nosem, rozpoznając pismo Tei – było drobne, subtelne i delikatne…zupełnie jak ona sama. Przesunął palcami po zaschniętym atramencie, wczytując się w zgrabne akapity.

Drogi Draganie!

        Bardzo ucieszył mnie Twój ostatni list! Serdecznie gratuluję propozycji zostania w Hogwarcie! Po moim powrocie musimy to należycie uczcić. Jestem przekonana, że będziesz świetnym nauczycielem. Uszczypliwym, sarkastycznym, wygadanym, nadpobudliwym i wiecznie znudzonym upierdliwym życiem, ale świetnym! Koniecznie napisz mi, jak profesor Snape zareagował na propozycję dziadka! Nie słyszałam, żeby do szpitala przywieźli kogoś ze stanem przedzawałowym, więc może od razu padł trupem? Aż mu współczuję…Będzie musiał się z Tobą użerać bardziej niż do tej pory. Pewnie bidulek momentalnie posiwiał, albo dostał nerwicy.

        Zaczekaj, aż dziewczęta o wszystkim się dowiedzą! Założę się, że nie będziesz miał choćby chwili spokoju. Profesor Dragan Luther…całkiem ładnie to brzmi, nie uważasz?

        Pytałeś co u mnie. Bez zmian. Wciąż leżę sama na oddziale i strasznie się tu nudzę. Leczenie co prawda skutkuje, jednak jest dość wykańczające i bolesne. Bardzo bolesne. Wczoraj nie miałam siły utrzymać pióra, dlatego odpisuję dopiero dzisiaj. Mam nadzieję, że mi to wybaczysz. Są też dobre nowiny! Pan doktor powiedział, że są duże szanse, żebym wróciła do szkoły przed świętami. Wspaniale, prawda?

        Bardzo mi was wszystkich brakuje. Codziennie dostaje listy, ale to nie to samo. Poprosiłam pielęgniarkę, żeby czytała mi je przed snem…to mnie uspokaja. Nie mogę doczekać się powrotu!

        Napisz proszę, czy przyjąłeś ofertę pracy. Mam szczerą nadzieję, że tak! Trudno mi wysiedzieć kolejne dni w szpitalu ze świadomością, że tracę czas, który mogłabym spędzić z Tobą, zanim opuścisz szkołę.

P.S. Napiszesz mi co się dzieje z Cedrikiem? Chyba się na mnie pogniewał, bo nie odpisał na żaden z moich listów. Nie chcę być wścibska, ani nic takiego! Po prostu się martwię…szczególnie pamiętając wypadek Harry’ego. Daj mi znać, czy wszystko u niego w porządku

                                                                                                                                                     

                                                                                                                                                                                                                        Gall

Ced powoli odłożył list, za wszelką cenę unikając spojrzenia w stronę Ślizgona. Wiedział aż za dobrze o co będzie chciał zapytać i pojęcia nie miał, jakiej odpowiedzi miałby udzielić. Znał już trochę tego kretyna i byłby naiwny, gdyby nie przeczuwał, jak się to skończy. Postanowił spróbować zmienić temat, chociaż niespecjalnie wierzył w szanse powodzenia tego wykrętu.

– Nie chwaliłeś się, że masz dostać posadę w szkole – uśmiechnął się krzywo do kolegi.

– Nieistotne – demoniczne oczy zalśniły metalicznie. – Wszystko zależy od tego, jak napiszę egzaminy końcowe, więc szkoda gadać. Czemu nie odpisałeś Gall?

Szarooki zmieszał się na dobre. Jakoś nieszczególnie zdziwiło go to, że Luther nie dał wciągnąć się w pogawędkę o ewentualnej pracy. Westchnął z rezygnacją, zaplatając dłonie na karku. Już ze dwadzieścia razy próbował napisać coś odpowiedniego, jednak za każdym razem się poddawał. List wychodził mu albo beznadziejnie bzdurny, albo przesadnie formalny – sztywny i bezpłciowy, a przez to brzmiący nieszczerze. Zmięte kartki, jedna po drugiej, lądowały w koszu, z czasem zbierając się w całkiem okazały stosik, politowania godnych, wypocin. Skołowany Puchon oparł czoło o otwarty podręcznik wiedząc, że Luther nie da mu spokoju.

– Nie wiem, co powinienem napisać – wymamrotał cicho.

Zacisnął mocno powieki, kiedy Dragan roześmiał się jak szalony. Zerknął niepewnie na kolegę, po którego twarzy spływały łzy rozbawienia. Kruczowłosy trzymał się za brzuch, próbując jako tako dojść do siebie – co nie przychodziło mu łatwo. Cedrik przewrócił oczami, żałując chwili szczerości.

– Beznadziejny jesteś! – Ślizgon wykrztusił pomiędzy salwami śmiechu – Nikt ci nie każe pisać listu miłosnego, przystojniaczku. Napisz tylko co słychać w szkole i że nie zabiłeś się na treningu.

Samo wspomnienie listu miłosnego, na dobre dobiło wychowanka Hufflepuffu. Zaczerwienił się prawdopodobnie najmocniej w całym swoim życiu i przysłonił dłońmi rozpaloną twarz. Co on najlepszego zrobił?! Po cholerę dał temu psycholowi tak wdzięczny powód do kpin? Ciągły rechot Dragana utwierdził go w przekonaniu, że przyjaciel już nigdy nie pozwoli mu zapomnieć o tej rozmowie. Niesiony złością zmiął pergamin z notatkami i cisnął nim w turkusowookiego, trafiając go dokładnie w sam środek czoła.

– Palant – burknął urażony.

– Komplementy? – zakpił Luther – Zawstydzasz mnie, o przystojny! Jeśli aż tak się boisz, mogę napisać do Gall za ciebie.

– Nie trzeba! – Ced wyprostował się gwałtownie – Sam napiszę…

– Jak tam chcesz – ciemnowłosy wzruszył ramionami – Kończysz już te eliksiry? Za dwadzieścia minut mam trening. Jeśli znowu się spóźnię, Marcus będzie mi jęczał aż do jutra i to z twojej winy.

– Za chwilę skończę.

Puchon, wdzięczny za odpuszczenie tematu, zabrał się pospiesznie do dokończenia ostatniego zadania. Gotową pracę podał Draganowi, który poprawił błędy w tempie błyskawicznym. Znudzony Ślizgon rzucił kartki na stół, po czym wstał i rozprostował zesztywniałe ramiona.

– Przeczytaj jeszcze raz rozdział piąty. Jak na idiotę przystało, masz problemy z prawidłowym obliczaniem proporcji. Pozwolę sobie zacytować Gacoperza: eliksiry są sztuką, a z ciebie żaden artysta.

– Kujon – zaśmiał się szarooki.

– Mięśniak – Luther pacnął go w tył głowy. – Dobra, przystojniaku. Widzimy się jutro po zajęciach. Może uda mi się wyprosić od Ponurakeusa klucz do pracowni. Trzymaj się!

Kolekcjoner zarzucił na ramię swoją, sfatygowaną, torbę i wybiegł z biblioteki, żegnając Irmę porozumiewawczym puszczeniem oczka. Trącając barkami kolejnych, rozgadanych uczniów, przedarł się przez zatłoczony korytarz. Cholera wiedziała, po co ci ograniczeni idioci wałęsali się po szkole, skoro było tyle ciekawszych zajęć. Ile razy można było spacerować po zamku, który widziało się codziennie? Bezsensowna strata czasu. Wyrywając się na otwarte, opustoszałe błonia w końcu poczuł ulgę – zabytkowe mury Hogwartu z dnia na dzień wydawały mu się coraz mniejsze, nudniejsze i bardziej duszące. Kamienna budowla przypominała mu finezyjne więzienie, które stopniowo zacieśniało niewidzialne kraty, doprowadzając go do szału. Coraz częściej odzywała się jego prawdziwa natura, którą zrozumieć potrafiła wyłącznie Vallerin. Tęsknił za nią…Cóż. Teraz nie miał czasu rozmyślać o beznadziei całego tego cyrku. Na boisko dotarł dobrych kilkanaście minut po czasie, dając tym samym pole do marudzenia Flintowi. Większość drużyny już lawirowała w powietrzu, wymieniając na przemian długie i krótkie podania, z jednoczesną zmianą zajmowanych pozycji. Z dołu wyglądało to na bzdurną, nieco chaotyczną szarpaninę i taką było w rzeczywistości. Turkusowooki westchnął, dostrzegając kapitana, który samotnie sterczał na murawie i słał ku niemu poirytowane spojrzenia.

– O co ja cię prosiłem, Luther?! – Marcus wrzasnął w stronę swego, spóźnionego, zawodnika.

– Za którym razem?

Ręce kapitana najzwyczajniej opadły. Nie przypuszczał, że posiadanie w stałym składzie Dragana, okaże się aż tak kłopotliwym przedsięwzięciem. Ten nieznośny facet za nic miał grafiki, spotkania, wypracowaną technikę gry oraz ścisłe założenia taktyczne – jak zawsze robił co chciał, nie słuchając nikogo. Flint zacisnął mocno szczękę. Mógłby po raz kolejny wdać się w pyskówkę z kruczowłosym, lecz zdążył się już boleśnie przekonać, że nie miało to najmniejszego sensu. Krnąbrny kolega i tak by go nie posłuchał, a w słownych pojedynkach nie miał sobie równych, więc jaki sens miało narażanie się na jego bezwzględne złośliwości?

– Przebieraj się i wskakuj na miotłę – warknął. – Dziś trenujemy wzmocnienie obrony.

Dragan zupełnie zignorował polecenie, nie mając ochoty na wycieczkę do szatni. Nonszalancko rzucił torbę na trawę, po czym wsiadł na swoją miotłę, nie przejmując się założeniem przepisowego stroju ochronnego. Dołączył do reszty znajomych z drużyny, niespecjalnie zainteresowany ich śmiesznymi ćwiczonkami. Póki co Flint nie zdecydował jeszcze na jakiej pozycji miał ostatecznie grać, więc jak na razie sprawdzał się w roli pałkarza. Ani jakoś entuzjastycznie nie podchodził do wyznaczonej roli, ani nie za szczególnie mu wadziła – zwyczajnie miał to gdzieś. Mniej więcej w połowie treningu stracił wszelkie zainteresowanie grą i zupełnie przestał zwracać uwagę na to, co działo się wokół niego. Myśli odbiegły mu ku Vallerin. Zastanawiał się na jakie metody mogła postawić ta drażliwa skamielina, którą okazjonalnie nazywał dziadkiem. Arien nie skrzywdziłby siostry – tego mógł być pewien – ale coś mu podpowiadało, że nabuzowany dinozaur nie stronił od drastycznych, mocno niepewnych rozwiązań. Jakby na to nie patrzeć, Arien zyskał słuszne miano najwybitniejszego spośród uzdrowicieli i od wieków udowadniał, że nie miał sobie równych w tej dziedzinie. Powinien zostawić wszystko w jego wykwalifikowanych łapach i zająć się szkolnym teatrzykiem, lecz nie potrafił. Dręczyły go okropne przeczucia…obrzydliwie niewyraźne, nielogiczne szpilki, ostrzegawczo przecinające jego świadomość. Pojęcia nie miał skąd się brały, ani czym właściwie były.

– Luther, tłuczek!!!

Usłyszał krzyk jednego ze ścigających, wyrywający go z głębokiego zamyślenia. Reagując instynktownie, całkiem solidnie uderzył nadlatującą piłkę – czego robić nie powinien. Tłuczek z ogromną prędkością przeleciał przez całe boisko, zatrzymując się dopiero, kiedy wbił się w obręcz, niemalże rozrywając solidny kawał metalu. Kruczowłosy rozejrzał się dyskretnie i warknął sam na siebie, widząc zszokowane twarze Ślizgonów, którzy dosłownie zamarli. Uczniowie wpatrywali się tępo w zdewastowaną bramkę, nie mogąc zebrać myśli, ani uwierzyć w to, co mieli przed oczami. Żaden z nich nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego – nawet w profesjonalnych rozgrywkach najwyższego szczebla. Do Dragana podleciał Marcus, któremu jako pierwszemu udało się przezwyciężyć szok.

– Jak… – wydukał.

– Mój błąd! – turkusowooki roześmiał się – Trochę przesadziłem.

Luther sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, by wyciągnąć z niej papierosa. Drużyna powoli zaczynała przyzwyczajać się do tego, że na treningach najczęściej grywał z petem w ustach, choć nie mogło to być łatwe, gdy kierowało się rozpędzoną miotłą. Kolekcjoner odpalił papierosa, po czym położył się plecami na swoim latającym badylu, którego tak po prawdzie szczerze nie znosił. Wypuścił powolutku dym, zerkając z uśmiechem na zdezorientowaną buźkę Flinta.

– Hooch mi za to ręce połamie – zachichotał niepokojąco. – Lepiej szukaj nowego pałkarza.

– Takim uderzeniem… – Marcus puścił jego ostatnie słowa mimo uszu – mógłbyś kogoś zabić…

– Całkiem niezły plan, el capitano! – zaciągnął się głęboko – Zlokalizować na trybunach wkurwiającą jednostkę i posłać w jej stronę morderczego tłuczka. Niby wypadek przy pracy, a skutek piorunujący. Aż sobie to zapiszę.

– Skąd ty masz tyle siły?!

Flint bardzo płynnie przeszedł z początkowego szoku, do stanu szczeniackiego entuzjazmu. Był tak zaabsorbowany tym co zobaczył, że nie zwrócił uwagi na sarkastyczną groźbę, czającą się w głosie rozmówcy. Luther zaśmiał się gardłowo. Cholerne gówniarze z tą ich całą cholerną, ohydną niewinnością! Zaskakująco uparcie olewali wszystko, co nie pasowało im do własnych wyobrażeń. Upierdliwe…żałośnie upierdliwe…

– W Stanach należałem do domu przyszłych wojowników, pamiętasz? – kruczowłosy prychnął kąśliwie – Uczono nas, w jaki sposób powinno się uderzać, żeby przenieść jak najwięcej energii na obiekt. To kwestia techniki, samodyscypliny i wprawy.

– Nauczysz tego Goyle’a? – oczy kapitana zalśniły ekscytacją – Z takimi pałkarzami będziemy niepokonani!!

– Nie jestem cudotwórcą, Flint – Dragan przewrócił oczami. – Mogę spróbować wykrzesać cokolwiek z tego grubasa, ale jak dla mnie, to daremny wysiłek. Żeby opanować chociażby podstawy, potrzeba zaangażowania, jakichkolwiek mięśni oraz nuty finezji. Tak ciężkie zadanie najprawdopodobniej przerośnie naszego warchlaczka.

– Mógłbyś choć raz zrobić cokolwiek dla drużyny – warknął zirytowany Ślizgon.

– Spasuje! – turkusowooki skierował się ku zdewastowanej bramce, chcąc spróbować jako tako ją połatać – Nie lubię tracić czasu na sprawy beznadziejne.

– Z takim nastawieniem, to ty nikogo nigdy niczego nie nauczysz. Pierdolony leń – Marcus bąknął pod nosem.

– Coś ty powiedział? – Dragan odwrócił się gwałtownie, rezygnując z pomysłu naprawienia szkody.

– No…ja…że… – ciemnowłosy migał się od powtórzenia wcześniejszych słów przeczuwając, że narobiłby tym sobie dość poważnych problemów.

– Taki wyszczekany byłeś za moimi plecami, a teraz zapominasz jak się zdania składa?! – Luther zaśmiał się histerycznie, jednak w mgnieniu oka jego śmiech zagasł, zastąpiony przez metaliczny błysk w diabolicznych tęczówkach – Posłuchaj mnie uważnie, kapitanku. Moja decyzja nie jest kwestią nastawienia, tylko twardych, niepodważalnych faktów. Jeśli wierzysz w bezużyteczne, wzruszające bzdury pokroju: jeżeli czegoś bardzo pragniesz i włożysz całe serce w osiągnięcie celu, to uda ci się go sięgnąć, mam dla ciebie smutną nowinę. Gówno prawda – spojrzał kątem oka na zdębiałego kolegę. – Twój wysiłek nie ma najmniejszego znaczenia, jeśli cel od samego początku był obiektywnie nieosiągalny. Mnie trenowano od dziecka. Każdego cholernego dnia dosłownie walczyłem o przetrwanie, żeby stawać się coraz lepszym i stopniowo przekraczać własne granice. Nie jestem taki jak wy. Nie jestem pierdolonym abrakadagównem, które zginęłoby bez prowadzenia za rączkę i magicznego badyla w dłoni. Nie urodziłem się, by skończyć szkołę tylko po to, żeby posadzić tyłek na wygodnym stołeczku i zostać na nim, aż się z nim nie zrosnę! Urodziłem się, żeby zostać wojownikiem! Temu poświęciłem całe swoje życie – piekielne oczy zalśniły lodowato. – Od lat dowalałem sobie na własne życzenie, w imię tego jednego celu. A teraz przyłazisz mi ty! Wielki pan kapitan, który ŻĄDA ode mnie odprawienia jakiś cudów i nauczenia byle spasionego debila tego samego, czego uczyłem się od dzieciństwa. Chwytasz jaki to absurd?! Wymagasz ode mnie zrobienia z Goyle’a, KURWA GOYLE’A, opanowanego, świadomego własnej siły, czujnego, przewidującego gracza. Wierz mi, że on nie ma nawet szczątkowych predyspozycji, a już z całą pewnością nie zdołam go odpowiednio wytrenować w tym dziesięcioleciu. Wszystko co mogę ci obiecać, el capitano, to to, że spróbuję coś wykombinować, żeby nie był tak żałosny jak do tej pory. Zadowolony?

Marcus nie miał zamiaru się odezwać. Jego kuzyn chodził do Ilve i pamiętał, że kiedyś opowiadał mu o specjalistycznych zajęciach dla najzdolniejszych uczniów. Ponoć wychowankowie Wampus mogli dołączyć do elitarnej grupy, którą przygotowywano do wstąpienia w szeregi wyższych szkół militarnych, po ukończeniu podstawowego toku nauki. Z całą pewnością, obdarzony niebywałym talentem, Luther musiał zaliczać się do tego wąskiego grona wybrańców. W sumie wyglądał na przyszłego wojskowego. Zerknął pobieżnie na kruczowłosego, chcąc ocenić, czy bardzo mu podpadł. Niemalże odetchnął z ulgą, gdy dostrzegł szansę na zmianę tematu.

– Co z twoją ręką? – rzucił, nie zamierzając wdawać się w, z góry przegraną, kłótnię.

– Co? – nagłe pytanie zaskoczyło Dragana.

– Krwawisz.

Flint wskazał na jego prawą dłoń. Rzeczywiście. Spod długiego rękawa koszuli, sączyła się wąska stróżka krwi. Pod wpływem chwilowego skoku adrenaliny, najwidoczniej nie poczuł pierwszych przejawów nadciągającej wiadomości. Pospiesznie zacisnął dłoń, zanim jego cudaczna krew na dobre zwróci uwagę kapitana.

– To pewnie przez pałkę – obojętnie wzruszył ramionami.

– Idź do pani Pomfrey – Marcus wbił w niego wzrok istnego znawcy urazów. – W przyszłym tygodniu gramy z Krukonami. To będzie twój wielki debiut i wolałbym, żebyś był w pełni sił.

– Dobrze, mamo – Luther przewrócił oczami. – Pogadamy w Pokoju Wspólnym.

Dragan bez ostrzeżenia wychylił się do tyłu i zsunął się z miotły, wykonując tym samym swój popisowy – mrożący krew w żyłach – numer. Spadał swobodnie, głową w dół, tylko po to, by niecałe dwa metry nad ziemią chwycić się, podążającej w ślad za nim, miotły. Jak zwykle złapał trzon jedynie jedną ręką, ponieważ w drugiej trzymał gasnącego z wolna papierosa. Nie miał pojęcia dlaczego, ale lubił rzucać się z wysokości bez większego powodu oraz szczególnych zabezpieczeń. Hobby może i nietypowe, lecz na pewno nie najdziwniejsze jakie posiadał, a poza tym miał ewidentną słabość do efekciarstwa. Zabrał swoje rzeczy, po czym ruszył w kierunku zamczyska, zostawiając za sobą, cały czas zszokowaną, drużynę. Do Skrzydła oczywiście nie miał zamiaru zaglądać, bo i po co? Zamiast wbijać się na pogadanki do madame Pomfrey, poszedł do sowiarni, spodziewając się, że o tej godzinie powinno być tam pusto. Miał rację, jednak zapobiegawczo sprawdził jeszcze pomieszczenie, zanim zabrał się do odczytania wiadomości. Położył krwawiącą dłoń na jasnym, płaskim parapecie i w skupieniu odczytywał kolejno pojawiające się wersy, nadesłane przez Ravena. Podwładny prosił o natychmiastowe spotkanie na obrzeżach Zakazanego Lasu, czym wystarczająco zaintrygował turkusowookiego. Raven, jak na bystrego dzieciaka przystało, nie kwapił się do zawracania pracodawcy głowy, o ile nie miał ku temu solidnych podstaw – znał dobrze temperament Kolekcjonera oraz konsekwencje marnowania jego czasu na głupoty. Luther wyjrzał przez okno, przez kilka chwil wpatrując się w nieodległą linię Lasu. Miał ochotę zwyczajnie wyskoczyć, ale powstrzymywały go nudne reguły tego kłopotliwego teatrzyku. Z jego fartem jak nic nawinąłby się jakiś gówniarz i musiałby zlikwidować niewygodnego świadka, powstrzymując zawczasu możliwe ploteczki. Nie chciało mu się uganiać za byle szczylem; wysilać się, żeby upozorować zaginięcie; łazić cholera wie gdzie, by pozbyć się zwłok…za dużo zachodu. No i Vallerin pewnie by go udusiła gołymi rękami. Uśmiechnął się półgębkiem. Musiał po raz kolejny zdać się na bogate doświadczenie w sztuce wymykania, co stawało się nieco nużące – zero szans na nagłe, ekscytujące zwroty akcji. Bez najmniejszych trudności opuścił teren szkoły i wszedł w mroczną gęstwinę, niespecjalnie zainteresowany obraniem konkretnego kierunku. Szedł spokojnym krokiem, z dłońmi zaplecionymi wokół karku i wzrokiem wlepionym w splecione korony drzew. Jego spokój był całkowicie uzasadniony. Raven odszukał Dragana bez problemu, wiedziony magnetyczną aurą kruczowłosego, która zawsze go przyciągała. Wprawnie zeskoczył z grubego konaru drzewa, lądując miękko tuż przed swoim szefem.

– Znalazłem go – rzucił lakonicznie.

Luther zaśmiał się nieprzyjemnie, czym nieco zaniepokoił byłego Łowcę. Raven znał ten ponury, cyniczny chichot i po prawdzie takiej reakcji się spodziewał. Celowo ograniczył się ledwie do dwóch, konkretnych słów. Odzywanie się nieproszonym, gdy Kolekcjoner popadał w taki stan, było wyjątkowo niebezpieczne. Merlin jeden wiedział co właśnie działo się w tej szalonej głowie, a Raven nie miał najmniejszej ochoty stać się przypadkową ofiarą nieprzewidywalnej natury Dragana. Wolał odpowiedzieć na ewentualne pytania, niż wyrywać się przed szereg.

– Pan Black jednak nie potrafi zniknąć bez śladu, co? – śmiech turkusowookiego przybrał na sile – Gdzie się zabarykadowało nasze niewdzięczne ścierwo?

– W Wrzeszczącej Chacie. Wszystkie tropy prowadziły właśnie tam. Potrzebowałem kilku dni, żeby potwierdzić, że to jego stała kryjówka i nie przepłoszyć skubańca. Mam zawlec go do rezydencji?

– Nie – oczy Luthera rozbłysły przerażająco. – Informowałeś mojego uroczego braciszka, albo Lady Crown o zlokalizowaniu Blacka?

– Poważnie pytasz? – Raven prychnął, nieco urażony – To chyba oczywiste, że dowiadujesz się pierwszy.

– Kto by pomyślał, że wyrośnie mi taka sumienna prawa łapka! – Luther zatrzepotał rzęsami – Teraz na poważnie, Ravi. Utrzymaj to wszystko w tajemnicy, aż do odwołania. Mam do pogadania z tym cholernym gnojem i wolę uniknąć konieczności tłumaczenia się przed Vallerin, gdyby nerwy mi puściły. Łatwiej łgać, że przepadł bidulek bez śladu, niż przyznać się do urwania mu tego durnego łba w chwili słabości. Utrzymaj pozycję, obserwuj go i spróbuj ustalić, czy coś planuje.

– Wedle rozkazu. Ściągnąć kogoś z naszych w ramach wsparcia?

– Szczerze, wolałbym tego uniknąć. Kręci się tu masa wścibskich typków, uparcie szukająca zbiega. Większa ekipa mogłaby ściągnąć niepotrzebną uwagę. Jeśli jednak uznasz, że potrzebujesz pomocy, nie będę oponował. Zdaję się na twoją opinię.

                   Syriusz leżał na zdezelowanej kanapie, z wątłym uśmiechem wpatrując się w ślady pazurów, rysujących brudną podłogę Chaty. To miejsce przywoływało tak wiele wspomnień…cudownych i rozpaczliwie przygnębiających zarazem. Chata była ich kryjówką. Sekretnym miejscem spotkań jego, Jamesa, Remusa i Petera. Właśnie w tym niewielkim, zaniedbanym wnętrzu scementowali swą przyjaźń, dzieląc wspólny trud utrzymania tajemnicy. Gorycz uderzyła w niego boleśnie, niemalże wymuszając łzy. Te czasy nigdy już nie wrócą. Rogacz odszedł na zawsze…nigdy więcej nie usłyszy, jak śmieje się do rozpuku z byle bzdury. Nie zobaczy jego szelmowskiego, zaczepnego uśmieszku niestrudzonego kombinatora z masą skrajnie szalonych pomysłów. Bezwiednie przesunął palcami po, porytym bruzdami, drewnie. Brakowało mu przyjaciela – z każdym parszywym dniem coraz bardziej. Naiwnie sądził, że próby zbliżenia się do Harry’ego odciągną jego myśli od tego, co utracił bezpowrotnie. Mylił się. Potwornie mylił…Wystarczyło, że raz spojrzał na twarz chłopca z oddali, a ból, który zduszał przez te wszystkie lata, powrócił – potężniejszy niż kiedykolwiek. Harry do złudzenia przypominał ojca, z czym nie potrafił sobie poradzić. Przysłonił oczy przedramieniem, po czym przygryzł dolną wargę, powstrzymując się od bezsilnego szlochu. Został kompletnie sam. Luniaczek zapewne z całego serca go nienawidził – gdziekolwiek by się nie podziewał. Nagła myśl zagłuszyła rozpacz, niepowstrzymaną falą furii. Wszystko przez tego cholernego, oślizgłego zdrajcę!! Musiał go odnaleźć…wywlec chociażby spod ziemi i zemścić się! Wymierzyć bezlitosną sprawiedliwość temu, który bez mrugnięcia okiem ograbił go ze wszystkiego!!! Ukarać go za odebranie mu rodziny…Uderzył pięścią w oparcie, na tyle mocno, że poczuł ból w knykciach. Zasrany, gruby babsztyl!! Gdyby nie ona, mógłby spotkać się z Harrym. Mógłby wyjawić temu chłopcu całą prawdę i paść przed nim na kolana, błagając o przebaczenie. Miałby szansę przeprosić chrześniaka za błędy przeszłości i ukorzyć się przed nim za to, że nie był w stanie ocalić jego rodziców. Decyzja, którą podjął będąc na skraju wyczerpania psychicznego, kosztowała Potterów życie…pamiętał o tym doskonale. Rzucając się niczym zaszczute zwierzę, odsunął się od Remusa oraz Albusa, w pełni ufając wyłącznie niewinnemu, wpatrzonemu w Rogacza Peterowi. To go zgubiło. Jego, Jamesa i Lily. Harry zasługiwał, by o tym wiedzieć. Choć to nie on był tym, który zabił jego rodziców, przyłożył rękę do tej tragedii. Stracił czujność, powierzając ich los w najgorsze możliwe ręce. Wszystko, co poświęcił żeby walczyć z Voldemortem i jego poplecznikami…cały trud budowania lepszej przyszłości…ofiarny bój o wolność świata czarodziei…wszystko to legło w gruzach. Wzniosłe idee prysły jak bańki mydlane, gdy dowiedział się o zamordowaniu przyjaciół. Jego świat rozpadł się w pył, a palące poczucie winy spętało go na dobre, więżąc w swych okowach przez kilkanaście lat. To poczucie winy stało się jego prawdziwym więzieniem, które dzień w dzień na nowo rozszarpywało jego duszę i pozbawiało chęci do życia, wyrywając ostatki człowieczeństwa przy każdym kolejnym oddechu. Przez dwanaście długich lat pragnął jedynie umrzeć. Chciał rozpaść się na kawałki i dołączyć do przyjaciół, ale wiedział, że nie wybaczyliby mu zostawienia Harry’ego, dla własnej wygody. Rozdarty między słodkim ukojeniem, oferowanym przez śmierć, a obowiązkiem, odległym porównywalnie do płonnych marzeń, codziennie umierał na nowo. Budził się by powoli konać, po czym zamykał oczy, inicjując powtórne rozpoczęcie tego nienaruszalnego cyklu. Do chwili, w której cudowny blask nieoczekiwanie wlał się do jego celi, raz na zawsze rozrywając błędne koło. Był pewien, że bez względu na to, jaka czekała go przyszłość…Lady Vallerin Crown już na zawsze pozostanie jego aniołem. W chwilach takich jak ta – przepełnionych duszącym zwątpieniem i samotnością – usilnie wracał wspomnieniami do momentu, gdy wkroczyła do jego mikro światka, żeby go uwolnić. Niemalże widział jej nadnaturalnie piękną, zatroskaną twarz, otoczoną nieziemską poświatą. Prawie czuł delikatną, smukłą dłoń, gładzącą łagodnie jego zapadnięty policzek. Po kres swych dni chciał zapamiętać ciepło, które w tamtej chwili wtłoczyła wprost w jego zdezelowaną, żałośnie słabą duszę. Jednym współczującym gestem uspokoiła rozdygotane serce, pozwalając mu zabić równym rytmem, o którym dawno zapomniał. Zabrała z jego barków przytłaczające brzemię błędów, dzięki czemu poczuł się jak ludzka istota. Podarowała mu zupełnie nowe spojrzenie na to, kim tak naprawdę był, łagodząc nienawiść jaką czuł do siebie samego. Vallerin nie tylko uwolniła go z więzienia i przygarnęła pod swój dach…ocaliła go jako człowieka. Mocniej zacisnął zęby, przegryzając skórę do krwi. Było mu potwornie wstyd – prawdopodobnie bardziej niż kiedykolwiek. Rodzeństwo Crown zaopiekowało się nim. Zapewnili mu bezpieczny dom i uwierzyli mu, choć nikt inny nie chciał nawet go wysłuchać. Kai, Ethan i Erin nie domagali się łatwych, konkretnych odpowiedzi na trudne pytania. Zawsze szanowali jego decyzje o milczeniu, okazując mu niewyczerpane pokłady cierpliwości oraz zrozumienia. Traktowali go jak pełnoprawnego członka rodziny! Jak im się za to wszystko odwdzięczył?! Uciekł. Od tak, bez słowa…jak ostatni tchórz. Szczerze to sam już nie wiedział, czy zrobił to ponieważ obawiał się, że powstrzymają go przed spotkaniem z Harrym, czy dlatego, iż przerażała go wizja obdarzenia ich przyjaźnią. Wszyscy jego bliscy kończyli marnie z powodu pieprzonego fatum, które ciągnęło się za nim od wielu lat. Nie chciał, by rodzeństwo Crown dołączyło do tego niechlubnego panteonu – zwłaszcza Vallerin. Właśnie…Lady…Tęsknił za nią i to cholernie. Sam jej głos – dźwięczny, spokojny i melodyjny – potrafił zdziałać cuda. Kiedy budził się w nocy z krzykiem, nękany powracającymi koszmarami, wystarczyło, że usiadła obok, a wszystko co złe odchodziło w zapomnienie. Czuł się przy niej komfortowo i bezpiecznie…jak przy nikim innym. Ufał jej. Ufał, choć sądził, że nie zdobędzie się na to wobec nikogo – nie po zdradzie Petera. Chciał przy niej być. Chciał tego rozpaczliwie, ale musiał odejść…musiał zniknąć z jej życia, żeby ją chronić.

– Syriusz Black III – rozległ się męski, niski głos. – Najbardziej poszukiwany czarodziej w Anglii, o ile pamięć mnie nie myli. Wyglądasz znacznie żałośniej niż się spodziewałem, a nie miałem wygórowanych oczekiwań. Och nie, nie fatyguj się i nie wstawaj!

Black jak oparzony zerwał się z kanapy, mocno ściskając różdżkę w wyciągniętej przed siebie dłoni. Nerwowo przeczesywał wzrokiem pomieszczenie, słysząc donośne walenie własnego serca. Ktoś tu był! Ktoś go namierzył, chociaż nie wiedział jakim cudem! Metodycznie przesuwając spojrzenie, w końcu dostrzegł ciemną sylwetkę, opartą o ścianę tuż przy jedynych drzwiach. Bez namysłu otworzył usta, mając zamiar potraktować intruza zaklęciem, nim jednak zdążył wykrzesać z siebie chociażby sylabę, różdżka wyrwała się z jego uścisku i poszybowała wprost ku tajemniczemu przybyszowi. Nieproszony gość wyszedł z cienia. Syriusz cofnął się automatycznie, ciasno przylegając plecami do, nieprzesadnie wysokiego, parapetu. Co tu się do jasnej kurwy działo?! Skąd w Chacie wziął się jakiś typ w cudacznej, przerażającej masce doktora plagi?! Jaki popapraniec w ogóle chciałby chodzić w czymś takim?!! To się w sklepach z rupieciami na Halloween kupowało, czy co? Dziwny przebieraniec zbliżał się ku niemu wolnym krokiem, omiatając podłogę krawędzią długiego, skórzanego płaszcza. Po drodze odłożył jego różdżkę na jedną z połamanych szafek, drażniąco swobodnym gestem dłoni. Dziwak nie wydawał się nawet w minimalnym stopniu przejęty wizją ewentualnej konfrontacji, co wszczęło alarm w głowie czarodzieja. Pojęcia nie miał, czy pewność siebie u tego faceta jest uzasadniona i nie chciał się przekonywać. Został bez różdżki, na dość ograniczonej przestrzeni. Musiał wiać. W panice szukał dogodnej drogi ucieczki, co nie okazało się zadaniem szczególnie trudnym. Było tylko jedno, osiągalne dla niego wyjście z tego bagna – okno za jego plecami. Odwrócił się gwałtownie, po czym zasłonił przedramionami twarz, żeby oszczędzić sobie poharatania skóry rozbitym szkłem. Wysoko nie było, więc miał szansę nawiać o ile nie złamie czegoś przy lądowaniu. Przed wyskoczeniem powstrzymała go duża, obleczona w rękawicę dłoń, opleciona wokół kołnierza jego koszuli. Poczuł zdecydowane szarpnięcie i zanim się zorientował, uderzył bokiem w oparcie kanapy. Zebrał się z podłogi, łapiąc szybkie, płytkie oddechy. Intruz był bardzo silny, skoro zdołał rzucić nim niczym szmacianą lalką i co gorsza, piekielnie szybki. Zerknął pospiesznie w stronę okna. Stracił ostatnią drogę odwrotu, a w pobliżu nie było niczego, co mogłoby posłużyć mu za broń. Pozostało mu rzucenie się na tego dziwaka z gołymi pięściami, mając nikłą nadzieję, na wywalczenie sobie możliwości ucieczki podczas szarpaniny. Zaskoczenie mogło zadziałać na jego korzyść, więc wyprowadził mocny cios, skierowany wprost w szczękę intruza. Sądził, że jedynym problemem mogła okazać się skórzana maska, jednak dość poważnie się przeliczył – przybysz najzwyczajniej złapał jego rękę tuż za nadgarstkiem i wprawnie wykręcił ją, uniemożliwiając ponowienie ataku. Doktor plagi oparł dłoń na jego barku, po czym przycisnął go do oparcia kanapy z taką siłą, że pękły drewniane ramy solidnego mebla. Black osunął się, jęcząc z bólu. Po raz kolejny poczuł się słaby i bezbronny…jak przez te wszystkie lata w murach Azkabanu.

– Po co ta agresja, panie Black? – przybysz zakpił, z mocno przerysowanym zawodem w głosie – Nie sądzisz, że gdybym był jednym z bezmyślnych pachołków uganiających się za tobą, to nie przyszedłbym w pojedynkę?

Ubrany na czarno mężczyzna chwycił czarodzieja pod ramię i zaciągnął go przed kanapę, pchnięciem wbijając go w przykurzone siedzisko. Sam przykucnął tuż przed szarookim, celowo naruszając jego strefę komfortu. Syriusz miał dziób niepokojącej maski tuż przed swoimi oczami, przez co mocniej wcisnął plecy w oparcie. Zacisnął powieki i skulił się bezradnie, kiedy intruz gwałtownie wyciągnął ku niemu rękę. Spodziewał się ciosu lub czegoś znacznie gorszego, lecz nic takiego nie nastąpiło, więc powoli otworzył oczy. Doktor plagi wyciągał ku niemu dłoń, zupełnie jakby chciał się przywitać. Black przełknął nagromadzoną ślinę. Pojęcia nie miał co się tu wyczyniało, a robiło się tylko coraz dziwniej.

– Strasznie jesteś zeschizowany, człowieku! – mężczyzna zaśmiał się cicho – Chciałem się tylko przedstawić, nie świruj. No dalej! – zachęcająco potrząsnął ręką – Chyba nie zapomniałeś, na czym polega uścisk dłoni? Mam ci wyłożyć technikę, czy co?

Szarooki patrzył niepewnie na rozmówcę, jednak po chwili wyciągnął dłoń. Pobieżnie ocenił możliwe wyjścia z tej sytuacji i mocno mu się nie spodobało to, co z tego wyszło. W tym momencie nie mógł zrobić nic, poza spełnieniem fanaberii intruza. Obiektywie rzecz biorąc był zbyt osłabiony, żeby zaryzykować kolejne starcie, a doktor plagi siedział za blisko, by mógł chociażby rozważać poderwanie się z kanapy. Nieproszony gość już udowodnił, że przewyższał go siłą. Dodatkowo szybkość jego reakcji mogła okazać się ostatecznym gwoździem do trumny. Skoro walka i ucieczka odpadały, pozostało mu tylko czekać, co wyniknie z tego nieoczekiwanego spotkania. Ostrożnie uścisnął wyciągniętą prawicę. Kim do cholery był ten facet i czego mógł od niego chcieć?

– No brawo! – doktor plagi roześmiał się, jednak przez maskę jego śmiech wydawał się czymś odległym i zaskakująco kpiącym – Nie zdziczałeś kompletnie w tej dziurze, Black.

– Kim jesteś? Kto cię przysłał? Jak mnie znalazłeś? Nie wrócę do Azkabanu! Prędzej zdechnę, niż pozwolę się zamknąć!!!

Syriusz sam był zaskoczony własnym słowotokiem. Kiedy już otworzył usta, po prostu nie potrafił ich w porę zamknąć – zawsze miał z tym problemy. Kai i Vallerin wyciągnęli go z pierdolonego więzienia, w którym miał zgnić! Uciekł z rezydencji, która stała się dla niego niemalże nowym domem! Poświęcił podarowaną namiastkę normalności, żeby znaleźć się w tej Chacie! Nie miał najmniejszego zamiaru głupio zmarnować tego poświęcenia! Nie, kiedy tak wiele go kosztowało…

– Strasznie jesteś hałaśliwy, wiesz? – mężczyzna wstał i wyprostował się, uwydatniając imponującą posturę – Zwą mnie Kolekcjonerem i tak się do mnie zwracaj, dla własnego dobra.

– Jak mnie znalazłeś?

Czarodziej kiedyś już słyszał pseudonim Kolekcjoner, ale nie potrafił przypomnieć sobie gdzie konkretnie. Teraz wydawało mu się to pozbawione większego znaczenia. Musiał uzyskać odpowiedź! Musiał wiedzieć, co ten typ planował.

– To wcale nie było takie trudne – intruz wzruszył ramionami. – Zostawiasz po sobie spektakularny burdel. Widać, że nie masz krzty wprawy w znikaniu bez śladu. Dziwię się, że jeszcze cię nie namierzyli.

– Ministerstwo cię przysłało? – Syriusz nie dawał za wygraną, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej – Jesteś jakimś łowcą głów?

Kolekcjoner zaśmiał się powtórnie, jednak w odmienny sposób. Złowrogi chichot dobiegający spod maski brzmiał jak swoistego rodzaju ostrzeżenie lub niejasna groźba. Zaplótł dłonie za plecami. Niekoniecznie tego spodziewał się po tej rozmowie, lecz całkiem odpowiadał mu kierunek, w którym podążali.

– Dopiero co się poznaliśmy, a już rzucasz we mnie obelgami? Ranisz moje serce, człowieku. Nie podlegam żadnej władzy! – podniósł głos – Nie jestem niczyim chłopcem na posyłki, ani nie uganiam się za kryminalistami! Nie bawią mnie równie upierdliwe rozrywki! Powiedzmy, że przez przypadek udało ci się mnie obrazić. Tak mnie to wkurwiło, że postanowiłem cię odszukać i wyjaśnić sobie z tobą parę spraw. BĄDŹ DUMNY!!! – krzyknął prześmiewczym tonem – Zrobiłem dla ciebie wyjątek i zmarnowałem swój bezcenny czas, a tego bardzo nie lubię.

– Nie wiem kim jesteś – czarodziej wymamrotał, poważnie zdezorientowany. – Jak niby mogłem cię obrazić, skoro w życiu się nie spotkaliśmy?

– Głuchy jesteś, czy po prostu niezbyt kumaty? – żachnął się Kolekcjoner – Chyba mówiłem, że przez przypadek? Może i nie mieliśmy wątpliwej przyjemności spotkać się wcześniej, ale łączy nas wspólna znajoma. Pobawmy się w zgadywanki! Ja zaczynam! – zaczął krążyć po pokoju, nie oddalając się zbytnio od kanapy – Kto to jest? Ma płomienne włosy; alabastrową cerę; wielkie, wyrozumiałe serce; cierpliwość do najgorszych gnid tego świata…

– Vallerin… – Syriusz wyszeptał tępo.

Kolekcjoner zatrzymał się i wskazał palcem na byłego skazańca, przyprawiając go o ciarki.

– Bingo! – roześmiał się radośnie – Z Lordami Crown prowadzę pewne…nazwijmy to interesy. Bywa, że muszę odwiedzić ich uroczy domek w sprawach służbowych. Nieczęsto widuję zachwycającą Lady, ale darzę tę dziewczynę szczerą sympatią. Bardzo, ale to BARDZO nie spodobało mi się w jakim stanie ostatnio była. Siedziała sama na tarasie, przygaszona, milcząca i nieobecna. Kai sprzedał mi interesującą informację. Ponoć Lady zachowuje się w ten sposób, od kiedy pewien niewdzięczny, parszywy śmieć opuścił ich dom, wymykając się podczas nieobecności gospodarzy. Jak jakiś szczur – warknął, spoglądając na czarodzieja. – Sam rozumiesz, że nie mogłem tak tego zostawić i po prostu zająć się swoimi sprawami. Nie wybaczę nikomu, kto celowo przysparza Lady zmartwień! Więc…oto jestem i nie ukrywam, że żądam wyjaśnień. Oby były dobre, Black.

Tym razem groźba wręcz wylewała się z głosu przybysza. Syriusz, w ciągu swojego burzliwego życia, nauczył się doskonale odczytywać, ukryte w tonie, podteksty. W lot domyślił się, z jakim typem człowieka miał właśnie do czynienia. Wyczuwał, że nieszczerość w tym przypadku mogła słono go kosztować. Nie miał także sił na ukrywanie się za półprawdami – zapewne Kolekcjoner bezbłędnie by je wychwycił. Gdyby miał więcej czasu, mógłby wysilić się na wymyślenie przekonującej wymówki, a tak…wolał postawić wszystko na jedną kartę. Jedynie to mogło zapewnić mu wyjście z tej sytuacji obronną ręką. Dodatkowo słowa ubranego na czarno dziwaka, zabolały go do żywego. Sama myśl o tym, że przez niego Vallerin cierpiała, nie dawała mu spokoju, potęgując poczucie winy oraz dojmujący wstyd. Usadowił się wygodniej na kanapie, zacisnął dłonie w pięści i oparł je na kolanach. Opuścił głowę pozwalając, by pasma czarnych włosów opadły mu na twarz. Z jakiegoś powodu nie był w stanie spojrzeć Kolekcjonerowi w oczy.

– Nie chciałem zranić Vallerin, przysięgam! – zaczął ostrzej niż zamierzał – Wiesz…wszyscy, których kochałem… – przerwał na sekundę, żeby zebrać myśli – każdy kto się do mnie za bardzo zbliżył…wszyscy skończyli tak samo. Pochłonęły ich podążające w ślad za mną tragedie. Gdziekolwiek bym się nie pojawił, zostawiam za sobą same trupy. Ciągnie się za mną jakiś złowrogi cień, odbierający mi wszelką radość i nie chciałem, żeby to znów się wydarzyło. Wolałem opuścić Vallerin, Ethana i Kaia, zanim moje przeklęte fatum się o nich upomni. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby ucierpieli z mojego powodu. Nie chcę, żeby zginęli tylko dlatego, że okazali mi serce. Nie zniósłbym tego. Musiałem odejść, zanim to wszystko znów się zacznie…

Kolekcjoner stał nieruchomo, przez dłuższą chwilę uważnie analizując słowa szarookiego oraz to, czy powinien dać im wiarę. Nie takiego rozwoju wypadków się spodziewał, kiedy wyruszał do Chaty. Oczekiwał istnego zatrzęsienia durnowatych wykrętów, pretensji o uniemożliwianie Blackowi jak najszybszego spotkania z Harrym…takich bzdurnych głupot. Zjawił się w progach tej ruiny, gotów rozpętać w niej najprawdziwsze piekło. Przygotował się do wymierzenia brutalnej kary temu, który śmiał tak podle potraktować ognistowłosego anioła i dosłownie zdeptać ich wysiłki, bez szczególnego powodu. Zamierzał zmiażdżyć pospolitego głupca, który polazł nie wiadomo gdzie i po co, niwecząc wszystko co dla niego zrobili. Westchnął cicho, po czym usiadł na kanapie obok byłego skazańca i rozłożył ręce na oparciu. Przez kilka minut milczał, wpatrując się w sufit. Bezkompromisowa szczerość Syriusza zaskoczyła go, poniekąd nawet uszczęśliwiając. Utwierdzenie się w przekonaniu, że dobrze ocenił tego faceta było znacznie przyjemniejsze, od ewentualnej konieczności pozbycia się bezwartościowego śmiecia. Z natury nienawidził się mylić, a każdy taki policzek, wymierzony w jego żelazną logikę oraz przeczucia, powodował napad furii w jej najbardziej destrukcyjnej postaci – potrafił dla czystej przyjemności zrobić najokropniejsze rzeczy, by zagłuszyć gorycz rozczarowania. Ulżyło mu również na myśl, że uniknie tłumaczenia się przed Vallerin. Lady prędzej, czy później – zapewne prędzej – zorientowałaby się, że maczał palce w zniknięciu pana Blacka, a on nie potrafiłby się z tego wykpić. Jego pani znała go aż za dobrze.

– Jesteś idiotą, Black – wymruczał. – Nie ma czegoś takiego jak fatum, wierz mi. Wszystko, co cię spotyka, jest jedynie konsekwencją twoich czynów. Widocznie podjąłeś masę kiepskich decyzji, skoro spotykamy się w tym miejscu.

– Fakt – szarooki zaśmiał się cicho. – Wydasz mnie?

– Niby po co? Mówiłem, że nikomu nie podlegam i nie mam zamiaru tego zmieniać. Tak właściwie, przywlokłem się tu osobiście w jednym celu. Przyszedłem cię zlikwidować.

Syriusz zamarł. Jego ciało skamieniało, nie pozwalając zaczerpnąć tchu. Przerażająco spokojny, wyzuty z emocji głos Kolekcjonera wpędził go w panikę. Poczuł przemożną, przytłaczającą potrzebę ucieczki. Wszystkie jego myśli skoncentrowały się na desperackim pragnieniu wydostania się z tej pułapki. Chciał znaleźć się jak najdalej od tego upiornego typa, ale wątpił, by było to możliwe. Zaczął nerwowo rozglądać się za czymś, co mogłoby posłużyć mu za ewentualną broń – bezskutecznie. Czuł się jakby siedział w całkowitej próżni, nie pozwalającej mu na wyzwolenie się z jej nieporuszonych okowów. Jego nieskoordynowane ruchy oraz rozbiegany wzrok, rozbawiły Kolekcjonera. Ludzie zachowywali się przezabawnie, gdy postawiono ich pod ścianą.

– Coś ty taki nerwowy? – zaśmiał się krótko – Gdybym ostatecznie zdecydował, że muszę się ciebie pozbyć, nie gawędzilibyśmy sobie beztrosko. Wisiałbyś już do góry nogami pod sufitem, obserwując jak resztki krwi skapują z twojego rozpłatanego gardła. Albo wrzeszczał panicznie, czując potworny ból łamanych kości, przebijających twoją skórę! – śmiech przybrał na sile, stając się aż zbyt oczywistym przejawem szaleństwa, które toczyło umysł Kolekcjonera – Chociaż nie…Nie lubię tych całych, żałosnych krzyków. Pewnie najpierw wyrwałbym ci język i wepchnąłbym ci go do gardła. Agonalne skamlenie strasznie działa mi na nerwy. Głowa mnie od tego boli – przesunął palcami po skroni. – Szczerze, nie przemyślałem do końca co ci zrobię,

Black nie wiedział dlaczego, ale przez ton mężczyzny poczuł się rozluźniony. Z jego nieprzyjemnego, upiornego tonu zniknęła groźba, dzięki czemu zabrzmiał niemalże łagodnie. W sumie ciężko było jednoznacznie zdefiniować, co takiego czaiło się w tym głosie – specyficzna mieszanka dobrego nastroju, podekscytowania i delikatnej kpiny, nie przypominała nic, co wcześniej słyszał. W jednej chwili opuściły go wszelkie obawy o swój los. Zaczął czuć się, jakby rozmawiał ze starym znajomym, a nie jakimś świrem w diabolicznej masce.

– Masz strasznie dziwne podejście do zaznajamiania się, wiesz? – czarodziej burknął niemrawo.

– Taki już mój urok – doktor plagi wzruszył ramionami. – Bardzo lubię swoją pracę i uczyniłem z niej istną sztukę. Miałeś zostać moim kolejnym dziełem! No… – spojrzał na rozmówcę – może nie arcydziełem, ale na pewno nieźle by mi wyszło. Wprawa, sam rozumiesz.

– Nie chcę być niewdzięczny, ale czemu zmieniłeś zdanie? Nie wyglądasz mi na kogoś, kto łatwo rezygnuje.

Kolekcjoner wybuchnął szczerym, melodyjnym śmiechem. Ten dzieciak był przezabawny! Tak ograniczony i głupi…w całkiem przyjemny sposób. Lubił otaczać się interesującymi kretynami.

– Co z tobą nie tak? – żachnął się – Siedzisz obok faceta, który właśnie przyznał, że chciał cię wypatroszyć i pytasz, dlaczego tego nie zrobił? Dziwak!

– Taki już mój urok – Syriusz uśmiechnął się delikatnie i wzruszył ramionami.

– Zabawny jesteś, człowieczku! Wierz mi lub nie, ale jesteśmy do siebie całkiem podobni. Oczywiście jestem od ciebie znacznie młodszy i przystojniejszy, ale nie można mieć wszystkiego, prawda? – szturchnął ramię rozmówcy – Chcesz usłyszeć, jak poznałem Vallerin?

Czarodziej zmrużył podejrzliwie powieki. Myślał, że już dostatecznie usłyszał o relacji łączącej Lady i Kolekcjonera. Nie podejrzewał, iż doktor plagi miał zamiar podzielić się z nim czymś jeszcze i nie chciał zmarnować nadarzającej się okazji.

– Myślałem, że prowadzisz interesy z jej braćmi. Co do tego, który z nas jest przystojniejszy, nie mam pewności – zerknął na Kolekcjonera. – Ciężko ocenić przez maskę.

Intruz powtórnie się roześmiał i klepnął energicznie plecy Syriusza. Wprawnie rozpiął ciężkie, mosiężne klamry, utrzymujące w ryzach jego maskę. Ściągnął ją i odłożył na wyszczerbiony blat stolika. Black przez chwilę bił się z myślami, lecz w końcu spojrzał na doktora plagi i zacisnął mocno szczękę. Kolekcjoner był gówniarzem…to jasne. Cholernie przystojnym gówniarzem w gwoli ścisłości! Ciemnowłosym przyjemniaczkiem o wyrazistych, urokliwych rysach i hipnotyzujących oczach. Czarodziej do tej pory widział żółte tęczówki jedynie u pani Hooch, jednak te należące do kruczowłosego wyglądały zupełnie inaczej. Mógł je określić tylko w jeden sposób – demoniczne. Metaliczny błysk w tych upiornych ślepiach był czymś nieskończenie przerażającym…diabolicznie złym. Przybysz nieoczekiwanie uśmiechnął się półgębkiem. Blacka coś boleśnie zakuło w okolicy serca. Kolekcjoner uśmiechał się w cholernie znajomy sposób – przypominający mu jego własny uśmieszek z szkolnych lat. Był tak samo pewny siebie, oszczędny i wyzywający. Odwrócił wzrok, chcąc powstrzymać napływ fali wspomnień. Prychnął cicho, nie do końca świadomy tego co robił.

– Prawda boli, staruszku?

Demoniczny młodzieniec zaśmiał się kpiąco, po czym wyciągnął z kieszeni płaszcza sfatygowaną, srebrną papierośnicę. Wetknął fajkę w rozchylone usta, a ozdobne pudełeczko przysunął w stronę szarookiego.

– Częstujesz się? – rzucił obojętnie – W Azkabanie raczej nie miałeś takich luksusów, kiepski mają tam roomservice. Cholera! – uderzył otwartą dłonią w swoje kolano – Gdybym spodziewał się, że jednak cię nie wykończę, wziąłbym jakąś ognistą! Co prawda miejscowa gorzała jest dość podła, ale po tylu latach nie powinno robić ci to różnicy.

– Papieros w zupełności wystarczy, dzięki.

Black skorzystał z uprzejmości osobliwego towarzysza, oraz jego misternie zdobionej zapalniczki, z symbolem pająka. Niepewnie przysunął papierosa do ust. Przed aresztowaniem sporo palił, podobnie jak James. Rogacz odpuścił sobie tytoń dopiero, gdy Lily zaszła w ciążę, jednak mimo tego często towarzyszył kumplowi na dymku. Te kilka minut spędzanych na zewnątrz, było ich okazją do chwili męskiej rozmowy – bez drażnienia pani domu durnym paplaniem i mało wyrafinowanymi żarcikami. Zaciągnął się głęboko, niepewny czy wciąż pamiętał jak się to robiło. Płuca, pozornie odzwyczajone od nikotyny, nie stawiały nawet cienia oporu. Wręcz przeciwnie. Chłonęły mleczny, gryzący dym, jakby był najbardziej pożądaną rzeczą na świecie. Wsparł kark na oparciu, delektując się dawno zapomnianym, uspokajającym smakiem. Obserwował delikatne smugi dymu, unoszące się tuż przed jego twarzą.

– Nie poznałeś Lady, dzięki któremuś z jej braci? – kątem oka spojrzał na żółtookiego.

– Łgałem w żywe oczy – Kolekcjoner uśmiechnął się lewym kącikiem ust. – Po co miałem wysilać się przed kimś, kto potencjalnie był już zimnym trupem? Żyjesz tylko dlatego, że zmieniłem zdanie po tym, co powiedziałeś. Miałem cię za zwykłego tchórza. Kolejną egoistyczną kanalię, która postanowiła wykorzystać dobroć Lady i odejść, kiedy otrzymała co chciała. Bezmyślnego narwańca, miotającego się bez żadnego przejawu pomyślunku. Zwykłego idiotę, nie mającego pojęcia co właściwie powinien zrobić i jak się za to wszystko zabrać. Widywałem już takich skurwieli i żaden z nich nie przeżył spotkania ze mną. Za bardzo działali mi na nerwy.

– W sumie, niewiele się pomyliłeś – Black uśmiechnął się krzywo. – Nie mam bladego pojęcia co dalej.

– Zauważyłem – kruczowłosy przewrócił oczami. – Tylko desperat, albo skończony kretyn, będąc poszukiwanym włamałby się do miejsca, w którym wszyscy się go spodziewają. W dodatku tak żałośnie nieudolnie.

– Miałeś opowiedzieć, jak poznałeś Lady – Syriusz pozwolił sobie na lekkie szturchnięcie Kolekcjonera, żeby wymusić zmianę tematu.

– Kiepsko znosisz krytykę, co? – zaśmiał się z przekorą – Niech ci będzie. Urodziłem się w dość…nietypowej rodzince i od kiedy sięgam pamięcią, średnio radziłem sobie w kontaktach międzyludzkich. Po prostu mnie to nie interesowało, nudziło i zwyczajnie wkurwiało. Mój ród jest znany z tego, że zdarzają się wśród nas szczególnie utalentowane jednostki, a ja jestem jedną z nich. Przez mój dar oddalałem się coraz bardziej od własnej rodziny, prawdopodobnie dlatego, że ich przerażałem. Jedyną osobą, która miała do mnie cierpliwość była moja matka. Pokornie znosiła mój paskudny charakter, dziwne zainteresowania oraz ekscentryczne wybryki. Wspierała mnie jak mogła w rozwoju, nigdy nie zabraniając mi przesiadywania całymi dniami w bibliotece. Była przy mnie, bez względu na wszystko. Dlatego zginęła – uśmiechnął się blado, wspominając ten przeklęty dzień. – Nie wiedziałem o tym, że moja umiejętność nie przebudziła się w pełni. W sumie, nikt się tego nie spodziewał. Pewnego wieczoru, kiedy siedziałem z mamą w pracowni, uśpiona natura odezwała się z całą swą siłą. Nie byłem w stanie nad nią zapanować, choć próbowałem. Do tej pory nie wiem, co dokładnie stało się tamtego dnia. Straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem, pracownia była w ruinie. Ściany i strop zawaliły się. Wszędzie leżało potłuczone szkło, nasiąknięte rozlanymi eliksirami. Otrząsnąłem się z pierwszego szoku i próbowałem panicznie wstać, żeby się stamtąd wydostać – zagryzł zęby na filtrze kolejnego papierosa. – Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem mamę, która leżała niedaleko mnie. Odepchnęła mnie, ratując przed śmiercią, ale sama nie miała tyle szczęścia. Przygniotły ją ciężkie elementy roztrzaskanego sufitu. Nie wiem jak długo wpatrywałem się w jej martwe, piękne oczy. Poświęciła życie, żeby ratować takiego bezużytecznego odmieńca. Wtedy coś we mnie pękło. Odeszło bezpowrotnie wraz z jej tragiczną śmiercią. Stałem się tym, kim jestem po dziś dzień – upiorne oczy rozbłysły melancholią. – Siedziałem, bezradnie głaszcząc jej zimny policzek, dopóki nie zjawił się ojciec z moim starszym bratem. Nie słyszałem ich krzyków, potrafiąc jedynie wpatrywać się w mamę. Odciągnęli mnie od niej siłą. Opowiedziałem im co się stało i żałuję tej chwili szczerości. Ojciec wpadł w odmęty rozpaczy. Chociaż nigdy nie powiedział mi tego w oczy wiem doskonale, że obwinia mnie o śmierć mamy. Zapewne słusznie. Brat nie był taki wyrozumiały. Znienawidził mnie i gardzi mną do tej pory. Lady Crown spotkałem na pogrzebie. Jako jedyna podeszła do mnie i złożyła kondolencje, w przeciwieństwie do całej mojej rodziny. Nikt z moich krewnych nie dopuszczał do siebie myśli, że ja również mogę cierpieć. Niedługo po pogrzebie przeprowadziłem się do posiadłości Crownów. Vallerin, nie mogąc znieść tego, jak traktował mnie mój własny ród, uprosiła braci, żeby mnie przygarnęli. Dała mi prawdziwy, ciepły dom. Ofiarowała mi miejsce, w którym mogłem żyć z daleka od piętna mordercy własnej matki.

Syriusz milczał, pogrążony w myślach. Wypuścił powoli dym, nagromadzony w jego płucach. Rzeczywiście. Mężczyzna obok miał tak samo spaprany życiorys jak i on. Lady bez wątpienia przyciągała do siebie takich ludzi. Jej niewyczerpane pokłady bezinteresownej miłości, zwabiały najbardziej zszargane, rozbite dusze. Musiał zapytać o coś jeszcze.

– Czemu chciałeś mi o tym opowiedzieć? – zgasił peta na zniszczonej podłodze.

– Bo ja wiem? – żółtooki jęknął przeciągle – Chyba chciałem, żebyś wiedział, że nie tylko ty uważasz Vallerin za anioła. Nie tylko ciebie postanowiła ocalić. Przeszedłem przez to samo i uwierz mi – uśmiechnął się szeroko – kiedy Lady Crown cię ratuje, możesz być pewien, że już nigdy nie będziesz sam. Drzwi rezydencji pozostaną dla ciebie zawsze otwarte. Nie ważne czy jesteś bezsilnym czarodziejem, czy niezłym popaprańcem. Zyskałeś osobę, która się o ciebie szczerze troszczy i dom, do którego możesz wrócić, bez względu na to, ile głupot narobisz po drodze.

Między mężczyznami zaległa niezmącona cisza. Dopalali następne papierosy w całkowitej ciszy, która dla żadnego z nich nie była czymś kłopotliwym. Rozmyślali nad tym, co tak właściwie się tu wydarzyło i jak mieli to pociągnąć dalej. Szarooki postanowił nie odnosić się bezpośrednio do historii, którą właśnie usłyszał – póki co.

– Skoro nie chcesz mnie zabić, ani wydać – spojrzał na kompana – to co teraz?

– Pomogę ci, to chyba oczywiste. Mam jednak jeden warunek – ton czarnowłosego stał się szorstko ostrzegawczy. – Kiedy tylko skończysz załatwiać swoje sprawy z młodym Potterem i dokonasz zemsty na Peterze, zabierzesz stąd dupę. Masz wrócić do Vallerin.

Czarodziej mimowolnie wzdrygnął się, słysząc imię chrześniaka oraz dawnego przyjaciela. Ta gra stawała się niebezpieczną rozgrywką…

– Skąd wiedz o Harrym i Peterze? – jego głos zadrżał nieznacznie.

– Wiem bardzo dużo, Black – demoniczne ślepia zalśniły metalicznie. – Chociażby o tym, dlaczego tyle lat przesiedziałeś w cholernym Azkabanie.

– Ja nikogo nie… – Syriusz próbował się wytłumaczyć, lecz Kolekcjoner przerwał mu gestem dłoni.

– Szczerze, wcale mnie to nie obchodzi – warknął znudzony. – Skoro Crownowie ci wierzą, nie zamierzam tego podważać. Mam w Hogwarcie zaufanego człowieka. Drugi pilnuje, żeby Aurorzy i dementorzy nie wpadli na twój trop, a sam się głupio podkładasz, więc łatwo nie ma. Swoją drogą, jesteś wybitnie kiepski w uciekaniu – parsknął śmiechem. – Nie zauważyłeś nawet, że niemalże od samego początku twojej eskapady, ktoś poza tobą włóczy się po Zakazanym Lesie. Usilnie myli tropy, żeby ratować ci dupę przed pogonią. Z pomocą tych dwóch dostaniesz się do zamku, bez robienia spektakularnego zamieszania. Chyba powinienem cię uprzedzić, że w Hogwarcie możesz natknąć się na kogoś, kogo bardzo dobrze znasz.

– Masz mnie za głupka? – warknął Black – Chodziłem do tej szkoły i wiem, że nauczyciele mnie rozpoznają.

– Owszem, mam cię za idiotę, ale tym będziemy się martwić później. Mamy znacznie poważniejszy problem – nonszalancko założył nogę na nogę. – Twój stary kumpel, Remus Lupin, od września uczył Obrony przed Czarną Magią.

Szarooki poderwał się z kanapy, drżąc z nerwów oraz podekscytowania. Dziesiątki razy rozmyślał o Remusie, ale nigdy nie spodziewałby się, że mógł być tak blisko. Ledwie na wyciągnięcie ręki…dlaczego tak właściwie Luniaczek wałęsał się po szkole? Zawsze był utalentowany i inteligentny, to fakt, lecz zgodzenie się na prowadzenie zajęć dla dzieciaków nie było w jego stylu. Za bardzo obawiał się ewentualnych konsekwencji swojej…przypadłości.

– Remus jest w Hogwarcie? – powtórzył bezwiednie.

– Ty to serio sprawdź, czy masz wszystko w porządku ze słuchem. Dumbledore ściągnął Lupinia, cholera wie skąd. Zasadzają się na ciebie, więc Remus był najlepszym możliwym wyborem, ze względu na waszą wieloletnią znajomość. Zna cię na wylot, dlatego dziwię się, że nie odwiedził jeszcze Chaty, bo to pierwsze miejsce, które sprawdziłbym na jego miejscu. Podejrzewam, że uroczy Remus wcale nie chce odnaleźć cię tak bardzo, jak wydaje się Albusowi – ton Kolekcjonera nieznacznie złagodniał. – Dostarczę ci niezbędnych środków, Black, ale jak je wykorzystasz, to już twoja sprawa. Jeśli dasz się złapać, nie dam rady cię z tego wyciągnąć. Pamiętaj o tym.

Kolekcjoner wstał, z zamiarem zakończenia spotkania. Kończył mu się bezpieczny zapas czasu i musiał wrócić, zanim ktokolwiek zauważy jego, przeciągającą się, nieobecność. Syriusz automatycznie podszedł do żółtookiego, ciężko właściwie powiedzieć w jakim konkretnie celu.

– Przyślę tu swojego podwładnego. Ma na imię Raven i nie jest szczególnie radosnym typem, ale przyniesie ci coś do jedzenia oraz jakieś cieplejsze łaszki. Wyglądasz jak ostatni żebrak! – zaśmiał się, kładąc dłoń na ramieniu czarodzieja – Niby dziedzic wielkiego rodu Black, a powierzchowność byle łachmaniarza z półświatka! Szkoda, że to bardziej smutne niż zabawne, bo chętnie bym się ponabijał.

– Czemu mi pomagasz?

Te słowa wydarły się z gardła Syriusza, zanim zdążył nad nimi zapanować. Kolekcjoner, rozbawiony durnym pytaniem, oparł policzek na otwartej dłoni i uśmiechnął się kpiąco, z ironiczną troską.

– Bo jesteś taaaki uroczy! – zatrzepotał rzęsami – Jak szczeniaczek.

– Przestajesz kiedyś żartować? – oburzył się były skazaniec.

– Czasem, ale wolałbyś tego nie doświadczyć – rzucił niedbale. – Jestem znacznie przyjemniejszy, kiedy się naśmiewam. Pomyśl przez chwilę, debilu! Mnie uratowała Vallerin, ciebie uratowała Vallerin. Ja mieszkałem w rezydencji, ty tam mieszkałeś. Jesteśmy jakby rodziną! Skoro już wiem, że nie jesteś synem marnotrawnym, tylko zatroskanym o jej los wujaszkiem, mogę zniżyć się do czegoś równie upierdliwego jak pomoc – skrzywił się z odrazą. – Nie bez obrzydzenia, oczywiście! Okropnie nie lubię wysilać się dla czyjegoś dobra, ale cóż…rodziny się nie wybiera.

Dla Syriusza ta cudaczna logika była dość pokrętna – łagodnie rzecz ujmując. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru narzekać, ani upierać się przy swoim. Zbyt łatwo pozwalał, by zawładnął nim gniew, przez co popełniał głupie, dziecinne błędy. Raz dostał się do szkoły, lecz wątpił, żeby udało mu się wyczyn ten powtórzyć – potrzebowałby niebywałego szczęścia, a to rzadko się do niego uśmiechało. Dumbledore zachowawczo wzmocnił ochronę placówki. Wszędzie krążyli dementorzy, gotowi rzucić się na niego bez chwili zawahania. Dramatycznie potrzebował wsparcia. Byłby naiwny sądząc, że potrafiłby poradzić sobie samodzielnie.

– Jak odszukam twojego człowieka w Hogwarcie? – zagadnął.

– Nijak. Sam cię odnajdzie. Ty masz siedzieć cicho, nie wychylać się i czekać na spotkanie. Nie rób nic głupiego, a skończymy ten cyrk szybko, sprawnie i bezboleśnie – kruczowłosy spojrzał na Blacka i roześmiał się, widząc jego zakłopotaną minę. – Nie dygaj się, nie powiem Lady o naszym uroczym spotkanku. Uszanuję twoją obawę o jej bezpieczeństwo. To nawet uroczo rycerskie zagranie, a tak poza tym, wolę żebyś sam się jej z tego tłumaczył. Dokonasz swojej malutkiej zemsty, nie mieszając Lady w ten cały syf, ja uniknę opierdolu za zabicie jej nowego pupilka. Wszyscy wygrywają! – zachichotał niepokojąco – Może poza Pettigrew, ale kto by się przejmował zdaniem umarlaka?! Kiedy to wszystko się skończy, wracaj prosto do rezydencji. Zrozumiano?

– Tak. Dziękuję.

– Podziękowania możesz sobie darować – głos żółtookiego stał się ostry, niczym stal. – Jeżeli nie zrobisz dokładnie tego, o co cię grzecznie proszę i znowu zapadniesz się pod ziemię, przyjdę po ciebie. Wywlokę cię z najgłębszej rozpadliny, poćwiartuję i prześlę twój pusty łeb w prezencie ministrowi. Gorzko pożałujesz, że żaden dementor jeszcze cię nie cmoknął – lodowaty ton rozpaliła iskierka rozbawienia. – Chociaż, sam nie wiem…dekapitacja wydaje się przyjemniejsza od całowania takiej latającej pokraki.

Kruczowłosy podniósł maskę ze stolika i zapiął ją ledwie dwoma ruchami. Wolnym, majestatycznym krokiem podszedł do szafki, na której wcześniej położył różdżkę Blacka. Rzucił ją wprost w dłonie czarodzieja, po czym naciągnął na głowę obszerny, smolisty kaptur.

– Trzymaj się, Black! Następnym razem wpadnę z gorzałą.

Doktor plagi machnął od niechcenia ręką, po czym dosłownie rozmył się w ciemności. Syriusz, po odejściu gościa, padł na kolana. Nie miał bladego pojęcia, jak właściwie powinien się czuć – sprzeczne emocje ścierały się ze sobą bezlitośnie, tworząc chaotyczną, rozmytą mozaikę. Pewny mógł być tylko tego, że właśnie pozyskał bezcennego sojusznika, choć uczony doświadczeniem zastanawiał się, jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za ten nieoczekiwany uśmiech losu. Uwierało mu jeszcze jedno, przygnębiające uczucie. Wystarczyła jedna rozmowa, żeby polubił tego dziwaka. W obecności Kolekcjonera nagle odżyły wspomnienia spotkań w gronie przyjaciół. Rogacz zapewne byłby zachwycony nowym znajomym, którego zadręczyłby nawałem mniejszych i większych pytań – niepokojącym, zabawnym i szalenie intrygującym indywidualistą o nieodgadnionych planach. Szarooki oparł dłonie na brudnych deskach. W jego sercu zatliła się wątła, słaba iskra nadziei. Czuł, że właśnie mógł poznać nowego przyjaciela, choć ciężko było mu to przyznać przed samym sobą. 

                    Harry mógł nareszcie wyjść ze Skrzydła. Pospiesznie zbierał swoje rzeczy, wciąż rozmyślając o przegranym meczu. Mogłoby się to wydawać głupie, zważywszy, że nieomal przypłacił tę pechową rozgrywkę życiem, jednak cały czas go to bolało. Drużyna włożyła wiele wysiłku w przygotowania, pod czujnym okiem niezawodnego kapitana. Ścigający sprawowali się znakomicie, wspierani przez pałkarzy. Prowadzili! Mimo to przegrali…i to z powodu jego słabości. Oliver powiedział mu, że ten szukający Hufflepuffu, Digorry, domagał się od pani Hooch unieważnienia wyniku meczu i rozegrania spotkania od nowa, po powrocie Harry’ego. Profesor kategorycznie odmówiła, uzasadniając swoją decyzję tym, że Cedrik złapał znicz, zanim Potter spadł z miotły. Nikt nie mógł mieć pretensji do zawodnika, który wykonywał swoje zadanie, zamiast zwracać baczną uwagę na rywala. Końcowy wynik oficjalnie pozostał ważny i widniał w tabeli. Gryfon sięgnął po ułożone na stoliczku listy, tworzące niewysoki, równy stosik. Jak obiecał, codziennie pisał do Gallatei. Wymieniali się korespondencją – jedno leżąc w szkolnym Skrzydle, drugie w zewnętrznym, specjalistycznym szpitalu. Ron i Hermiona przychodzili codziennie po lekcjach, by wspólnie odczytać nowiny od panny Dumbledore. Pisali o wszelakich głupotach: od narzekania na niewygodę szpitalnych łóżek, po wymianę spostrzeżeń na temat opuszczonych zajęć. Granger, jako dziewczyna i straszliwy kujon, pisała do Tei niezależnie od swoich dwóch kolegów. Przesyłała płomiennowłosej informacje na temat zajęć, prace domowe oraz skróty swoich odręcznych notatek – każdego wieczoru zajmowała się ich redagowaniem, w trosce o to, by Tea nie narobiła sobie zaległości. Harry spakował listy do skórzanej torby, marszcząc czoło. Ron wspominał, że bez Gallatei zrobiło się jakoś inaczej…ponoć Malfoy, ze swoimi gorylami, wrócił do dręczenia uczniów. Ekipę podłych węży zasiliła Parkinson, której znęcanie się nad innymi najwidoczniej sprawiało sadystyczną przyjemność. Greengrass, podobno, trzymała się z Zabinim i stroniła od rozrywek w stylu Draco Malfoy’a. Hermiona mówiła, że Dafne czasami rozmawiała z nią w bibliotece, na temat zdrowia wspólnej przyjaciółki – co było jedynym akceptowalnym powodem do chwili pogawędki. Luther dostał się do drużyny Slytherinu i zaczął olewać wszystko inne, podobno spędzając większość czasu w towarzystwie Digorry’ego. Chłopiec westchnął z rezygnacją. No właśnie…Diggory. Musiał podziękować Puchonowi za to, że próbował coś wskórać u profesor Hooch. Pozbierał resztę drobiazgów, po czym podszedł do biurka madame Pomfrey. Wysłuchał zaleceń pielęgniarki, podziękował jej za opiekę i wybiegł ze Skrzydła, kierując się wprost ku wieży Gryffindoru. Nie mógł doczekać się ciepłej, niemalże rodzinnej atmosfery Pokoju Wspólnego oraz powrotu do własnego łóżka. Na miejscu czekało na niego gorzkie rozczarowanie. Dormitorium wyglądało jakoś tak…dziwnie. Gryfoni nie siedzieli wspólnie – jak zazwyczaj – rozdzieleni na mniejsze, ścisłe grupki. Niewielu uczniów zwróciło na niego jakąkolwiek uwagę, co wydało mu się niepokojące. Wyłącznie członkowie drużyny poderwali się, żeby przywitać swojego szukającego i zapytać go o samopoczucie. Wymieniając skromne uprzejmości, rozejrzał się uważnie, zdezorientowany ciężkawą atmosferą i zlokalizował prawdopodobne źródło problemu. Ginny, zamiast plotkować z pozostałymi dziewczynami, siedziała sama w kącie. Harry poczuł się mocno nieswojo. Dlaczego była kompletnie sama? Fred i George – jak to starsi, zaborczy bracia – wiecznie krążyli wokół niej, strzegąc jedynej siostry. Tym razem nie było ich w pobliżu i najwidoczniej nie mieli najmniejszego zamiaru tego zmieniać. Zostawiając dziewczynkę, zajęli się rozmową z Woodem i Jordanem. Potter, wytrącony z równowagi, usiadł obok panny Weasley. Coś było tu mocno nie tak i musiał się dowiedzieć, o co dokładnie chodziło.

– Cześć, Ginny – uśmiechnął się serdecznie. – Wszystko w porządku?

Spojrzała na niego bez słowa, ze łzami, szklącymi się w przygnębionych oczach. Poderwała się nagle z podłogi i uciekła do swojego pokoju, zostawiając go tam, gdzie siedział bez słowa wyjaśnienia. Zaskoczony Harry jeszcze przez dobrych kilkanaście sekund obserwował wejście do żeńskiej części dormitorium, skołowany bardziej niż na początku. Nie wiedział co się właśnie wydarzyło, ani czy jakoś się do tego przyczynił. Rozluźnił się nieco widząc Rona oraz Hermionę, zbliżających się do niego szybkim krokiem. Przyjaciele usiedli po obydwu jego stronach, w nie najlepszych nastrojach.

– Co z nią? – zielonooki zwrócił się do Weasley’a.

– Baby – wymamrotał rudzielec, obojętnie wzruszając ramionami.

Jego reakcja spotkała się z pełnym dezaprobaty spojrzeniem panny Granger. Dziewczyna uznając, że słowa nie miały szans dotrzeć do tego młotka, wychyliła się przed Harrym i uderzyła pięścią ramię Rona.

– Aleś ty tępy, Ronaldzie! – fuknęła wzburzona – Ginny jest przybita, bo Ślizgoni wszędzie rozgłaszają, że Tea rozchorowała się tak bardzo, właśnie przez nią. No wiesz… – spojrzała kątem oka na przyjaciela – przez ten cały stres, wywołany oskarżeniami. Większość uczniów im wierzy i krzywo patrzą na Ginny – ściszyła głos do konspiracyjnego szeptu. – Nawet tutaj.

– Przecież to bzdura – Potter potrząsnął głową. – Gallatea była bardzo chora już w wakacje.

– Wiemy – westchnęła. – Dragan wszystkim to powtarzał. Nawet Zabini i Greengrass potwierdzali jego słowa, ale nikt nie chciał ich słuchać. Luther wkurzył się do tego stopnia, że nie chce przebywać w swoim dormitorium i praktycznie wcale się tam nie pokazuje. Greengrass tak mi powiedziała. Ginny, z moją pomocą, przeprosiła Gallateę w liście. Tea odpisała, że się nie gniewa, a jej choroba nie ma nic wspólnego z zajściem przy śniadaniu. Chciałyśmy wszystkim pokazać ten list, ale to tylko pogorszyło sprawę – uśmiechnęła się smutno. – Ludzie uważają, że Ginny go sfabrykowała, żeby przestali ją obwiniać.

Harry rozumiał coraz mniej. Jakim cudem i przede wszystkim, po co Weasley miałaby kłamać w sprawie listu? Przecież to nie miało najmniejszego sensu.

– Czemu ktokolwiek miałby uwierzyć, że zrobiła coś takiego? – spojrzał na Rona.

– Przez Malfoy’a – warknął chłopak. – Łazi po szkole i opowiada, że list został napisany przez dziewczyny. Mści się na Ginny za to co powiedziała o Tei i jego tatusiu.

– Dragan nic z tym nie zrobił?

Wybraniec był mocno zaskoczony biernością turkusowookiego. Luther nie wydawał się przejmować niczyją opinią, ani martwić się o coś takiego, jak wystąpienie przeciw innemu Ślizgonowi. Dlaczego miałby się powstrzymywać?

– Nie wiem – Hermiona przyznała szczerze. – Raczej nie, bo Malfoy ze swoja świtą, wciąż rozpuszcza jakieś plotki na temat Ginny.

– Wiecie, gdzie znajdę Luthera? – Potter wstał, ignorując zaniepokojone spojrzenie przyjaciółki.

– O tej porze, powinien być w bibliotece z Cedrikiem Diggorym – wymruczała niechętnie. – Tam spędzają większość czasu. Snape powiedział na eliksirach, że w przyszłym roku będzie miał asystenta, którego będzie szkolił na nowego nauczyciela. Musiało mu chodzić o Dragana! Po co by się tyle uczył, skoro i tak jest geniuszem? – ostatnie słowo ciężko przeszło jej przez gardło.

Długo, oj długo nie wierzyła w plotki o rzekomym geniuszu Dragana Luthera. Sądziła, że to tylko kolejna wybujała historyjka Ślizgonów, mająca potwierdzić wyższość Slytherinu. Przekonała się jednak o słuszności tych pogłosek na własnej skórze. Niedługo po zniknięciu Tei, siedziała sama w bibliotece walcząc z dodatkowym, wysoko punktowanym zadaniem z Run. Niedaleko niej siedział Dragan, który przekartkowywał jakieś wielkie tomiszcze, którego wcześniej nie widziała – a znała, choćby z widzenia, większość zbiorów. Słyszała kiedyś od bibliotekarki, że kruczowłosy przerabiał systematycznie wszystkie książki z działu Ksiąg Zakazanych. Podchodziła do tej wątpliwej informacji z chłodną rezerwą, nieszczególnie wierząc w słowa pani Pince. Odwróciła pospiesznie wzrok od Ślizgona, wracając do swojej pracy. Mijały kolejne, długie minuty, a nie posunęła się nawet o krok. Rozszyfrowanie zadania wymagało nie tylko biegłej znajomości run, ale także historii oraz ogólnej wiedzy na temat nieużywanych języków. Choć wspomagała się słownikami i opracowaniami, konstrukcje językowe były zbyt skomplikowane, żeby potrafiła się nimi w miarę swobodnie posługiwać. Już miała się poddać, kiedy ktoś usiadł obok niej. Kątem oka zobaczyła uśmiechniętą twarz Luthera. Ślizgon uprzejmie zapytał, czy nie potrzebowała drobnej pomocy. Normalnie odwróciłaby się na pięcie i kazała mu zająć się własnymi sprawami, lecz w tamtej chwili nie miała nic do stracenia. Bardzo zależało jej na zadaniu, ponieważ dzięki niemu mogła uzyskać najwyższą ocenę i nie martwić się o swoją średnią na to półrocze. Niechętnie przystała na pomoc, po czym przysunęła chłopakowi zadanie, ciekawa co miał zamiar z nim zrobić. Luther – ku jej konsternacji – rozwiązał je ledwie w dwie minuty, nie posiłkując się żadnym z podręczników! Gotową odpowiedź oraz drogę jej odszukania, zapisał na kartce, którą położył na otwartym arkuszu z zadaniem. Kazał młodszej koleżance zagłębić się nieco dalej, bo wybrała właściwą ścieżkę i polecił z których ksiąg powinna skorzystać. Na odchodne potargał jej włosy, niczym starszy brat, po czym opuścił bibliotekę w towarzystwie Diggory’ego. Nikt poza najprawdziwszym geniuszem nie byłby w stanie uporać się z tym wszystkim tak szybko! Nie dość, że runy, historię i języki miał w małym palcu, to jeszcze potrafił od ręki wypisać kluczowe wskazówki! Jeśli ktokolwiek spośród grona uczniów miałby być godnym stanowiska profesora, to właśnie on. Harry, zaciekawiony zamyśleniem przyjaciółki, przyglądał jej się przez dłuższą chwilę. W końcu oprzytomniał, zostawił swoje rzeczy Ronowi i wyszedł z dormitorium. Miał niepowtarzalną okazję złapać nie tylko Dragana ale i Cedrika, więc najszybciej jak mógł wpadł do biblioteki. Powitało go zdenerwowane, ostrzegawcze spojrzenie pani Pince. Ta kobieta potrafiła być tak samo kłopotliwa, jak wścibski woźny – mieli talent do wściubiania nosa w nieswoje sprawy. W sumie jak o tym pomyśleć…pasowali do siebie. Jedno i drugie było zgryźliwe, srogie oraz nieprzyjemne w obyciu. Harry przemknął obok bibliotekarki, uśmiechając się do niej krzywo. Krążył między regałami, w poszukiwaniu Ślizgona i Puchona, niekoniecznie przekonany, gdzie powinien się udać. Wlókł się powoli, coraz bardziej poddenerwowany bezowocnymi poszukiwaniami. Odetchnął z ulgą, widząc ich niemalże na samym końcu czytelni, przy stoliku wciśniętym w zaciszne ustronie. Potter nieśmiało przysiadł się do starszych kolegów, nie pytając zawczasu o przyzwolenie. Diggory podniósł wzrok znad książki i przywitał Gryfona ciepłym uśmiechem. Luther dla odmiany wcale nie zareagował, ignorując obecność nieproszonego gościa – zwyczajnie śledził wzrokiem kolejne wiersze tekstu. Turkusowooki dyskretnie przewrócił oczami, nie mogąc znieść wpatrzonych w niego, zielonych tęczówek.

– Dobrze, że już wyszedłeś ze Skrzydła, Po Prostu Harry – rzucił od niechcenia, nie przerywając rozpoczętej lektury. – Jak kości?

– Wszystkie zrośnięte i gotowe do powrotu na boisko, dzięki – Potter przerwał na chwilę, próbując ułożyć sobie w głowie pytanie, które musiał zadać. – Dragan, mogę cię o coś zapytać?

– Hmm? – Luther jedynie mruknął.

– Dlaczego nie powstrzymasz Malfoy’a przed rozpowiadaniem plotek o Ginny?

Ced niepewnie spojrzał na przyjaciela. Sam chciał zadać to pytanie, ale obawiał się reakcji Ślizgona, więc wolał sobie odpuścić, nim zalezie mu za skórę. Uśmiechnął się pod nosem, ukradkowo zerkając na Harry’ego. Trzeba było przyznać dzieciakowi, że miał w sobie ikrę. Kruczowłosy przewrócił kolejną, pożółkłą kartę nonszalanckim gestem. Jego milczenie nieco irytowało niecierpliwego Gryfona, lecz nie chciał popędzać starszego kolegi.

– Co by to dało? – niepodziewanie Dragan wbił spojrzenie wprost w szmaragdowe tęczówki.

Chłopca dosłownie zamurowało. Przez całą drogę do biblioteki układał sobie w myślach gniewną, stanowczą tyradę, zamierzając nawet wypomnieć mu bierność. Zaplanował skrupulatnie co powinien powiedzieć. Wybrał nawet odpowiedni ton! Jednak gdy przyszło do konfrontacji…miał w głowie kompletną pustkę. Jego gardło wyschło na wiór, a powtarzane wiele razy słowa zwyczajnie uleciały. Ciężko było mu normalnie oddychać, kiedy patrzyły na niego demoniczne oczy.

– Może… – zaczął dukać niepewnie – może…przestaliby ją nękać…

Luther roześmiał się w okrutny, kpiący sposób. Ten chłopiec naprawdę nic nie rozumiał…był bardziej naiwny, niż przyzwoitość przewidywała. Dziecinnie naiwny, lub zwyczajnie głupi. Ciężko było ostatecznie wyrokować.

– Jesteś naiwny, Harry – urwał śmiech, a jego oczy zalśniły najszczerszą wzgardą. – Ludzie są jak stado bezmyślnych owieczek. Chcą tylko podążać bezpiecznie za liderem, bez względu na to, czy naprawdę zgadzają się z jego zdaniem. Ludzie z natury pragną, żeby ktoś nimi kierował, bo pozwala to uniknąć problemu posiadania własnego zdania. To wymagałoby nieuniknionej konfrontacji z zaślepionym tłumem i upartego przekrzykiwania się przez wszechobecną głupotę. Ludzie tego nie chcą – warknął rozdrażniony. – Wolą święty spokój od uciążliwego dyskomfortu obrony własnego zdana. Blondasek ma siłę przebicia. Pochodzi z szanowanej rodziny, jest szalenie charyzmatyczny i przekonywający. Wie jak sterować innymi, więc chociażby wygadywał kompletne bzdury, reszta podąży za nim w ciemno. To typ lidera i ludzie tak go postrzegają – arogancko machnął ręką. – Jego bzdurna krucjata jest swoistą zemstą za nierozważne słowa twojej koleżaneczki. Blond księżniczka wierzy, że postępuje słusznie, nakręcany przez aplauz publiczki. Póki tej wiary nie straci, uczniowie będą stali za nim murem. Malfoy jest showmanem, a szkoła to jego wielka scena.

– Co z tobą? – Harry niewiele zrozumiał ze słów Ślizgona – Przecież wszyscy cię lubią. Nie mógłbyś zostać nowym liderem?

Żałosne pytanie po części rozbawiło kruczowłosego, po części rozdrażniło go na dobre. Po Prostu Harry był tak…wkurwiająco słaby! Zupełnie nie gotowy do sprostania roli Wybrańca.

– Przeceniasz moją władzę, moc i potęgę, szczeniaku. Jestem tylko przeniesionym uczniem – zaplótł dłonie na karku i wychylił się na krześle. – Moje cudne nazwisko nie budzi tutaj żadnego respektu. Arystokratę wszyscy znają i szanują w mniejszym lub większym stopniu. Bez znaczenia czy go kochają całymi serduszkami, czy skrycie nienawidzą, przeklinając po kątach. Draco, pieprzony, Malfoy! – zachichotał maniakalnie – Syneczek Lucjusza! Zasranej szarej eminencji ministerstwa. Mój głos niknie w zderzeniu z jego farmazonami, bo jestem tu zbyt krótko, żeby móc coś realnie zdziałać. Większość towarzystwa cały czas widzi we mnie kogoś z zewnątrz. Obcego z przystojną buźką i niczym więcej. I tu dochodzimy do sedna spawy – spojrzał na dzieciaka. – Właściwym pytaniem nie jest, dlaczego ja nie podejmę walki z naszą księżniczką, a czemu ty tego nie zrobisz?

Zielonooki przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Ślizgona, nie mając pojęcia czego od niego oczekiwał. Co jakiś czas zerkał na Ceda, licząc po cichu na jego pomoc, jednak Puchon najwyraźniej nie miał zamiaru się mieszać. Diggory był za bardzo ciekawa jak się to wszystko skończy.

– J-ja? – wymamrotał Potter.

– Właśnie ty – Dragan wskazał na niego palcem. – Pokładasz w sobie zbyt mało wiary. Cały czas szukasz kogoś, kto mógłby cię wyręczyć i zaczynasz mnie tym poważnie wkurzać. Jesteś Harry Potter, na miłość Merlina! Nosisz jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk świata magii, więc przestań w końcu polegać na mnie, profesorach i swojej wesołej świcie. To się robi cholernie upierdliwe. Masz więcej do powiedzenia, niż my wszyscy razem wzięci. Odważ się w końcu, dzieciaku, zamiast spektakularnie marnować potencjał. Zrobisz to teraz, albo skażesz na cierpienie swoją małą znajomą aż do powrotu Gall.

– Co Tea ma z tym wspólnego? – Gryfon zamrugał zdezorientowany – Jej powrót coś zmieni?

– Masz jakieś wątpliwości? – Luther uniósł brew w geście rozbawienia – Panna Dumbledore może nie tylko poszczycić się nazwiskiem. Jej największą siłą jest to, że zdobyła sympatię większości Hogwartu. Kiedy wróci, zetrze w proch pyszałkowatość Malfoy’a i odbierze mu lojalną widownię. Nie wiedz nawet, jak bardzo na to czekam! – zaśmiał się sucho – Blondasek nie będzie wiedział, gdzie ukryć się przed jej gniewem. Gall w każdym momencie jest w stanie rozpętać w tej szkole istną wojnę, kosztem minimalnego wysiłku. To jak? – nieoczekiwanie zmienił temat – Wolisz zaczekać aż ta dziewczyna wróci i rozwiąże problem za ciebie, czy ruszysz w końcu tyłek, żeby upomnieć się o swoją pozycję?

Harry’emu zrobiło się straszliwie głupio. Dragan, w nieco brutalny sposób, uświadomił mu rzeczy, które dawno powinien sam zauważyć. Nie chciał zrzucać wszystkiego na Gallateę – już wystarczająco wiele razy chowali się za jej plecami. Płomiennowłosa zawsze miała dość odwagi, by nie zważać ani na opinię innych, ani utarte wzorce, które na dobre wrosły w szkolną kulturę. Subtelnie walczyła z rutyną Hogwartu już od pierwszego dnia, spędzonego w tych kamiennych, zimnych murach. Zapoczątkowała wszystko prostą decyzją o zaprzyjaźnieniu się z Gryfonami, pomimo niechęci jej własnego domu. To ona łagodziła napięcia. To ona stawała między nimi, zabiegając o jako takie porozumienie. To ona dzieliła swój czas, by żadna ze stron nie czuła się opuszczona. Przepraszała za rzeczy, którym nie była winna. Dragan szedł w jej ślady, w swoim własnym stylu. Tych dwoje zacierało dawno powstałe animozje, uparcie dążąc do swoich ideałów, bez względu na zdanie innych. Mocno zacisnął pięści, hardo zadzierając głowę. Może teraz nadeszła jego kolej. Turkusowooki roześmiał się, widząc na twarzy chłopca istną walkę sprzecznych emocji. Dzieciak był jak otwarta księga – będą musieli nad tym popracować, dla jego dobra.

– Spokojnie, bo się zagotujesz! – parsknął złośliwie – Nie mówię, żebyś tu wszczynał jakąś rewolucję. Pokaż po prostu, że w tej szkole jest jeszcze ktoś oprócz rozpieszczonej, platynowowłosej księżniczki. Ja nie kiwnę nawet palcem – uśmiechnął się kącikiem ust. – Znudziło mnie ciągłe użeranie się z bandą kretynów i ich idiotycznymi pomysłami. Nie musisz niczego robić tu i teraz, natychmiast. Przemyśl co powiedziałem i podejmij w końcu jakąś konkretną decyzję – przeniósł wzrok na Puchona. – Ced, dokończymy wieczorem? Nietoperek chciał się ze mną widzieć.

– Jak zwykle tutaj, czy wolisz w naszym Pokoju Wspólnym? – Diggory uśmiechnął się ciepło.

– Mogę zostać u was na noc? – kruczowłosy uśmiechnął się słodko – Przyniosę coś mocniejszego, dla poprawy koncentracji, naturalnie.

– Przez ciebie skończę jako alkoholik! – szarooki zaśmiał się cicho – Uprzedzę prefekta, może załapie się na kielicha. Wpadaj o której ci pasuje.

– Raczej o której tłustowłosa maruda skończy ględzić – wyciągnął dłoń w stronę kumpla. – Dzięki, mięśniaku!

Luther przybił z Cedem piątkę, po czym opuścił bibliotekę, na odchodne urabiając Irmę nieco naciąganym komplementem. Harry, rozmyślając o wszystkim co usłyszał, siedział w bezruchu, zatopiony we własnym świecie. Dopiero, gdy Diggory zamknął nagle książkę, przypomniał sobie gdzie jest. Niezdarnie zadarł głowę, odruchowo poprawiając okulary, które zsunęły mu się na czubek nosa. Przez dobrych kilkanaście sekund patrzył niemrawo, jak Puchon układał książki i zgarniał swoje notatki. Odważył się do niego odezwać znacznie później, niż powinien.

– Diggory… – zaczął niezdarnie – chciałem ci podziękować. No wiesz…Wood mówił mi, co próbowałeś zrobić po meczu. Ekhm…dzięki, naprawdę.

Zdziwiony wychowanek Hufflepuffu na chwilę zaprzestał pakowania i odłożył swoją torbę, do której wcześniej wciskał stos, złożonych byle jak, pergaminów. Życzliwie popatrzył na Gryfona, nie za bardzo wiedząc jak powinien zareagować. Nigdy nie oczekiwał podziękowań.

– Nie ma o czym mówić. Nie chcieliśmy wygrać w taki sposób – niezręcznie podrapał się po karku. – Przepraszam, że nie zauważyłem dostatecznie szybko, co się dzieje. Żadna wygrana nie jest warta wylądowania przeciwnika w szpitalu.

Potter uśmiechnął się nieśmiało. Wcześniej bał się Cedrika, ponieważ był od niego znacznie silniejszy, bardziej wysportowany i sporo większy. Widział w nim oczywiste zagrożenie, dlatego nie zwracał zbyt wielkiej uwagi na przyjemny charakter Puchona, który okazał się honorowym oraz godnym rywalem, od którego wiele mógł się nauczyć.

– Nie mogłeś nic zrobić – powiedział, żeby uspokoić starszego kolegę. – Byłeś ode mnie za daleko.

– Powinienem bardziej się postarać. W następnym meczu przekonamy się, który z nas jest lepszy – przybrał serdeczny ton. – W uczciwym pojedynku.

Szarooki wyciągnął dłoń, którą Gryfon bez zawahania uścisnął, nieco zbyt pospiesznie. Ced wrócił do pakowania się, zamierzając jak najszybciej dołączyć do swojej drużyny, żeby poprowadzić popołudniowe spotkanie strategiczne. Harry wciąż siedział na swoim miejscu, obserwując go nienachalnie. Chłopiec zaczął nerwowo wyginać palce, czym zaintrygował Diggory’ego.

– Wszystko gra, Harry? – rzucił przez ramię.

– Chciałem cię jeszcze o coś zapytać, jeśli mogę – uśmiechnął się krzywo. – Dragan…czemu zostaje u was na noc? Myślałem, że to zabronione.

Puchon roześmiał się cicho, jednocześnie zastanawiając się ile powinien powiedzieć. Chciał udzielić jak najtrafniejszej odpowiedzi, bez konieczności spowiadania się ze wszystkiego. Szukał odpowiednich słów.

– Wątpię, żeby akurat Dragan przejmował się regulaminem – przestał się śmiać. – Od kiedy nie ma Tei, strasznie mu się nudzi. Wydaje mi się, że jest bardzo zirytowany wyczynami Malfoy’a i jego popleczników. Chyba nie chce przebywać w swoim dormitorium, bo często powtarza, że udusiłby tych kretynów we śnie, dla dobra ludzkości. Zaproponowałem mu, żeby zostawał na noc u nas, zamiast planować masowe morderstwo. Wiesz… – urwał na moment, uśmiechając się półgębkiem – cały Hufflepuff go lubi. Jest zupełnie inny od reszty Ślizgonów i potrafi się wśród nas odnaleźć, tak samo jak Tea. Dogaduje się z chłopakami, a dziewczyny…no, sam wiesz. Słyszałem od Zabini’ego, że Luther od co najmniej tygodnia nie spał w swoim dormitorium. U nas nie przesiaduje codziennie. Pojęcia nie mam, gdzie szlaja się po nocach.

Spotkanie

                  Syriusz, zgodnie z poleceniem Kolekcjonera, nie ruszył się z Chaty. Znudzony przeciągającą się bezczynnością, wpatrywał się bez większego celu w widok za oknem. Westchnął zrezygnowany. Znów te same cholerne drzewa, które nawet kołysały się na wietrze w identyczny, monotonny sposób. Z leniwego, frustrującego transu wyrwało do delikatne, acz stanowcze pukanie. Zeskoczył z parapetu, mocno zaciskając palce na różdżce i bezszelestnie podszedł do drzwi. Uchylił je na tyle, by móc spojrzeć na nieoczekiwanego gościa. Zmarszczył czoło, widząc młodzieńca o jasnobłękitnych oczach oraz krótko obciętych, ciemnych włosach. Chłopak gwałtownie kopnął w drzwi, uderzając Syriusza solidnym kawałem drewna w klatkę piersiową. Czarodziej mechanicznie przyłożył wolną dłoń do obolałych żeber, starając się złapać oddech. Przybysz wtargnął do wnętrza Chaty i zmierzył gospodarza obojętnym, beznamiętnym spojrzeniem. Rzucił wprost pod jego nogi skórzany, niewielki plecak. Black, domyślając się kim mógł być jego gość, otworzył pakunek, z którego wnętrza wyciągnął eleganckie, porządne ubranie i zawiniątko, najpewniej z gotowym posiłkiem – przez delikatny materiał wciąż czuł przyjemne ciepło jedzenia.

– Raven, zgadza się? – spojrzał na błękitnookiego.

Mężczyzna lekko potaknął, nie siląc się nawet na rozchylenie warg. Wyglądał na faceta przeraźliwie małomównego i oszczędnego w gestach – zupełnie odwrotnie, niż jego ostatni gość.  

 Kolekcjoner przysyła co obiecał, wraz z pozdrowieniami.

Ton głosu doskonale panował do surowej, niepokojącej powierzchowności. Raven mówił tak beznamiętnie, że można było pomylić go z maszyną.

– Mam przekazać, że za dwa dni odwiedzi cię nasz kontakt w szkole. Masz tu zostać do tego czasu.

Raven, nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i wyszedł, zostawiając zdezorientowanego czarodzieja samemu sobie. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 352
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!