Córa rodu Phoenix – Sammy

 

Turkusowooki w stroju Kolekcjonera siedział na zimnej, zaniedbanej podłodze jednej ze swych kryjówek. Znudzony do granic możliwości, bawił się rzeźnickim nożem, patrząc pogardliwie na rozciągnięte przed nim zwłoki. Skrzywił się, widząc ten ohydny, obrzydliwe nudny strach, zastygły po wieki w zmętniałych oczach jego najnowszej ofiary. Cisnął z całych sił ostrzem wprost nad swoją głowę, wbijając nóż aż po rękojeść w sufit. Bezczynność zaczynała mu ciążyć, więc dla rozrywki postanowił nieco udekorować ciało denata. Usiadł na klatce piersiowej zamordowanego, sięgnął po ulubiony, jadeitowy sztylet, po czym zaczął metodycznie wycinać daty na zimnej skórze ofiary. Robił to już tak wiele razy, że nie sprawiało mu to najmniejszego problemu – cyfry wychodziły wyraźne i równe, dzięki czemu łatwo można było je odczytać. Metodą prób i błędów nauczył się nacinać skórę w taki sposób, by rany podbiegały krwią, nie wypuszczając posoki poza granice cięć. Uśmiechnął się sam do siebie. Stara dobra szkoła, jak zwykle okazała się niezawodna. Zazwyczaj podchodził do zwłok z jako takim szacunkiem, jednak ten konkretny ludzki śmieć nie zasłużył sobie na godne traktowanie. Joahim Febber…od dawna planował zająć się tym skurwielem, lecz nie znalazł na to czasu w swoim napiętym grafiku. Joahim niegdyś pracował dla niego jako jeden z podrzędnych, niezależnych informatorów, których w życiu nie włączyłby w szeregi Legionu. Febber nie wyróżniał się niczym szczególnym – ani to sprytne, ani silne, ani tym bardziej inteligentne. Zwyczajna, przekupna szumowina bez cienia polotu czy jakichkolwiek ambicji. Żałosna szuja, gotowa za kilka groszy zaprzedać własną matkę. Kolejne narzędzie, które łatwo mógł wymienić, nie przejmując się, że traci cokolwiek wartościowego. Tacy ludzie chętnie podejmowali się prostej, niekoniecznie legalnej roboty, za co otrzymywali hojne wynagrodzenie – uzależnione od jakości informacji, jakie przekazywali członkom Legionu. Turkusowooki wbił sztylet w gardło zamordowanego, kończąc tym samym swe dzieło. Febber był przeciętniakiem, jednak udało mu się ściągnąć na siebie uwagę samego szefa. Osiągnął to dzięki głupocie przekraczającej wszelakie akceptowalne normy. W jakimś niezrozumiałym przebłysku czegoś, co z niewiadomych przyczyn uznał za wyśmienity plan, postanowił zdradzić Kolekcjonera. Dzięki temu fenomenalnemu występowi pospolitego kretyna, Dragan zmuszony był opuścić swoją bazę wypadową wraz z całym sprzętem oraz towarem, który tam magazynował. Upierdliwe zadanie, które okropnie go rozdrażniło. Joahim, wiedziony obietnicą łatwego wzbogacenia się bez narażania tyłka, wyjawił tajemnicę prawdopodobnego miejsca pobytu Kolekcjonera rządowi Argentyny. Zaalarmowane władze zorganizowały rozczulające przedstawienie, z bandą uzbrojonych po zęby antyterrorystów oraz sił specjalnych, wyposażonych w sprzęt najwyższej klasy. Pojawili się nawet snajperzy! Mało co prawda rozgarnięci, ale sam fakt, że czatowali na głowę kruczowłosego, przyjemnie połechtał jego ego. Z przyjemnością obserwował cały ten cyrk z przyczajaniem się, badaniem terenu, wrzeszczeniem i wymachiwaniem dziwacznych gestów, w nie wiadomo jakim celu. Przypominało to pokraczny balet ubranych w obrzydliwe stroje klaunów, nie mających pojęcia jak solidnie wykonać swoją robotę. Niedowierzanie na twarzy dowódcy, gdy zorientował się, że cały ich wysiłek był na nic…coś wspaniałego! Luther, zanosząc się śmiechem, z upodobaniem obserwował dowódcę, który miotał się bezładnie, wydając w sumie całkiem logiczny rozkaz przeczesania całego terenu w promieniu pięciu kilometrów od opuszczonej kryjówki. Człowieczkowie w zabawnych wdziankach rozproszyli się, żeby znaleźć groźnego przestępcę wśród zapadniętych ruin i gęstwiny nieprzyjaznego lasu, zapewne sądząc, że robią to wszystko w interesie narodu. Ludzie ogólnie strasznie upodobali sobie zasłanianie swoich poczynań wygodnym płaszczykiem mistycznego dobra ogółu, co niekoniecznie było dla niego zrozumiałe. Tak czy inaczej spędził jeszcze trochę czasu obserwując z bezpiecznej odległości poczynania profesjonalistów, nie przestając się śmiać w najlepsze. Powinien ich wszystkich zlikwidować, zgodnie z polityką zero świadków, jednak czego tak właściwie byli świadkami? Absolutnie niczego. Kiedy znudził się przedstawieniem, po prostu odszedł, oszczędzając ich nędzne życia. Jego celem stał się wyłącznie Joahim. Febber, jak na kretyna przystało, sądził, że był jedynym niezależnym informatorem Legionu w całej Argentynie i nawet przez chwilę nie przyszła mu do głowy myśl, że za jego plecami czai się ponad setka podobnych jemu ludzi – rozważniejszych, ostrożniejszych i bardziej świadomych sytuacji, w jakiej się znajdowali. Informatorzy, co do zasady, nie ufali sobie wzajemnie, więc niemalże jednocześnie ruszyli ku swoim zleceniodawcom, by donieść im o zdradzie Febbera mając cichą nadzieję, że zaskarbią sobie tym przychylność samego Kolekcjonera, a może i zasłużą na jego pochwałę. Oczywiście wielu członków Legionu chciało wyręczyć swego szefa w wymierzeniu sprawiedliwości za zdradę, jednak Luther postanowił zająć się tym osobiście. Uwielbiał od czasu do czasu zabawić się w polowanie, a Joahim stał się jego kolejny celem. Miesiącami dawał swojej zwierzynie do zrozumienia, że dyszy mu w kark i zamierza doprowadzić go do paranoicznego szaleństwa, zanim ostatecznie rozszarpie go na kawałki. Gra układała się rewelacyjnie, ale przerwało ją wezwanie przysłane przez Lady Crown. Turkusowooki uśmiechnął się szeroko. Jeśli się nad tym zastanowić, to całkiem zabawnie wyszło. Vallerin, niezamierzenie, przedłużyła niewiele warte życie Febbera tylko po to, by posłużył dziś Kolekcjonerowi za prezent dla Samaela. Dragan wprawnie zeskoczył z truchła swojej ofiary, gdy poczuł charakterystyczny powiew chłodu. Ściany pokoju pokrył delikatny szron, malujący na szybach finezyjne, ulotne wzory. Kruczowłosy rozpostarł ramiona głęboko wciągając mroźne powietrze – uwielbiał ten odświeżający, bezwzględny cień zimy! Słysząc zbliżające się, rytmiczne kroki przybrał najbardziej niewinną minkę, jaką posiadał w całym repertuarze swojej mimiki. Zgodnie z przewidywaniami Luthera, w progu stanął wysoki, smukły mężczyzna zakuty w misterną zbroję, przyozdobioną realistycznymi symbolami ludzkich czaszek. Przybysz nie mógł się nie uśmiechnąć, widząc przyjaciela udającego niewiniątko. Jego rozciągnięte w subtelnym uśmiechu wargi odsłoniły przerośnięte kły.

– Tysiące razy ci mówiłem, idioto – westchnął, podchodząc do zwłok. – Jeśli chcesz się ze mną spotkać, po prostu mnie wezwij zamiast dokładać mi roboty. 

Turkusowooki z szerokim uśmiechem obserwował, jak srebrzyste włosy przybysza przysłaniają lekką kotarą jego piekielnie przystojną twarz. Oto stał przed nim Samael, Anioł Śmierci we własnej osobie! Najwspanialszy spośród Serafinów, skazany na wygnanie za rozpętanie wojny w niebiosach. Ukochany brat Lucyfera, z którym dzielił wstręt oraz nienawiść wobec ludzi. Upadły, pełniący rolę kata, wykonującego boskie wyroki – niepodlegający władzy ani nieba, ani piekła. Doskonałe uosobienie buntu o deprymujących, perłowych ślepiach i cholernie niewyparzonej gębie. Powszechnie wszyscy uważali go za zło wcielone, poniekąd mając w tym sporo racji. Aniołek był bezwzględny w wykonywaniu swoich obowiązków, a widmo zbliżającej się śmierci nikomu raczej za wesoło się nie kojarzyło. Dragan zaśmiał się pod nosem. Nikomu…oprócz niego. Pamiętał pierwsze, mocno niefortunne spotkanie z Samaelem oraz słowa, którymi ten przyjemniaczek pożegnał go tamtego dnia. Wtedy jeszcze nie przypuszczał, że to enigmatyczne powitanie w gronie bestii, tak szybko okaże się bezbłędną przepowiednią, definiującą jego miejsce na tym świecie. Stulecia temu zaczął robić co w jego mocy, żeby ich ścieżki się przecięły i dopiął swego, jednak w znacznie szerszym zakresie, niż się spodziewał – ich losy połączyły się w nierozerwalną jedność, którą były do tej pory. Samael…był pierwszą istotą, którą szczerze nazwał swoim bratem. Tworzyli zwodniczo czarujący, bezlitosny duet, wprost z najupiorniejszych koszmarów! 

– To byłoby nudne – Luther westchnął teatralnie. – Nie dąsaj się, pierzasty! Wyryłem daty wszystkich przewinień tego śmiecia, żebyś nie musiał dumać nad osądem. Doceń prezencik.

Samael roześmiał się w głos, po czym podszedł do kruczowłosego, pozwalając mu zarzucić ramię na swój bark. Zerknął na kompana z zaczepnym uśmiechem – ten dzieciak od wieków poprawiał mu nastrój.

– Nie jestem sędzią, tylko katem – rzekł przesadnie zasadniczym tonem. – Jego przewinienia mnie nie obchodzą, przecież wiesz. Moim zadaniem jest tylko zabrać jego duszę w zaświaty, zanim utknie tu na dobre.

– Wiem, wiem! Jad Boga i inne bzdety – Luther poklepał ramię upadłego. – Przestań smęcić, Sammy! Musisz częściej wywlekać tyłek ze swojego zameczku, bo zamieniasz się w okropnego ponuraka.

Dragan wyszczerzył się do przyjaciela, złapał go mocno za bark i wychylił się mocno do tyłu, opadając ciężko na kanapę. Szarpnięciem pociągnął za sobą Samaela, który nie wydawał się tym ani trochę zaskoczony – zamiast próbować ustać na nogach, jedynie przewrócił oczami, pozwalając działać sile grawitacji. Kolekcjoner zaśmiał się dźwięcznie, oparł buty o klatkę piersiową zamordowanego i sięgnął po papierośnicę. Wyciągnął ze sfatygowanego pudełeczka jedną fajkę, a resztę podał kompanowi, który przyjął ofertę z uśmiechem.

– Czemu zawdzięczam to radosne zaproszenie? – Sammy skorzystał z podsuniętej zapalniczki i przypalił papierosa.

– Interesy, bracie! – kruczowłosy klepnął energicznie jego plecy – Dobrze, że siedzisz wygodnie, stary, bo byś padł ze śmiechu, a trochę tu syfiasto. Zgadnij, kto mnie przysłał!

Demoniczne oczy wbiły się w policzek srebrnowłosego. Samael uśmiechnął się szeroko. Lubił Dragana. Odpowiadał mu jego sposób bycia, przedziwna natura i niebywała słabość do wdawania się w wymyślne gierki, z których prowadzenia uczynił istną sztukę. Turkusowooki przez lata troszczył się, by Aniołowi Śmierci nie było czasem za nudno podczas pełnienia monotonnych obowiązków. Samael wiedząc, że szurnięty Luther jest podopiecznym Vallerin, poświęcał znacznie więcej uwagi niż powinien jego dziwacznej działalności. Początkowo jedynie obserwował poczynania tego dzieciaka, nie chcąc wdawać się z nim w bezpośrednie interakcje, co gwarantowało mu względny komfort, jednak im więcej dusz za sprawą kruczowłosego opuszczało świat żywych, tym mocniej intrygowało go to, dlaczego tak właściwie podążał taką ścieżką. Pewnego pamiętnego dnia, ciekawość zwyciężyła i osobiście przyszedł po duszę kolejnej ofiary młodego Luthera, chcąc uzyskać odpowiedź. Co prawda już raz się widzieli, lecz nie sądził, żeby Dragan go pamiętał, więc głęboko w pamięć zapadł mu fakt, że smarkacz wcale się nie wystraszył – sprawiał wrażenie wręcz uradowanego powtórnym spotkaniem. Turkusowooki nie odsunął się ani nie opuścił wzroku, chociaż musiał przeczuwać z kim na do czynienia. Stał niewzruszony z fascynującym, radosnym półuśmiechem. W tamtej chwili Anioł Śmierci jeszcze bardziej zapragnął dowiedzieć się, z jakiego powodu ten podrostek z tak maniakalnym uporem rozsiewał wokół siebie aurę zniszczenia, więc zadał nurtujące go pytanie, ze srogą miną wyczekując odpowiedzi. To, co wtedy usłyszał, rozbawiło go i ostatecznie przekonało, że Dragan Luther był unikalnym przypadkiem – podczas całego swego żywota, nigdy nie natknął się na nikogo podobnego. Młodzieniec o diabolicznych oczach wzruszył ramionami i śmiejąc się w głos spojrzał posłańcowi ostateczności prosto w oczy, po czym stwierdził, że robi to co robi, ponieważ: ​to zabawne.​ Dragan z całą pewnością był mocno pokręconym facetem, który z pozbawiania życia – najcenniejszego daru, ofiarowanego żywym istotom – uczynił grę wspartą na regułach, znanych tylko jemu jednemu. Perłowooki nie miał czasu wspominać dłużej początków ich znajomości, wytrącony z rozmyślań mocnym szturchnięciem w okolice żeber.

– No zgaduj! – Luther zaśmiał się krótko.

– Tylko jedna rzecz mogłaby aż tak cię rozbawić – Sammy wypuścił utworzony z dymu okrąg, który wzniósł się pod sufit. – Czyżby Lord Muzeum oczekiwał pojednania ze śmiercią?

– Jeszcze lepiej. Dostałem oficjalną prośbę nie tylko od dziadka, ale i Damona.

– Pojednanie wśród Phoenix’ów? – zakpił upadły – Gdybym nie wiedział, że to jeszcze nie czas, zacząłbym wypatrywać oznak apokalipsy.

Obydwaj roześmiali się zgodnie. Wśród Phoenix’ów od wieków kwitły konflikty, spowodowane różnicami zdań oraz charakterów Lordów, które coraz to bardziej oddalały ich od siebie. Ci uparci idioci toczyli między sobą ciche wojenki z niejasnych powodów – żaden z nich nie był skłonny poddać się woli pozostałych ani odsunąć na bok własnych ambicji. Udawali zgraną rodzinkę, jednak wystarczyło spojrzeć na nich przez dłuższą chwilę, żeby to mylne wrażenie pękło niczym bańka mydlana. Samael zaciągnął się papierosem. Zgodne działanie dwóch spośród Phoenix’ów było wystarczająco interesującym odstępstwem od normy, by poświęcił temu swą uwagę. Nieomal nie zakrztusił się dymem, gdy nagła myśl dosłownie sparaliżowała cały jego umysł. Przestał się śmiać, zgniatając fajkę w dłoni. Była tylko jedna rzecz, mogąca zmusić Lordów do połączenia sił. Jeśli miał rację…

– Coś stało się Vallerin? – gwałtownie odwrócił się ku Draganowi.

Mina Luthera powiedziała mu wszystko. Sammy przymknął powieki, chcąc okiełznać kalejdoskop emocji, przetaczający się przez jego głowę. Tylko raz widział podobny wyraz twarzy u przyjaciela…stulecia temu, przez ledwie kilka sekund w jego turkusowych oczach zagościła ta sama upiorna pustka. Miał szczerą nadzieję nie ujrzeć czegoś takiego nigdy więcej. Tamto spojrzenie przypomniało mu o zamierzchłych czasach dawnej chwały…o domu, który stracił i bracie, którego kochał całym sercem. W tamtej jednej chwili Dragan wyglądał zupełnie jak Lucyfer, zanim zdecydował się na wypowiedzenie wojny wszystkiemu, co znali. To…to było jak subtelna zapowiedź czegoś potężnego, nieobliczalnego i zabójczo skutecznego – cień rewolty, która z łatwością mogła wymknąć się spod kontroli. Poderwał się gwałtownie z kanapy, niekoniecznie kontrolując swoje ciało. Nie! Lucyfer to Lucyfer, a Dragan to Dragan! Tych dwóch nie łączyło praktycznie nic, poza tym spojrzeniem. Niesiony niepokojem chwycił ramiona przyjaciela i potrząsnął nim, wpatrując się w demoniczne, turkusowe oczy.

– Dragan!!! – uderzył plecami kompana w oparcie kanapy – Mów do cholery!

– Spokojnie narwańcu, bo mi ciuchy pognieciesz! – kruczowłosy zaśmiał się, ale błyskawicznie spoważniał – Siadaj na dupie i przymknij dziób.

– Przemodeluję ci kiedyś ten ryj – warknął jasnowłosy, siadając obok kumpla.

– Jeśli będę po tym taki śliczny jak ty, to śmiało.

– Taa…obawiam się, że tu i sam Stwórca by nie podołał.

– Mówiłem, żebyś się zamknął – Luther zerknął na upadłego z szelmowskim uśmieszkiem.– Jest z nią źle, Sammy. Streszczę ci najważniejsze fakty, żeby cię nie zanudzać ludzkimi sprawami. Moja pani zgodziła się pomóc swojemu przyjacielowi, Albusowi Dumbledore’owi i wróciła do Hogwartu, żeby udawać tam jego wnuczkę. Jako jedna z uczennic miała za zadanie pilnować pewnego problematycznego chłopca, pchającego nos we wszelakiej maści kłopoty. Jako że Lady niedawno przeszła przez odrodzenie, posiadała dziecięce ciałko ułatwiające sprawę. Sam wiesz, jak niedorzecznie szybko Phoenix’owie wracają do dorosłej postaci, więc pewnie czujesz problem. Vallerin zależało na spełnieniu prośby Albusa do tego stopnia, że przez dłuższy czas zmuszała się do utrzymania smarkatej formy, zbyt słabej i kruchej, by pomieścić jej moc. Smarkate ciałko zaczęło dosłownie się rozpadać, ale ta uparta baba nikomu o tym nie powiedziała.Ukrywała wszystkie niepokojące objawy sądząc, że jest w stanie to przetrzymać – spojrzał w skupione, perłowe oczy. – Nie była. Zawzięta kretynka doprowadziła się do stanu skrajnego wyczerpania, a w końcu przegięła i całkowicie opadła z sił. Arien próbował jej pomóc, rekonstruując nadszarpnięte ciało oraz przystosowując je do realiów potęgi Lady Crown. Wszystko szło całkiem sprawnie. Do czasu. Vallerin powracała do zdrowia, ale niespodziewanie wpadła w stan podobny do katatonii. Arien nie mógł jednoznacznie ustalić przyczyny ani jej pomóc, dlatego zwrócił się o pomoc do Damona. Co do tej decyzji nie mam zastrzeżeń. Nie znoszę zasranego dwubiegunowca, ale nikt nie nadawał się lepiej do konsultacji. Wspólnie przebadali Lady i doszli do wniosku, że fizycznie nic jej nie dolega. Leczenie Uzdrowiciela przebiegło bez zarzutu, czego można było się po nim spodziewać. Jeśli to nie ciało szwankuje, jasnym stało się, że problemem jest świadomość. Tych dwóch bezużytecznych geniuszy podejrzewa, że siła którą Vallerin w sobie nosi, wykorzystała moment jej słabości, częściowo przejmując kontrolę. Holmes i Poirot wykoncypowali, że to właśnie ten byt nie pozwala Lady się wybudzić, ponieważ czerpie siłę z jej obecnego stanu. Na podstawie tego, co podpowiada im doświadczenie stwierdzili, że Vallerin musiała utknąć gdzieś w zawieszeniu pomiędzy życiem a śmiercią, nie mogąc wrócić do swojego ciała. Znają sposób, żeby zmusić ją do powrotu, ale nie są pewni, czy jej tym nie zaszkodzą. Póki co to czysta teoria i potrzebują potwierdzenia, zanim zdecydują się na poważniejsze kroki.

– Potrzebują łącznika między dwoma światami – wyszeptał Samael.

– W rzeczy samej, aniołku. Nie zawracałbym ci dupy, gdybyśmy nie byli postawieni pod ścianą. Sammy… – spojrzał w oczy przyjaciela – wiesz, że gówno się znam na braterskich więziach. Rodzonego brata nienawidzę – zaśmiał się gorzko. – Jednak ty jesteś dla mnie bratem, którego sam wybrałem i ufam ci, jak nikomu. Na tym parszywym świecie mam tylko ciebie i Vallerin. Mojego anioła i mojego upadłego. Nie mogę stracić żadnego z was, bo całkiem mi odwali i sam nie wiem, do czego będę zdolny. Proszę cię jak brat, brata. Będziesz w stanie sprawdzić, czy moja pani rzeczywiście jest gdzieś w szarej strefie? Możesz ją odszukać?

– Granica nie należy do mojego królestwa – perłowooki westchnął przeciągle. – To neutralny grunt, niepodlegający niczyjej władzy. Zapyziałe pustkowie, w którym dzieją się potworne rzeczy.

– Kurwa… – jęknął kruczowłosy.

– Więcej wiary, kretynie – upadły uśmiechnął się tajemniczo. – Mogę tam wejść, chociaż nie należy to do najłatwiejszych zadań. Jeżeli Vallerin rzeczywiście tam przebywa, zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby ją odnaleźć.

– Zechcesz ruszyć swój zgrabny tyłeczek i pomóc nam sprowadzić ją do świata żywych?

Zadania tego pytania Dragan obawiał się najbardziej. Spodziewał się, że dopiero w tej chwili rozegra się istna batalia między nim, a Aniołem Śmierci – którą mógł przegrać z kretesem. Przygotował szereg argumentów, by móc podjąć dyskusję oraz nieco drastyczny plan awaryjny, gdyby gadanie okazało się bezcelowe. Ułożył sobie nawet sentymentalną, wzruszającą mowę, choć doskonale wiedział, że osoba, do której miał zamiar przemówić pozbawiona była sumienia. Samael od zarania dziejów pełnił powinności Śmierci, które ostatecznie zdefiniowały sens jego istnienia. Z czymś takim piekielnie ciężko było polemizować.

– Sprowadzę ją, możesz być pewny – świetliste oczy rozbłysły determinacją. – Nie spocznę, dopóki Lady Crown nie będzie bezpieczna w swojej rezydencji.

Tego Luther się nie spodziewał. Niedowierzająco obserwował przyjaciela, próbując rozgryźć co nim kierowało. Powinien zamknąć dziób i cieszyć się z bezproblemowego uzyskania tego, na co liczył, jednak szybka, pewna decyzja Samaela wzbudziła w nim ciekawość. Dlaczego, skoro dostał dokładnie to, czego musiał pragnąć od wieków, bez chwili zawahania zgodził się im pomóc? To nie miało najmniejszego sensu…kompletny brak logiki nie pozwalał mu odpuścić.

– Sammy, czemu chcesz tak łatwo zwrócić nam Vallerin? Myślałem, że wieki tu spędzimy, próbując ustalić dogodne dla nas obydwu rozwiązanie. Pogadankę nawet przygotowałem! 

Upadły zaśmiał się i przeczesał dłonią pasma długich, białych włosów. Zdziwiłby się, gdyby Dragan nie był zaskoczony jego odpowiedzią. Szykowała się kolejna z nielicznych rozmów od serca, za którymi nigdy nie przepadał. Tylko z turskusowookim rozmawiał w ten sposób, jednak wciąż nie potrafił się przyzwyczaić…szczerość go krępowała i niewiele mógł na to poradzić. Usiadł obok przyjaciela, oparł łokcie na kolanach i położył policzek na otwartej dłoni.

– Vallerin nie należy do mojego świata, ani tym bardziej do pogranicza. Lady Crown jest jedną z nieśmiertelnych. Istotą ze swej natury skazaną na pułapkę wiecznego życia. Jedynie wśród was może być szczęśliwa, a ja nie mam zamiaru być tym, który ograbi ją z tej szansy. Kocham Vallerin i chcę jej dobra – spojrzał w demoniczne oczy kompana. – To, co sam czuję nie ma najmniejszego znaczenia, bracie. Nigdy nie dopuściłbym do czegoś tak okropnego, jak zatrzymanie jej siłą. Mój najdroższy kwiat – uśmiechnął się subtelnie – nie skazałbym jej na ponurą, lodowatą ciemność zaświatów. Wystarczy mi obserwowanie, jak kwitnie. Z daleka ode mnie.

Luther przez kilka chwil przyglądał się upadłemu, utrzymując kamienny wyraz twarzy. Wszystko przemawiało za tym, że Sammy mówił w pełni szczerze. Wstał powoli, uśmiechając się półgębkiem. To nie było odpowiednie miejsce na takie dyskusje. Wyciągnął dłoń ku przyjacielowi, rozbawiony jego pytającym spojrzeniem.

– Jest noc – rzucił od niechcenia. – Chodźmy na taras, pogapić się w niebo.

Anioł Śmierci parsknął, rozbawiony tonem kruczowłosego. Nie pojmował czasem sensu działań Luthera, ale nie zamierzał z nim dyskutować – i tak nie rozjaśniłoby mu to poglądu na ten chaotyczny, zwichrowany umysł. Chwycił wyciągniętą prawicę, po czym wstał zwinnie. Wyszli z pomieszczenia, zostawiając za sobą zimne, pokiereszowane zwłoki. Idąc ramię w ramię, wspięli się po wąskich, zaniedbanych schodach – zapewne nikt z nich nie korzystał od kilku dekad. Dragan poprowadził swego gościa na rozległy, kamienny taras, z którego rozciągał się doskonały widok na nocne niebo. Kryjówka była odizolowana – otoczona przez strome góry oraz nieprzebrane bory – dzięki czemu mroku nocy nie mąciły żadne łuny sztucznego światła. Luther położył się na chłodnej podłodze, wlepiając wzrok w imponujący obraz malujący się na nieboskłonie. Od kiedy sięgał pamięcią, zawsze zachwycała go granatowa, niezbadana głębia rozświetlona milionami migotliwych, tajemniczych świetlików. Uwielbiał ten widok, dostrzegając w nim najpiękniejsze odzwierciedlenie czystej magii. Uśmiechnął się półgębkiem kiedy wyczuł, że Samael kładzie się tuż obok niego. Odwrócił głowę, by spojrzeć na urokliwy profil przyjaciela, skąpany w bieli długich włosów. Anioł Śmierci tak samo jak on pozwalał zauroczyć się nocy.

– Sammy, mogę cię o coś zapytać? – odwrócił wzrok od upadłego.

– Spodziewam się, że właśnie po to mnie tu zaciągnąłeś – perłowooki zaśmiał się krótko.

– Co tak bardzo kochasz w Vallerin?

– Czy to takie ważne? – westchnął anioł – Miłość nie potrzebuje powodów, czyż nie?

– Możliwe, nie znam się – przyznał Kolekcjoner. – W tej chwili jednak to dla mnie najistotniejsza kwestia. Powierzam w twoje ręce los jedynej osoby, którą kocham i muszę mieć absolutną pewność, że działasz z właściwych powodów. Przestań się migać i odpowiedz na pytanie.

Samael podłożył splecione dłonie pod głowę, ociągając się z mówieniem. Nie przywykł do rozmów o uczuciach, więc nie za bardzo wiedział, od czego miałby zacząć. Jeśli się nad tym zastanowić, od wieków nikt nie zapytał go o coś podobnego…od stuleci nikogo nie interesowało to, czy w ogóle zdolny był do odczuwania emocji. Spodziewał się, że Dragan jest zbyt ostrożny, by wierzyć mu na słowo, lecz pytanie o miłość do Vallerin mocno go zaskoczyło. Wejrzał w gwiazdy, próbując znaleźć spokój w ich ulotnym pięknie.

– Zadajesz trudne pytania, wiesz?

– Nie bawi mnie wypytywanie o oczywistości. Jesteśmy na siebie skazani, bracie – Dragan uderzył Sammy’ego w ramię. – Od dnia naszego pierwszego spotkania. Gdzie bym się nie ruszył, ty idziesz w ślad za mną i odwrotnie. Przez całe swoje życie czuję twój oddech na swoim karku, co nie ukrywam, jest całkiem przyjemne. Ty jesteś Śmiercią, ja twoim heroldem. Jeśli chodziłoby wyłącznie o mnie, nie bawiłbym się w wątpliwości i po prostu ci zaufał, tak jak zawsze. Odnośnie mojej pani, muszę mieć pewność.

– Nie jestem pewien, czy uda mi się oddać wszystko słowami – perłowooki skwitował z cieniem rezygnacji. – Chyba będzie lepiej, jeśli powiem ci, jak postrzegam Vallerin. Ciężko mi pojąć, jak można być tak bezgranicznie ciepłą, cierpliwą i łagodną istotą. Od wieków szukam odpowiedzi, dlaczego postanowiła darzyć śmiertelnych równie wielką troską. Skąd w tym drobnym ciele tak wiele wyrozumiałości, wrażliwości na ludzką krzywdę i żelaznego uporu? Wiesz, że nigdy nie odważyłem się jej dotknąć? – zaśmiał się melancholijnie – Boje się, że mój dotyk mógłby ją skrzywdzić. Jest tak krucha, eteryczna i ulotna…niczym najpiękniejsze spośród wspomnień. Zupełnie inna ode mnie. Przez tę przepaść między nami, kocham ją jeszcze bardziej. Vallerin jest wszystkim, czym ja nigdy nie będę. Patrząc na nią dostrzegam to, o czym przez długie wieki usiłowałem zapomnieć. Widzę w niej bezwarunkową miłość, kwitnącą pomimo wszelkich przeciwności lodu. Nie zważającą na ból odrzucenia oraz kolejnych, dołujących zdrad. Gotową wybaczyć i okazać serce, choć nie powinno być to możliwe. Tak podobną do miłości, którą emanował Ojciec – ledwo wymruczał ostatnie słowo – cierpliwą i niezłomną. To daje mi nadzieję, że któregoś dnianawet ja stanę się godzien przebaczenia i będę mógł wrócić do domu, chociaż nie zawsze jestem pewien, czy tego właśnie chcę. Kiedy myślę o Vallerin, gniew przestaje mnie zaślepiać. Opuszcza moje ciało i pozwala spojrzeć na świat tak, jak zawsze powinienem. Z pokorą. Wielbię ton jej głosu oraz subtelnie ukrywające się w nim emocje. Wielbię brzmienie każdej litery, którą wypowiada. Pamiętam wszystkie nasze rozmowy i często wracam do nich myślami tylko po to, by przywołać wspomnienie przepięknej melodii jej głosu. Kiedy słyszę jej śmiech, tracę zmysły. Oddałbym wszystko, byleby mogła śmiać się bez końca – uniósł dłoń, jakby chciał pochwycić jedną z nieosiągalnych gwiazd. – Kocham jej oczy, zarówno ich szlachetny błękit, jak i nieustępliwy płomień. Zrobię wszystko, żeby była szczęśliwa, chociażbym musiał rozpętać kolejną wojnę. Bez znaczenia czy przeciw Ojcu, bratu, czy obydwóm. Nie jestem na tyle naiwny, by nie wiedzieć, że u mego boku mój bezcenny kwiat nie zazna radości. Jestem tylko śmiercią, beznadziejnie zakochaną w najcudowniejszym odzwierciedleniu życia. Będę najszczęśliwszą Bożą istotą, jeśli kryjąc się w ponurym cieniu, będę mógł patrzeć na jej uśmiech.

– Więc nie kochasz tego, co w niej tkwi? – głos Luthera zabrzmiał twardo, bez mała oskarżycielsko – Cienia Lilith, wciąż żyjącego w Vallerin? To nie on przyciąga cię ku mojej pani?

– Lilith odeszła dawno temu – Sammy odpowiedział z lodowatym przekonaniem. – Jako Anioł Śmierci wiem o tym najlepiej, dzieciaku. To, co mnie z nią łączyło mogę najtrafniej określić jako fascynację. Przemożne pożądanie podsycane gniewem, który w nas wrzał. Ona nienawidziła Ojca za marginalizowanie jej pozycji, ja za to, że mnie odtrącił zamiast zwyczajnie zniszczyć. Nieustannie wzrastała w nas żądza siania zagłady, ponieważ całymi sobą gardziliśmy dziełami Ojca i chcieliśmy ich unicestwienia. Dążyliśmy do odebrania stwórcy jego ukochanego dzieła – świetliste oczy zasnuł cień dawnej wściekłości. – Ten świat był dla nas tylko przerośniętym placem zabaw, który stał się ważniejszy od nas. Zaślepieni furią wierzyliśmy, że niszcząc dzieło stworzenia, ukarzemy Ojca za naszą krzywdę. Lilith była taka sama jak ja. Wściekła, nieokiełznana, zagubiona i destrukcyjna. Nasz płomienny romans pozostawiał za sobą jedynie zgliszcza oraz wypaloną ziemię, namokłą od krwi. To, co nas łączyło powoli gasło. Ten gwałtowny żar musiał zniknąć równie szybko, jak się pojawił. Przestawałem rozumieć Lilith i podzielać jej aspiracje, które sięgały coraz to dalej. Szał destrukcji wzmagał w niej złudne poczucie rosnącej potęgi, któremu poddała się bez reszty. Zaczęła wierzyć, że przewyższa samego Ojca. Nie chciała już zemsty za co, co nam zrobił, a strącenia go z tronu i zajęcia jego miejsca. Nie jestem święty, o czym doskonale wiesz, ale nie byłem w stanie uczestniczyć w tym bluźnierstwie. Patrząc z perspektywy czasu, nie mogę powiedzieć, że kochałem Lilith i nie sądzę, by ona kiedykolwiek kochała mnie. Nie rozumiałem, czym jest miłość, ani jej nie posmakowałem, dopóki nie spotkałem Vallerin. Wcześniej miłość była tylko jednym z tysięcy, pozbawionych znaczenia słów. Nie będę cię okłamywał, bracie – upadły zerknął w turkusowe oczy. – Dostrzegam w Vallerin cząstkę Lilith, co na samym początku zaintrygowało mnie w Lady, ale nie z tego powodu ją pokochałem. Jestem świadomy tego, że Vallerin mi nie wierzy, lecz jej brak zaufania niezbyt mi przeszkadza. Też bym sobie nie wierzył – zaśmiał się perliście. – Będę przy niej, powtarzając, że ją kocham i udowadniając to czynami, aż w końcu mi uwierzy. Mam na to całą wieczność.

Luther uderzył przyjaciela w klatkę piersiową, uśmiechając się szelmowsko. Nie spodziewał się, że uosobienie najupiorniejszej spośród ostateczności potrafi tak pięknie mówić o uczuciu, będącym domeną ludzi. On sam niewiele zrozumiał z tego wywodu. Narodził się bez naturalnej umiejętności wczuwania się w uczucia, o których nie wiedział za wiele i nie próbował dowiedzieć się więcej. Ten typ oschłości emocjonalnej doskonale pasował do jego osobowości, pozwalając mu sięgać znacznie dalej niż innym żywym istotom. Z czegoś, co mogło być uznawane za przekleństwo, uczynił niezawodną broń w przekraczaniu kolejnych granic. Pewnie gdzieś tam w oddali istniał mur, o który musiał w końcu się rozbić, lecz póki co nie dostrzegał go na horyzoncie. Nie był pewien, czy powinien jakkolwiek skomentować słowa Sammy’ego, więc postanowił podstawić na zaczepne poczucie humoru.

– Nie ma za co – zaśmiał się, kładąc głowę na ramieniu kompana.

– Co?

– Durny pierzasty – zakpił z przekąsem. – Dzisiejszą prośbą dałem ci doskonałą sposobność do pokazania Vallerin, że ci na niej zależy. Nie ma za co.

– Jesteś strasznie upierdliwy, wiesz? – anioł przewrócił oczami.

– Jak wszyscy młodsi bracia – Luther wzruszył ramionami. – Ufam ci, braciszku. Sprowadź naszego aniołka całego i zdrowego.

– Taki jest plan, smarkaczu. Możesz przekazać jej prezent ode mnie?

– Pod warunkiem, że też jakiś dostanę! – kruczowłosy usiadł, śmiejąc się w głos.

– Nie wystarczy ci, że nie zaciągnę cię siłą do mojego królestwa? – ton upadłego zdradzał mało wiarygodną groźbę.

– Mnie? Do zaświatów? – turkusowooki umiejętnie sparodiował zdumienie – Strasznie byś się nudził, gdyby zabrakło mnie pośród twoich znienawidzonych śmiertelnych. Kto wysyłałby ich na przyspieszone spotkania z tobą?

– Mało to świrów włóczy się po ziemi?

– Chyba nie masz mnie za pierwszego lepszego szaleńca! – Luther rzucił z cieniem urazy – Który z nich jest równie przystojny i wyrafinowany jak ja?

– Czy przystojny i wyrafinowany to nie wiem, ale z całą pewnością żaden z nich nie jest równie wkurwiający – białowłosy zaśmiał się, po czym wstał z podłogi. – To jak? Zaczekasz chwilę?

– Wiesz, gdzie mnie szukać.

Luther puścił oczko kompanowi i powtórnie rozłożył się na zimnych kamieniach.

CZARNA RÓŻA

               Dragan po spotkaniu z Samaelem wrócił do rezydencji, niekoniecznie mając ochotę na rozmowę z uciążliwymi dinozaurami. Nie miał szans uniknąć pogadanki, bowiem Lordowie w napięciu wyczekiwali jego przybycia, a jak już się przyczepili, to odczepić się nie mogli. Niemalże zaciągnęli Luthera na taras, zamierzając wyciągnąć z niego wszystkie szczegóły newralgicznego spotkania. Kruczowłosy poinformował ich lakonicznie, że mają pełne wsparcie Anioła Śmierci, nie zamierzając zbytnio się rozgadywać. Ani Arien, ani Damon nie przyjmowali do wiadomości tego, że upadły nie zażądał niczego konkretnego w zamian za tak olbrzymią przysługę – w zachowaniu Samaela usilnie dopatrywali się jakiegoś podstępu, którego z całą pewnością pożałują w nieodległej przyszłości. Turkusowookiemu znudziło się zapewnianie tych dwóch buców o przychylności Sammy’ego, więc zwyczajnie zostawił Phoenix’ów samych i poszedł do pokoju Vallerin. Arien wprowadził siostrę w głęboki, leczniczy sen, by dać jej ciału szansę na odpoczynek. Dragan podszedł do łóżka swej Lady, po czym położył się obok niej i delikatnie ujął jej kruchą dłoń. Patrząc na nią wróciło to dziwne uczucie niezmąconego spokoju, podszywanego podświadomym strachem – nie chciało go opuścić nawet teraz, gdy już wiedział, że Samael zrobi wszystko, żeby jej pomóc. Poprawił ogniste włosy przyjaciółki, zakładając długie pasma za jej prawe ucho – tak, jak lubiła najbardziej. Musnął palcami chłodny policzek dziewczyny.

– Wytrzymaj jeszcze, aniołku – uśmiechnął się półgębkiem. – Mam dla ciebie prezent od Sammy’ego.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej marynarki i wyciągnął z niej pojedynczą różę, o smolistych, aksamitnych płatkach. Wplótł kwiat we włosy Lady, starając się uważać na kolce. Samael, wiele lat temu, potajemnie zasadził w ogrodzie Vallerin krzew tych niezwykłych kwiatów, pochodzący wprost z jego odległego królestwa. Upadły chciał w ten sposób sprawić przyjemność ukochanej i poczuć, że w jakimś sensie jest cały czas blisko niej. Trafił doskonale. Panna Crown pokochała czarne róże, które stały się jej ulubionymi kwiatami. Lata troski o podarowany krzew poskutkowały przemienieniem jednego krzaczka w cały różany ogród, w którym zaszywała się z książką w dłoni. Dragan uśmiechnął się łagodnie. Jego pani nie miała pojęcia, że patrząc z radością na czarne róże uszczęśliwiała mężczyznę, który wiedziony szczerym uczuciem trzymał się z dala od ukochanej, by jej nie ranić. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 708
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!