Synowie

Rozdział 1.


Kalliope

Nie, nie, nie! Nie zdążyłem nawet głośno zaprotestować, gdy wszystko co widziałem w jednej chwili rozmyło się wokół mnie. Nie czułem już miękkiego dywanu pod stopami, ani nie czułem delikatnego aromatu kawy, który unosił się w salonie. Przez przerażające sekundy miałem wrażenie, że spadam z wysoka z zabójczą szybkością. Niemal słyszałem świst wiatru wokół siebie. Wtedy dotarł jednak do mnie dziwny dźwięk… szczęk metalu? Nie miałem nawet czasu o tym pomyśleć czy zastanowić się nad tym, ponieważ nagle z krótkim okrzykiem wpadłem na coś. A raczej kogoś, bo przedmioty martwe nie wydają z siebie pełnego zaskoczenia sapnięcia.

Jęknąłem, czując się obolały po tej nagłej podróży. Nie wątpliwie nie byłem już w swoim domu i ta myśl mnie niepokoiła. Tylko tam czułem się naprawdę bezpieczny.

– Witaj, loczku – mruknął chłopak, na którym najwidoczniej wylądowałem. – Aż taki cudny jestem, że lecisz na mnie?

Spojrzałem na niego zmieszany, unosząc się na dłoniach, które oparłem na jego piersi. Cóż za upokorzenie, pomyślałem, zbierając się niezdarnie. Przełknąłem ślinę, czując wpływający mi na policzki rumieniec i nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy.

– Nie wyglądasz na kogoś z obozu… – zauważył.

– Philio! Nic ci nie jest? – obok nas pojawił się wysoki, rudowłosy chłopak.

Niezdarnie wstałem z chłopaka i otrzepałem się z piasku. Krytycznie spojrzałem na swoje ubranie, założenie białych spodni było błędem, ale kto by pomyślał, że będę się tarzał po ziemi. Skrzywiłem się delikatnie, próbując jakoś uratować swój wygląd.

– Czyścioszek z ciebie? – parsknął Philio, wstając z pomocą rudowłosego.

Zlustrowałem go urażonym spojrzeniem. Ciemno brązowe, rozwichrzone włosy i pełne rozbawienia, jasno szare oczy, chłopak był spocony, a po jego ubraniu mogłem stwierdzić, że nie wylądował na ziemi pierwszy raz. Złapałem się na tym, że przyglądam mu się o moment za długo.

– Em… – pierwszy raz od bardzo dawna zabrakło mi słów.

– Philio Ramsey – wyciągnął w moją stronę dłoń, posyłając mi uśmiech. – Nie obrażaj się. Żartowałem. Witam w Obozie Półkrwi.

– Co? Nie… – jęknąłem, obracając się dookoła własnej osi i patrząc na obcy krajobraz. Gdyby nie okoliczności mógłbym nawet uznać to miejsce za ładne i z chęcią namalowałbym skrzącą się w słońcu tafle jeziora. Spojrzałem w stronę nieba, czując ciepłe promienie słońca na twarzy. – Zemszczę się… – wymruczałem pod nosem.

– Philiuś chyba zostałeś zignorowany – powiedział udawanym szeptem rudowłosy chłopak.

– Zauważyłem.

– Przepraszam – westchnąłem, podchodząc, by potrząsnąć lekko jego ciepłą dłonią. – Miło mi cię poznać Philio. – przywitałem się z małym uśmiechem

– Przybyłeś tu by dołączyć? – uśmiechnął się chłopak stojący za Philio.

– Co? Nie… – zmarszczyłem brwi. – Mam najwidoczniej głupią misje…

– Powinieneś się cieszyć! – uniosłem brew, nie rozumiejąc jego entuzjazmu. – Taka okazja…

– Ah, zagrożenie życia i śmiertelne rany… Legendarne potwory próbujące wyrwać ci ostatnie tchnienie aż żal odpuścić sobie taką okazję – powiedziałem z ironią.

– Sądzę, że powinniśmy iść do twojego ojca – mruknął brązowowłosy.

– Co? Nie, błagam. Wstyd mi tylko przyniesie. Chodźmy do Chejrona, on też da radę – powiedział rudowłosy i pchnął Philio i mnie w stronę lasku. Zachichotałem rozbawiony słowami chłopaka.

– Kim jest twój ojciec? – zapytałem z wrodzoną ciekawością.

– Dionizos – mruknął chłopak.

– O – zerknąłem na niego. Przez chwilę szliśmy w ciszy, więc miałem czas na rozejrzenie się. – Czemu idziemy do tego Chajrona? Nie mogę po prostu wrócić do domu?

– Chejrona – poprawił mnie brunet. – Jeśli dostałeś misję od bogów nie możesz jej tak po prostu ignorować.

– Niesprawiedliwość – jęknąłem z niezadowoleniem.

– Wydajesz się mało chętny by ją wykonać – powiedział, a rudowłosy chłopak pokiwał głową.

– A czemu miałbym się z tego cieszyć? – zapytałem, mrugając i patrząc na nich jak na inną formę życia.

– Dla każdego herosa to wielkie wyróżnienie, gdy bogowie powierzają nam misję – odparł Philio. Miałem ochotę przewrócić oczami, gdy zauważyłem, że on tak naprawdę. Co za dziwni ludzie. Pokręciłem głową i posłałem mu słodki uśmiech.

– Mogę ci ją oddać.

– Najpierw rozmowa z Chejronem – powiedział.

Otworzyłem usta chcąc zaprotestować, ale nie odezwałem się słowem, wzdychając i mierząc go pochmurnym spojrzeniem. Miałem małą nadzieje, że zgodzi się zając tą misją zamiast mnie. W końcu on i jego przyjaciel wydawali się bardziej nią zainteresowani. Oczywiście to było by za proste, tak łatwo nie mogłem się z tego wywinąć. Skrzywiłem się lekko i kopnąłem szyszkę, która akurat znalazła się przede mną.

– Ał! – usłyszałem nagle damski pisk, na co otworzyłem szeroko oczy i spojrzałem przed siebie.

– Ale masz cela, prosto w tą wkurz… znaczy KOCHANĄ Lilian! – chłopak od razu się poprawił, gdy w naszą stronę kierowała się opalona blondynka. Zrobiłem wielkie oczy, patrząc na nią i czując pieczenie na policzkach.

– Na cholerny rydwan mojego ojca… – wymruczałem nieszczęśliwie. Nie ma to jak wyładować swoją frustrację na bogu winnej dziewczynie. Zrobiłem parę kroków w jej stronę. – Przepraszam! Nie zrobiłem ci krzywdy, prawda?

– Oh… Nic się nie stało – na policzkach dziewczyny także pojawiły się zdradliwe rumieńce. Włożyła kosmyk włosów za ucho i zamrugała błękitnymi oczami. – Jesteś nowy? Jestem Lilian.

– Ulżyło mi, skrzywdzić taką piękność… – westchnąłem delikatnie, a następnie posłałem jej promienny uśmiech. – Możesz mi mówić Kall.

– A mi to nawet się nie przedstawił… – zamarudził z tyłu Philio.

– Miło cię poznać – uśmiechnęła się i odwróciła do machających jej dziewczyn. – Muszę iść. Do zobaczenia.

Odprowadziłem ją wzrokiem, uśmiechając się szerzej, gdy obróciła się przez ramię, by na mnie spojrzeć, a następnie spojrzała na przyjaciółki i chichocząc, wspólnie oddaliły się rozmawiając o czymś zaciekle i parę razy jeszcze ciekawsko zerkając przez ramię na mnie. To było urocze zachowanie, pomyślałem.

– Cholera, ta suka była miła – rudowłosy złapał się za głowę. – Chyba trzeba to opić i zapisać datę.

– To tylko dziewczyna, nie harpia czy Meduza – przewróciłem oczami i spojrzałem na nich, widząc dwie pary oczu wpatrzonych we mnie. Speszyło mnie to trochę. – Co?

– Dużo jeszcze przed tobą – pokręcił głową chłopak i ruszyliśmy kolejny raz.

Droga wkrótce wyprowadziła nas na podwórze przed domem wyglądającym na dość stary. Minęliśmy krzywy, biały płot i stanęliśmy naprzeciwko budynku. Jego ściany były pomalowane obrzydliwym odcieniem błękitu, który nie nadawał się na wykorzystanie go jako kolor jakiegoś domu. W dodatku farba odłaziła od desek i wszystko wyglądało obskurnie, niczym dom z horrorów, które czasem oglądałem z mamą. Przyjrzałem się mu z niesmakiem, ale szybko zapomniałem o nim na widok prawdziwego centaura. Mężczyzna, jeśli tak mogę powiedzieć, zszedł z werandy i widząc nas skierował się w naszą stronę.

– Widzę nową twarz wśród was – centaur uśmiechnął się.

– Gdzie mój szkicownik, gdy go potrzebuje – mruknąłem, przyglądając się z fascynacją ludzkiej części jego ciała, a następnie końskiej i wyobrażając już sobie wszystkie szkice jakie mógłbym wykonać. Szczególnie, gdybym starał się uchwycić jego ruch. Dziki centaur polujący w środku lasu…samotny z łukiem w dłoni… niebezpieczny…

– Syn Apolla? Jestem Chejron – ciemnowłosy mężczyzna uśmiechnął się i wyciągnął w moją stronę dłoń.

– Skąd wiesz? – zapytałem nieufnie, wracając przez to jedno pytanie do rzeczywistości.

– Gdzieś ty się wychował? – parsknął rudowłosy.

– Isaac’u nie bądź niemiły. Twój ojciec wrócił – powiedział Chejron.

Chłopak natychmiastowo zamilkł i rozejrzał się, jakby oczekiwał, że bóg wina i dobrej zabawy zaraz wyskoczy nam zza pleców. Właściwie chciałbym go poznać, byłem ciekaw jaką jest osobą. Ojciec kiedyś wspomniał o niezapomnianej imprezie z Dionizosem… Uśmiechnąłem się delikatnie na wspomnienie rozmów z ojcem.

– Odpowiadając na twoje pytanie wychowałem się w jednej z najbogatszych dzielnic Nowego Yorku – powiedziałem, zerkając na rozpadający się budynek.

– Pomówicie sobie o tym później. Kall ma misje, Chejronie – brązowowłosy przeczesał burzę swoich włosów i łapiąc je, związał w mały koczek na czubku głowy. – I nie jest chętny do wykonania jej.

– Chyba szykuje nam się rozmowa przy herbatce i truskawkach.

I to nie był żart. Naprawdę zaparzył dzbanek herbaty, a na stole położył miskę z soczystymi truskawkami. Od razu też ją zarekwirowałem i zajadałem się, nie przejęty ich rozmowami. Czekałem tylko aż ktoś weźmie ode mnie obowiązek wypełnienia misji i wracam do domu. Może napisze wiersz o tym dniu…

– Kall? – usłyszałem swoje imię, na co niechętnie podniosłem głowę. Wgryzłem się w truskawkę, powoli przeżuwając nim odezwałem się.

– Przepraszam, jakie było pytanie? – wybrałem kolejną truskawkę, jedną z tych większych i smaczniejszych, słodka i soczysta. Mniam.

– Wyłączyłeś się, prawda? Eh… Chciałem wiedzieć kto zlecił ci misję i na czym ma polegać. Rozgadaliśmy się nie na temat, a mieliśmy mówić o twoim zadaniu.

– Artemida i pośrednio Ares… to on mnie tu wysłał, zanim nawet zdążyłem zaprotestować! – zacząłem się burzyć i rozwodzić nad swoim biednym losem, robiąc krótkie przerwy na wgryzienie się w kolejny owoc. Chyba cudem się nie zakrztusiłem.

– Mógłbyś przestać obrażać mi ojca – burknął Philio. Zamrugałem i spojrzałem na niego, dopiero teraz dostrzegając Isaac’a prawie duszącego się od powstrzymywania śmiechu.

– Co – mruknąłem i po chwili zrozumiałem. – Oh… właściwie jest między wami pewne podobieństwo – przekrzywiłem lekko głowę, nachylając się w jego stronę. – jesteście tak samo irytująco-bezczelni! I złośliwi!

– Co? Niby gdzie byłem irytująco-bezczelny i złośliwy?! – prychnął, mrużąc oczy.

– Od samego początku taki byłeś – odparłem, unosząc dumnie podbródek i odwracając demonstracyjnie głowę. Brunet zaczął mamrotać pod nosem i wyszedł z domu.

– Chyba się obraził – parsknął Isaac.

– Dzieciak – powiedziałem z pełnymi ustami. Chejron spojrzał na mnie z łagodnym uśmiechem na ustach.

– Wydajesz się od niego młodszy…

– Ale to on zachowuje się jak dziecko – odparłem na swoją obronę. Chejron parsknął, upijając łyk herbaty.

– Nie chcę cię obrażać, jednak to ty chcesz się wymigać od misji.

– Jestem za piękny, by umierać – westchnąłem, odchylając głowę do tyłu. – Nie jestem przygotowany do walki o swoje życie.

– Gdybyś wcześniej słuchał, to wiedziałbyś, że Philio zaproponował abyśmy wykonali ją razem… – powiedział rudowłosy. Spojrzałem na niego lekko zdziwiony.

– Czemu mielibyście to zrobić? – zapytałem skonsternowany.

– Jesteśmy herosami. Po części bogami, po części ludźmi. Niesiemy nadzieję, pokonujemy potwory lub utrzymujemy je na odległość. Musimy sobie pomagać, bo niby kto inny nam pomoże? Większość bogów siedzi na Olimpie i raduje się swoją nieśmiertelnością, bez obrazy naszym rodzicom.

Obróciłem się w stronę drzwi, wydymając wargi i wpatrując się lekko zagubiony w Philio. Wkurzało mnie, że nie potrafiłem zrozumieć tego ich oddania sprawie. Czemu mieliby ryzykować własne życie, skoro nikogo to i tak nie obchodzi? Mieli tego świadomość, a i tak chcieli walczyć. Zmarszczyłem brwi, patrząc na niego i nawiązując chwilowy kontakt wzrokowy. Skąd w nich taka wola walki? Zacisnąłem wargi, obracając się i odstawiając miskę na stół. Nie chciałem ruszać na niebezpieczną wyprawę, nawet jeśli miałbym mieć towarzystwo.

– Powiedzieli ci do kiedy masz to wykonać? – spytał Chejron. Z cichym pomrukiem skoncentrowałem wzrok na jego twarzy. Ciepłym spojrzeniu i delikatnych zmarszczkach w kącikach oczu, widać było, że dużo się śmiał.

– Mówili, że to pilne… i że mam ruszać oraz coś o zagrożeniu… możliwe, że wspominali świątynie ojca w Delfach… – próbowałem przypomnieć sobie coś o terminie wyprawy.

– Przynajmniej wiadomo gdzie zacząć – mruknął brunet oparty o framugę drzwi. – Ruszymy za dwa dni. Musimy się przygotować.

– Czemu ty rządzisz? To moja wyprawa! – prychnąłem, obracając się w jego stronę. Chłopak uniósł brew i posłał mi perfidny uśmieszek, za który miałem ochotę wydrapać mu oczy. Miałem jednak swoją dumę, więc wstałem z fotela. – Widzimy się za dwa dni.

– Liczyłem, że zostaniesz. Chciałem sprawdzić czy potrafisz choćby uciekać – cmoknął.

– Od ciebie na pewno. – odpowiedziałem głosem pełnym słodyczy, stojąc naprzeciwko niego.

– Jesteście jak stare, dobre małżeństwo – skomentował Isaac w szerokim uśmiechem.

– Kall, myślę, że bezpieczniej będzie jeśli tu zostaniesz, a przed wyjazdem będziecie mogli pojechać do ciebie po twoje rzeczy…

– A co w tym czasie mam nosić? – oburzyłem się.

– Na pewno Philio będzie chętny ci coś pożyczyć – powiedział rudowłosy, przeciągając się. Spiorunowałem go wzrokiem, na co chłopak uśmiechnął się promiennie, a w jego fiołkowych oczach pojawiły się radosne ogniki.

– Może jeszcze mam z nim spać? – spytałem niskim głosem, mając ochotę kogoś udusić. Możliwe, że pewnego bruneta o przeszywającym spojrzeniu.

– Jak chcesz, łóżko mam duże – poruszył sugestywnie brwiami Philio.

Poczułem fale gorąca i ciepło na twarzy. Ze złością odwróciłem wzrok i skierowałem się do wyjścia, próbując się przepchnąć obok bruneta. On jednak nie zamierzał się przesunąć, a nawet złapał mnie i obrócił tak, że teraz to ja byłem przyciśnięty plecami do framugi. Wydałem z siebie stłumiony jęk przez mało delikatne uderzenie. Skuliłem się nie przyzwyczajony do takich zagrywek. Jak nic będę miał przez to siniaka.

– Taki delikatny – zamruczał mi do ucha, na co przez moje ciało przeszły dreszcze. Spojrzałem w jego jasno szare oczy, które wyglądały z bliska niczym płynne srebro z jasnymi, cieniutkimi pręgami oraz ciemniejszymi. Otoczone ciemnymi rzęsami tworzyły niezwykły obraz.

– Chodź Philiuś, musimy posprzątać twój pokój.

Rudowłosy chłopak pociągnął bruneta do wyjścia, na co zostałem sam, opierający się o framugę. Powoli wypuściłem wstrzymywane powietrze i uspokoiłem walące serce, przykładając dłoń do czoła i zastanawiając się co to było. Przez ten krótki moment, gdy czułem jego ciało tak blisko siebie miałem wrażenie, że nie mogę oddychać. Nagłe chrząknięcie przypomniało mi o obecności Chejrona.

– Zaprowadzę cię do twojego domku, jestem pewien, że znajdziesz tam wszystko czego będziesz potrzebował – powiedział i wskazał mi dłonią, że mogę wyjść pierwszy. Co radośnie uczyniłem, by poczuć świeże powietrze na twarzy.

Gdy wyszliśmy wziąłem głęboki oddech. Musiałem się uspokoić. Niedaleko niebieskiego domu, w którym byliśmy, rosło wiele truskawek. Mogłem stwierdzi nawet, że było to całe pole. Zacząłem myśleć ile mógłbym ich zjeść… W ostatnim momencie uchyliłem się przed piłką lecąca w moją stronę.

– Sorki! – zawołała jakaś dziewczyna stojąca na piaszczystym boisku do siatkówki. Minęliśmy kilka budynków i weszliśmy w ‘strefę domków’. Nie wiedziałem jak inaczej to nazwać.

– Na pewno ucieszy cię fakt, że dzieci Apolla mają dom obok dzieci Aresa – uśmiechnął się Chejron i w końcu zatrzymał się przed jednym z nich.

– Skacze z radości – mruknąłem ponuro. Ktoś musiał mnie nienawidzić albo Apollo bardzo, ale to bardzo naraził się Mojrą i teraz ja za to cierpię. Innego wytłumaczenia nie mogło być. Zdobyłem się jednak na uprzejmy uśmiech w stronę ciemnowłosego mężczyzny. – Dziękuję. – wspiąłem się po trzech schodkach i sięgnąłem po klamkę.

Mężczyzna kiwnął głową i ruszył w sobie znane miejsce. Westchnąłem, zamykając za sobą drzwi i rozglądając się po średniej wielkości pomieszczeniu, które musiało być salonem. Ściany z jasnego drewna były puste, pod nimi znajdowało się parę regałów z książkami i paroma pierdołami, wszystko jednak było ułożone i wydawało mi się, że miało swoje stałe miejsce. Na parapecie dostrzegłem doniczki z żółtymi kwiatami, a w powietrzu unosiła się delikatna woń ziół. To miejsce miało w sobie coś kojącego.

– Hejka – spojrzałem wystraszony na siedzącego w fotelu blondyna. Chłopak wstał radośnie i odstawił książkę na drewniany stolik. – Nazywam się Will.

– Kall – odparłem, przyglądając mu się z ciekawością. Wyglądał dość niewinnie. Blond włosy okalały jego okrągławą twarz z zadartym noskiem, a niebieskie oczy wpatrywały się we mnie ciekawsko.
Nagle zamrugał i uniósł palec do góry i wycelował go we mnie.

– Jesteś synem Apolla?

– Zgadza się. – potwierdziłem, na co pokiwał głową, jakby takiej odpowiedzi się spodziewał.

– Więc jesteś moim bratem.

Jego różowawe usta wygięły się w uśmiech i podszedł do mnie.

– Jest jakiś wolny pokój? – spytałem. Blondyn poprowadził mnie na piętro.

– Tu są lepsze sypialnie, te na dole są brzydkie – wytłumaczył, odpowiadając w ten sposób na moje pytanie. – Z dzieci Apollo tylko my przebywamy teraz w obozie, więc wszystko jest nasze. W sumie możesz sobie wybrać, którą chcesz. Moja jest ta z kwiatkami na drzwiach.

Spojrzałem na białe, drewniane drzwi z namalowanymi słonecznikami.

– Sam je malowałeś? – spytałem, widząc, że reszta drzwi jest jedynie biała, bez żadnych ozdób.

– Tak. Nawet mi wyszły, choć wtedy dopiero uczyłem się malować na drewnie.

Uśmiechnąłem się i zajrzałem do paru małych sypialni, nim wybrałem tą gdzie biel została podkreślona przez delikatną seledynową zieleń. W tym kolorze były zwiewne zasłony przy oknie, poduszki i koc położony w nogach średniej wielkości, jednoosobowego łóżka. Oprócz niego był tu jeszcze regał na książki, małe biurko i szafa. Tylko najpotrzebniejsze meble, dzięki czemu miałem jeszcze dużo miejsca, jeśli chciałbym coś tu dodać. Nie wiem czemu tak mi na tym zależało, skoro najprawdopodobniej nie wrócę tu już, gdy opuszczę to miejsce. Westchnąłem, siadając na łóżku.

– Masz jakiś ulubiony kwiat? – spytał Will, stojąc w drzwiach. Zamyśliłem się i stwierdziłem, że nie potrafię mu udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

– Dzika róża… fiołki… czerwone róże, ale na krzaku nie obcięte i umierające w wazonach – dodałem i spojrzałem na niego. Chłopak zaśmiał się i pokiwał głową.

– Mogę namalować je na twoich drzwiach?

– Jeśli chcesz – odparłem i przeciągnąłem się, nie sądziłem, że byłem aż tak zmęczony. – Nie obrazisz się jeśli się zdrzemnę?

– Czemu miałbym? – parsknął. – Jeśli chcesz, obudzę cię tak jak będę szedł na kolację.

Pokiwałem głową i ściągnąłem buty, gdy chłopak zamknął drzwi mojego pokoju zostawiając mnie samego. Opadłem na miękki materac, mrucząc i wyciągając się na łóżku. Przytuliłem się do jednej z poduszek, wzdychając i zamykając oczy. Dość szybko poczułem jak odpływam.

*

Wykąpany i przebrany w pożyczone ubrania od Willa szliśmy do pawilonu, w którym mieliśmy zjeść kolację. Czułem się dziwnie widzący tyle osób, nie chodziło już nawet o to, że połowa z nich chodziła z bronią, a o samą ich obecność. Nie byłem przyzwyczajony do przebywania z taką ilością osób. Przyglądałem im się, idąc obok Willa i zastanawiając się czy tak czułbym się w publicznej szkole. Pewnie tak, ale po jakimś czasie zacząłbym się przyzwyczajać.

– Cześć, Lilian – przywitałem się, gdy minęliśmy ją i jej przyjaciółki w drodze do stolika.

– Oh, Kall – uśmiechnęła się. – Chcesz usiąść z nami?

– Um… Jasne, czemu nie – wzruszyłem ramionami i spojrzałem na Willa, który puścił mi oczko odchodząc.

Usiadłem naprzeciwko dziewczyny, a reszta z delikatnymi uśmiechami przywitała się ze mną. Poprzez rozmowy z nimi dowiedziałem się trochę o obozie i zajęciach w jakich biorą udział oraz czemu noszą broń. Potem zeszliśmy na luźniejsze tematy i poczułem się jak zwykły nastolatek, który spotkał się z grupą znajomych. To było takie normalne… Po skończonej kolacji dziewczyny zaczęły mnie namawiać mnie abym dołączył do nich przy ognisku. W obozie podobno było to już tradycją, że dzień kończyli zabawą przy ognisku.

– Kall – obok mnie pojawił się rudowłosy chłopak z uśmiechem na twarzy. – Chodź do nas.

– Miałem pójść z dziewczynami… – mruknąłem, ukradkiem rozglądając się za jego przyjacielem.

– Córeczki Afrodyty już namieszały ci w głowie? No chodź, jeśli będziesz chciał później do nich dołączysz.

Dziewczęta oburzyły się przez jego dość niemiłe słowa, posyłając mu rozzłoszczone spojrzenie i każąc mu odejść. Isaac nie był im dłużny i oznajmił, że beze mnie nie ruszy się z miejsca. Na podkreślenie wagi swoich słów objął mnie lekko od tyłu. Drgnąłem, a następnie wstałem z westchnieniem i posłałem mały uśmiech w stronę Lilian, która wyglądała na delikatnie zawiedzioną.

– Widzimy się na ognisku?

– Jak tylko pozwolą ci do nas dołączyć – odparła. Prychnąłem lekceważąco.

– Nie oni o tym zadecydują. Baw się dobrze, Lili – z ostatnim uśmiechem w jej stronę obróciłem się i odszedłem od stolika ich domku.

– Chodź się z nami napić – objął mnie Isaac i ruszył ze mną w stronę jednego z bardziej oddalonego stolika.

– Puść mnie, nie pije – powiedziałem spokojnie.

– Synowi Dionizosa nie odmawia sie picia – mruknął. – No chodź, tylko troszeczkę.

– Przecież idę, ale nie musisz mnie obejmować – westchnąłem, zerkając na niego. – Zmienisz wodę w wino, synu Dionizosa?

– A żebyś wiedział że tak! I to najlepsze jakie piłeś! – zaśmiał się. Pokręciłem głową i odsunąłem się od niego, siadając przy stole i sięgając po talerzyk z ciastkami. Tak samo jak wcześniej tego dnia miska z truskawkami, przywłaszczyłem sobie talerz i wsunąłem do ust ciastko z kawałkami czekolady.

– Philip, Zack – nagle do stolik podszedł niski mężczyzna z czarnymi, kręcącymi się włosami i fioletowymi oczami. Miał lekko poczerwieniały nos i policzka. Zamrugałem widząc, że ubrany jest w żółta koszulę w kaczuszki i szorty.

– Ojcze idź sobie – zamarudził rudowłosy. Mężczyzna, najwidoczniej Dionizos zmarszczył nos i upił łyk coli z puszki jaką trzymał w dłoni.

– Bądź miły. Nowa twarzyczka wśród was – wskazał na mnie palcem. Ugryzłem ciastko, przyglądając mu się i wymieniając z nim lustrujące spojrzenia.

– Tata dużo o panu mówił – powiedziałem w końcu z lekko złośliwym uśmiechem.

– Ah tak? A kim jest twój tatko? – usiadł na przeciwko mnie, na co Isaac jęknął.

– Najwspanialszy, najbardziej utalentowany i najprzystojniejszy z przystojnych Apollin – odparłem z nutką dramatyzmu w głosie.

– Czy taki najwspanialszy to ja nie wiem. Teraz słynie ze swoich beznadziejnych powiedzonek, czy jak to on nazywa haiku – powiedział. – Jest także arogancki i egocentryczny.

– Jego haiku jest okropne, ale nikt nie jest bez wad – wzruszyłem ramionami i wskazałem na niego nadgryzionym ciastkiem. – Pan sam jest arogancki.

– Ty również. I połowa tutaj dzieciarni – odparł.

– Nie mogę zaprzeczyć – uśmiechnąłem się.

– Hm. Nie mam ochoty cię zabić. Ciesz się – mruknął pod zaczerwienionym nosem mężczyzna i wstał.

– Okej? – uniosłem brew i napotkałem spojrzenie Isaac’a. – Co?

– Nic – pokręcił głową. – Pójdziesz już sobie?

Zwrócił się do Dionizosa, na co mężczyzna wywrócił oczami i odszedł w sobie znaną stronę. Cóż, to była ciekawa rozmowa, pomyślałem i sięgnąłem po kolejne ciastko, ale ku mojemu rozczarowaniu talerzyk był pusty. Spojrzałem na siedzące przy stoliku osoby.

– Ciastka się skończyły.

– Zjadłeś je wszystkie – mruknął Philio i napił się najprawdopodobniej wina z kielicha.

– Dobre były – stwierdziłem, jakby to miało wszystko wyjaśnić. – Nie idziemy na to ognisko? Zawsze upijacie się w samotności?

– Spokojnie, na początku są sami najmłodsi – powiedział. Westchnąłem, opierając głowę na dłoni i wydymając lekko wargi.

– I mam tu tak z wami siedzieć?

– Ale maruda z ciebie, loczku – wywrócił oczami brunet. – A więc chodźmy coś porobić, bo zanudzisz się na śmierć.

– Nie nazywaj mnie tak – syknąłem ze złością, wstając i nie czekając na nich skierowałem się prosto przed siebie. Może jeszcze mogę uciec do dziewczyn?

– Nie uciekaj – Isaac dogonił mnie. – Nie miał niczego złego na myśli… Charakter Philio jest zawiły, ale nie jest tylko wrednym dupkiem.

– Co nie zmienia faktu, że jest dupkiem – burknąłem, wychodząc z pawilonu i zerkając na wieczorne niebo. Barwy zachodzącego słońca i nocnej czerni mieszały się ze sobą tworząc naprawdę piękny widok.

– On cię polubił – szepnął i pogonił bruneta idącego za nami. – I pewnie nie wie jak ci to okazać.

– Co ty mu znów wmawiasz? – prychnął srebrnooki, uderzając Isaac’a. – Chodźmy postrzelać…

– Hm? Chyba pójdę do siebie… – odparłem.

– Oj, no chodź. Sprawdzimy jak strzelasz z łuku. Podobno dzieci Apolla mają naturalny dar do łuku.

– Uh, tylko, że ja nigdy nie trzymałem żadnej broni w dłoniach. – powiedziałem, przystępując z nogi na nogę. Nie chciałem robić z siebie idioty na ich oczach.

– To cię nauczę! Zawsze też mogę przyprowadzić jakąś córeczkę Artemidy, jeśli będziesz wolał nauczycielkę – powiedział rudowłosy i upił łyk wina.

Skrzywiłem się, wciąż dość niechętny dałem się prowadzić aż na plac, na którym w różnych odległościach stały tarcze strzelnicze z zamalowanym na czerwono środkiem. Wpatrywałem się w jasną kropkę przez dłuższy moment, dopiero dłoń na ramieniu wybudziła mnie z tego zawieszenia. Drgnąłem i spojrzałem na podekscytowanego Isaac’a, który z uśmiechem na twarzy podał mi średniej wielkości łuk z jasnego, niemal białego drewna. Był naprawdę ładny, szczególnie, że na samym końcu ktoś wyrył w drewnie drobne kwiatki.

– To nie takie trudne – powiedział, a obok nas mignęła strzała wbijając się w jedną z tarcz w sam środek. – Nie przeszkadzaj, Philiuś.

– Jak można być tak irytującym, gdy się nawet nie odzywa? – wymruczałem pod nosem, biorąc od Isaac’a strzałę i wyprostowałem się, zakładając ją na cięciwę. Obróciłem się lekko w bok, wysuwając lewą stopę do przodu i spojrzałem na tarczę. Wkurzający dupek. Gdy dobrze wycelowałem, a cięciwa była odpowiednio naciągnięta puściłem strzałę.

– Aż tak go nienawidzisz, że zepsułeś mu strzałę? – spytał rudowłosy. Zamrugałem oszołomiony i spojrzałem na drugiego chłopaka z rosnącym się powoli uśmiechem.

– Nienawiść to za mocne słowo – powiedziałem i wyciągnąłem dłoń po kolejną strzałę. Kto by pomyślał, że to takie fajne!

– Oby tak dalej – parsknął, odsuwając się.

– Jak chcecie się dostać do Delf? – zapytałem, obracając się do najbardziej oddalonego celu.

– Rydwanem ojca – odpowiedział brunet, strzelając akurat do jednej z tarcz.

– Czemu miałby ci go dać?

– Bo mnie lubi – wywrócił oczami. – W dodatku połowicznie to on wydał ci tą misję i po coś wysłał cię do obozu. Zgaduje, że wiedział, że ci pomogę.

– Ale oddać misji nie mogę – prychnąłem, strzelając i obracając się, nim strzała dotarła do tarczy.

– Taki urok – spojrzał na mnie tymi błyszczącymi oczami i wyprostował się posyłając kolejną strzałę w środek tarczy. Robił to z niezwykłą elegancją, przez co zapatrzyłem się na niego. Nic nie mogłem na to poradzić, miał postawę prawdziwego wojownika bez względu na to jak głupio to brzmiało.

– Nieźle co? – drgnąłem na głos rudzielca przy uchu. – A co dopiero, gdy jest pochłonięty w walce.

– I tak jest wkurzający – fuknąłem i oddałem mu łuk. – Chce iść na ognisko… nigdy na takim nie byłem. – przyznałem po chwili wahania.

– Nigdy? Nie jeździłeś z przyjaciółmi na biwak lub z klasą?

– Uczyłem się w domu. – odpowiedziałem, drapiąc się po karku.

– O… No to mamy sporo do nadrobienia! – uśmiechnął się, obejmując mnie.

Nie rozumiałem jego postawy. Znał mnie nie cały dzień, a zachowywał się jakbym był jego najlepszym przyjacielem. Zerknąłem na niego niepewnie, nie miałem pojęcia jak miałem się zachowywać. Po chwili oparłem się od niego i odwzajemniłem uśmiech. Parę minut zajęło nam dotarcie do wielkiego ogniska. Dookoła już wiele osób się bawiło, rozmawiało, a nawet w tle widziałem jak kilka chłopaków siłuje się na zabawę. Rozglądałem się z zaciekawieniem, a Isaac prowadził mnie pomiędzy ludźmi z niektórymi się witając. Gdy został wciągnięty w rozmowę oddaliłem się i znalazłem stół z piciem i przekąskami. Nalałem sobie soku i wypatrzyłem babeczki z bitą śmietaną i truskawką na górze. Mógłbym polubić to miejsce, pomyślałem sięgając po nią.

– Lubisz truskawki, co? – nawet nie zauważyłem, że obok mnie stanął Philio.

– Yhymm… – mruknąłem, wgryzając się w babeczkę. Otworzyłem szeroko oczy, czując smak płynnej czekolady na języku. – Muszę poznać osobę, która to zrobiła… – wymamrotałem z zachwytem.

– Dużo osób pomaga przy gotowaniu – stwierdził. Spojrzałem na niego i podsunąłem mu pod nos babeczkę.

– To jest pyszne!

Chłopak uniósł pobłażliwie brwi jednak zabrał ode mnie babeczkę i ugryzł ją.

– Niech ci będzie. Jest dobra.

Zmierzyłem go wzrokiem i prychnąłem, chcąc zabrać mu resztę babeczki, na co odsunął dłoń. Zmrużyłem oczy, wyginając się i z niezadowoleniem patrząc jak bierze kolejny duży gryz. Bezduszny potwór…

– Oddaj!

– Nie, zasmakowała mi – odparł, oblizując wargi i obejmując mnie ramieniem, gdy próbowałem zabrać mu słodycz z ręki.

– Jesteś okropny – zamarudziłem. Srebrnooki parsknął i oddał mi to co zostało z babeczki. Spiorunowałem go wzrokiem, dojadając babeczkę pod jego bacznym spojrzeniem i starając się udawać, że wcale mnie to nie peszy. Spojrzałem wręcz zmrożony, gdy jego palce przejechały po moim policzku i wargach.

– Czekolada – wzruszył ramionami, wsuwając po kolei palce do ust. Cholera, powstrzymałem się od przyciśnięcia dłoni do piekących policzków.

– Głupek – mruknąłem, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku.

Chłopak zaśmiał się radośnie, a uśmiech sięgnął jego oczu, tak, że zaczęły migotać. Ciekawe czy potrafiłbym to uchwycić na papierze… Szybko otrząsnąłem się z tej myśli i odwróciłem od bruneta, sięgając po zapomniany kubek z sokiem i wypijając go duszkiem.

– Chodź, znajdziemy Isaac’a – powiedział i pociągnął mnie w stronę ludzi.

Powstrzymałem się od zrugania go i szukałem znajomych twarzy w tłumie. Uśmiechnąłem się lekko i pomachałem wesoło do Lilian, która stała z paroma osobami w pobliżu ognia. Zauważyła jednak mój gest i rozpromieniła się, dłonią zachęcając mnie do podejścia. Chciałem do niej podejść, ale poczułem chwyt na nadgarstku, który sprawił, że stanąłem w miejscu.

– Isaac chciał cię oprowadzić – wspomniał chłopak.

– To może poczekać – odparłem i spróbowałem wyswobodzić swój nadgarstek. – Puść.

Syn Aresa spojrzał na mnie po chwili krzywiąc się i odchodząc. Popatrzyłem na niego z irytacją, o co mu chodziło tym razem? Westchnąłem, starając się rozpogodzić i podszedłem do małej grupki. Oprócz dwóch przyjaciółek Lilian, które znałem, poznałem potomków Hefajstosa i Hermesa. Wydawali się mili i chętnie wciągnęli mnie w rozmowę.

– Philio nie w humorze, co? – parsknął jeden z chłopaków. Wzruszyłem ramionami, najchętniej zapomniałbym na jakiś czas o tym konkretnym herosie.

– Nie wiem o co mu chodzi.

– Nie przejmuj się, dzieciaki Aresa mają zmienne charaktery – poklepała mnie jedna z dziewczyn po ramieniu.

– Nie przejmuje się. – odparłem, kłamiąc tylko trochę. Philio w jakimś stopniu zaciekawił mnie, choć wywoływał we mnie irytacje jak nikt inny. I był wkurzający… – Możemy zmienić temat? – westchnąłem.

Dziewczyny pokiwały głową i stwierdziły, że pora na jakąś porządną zabawę. Uniosłem brew, bo w tym miejscu nie miałem pojęcia czego mogę się spodziewać. Oh, nie zawiedli mnie. Wszyscy jak na jakiś niewidzialny znak zebrali się z dala od ogniska, bo oczywiście bezpieczeństwo przede wszystkim, i zaczęli ustalać drużyny, a następnie wszyscy wybrali swoją ulubioną broń. Przyglądałem się temu w oszołomieniu i zastanawiając się co mi umyka. Może istnieje jeszcze możliwość ucieczki z tego obozu?

Większość osób założyło na swoje ubranie skórzane zbroje co jeszcze bardziej mnie przeraziło. A gdy na ich głowach pojawiły się hełmy oznaczone dwoma kolorami. Jedna grupa miała niebieskie, druga czerwone. Czy oni mają zamiar walczyć po ciemku? Cofnąłem się, najlepiej będzie jak wrócę do swojego domku.

– A Ty gdzie? – prawie pisnąłem, gdy zatrzymało mnie ostrze miecza. Spojrzałem na srebrne oczy młodego mężczyzny.

– Nie chce… nie gram w to – powiedziałem na jednym wydechu, czując jak wali mi serce.

– Dobrze radziłeś sobie z łukiem. Możesz zostać przy fladze jako obrońca – odparł. Pokręciłem energicznie głową.

– Mowy nie ma… – zrobiłem wielkie oczy, gdy ktoś włożył mi na głowę hełm, a do rąk wcisnął mi łuk, kołczan i klepnął mnie przyjacielsko w ramię.

– Skopiemy wam dupy – oznajmił syn Hermesa, zarzucając mi rękę na ramię i uśmiechając się do Philio. Chwilę mi zajęło, by zrozumieć, że umieszczono mnie w przeciwnej drużynie i jeszcze drażniono dziecko Aresa. Jestem martwy…

– Ah tak? – jego oczy niebezpiecznie zamigotały. Założył na głowę hełm i posłał mi ostatnie spojrzenie za nim odszedł do reszty. Westchnąłem cierpiętniczo, zakładając kołczan na plecy i kalkulując swoje szanse na przeżycie. Były minimalne.

Starałem się wymyślić jakieś pozytywy tego i odnaleźć coś dobrego w rychłym starciu z wyszkolonymi w walce herosami, ale nie znalazłem nic. Wcale nie pomogło mi to w podniesieniu się na duchu i zyskaniu, choć małej wiary w swoje zdolności.

Wysłuchałem w ciszy strategii mojej grupy, która zakładała zaciętą walkę i niedopuszczenie wroga do flagi. Miałem ochotę przewrócić oczami, marne nasze nadzieje. Skrzywiłem się, gdy dowiedziałem się, że mam być w pobliżu naszej flagi i jej bronić. Skinąłem smętnie głową i nim ruszyliśmy, zabrałem jeszcze srebrny sztylet, który mógł być bardziej przydatny od łuku.

– Nasza flaga będzie przy jeziorze kajakowym. Stawiam, że ich może być w stajni pegazów… Ostatnio mieli w lesie, ale zostali zaatakowani przez… Znów się rozgadałem! Cholera. Wszyscy gotowi?

Nastąpił zgodny pomruk, a następnie cała nasza grupa rozeszła się i każdy ruszył by ustawić się na swojej pozycji. Sam ruszyłem szybkim krokiem, żeby jak najprędzej znaleźć się przy jeziorze. O tej porze wyglądało mrocznie i tajemniczo, jak w tych wszystkich miłosnych balladach, gdy stęsknieni kochankowi spotykają się na brzegu. Zamyśliłem się, wpatrując się w srebrzystą tafle i unoszący się nad nią księżyc. Dzięki temu, że była pełnia nie byłem tu skryty w całkowitej ciemności. Chociaż z drugiej strony łatwo było mnie zobaczyć i zabić. Właśnie! Nie zapytałem o co chodzi z tą bronią i czy istnieje możliwość, że zginę… czy to zabawa na śmierć i życie?

Oby nie – pomyślałem i dostrzegłem przy jednym z wielkich drzew niebieską flagę. A więc tego muszę bronić? Nawet jej dobrze nie ukryli, pomyślałem. Zacząłem się leniwie przechadzać po brzegu jeziora. Z nudów zacząłem nawet szukać wierszy, które zapadły mi w pamięć. Pomagało mi to w uspokojeniu się i zajęciu czymś myśli. Jeden z nich idealnie komponował się z tą nocną atmosferą.

– ‘Słońce zgasło. O, jakże zwinne są i młode. Zmierzchy czerwca, nim w północ głuchą się przesilą! Po wargach twoich dłonią, kształt czującą, wiodę… Jak po koralach, morzu wydartych przed chwilą…’ – mówiłem, błądząc spojrzeniem po plaży.

Zaczynało mi się nudzić. Nie żebym chciał brać udział w jakiejś krwawej walce o flagę, jednak mogłoby się coś zacząć dziać. Westchnąłem, pocierając ramiona i rozglądając się. Wokół nie było żywej duszy, nie widziałem nawet osób, które były ze mną w drużynie. Mijały kolejne minuty i nic. Jedynie echo lasu niosło z oddali jakieś odgłosy, ale były na tyle ciche przez co nie zawracałem sobie nimi głowy. Siedziałem pod drzewem z flagą i cicho zacząłem sobie nucić jakąś melodię usłyszaną kiedyś w radiu.

– Miałem racje, umrę, ale nie od broni tylko z nudy – westchnąłem nieszczęśliwie, przeciągając się.

Na dźwięk czyjegoś biegu wstałem zaskoczony. Biegnie ktoś z mojej drużyny? A może to już chwila w której mam jednak zginąć od ostrza? Wziąłem strzałę i nałożyłem ją na cięciwę. Cholera. Mam strzelać w tego kogoś czy obok? Co to za gra bez wcześniejszego omówienia zasad. Poirytowany wpatrywałem się w ciemność i zaśmiałem się cicho na widok ciemnego, biegnącego kształtu w hełmie z czerwonym pióropuszem. Wycelowałem jednak i strzeliłem, upewniając się jednak, by strzała nie zraniła tej osoby.

W tarczy, którą miała osoba odbiło się światło księżyca. Zabrałem kolejną strzałę. Zacisnąłem wargi, strzelanie na oślep, by kogoś przestraszyć nie miło sensu. Stracę wszystkie strzały, a flaga zostanie zabrana. Nie chciałem jednak nikogo zranić. Uniosłem łuk i wpatrywałem się w skradającą się postać. Noga… tors… głowa… wahałem się chwilę nim wypuściłem strzałę, która miała dolecieć do przeciwnika. Usłyszałem syknięcie, a z miejsca, w którym ostatni raz widziałem przeciwnika poleciało ostrze. Cudem go uniknąłem, chowając się za drzewo.

Wypuściłem powoli powietrze z płuc i przycisnąłem rękę do piersi, czując jak wali mi serce. Jak tak dalej pójdzie to zejdę tu na zawał.

– Loczku, nie ukrywaj się przede mną – usłyszałem znajomy głos, na co prawie jęknąłem. Że też musiałem trafić na syna boga wojny.

Może jeszcze jest możliwość szybkiego odwrotu, niech on sobie zgarnie flagę, a ja przeżyje tą noc. Zastanowiłem się nad tym, zakładając na cięciwę kolejną strzałę i wychylając się, by zobaczyć gdzie też jest Philio.

– Bu! – wrzasnąłem, gdy za sobą usłyszałem chłopaka. Uderzyłem go wystraszony łukiem. Jego pełen bólu i zaskoczenia jęk był niezwykle satysfakcjonujący.

Zdobyłem się nawet na mały uśmiech, nim zerwałem się do biegu. Byle z dala od syna boga wojny, który zaraz otrząśnie się z szoku i będzie chciał mnie zabić. Poczułem silne ramiona wokół siebie przez co straciłem równowagę i upadłem razem z brunetem na ściółkę leśną.

– Tym razem to ja poleciałem na ciebie – uśmiechnął się mężczyzna, siadając okrakiem na mnie i zdejmując hełm.

– Złaź – mruknąłem, wiercąc się i chcąc się go pozbyć. Jego bliskość mnie rozpraszała i niepokoiła zarazem. Nie wiedziałem czego się mogę po nim spodziewać w tym momencie.

– Czy ja wiem? Powinienem odpłacić się za to zranienie i walnięcie łukiem… Dziwie się, że go nie złamałeś.

Zamarłem, wpatrując się w niego z obawą. Bałem się tego co mógł zrobić w zadośćuczynieniu, a nie miałem siły, by z nim walczyć. Był lepiej wyszkolony, większy i silniejszy ode mnie. Przygryzłem wargę, myśląc gorączkowo o wyjściu z tej nieciekawej sytuacji.

– Następnym razem bądź po mojej stronie – powiedział, wstając i wyciągając w moją stronę dłoń. – No, chodź.

Z lekka oniemiały jego zmianą humoru przyjąłem dłoń. Wstałem i odsunąłem się, pobieżnie otrzepując się z trawy i liści. Spojrzałem na niego, szukając zranienia, gdy moje spojrzenie trafiło na wystające mu ze spodni dwie flagi. Czemu przylazł tu ze swoją własną?

– Po co ci ona? – wskazałem czerwony materiał. Brunet uśmiechnął się, biorąc go do ręki razem z niebieską.

– Nie lubię przegrywać.

Wydałem z siebie głęboki pomruk, a po chwili złapałem czerwony materiał i szarpnąłem, nim chłopak zorientował się co robię. Zaśmiałem się i puściłem pędem przed siebie, trzymając w dłoniach flagę i rozwijając materiał, by łomotał za mną.

– Wygrałem!

– Ty podły złodzieju! – krzyknął za mną i zaczął biec.

– Nie umiesz przegrywać! – sapnąłem, skręcając przy jednym z kajaków i biegnąc po linii mokrego pisaku.

– To ja wygrałem! Miałem pierwszy flagi!

Cholera doganiał mnie. Musiał być taki szybki? Jęknąłem i z ciężkim oddechem próbowałem utrzymać tempo. Moja kondycja jednak prawie nie istniała i czułem jak powoli zwalniam, a po chwili za biodra chwyciły mnie silne dłonie. Potknąłem się przez to i z mało męskim piskiem poleciałem do przodu.

– Powinienem zacząć liczyć ile razy jeszcze tak upadniemy – jęknął, leżąc obok mnie.

Skrzywiłem się i przewróciłem na plecy, niestety zaowocowało to tym, że wylądowałem w lodowatej wodzie. Z głośnym okrzykiem przeturlałem się prosto na drugiego chłopaka. Zacząłem pluć piaskiem i trząść się z nagłego zimna.

– Fu – mruknąłem, ocierając z niesmakiem wargi.

– Fu, oplułeś mnie – zamarudził chłopak, wycierając twarz. – Mogę to liczyć jako czwarte bliskie spotkanie?

– Licz sobie to jak chcesz – odparłem, patrząc na niego z bladym uśmiechem i starając się opanować dreszcze.

– A tak przy okazji – mruknął i poczułem jego dłonie obmacujące mnie.

– Co ty robisz? – skrzywiłem się, że mój głos jest jakiś wyższy.

– Szukam flagi.

Pacnąłem jego dłonie, ale to nie przyniosło żadnego efektu, więc złapałem je i odciągnąłem je od swojego ciała. Przycisnąłem je do piasku przez co pochyliłem się nad brunetem, który przyglądał mi się teraz błyszczącymi oczami.

– Mogłeś jej nie zabierać ze sobą. – powiedziałem cicho.

– Mogłeś jej podstępnie nie kraść po skończonej grze – odparł. Parsknąłem śmiechem, patrząc na niego z rozbawieniem.

– Podstępnie? Ty naprawdę nie umiesz przegrywać.

Brunet zmrużył oczy i sprawnym ruchem obrócił nas na piasku.

– Potwierdzam – tym razem to on złapał moje dłonie.

– Tylko nie do wody – jęknąłem nieszczęśliwie na samą myśl o ponownej kąpieli w tym lodowatym jeziorze. Spojrzałem na pochylającego się nade mną Philio. – Zimno…

– Gdzie flaga, loczku? – spytał. Uniosłem brew i splotłem ze sobą nasze palce, co wytrąciło mężczyznę z równowagi. Na moment, ale to już coś. Moje małe zwycięstwo.

– Jest moja, całkowicie i nieodwołalnie. Ładnie mi w czerwieni. – posłałem mu słodki uśmiech.

– Kusisz los, Kall – mruknął.

– Bo nie umiesz przyznać, że udało mi się ciebie pokonać.

– Nie udało – wywrócił oczami. – To ja jestem na górze.

– Ale nie masz swojej flagi. – odparłem i spróbowałem go z siebie zepchnąć, przez co tylko mocniej zostałem przyciśnięty do piasku. Uh, chce wziąć ciepłą kąpiel i pójść spać.

– A gdzie ją masz? – spytał, owiewając mój policzek ciepłym oddechem. Zadrżałem, ale tym razem nie przez zimno i mokre ubranie. Nigdy bym się jednak nie przyznał, że była to reakcja na Philio. Nigdy.

– Mamy remis – oznajmiłem słabym głosem.

– Philiuś! – z lasu dobiegł nas krzyk Isaac’a.

– Ten to potrafi nie ściągać na siebie uwagi. I tak wygrałem – powiedział, wstając.

Przewróciłem oczami, siadając i wyciągając zasypaną piaskiem flagę. Otrzepałem ją i pomachałem nią, gdy tylko więcej osób wyszło z lasu. Robiłem to oczywiście za plecami syna Aresa.

– Przegrałeś synu Aresa? – parsknął jakiś chłopak z niebieskim pióropuszem.

– Byłeś kiedyś w odwiedzinach u Hadesa? – powiedział nieprzyjemnie brunet unosząc niebieską flagę. Z ciekawości wyciągnąłem po nią dłoń, ale reakcja była natychmiastowa tym razem. Dłoń z flagą cofną, a druga ręką złapał mnie i przyciągnął do swojego ciała, przez co całkowicie się na nim opierałem.

– Woow – westchnąłem, patrząc na niego spod mokrych włosów. – Mógłbyś dać mi wygrać. – mruknąłem.

– To nie w mojej naturze loczku – puścił mi oczko.

Nie chcąc robić scen przy innych odsunąłem się od niego i podszedłem do swojej drużyny z małym uśmiechem. Po chwili obie grupy zaczęły krzyczeć i skandować na cześć swoich zwycięzców, a następnie wszyscy w wesołych nastrojach ruszyli z powrotem, by świętować dalej przy ognisku. Miło było słuchać pochwał i ze śmiechem słuchałem historii o tym co mogło się wydarzyć między mną, a Philio. Nikt nie wiedział jak udało mi się zdobyć flagę. Uśmiechnąłem się na widok chłopaka w złotym wieńcu laurowym.

– Dla ciebie też mam – powiedział, zakładając mi go. – Teraz obaj jesteśmy wygranymi.

– Jak twoje ego to wytrzyma – ziewnąłem i przesunąłem palcami po delikatnych złotych listkach.

– Może jakoś to zniesie – odparł z uśmiechem i został pociągnięty przez jakiś chłopaków ze swojej drużyny w wir śmiechów.

Przyglądałem się jak inni się bawią, siedząc blisko ognia i ogrzewając się jego ciepłem. Byłem ciekawy ile potrwa świętowanie, robiłem się powoli senny i najchętniej poszedłbym już do siebie. Z drugiej strony chciałem się cieszyć tym jak najdłużej.

– Kall, chodź na chwilę – podszedł do mnie jeden z synów Hermesa. – Musimy ci coś pokazać.

– Muszę? Tu jest ciepło… – mruknąłem, ale na spojrzenie Chrisa wstałem, wzdychając.

Parę osób od razu ruszyło za nami. Było już całkowicie ciemno i drogę jedynie oświetlały nam pochodnie. Z dwie osoby także wzięły latarki. Zacząłem się robić podejrzliwy, ale nie zatrzymałem się aż nie doszliśmy do jeziora. Uniosłem brwi, idąc po molo i mając już pomysł, na to co się wydarzy. Wątpiłem w udaną próbę ucieczki, bo za nami był mały tłumek obozowiczów.

– Woda jest zimna… Będę chory… Nie umiem pływać – zacząłem marudzić Chrisowi, jednak to nie pomogło i po chwili zostałem pchnięty do wody.

Wydałem z siebie krótki okrzyk, a następnie wylądowałem w lodowatej wodzie. Udało mi si złapać wieniec, który miałem na głowie i cały czas będąc pod wodą przepłynąłem kawałek. A niech pomyślą, że naprawdę nie umiem pływać. Taka mała zemsta. Niemal uśmiechnąłem się pod wodą. Dopiero po dłuższej chwili wynurzyłem się cicho pod molem tak aby mnie nie widzieli. Słyszałem nad sobą zaniepokojone głosy i nie musiałem długo czekać aż ktoś skoczy do wody, a za nim wskoczyły kolejne dwie osoby. Poczułem się od razu lepiej, gdy nie tylko ja byłem w tej lodowatej wodzie.

Wypłynąłem w miarę cicho spod molo i złapałem za jego krawędź podciągając się i opierając przedramionami o deski. Wyciągnąłem dłoń i złapałem najbliższą osobę za nogę. Jakaś dziewczyna krzyknęła przerażona i skierowała latarkę w moją stronę. Zmrużyłem oczy, szczękając zębami i trzęsąc się, gdy chłodne nocne powietrze owiało moją morką skórę.

– Niech cię piorun Zeusa trafi – zostałem ochlapany wodą. Spojrzałem w stronę tafli wody i zobaczyłem zmrużone, srebrne oczy.

– Martwiłeś się? – uśmiechnąłem się, przyglądając się mu. Zostałem kolejny raz ochlapany wodą co przyjąłem jako potwierdzenie.

Z lekkim trudem wspiąłem się na molo i usiadłem na krawędzi, machając nogami i patrząc na bruneta. Puściłem mu oczko, a następnie spojrzałem na kolejną dwójkę, która rzuciła się mnie ratować. Poznałem Chrisa, który gromił mnie wzrokiem i wyglądał na skłonnego mnie utopić. Drugą osobą był jego kolega, blondyn ze śmiechem pokręcił głową i wydawał się nieprzejęty całą sprawą.

– Zimno, idę stąd – mruknąłem i wstałem.

– A teraz mściwy syn Apolla opuści nasze szeregi – powiedział dramatycznie Isaac. – Bawię się w narratora. Jak mi idzie?

– Świetnie – zaśmiałem się i zszedłem z molo.

Idąc zacząłem się trząść. Mokre ubrania nie były wygodne i wręcz czułem jak ze mnie cieknie. Cholera, skończy się tym, że naprawdę będę chory. Szybkim krokiem dotarłem do domku numer 7 i wziąłem rzeczy na zmianę oraz ręcznik, a następnie niemal biegiem udałem pod prysznic. Rozebrałem się i zostawiłem mokre ubrania na ziemi. Usłyszałem szum wody obok mnie. Najwidoczniej któryś z chłopaków także wpadł na pomysł ciepłego prysznicu.

Odkręciłem wodę i poczekałem aż się nagrzeje, nim wsunąłem się pod gorący strumień. Westchnąłem, rozkoszując się ciepłem, które wypędzało chłód z mojego ciała. To było takie przyjemne… Z zamkniętymi oczami, odchyliłem głowę do tyłu pozwalając wodzie po prostu spływać po moim ciele i ciesząc się z tego uczucia. Mógłbym tu już zostać na wieczność.

Nie śpieszyłem się z myciem, powoli umyłem włosy i ciało, a potem jeszcze chwilę stałem pod strumieniem ciepłej już wody. W końcu jednak ją zakręciłem i w dobrym humorze odsunąłem zasłonkę i sięgnąłem po ręcznik. Zasłoniłem się nim, gdy usłyszałem ciche gwizdnięcie. Z piekącymi policzkami spojrzałem na półnagiego bruneta. Miał on na sobie tylko ręcznik wiszący luźno na jego biodrach. Przełknąłem ciężko ślinę, patrząc na niego.

– Ładne rumieńce loczku – stwierdził srebrnooki, przeciągając się.

– Zamknij się – mruknąłem, stojąc w miejscu i potrafiąc się tylko na niego gapić. Cholera, widział mnie nago… Co za wstyd.

Jego przydługawe brązowe włosy opadały mu na twarz. Ogarnął je dłonią, a mi w oczy rzucił się ciemny symbol na jego ramieniu. Skupiłem na nim wzrok, przekrzywiłem lekko głowę i zrobiłem krok w jego stronę, by zobaczyć to z bliska. Brunet stał w bezruchu czekając, a ja przyjrzałem się jego ramieniu, na którym miał wytatuowany ładnie zdobiony miecz. Miał wiele wzorów na ostrzu i nawet jakieś słowa. Uniosłem rękę i przesunąłem palcem po całej długości miecza. Cóż za idealne wykonanie szczegółów.

– Miecz Aresa? – zgadywałem, zerkając na niego.

– Trochę zmieniony, ale owszem – odpowiedział. Przekrzywiłem lekko głowę i postukałem paznokciem w napis.

– Co tu pisze?

– “Niczym się nie różni śmierć od życia” – mruknął.

– Mało to optymistyczne – stwierdziłem i uniosłem wzrok. Spojrzałem prosto w te srebrzyste tęczówki i zamarłem, uświadamiając sobie jak blisko niego jestem i swoją nagość.

– Moja siostra go wybrała – powiedział.

Wzruszyłem ramionami, robiąc krok w tył i czując jak moja mokra stopa trafia na kałużę, a potem wszystko działo się cholernie szybko. Wydałem z siebie stłumiony okrzyk i przygryzłem sobie wargę do krwi, gdy poślizgnąłem się na kafelkach i zacząłem chaotycznie machać rękami, zapominając o trzymaniu ręcznika. Czekałem już tylko na bolesny i upokarzający upadek, gdy poczułem szarpnięcie, a następnie dużo nagiej skóry.

– Cholera – szepnąłem z walącym jak oszalałe sercem.

– Kall, piąte zbliżenie – chłopak wymruczał mi wprost do ucha.

– Zamknij się – syknąłem i chciałem się od niego odsunąć, ale byłem nagi, więc stałem w miejscu. – Bogowie mnie nienawidzą – wymamrotałem, opierając czoło o jego obojczyk.

– Bez przesady. Jakby cię nienawidzili to byś już nie żył – powiedział. Prychnąłem, starając się opanować rumieniec. Byłem pewien, że jestem czerwony na twarzy. Wciągnąłem gwałtownie powietrze, gdy ciepłe dłonie Philio przesunęły się niżej na moich biodrach.

– Zamknij oczy – rozkazałem. Musiałem pozbierać swoją godność z podłogi i jakoś wybrnąć z tej sytuacji, a potem już nigdy nie spojrzę mu w twarz ze wstydu.

– Hm? Po co? – czułem, że się uśmiecha. Cholerny drań.

– Chce… cholera, zabierz ręce! – warknąłem, podnosząc głowę i w ten sposób znajdując się z nim nos w nos.

– Przy dziewczynach wydajesz się pewniejszy siebie – powiedział unosząc dłonie i zamykając oczy. Złapałem od razu za swój ręcznik, podnosząc go. Spojrzałem na jego rozluźnioną twarz. Wyglądał tak pociągająco w tej chwili… O czym ja myślę?! Pokręciłem głową, wycierając się w ekspresowym tempie i zaczynając się ubierać.

– Po prostu… dziewczyny są łatwiejsze – odparłem i dopiero po fakcie zrozumiałem jak źle to zabrzmiało.

Sądziłem, że chłopak wybuchnie śmiechem jednak nic nie usłyszałem. Zerknąłem na niego kątem oka, a widząc na jego twarzy lekki uśmiech oraz mały rumieniec, zdziwiłem się. Przyjrzałem mu się ostatni raz, korzystając z okazji, że nie patrzy. Ubrałem się, dziwiąc się trochę jego zachowaniem. Nie myślałem, że będzie czekał tak długo z zamkniętymi oczami i bez złośliwych komentarzy. Uśmiechnąłem się, zakładając koszulkę.

– Już – powiedziałem i zacząłem suszyć ręcznikiem włosy. Chłopak otworzył oczy i potarł je palcami.

– Przez te nasze upadki zmęczyłem się – brunet kolejny raz się przeciągnął.

– To był męczący dzień – potaknąłem, wzdychając i prostując się. Zebrałem swoje rzeczy i spojrzałem na stojącego w miejscu bruneta. Uśmiechnąłem się delikatnie. – Dobranoc, Philio.

– Dobranoc, Kall – odpowiedział, posyłając mi jeden ze swoich pięknych uśmiechów.

Wróciłem do siebie i pomimo zmęczenia znalazłem w biurku czysty szkicownik oraz ołówki. Dzieci Apollo były chyba przewidywalne albo była to zasługa Willa. Ta czy siak, usiadłem z tym zestawem na łóżku i niewiele myśląc zacząłem szkicować. Z początku nie wiedziałem co z tego wyjdzie, ale im dłużej skupiałem się na szczegółach i detalach, tym bardziej widziałem w swojej pracy te niezwykłe srebrne tęczówki. Byłem lekko poirytowany, bo ołówek nie potrafił oddać ich głębi.


Rozdział 2.


Philio

Ziewnąłem skubiąc winogron z małej miski, którą zabrałem Isaacowi. Potrafiłem ciągle tryskać energią, jednak poranki nawet dla mnie były ciężkie. Musiałem wcześniej wstać przez zajęcia z szermierki, a także parę obowiązków. Chciałem załatwić najważniejsze sprawy przed wyjazdem. Wydałem z siebie głębokie westchnienie i wsunąłem do ust kolejny słodki owoc.

Poranna cisza wcale nie pomagała mi w utrzymaniu otwartych oczu. Pawilon jednak był prawie pusty o tej porze, jeśli nie licząc osób, które miały poranne ćwiczenia. Albo zaburzenia psychiczne. No, bo kto normalny wstaje o takiej porze bez powodu. Jęknąłem, opadając na drewniany blat stołu.

– Atak! – zerwałem się na krzyk znanego mi głosu, a w miejsce, na którym przed chwilą siedziałem opad szatyn. Zmrużyłem na niego oczy, uderzając go w ramie.

– Mówiłem byś mi tak nie robił – powiedziałem poważnie, patrząc na młodszego ode mnie chłopaka. Był to kolejny syn Aresa. Pewnie był z niego dumny. Cholerny dzieciak rzucał się na każdego niczym chihuahua.

– Stała czujność! – oznajmił dumnie i sięgnął po herbatę. Popatrzyłem na niego z irytacją był za głośny i za bardzo wkurzający jak na tak wczesną godzinę.

– Oh przymknij się już – westchnąłem, biorąc winogron w rękę i kierując się na arenę treningową.

– Gdzie idziesz? – spytał, patrząc na mnie, dużymi zielonymi oczami.

– Na zajęcia.

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że byłem pierwszy. Mogłem za to spokojnie dokończyć jedzenie winogronu i położyć się na parę minut w niczym nienaruszonej ciszy. Chyba dziś komuś skopie dupę – pomyślałem, widząc wchodzących powoli herosów na arenę. Czemu mają taki wyśmienity humor z rana? Wypuściłem powoli powietrze widząc jednego z najstarszych obozowiczów.

– To co, najpierw rozgrzewka? – spytał, gdy wszyscy się zebrali. Pora wstawać. Podniosłem się z piasku i otrzepałem ciemne spodnie.

Zaczęliśmy od paru okrążeń wokół sali, a potem dobraliśmy się w pary i bez szaleństw rozpoczynając trening. Nigdy jednak nie należałem do osób, które powoli rozkręcały się podczas ćwiczeń. Albo walczyłem ze wszystkich sił, albo nie brałem udziału w walce, bo po co? Blondyn, z którym walczyłem szybko odpadł zmęczony. Cholera, chyba miałem zły humor, skoro tak szybko wymęczyłem swojego partnera do ćwiczeń.

– Philio, powalczymy razem? – spytał mężczyzna prowadzący zajęcia.

Posłałem mu uśmiech poprawiając miecz w dłoni. Zaczęliśmy wokół siebie krążyć i szukać słabych stron przeciwnika. W końcu zdecydowałem się zaatakować, ale mój cios został odparty i musiałem się cofnąć pod serią ostrych i precyzyjnych uderzeń. To nie była już walka z kimś kogo mogłem od tak pokonać. Teo był świetny w walce na miecze i nawet ja z naturalnym talentem do walki, szybkością i zwinnością musiałem się napracować. Opadłem na piasek i szybko przeturlałem się i uniosłem. Teo miał niezwykle szybkie i precyzyjne cięcia. Zastanawiałem się, czy gdybyśmy waliczyli na śmierć i życie to zdołałbym go pokonać. Przy treningu często wycofywał się, aby pokazać jakiś błąd i poprawić go.

Odsunąłem się poza jego zasięg z przyśpieszonym oddechem. Musiałem chwilę odetchnąć. Nie potrafiłem powstrzymać pełnego satysfakcji uśmiechu. To była walka, na którą zawsze liczyłem. Wyzwanie i przeciwnik, który jest nieprzewidywalny. Sapnąłem na nieoczekiwany cios rękojeścią miecza.

– Rozleniwiłeś się? – spytał, spoglądając na mnie z góry. Przed oczami nadal latały mi małe gwiazdki. Dobrego cela miał. Miałem wrażenie, że na moment gwiazdy zmieniły się w rydwan mojego ojca. Skrzywiłem się, potrząsając głową i siadając na ziemi.

– Możliwe – odpowiedziałem i spróbowałem wstać, ale świat zachwiał się nieoczekiwanie.

– Chyba uderzyłem cię za mocno… Powinieneś iść do Willa, odpuść sobie resztę treningu.

– Dam radę – powiedziałem uparcie łapiąc miecz. Spojrzałem na Teo i zacząłem mrugać, gdy nagle obok Teo pojawił się… Drugi Teo.

– Masz brata bliźniaka, o którym nic nie wiem? – spytałem, na co mężczyzna pokręcił głową. – To chyba jednak sobie odpuszczę.

– Lucas zrób sobie przerwę i zaprowadź go do domku numer 7 – powiedział mężczyzna nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Przy pomocy syna Hefajstosa wstałem i wyszedłem z areny, czując jak świat wokół wiruje co przyprawiało mnie niemal o wymioty. Teo naprawdę musiał się ograniczać na treningach, pomyślałem, starając się iść w miarę prosto i nie obciążać za bardzo drugiego chłopaka. Zaczynałem mieć mały problem z rozróżnieniem co jest prawdziwe, a co tylko podwojone przez mój umysł, przez co prawie zaliczyłem bliskie spotkanie z drzwiami od domku. Mogłem wielbić Lucasa za to, że dał radę mnie przytrzymać. Zostałem położony na kanapie na co od razu przymknąłem oczy.

– Will! – zawołał chłopak na co się skrzywiłem. Teraz mój ból głowy potroił się. Po schodach szybko zbiegł ładny blondyn i podszedł do mnie.

– Co ci się stało tym razem? – spytał, na co fuknąłem.

– Rzadko co mi jest – odparłem. – Ugh… Niedobrze mi.

Blondyn przyjrzał mi się uważnie swoimi jasno niebieskimi oczami i podszedł. Westchnąłem, gdy położył swoją chłodną dłoń na moim czole. Poczułem przyjemne ciepło płynące prosto z jego palców i nagle ból głowy stał się ledwie uciążliwy. Cóż za ulga, mruknąłem z zadowoleniem.

– Nie ruszaj się przez jakiś czas, powinieneś odpocząć.

– Yhym… – mruknąłem.

Przynajmniej zrobię sobie drzemkę i znów będę pełny energii. Poprawiłem poduszkę pod swoją głową, nim zamknąłem oczy. Nie wiem czy to efekt zmęczenia, treningu czy mocy Willa, ale dość szybko osunąłem się w stan błogiej nieświadomość. Obudziłem się dopiero, gdy południowe słońce zaświeciło przed okna domku i oświetliło moją twarz. Westchnąłem, rozglądając się i nagle łapiąc kontakt wzrokowy z Kallem. Blondyn wyglądał, jakbym go na czymś przyłapał i szybko zamknął notes, który trzymał. Wydawał się speszony, gdy odwracał wzrok.

– Obudziłeś się.

– Która godzina? – spytałem, opierając głowę o oparcie kanapy.

– Myślę, że coś koło trzeciej. – odpowiedział, opuszczając podkulone wcześniej nogi na podłogę. – Jeśli źle się czujesz to masz się stąd nie ruszać aż do powrotu Willa.

– Co robiłeś przed tym jak się obudziłem? – spytałem, przyglądając mu się. Przez jego twarz przemknął cień i wyglądał, jakby był zawiedziony, że wracam do tego. Wzbudziło to jeszcze bardziej moją ciekawość nie odrywałem od niego wzroku, czekając aż odpowie.

– Ja… uh, to tylko szkic – mruknął, zaciskając lekko palce na notesie, który musiał być jego szkicownikiem.

– Mogę zobaczyć? – spytałem, siadając powoli nie chcąc się nabawić zawrotów.

Przez moment czekałem na odmowę, bo wydawała się ona bardziej prawdopodobna. Nie usłyszałem jej jednak. Miło było patrzeć jak z niemal niezauważalnym różem na policzkach otwiera notes i wyciąga go w moją stronę. Przyjąłem go i spojrzałem na szkic. Chłopak miał delikatną kreskę, jednak podobał mi się jego styl. Moja twarz była lekko obrócona w jego stronę, usta miałem delikatnie rozchylone. Wtulałem się w swoje ramię, więc musiał trochę cieniować, co mu dobrze wyszło i nadało szkicowi realizmu. Prawdziwy syn boga sztuki. Z ciekawości przewróciłem stronę szkicownika na wcześniejsze chcąc zobaczyć coś jeszcze narysował. Przystanąłem na rysunku oczu. Wyglądał cudownie.

– Nie powinieneś przewracać stron – wtrącił cicho chłopak, na co uśmiechnąłem się delikatnie.

– Są cudowne, więc czemu nie mogę ich podziwiać? – spytałem z uśmiechem. Sam chciałbym tak rysować, jednak niestety nie mam talentu do tego.

– Bo mogą być tam osobiste rzeczy? A jakbym tworzył akt? – spojrzałem na niego i te błyszczące żywo, złote tęczówki.

– To bym go tak samo podziwiał jak resztę – wywróciłem oczami.

– Wkurzający – mruknął i wyciągnął rękę w moją stronę. – Oddaj.

Ostatni raz spojrzałem na swoją osobę w szkicowniku i oddałem go chłopakowi. Kell westchnął, jakby odczuł ulgę i położył go obok siebie na fotelu. Przyglądałem mu się w ciszy, przeciągając się i opierając o poduszki.

– Jutro jedziemy?

– Powinniśmy – kiwnąłem głową.

– Więc naszym pierwszym celem będzie mój dom… następnie Delfy i uzyskanie wskazówki. Oczywiście, jeśli nie zginiemy w drodze – dodał jakże optymistycznie.

– Już o to moja głowa by nie zginąć – parsknąłem. – W końcu to pierwsza twoja i Isaaca misja.

– Słyszałem, że pokonało cię uderzenie w głowę… Łatwo cię pokonać jak jesteś rozkojarzony lub uznajesz, że zwycięstwo jest twoje. – mówił spokojnie z niezwykłą powagą w oczach.

Poczułem się urażony krytyką, ale z drugiej strony nie wiedziałem jak zareagować. Rzadko kto ma odwagę negatywnie mnie oceniać i wytykać mi moje błędy. Zastanawiałem się co odpowiedzieć. To nie było zbyt łatwe, choć mogło się takie wydawać.

– Każda przegrana czegoś uczy. To się nie powtórzy – odparłem, siadając.

Blondyn wpatrywał się we mnie przez moment i miałem wielką ochotę zacząć się wiercić pod tym spojrzeniem. Cholera, co takiego w nim było, że czułem się nie lepszy od pierwszego lepszego herosa na tym obozie. Nagle Kall parsknął i zaczął chichotać, patrząc na mnie roześmianymi oczami.

– Brzmisz, jakbyś mówił do kogoś kto stoi nad tobą.

Wygiąłem usta, cicho prychając. Wywołało to kolejny radosny chichot, przez który nie potrafiłem utrzymać gniewnej miny. Westchnąłem i spojrzałem na blondyna, chłopak wydawał się być w świetnym humorze. Oczy delikatnie mu błyszczały, a na wargach drżał mały uśmiech, który powoli stawał się pełniejszy i bardziej promienny. Kall musiał być obdarzony sławną urodą Apollina.

– To miłe. – powiedział, na co spojrzałem na niego z zaskoczeniem. – Nie traktujesz mnie z góry, bo nie umiem walczyć…

Nawet o tym nie pomyślałem. Cholera, serio byłem miły.

– Ja też jak przyjechałem do obozu z siostrą nie potrafiłem od razu walczyć – mruknąłem. Uh, jak moja duma cierpi na przyznawaniu się do tego.

– Twoja siostra też tu jest? – zapytał, porzucając temat swoich zdolności.

– Nie – westchnąłem. – Oddała się służbie u Łowczyń Artemidy.

Z początku nie potrafiłem tego zrozumieć. Całe życie byliśmy razem i nagle wybrała inną drogę niż ja. Byłem na nią przez jakiś czas zły, jednak ona nie zmieniła swojego zdania. Chciała to zrobić, a ja nie mogłem jej zabronić. Tatiana była idealną wojowniczką i łowczynie wydawały się zadowolone z jej decyzji. Szybko zabrały ją pod swoje skrzydła i otoczył tą ich siostrzaną opieką. Można powiedzieć, że byłem o to trochę zazdrosny. Zabrały mi moją małą Tati… Nie mogłem jednak powstrzymać dumy, gdy dostałem od niej list i opisywała swoje osiągnięcia.

– Przykro mi, musiało ci nie być łatwo…

– Jest moją bliźniaczką – mruknąłem. – Dobra koniec smętów. Głodny jestem.

Wstałem, przeciągając się i odkrywając, że taka drzemka potrafi zdziałać cuda. Byłem wypoczęty jak nigdy, co mogło być efektem uzdrawiającego dotyku Willa Solance. Ponadto przepełniała mnie energia i chęć do działania. Uśmiechnąłem się lekko i spojrzałem na drugiego chłopaka, który wstał z westchnieniem i założył buty. Ani myślał wyjść bez szkicownika.

– Może zdążymy jeszcze na resztki obiadu – powiedziałem, kierując się do pawilonu. – Jadłeś obiad?

Kall wydał z siebie nieokreślony pomruk, który mógł oznaczać zarówno nie albo tak. Uniosłem brew, zerkając na niego, ale on nawet nie patrzył w tą stronę. Przewróciłem oczami i chrząknąłem wyczekująco.

– Nie, siedziałem przy tobie – burknął.

– Oh, martwisz się o mnie, loczku? – uśmiechnąłem się, obejmując go ramieniem.

– To nie są loki! Moje włosy tylko delikatnie kręcą się na końca, więc przestań mnie tak nazywać. – zostałem obrzucony rozzłoszczonym spojrzeniem i poczułem jego łokieć wbijający się celnie w moje żebra.

– W łazience miałeś loczki – parsknąłem, przypominając sobie wczorajszy wieczór, a raczej już noc. Chłopak miał ładną budowę ciała… ale zero sprawności ruchowej. Uśmiechnąłem się, wspominając i patrząc na Kalla.

– Milcz. – syknął, uciekając spod mojego ramienia i wchodząc do pawilonu przede mną.

Zaśmiałem się pod nosem i kierowałem się za blondynem. Nic nie poradzę na to, że wylądowałem przez to przy stoliku z dwoma synami Apolla. I zostałem zignorowany. Nie przepadałem za ciszą. Lubiłem po prostu mówić. Takie życie syna Aresa z wrodzonym ADHD półboga. Westchnąłem teatralnie, starając się zwrócić na siebie uwagę Kalla. Chłopak wydawał się jednak zdeterminowany nie patrzeć na mnie. Co za obrażalska istota… Westchnąłem jeszcze parę razy i zauważyłem, jak Will zerka na mnie, a następnie na Kalla.

– Chyba chce byś z nim pogadał – powiedział konspiracyjnym szeptem Will.

– Był głodny, więc niech zajmie się jedzeniem, a nie wzdychaniem. Chyba, że… – obrócił się w moją stronę ze słodkim uśmiechem. – zakochałeś się nieszczęśliwe?

– Nie lubię cię – zamarudziłem, biorąc kielich z piciem.

– A jednak siedzisz tu i chcesz mojej uwagi. – odparł z uśmiechem i przechylił lekko głowę.

– Idę się spakować – mruknąłem, wstając. – Przygotuj sobie broń.

– Nic nie zjadłeś – wytknął mi. Wzruszyłem ramionami i potarmosiłem go po włosach, odchodząc.

Planowałem jeszcze znaleźć syna Dionizosa, aby przypomnieć mu o jutrzejszym wyjeździe. Skierowałem się prosto do jego domku, mając nadzieje, że właśnie tam jest i nie będę go musiał za długo szukać. Ostatecznie mogłem iść do jego ojca, by on przekazał Isaacowi przypomnienia, ale wtedy rudzielec nie dałby mi żyć. W sumie rozmowa z Dionizosem też nie była mi na rękę. Ciągle jest rozdrażniony przez klątwę Zeusa na niego. Tak to jest jak bóg wina nie może nawet nalać sobie go do kielicha.

Bez pukania wszedłem do jego domku i pożałowałem tego, widząc jak mój półnagi przyjaciel dobiera się do jednej z rozchichotanych córeczek Afrodyty.

– Isaac… – westchnąłem, na co chłopak uniósł spojrzenie na mnie i zamrugał.

– Philiuś – uśmiechnął się. – Wiesz, że się puka? Ty mi to ciągle wypominasz.

Podrapałem się po karku i kiwnąłem głową.

– Pamiętaj o jutrzejszym wyjeździe.

– Oczywiście, o mnie się nie martw – powiedział, wyglądał jakby czekał aż sobie pójdę. Westchnąłem, kręcąc głową.

*

Poranki naprawdę nie były moją porą. Ziewnąłem, poprawiając plecak i stanąłem przed domkiem dzieci Dionizosa. Nie mam pojęcia, czemu wybrałem tak wczesną porę na wyjazd, przecież nie musieliśmy się aż tak śpieszyć… Spojrzałem z wyczekiwaniem na drzwi domku i niecierpliwiąc się. Skoro ja mogłem wstać o takiej godzinie to oni też, do cholery!

– Rudzielcu! – uderzyłem pięścią w drzwi, a te otworzyły się pokazując zaspanego chłopaka.

– Dlaczego tak wcześnie? – jęknął, zakładając bluzę i biorąc plecak.

– Bo nie wiem ile czasu zajmie nam dostanie się do domu Kalla i ile tam będziemy, a i tak straciliśmy już dwa dni – odparłem, starając się brzmieć poważnie. Wcale nie było tak, że najchętniej wróciłbym do ciepłego łóżka i zapomniał o obowiązkach.

– Gdzie słoneczko? – zapytał Isaac i rozejrzał się, jakby oczekiwał, że chłopak się gdzieś schował. Przewróciłem oczami.

Wzruszyłem ramionami i skierowałem się do domku Apolla. Rudzielec szybko mnie dogonił, mrucząc pod nosem obrażony na zmuszanie go do biegu o takiej porze. Jego narzekania poprawiły mi lekko humor. Byłem na drewnianych schodkach, gdy drzwi otworzyły się i odbiły się ode mnie. Usłyszałem jęk z drugiej strony. Zamrugałem i potarłem czoło robiąc krok w tył.

– Mogę już na tym zakończyć tą misję? – usłyszałem stłumione pytanie Kalla.

– Chętnie też bym to zrobił – westchnąłem. Obym nie miał guza.

– Jesteście tacy pechowi razem – parsknął rudzielec. – Ale poprawiliście mi humor.

– Zamilcz – prychnął młodszy chłopak, otwierając gwałtownie drzwi.

– No chodź. – powiedziałem i wyjąłem z kieszeni kluczyki, machając nimi przed twarzą chłopaka. – Ojciec dał mi swój rydwan.

Znalezienie kluczyków z samego rana było najlepszym co mogło mnie spotkać. Oszczędzało nam to paru problemów. Lubiłem takie prezenty, choć wiedziałem, że ojciec mnie własnoręcznie zabije jeśli coś stanie się z jego ukochanym rydwanem. Uśmiechnąłem się delikatnie i spojrzałem na Kalla, a następnie ziewającego Isaaca.

– Chce prowadzić… – powiedział nagle blondyn.

– W życiu – prychnąłem. – No chyba, że chcesz umrzeć młodo z rąk mojego ojca.

Uderzyłem go w tył głowy, bo wyglądał jakby to rozważał. Już widzę tą kalkulacje czy warto zginąć w rydwanie Aresa czy na misji, którą uznawał za pierwszą i zarazem ostatnią. Pokręciłem głową i spojrzałem na niego, otwierając usta do długiego monologu o wartości życia. Zamarłem jednak, widząc błyszczące od łez złote spojrzenie i drżące wargi. Czyżbym użył więcej siły niż myślałem?

– Kall? – spytałem, będąc coraz bardziej niepewny, gdy po jego policzku spłynęła łza.

Chciałem go dotknąć i pocieszyć, ale wyglądał tak krucho i bezbronnie w tym momencie, że obawiałem się, że sprawie mu krzywdę. Wstrzymałem oddech, wpatrując się w niego w napięciu i czekając aż coś powie. Cokolwiek! Nagle na jego twarzy pojawił się uśmiech i zaczął się śmiać wycierając łzy. Co? Co się właśnie stało?

– O… Nie mogę… Bogowie… – śmiał się, łapiąc za brzuch. Zamrugałem i nie od razu dotarło do mnie, że zostałem zmanipulowany przez syna Apollo. – Lekcje aktorstwa jednak się przydają.

– Kocham cię Kall! Jego mina była bezcenna! – Isaac rzucił się na blondyna by go objąć. Obaj wydawali się świetnie bawić moim nieszczęściem. Tak nie można, naprawdę bałem się, że skrzywdziłem tego delikatnego blondynka.

– To co jedziemy? Czym jeździ Ares? – zapytał z ciekawością Kall.

– Rydwanem – wywróciłem oczami, obrażając się na chłopaka. Schowałem kluczyki do kieszeni i ruszyłem przez obóz. Musieliśmy dotrzeć do drogi.

Nie odzywałem się do nich przez całą drogę, ignorując ich pytania i próby wciągnięcia mnie do rozmowy. Moja urażona duma nie pozwalała mi na tak szybkie odpuszczenie im. Niech rozumieją, że tak nie można. To było igranie z synem Aresa! Hm, może nie do końca… głupio mi, że dałem się nabrać. To był cios. Milczenie było wyrazem mojego niezadowolenia. Trochę dziecinne, ale nic na to nie poradzę. W końcu wyszliśmy z lasu przy pustej drodze. Wyciągnąłem kluczyki i rozejrzałem się jeszcze raz, by upewnić się, że nikt niepożądany nie zobaczy nagłego pojawienia się rydwanu Aresa. Nie widząc jednak nikogo oprócz nas, co wcale nie było takie dziwne o tej porze, wcisnąłem guzik i czekałem.

Rozpogodziłem się lekko, gdy usłyszałem gwałtownie wciągnięcie powietrza. Uśmiechnąłem się, patrząc na błyszczący w porannym słońcu samochód. Lśniący czerwony lakier idealnie pasował do boga wojny i podbijania ulic Nowego Yorku. Obszedłem go i usiadłem na miejscu kierowcy. Spojrzałem na dwójkę herosów, wciąż stojących w miejscu i wpatrujących się wielkimi oczami w samochód.

– Zamierzacie tak stać cały dzień? – zapytałem z rozbawieniem i schyliłem się po okulary przeciwsłoneczne, które od razu założyłem.

– Siedzę z przodu! – oznajmił Kall i z błyszczącymi oczami zajął miejsce obok mnie. Uśmiechnąłem się pod nosem wkładając kluczyki do stacyjki i odpalając samochód. Samochód wydał z siebie cudowne, pełne mocy brzmienie.

– Em… Philio, ale ty już prowadziłeś samochód prawda? – spytał rudzielec siedzący z tyłu. Spojrzałem na niego lusterku.

– Zapnij pasy.

– Uwielbiam skórzane siedzenia – wymruczał radośnie Kall, który bawił się chyba najlepiej. Rozciągnął się na swoim miejscu i otworzył okno wpuszczając do środka chłodne, poranne powietrze. – A teraz, panie wojowniku, zawróć. Musimy jechać w drugą stronę.

– Nie mogłeś tak od razu? – spytałem, zwalniając i wykorzystując zbliżające się skrzyżowanie do nawrócenia.

– Nie moja wina, że nawet nie zapytałeś gdzie jechać – odparł nieprzejęty, ale zaczął mi tłumaczyć gdzie mam jechać. Czasami miałem wrażenie, że specjalnie czeka do ostatniej chwili z powiedzeniem, że mam skręcić. Irytujący chłopak.

Przez ograniczenia i ruch na drogach nie mogłem rozpędzić się samochodem tak jak chciałem. Ubolewałem nad tym faktem, jadąc i tak mało przepisowo i klnąc na blokujących mi drogę. Kto im dał prawo jazdy?! Jazda przez Nowy York jest karą samą w sobie. To miasto jest pełne aut i ludzi, którzy utrudniali mi jazdę. Miałem wrażenie, że minęły wieki nim Kall spokojnym głosem kazał mi skręcić i znalazłem się w bogatej dzielnicy pełnej luksusowych rezydencji. Było tu pusto i spokojnie, jakby ci ludzie nie musieli ruszać się z domu o tak wczesnej porze.

– Czarna brama, o tu – wskazał odpowiedni wjazd i wyskoczył z auta, by otworzyć bramę. Zagwizdałem wjeżdżając na podjazd z jasnego kamienia.

– Nieźle – powiedział Isaac i wyszedł z samochodu. W duchu potwierdziłem słowa rudzielca.

Kall czekał na nas przy drzwiach i dopiero, gdy do niego dołączyliśmy nacisnął wchodząc do wnętrza tego pałacu. Pierwszy raz widziałem taki budynek, a co dopiero z wejściem do niego. Wszystko było eleganckie, idealnie dobrane i pewnie cholernie drogie. Hol był otwarty i jasny, kamienne schody prowadziły na górę, a goście mogli wejść do przyjemnie urządzonego salonu.

– Co raz bardziej myślę nad odpuszczeniem sobie misji – powiedział Isaac, rozglądając się. Kall spojrzał na niego z uśmiechem.

– Rozgośćcie się. Kuchnia jest połączona z salonem, a łazienka jest tu i na górze.

– Spakuj się – przypomniałem, zerkając na blondyna.

– Dziękuję za przypomnienie mi oczywistego – prychnął, ściągając buty. Czując się do tego zobowiązany w tym miejscu również pozbyłem się obuwia i położyłem plecak koło szafki na buty. Wtedy też usłyszałem jakiś dźwięk i chwilę później na schodach pojawiła się zaspana kobieta w szlafroku.

– Kalliope możesz mi powiedzieć co to za nie wracanie do domu na noc? – zapytała, a chłopak momentalnie zamarł.

– Kalliope? – uśmiechnąłem się.

– Milcz – syknął blondyn z morderczą miną, wskazał na mnie palcem. – Za mną.

– Powinieneś być milszy, synu…

– Wiem, mamo. – westchnął, podchodząc do niej i całując ją lekko w policzek. – Nie przejmuj się, możesz wrócić do siebie.

– Nie przedstawisz kolegów? – spytała i spojrzała najpierw na Isaac’a następnie na mnie. Uśmiechnąłem się uprzejmie w jej stronę i czekając na to co zrobi syn Apollo. Blondyn wyglądał jakby miał ochotę coś albo kogoś uderzyć. I miałem swoje podejrzenia, że chętnie zaatakowałby mnie. Bawiło mnie to jeszcze bardziej.

– Isaac – wskazał rudzielca. – I Philio… Możemy już iść do mnie?

– No idźcie, idźcie – machnęła kobieta dłonią, wzdychając.

Kall poczekał na nas na szczycie schodów, nim zaprowadził nas do swojej sypialni i zamknął za nami drzwi. Po chwili obrócił się w moją stronę i wycelował we mnie palec… cokolwiek jednak chciał powiedzieć zostało zapomniane. Zignorował mnie podchodząc do dużego i wyglądającego na wygodne łóżka. Na puchatym, czerwonym kocu leżał profesjonalnie wykonany łuk z jasnego drewna i czarny kołczan z grawerunkiem złotego słońca.

– Oh…

Zagwizdałem dziś kolejny raz podchodząc do broni.

– Czyżby prezent od tatusia?

– Najwyraźniej… – mruknął z fascynacją przesuwając palcami po całej długości łuku.

– Świetne wykonanie – powiedziałem, biorąc w dłoń jedną ze strzał. Grot wykonany był z jakiegoś metalu, niezbyt ciężkiego, jednak nie był bardzo lekki. Całość była idealnie wyważona. Promień strzały był czarny, a lotka biała ze złotymi końcówkami.

– Dobra, muszę się spakować. – mruknął, zostawiając łuk i rozejrzał się z roztargnieniem po pokoju. – Oprócz ubrań, co się bierze na takie wyprawy?

– Pieniądze? Chodź duża ilość normalnych nie będzie potrzebna. Szczególnie tam gdzie się wybieramy – powiedziałem. – Zabrałem drachmy.

– Nie jesteś pomocny – odparł i wyciągnął z szafy plecak, do którego spakował ubrania na zmianę. Potem wylądował w nim portfel i telefon z ładowarką. Oczywistym było też to, że spróbuje tam wcisnąć szkicownik.

– Kalliope nie potrzebujesz… – uciąłem w pół zdania, gdy notes został rzucony w moją stronę. W powietrzu zaroiło się od luźnych kartek, nim twardy przedmiot trafił we mnie.

– Rozumiem, że to było stwierdzenie, że bez niego się nie ruszasz. – mruknąłem. Chłopak posłał mi groźny uśmieszek.

– To było za użycie mojego pełnego imienia.

– Ale przecież jest takie ładne, Kalliope – posłałem mu cwaniacki uśmiech. Miałem wrażenie, że on na mnie zasyczał. Rozbawiło mnie to i czekałem na jego ruch. Blondyn z grymasem na twarzy podszedł do mnie i zamachnął się na mnie ręką.

– Podły drań!

Złapałem jego dłoń i pociągnąłem na łóżko.

– Nie podnoś na mnie rączki, loczku, bo ci ją odetnę.

– Pierw rozszarpie cię na kawałki za naumyślne doprowadzanie mnie do szewskiej pasji – odparł w ogóle nieprzejęty moimi słowami. Rzucał się i wiercił, jakby od tego zależało jego życie. Musiał naprawdę nienawidzić swojego imienia.

– Ja tu jestemm… – spojrzałem na siedzącego rudzielca.

– To mógłbyś pomóc mi go dobić – sapnął Kall z zarumienioną z wysiłku twarzą. Jego kondycja była fatalna, skoro męczył się czymś takim.

– Zabiłbym go już dawno, ale chciałbym jeszcze przeżyć tą misję… Co ty na to by po misji go dobić?

– Nie będzie się niczego spodziewał – odparł i uśmiechnął się do rudzielca.

– Co? – uniosłem głowę patrząc na Isaac’a. – I ty przeciwko mnie?

– Tak jakoś wyszło, kumplu – powiedział z psotnie błyszczącymi oczami i poklepał mnie po policzku. – Będziemy cię wspominać… w gorsze dni…

Uniosłem brew, a następnie zerknąłem na drżącego blondyna. Jednak szybko okazało się, że to tylko efekt próby powstrzymania śmiechu. Ta dwójka mnie wykończy. Jeśli tak to będzie wyglądać podczas misji to nie potwory ich zabiją, a ja.

– Bogowie – pokręciłem głową.

– Złaź, ciężki jesteś – drobne ciało poruszyło się pode mną, a jego dłonie wylądowały na moich ramionach.

– Szóste zbliżenie – szepnąłem mu do ucha zanim wstałem. Miałem nikłe wrażenie, że róż na jego policzkach pogłębił się. Kall usiadł i poprawił swoją koszulkę, uciekając wzrokiem od mojej osoby.

– Philio, jak w końcu dostaniemy się do Grecji? – spytał Isaac. Stanąłem przy oknie wpatrując się w tył podwórka.

– Rozważałem wiele opcji, jednak najszybszą będzie dług Hermesa do mojego ojca. Pojedziemy do jednej z placówek Hermesa. “Hermes Express” posiada wiele tuneli zaginających czasoprzestrzeń. Nimi dostaniemy się Delf.

– Skąd pewność, że będzie akurat w tej placówce? – zapytał Kall.

– Będzie – powiedziałem pewnie.

– W takim razie nie ma co zwlekać.

Obróciłem się i zauważyłem, że zdążył się spakować i teraz stał z kołczanem na plecach i łukiem na ramieniu, trzymając plecak i wyglądając na gotowego do drogi. Zdobył się na mały uśmiech w moją stronę, nim wyszedł z pokoju zostawiając mnie z Isaac’iem.

– Skąd u niego teraz taka nagła chęć do misji? – spytałem.

– Sądzę, że chodzi raczej o twoją śmierć po niej.

– Aha – odpowiedziałem, jakże inteligentnie. Chłopak zaśmiał się, podchodząc do mnie i klepnął mnie w ramię.

– Czemu go tak drażnisz? – zapytał, zatrzymując mnie wciąż w pokoju.

– Ja…

W sumie jeszcze ani razu nie zadałem sobie pytania ‘dlaczego’. Polubiłem w jakiś sposób syna Apolla. A drażnienie się z nim i sprawianie, że na jego twarzy pojawi się choć ślad rumieńca dawało mi niezwykłą satysfakcję. Cholera, dlaczego? Znałem go tylko trzy dni, a tak bardzo już go polubiłem? Spojrzałem w fiołkowe oczy Isaaca, nie wiedząc jak odpowiedzieć na jego pytanie, ale on chyba nawet na to nie czekał. Pokręcił z rozbawieniem głową.

– To może być ciekawe. Chodźmy. – powiedział i skierował się do drzwi.

Westchnąłem i ruszyłem za nim, zeszliśmy na dół i musieliśmy zajrzeć do salonu, by znaleźć blondyna. Zostawił on kartkę papieru na stole i wgryzł się w batonika, którego jadł. Jakby wyczuwając na sobie mój wzrok, uniósł głowę i spojrzał na mnie z pełnymi ustami. Był gotowy do drogi, więc tylko czekał na nas. Uśmiechnąłem się lekko i sięgnąłem po buty. Założyłem swoje skórzane glany biorąc przy okazji plecak i prostując się.

– Ruszamy?

– Do Hermesa – zanucił z udawanym entuzjazmem Kall i otworzył drzwi.

Westchnąłem. To będzie ciężka podróż.

Zacząłem się jednak przyzwyczajać do nowojorskiego ruchu, nie znaczyło to jednak, że mniej wkurzało mnie to natężenie ruchu. Zaciskałem mocno dłonie na kierownicy i patrzyłem z irytacją na korek, gdy Kalliope zaproponował przerwę na kawę i coś słodkiego. Po chwili wspomniał również o tym, że moglibyśmy pójść dalej pieszo. Zaparkowałem w jakiejś mniej uczęszczanej uliczce. Gdy wszyscy już wyszliśmy z samochodu nacisnąłem na pilocie jeden z guzików, a samochód po prostu rozpłynął się w powietrzu. Schowałem kluczyk do kieszeni spodni i wyszliśmy w trójkę z uliczki.

Pozwoliliśmy prowadzić blondynowi, który wybrał chyba jedną z najbardziej zatłoczonych kawiarni. Jakimś cudem jednak znalazł nam stolik i kazał mi zostać, a on z Isaaciem poszli stać w kolejce. Cóż za niesprawiedliwość. Czemu niby ja miałem pilnować miejsc, mogliśmy też wziąć na wynos, a nie tracić czas. Skrzyżowałem ramiona na piersi, czując buzujące we mnie emocje.

Spojrzałem się na siedzący niedaleko mnie ludzi. Uchwyciłem matkę z małym dzieckiem jedzącym lody czekoladowe. Dalej było jakieś starsze małżeństwo opowiadające sobie coś radośnie. Najbliżej mnie siedział chłopak z ciemnowłosą dziewczyną. Zacząłem stukać palcami zły na zostawienie mnie samego. Dlaczego nie mógł zostać Isaac? Albo jak tak bardzo chcieli się mnie pozbyć to mogłem ja iść zamówić! Nawet nie spytali się mnie co chce. Drgnąłem zaskoczony gdy para na którą wcześniej spojrzałem zaczęła się kłócić. Dziecko siedzące z matką marudziło jej o lodach, a para emerytów już nie wyglądała tak radośnie jak wcześniej. Zacisnąłem dłonie w pięści próbując zapanować nad sobą. Że też musiałem stracić kontrolę w tak tłocznym miejscu.

Starałem się jak mogłem, jednak moje emocje były na tyle silne, że opanowano mojej mocy wydawało mi się niemożliwe w tym momencie. Serce zaczęło mi szybciej bić i zrobiło mi się gorąco. Oblizałem wargi i zerwałem się ze swojego miejsca, chcąc się stąd wydostać. Na drodze stanął mi jednak Kall.

– Mam czekoladowe babeczki? – z początku radosne obwieszczenia zmieniło się w niepewne pytanie. – Philio? Usiądź…

Pokręciłem głową chcąc wydostać się na powietrze. Chłopak odstawił kawę i papierową torbę ze smakołykami na stół, a następnie stanął jeszcze bliżej mnie i uniósł dłonie, kładąc je na moich policzkach. Chciałem na niego wrzasnąć i go odepchnąć, ale stałem w bezruchu, patrząc na niego i dostrzegając minimalne spięcie jego ciała, gdy moja moc napierała na niego.

– Spokojnie… Skup się na mnie…

Nie wierzyłem, jednak w jakiś sposób mi to pomogło. Wpatrywałem się w jego oczy które kolorem zaczęły mi przypominać płynne złoto z jaśniejszymi i ciemniejszymi plamkami. Gdy skupiłem się na nich poczułem jak uspokajam się powoli. Jego palce przesuwały się łagodnie po mojej skórze, odwracając moją uwagę od wszystkiego innego. Liczył się tylko on. Dotknąłem swoją dłonią jego, czując przyjemne ciepło.

– Usiądziesz? Ściągamy na siebie uwagę wszystkich… – szepnął.

Kiwnąłem delikatnie głową na co blondyn poprowadził mnie z powrotem do stolika. Usiadłem obok niego, czując jakby jego osoba po prostu mnie trzymała w ryzach. Zaskakujące to było, ponieważ to także jego osoba wywołała cały ten zamęt w mojej głowie. Blondyn postawił przede mną kubek kawy i podał mi babeczkę. Po chwili dołączył do nas Isaac.

– Kontroluj się Philiuś – powiedział, wkładając do ust kawałek ciasta.

Westchnąłem wgryzając się w ciemny wypiek. To nie było takie łatwe. Łatwo ponosiły mnie emocje przez co nie radziłem sobie z mocą. Z każdym rokiem miałem jej więcej przez co było mi trudniej. Wcześniej to Tatiana pomagała mi, ale teraz jej nie ma przy mnie. Przygryzłem wargę, wpatrując się tępo w nadgryzioną babeczkę, gdy poczułem trącenie w kolano. Przeniosłem wzrok na swoje nogi, by zobaczyć, że to siedzący obok mnie blondyn delikatnie docisnął swoje udo do mojego. Spojrzałem na niego i zobaczyłem łagodnie zmrużone złote ślepia.

Wymusiłem na sobie uśmiech opierając się o niego. Przez ten wybuch miałem zepsuty humor, jednak dotyk chłopaka jakoś poprawiał mi go. Bił od niego niezwykły spokój, gdy pochłaniał z zadowoleniem babeczkę i zapijał ją kawą. Jego delikatny kwiatowy zapach mieszał się z głębokim aromatem kawy.

– Jesz? – zapytał po pochłonięciu dwóch wypieków i łakomym oblizaniu ust.

– Możesz wziąć – oparłem biorąc swoją kawę i upijając łyk. – Z czekoladą?

– Uparł się – mruknął Isaac, zerkając na blondyna.

– Chcesz abym dostał cukrzycy? – uśmiechnąłem się.

– Jest w miarę gorzka – odparł obronnie. Pokręciłem głową jednak napiłem się kolejny łyk kawy. Była dobra i za szybko się skończyła. Isaac wstał i poszedł do łazienki, więc zerknąłem na leniwie popijającego kawę blondyna.

– Będziemy musieli zaraz iść – powiedziałem. – I dziękuję Kall.

– Nigdzie nie idę, dobrze mi tu… – mruknął i położył głowę na moim ramieniu.

– Czym szybciej pojedziemy tym szybciej wrócimy. Może się okaże, że nic nie znajdziemy i będziemy musieli wrócić do obozu.

– Musimy ją znaleźć. – odparł z westchnieniem.

– Nie wiadomo czy będzie w Delfach – westchnąłem.

Choć z chłopakiem lubiłem się drażnić to od mojego wybuchu, jakby miedzy nami powstało ciche porozumienie. Po marudzeniu Kall’a ruszyliśmy powoli do “Hermes Express”. Raz mogłem pomylić drogę, ale w końcu stanęliśmy przed budynkiem firmy Hermesa. Przeszliśmy szybko przez ulicę i weszliśmy do środka.

– Mogę wysłać kartkę na Olimp? – zapytał Kall z ciekawością.

– Jasne – uśmiechnął się syn Dionizosa i zaczął przeglądać z chłopakiem stoisko z pocztówkami.

– Wy tak na prawdę? – uśmiechnąłem się. Obój pokiwali radosne głowami i chwilę im zajęło wybranie idealnej kartki. Wtedy blondyn podszedł do lady i spojrzał na mężczyznę w beżowej koszulce z logo firmy.

– Ma pan pożyczyć długopis?

– Oczywiście – kiwnął głową i wyciągnął z szufladki czerwony długopis.

Blondyn uśmiechnął się i pochylił nad kartką. Dłuższą chwilę nic nie napisał i wpatrywał się długopis z zamyśleniem, a potem jakby doznał olśnienia szybko coś napisał i wydawał się niezwykle zadowolony z siebie, gdy skończył. Oparłem głowę o jego ramię starając się zobaczyć co napisał.

– Do twojego ojca?

– Idealne haiku – oznajmił dumnie i podpisał się na dole krótkiego wierszyka, który dla mnie nie miał za dużo sensu. Uśmiechnąłem się jednak i wyciągnąłem drachmy, gdy pracownik podał cenę wysyłki.

– Szukamy Hermesa – dodałem, podając monety. – To ważne.

– Byliście umówieni? – zapytał, przyglądając się nam oceniająco. Kall spojrzał na mnie, a jego złote tęczówki migotały wesoło.

– Hermes ma dług u mojego ojca, więc chce by go spłacił pomagając nam – powiedziałem, patrząc wyczekująco na pracownika.

Mężczyzna przez moment wyglądał, jakby chciał protestować, ale koniec końców westchnął i kazał nam iść za sobą. Przeszliśmy przez drzwi z tabliczką „Tylko dla personelu” i znaleźliśmy się nagle w wielkim pomieszczeniu. Choć mógłbym nazwać to nawet halą. Pełno było tu ludzi noszących jakieś wysyłki. Przedmioty znajdowały się również na szarych taśmach i były nadawane przez pracowników w odpowiednie miejsca. Pracownik, który nas prowadził nagle się zatrzymał, a ja prawie na niego wpadłem.

– Hermesie, dzieciaki do ciebie.

– Dzieciaki? – spojrzałem krzywo na mężczyznę. On wzruszył jedynie ramionami i posłał znaczące spojrzenie w stronę rozglądającego się z ciekawością Kalla. Blondyn za to utkwił spojrzenie w mężczyźnie o jasno brązowych włosach, zmarszczonych brwiach i kadyceuszem w ręce.

– A więc? Mam dużo roboty – pogonił mnie dłonią Hermes.

– Masz u Aresa dług. Chcieliśmy skorzystać z twoich tunelów aby dostać się do Delf.

– To dość daleka podróż, synu Aresa. – mruknął, przyglądając nam się oceniająco.

– Gdyby to nie było tak ważne użylibyśmy innego środka transportu, jednak czas nas pogania.

– Raczej ty nas poganiasz – poprawił mnie Kall.

– Mam zacząć mówić jaki czas jest ważny w takiej sprawie? – spojrzałem na nich poważnie, na co Isaac pokręcił głową.

– Nie trzeba.

Kalliope posłał mi wyniosłe spojrzenie, nim prychnął głośno i zbliżył się do boga podróżnych i złodziei, nachylając się w stronę jego laski. Miałem ochotę uderzyć się w czoło. To było takie beztroskie zachowanie… Zero ogłady i instynktu samozachowawczego. Nawet nie zwrócił uwagi na właściciela, który przyglądał mu się jasnymi oczami. Usłyszałem syk i dostrzegłem cień uśmiechu Hermesa, nim usłyszałem okrzyk zachwytu Kalla.

– One się ruszają… o! węże…

– Mogłybyście się przedstawić – powiedział Hermes do dwóch węży, na co one na niego zasyczały.

– A co my, twoje pupilki? – spytał jeden z nich poruszając się.

– Greg i Martha – wywrócił oczami Hermes.

– Kall – odparł chłopak i brzmiało to zabawnie. On naprawdę rozmawiał z towarzyszami Hermesa wręcz ignorując boga. – Jesteście magiczne? Jadowite?

– Magiczne? Oh jakiś ty sssłodki – wężyca prawie zaśmiała się.

– I nagle umiecie syczeć? – prychnął Hermes, na co został zignorowany. Oba węże wydawały się zainteresowane swoim nowym rozmówcą, który się nimi zachwycał. Starałem się utrzymać poważny wyraz twarzy, choć miałem ochotę parsknąć śmiechem.

– Tunele – przypomniałem, bo naprawdę powinniśmy ruszyć w drogę.

– Ah, tak. Będziecie musieli trochę przejść… ostatnimi czasy nawet moje przejścia stały się niebezpieczne, więc powinniście się zastanowić czy warto ryzykować…

– Będzie to bezpieczniejsze niż Philio za kierownicą – powiedział Kall ze wzruszeniem ramion i wyprostował się, a jego twarz przybrała dojrzalszy wyraz. Czyżby kolejne oblicze tego niepozornego chłopaka? W jego oczach był wręcz stalowy błysk, gdy wpatrywał się w Hermesa. – Ile zajmie nam droga? I czego mamy się spodziewać?

– Parę godzin? Na pewno nie traficie tam od razu. Kraje są ze sobą odpowiednio połączone – powiedział, prowadząc nas. – A czego się spodziewać? Wszystkiego, Olimp ma wielu wrogów.

– Oh, to zawęziło krąg podejrzanych – odparł głosem przesiąkniętym ironią. Schyliłem głowę, by ukryć mały uśmiech. Miło było tego słuchać z boku.

– Dionizos dostał wino? – nagle mężczyzna zwrócił się do rudowłosego nastolatka idącego obok mnie.

– Tak, ale nadal zmienia się w wodę. Gniew Zeusa jest tak długi jak jego życie, a skoro jest nieśmiertelny…

– Po tylu latach to wydaje się zwykłą złośliwością. Złościć się tyle o jedną kobietę – mężczyzna przewrócił oczami, a jego towarzysze zasyczeli na zgodę. Pokiwałem głową, przyznając mu rację. Bogowie byli dość skomplikowani.

Posłaniec bogów wyprowadził nas z hali i długim korytarzem poprowadził nas do pomieszczenia wypełnionego drzwiami. Każde z nich jaśniały innym światłem i widniał na nich inny symbol. Nie rozumiałem tego podziału, ale Hermes wydawał się świetnie orientować co gdzie jest i od razu wybrał jedne z nich. Ich otoczka mieniła się barwami zachodzącego słońca głębokiej pomarańczy, delikatnej czerwieni przechodzącej w róż. Kolor wydawał się jaśniejszy, gdy zbliżył się do nich bóg i otworzył je przed nami.

– Oto wasza droga. Kierujcie się znakami… jeśli się zgubicie to już po was, dzieciaki.

– Oh jak pozytywnie – powiedział Isaac, wchodząc pierwszy.

– Po takiej zachęcie moja noga tam nie postanie – oznajmił Kall i spojrzał na mnie wojowniczo, krzyżując ramiona na piersi i robiąc krok w tył.

– Ah tak? – uniosłem brew i sprawnym ruchem, którego chłopak się nawet nie spodziewał złapałem go, przerzucając sobie przez ramię. – Do zobaczenia, Hermesie.

– Uważaj na niego – usłyszałem i nie wiedziałem do kogo to było. Nie mogłem o to zapytać, bo drzwi zamknęły się za nami i musiałem skupić się na wściekłym blondynie, który fukał, prychał i wiercił się, uderzając mnie każdą możliwą częścią ciała.

– Nie chce ginąć! Nigdzie nie idę, sam sobie wypełniaj głupie misje, grrr…!

– A więc zostań tu sam – powiedziałem, puszczając go i w paru krokach doganiając Isaac’a. Rudzielec zwolnił i spojrzał na mnie, marszcząc brwi i zerkając przez ramię. Niemal widziałem obracające się w jego głowie trybiki.

– Chyba nie zamierzasz go tutaj zostawić? Raz zamknięte drzwi nie mogą zostać otwarte…

– Jestem ciekaw kiedy to odkryje – uśmiechnąłem się pod nosem.

– I wrócił wredny Philio. A w kawiarni było tak miło.

Przeszliśmy spokojnie jeszcze parę metrów, czekałem aż Kalliope nas zawoła, ale uparciuch wciąż milczał. Nagle za naszymi plecami rozległ się huk, a chwilę później wściekłe przekleństwa, nawet parę greckich.

– Nie znęcaj się tak na nimi – powiedziałem głośno, aby mnie usłyszał. Nie oczekiwałem, że poczuję delikatne muśnięcie na policzku i zobaczę jego strzałę bardzo blisko mojej twarzy, a następnie zniknęła w ciemności. Zaraz potem nastąpił kolejny, chociaż cichszy huk. Dotknąłem policzka, a widząc krew na palcach, odwróciłem się.

– Rusz się do cholery, nie otworzysz ich. Tracimy tylko czas – powiedziałem.

– Mam gdzieś, że tracimy czas! – warknął i nie wykonał ani kroku w naszą stronę. Zacisnąłem usta w wąska linie. Nasze porozumienie zniknęło? Jak miło. Kolejny raz wznowiłem krok jednak tym razem rudzielec został. Jęknąłem na nich.

– Proszę… Chodźmy już. Nic nam nie da jeśli tu zostaniemy. A nie zostawię was samych. Nie wiadomo co w tunelach siedzi.

Rudzielec ze spokojem podszedł do mniejszego chłopaka i objął go z zaskoczenia, a następnie wyszeptał mu coś do ucha. Starałem się coś wyłapać z ich cichej wymiany zdań, ale nie dosłyszałem ani słowa. Ich głosy były ciche i nawet w tym miejscu nie niosły się echem. W końcu usłyszałem cichy pomruk i Kall założył swój plecak. Niechętnym krokiem skazańca skierował się w moją stronę, ale trzymał się po drugiej stronie Isaac’a by nie iść obok mnie.

Wytrwaliśmy tak do godziny. Droga robiła się monotonna. Zaczęło mnie niepokoić, że nie minęliśmy żadnych znaków o których mówił Hermes, a to nie możliwe byśmy się zgubili skoro cały czas idziemy jedną drogą. Spojrzałem na moich towarzyszy, ale zobaczyłem tylko różne etapy znudzenia. Zero obaw co do trasy. Przewróciłem oczami. Byli nią świetnie zainteresowani. Westchnąłem, wyciągając z plecaka butelkę z wodą i upiłem łyk. Pijąc zwolniłem, co z początku nie zrobiło różnicy tej dwójce, szli dalej. Nasza droga zaczęła zmieniać się z płaskich płytek na szerokie kamienie. Po bokach drogi pojawiały się różne kolumny obrośnięte bluszczem.

– Zbliżamy się już? – spytał Isaac.

– Możliwe – mruknąłem.

– Nie podoba mi się tu – stwierdził Kall, rozglądając się z ponurą miną.

– A co ci się podoba? – wywróciłem oczami, nie kontrolując nawet, że skomentowałem to na głos. Chłopak spojrzał na mnie z chłodem w oczach.

– Na pewno nie twoje towarzystwo – syknął i ruszył przed siebie.

– Mi twoje też ale nie muszę tego kom…

Nie zdążyłem nawet dokończyć gdy poczułem jak kamień, na którym stanąłem poruszył się i załamał pode mną. Krzyknąłem w ostatnim momencie łapiąc się innej części ścieżki.

– Philio! – usłyszałem krzyk rudzielca za nim nie klęknął przy dziurze i wyciągnął do mnie rękę.

Dłonie ślizgały mi się i czułem jak moje serce szaleńczo wybija rytm. Złapałem jego dłoń, próbując się podciągnąć. Miałem jednak wrażenie, że czego bym nie dotknął kruszyło się to pod mocniejszym naporem. Nie mogłem nawet oprzeć stóp o ścianę, bo ta umykała mi spod stóp. Pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji. Niespodziewanie obok Isaac’a pojawił się blondyn i wyciągnął w moją stronę dłoń. Spojrzałem w jego złote oczy pełne niepokoju.

– Spróbujcie mnie puścić, a sam wrócę i was tam zrzucę – westchnąłem, puszczając się kamienia i łapiąc blondyna.

– To by była swego rodzaju karma – stęknął, lekko przesuwając się bliżej krawędzi, gdy mnie złapał przez co miałem nieprzyjemne wrażenie, że zaraz spadnę.

– Nie mam jak się podeprzeć – powiedziałem.

– Na trzy? – spytał rudzielec.

– Proponowałbym już… Wiecie czuję, że spadam.

– Ciężki – stękał blondyn, starając się jak najbardziej pomóc Isaacowi w wciągnięciu mnie na górę. Gdy w końcu się to udało i leżałem na kamieniach myślałem, że ich ucałuje ze szczęścia.

– Nigdy więcej – przeczesałem włosy.

– Następnym razem puszczę – wymamrotał zdyszany chłopak i przesunął palcami po delikatnie wijących się na końcach włosach, próbując uspokoić oddech. – Tak będzie łatwiej – dodał, gdy zobaczył, że się na niego patrzę.

– Dzięki – mruknąłem, siadając. Dostałem w odpowiedzi delikatny uśmiech.

– Ma on trochę racji, Philuś, ciężki jesteś – powiedział mój ukochany przyjaciel.

– Jeszcze powiedzcie, że gruby to sobie z powrotem spadnę – zamarudziłem.

Blondyn spojrzał na mnie z niepokojącym błyskiem w oku i otworzył usta, chcąc rzucić pewnie jakimś złośliwym komentarzem, gdy wokół nas rozległ się głęboki, złowieszczy ryk. Niemal czułem jak podłoga zawibrowała od tego dźwięku. Isaac spojrzał na mnie z niepokojem i sięgnął po broń, zerkając na pobladłego blondyna. Podniosłem się od razu jak na rozkaz i wyciągnąłem miecz.

– Tak się nudziliście, to teraz macie.

– Mógłbyś się zamknąć – stwierdził Isaac, używając specyficznego tonu głosu, który oznaczał irytację pomieszaną z troską. Mówił tak tylko do mnie, gdy powiedziałem o jedno słowo za dużo. W tym wypadku wydawał się mieć na względzie młodszego chłopaka.

Przełknąłem ślinę i rozejrzałem się czujnie jak na razie nic nie dostrzegając. Wolałem jednak nie zakładać, że to co wydało z siebie tamten dźwięk po prostu rozpłynęło się w powietrzu. Oh, potwory nigdy nie znikały. Zrobiłem parę kroków do przodu, ostrożnie rozglądając się między kolumnami, gdy usłyszałem zdławiony okrzyk. Obróciłem się gwałtownie i spojrzałem na Kalla, który drżącą ręką wskazał kamienny sufit.

Nie miałem pojęcia co to było. Długimi pazurami uczepiło się kamieni i śledziło każdy nasz ruch żółtymi ślepiami. Łapy i pysk miał trochę jak wielki, dziki kot, jednak koty nie mają dwóch ostrych rogów i grzbietu pokrytego ciemną skórą wyglądającą niczym pancerz. Złapałem na łuk chłopaka którego sparaliżował strach i wystrzeliłem w potwora strzałę. Było to jednak bezcelowe, odbiła się ona od jego pancerza, a rozdrażniony potwór zaryczał i rzucił się w naszą stronę. Przemieszczał się pełnymi elegancji skokami, obnażając kły.

– Co to w ogóle jest? – spytał w końcu Kall na co pokręciłem głową cofając się.

Blondyn wstał i zabrał mi swój łuk, choć wciąż był blady i miałem wrażenie, że kurczowo zaciska palce na drewnie. Pomimo tego wyjął strzałę z kołczanu zarzuconego na plecy i z niezwykłą szybkością i precyzją puścił strzałę. Myślałem, że spudłował, gdy zwierzę wydało z siebie wściekły, zbolały ryk i zobaczyłem lotkę strzały w pobliżu jego łapy.

– Odwrócę jego uwagę, a wy spróbujcie go zranić – powiedział Isaac. Skinąłem głową i złapałem Kalla za nadgarstek, by odejść z nim na bok. Musieliśmy znaleźć sposób na ominięcie jego pancerza lub zbliżyć się na tyle, by go uszkodzić.

– Łapy… pysk i oczy… Atakowanie ogona raczej nic nam nie da… – spojrzałem na chłopaka i uniosłem brew, na co ten wzruszył ramionami. – Słabsze miejsca musimy atakować, jak na przykład brzuch, ale to jest niemożliwe bez zbliżenia się.

Kiwnąłem głową. Miał rację. Jako, że miałem przy sobie jednie krótki sztylet i miecz musiałem atakować z bliska, jednak chłopak mógł trzymać się w oddali. Jako, że nie chciałem, by rzucał się prosto w szczęki potwora, taki plan był idealny. Isaac rozproszy to stworzenie, Kall może spróbować zranić słabsze części potwora, a ja go zabije, gdy nie będzie się tego spodziewał. Wspaniale. Choć przy potworach, o których nic nie wiemy to może nie być takie proste.

Skrzywiłem się i spojrzałem na bestię, która wodziła spojrzeniem za Isaac’iem. Jej jasne ślepia mrużyły się, a spomiędzy szczęk uciekał wściekły syk. Nie wyglądało to najlepiej.

– Idź pomogę Isaac’owi, a ty postaraj się nie zginąć – powiedział blondyn i z łukiem w ręku skierował się w stronę zwierzęcia. Nie zdążyłem zaprotestować, bo strzelił i trafił, a bestia skoncentrowała się na nim z potężnym rykiem. I właśnie rozwalił mój plan. Cholera. Złapałem dobrze za miecz i starałem się podkraść do bestii.

Obawiając się o to, że zaatakuje chłopaka, krzyknąłem, chcąc żeby to na mnie się skoncentrowała. On nie miałby szans obronić się łukiem, gdyby potwór skoczył na niego. Gdy stworzenie zaczęło zbliżać się do mnie, rzuciłem w stronę Kalla sztylet. Drgnąłem, gdy potwór na mnie zaryczał. Wydawał się zirytowany naszym zachowaniem i próbą odwrócenia jego uwagi, gdy upatrzył sobie w jednym z nas ofiarę. Pazurami zarył o kamień tworząc na nim cztery szramy. To tylko utwierdziło mnie w tym, że są one niesamowicie ostre.

Nagle rzucił się do przodu z cichym warkotem z głębi gardła. Przez chwilę myślałem, że to ja jestem celem, ale on ledwo mnie potrącił i odbił się od jednej z kolumn, skacząc pomiędzy rudzielca i blondyna. Miał nas teraz w równej odległości i nerwowo machając ogonem przechadzał się obnażając na każdego zębiska. Zrobiłem krok do przodu. Nie możemy wieczność bawić się w kotka i myszkę. Ostrożnie stawiałem stopy, starając się poruszać jak najciszej by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Oczywiście mogłem się domyślić, że tamta dwójka widząc co robię, będzie próbowała skoncentrować na sobie uwagę potwora. Usłyszałem krzyk Isaac’a nim zobaczyłem, że bestia rzuciła się na Kalliope. Blondyn stał jak sparaliżowany, zapominając o łuku i moim sztylecie, który trzymał w opuszczonej dłoni. On tylko stał i patrzył ze strachem w oczach na potwora. Na ten widok o mało mi serce nie stanęło, chociaż w chwili, gdy wielki, opancerzony kocur zbliżył się i był prawie nos w nos z Kallem, miałem wrażenie jakby ktoś mnie uderzył. Rzuciłem się w ich stronę, wiedząc, że nie zdążę. Cholera.

Nieoczekiwanym był ruch Kalla. W jednej chwili stał nieruchomo z niemal zamkniętymi oczami, drżąc jak osika, a potem poruszył się i zanim potwór zdążył się zorientować co się dzieje wbił mu sztylet w podniebienie. Zobaczyłem krew, nim zwierzę ryknęło wściekle stając na tylnych łapach i nie wiedząc jak pozbyć się ostrza. Działem instynktownie, wbiłem miecz w odsłonięty brzuch i przekręciłem z mściwą satysfakcją raniąc zwierzę i czując gorącą krew spływającą po moich dłoniach. Gdy wyrwałem z piersi potwora swój miecz, stwór zatoczył koło skamląc, aż w końcu upadł zmieniając się w kamień.

– Masz niepokojący wyraz twarzy – usłyszałem. Potrząsnąłem głową, otrząsając się z tej chęci rozszarpania wszystkiego na strzępy i nurzania się w krwi wrogów. Obróciłem się w stronę chwiejnie stojącego blondyna.

– Kall? – podszedłem do chłopaka, który miał dość mgliste spojrzenie. Złapałem go w ostatniej chwili, gdy nogi się pod nim ugięły. – Hej. Nie pora na umieranie…

Poprawiłem mu włosy, sprawdzając wzrokiem czego przyczyną jest ta utrata przytomności. Zaalarmowała mnie krew na jego przedramieniu. Podczas swojego lekkomyślnego ruchu musiał zahaczyć o ostre zębiska potwora, a te wbiły się w jego skórę zostawiając po sobie powoli krwawiącą ranę. Westchnąłem, patrząc na jego spokojną twarz.

– I po co tak ryzykowałeś?

– Trzeba oczyścić ranę – powiedział Isaac, wyciągając ze swojego plecaka buteleczkę i opatrunek.

Usiadłem na ziemi, trzymając w ramionach nieprzytomnego chłopaka i przyglądałem się jak rudzielec oczyszcza jego ranę. Zaskakujący był cichy syk, który wydostał się Kallowi spomiędzy warg. Spróbował się sennie odwrócić w drugą stronę i zabrać rękę, ale przytrzymałem go w miejscu, by Isaac mógł dokończyć opatrywanie jego przedramienia.

– Ciekawe ile potrwa działanie trucizny – westchnął Isaac. – Powinniśmy stąd iść. Nie chciałbym trafić na kolejnego potwora.

– Weź jego rzeczy – powiedziałem, wstając i ostrożnie biorąc nieprzytomnego chłopaka na ręce. Miałem ochotę się uśmiechnąć, gdy jego głowa opadła na moje ramię i wzdychając niespokojnie przez sen.

– Czy tylko mnie niepokoi, że nie widzę żadnych znaków na naszej drodze? – spytałem w końcu po paru minutach drogi.

– Była prosta droga – mruknął Isaac i wzruszył ramionami. Rozejrzał się jednak podejrzliwie wokół.

– Nie powiedział nam nawet jak długa ona będzie – poprawiłem blondyna w ramionach. Nie był on ciężki, ale jak tak się z nim szło kawałek stawało się to trochę męczące. I obawiałem się, że jeśli coś nas zaatakuje nie będę mógł ci zrobić.

– Mówił, że przejście do Delf zajmie nam parę godzin… może się pomylił i miał na myśli dwa dni w dziwnych, baśniowych jaskiniach? W następnej zrobimy sobie przerwę i pomodlimy się do bogów, by nic nas nie zjadło. – powiedział rudzielec i zerknął na mnie z małym uśmiechem.

– Obyś miał rację – westchnąłem.

Szliśmy we względnej ciszy, parę razy robiąc szybki postój na napicie się i przekąszenie czegoś, gdy zaczęło nam burczeć w brzuchach. Nie wiem ile godzin minęło, ale robiłem się coraz bardziej zmęczony, bolały mnie ramiona, a Kall wciąż był nieprzytomny. Liczyłem na to, że za następnym zakrętem będzie jakieś miłe miejsce na dłuższy postój. Niestety szliśmy chyba przez następną godzinę i nasz cel wydawał się wciąż odległy. Westchnąłem, zerkając na spokojny wyraz twarzy Kalliope i widząc wpadające mu do oczu kosmyki, ale nie mając jak ich poprawić, więc tylko przyglądałem mu się, idąc za Isaac’iem.

W końcu doszliśmy do skrzyżowania dróg i wybraliśmy tą, która była oznaczona żółtą, neonową strzałką. Jakimś trafem nagle na ścianach pojawiło się pełno znaków. Rozglądałem się podejrzliwie, zwalniając, gdy korytarz tak jakby się skończył i wyszliśmy na polanę otoczoną wysokimi drzewami, których konary nie przepuszczały światła. Z jakiegoś powodu nie było jednak ciemno i wszystko wydawało się widoczne. Pod stopami czułem delikatną trawę, a wokół nas znalazły się jakieś krzewy i kwiaty. Przestrzeń między tunelem, a linią drzew miała jakieś parę metrów i wydawała się zachęcać do zrobienia sobie przerwy.

– Zatrzymujemy się czy…?

– Muszę chociaż chwilę odpocząć – westchnąłem, stając przy jednym z drzew i schylając się, by odłożyć blondyna. Jęknąłem prostując ręce. Przeciągnąłem się, słysząc jak strzela mi w plecach i ramionach. Nawet z dodatkową siłą mojego ojca byłem zmęczony po kilkugodzinnym noszeniu nieprzytomnego chłopaka.

– Patrz jaki on uroczy, gdy śpi – zaśmiał się Isaac i klęknął obok blondyna, odgarniając mu włosy z czoła.

– I on marudził, że ciężki jestem – westchnąłem, kładąc się na trawie.

– Jesteś od niego większy prawie o głowę i bardziej masywny. Masz ciało wojownika, a on… driady co najwyżej.

– Ale to ja go niosłem przez parę godzin… Ale jestem zmęczony – mruknąłem, czując niezwykły spokój w tym miejscu.

Zamknąłem oczy, rozkoszując się delikatnym wietrzykiem muskającym moją skórę i miękką trawą, która była ukojeniem dla obolałego, zmęczonego ciała. Wbrew sobie czułem jak powoli odpływam. Część mnie wiedziała, że nie powinienem tracić czujności, ale cichy głosik tłumaczył mi, że to tylko chwilka i Isaac wszystkiego dopilnuje.


Rozdział 3


Kalliope

Obudziłem się, gdy było już ciemno. Przetarłem dłońmi oczy, odczuwając lekki ból w przedramieniu. Ziewnąłem i rozejrzałem się lekko nieprzytomnie po miejscu w jakim się znajdowałem. Nie przypominało to już tunelu, którym szliśmy ani dziwnej jaskini pokrytej mchem i kolumnami oplecionymi bluszczem. Cichy i spokojny las tworzył wokół niezwykle sielankowy nastrój. Uniosłem z nadzieją głowę, ale nie dojrzałem nieba przez co odczułem delikatny zawód. Wciąż byliśmy w tunelach Hermesa?

Skupiłem się na swoich towarzyszach i uniosłem brew widząc śpiącego na plecach Philio. Brunet miał błogi wyraz twarzy z lekko rozchylonymi różowymi wargami i ciemnymi rzęsami rzucającymi cień na jego policzki. Isaac spał kawałek dalej, oparty o swój i mój plecak.

Było tu przyjemnie ciepło i co jakiś czas mogłem poczuć na skórze delikatny podmuch wiaterku. Przeciągnąłem się lekko, nim podrapałem się po głowie i nagle otrzeźwiałem przez ból jaki przeszył mnie ze zranionej ręki. Już wolałem to dziwne uczucie odrętwienia, pomyślałem, krzywiąc się. Moje ramie było obandażowane, a więc rana musiała być gorsza niż podejrzewałem. Poruszyłem palcami ręki i przysunąłem się bliżej Philio, zastanawiając się czy powinienem go budzić. Skoro zasnął musiał być padnięty, ale z drugiej strony co to za nieodpowiedzialne zachowanie?!

W końcu jednak podjąłem się decyzji obudzenia go choćby na chwilę. Przysunąłem się jeszcze bliżej bruneta przygryzając wargę, gdy ten przez sen odwrócił się w moją stronę. Z wielką chęcią wziąłbym teraz do rąk szkicownik i narysował go. Przez moment rozważałem tę myśl, ale w końcu westchnąłem i położyłem dłoń na jego ramieniu lekko nim potrząsając.

– Philio… – powiedziałem cicho, odczuwając, że mam lekką chrypę. Chrząknąłem i popatrzyłem wyczekująco na bruneta, ale ten wciąż słodko pochrapywał i nie reagował na moją próbę delikatnego obudzenia go. Pstryknąłem go w nos, na co go słodko zmarszczył, ale otworzył w końcu swoje srebrne oczy.

– Obudziłeś się – zamrugał, unosząc się na rękach tak, że nasze nosy prawie się dotknęły. – Jak się czujesz?

– Hm… lekko odrętwiały i boli mnie ręka. – odparłem i cofnąłem się, zerkając przez ramię na Isaac’a.

– Mogę zobaczyć? – spytał, łapiąc moją dłoń. Jeszcze się nie obudził czy jak? Był dziwnie spokojny i troskliwy. Ściągnął opatrunek i popatrzył na ranę składającą się z trzech lekko trójkątnych śladów po kłach.

– Zostanie mi po tym blizna? – zastanowiłem się, mrużąc oczy i wyobrażając sobie brzydkie, szpecące moją skórę ślady.

– Nie wiadomo. Nie znam właściwości jadu tego co nas zaatakowało – powiedział, sięgając po plecak Isaac’a. – Jednak skoro przemyliśmy ranę i powtórzymy to, to wątpię.

Przyglądałem się jak wyjmuje wodę i jakiś środek, zapewne odkażający.

– Może trochę boleć – mruknął, polewając ranę szczypiącym płynem.

– Trochę? – syknąłem z bólem wykrzywiającym mi twarz.

Siedziałem na miejscu tylko z powodu stabilnego chwytu mężczyzny, który nie pozwolił mi ruszyć się o milimetr. Zamrugałem, czując napływające mi do oczu łzy. Uh, odwróciłem wzrok zażenowany. Brunet spokojnie opatrzył mi na nowo ranę i posłał mi delikatny uśmiech. Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc tego jego miłego nastawienia. Przyzwyczaiłem się do kpiących uwag, irytującego zachowania i zarozumiałych uśmieszków. Ta zmiana wprawiała mnie w zakłopotanie i nie wiedziałem jak się zachować. Sięgnąłem po wodę upijając parę łapczywych łyków i odkrywając jak bardzo tego potrzebowałem.

– Jesteś głodny? – spytał, wyciągając kanapkę w plecaka. Przyjąłem ją, co jakiś czas zerkając na spokojnego chłopaka, który nic nie wspominał o konieczności ruszenia w dalszą drogę czy obudzenia Isaac’a, by obmyślić co dalej.

– Co jest, do cholery? Umieram? – zapytałem, nie widząc innej możliwości dla nagłej łagodności nieokrzesanego wojownika, prawdziwego syna boga wojny.

– Raczej jeszcze nie, no chyba, że gorzej się czujesz – podrapał się w kark, a wiatr poruszył jego czekoladowymi włosami.

– To co z tobą? – dźgnąłem go w pierś, czekając na jakąś reakcję.

– Ze mną? Też raczej nie umieram – zmarszczył brwi. Przewróciłem oczami i wstałem, to był moment, w którym potrzebowałem również Isaac’a. Chyba, że temu też odwaliło. Klęknąłem koło rudzielca i potrząsnąłem jego ramieniem.

– Hm? Idziemy już? – spytał zaspany.

– Philio powinien to powiedzieć – mruknąłem, zaciskając wargi w prostą linie. – Jak mogliście obaj zasnąć!

– Nie planowałem tego – mruknął. – Ale tu jest tak przyjemnie…

Uderzyłem go w tył głowy, by nawet nie pomyślał o tym, żeby znowu zasnąć. Fiołkowe spojrzenie skoncentrowało się na mojej twarzy, gdy chłopak się skrzywił.

– Coś się stało, że mnie budzisz? Musimy odpocząć zanim ruszymy dalej. Szliśmy parę jak nie paręnaście godzin.

– Philio poskradał rozum. – powiedziałem prosto z mostu.

– Teraz to zauważyłeś? Ja jak go poznałem już o tym wiedziałem – parsknął. Jęknąłem zrezygnowany.

– Jest miły! I to do przesady! Cholernie troskliwy! On taki nie jest! – wykrzyczałem to w twarz rudzielca i pociągnąłem go w stronę bruneta, który akurat pił.

– Wygląda nieszkodliwie…

– No właśnie – potaknąłem, łapiąc kontakt wzrokowy ze spokojnym chłopakiem.

– Niech ci będzie, sprawdzimy czy oszalał do końca. Jak mnie przez to zabije to twoja wina… Philio, twoja siostra to suka – powiedział utrzymując kontakt z półbogiem. Chłopak zamrugał, a jego oczy się zalśniły od łez.

– Dlaczego tak mówisz? Przecież ona jest taka miła… – spytał.

– Oh, z tobą na prawdę jest źle – Isaac przytulił go.

– On płacze… – bąknąłem całkowicie skołowany. Spodziewałbym się wszystkiego, ale nie łez.

– Co mu jest? – spytał fiołkooki znad głowy Philia. Wzruszyłem ramionami.

– Był taki, gdy się obudziłem.

– Był normalny gdy szliśmy. Jeszcze nawet narzekał jak kładł się – mruknął Isaac i odsunął od siebie bruneta. – Naćpałeś się jakiś kwiatków czy co?

– Nie – odparł, patrząc na nas z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.

– Oby ci to przeszło – westchnął fiołkowooki. Przewróciłem oczami, siadając na trawie i wzdychając ciężko.

– Zostajemy tu? – zapytałem po chwili ciszy.

– Możemy zostać aż się przejaśni. Nie wiemy jak droga będzie dalej wyglądać. W dodatku chciałbym aby Philio doszedł do siebie. Nie chciałbym spotkać kolejnego potwora, a ten ucieknie z płaczem.

Chciałem zaprotestować, ale z drugiej strony brunet zachowywał się jak zupełnie inna osoba. Najmniejsze słowo czy gest mogło go doprowadzić do płaczu. Jęknąłem, opadając na plecy i zasłaniając ramieniem twarz.

– Niech będzie, chwilę jeszcze odpoczniemy – mruknąłem.

Leżąc na trawie zrobiło mi się trochę zimno, więc po pewnym czasie usiadłem i potarłem ramiona, zastanawiając się skąd ten nagły chłód. Rozejrzałem się, jakbym oczekiwał jakiegoś śnieżnego potwora… może jakiegoś krwiożerczego bałwana. Parsknąłem cicho na tą myśl i wyciągnąłem z plecaka szkicownik, by zająć czymś myśli.

– Rozpalę ognisko – stwierdził brunet, wstając.

– Nie zrób sobie krzywdy – mruknąłem i skupiłem się na Isaac’u, który odchylał się do tyłu i przyglądał przestrzeni, gdzie powinno być niebo.

Zamyślenie na jego twarzy było wyzwaniem, żeby je przenieść na papier będę musiał się mocno postarać. Jego fiołkowe oczy jednak po chwili przeniosły się na mnie, na co zrobiłem obrażoną minę, bo nie zdążyłem nawet zrobić początkowego szkicu.

– Zepsułeś – oznajmiłem, nie przejmując się, że brzmię dziecinnie.

– Rysowałeś mnie? – zamrugał.

Skinąłem głową, wydymając wargi i spojrzałem na to co zacząłem. Miałem ochotę z wrzaskiem położyć się na trawie i wyrazić w ten sposób swoją frustrację. Nie oczekiwałem wiele, tylko by nie ruszał się przez następną godzinę… może półtorej. To nie tak wiele.

– Niech będzie – uśmiechnął się i wrócił do wcześniejszej pozy.

Przyjrzałem mu się oceniająco. Nie była to ta sama, pełna zamyślenia i pewnej tajemniczości poza, gdy osoba była nieświadoma otaczającego ją świata. Postawa człowieka była zależna od takiego szczegółu jak to czy ktoś na niego patrzy i śledzi jego ruchu, pojawiała się wtedy pewna ostrożność w naszym zachowaniu. Isaac miał jednak w sobie pewną beztroskę, gdy wrócił do leniwej postawy i utkwił błyszczące spojrzenie w ciemności. Byłem zauroczony tym jak swobodnie podszedł do tego. Uśmiechnąłem się i skupiłem się na szkicu. Dopiero gdy byłem pewny, że w rysunku Isaac nie musi już brać udziału zmieniłem pozycje opierając się o drzewo.

– I jak? – spytał, przeciągając się.

– Jeszcze muszę poprawić cienie.

– Pokaż – powiedział z uśmiechem.

Pokręciłem głową i machnąłem na niego dłonią, nie lubiłem pokazywać swoich prac przed ich skończeniem. Przygryzłem wargę i zapominając o reszcie świata, skupiłem się na poprawieniu linii oraz cieni. Wszystko musiało być idealne i dopracowane do ostatniego, najmniejszego szczegółu. Uśmiechnąłem się lekko, gdy skończyłem poprawki i podrapałem się po policzku palcami brudnymi od rozcierania ołówka.

– Nieźle – zagwizdał rudowłosy, przyglądając się rysunkowi, stojąc obok mnie. Uśmiechnąłem się delikatnie, podając mu szkicownik i w stając, by się trochę rozciągnąć.

– Philio jeszcze nie wrócił? – zacząłem się rozglądać gdzie też mógł się zapodziać. Rudzielec przewrócił oczami.

– Poszedł w las, gdy go zignorowałeś podczas szkicowania.

Zamrugałem nie wiedząc nawet, że brunet wcześniej tu był. Byłem tak zajęty rysunkiem, że nie zwróciłem na niego uwagi. Westchnąłem i skierowałem się między drzewa, choć nie podobała mi się myśl o błądzeniu po nieznanym, możliwe, że pełnym niebezpieczeństw lesie. Zabije bruneta za tak lekkomyślnego działania. Westchnąłem z ulgą gdy nie musiałem długo szukać chłopaka. Siedział sobie na niskiej gałęzi jednego z drzew i coś jadł.

– Naprawdę? – zapytałem, zatrzymując się prawie pod nim i kładąc dłonie na biodrach.

– Hm? -spojrzał na mnie. – Owocka?

– Skąd miałeś pewność, że nie są trujące? – uniosłem brew, przyglądając się z irytacją jego beztroskiemu zachowaniu.

– Bo tutaj wszystko jest wspaniałe – uśmiechnął się schodząc z gałęzi. Popatrzyłem na niego jak na idiotę. Już wolałem jego wredną i uszczypliwą wersje niż tą słodką do porzygania się. Ta była gorsza i wkurzała mnie jak nikt inny. Wyciągnął w moją stronę dłoń z fioletowym, małym owocem. Pokręciłem głową. Jakoś nie kusiły mnie nieznane owoce. Philio wydął dolną wargę i podsunął mi owoc do ust.

– Spróbuj, jest na prawdę słodki.

– Nie… – brunet wykorzystał moment i wsunął delikatny owoc do moich ust. Spojrzałem na niego wielkimi oczami. Zmuszony rozgryzłem owoc, czując w ustach jego słodki sok, przypominający mi dojrzałe truskawki. Mruknąłem cicho i spojrzałem na Philio, który przyglądał mi się z uśmiechem.

– I jak? – spytał.

– Słodkie – odparłem, oblizując wargi.

– I takie ma być – powiedział, wkładając sobie do ust kolejny owoc. Przewróciłem oczami.

– Wracajmy do Isaaca, musimy pomyśleć co dalej…

– Przecież to oczywiście – powiedział z powagą. Spojrzałem na niego licząc, że w końcu minął mu stan miłego półboga. – Powinniśmy tu zostać. Jest tu tak spokojnie. Bogowie nas tu nie znajdą.

Warknąłem pod wpływem emocji i uderzyłem go w twarz. Dźwięk mojej dłoni uderzającej o jego policzek był idealnej słyszalne.

– Ogarnij się!

Złote oczy spojrzały na mnie pełne bólu.

– O co ci chodzi?

– O twoje zachowanie. Tu nie jest świetnie! Jesteśmy w środku jakiegoś głupiego tunelu i nie jesteśmy tu bezpieczni! – mój podniesiony głos odbijał się echem między drzewami. – Jak możesz w ogóle proponować, żebyśmy tu zostali… – syknąłem, patrząc na niego z furią.

– Ja… Nie wiem… – wyglądał na prawdę nieporadnie gdy tak stał. Westchnąłem, pocierając skronie. Krzyczenie na niego nie miało sensu.

– Chodź, musimy w trójkę porozmawiać – mruknąłem ciągnąc go za sobą.

Nie odezwaliśmy się już do siebie słowem. W ciszy zaczęły mi dręczyć wyrzuty sumienia, niepotrzebnie go uderzyłem. W irytacji zjadłem parę owoców, które zebrał chłopak co mnie jakoś uspokoiło gdy już doszliśmy do Isaac’a. Rudzielec przyjrzał nam się uważnie, unosząc brwi na widok czerwonego śladu dłoni na policzku Philio.

– Pobiliście się? – spytał.

– Gdyby on mi jeszcze oddał – burknąłem, podchodząc do swoich rzeczy. – Idziemy.

– Idziemy?

– Przeliterować, zaśpiewać ci to czy powiedzieć po grecku? – zapytałem. Isaac westchnął pod nosem biorąc plecak. Podał także mój i Philia. Brunet niechętnie założył go.

– Zostać tu, też mi coś – prychnąłem, poprawiając kołczan na ramienia i z łukiem w ręce ruszyłem w las. – Ruchy!

– Ajjaj kapitanie! – zaśmiał się rudzielec. Przewróciłem oczami, ale byłem trochę spokojniejszy, gdy wszyscy ruszyliśmy pomiędzy drzewami.

*

– WRESZCIE! – krzyknąłem uradowany gdy opuściliśmy gest las wracając na ścieżkę ze złotą, neonową strzałką.

– Jak śmiałeś obrazić moją siostrę! – spojrzałem zaskoczony na złego bruneta. – A ty mnie uderzyłeś!

Podszedłem do niego szybkim krokiem i przytuliłem go.

– Em… Kall? Weź przestań… Tulenie jest dla mięczaków – wymamrotał.

– Czyli idealnie, płaczący wojowniku – mruknąłem mu do ucha i odsunąłem się od niego ze złośliwym uśmiechem.

– Na bogów – jęknął i uderzył mnie lekko w ramię. – A spróbuj to rozpowiadać… Ten las był dziwny.

– Ale przecież tak ci się tam podobało… Bogowie, by nas tam nie znaleźli – powtórzyłem jego słowa, mrugając niewinnie, a dla bezpieczeństwa chowając się za Isaaciem.

– Nigdy więcej nie skorzystam z tuneli Hermesa – prychnął chłopak idąc ścieżką. Zachichotałem, wymieniając rozbawione spojrzenia z Isaaciem i podążyliśmy za brunetem.

– A więc ten dziwny las zmienił cię w słodką i wrażliwą kluseczkę? – spytał rudzielec, by jeszcze dopiec synowi Aresa.

– Milcz.

– Też uległeś urokowi tego miejsca i nie byłeś chętny do drogi. – powiedziałem uprzejmie w stronę fiołkowookiego mężczyzny.

– Tylko na ciebie nie zadziałał, dlaczego?

– Nie? Miałem wrażenie, że byłem wredniejszy – odparłem z uśmiechem.

– Wredniejszy byłeś raczej przez naszą irytującą postawę – powiedział. Wzruszyłem ramionami, ale zastanowiłem się nad tym czemu nie czułem wpływu lasu.

– Ból albo jad tego potwora w moim krwiobiegu?

– Może jego jad miał także i takie właściwości – pokiwał głową.

– Albo jako syn Apollo jestem niepokonany! – oznajmiłem z pełnym wyższości uśmieszkiem.

– Chciałbyś! – parsknął z przodu brunet.

– Idź sobie popłakać, synu Aresa.

– Spadaj, Kalliope – pokazał mi środkowy palec nie odwracając się. W geście dalszej rozmowy pokazałem mu język.

– Tęskniłbym za waszymi kłótniami – powiedział fiołkowooki. Spojrzałem na niego z rozbawieniem i poprawiłem kołczan na ramieniu, wzdychając.

Droga, którą przeszliśmy wyglądała już jak początkowa. Szare płytki, lekko mieniące się, po których stąpaliśmy oddawały głuchy odgłos. Ta monotonność sprawiała, że moja czujność spadła do minimum, czyli momentu, gdy ktoś mnie trącał, a ja podnosiłem leniwie wzrok i prychałem ze złością. Byłem znudzony i zmęczony. Z każdym kolejnym krokiem miałem wrażenie, że coraz bardziej bolą mnie stopy, a i ugryzienie dawało mi się we znaki. Pocieranie rany przez bandaż wydawało się tylko zaostrzać pieczenie.

– To te drzwi? – nagle usłyszałem pytanie Isaac’a do Philia. Mężczyźni stanęli przed białymi drzwiami ze złotymi symbolami.

– Innych do wyboru nie mamy, więc otwórzcie je – jęknąłem, potrzebując świeżego powietrza i możliwości wygrzania się na słońcu. Brunet wywrócił oczami i pociągnął za klamkę. Oślepiło nas jasne światło.

Przepchnąłem się między nimi wychodząc na… drogę. Rozejrzałem się z zawodem wokół, widząc skały i jakieś suche krzaki. Ścieżka prowadziła pod górę i lekko się wiła nim znikała na szczycie. Wydałem z siebie dźwięk zawodu i spojrzałem na moich towarzyszy i drzwi, które właśnie znikały ze skalnej powierzchni. Nie mogę… Jestem zmęczony i miałem ochoty pozbyć się ręki, zacisnąłem palce na bandażu, zamykając oczy i wzdychając.

– Powinniśmy być już w Delfach – powiedział brunet.

– A jesteśmy pośrodku niczego… jestem zmęczony i teraz mi jeszcze gorąco – westchnąłem.

– To nie środek niczego. Jesteśmy na drodze do świątyni Apolla, a raczej tego co z niej zostało – powiedział Philio. Wydałem z siebie przeciągły jęk i spojrzałem na niego z powagą, przyciskając czubek łuku do jego piersi.

– Zaniesiesz mnie tam albo robimy przerwę – obróciłem się i przeciągnąłem w stronę jasnego nieba. Temperatura była tutaj o wiele wyższa niż w domu i niemal czułem spływający mi po plecach pot. – Jestem taki zmęczony – wymamrotałem, szukając wzrokiem jakiegoś zacienionego miejsca w pobliżu.

Philio westchnął i pachnął na mnie dłonią, więc uznałem to za pozwolenie na przerwę. Przewróciłem oczami, posyłając mu mały uśmiech i idąc w stronę jednego z niewielu drzew na tym terenie. Obok mnie pojawił się Isaac ściągając bluzę.

– Cholera, nie podejrzewałem, że będzie tu tak gorąco.

Pokiwałem głową, kładąc na ziemi plecak i broń, by móc bez przeszkód pozbyć się zbędnych części garderoby. Schowałem bluzę do plecaka i wyciągnąłem butelkę wody.

– Jest dopiero wiosna. Umarlibyście chyba w lato – powiedział syn Aresa przebrany w koszulkę z krótkim rękawem i szorty.

– Nie irytuj mnie – mruknąłem z ustami przy butelce i piorunując bruneta wzrokiem. Zakrztusiłem się, gdy Isaac zabrał mi butelkę, wylewając trochę wody na moją koszulkę. Parsknąłem śmiechem pomieszanym z kaszlem.

Rudowłosy posłał mi uśmiech samemu biorąc parę łyków.

– A więc czeka nas teraz wyprawa do ruin? Po co?

– Żeby spotkać się z Pytią, delficką Wyrocznią. – odpowiedziałem, zdejmując koszulkę i przeciągając się z westchnieniem, gdy poczułem delikatny wietrzyk muskający moją skórę.

– Oh, nigdy nie spotkałem żadnej Wyroczni – uśmiechnął się Isaac.

Wydałem z ciebie cichy pomruk, opierając się z zamkniętymi oczami o drzewo. Czułem jak moje ciało się rozluźnia i dochodzi do mnie bardziej dotkliwsze pulsowanie rany, którą wcześniej podrażniłem drapaniem. Uchyliłem oczy, gdy poczułem jak chłodne palce łapiąc moją rękę i obracając. Na białym opatrunku była krew.

– Boli cię? – spytał złotooki, ostrożnie zdejmując opatrunek.

– Yh… trudno to określić, chociaż teraz tak. – odparłem cicho, przyglądając mu się.

– Wokół rany skóra jest podrażniona… Czy ty ją drapałeś? – westchnął, biorąc od rudzielca płyn.

– Bolało, a to trochę pomagało – mruknąłem. Zacząłem się wiercić, zastanawiając się jak wyrwać dłoń silniejszemu od siebie chłopakowi. Miałem dość bólu, a pieczenie od jakiegoś środka było najokropniejsze przy każdego rodzaju ranie. Wżerało się w nią i nie dawało pozbyć od tak.

– Chcesz aby wdało się zakażenie i byś miał paskudną bliznę?

– Dupek – zacisnąłem oczy, dobrowolnie wyciągając w jego stronę rękę i czekając na ból. Gdy nic nie poczułem otworzyłem jedno oko i spojrzałem na Philio, który najwyraźniej przyglądał mi się przez ten czas z błyskiem w oku. – Co?

– Nic – z delikatnym uśmiechem pokręcił głową i zaczął oczyszczać mi ranę.

Starałem się dzielnie znosić ból, ale jasna cholera jak to piekło. Miałem ochotę zerwać się na równe nogi i zacząć chaotycznie machać ręką, czyli to co robiłem jak sam musiałem się zająć jakimś skaleczeniem. Przygryzłem wargę, odwracając wzrok od rany i skupiając się na twarzy Philio. W jego oczach zobaczyłem powagę, ale także dziwną troskę co mnie zaskoczyło.

– Czy to liczymy jako kolejne zbliżenie? – zapytałem żartobliwie, chcąc pozbyć się tego wyrazu twarzy i palnąłem pierwszą myśl jaka przyszła mi do głowy. Bogowie, powinienem to jednak przemyśleć. Na jego usta wpłynął uśmiech.

– A więc szóste? – parsknął. Z lekkim zawstydzeniem pokręciłem głową.

– Zemdlałem. – powiedziałem cicho.

– No to siódme. Choć tyle godzin cię niosłem, że powinienem to policzyć przynajmniej razy dwa.

– Mogłeś oddać mnie Isaac’owi – wytknąłem, czując ciepło na twarzy i próbując sobie wmówić, że to przez słońce.

– Ale tego nie zrobiłem. Przeszłości nie zmienię – powiedział. Westchnąłem, wydając z siebie stłumione westchnięcie. Ile szliśmy przez ten tunel nim znaleźliśmy wyjście? Potarłem twarz wolną ręką. Philio oparł się o drzewo, przymykając oczy. – Chwila odpoczynku i idziemy dalej – oznajmił cicho.

– Oczywiście – mruknąłem, bardziej niż zadowolony.

Zamknąłem oczy i skupiłem się na otaczającej nas ciszy, ciepłych promieniach słońca prześwitujących przez gałęzie drzewa i ramieniu Philio przyciśniętym do mojego. Ziewnąłem, czując jak moja głowa robi się ciężka, a myśli stają niepełne. Starałem się nie zasnąć, ale było to silniejsze ode mnie. Przecież to tylko krótka drzemka…

*
Mruknąłem sennie na przyjemny dotyk, gdy ktoś powoli przeczesywał moje włosy. To było takie miłe uczucie… Wręcz rozpływałem się pod tymi palcami. Nagle jednak w mojej głowie zapaliła się mała, ostrzegawcza lampka – kto mi to robił? Otworzyłem od razu oczy i odwróciłem się, prawie uderzając w twarz Philia.

– Wstało, nasze słoneczko. – przywitał się, poprawiając mi włosy, jakby to było normalne i nie robił tego pierwszy raz. Ziewnąłem, nie potrafiąc jeszcze do końca odpowiednio zareagować.

– Witamy Kalla wśród żywych – zaśmiał się rudowłosy. – Zbieramy się.

– Irytujący – mruknąłem, przeciągając się i zerkając na niebo.

Musiałem zdrzemnąć się na parę godzin, bo słońce zaczynało wędrówkę w stronę horyzontu. Westchnąłem i napiłem się wody, nim wstałem i wziąłem swoje rzeczy. Tym razem nasza droga była trudniejsza. Droga robiła się dość pochyła, a pod stopami poruszały nam się kamienie. Odkryłem, że trampki nie są obuwiem na takie wyprawy, gdy o mało nie sturlałem się na sam dół. Na szczęście miałem obok siebie syna Aresa, który złapał mnie nim wylądowałem na ziemi. Miałem swoje podejrzenia, że specjalnie szedł tak blisko mnie, choć Isaac wyprzedził nas już o połowę trasy na szczyt.

– Zbliżamy się – oznajmił radośnie rudzielec czekając na nas.

– Mam dość – sapnąłem, opierając dłonie o uda i pochylając głowę w dół.

– Mówił ci ktoś, że masz słabą kondycję? – mruknął stojący obok mnie półbóg.

Posłałem mu uciszające spojrzenie, oblizując suche usta. Od tego gorąca niemal kręciło mi się w głowie i miałem wielką ochotę znaleźć jakiś basen, do którego będę mógł się rzucić. Choć wątpiłem by na szczycie góry był basen… Zdziwiłbym się widząc tu choćby kałużę. Chcąc już mieć to za sobą, powoli ruszyłem dalej, odliczając każdy krok i wpatrując się z wyczekiwaniem w szczyt. Gdy na niego dotarłem zobaczyłem stare, kamienne schody prowadzące w dół na zniszczony plac, na którym znajdował się wyschnięty i popękany basen otoczony kruszącymi się kolumnami.

– Mogłeś trochę zadbać o to miejsce, tato… – mruknąłem i zszedłem na plac po schodach.

Nagle gdy znalazłem się na samym dole obraz, który przed chwilą widziałem całkowicie się zmienił. Nade mną znajdował się pięknie zdobiony dach z malunkami, filary mieniły się złotem, a basen był wypełniony krystalicznie czystą wodą.

– Cofam! – krzyknąłem z zachwytem i rzuciłbym się do wody, gdyby nie silne ręce łapiące mnie za biodra. – Puść… wodaaaa

– Gdzie ty niby masz wo… O cholera.

Spojrzałem na Philia z wyczekiwaniem, by mnie puścił.

– Dlaczego jak cię dotknąłem świątynia wygląda… tak – rozejrzał się dookoła z zachwytem.

– Syn Apolla – oznajmiłem z dumną i zapominając o wstydzie rozebrałem się, by móc wsunąć się do chłodnej wody. Cóż za ulga, pomyślałem i zanurkowałem. Brunet nie ociągał się, rzucił swoje ubrania na kamienne płyty pokryte mozaiką i wskoczył do wody. – Trochę szacunku – powiedziałem i ochlapałem go wodą.

– Hm? – zamrugał, patrząc na mnie spomiędzy swoich czekoladowych kłaków.

– To nie basen, by się do niego rzucać jak jakiś dzikus – pstryknąłem go w nos z małym uśmiechem.

– Jestem dzikusem? – zaśmiał się, unosząc się na wodzie.

Pokiwałem głową z powagą, choć na ustach wciąż błądził mi delikatny uśmiech. Chłodna kąpiel była idealna po takiej podróży i wysiłku, który musiałem włożyć w dotarcie tu. Kojąco działała na moje obolałe ciało i niemal czułem jak wypełnia mnie energią. Nie musieliśmy długo czekać, aby Isaac również do nas dołączył.

– Musimy znaleźć Wyrocznię. Liczmy na to, że da nam jakieś wskazówki do dalszej drogi.

– Wiem gdzie jest – odparłem, zaskakując tym ich jak i siebie, ale taka była prawda. Miałem wrażenie, że znam każdy kąt tego miejsca i coś mi mówiło, gdzie mam szukać Wyroczni. Zanurkowałem, przepływając kawałek i wynurzając się po drugiej stronie basenu. Poprawiłem włosy i uniosłem twarz w stronę słońca.

– Uważaj, bo twoje ego będzie większe niż Philia, wszystkowiedzący synu Apolla – zaśmiał się Isaac.

– To jest w ogóle możliwe? – udałem przerażenie, na co Is parsknął śmiechem i pokiwał głową. – Myślisz, że będzie płakał jak… aaa! Zostaw mnie! – w geście desperacji, by uciec przed brunetem chciałem wyskoczyć z basenu, ale byłem za wolny i chłopak złapał mnie przyciągając do siebie. Wierciłem się, chlapałem, ale moje wysiłki były na nic. – Philio… oh, ukochany mój nie zrobisz mi krzywdy, prawda?

– Pomyślę nad tym – mruknął, a ja poczułem jego wargi na moim płatku ucha. Zamarłem, czując nagłą falę gorąca i delikatny ścisk w dole brzucha, gdy wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi przyjemny dreszcz. – Powiedzmy, że to siódme zbliżenie – szepnął, poruszając palcami po mojej skórze.

– Nie liczy się… – odparłem dość słabym głosem.

– Dlaczego? – spytał opierając podbródek o moje ramie.

– Bo to nie był przypadek. Złapałeś mnie specjalnie – westchnąłem i starałem się skoncentrować na czymś innym niż jego silne ramiona wokół mnie, ciepły oddech drażniący moją skórę i mokre ciało wojownika za mną.

– To było przeznaczenie – zaśmiał się cicho.

– Nie wiedziałbyś, że to przeznaczenie nawet gdyby uderzyło cię w twarz – prychnąłem, oblizując wargi.

– Ał? – mruknął, puszczając mnie.

Odsunąłem się, nie obracając się w jego stronę i wychodząc z basenu. Czułem jak serce wali mi w piersi. Uspokój się – nakazałem sobie w myślach, idąc po swoje rzeczy. Raczej nie wypada pojawić się przed wyrocznią półnagim. Ubrałem się, przez co moje ciuchy nasiąkły wodą, ale wolałem to niż zostać tu i zrobić coś głupiego.

– Idziesz sam do wyroczni? – spytał Isaac, podpływając do brzegu.

– Em, tak. Dam sobie radę. – powiedziałem, tylko trochę rozkojarzony.

Posłałem mu cień uśmiechu i skierowałem się w stronę energii, która niemal mnie do siebie przyciągała. Szedłem w głąb świątyni będącej jeszcze bardziej wspaniałą niż to co widziałem na placu.

Zatrzymałem się jak zahipnotyzowany w jasnym pomieszczeniu w kształcie okręgu. Po środku krążyła powoli niska, drobna dziewczyna. Jej jasną, mleczną skórę zdobiły złote malunki, a ciało okryte było białą szatą. Na jej ramiona oraz plecy opadały jasne, włosy w których mignęły mi jakieś drobne koraliki. Zrobiłem krok do przodu, a blondynka spojrzała na mnie z uśmiechem. W jej dłoniach ujrzałem wianek z zielonego bluszczu i białych, nieznanych mi kwiatów.

– Kalliope – jej głos był niezwykle delikatny, ciepły.

– Witaj – przywitałem się oficjalnie, wpatrując w nią z szacunkiem.

– Usiądź – z uśmiechem wskazała mi dłonią kamienną ławkę przy ścianie. Obok niej stał wazon wypełniony kwiatami. Usiadłem, dostrzegając stojący we wnęce naprzeciwko mnie posąg… Apolla? Zrobiony był z jasnego kamienia i twórca zadbał o każdy szczegół. Wyrocznia zajęła miejsce obok mnie.

– Ciężka była wasza droga – stwierdziła.

– Dalej nie będzie lżej, huh? – zapytałem z westchnieniem.

– Wasza droga to ścieżka w stromych górach, jednak każda góra w końcu ma swój szczyt – odpowiedziała, zakładając mi na głowę wianek z delikatnym uśmiechem. Nie byłem pewien czy jej słowa są metaforą czy mam je rozumieć dosłownie. Jakoś żadna z opcji nie przyprawiała mnie o uśmiech.

– Mogę oczekiwać jakiejś wskazówki, gdzie mam się udać? – zapytałem po chwili ciszy i spojrzałem na nią, patrząc jej w oczy.

– Oczywiście. W końcu przybyliście tu po przepowiednie.

Kiwnąłem głową, a dziewczyna złapała moją dłoń.

– Zapomniana ukochana Słońca
W rękach wrogów pozbawi go chwały
Jeśli dziecię najmilsze nie odnajdzie drogi
Na wschód podążajcie i wrogów się strzeżcie
Błędy ojców na synów, a Ostrze trafi
I w bezdechu jednego serca pozbawi
W zapomnieniu, stracicie, a krew ręce wam splami,
Myśl nad rozumem, a serce zdrajcą
Samotna walka zadecyduje o wszystkim
Tylko szlachetność uratuje życia,
Poświęcenie najmłodszego słońca.

Kobieta zamilkła, patrząc na mnie z powagą i oczami pełnymi wiedzy. Miałem wrażenie, że czeka na jakąś reakcję, ale nie potrafiłem nic mądrego wymyślić, a jej słowa odbijały się po moim umyśle. Nie wiedziałem czy mogę zadać jej pytania odnośnie znaczenia przepowiedni, to raczej niemożliwe, by wytłumaczyła mi co miała na myśli. Westchnąłem, biorąc drżący oddech.

– To nie brzmi zbyt optymistycznie.

– Nie mi to oceniać – odparła. – Twoi towarzysze czekają.

Skinąłem głową i wstałem. Pożegnałem się krótko z Wyrocznią i opuściłem świątynie, czując przebiegający mi po plecach zimny dreszcz.

– O wianuszek dostałeś! – uśmiechnął się Isaac, gdy tylko mnie dostrzegł. Uniosłem dłoń, przesuwając palcami po delikatnych kwiatkach. Zapomniałem o tym. Wzruszyłem ramionami i uniosłem kąciki ust, zerkając na rudzielca.

– Musimy udać się na wschód.

Brunet od razu wyciągnął z plecaka mapę i kompas.

– Teby? – spojrzał na nas. Wzruszyłem ramionami.

– „Na wschód podążajcie i wrogów się strzeżcie.” – wyrecytowałem fragment przepowiedni.

– Yay, więcej potworów – mruknął. Przewróciłem oczami, zerkając mu przez ramię na mapę. Prześledziłem wzrokiem trasę na wschód od Delf, ale nic nie rzuciło mi się jakoś w oczy, więc wróciłem do małego, czarnego napisu „TEBY”.

– Masz pewność, że to Teby?

– Nie, ale wydają się najbardziej prawdopodobne z miast na wschód. Mógłbym jeszcze dać na listę Artemidę bądź Ateny.

– Wspaniale, czyli nie mamy nic oprócz wycieczki po Grecji – dmuchnąłem mu w ucho nim się wyprostowałem. – No i nie zapominając o niebezpieczeństwie czającym się na każdym kroku.

– Jak brzmiała cała przepowiednia?

– Skąd pewność, że ją zapamiętałem? – odparłem pytaniem na pytanie.

– Przepowiednie się pamięta – powiedział, chowając mapę. Srebrzyste tęczówki błysnęły, gdy spojrzał na mnie z ciekawością, czekając aż się odezwę.

– „Zapomniana ukochana Słońca
W rękach wrogów pozbawi go chwały
Jeśli dziecię najmilsze nie odnajdzie drogi
Na wschód podążajcie i wrogów się strzeżcie
Błędy ojców na synów, a Ostrze trafi
I w bezdechu jednego serca pozbawi
W zapomnieniu, stracicie, a krew ręce wam splami,
Myśl nad rozumem, a serce zdrajcą
Samotna walka zadecyduje o wszystkim
Tylko szlachetność uratuje życia,
Poświęcenie najmłodszego słońca.”

– Słońce może być twoim ojcem – od razu stwierdził Philio, zakładając plecak. – Musimy zejść z góry zanim zrobi się ciemno.

– Nie chcę opuszczać tego miejsca – mruknąłem.

– Kall – westchnął chłopak. Posłałem mu niewinny uśmiech.

– Philio?

– Przestań – prychnął, odwracając się.

Mrucząc na niego obraźliwe słowa, wziąłem swoje rzeczy głośno stękając, by podkreślić jak ciężki jest mój plecak. Moglibyśmy sobie zrobić jeden dzień przerwy, by odpocząć i zregenerować siły, ale nie. Umrę z wycieczenia nim dorwie mnie kolejny potwór. Droga na dół okazała się jeszcze gorsza niż wspinaczka. Nie dawałem rady stabilnie schodzić w trampkach. Co jakiś czas brunet mnie łapał. Oczywistym jednak było, że za którymś razem po prostu nie zdążył i z paru ostatnich metrów zjechałem. Nie od razu to do mnie dotarło, tak samo jak pieczenie na dłoniach, którymi starałem się zamortyzować upadek. Bolał mnie też tyłek i byłem oszołomiony tak nagłym upadkiem.

– Kall? – przy mnie pojawił się Isaac.

– Ał – szepnąłem i zamrugałem, czując łzy napływające mi do oczu. – Nie złapał mnie – dodałem po chwili, patrząc na swoje dłonie.

– Nie zdążyłem – odparł schodzący brunet.

– Umrę nim dotrzemy do Teb – oznajmiłem, nie podnosząc się i czując zdradzieckie łzy bólu spływające mi po policzkach, dlatego patrzyłem w dół, by nie było ich widać.

– Jeszcze żyjesz, trochę wiary w siebie – powiedział rudzielec i wyciągnął w moją stronę dłoń. – Znajdziemy jakiś hotel i odpoczniemy.

– On nam nie pozwoli – mruknąłem, podnosząc się powoli i otrzepując. Chciałem otrzeć policzki, gdy poczułem jak ktoś mnie obraca i z zaskoczeniem spojrzałem na marszczącego brwi Philio. Chłopak delikatnie otarł mi łzy i poprawił mi wianek, który niemal spadł mi z głowy.

– Odpoczynek może ci się przydać.

– Znów coś ci się stało i będziesz taki milusi? – spytałem. Brunet przewrócił oczami i dał mi pstryczka w nos.

– Nie, po prostu tak okropnie wyglądasz, Kalliope.

Spojrzałem na niego ponuro, mając ochotę uderzyć go w tył głowy. Wciąż wredny i uszczypliwy, dobrze wiedzieć, pomyślałem, wycierając lekko obtarte dłonie w spodnie. Byliśmy pośrodku niczego, a do jakiejś cywilizacji mieliśmy parę kilometrów, które wolałbym przebyć inaczej niż na nogach.

– Wyciągaj auto z kieszeni, dupku.

– Jak ja mam ci przejechać samochodem po takiej ścieżce? – prychnął, rozglądając się.

– Tam dalej jest chyba szersza droga. Może zmienisz to sportowe cudeńko w jeepa? – Philio spojrzał na Isaac’a i wyciągnął pilot razem z kluczykiem. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością do pomysłowego rudzielca. Ciemny jeep był idealnym środkiem transportu w tym zapomnianym przez bogów miejscu. Brunet położył swój plecak z tyłu usiadł za kierownicą zakładając na nos ciemne okulary.

– Tato kocham cię za klimę – mruknął z zachwytem. Przewróciłem oczami, siadając z przodu, gdy zauważyłem, że Isaac rozparł się z tyłu.

– Gdybym się nie odezwał szedłbyś z buta do Aten.

– Nieprawda – powiedział ruszając.

Wydałem z siebie pełen wątpliwości pomruk, ale nie odezwałem się, ciesząc się chłodem i szybką jazdą. Krajobraz nie był jakiś specjalnie różnorodny, ale miał w sobie coś co mogło podobać się niektórym ludziom. Osobiście wolałem jednak więcej zieleni i zróżnicowany klimat. Isaac stwierdził, że idzie spać, gdy tylko wyjechaliśmy na asfalt. Philio zwolnił, prawie respektując dozwoloną prędkość i przepisy. Westchnąłem, przyglądając się drodze i prostując się na widok kawiarenki. Obróciłem się w stronę bruneta z nowym celem, nim dotrzemy do jakiegoś motelu.

– Chce kawę, zatrzymaj się na chwilę…

– Niech będzie – powiedział, skręcając na mały parking przed nią. Posłałem mu radosny uśmiech, wyciągając portfel z plecaka i wyskakując z samochodu.

Byłem jednym z nielicznych klientów, więc nie musiałem czekać długo w kolejce i szybko złożyłem zamówienie, na które czekałem około dziesięciu minut. Zapach świeżej kawy był niezwykle przyjemny, szczególnie jeśli myślałem o niej i placku wiśniowym. Nawet nie wiedziałem, że jestem tak głodny dopóki nie zobaczyłem lady z ciastami. Wróciłem do samochodu bardziej niż zadowolony, podając Philio kawy i wskakując na swoje miejsce.

– Minęliśmy już Arachove. To jest Agelos Taverna – powiedział, upijając łyk i zerkając na mapę.

Potaknąłem mu, większą uwagę skupiając jednak na cieście i plastikowym widelczyku, który dostałem od miłej kasjerki w średnim wieku. Niemal zamruczałem z przyjemności na słodki smak cukru pudru na cieśnie i kwaskowatości wiśni. Szczególnie, gdy popiło się to gorzką kawą.

-… a zatrzymać możemy się w Liwadii bądź Eleonas.

– Gdzie szybciej dotrzemy – mruknąłem z pełnymi ustami, czym przyciągnąłem uwagę bruneta. Uchylił on usta, a następnie je zamknął i uniósł brew z błyskiem rozbawienia w oczach, gdy podsunąłem mu pod usta kawałek ciasta. – Jest pyszne, a ja byłem głodny – oznajmiłem gwoli wyjaśnienia.

– Przecież nic nie mówię – parsknął i otworzył usta bym wsunął mu kawałek ciasta. – Dobre.

– Wiem – przewróciłem oczami i upiłem łyk gorącej kawy. Uśmiechnął się i odpalił samochód. Ruszyliśmy w dalszą drogę.

Jechaliśmy parę długich godzin, podczas których ograniczyliśmy liczbę postojów do minimum. Obraz za oknami był monotonny i sprawił, że zdrzemnąłem się oparty o okno. Gdy się obudziłem był już późny wieczór, a my wciąż nie zatrzymaliśmy się w jakimś nieznanym mieście. Jechaliśmy przez pustkowie i do miasta dojechaliśmy dopiero w środku nocy. Philio uparcie trzymał się kierownicy, choć wydawał się zmęczony i zaczął ziewać. Mogłem się tylko domyślać jak bardzo chciał się już zatrzymać. Gdy stanęliśmy w końcu przy hotelu brunet westchnął, wychodząc z samochodu.

Potarłem twarz i przeciągnąłem się, gdy wyszedłem na chłodne, nocne powietrze. W ciszy wzięliśmy swoje rzeczy i udaliśmy się do hotelu, gdzie zająłem się wynajęciem nam pokoi. Drgnąłem, gdy Philio oparł się o mnie i poczułem jego oddech na skórze.

– Co robisz? – syknąłem cicho.

– Em… Panowie życzą sobie jeden pokój? – zapytała z lekkim wahaniem recepcjonistka. Spojrzałem na nią wielkimi oczami w jednej chwili zapominając o chłopaku za mną.

– Zmęczony jestem… – wymruczał. Zadrżałem, nie mogąc się skoncentrować przez jego bliskość.

– Dwa pokoje – powiedziałem w stronę czekającej kobiety.

Przyjąłem klucze dopiero w windzie orientując się, że mam je dwa, a nas jest trzech. Jęknąłem, opierając się o ścianę. Odpowiedziałem na pytanie dotyczące jednego pokoju dla mnie i Philio, przez co zapomniałem potem poprosić o trzy osobne pokoje.

– Muszę się wrócić…

– Po co? – ziewnął Philio.

– Bo przez ciebie źle wynająłem pokoje i mamy tylko dwa – powiedziałem, pocierając twarz.

– Ważne by było miejsce do spania – wywrócił oczami. Westchnąłem i skinąłem, wychodząc z windy i przyglądając się srebrnym numerkom na drzwiach. Zatrzymałem się przy odpowiednich i obróciłem się wyciągając w ich stronę drugi klucz.

– Dobranoc.

– Dobranoc – odpowiedział rudzielec, ciągnąc bruneta do ich pokoju.

Wszedłem do swojego, zapalając światło i zamykając za sobą drzwi. Rozejrzałem się od razu z ciekawością za co zapłacę i uśmiechnąłem się na widok dużego łóżka. Takie standardy mi się podobają. Zostawiłem swój plecak przy szafie i udałem się do łazienki, zamierzając wziąć najdłuższą kąpiel w swoim życiu.

Nie spodziewałem się, że gdy wyjdę rozluźniony z łazienki zastanę półnagiego chłopaka leżącego, a raczej śpiącego w moim łóżku. Położyłem złożone rzeczy na parapecie i podszedłem do łóżka, nie będąc pewnym czy mam go budzić i żądać odpowiedzi, czy iść i poprosić o drugi pokój, bo w moim zaległ półbóg.

– Philio… – trąciłem go w ramię jednak ten nadal spał i nie wyglądał jakby miał się szybko obudzić.

Westchnąłem, byłem zmęczony i naprawdę chciałem już pójść spać. Zostawiłem go w spokoju i zgasiłem światło, kładąc się po drugiej stronie łóżka i przykrywając się kołdrą z przyzwyczajenia. Oczywiście nie minęło pięć minut, a ja już byłem odkryty i wepchnąłem kołdrę chłopakowi obok. Ta nagła zmiana klimatu mnie wykończy. W dodatku chłopak obok mnie zaczął się wiercić, najwyraźniej niezadowolony z dodatkowego okrycia. Wtuliłem się w poduszkę z delikatnym uśmiechem.

Dość szybko zasnąłem i przespałem całą noc, budząc się dopiero, gdy słońce zaczęło mi świecić w oczy. Mruknąłem niezadowolony chowając się za moją ciepłą poduszką i przytulając się do niej. Nie chciałem jeszcze się budzić, byłem pewien, że jest jeszcze za wcześnie. Z drugiej strony uderzyło mnie to, że obiekt, do którego się przytulałem oddychał i obejmował mnie, trzymając blisko siebie. Poduszki tak nie robią… Zmusiłem się do otwarcia oczu, a widząc opaloną skórę i burzę czekoladowych włosów, westchnąłem.

Poruszyłem się, próbując zyskać swobodę ruchu. Oczywiście, nie tracąc z linii wzroku spokojnego oblicza śpiącego syna Aresa. Cholera, ten to miał silny uścisk przez sen, pomyślałem, opierając się o jego pierś i zastanawiając się jak wybrnąć z tej zawstydzającej sytuacji. Kolejne próby także się nie powiodły, a z jakiegoś powodu nie chciałem obudzić śpiącego chłopaka. Ciemne rzęsy rzucały na jego policzka cień, a usta lekko zaróżowione trwały w prawie niewidocznym uśmiechu.

Przestałem się wiercić i położyłem się przytulając do jego boku. Spróbowałem się zdrzemnąć w nadziei, że on się już zdąży obudzić, ale marne były moje nadzieje. Sam nie potrafiłem zmrużyć oka i przesuwałem palcami po jego brzuchu, wsłuchując się w bicie jego serca. Spojrzałem kolejny raz na jego twarz i ujrzałem nagle jego srebrne tęczówki wpatrujące się we mnie zaspane. Jego ciepła dłoń poruszyła się na moich plecach, jednak jej nie zdjął.

– Chcę wiedzieć czemu znalazłem cię w swoim łóżku wczoraj? – zapytałem cichym głosem, czując jak wali mi serce od tych jego delikatnych ruchów.

– Okazało się, że pokój, do którego weszliśmy z Isą był pokojem jedno osobowym… Ładnie mówiąc zamknął mi drzwi przed nosem – mruknął. Jego zaspany głos był lekko zachrypnięty. Parsknąłem cichym śmiechem, mogąc sobie to wyobrazić.

– Skąd pewność, że mój będzie lepszy?

– Nie miałem – ziewnął. Przewróciłem oczami i chciałem wstać, ale jego ramię wciąż trzymało mnie przy jego ciele.

– Philio… Możesz mnie już puścić – mruknąłem, modląc się, by moje policzki nie zaróżowiły się.

– Po co? Jeszcze wcześnie – mruknął. Westchnąłem, zerkając na niego i przesuwając czubkiem języka po suchych wargach.

– Bo nie musisz mnie trzymać przy sobie.

– A co jeśli jakiś potwór tylko na to czeka i cię porwie? – uśmiechnął się szeroko.

– Nie bądź dziecinny – prychnąłem, ale pozostałem z policzkiem opartym na jego piersi i wzrokiem utkwionym w opalonej skórze.

– Każdy jest dzieckiem – powiedział i poczułem jak jego dłoń przenosi się na moje włosy.

Mruknąłem, zamykając oczy i rozkoszując się delikatnym dotykiem, gdy Philio bawił się moimi włosami, przeczesując je i oplatając wokół własnych palców. Ta chwila jednak wiecznie nie mogła trwać. Na dźwięk pukania brunet westchnął, puszczając mnie. Podniosłem się niechętnie i otworzyłem drzwi, wpuszczając Isaaca.

– Masz śniadanie? Głodny jestem… – powiedziałem w ramach przywitania.

– Była u mnie córka właścicielki, słodka dziewczyna… I powiedziała, że na dole jest wspólne śniadanie – odpowiedział.

Skinąłem głową, biorąc ubrania i idąc do łazienki, by załatwić poranną toaletę i przebrać się w czyste ciuchy. Wracając, zastałem śmiejących się półbogów. Kto by pomyślał, że mogą wyglądać tak beztrosko. Poprawiłem włosy, kierując się do drzwi.

– Widzimy się na śniadaniu – oznajmiłem, popędzany burczeniem w brzuchu.

– Vévaios, boúkles! (Jasne, loczku) – odparł brunet chyba nawet nie kontrolując, że zwrócił się do mnie po grecku. Trzasnąłem drzwiami w reakcji na głupie przezwisko.

Z łatwością znalazłem jadalnie i skorzystałem z szwedzkiego stołu, nim zająłem jeden z wolnych stolików. Nalałem sobie kawy, wzdychając i wgryzając się w tosta, którego posmarowałem grubą warstwą słodkiego dżemem. Pychota. Jedzenie tu było dobre i czułem się niemal jak w domu, siedząc w ciszy w niemal pustym pomieszczeniu. Gdy prawie kończyłem śniadanie dołączyli do mnie półbogowie. Philio związał swoje włosy, które były wilgotne.

Zagapiłem się lekko na niego, co on skwitował pełnym zadowolenia uśmiechem i usiadł naprzeciwko mnie. Przewróciłem oczami, dolewając sobie kawy.

– Nie śpieszyliście się – stwierdziłem, nalewając im gorącej kawy i podsuwając cukier.

– Żebyś mógł zatęsknić – odpowiedział z szerokim uśmiechem Isaac i wsypał do swojej kawy połowę cukierniczki, nim dodał mleko i upił łyk z pełnym zadowolenia pomrukiem. Oparłem podbródek na dłoni i spojrzałem na niego z rozbawieniem.

– Odczułem tylko tęsknotę za czasem, gdy jadłem spokojne śniadanie w domu… czasami siedząc przy basenie i ogrzewając się słońcem.

– Tęsknisz za słońcem i basenem? To może z powrotem wyprawa do świątyni? – parsknął Philio.

– Nie jesteś zabawny – powiedziałem, bębniąc palcami w kubek. – I chodziło mi o spokój jaki miałem bez was, boskich misji i potworów wraz z mrocznymi przepowiedniami.

– Czyli nudne życie zwykłego człowieka – skomentował brunet.

– Bogatego człowieka – poprawiłem go uprzejmie, na co Isaac prawie się zakrztusił przez śmiech.

– Nie jesteś człowiekiem. W końcu nawet jakbyś nie dostał tej misji, zaatakowałby cię jakiś potwór i by cię po prostu zabił. Dlatego większość półbogów trafia do obozu, aby nauczyć się jak się bronić.

– Nie lubię cię – oznajmiłem, rzucając w niego kawałkiem tosta. – Zero umiejętności miłej rozmowy i empatii – kolejny kawałek trafił w niego.

– Czego się spodziewałeś po synu Aresa? – wywrócił oczami.

– To jest twoja obrona? Jesteś synem Aresa, więc możesz być dupkiem? – prychnąłem, mierząc go spojrzeniem. On także wpatrywał się we mnie tymi cholernie jasnymi oczami.

– Daleko mi do bycia dupkiem, uwierz – powiedział chłodno i napił się swojej kawy.

– Ta – mruknąłem i wstałem od stołu. Jak on mnie irytował, niemal zawarczałem z frustracji. Podszedłem do wystawionych na stole słodkich bułeczek, świeżo pieczonych ciast i babeczek, chcąc normalnie w świecie zajeść negatywne emocje.

– Co ci zrobiły te biedne wypieki, że mordujesz je wzrokiem? – usłyszałem męski głos koło ucha. Obróciłem się w jednej chwili i napotkałem niezwykle niebieskie, pełne rozbawienia spojrzenie nieznajomego. Oh, słodcy bogowie co za facet…

– N-nic… – bąknąłem, czując ciepło na twarzy i posłałem mu speszony uśmiech.

– Jestem Rhys – uśmiechnął się, wyciągając w moją stronę dłoń.

– Kalliope – palnąłem nim zdążyłem ugryźć się w język i potrząsnąłem lekko jego ręką.

– Jak muza? Cudowne imię – powiedział, na co moje policzki teraz już z pewnością wyglądały jak dwa pomidory. Zerknąłem na niego, oblizując wargi i czując miłe ciepło w piersi na ten komplement. Zazwyczaj reakcją na moje pełne imię był śmiech i docinki.

– Dziękuję – mruknąłem, uśmiechając się w jego stronę. – Spędzasz tu wakacje?

– Podróżuje. W te wakacje stwierdziłem, że zwiedzę Grecję – powiedział, biorąc na talerzyk babeczkę. – Wybieram się dziś do Teb. A ty?

– Zabawny zbieg okoliczności. Wraz z przyjaciółmi również chcemy dotrzeć do Teb – spojrzałem mu w oczy i przygryzłem wargę, nim postanowiłem zaryzykować. – Może chciałbyś… em, mamy wolne miejsce w samochodzie…

– Oh, naprawdę? Chętnie skorzystam jeśli to nie będzie problem. Musiałbym łapać stopa, aby się tam udać – odparł wesoło. Pokręciłem głową.

– Żaden problem.

– O której wyjeżdżacie? – spytał zerkając na zegarek. – Muszę się spakować.

– Hm… za godzinę? – mężczyzna skinął głową. – Będziemy czekać przed hotelem.

– Okey. To do zobaczenia, Kalliope – odparł posyłając mi ostatni uśmiech. Odprowadziłem go wzrokiem, przygryzając wargę i starając się nie szczerzyć radośnie. Chyba udało mi się poderwać przystojnego faceta. W świetnym humorze wróciłem do naszego stolika, zapominając nawet o tym, że poszedłem po coś słodkiego i wracając z niczym.

– Jedziemy za godzinę do Teb. Zaprosiłem Rhysa, więc żaden broni i gadania o potworach, śmierci i przepowiedniach. – powiedziałem poważnie.

– Rhysa? – rudowłosy uśmiechnął się, poruszając znacząco brwiami, na co Philio prychnął. Zignorowałem go, patrząc na Isaac’a.

– Podróżuje po Grecji – uśmiechnąłem się delikatnie.

– I akurat jedzie do Teb – wyszczerzył się. Pokiwałem radośnie głową.

– Miły przypadek.

– Nie taki dupkowaty jak Philio – pokiwał głową. Zamrugałem, skupiając na nim uwagę i wracając myślami na ziemię, bo chyba zgubiłem wątek rozmowy myśląc o krystalicznie niebieskich oczach tamtego mężczyzny.

– Co? Znaczy to też, ale chodziło mi, że to fajnie, że akurat chce zwiedzić Teby – podrapałem się po karku.

– Jasne, jasne – parsknął Isaac. Przewróciłem oczami, podnosząc się, bo nie mogłem wysiedzieć w miejscu. Nie mogłem się doczekać dzisiejszej podróży.

– Musimy się ruszyć, bo inaczej nie wyrobimy się w godzinę… – mruknąłem i obdarzyłem ich uśmiechem.

– Przecież spakowanie się nie zajmie nam godzinę – powiedział Philio. Wzruszyłem ramionami, przecież nigdy nic nie wiadomo. Męczyłem ich tak długo aż ruszyliśmy na górę. Isaac złapał mnie i zaczął planować jak mam uwieźć przystojnego nieznajomego, co wydawało się irytować bruneta.

*

Idiota. No po prostu największy idiota jakiego znam. Musiał wybrać cholerny sportowy samochód, gdy jechaliśmy przez pustynie! Piekliłem się na swoim miejscu obok Rhysa, wiedząc, że ten ma mniej miejsca ode mnie. Byłem drobniejszy i niemal skuliłem się na siedzeniu, by siedzieć twarzą do niego. Ignorowałem Philio, który kazał mi usiąść normalnie i zachowywałem się, jakby nie istniał uśmiechając się do czarnowłosego i rozmawiając z nim o jego podróżach, a nawet zahaczając o temat poezji. Gdy Rhys zaproponował wymianę numerów poczułem delikatne muśnięcie mocy Philia.

– Uspokój się – powiedziałem. Brunet zerknął na mnie we wstecznym lusterku z błyskiem złości w oczach. Zacisnąłem wargi, mając dość jego zachowania.

– Philiuś – rudowłosy pstryknął go w ramię, na co on wymamrotał coś pod nosem jednak powoli się uspokoił.

– Martwi się o ciebie… – szepnął Rhys, kładąc dłoń na moim udzie i przyprawiając mnie o mały zawał swoim zachowanie. Byłem zaskoczony tym, że broni bruneta. – Dobrze, że masz takiego przyjaciela. Chociaż jest trochę onieśmielający – zaśmiał się cicho przy moim uchu.

– Onieśmielający? – zamrugałem.

– Mam wrażenie, jakby obserwował i oceniał każdy mój ruch… jak drapieżnik wpatrujący się w swoją ofiarę – mruknął, przesuwając wargami po moim uchu i drażniąc wrażliwą skórę ciepłym oddechem. Nagle samochodem szarpnęło, przez co uderzyłem bokiem o przednie siedzenie.

– Philio! – warknąłem już całkiem zły.

– To nie moja wina! – odparł zły, uderzając dłonią o kierownice. Spojrzałem przez szybę, widząc nagle robiący się korek.

– Chyba był jakiś wypadek – mruknął Isaac, otwierając drzwi i wychylając się.

– Świetnie – syknąłem, opadając na siedzenie i krzyżując ze złością ramiona. Tylko stania w korku nam brakowało. Zamarłem, czując jak Rhys łapie mnie za podbródek i przesuwa kciukiem po mojej dolnej wardze.

– Musiałeś ją przygryźć przez nieuwagę podczas hamowania.

– Oh… – tylko tyle z siebie wydusiłem. Mężczyzna uśmiechnął się, będąc naprawdę blisko mnie w ciasnocie sportowego auta.

– Powinieneś bardziej uważać – dodał, na co wydałem z siebie ciche westchnienie i skoncentrowałem spojrzenie na jego ustach. Wydawały się takie miękkie i musiałem się tylko trochę nachylić, by się o tym przekonać…

– Kurwa – w jednej chwili przypomniałem sobie gdzie jestem i odskoczyłem od mężczyzny, uderzając plecami w drzwi samochodu. Serce waliło mi w piersi i poczułem rumieniec na policzkach. Co jest ze mną nie tak, od kiedy zachowuję się jak napalona nastolatka?! Uniosłem wzrok, by napotkać w lusterku srebrzyste tęczówki, nim brunet wyszedł z samochodu.

– No, nieźle – skomentował Isaac, który najwidoczniej w tym czasie już siedział w samochodzie. Westchnąłem i na ślepo wymacałem klamkę, opuszczając samochód zaraz za Philio. On szedł już wzdłuż drogi do miejsca wypadku, więc musiałem do niego podbiec.

– O co ci chodzi?!

Brunet zignorował mnie, na co z warknięciem złapałem go za ramie.

– Philio!

Spojrzałem na niego z wyczekiwaniem, ale on wędrował spojrzeniem wszędzie byle tylko nie nawiązać kontaktu wzrokowego ze mną. Syknąłem z irytacją, kładąc dłonie na biodrach. Nagle stał się nieśmiały i małomówny. Zamarłem, widząc na jego policzkach lekkie rumieńce. Zamrugałem, obawiając się, że mam zwidy, ale one wciąż tam były barwiąc jego skórę delikatnym różem.

– Philio? – odezwałem się łagodniejszym tonem.

– J-ja… – zaczął niepewnie.

– Czy ty się jąkasz? – spojrzałem na niego jak na kosmitę. – Co się stało z dupkowatym Philiem, synem Aresa?

– Nie ważne – powiedział. – Wracajmy do samochodu, korek się zmniejsza.

– Nie – stanąłem przed nim, zatrzymując go. – Nie ruszymy się dopóki nie powiesz czemu się tak wściekasz.

– Bo mnie wkurza Rhyse – burknął pod nosem.

– Przecież nic takiego nie robi i jest miły… – spojrzałem na niego z niezrozumieniem. Chłopak wymamrotał znów coś pod nosem, na co uderzyłem.

– Jestem zazdrosny, okey?! – krzyknął, przyciągając wzrok ludzi stojących w korku. Wpatrywałem się w niego zaskoczony z lekko uchylonymi ustami.

– Co?

– Możemy po prostu iść do samochodu? – spytał, podejmując się kolejny raz drogi.

– Jesteś zazdrosny o mnie? – dogoniłem go i spojrzałem na niego z ciekawością. W głowie mi się to nie mieściło.

– Chyba znasz na to odpowiedź – mruknął. Wydąłem wargi, bo było wręcz przeciwnie. Miałem mętlik w głowie. Zmarszczyłem brwi i złapałem go za rękę, by na mnie spojrzał.

– Em… Podobam ci się? – ugh, czułem się głupio pytając o to. Srebrne oczy skupiły się na mnie. – Pytam naprawdę i chciałbym odpowiedź – westchnąłem. Chłopak przyglądał mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, nim pokręcił głową, a ja poczułem nieprzyjemny ścisk w brzuchu.

– Głupku, naprawdę musisz o to pytać? – jego głos był łagodny, a spojrzenie niezwykle intensywne.

– Oh… – zamrugałem na lekki uśmiech chłopaka.

– Tak, Kalliope. To odpowiedź na twoje pytanie. – powiedział, a następnie po prostu wsiadł do auta.

Zostałem na zewnątrz, stojąc jak kołek i czując jak wali mi serce. Wypełniło mnie przyjemne uczucie ciepła. Podskoczyłem wystraszony gdy brunet na mnie zatrąbił. Pokazałem mu środkowy palec i ruszyłem do samochodu, otwierając drzwi od strony pasażera i napotykając psotne spojrzenie Isaac’a.

– Won do tyłu, puszczasz beznadziejną muzykę.

– No wiesz co – parsknął, łapiąc się za serce, ale szybko przesiadł się do tyłu.

Chwilę później ruszyliśmy powoli do przodu, poruszając się ślamazarnym tempem, ale w rytm dobrego, starego rocka z głębokim wokalem i ostrym gitarowym akompaniamentem. Z delikatnym uśmiechem wychyliłem się przez okno nucąc i przyglądając się niebu. Rudzielec wkręcił Rhyse do rozmowy i zaczął proponować jakiś wypad na spróbowanie tutejszych win z czego nawet Philio się zaśmiał. Pokręciłem głową i zmieniłem piosenkę. Zaśmiałem się rozpoznając ją i śpiewając wraz z Madonną jedną z jej najbardziej znanych piosenek.

-… You’re so fine. And you’re mine. Make me strong. Yeah you make me bold. Oh your love thawed out. Yeah your love thawed out. What was scared and cold…

Spojrzałem na Philia, którego wzrok utkwiony był we mnie. Jego oczy błyszczały rozbawione.

– Patrz na drogę, a nie.

Nie mogłem usiedzieć w miejscu, kołysząc się w rytm muzyki i patrząc na chłopaka, który z wyraźną niechęcią odwrócił wzrok. Chcąc się z nim podrażnić zaśpiewałem głośno refren, wydając z siebie westchnienia i ciche jęki wraz z wokalistką. Po refrenie zobaczyłem na sobie wzrok trójki chłopaków, na co speszyłem się. Isaac parsknął śmiechem.

– To dobra piosenka – mruknąłem.

– Nikt nie kwestionuje twojego gustu – odpowiedział rozbawiony.

– To czemu się tak gapicie? – zapytałem, ściszając muzykę i zerkając na każdego po kolei.

– Może dlatego, że wydałeś z siebie jęki, które pewnie nadal słyszą w wyobraźni – powiedział rudowłosy, pochylając się do mojego ucha. Wydałem z siebie ciche „oh” i zamrugałem, nim z lekko zawstydzonym uśmiechem zerknąłem na Isaac’a.

– Aż tak?

– No – potaknął, odsuwając się.

Poprawiłem się na fotelu i żeby pozbyć się dziwniej atmosfery podgłośniłem muzykę, a następnie oparłem się o okno i wyciągnąłem przed siebie nogi z westchnieniem. Zamknąłem oczy, nucąc sobie co jakiś czas.

– Jesteśmy – otworzyłem oczy dopiero teraz zauważając, że musiałem przysnąć. Rozejrzałem się zaspany i przeciągnąłem się z cichym jękiem. Całkowicie zesztywniałem od parogodzinnej jazdy i drzemki. Co za koszmar…

– Głodny jestem – oznajmiłem i spojrzałem w stronę kierowcy. – Chodźmy coś zjeść.

– Wiesz po drodze byliśmy w McDonald’zie…

Uderzyłem go w ramię, na co zaśmiał się.

– Żartuje. Stoimy właśnie pod restauracją.

– Nieznana knajpa wygrała z McDonaldem? – zapytałem z uniesioną brwią, przyglądając się szyldowi.

– Rhyse ją zaproponował. Podobno jest świetna… – powiedział. Zasłoniłem usta ziewając i puściłem mu oczko odpinając pas.

– McDonald też jest świetny. – opuściłem samochód i przeciągnąłem się, wdychając gorące greckie powietrze.

Pomimo narzekania wszedłem tam jako pierwszy i zająłem nam stolik. Od razu otworzyłem kartę i zacząłem przeglądać co mogę tu zamówić. Ah, jak bardzo było przydatne to, że jako półbóg od początku potrafiłem grekę. Lokal był zatłoczony i widocznie lubiany przez mieszkańców. Widząc listę dań sam mógłbym go polubić.

– Co zamawiasz? – obok mnie usiadł brunet, zerkając na kartę.

– Deser lodowy, sałatkę z gyrosem… Souvlak i myślę nad casserole, bo może być pyszna… – mruknąłem, przyglądając się nazwą greckich potraw i zastanawiając się jak to w siebie wcisnę. – A do tego może sprite z lodem.

– I ty to wszystko zjesz? – uniósł rozbawiony brew.

– Nie wiem, ale chce to – wzruszyłem ramionami.

Dołączyli do nas także Rhyse i Isaac. Po chwili gdy już wszyscy wiedzieliśmy co chcemy zamówić podeszła od nas kelnerka. Zamówiłem najwięcej, co było dość zabawne, bo byłem najdrobniejszy z naszej grupy. Cóż mogłem na to poradzić, byłem głodny i ciekawy nowych smaków. Szybko dostaliśmy napoje, jednak na jedzenie trzeba było trochę poczekać.

– Co chcesz właściwie zwiedzić w Tebach? – rozpoczął temat Isaac.

– Chyba stare miasto i święte ruiny, które się tam znajdują. – odparł Rhys i upił łyk wody, nim opowiedział o najciekawszych miejscach w Tebach. Bardziej od tego interesował mnie brak jedzenia, rosnący głód i cichy Philio obok mnie. W końcu nudząc się, dźgnąłem go w ramię. Chłopak tego nie skomentował, zerkając na mnie. Po chwili zrobiłem to ponownie, na co uniósł brew.

– Bogowie, jestem głodny… – jęknąłem, zsuwając się po kanapie i odchylając głowę do tyłu.

– Pójdę spytać o nasze zamówienie – mruknął, wstając.

Śledziłem go wzrokiem, czekając z wyczekiwaniem na jego powrót. Zamknąłem oczy i położyłem dłoń na brzuchu, gdy wydobyło się z niego głośne burczenie, które słyszeli chyba wszyscy w lokalu. Brunet wrócił uśmiechnięty, a za nim szła kelnerka z tacą. Wyprostowałem się z nową energią, obdarzając Philio szczególnie radosnym uśmiechem i odwijając z folii tortille, by się w nią wgryźć ze szczęśliwym pomrukiem.

– Ah, ta radość i szczęście z powodu jedzenia – parsknął Isa. Przewróciłem oczami, zlizując sos czosnkowy z ust i podsuwając grecką tortille Philio.

– To staje się już rutyną – mruknął i wziął sporego gryza.

– Pilnuję, by potwory miał co jeść – zaśmiałem się, zerkając na danie chłopaka. Małe trójkąciki z ciasta… I on się chciał tym najeść? Oddałem mu tortille, tylko po to by spróbować jego porcji. Ciasto było kruche i łączyło się idealnie ze smakiem delikatnego sera. – Jak chcesz się tym najeść? – zapytałem po przełknięciu i odebraniu tortilli.

– Nie jestem głodny – mruknął.

– A później umrzesz z głodu, gdy zaatakuje nas kolejny potwór – powiedziałem, przewracając oczami i bez słowa dokończyłem souvlak.

– Zaatakuje potwór? – zamarłem na pytanie rozbawionego Rhyse. Całkiem o nim zapomniałem.

– To taki nasz żart – skłamałem i zerknąłem na bruneta, któremu drgały usta. Przyglądał mi się błyszczącymi oczami i podsunął mi kawałek gorącej zapiekanki. Wbiłem w nią widelec i wziąłem kęs. – Dobre, spróbuj.

Skończyło się w końcu na tym, że Philio poprosił kelnerkę o dodatkowy widelec i jedliśmy wspólnie moje zamówienie. Wszystko było pyszne i zjadłbym więcej, gdyby nie to, że byłem już pełny i ledwo zmieściłem w sobie ostatni kęs sałatki, resztę zostawiając chłopakowi.

– Jedz zieleninę będziesz zdrowy – powiedziałem, rozsiadając się z napojem i wzdychając. Brunet wywrócił oczami jednak zabrał sałatkę skubiąc ją. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem, upijając łyk napoju i rozważając jak zmieścić w sobie jeszcze deser. – Naprawdę miałem ochoty na lody… – westchnąłem, przeczesując włosy.

– Dziwi mnie to, że i tak tyle zjadłeś. Gdzie ci się to zmieściło, nie chce wiedzieć – zaśmiał się Rhyse. Wzruszyłem ramionami, zerkając na niego spod rzęs.

– Mój mały sekret.

Szatyn nie skomentował tego, ale widocznie był rozbawiony. Przeciągnąłem się, wzdychając i zastanawiając się kiedy Philio zacznie poganiać nas do ruszenia w drogę. Przecież ja się nie ruszę przez cały dzień, tak się objadłem, że najchętniej położyłbym się na łóżku i polenił się przez długie godziny.

– Czuje się przejedzony… – mruknął, opierając się o kanapę. Spojrzałem na niego zaskoczony i zerknąłem na rozbawionego Isaac’a.

– Pierwszy raz to słyszę. Niesamowite – powiedział Isa. – To co winko?

– Jakbyśmy mogli ci odmówić – zaśmiałem się, na co rudzielec wyszczerzył się radośnie.

– Prowadzę. Nie powinienem – zamarudził, gdy rudzielec postawił przed nim kieliszek.

– Możemy się przejść.

– Albo oddasz mi kluczyki – dodałem uprzejmie.

– Chciałbyś. Mówiłem już o oddawaniu wam mojego samochodu – powiedział, zerkając na mnie i Isę. Popatrzyłem na niego z urazą, bo naprawdę z wielką chęcią usiadłbym za kierownicą samochodu samego boga wojny.

– Alkohol łagodzi obyczaje, upijemy cię i wtedy dostanę kluczyki. – oznajmiłem z pewnym siebie uśmieszkiem.

– Nie możemy się upić – zamarudził. – Kusisz potwory Kall.

– Potwory, a może ciebie? – zapytałem cicho, pochylając się w jego stronę i przechylając głowę w bok.

– Mnie także – odparł. Uśmiechnąłem się lekko na tą odpowiedź.

– Jeden kieliszek ci nie zaszkodzi.

– Pijemy z synem Dionizosa. To nie skończy się na jednym.

– Bądź odważnym synem Aresa – dźgnąłem go w ramię i obróciłem się w stronę Isaac’a. Wskazałem na niego palcem z powagą. – Pamiętaj, że obiecałeś mi kiedyś najlepsze wino jakie w życiu piłem.

– Oho – parsknął brunet, na co rudowłosy chłopak wstał z powagą i skłonił mi się.

– Da się zrobić!

Z rozbawieniem obserwowałem jego rozmowę z kelnerką przy barze. Isaac gestykulował z uśmiechem i wydawał się oczarować kobietę, która podała mu wkrótce butelkę wina z najwyższej półki. Rudzielec wracał do nas krokiem zwycięscy, a po chwili na stole pojawiły się również kieliszki.

– Nie jesteś za młody na picie alkoholu? – Rhys pierwszy zadał pytanie, na które czekałem. Pozostała dwójka od razu spojrzała na mnie z powagą, która u Isaac’a była mniejsza i wydawał się kalkulować czy może mi nalać jeden czy dwa kieliszki.

– Jestem – przyznałem ze wzruszeniem ramion. – Mam niecałe 18 lat…

– Jakby nie patrzeć, tu jesteś prawie pełnoletni… – powiedział radośnie Isaac i otworzył wino.

– Za dwa miesiące mam urodziny – odparłem z uśmiechem. Tylko pogłębiłem jego entuzjazm i chyba uspokoiłem wewnętrzne obawy.

– No niech będzie – nalał mi do kieliszka czerwonego wina.

– Jeszcze jakieś obiekcje, panowie dorośli? – zapytałem słodko, zerkając to na jednego to na drugiego i bawiąc się kryształową nóżką.

– Ja nie jestem twoim rodzicem – uniósł pokojowo dłonie Philio.

– Żaden z nich nie miałby nic przeciwko – odparłem rozbawiony i spojrzałem na wino w kieliszku. – Oby było dobre, bo inaczej będzie to mój pierwszy i ostatni raz.

– Nie wierzysz, że wybrałem najlepsze jakie mieli? – spytał fiołkowoki.

– W to wierzę, raczej nie sięgnąłbyś po tanie i jakieś obrzydliwe… – powiedziałem i uniosłem kieliszek. – No to zdrowie – mruknąłem przed wzięciem małego łyka.

Mruknąłem na idealny smak wina. Z jednej strony słodkie, z drugiej delikatnie kwaskowate. Poczułem nawet jakiś ostrzejszy smak w nim. Mlasnąłem językiem i spojrzałem z ciekawością na przyglądającego mi się Isaac’a.

– Co to za ledwo wyczuwalna nuta?

– To jest Barolo Riserva z ’45. Dojrzewające w beczkach z slawońskiego dębu. Z początku ma nutę czekolady, suszonych kwiatów i herbaty oraz owoców.

– Intrygujący smak… podoba mi się ta ostra nuta – powiedziałem z małym uśmiechem.

– Ojciec dostałby zapaści, że pijemy takie wino od tak – parsknął. Posłałem mu rozbawione spojrzenie, ale pomyślałem o jego ojcu i naszej krótkiej rozmowie. To wystarczyło żebym mu przyznał rację.

Jednak Philio miał rację. Nie skończyło się na jednym kieliszku. Oczywiście pierwszą wymówką było, że nie zostawimy przecież tego wina. Po dwóch lampkach zacząłem pić coraz wolniej, czując jak szumi mi w głowie i mam ochotę śmiać się z każdego wypowiedzianego słowa. Wszystko wydawało się nagle zabawniejsze i barwniejsze. Moje myśli były spokojniejsze, ale było ich tyle, że nie umiałem się w nich połapać. Z trudem również utrzymywałem się głowę w górze, więc wkrótce oparłem się o Philio i starałem się udawać, że wcale się nie upiłem. Poczułem dłoń bruneta na swoim udzie.

– Nie wykorzystasz mnie – wymamrotałem niewyraźnie, podnosząc jego dłoń za jeden z długich palców. Moją powagę zepsuł chichot, który uciekł mi spomiędzy warg, gdy on splótł ze sobą nasze palce.

– Philio nie wykorzystuj nieletnich – powiedział z powagą Isaac, patrząc na nas znad krawędzi lampki wina.

– Czemu? – spytał się z grzesznym uśmiechem, przykładając usta do mojej szyi.

– Jesteście razem? – nagle wypalił podpity szatyn. – Ja nie wiedziałem…

Czułem, że Philio uśmiecha się z satysfakcją. Sapnąłem, gdy objął mnie. Cholera, po winie był strasznie zaborczy. Nie wiedziałem jak się przekręcić czy obrócić, by uwolnić się z jego ramion, które były jak sidła rozstawione na zwierzynę. Nie chciałem być jakąś sarną. Fuknąłem na niego, ale zmieszało się to z cichym westchnieniem, gdy lekko mnie ugryzł, a potem przesunął w tym miejscu czubkiem języka.

– Bogowie, jesteś wszędzie… jak pijawka – mruknąłem, poddając się i spojrzałem na Rhysa. – Nie masz za co przepraszać, nie jesteśmy razem.

– Oh… – parsknął wstając. – Dziękuję za transport i naprawdę miły posiłek. Oczywiście, Isaac ukłony dla ciebie za wino.

– To był mój święty obowiązek. – zażartował rudzielec, żegnając się z szatynem. Szatyn zostawił pieniądze za swoje zamówienie, a nawet więcej o co prawie się pokłóciliśmy. W końcu wyszedł z restauracji, a miedzy nami zapanowała cisza. Zacząłem już nawet przysypiać oparty o ścianę, gdy poczułem ruch obok siebie i nagle zamiast ściany miałem ramię Philio.

– Pijawka – mruknąłem, wtulając się w niego i wzdychając w jego szyje.

Nie siedzieliśmy długo. Zapłaciliśmy za posiłek i wyszliśmy na zewnątrz. Było już ciemno, więc skierowaliśmy się do najbliższego, małego motelu. Nie było to miejsce wysokich lotów, ale na jedną noc nadawało się. Wzięliśmy trzy pokoje jednoosobowe, co dla mnie było bez sensu, ale potrafiłem wydać z siebie tylko ciche prychnięcie pogardy.

Isaac od razu zniknął w swoim pokoju, a Philio uparł się, że zaprowadzi mnie do odpowiedniego pokoju i upewni się, że nie zrobię sobie krzywdy. Powstrzymałem się od narzekania, uśmiechając się pod nosem i rozglądając się po numerach na drzwiach. Mieliśmy pokoje naprzeciwko siebie.

– Dam sobie… – westchnąłem, gdy mężczyzna otworzył drzwi i wszedł do środka zapalając światło. Zmrużyłem oczy i zamknąłem za nami z trzaskiem drzwiami, uśmiechając się lekko na zaskoczone spojrzenie Philio. Przekręciłem zamek, nim skierowałem się w jego stronę z szybko bijącym sercem. Spojrzałem na niego, kładąc dłonie na jego piersi i unosząc się lekko na palcach. Miałem ochotę puścić mu oczko, gdy zobaczyłem wyraz jego twarzy.

– Kalli… – musnąłem jego wargi, ucinając jego wypowiedź.

Brunet zamrugał i chwilę potrwało aby jego umysł przeanalizował co się właśnie stało. Za to ja odkryłem, że całowanie chłopaka jest dziwne, ale w żadnym wypadku nie, nieprzyjemne. Podobało mi się to obce uczucie. Jego wargi były miękkie i ciepłe, uczucie było trochę inne niż przy całowaniu dziewczyny, ale to było przyjemne i budziło we mnie swego rodzaju ekscytacje. Było to zdecydowanie coś nowego.

– Jesteś w pełni świadomy co zrobiłeś? – spytał cicho, na co kiwnąłem głową. No oczywiście, że byłem świadomy, że pocałowałem go! Cóż za głupie pytanie. Przewróciłem oczami i patrzyłem na niego z wyczekiwaniem. To miała być jedyna reakcja na pocałunek? Philio dotknął moich ust i przyciągnął mnie do siebie.

– Przeanalizowałeś już wszystkie za i przeciw? – zapytałem, unosząc głowę.

– Można tak powiedzieć – mruknął, całując mnie.

Westchnąłem, niemal rozpływając się pod naporem jego ust. Uczucie było pełniejsze i wypełniało mnie niezwykłym ciepłem i poczuciem szczęścia. Miałem ochotę uśmiechnąć się, gdy poczułem jak otacza mnie ciaśniej ramionami. Wciąż trzymając jedną dłoń na jego piersi, drugą przesunąłem na jego szyje, koniuszki palców wsuwając w jego miękkie włosy. Cofnąłem się, gdy poczułem delikatne ugryzienie w wargę. Nie spodziewałem się tego i patrzyłem teraz z zaskoczeniem na Philio, który spojrzał na mnie leniwie spod ciemnych rzęs z zaróżowionym, lekko rozchylonymi po przerwanym pocałunku wargami.

– Oh – mruknąłem słabo, wpatrując się w niego oczarowany.

– Przesadziłem? – spytał, na co parsknąłem kręcąc głową.

– Zaskoczyłeś mnie – przyznałem, całując kącik jego ust i z ciekawością wsuwając dłonie pod jego koszulkę. Miałem ochotę zamruczeć, gdy wyczułem pod palcami zarys twardych mięśni. Brunet nie był mi dłużny i ustami zjechał na moja szyję, dłońmi jeżdżąc po moich plecach.

Zadrżałem, wydając z siebie stłumiony jęk i przylgnąłem do niego, czując jak zasysa wrażliwą skórę, by stworzyć na mojej skórze ślad po swojej osobie. Wytknąłbym mu to, ale to było takie przyjemne… w połączeniu z jego dłońmi na moim ciele, wychodziło na to, że nie umiałem zebrać myśli. Łatwo było mnie teraz rozkojarzyć, jeśli było się brunetem o niezwykłych srebrzystych tęczówkach. Philio w końcu zdjął moją koszulkę i swoją.

– Kall…

– Hm? – spojrzałem na niego, odgarniając z czoła zbłąkany kosmyk włosów.

– Czy… Chcesz może…? – starał się spytać, chowając twarz w mojej szyi. Uniosłem brew, obejmując go i przesuwając palcami przez jego przydługie włosy, których tym razem nie spiął, więc miękkimi falami okalały jego twarz.

– Pochlebiasz mi nie umiejąc znaleźć słów… – powiedziałem z cichym śmiechem, ciągnąc za ciemny kosmyk. – Ale tak. Odpowiadając na twoje niezadane pytanie… jeśli o TO ci chodziło.

Chłopak uśmiechnął się, składając na moich wargach pocałunek i poprowadził mnie do łóżka. Usiadłem na łóżku, ciągnąc go za kark za sobą. Przesunąłem się po materacu, skopując buty i na moment puszczając Philia, by móc pozbyć się spodni, ale nim rzuciłem je na ziemię, wyciągnąłem portfel, a z niego prezerwatywę, którą rzuciłem mężczyźnie. Mowy nie ma, by zaraził mnie jakimś świństwem przez przypadek. Brunet parsknął, ściągając spodnie i trzymając prezerwatywę między wargami. Cholera. Serce zabiło mi mocniej i to nie dlatego, że wyglądał on teraz naprawdę gorąco i seksownie. Zacząłem się obawiać zbliżenia, chociaż nie zamierzałem dać tego po sobie poznać. Chciałem to zrobić.

Philio pochylił się nade mną z iskrzącymi się oczami. Uśmiechnąłem się łagodnie i uniosłem na łokciach, by móc dosięgnąć jego warg i zanurzyć się w pełnym pasji i namiętności pocałunku.

– Robiłeś to już? – spytał. Jego ciepłe usta zjechały na mój obojczyk.

– Oczywiście – skłamałem, zamykając oczy i oblizując wargi, nim wydobyło się spomiędzy nich ciche westchnienie.

Mruknąłem, gdy jego usta były coraz niżej. On chyba nie zamierzał… przygryzłem wargę, czując jego język na moim brzuchu. O bogowie. Jego dłonie pogładziły moje biodra, nim niewinnie przesunęły się na wrażliwą skórę ud, delikatnie ją drażniąc i wydobywając ze mnie cichy, sfrustrowany jęk.

– Cierpliwości – zamruczał przy mojej skórze.

– Nie należę do cierpliwych – wymamrotałem, zaciskając dłonie na pościeli i czując wewnętrzny niedosyt.

– Zauważyłem.

Sapnąłem, prawie podskakując na jego język na mojej skórze. Zaraz wezwę przez niego cały grecki panteon bogów, jeśli nie przestanie się tak drażnić i tylko podsycać we mnie pożądanie. Dupek. Uniosłem biodra, szybko jednak zostałem powstrzymany i przyciśnięty do materaca. W filmach pornograficznych szło to szybciej, pomyślałem mrocznie, wpatrując się w brunatną czuprynę z zaciśniętymi zębami.

– Noc jeszcze młoda – powiedział.

– Philio – jęknąłem, opadając bezsilnie na poduszki.

– Słodko jęczysz moje imię, Kall – westchnął. W jednej chwili zamilkłem i czułem wpływający mi na policzki rumieniec, bardziej podszytej erotyzmem wypowiedzi nie mógł użyć. Zasłoniłem ramieniem twarz, czując się bardzo, ale to bardzo zawstydzonym.

– Wstydzisz się? Nie ma czego – pocałował mnie w szyję i szczękę.

– Zamknij się – mruknąłem, zerkając na niego spomiędzy palców.

Brunet miał na twarzy łagodny uśmiech. Wydąłem wargi, kładąc dłonie na jego ramionach i przesuwając po nich palcami, by móc pozachwycać się jego idealną sylwetką. Syn Aresa… prawdziwe dziecko wojny… Przełknąłem ostrożnie ślinę i zamarłem. Zamierzałem przeżyć z nim swój pierwszy raz. Oh. Otworzyłem szerzej oczy, gdy dłoń bruneta delikatnie zaczęła zsuwać ze mnie bokserki. Już nie byłem taki pewny siebie, zalała mnie fala gorąca i serce tłukło mi się w piersi. Gdy wylądowały one na podłodze byłem całkiem odkryty przed wzrokiem Philia.

Brunet klęczał przy moich kostkach i jak nic, umyślnie przesuwał nieśpiesznie spojrzeniem po moim ciele, jakby miał na to wieczność. Miałem wrażenie, że przeżyję tam samospalenie. Miałem ochotę wiercić się lub zasłonić poduszką, gdy tak się we mnie wpatrywał. Oblizałem suche wargi, a nasze oczy złapały kontakt i czułem się jak w pułapce, nie mogąc odwrócić wzroku.

– Prawdziwy syn Apolla – uśmiechnął się, puszczając mi oczko.

– Co to ma niby znaczyć – wymamrotałem, poruszając się, choć zamarłem, gdy poczułem delikatny dotyk na łydce.

– To, że jesteś wart każdego grzechu – odpowiedział.

Jego słowa mile podbudowały moje ego i rozpaliły kolejny rumieniec na moich policzkach. Mruknąłem coś cicho, odwracając wzrok i czując tylko jak przesuwa dłonią po mojej nodze, przyprawiając mnie o dreszcze.

– Nie mamy żadnego olejku… – westchnął przy mojej skórze.

– Wszystko przeciwko mnie – wymamrotałem, odchylając głowę i wzdychając. Brunet zaśmiał się ochryple i przesunął wargami po moim biodrze, robiąc mi tam malinkę. Przyglądałem mu się spod rzęs, mając ochotę głupio się uśmiechać w jego stronę.

– Może znajdzie się coś w łazience – powiedział i dość niechętnie podniósł się i skierował do toalety. Po chwili usłyszałem jego chichot i wrócił do pokoju z uśmiechem zwycięscy. – Najwyraźniej jest to w standardzie małych moteli. – parsknął, machając tubką truskawkowego lubrykantu.

Posłałem mu rozbawione spojrzenie, przyglądając się jego idealnemu ciału zahartowanymi przez ciężkie treningi. Skóra delikatnie muśnięta słońcem wydawała się ciemna w porównaniu z moją. Klatkę piersiowa była niemal bezwłosa, a ciemna ścieżka włosów prowadziła od pępka i biegła w dół niknąć w ciemnych, napiętych bokserkach. Zrobiło mi się gorąco, gdy zauważyłem zarys jego członka. Przyglądałem się jak Philio rzuca lubrykant na łóżko i powoli zsuwa z siebie bieliznę, patrząc mi w oczy. W jego spojrzeniu była pewna prowokacja, a na ustach widniał pewny siebie uśmieszek. Chrząknąłem, odwracając wzrok.

– J-jak to zrobimy? – serce mi waliło, a głos lekko zawahał się.

– Jak chcesz – mruknął mi do ucha przygryzając je. Miałem ochotę głośno zakląć, a policzki mnie paliły jak moje kłamstwo o mojej utraconej cnocie. Przez jego usta miałem problem, żeby sobie cokolwiek przypomnieć o gejowskim seksie.

– Ja… uh, po prostu to zrób – wymamrotałem, zamykając oczy.

– Niecierpliwy – zaśmiał się.

Wydałem z siebie nieokreślony pomruk, przesuwając palcami po jego włosach. Philio pocałował mnie głęboko, wsuwając język do moich ust i niemal pozbawiając mnie zmysłów tak czułym pocałunkiem. Westchnąłem w jego wargi, obejmując go i odpowiadając na tą pieszczotę z równym zapałem. Spiąłem się, gdy poczułem jak jego śliski palec przesuwa się pomiędzy moimi pośladkami i delikatnie napiera na moje wejście. Cholera. Moje napięcie musiał oczywiście od razu zauważyć Philio.

– Spokojnie, rozluźnij się – westchnął, składając pocałunki na moim ciele.

Skinąłem niemrawo głową, starając się skoncentrować na czymś innym z marnym skutkiem. Przygryzłem wargę, zaciskając dłonie na jego ramionach. Brunet uniósł się nade mną z delikatnie zmarszczonymi brwiami i skupionym spojrzeniu. Uniósł dłoń przesuwając palcami po moim policzku, nim złapał mnie za brodę i przesunął kciukiem po dolnej wardze, rozchylając lekko moje usta.

– Kalliope… – mruknął głębokim, niskim głosem, patrząc mi prosto w oczy. – Czyżbyś mnie okłamał?

Nie potrafiłem odwrócić wzroku choć tak teraz tego pragnąłem czując rumieńce. Nie musiałem mówić, widziałem w oczach chłopaka, że wie o moim kłamstwie. Westchnąłem, czując własne zażenowanie, że muszę się do tego przyznać.

– Co za różnica… – mruknąłem obronnym tonem. Philio przyglądał mi się w milczeniu, na co zacisnąłem ze złością zęby. – Tak, nigdy nie uprawiałem seksu z mężczyzną. Szczęśliwy?

– W sumie tak – odparł po dłuższej chwili milczenia. Uniosłem brew w niemym pytaniu. – Będę twoim pierwszym.

– Zadowolenie w twoim głosie jest aż nadto słyszalne – wytknąłem, choć na moich wargach zaigrał delikatny, pełen rozbawienia i ulgi uśmiech.

Brunet uśmiechnął się. Przewróciłem oczami i uniosłem się, by skraść mu całusa, który zmienił się w głęboki, zapierający dech pocałunek. Mruknąłem niezadowolony, gdy wsunął we mnie palec i nie pozwolił mi cofnąć bioder od tego nieprzyjemnego uczucia. Chyba jednak chcę zrezygnować, nie podoba mi się to. Z początku był ból, irytujące uczucie i po prostu dziwne. Dopiero po chwili, gdy skupiłem się na pocałunkach i zwiedzających moje ciało dłoniach Philia poczułem w tym przyjemność.

Schowałem twarz w jego szyi, wzdychając i pozwalając mu robić ze sobą wszystko co chciał. W jego ruchach wyczuwałem troskę i delikatność, która nie ustępowała miejsca pasji i namiętności. Był niezwykły. Jęknąłem nagle nie spodziewając się dołożenia kolejnego palca. To było… o bogowie… Wygiąłem się w jego stronę, całując i wzdychając z przyjemności w jego usta, który rozchyliły się leniwie, dając mi możliwość pogłębienia pocałunku. Philio westchnął w moje usta i otarł się o mnie. Jęknąłem, przesuwając dłońmi po jego plecach i przygryzłem lekko jego wargę.

Spojrzałem na niego, gdy jego palce zniknęły i odczułem dziwną pustkę. Przyglądał mi się błyszczącymi oczami i uśmiechnął się, przesuwając swoim członkiem pomiędzy moimi pośladkami, a następnie naparł lekko na moje wejście. Uchyliłem wargi, wydając z siebie nieokreślony dźwięk i zamknąłem oczy z sercem walącym szaleńczo w piersi.

– Spójrz na mnie… Kalliope, proszę… – szepnął przy moim uchu, owiewając je ciepłym oddechem.

– Jesteś okropny – jęknąłem i otworzyłem oczy.

– Okropnie zauroczony tym rumieńcem – powiedział przeciągając wyrazy i unosząc się, by spojrzeć na mnie błyszczącymi, srebrzystymi oczami. Posłał mi chwytający za serce uroczy uśmiech, który tworzył delikatne dołeczki w jego policzkach. – I chcę żebyś patrzył mi w oczy…

– Bogowie – szepnąłem, patrząc na niego wielkimi oczami.

Poczułem jak Philio powoli we mnie wchodzi, przygryzając swoją wargę. Jego ramiona były napięte i wydawał się skupiony na tym co robi. Przyglądałem się w ciszy emocjom odbijającym się na jego twarzy i tym widocznym w jego oczach. Pozwalało mi to oderwać myśli od dyskomfortu i nieprzyjemnego rozciągania w dolnych partiach ciała. Między nami trwała pełna napięcia i wyczekiwania cisza, która sprawiała, że z trudem oddychałem i czułem obezwładniające gorąco trawiące moje ciało. Wydałem w tym samym czasie jęk co brunet, gdy wszedł we mnie cały. Chłopak ciężko oddychał. Przesunąłem palcami po jego twarzy, patrząc na niego z cieniem uśmiechu na ustach.

– Już się zmęczyłeś, kochanie?

– Kochanie? – uśmiechnął się, muskając moje usta.

– Jesteś naprawdę irytujący – westchnąłem w jego usta i objąłem go, szukając jego bliskości jak cholerna ćma światła. Szukając wygodniejszego ułożenia objąłem jedną nogą jego biodra i zaskomlałem cicho, czując jak wchodzi we mnie głębiej. – Cholera…


Rozdział 4.


Philio

Ziewnąłem, leżąc przy ciepłym ciele chłopaka. Bawiłem się jego złotymi włosami, które opadły na poduszkę tworząc aureolę wokół głowy Kalla. Chłopak cicho wzdychał przez sen, oddychając przez rozchylone różowe wargi i nie reagując na świat zewnętrzny. Uśmiechnąłem się, zerkając na jego skórę poznaczoną przeze mnie ciemnymi śladami. Przesunąłem po jednym z nich palcem, myśląc o tym jaki chłopak był teraz bezbronny i jak delikatny wydawał się, gdy przysunął się tylko bliżej mnie z cichym pomrukiem.

Nie chciało mi się wstawać, gdy w ramionach miałem tego drobnego chłopaka. Nie miałem też serca go budzić, nawet jeśli opóźniało to misje. Wolałem cieszyć się jego towarzystwem i ciepłem, nie pamiętam kiedy ostatnio czułem przy kimś taki spokój. Zaczynałem się jednak obawiać, że może mu się coś stać, gdy znajdziemy tego którego szukamy. Kall nie miał żadnego doświadczenia w walce i najłatwiej było go zranić podczas walki. Miałem też wrażenie, że jego instynkt samozachowawczy było przez niego ignorowany i chłopak pakował się prosto w kłopoty. Westchnąłem ciężko, przesuwając palcami po jego miękkich włosach. Wiedziałem, że ojciec by tego nie pochwalał szczególnie, tuż przed walką. To osłabiało. Nie skupiało się na celu, a na osobie dla ciebie ważnej.

– Wzdychaj głośniej, bo jeszcze się chyba nie obudziłem – wymamrotał półprzytomnie Kall.

– Wybacz – powiedziałem z uśmiechem, który temu przeczył. Chłopak poruszył się, kładąc się na mojej klatce piersiowej i spoglądając na mnie zaspanymi, złotymi oczami. Ziewnął w uroczy sposób, lekko marszcząc nos i wrócił do leżenia.

– O czym tak ciężko myślisz, wojowniku? – zapytał leniwie przeciągając słowa.

– O walce, która nas nie uniknie – mruknąłem w odpowiedzi.

– Jesteś taki przewidywalny… przestań o tym myśleć. – rozkazał i ku mojemu miłemu zaskoczeniu przygryzł lekko moją skórę. Uśmiechnąłem się, czując jego usta na skórze.

– Jeszcze nie masz dość po nocy?

– Trudne pytanie – odparł, zerkając na mnie z błyskiem w oku. – Ale widzę, że skoncentrowałem twoje myśli tam gdzie chciałem. – dodał z rozbawieniem.

Parsknąłem, przyciągając go do pocałunku. Wyczułem jego delikatny uśmiech, nim rozchylił wargi,, oddając się całkowicie pocałunkowi. Jego palce przesunęły się po mojej piersi, a kołdra zsunęła się z jego bioder, gdy go objąłem, przyciągając jeszcze bliżej swojego ciała. Zacisnąłem dłonie na jego pośladkach, na co jęknął w moje usta. Oderwaliśmy się od siebie ciężko oddychając, czułem niezwykłe ciepło w piersi, gdy patrzyłem na jego delikatnie zarumienioną twarz.

Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. Przesunąłem dłonią po krzywiźnie jego pleców i wsunąłem palce w jego włosy, przyciągając go do kolejnego pocałunku. Blondyn jednak szybko się odsunął i spojrzał na mnie, puszczając mi oczko nim jego ciepłe wargi znalazły się na mojej szyi i poczułem przyjemny dreszcz przechodzący przez całe moje ciało aż do krocza. Jęknąłem z frustracji i przyjemności jednocześnie, nie potrafiłem kontrolować niczego, gdy byłem w pobliżu Kalliope, a moje ciało dość chętnie reagowało na jego dotyk.

Wpatrywałem się Kalla jak zahipnotyzowany, gdy jego wargi przesunęły się niewinnie po moim brzuchu, a chwilę później w ślad za nimi podążył jego język. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, na które z mojej piersi wydobył się niski warkot.

– Możemy udawać, że nas tu nie ma – mruknął cicho blondyn, a jego palce przesunęły się niebezpiecznie blisko mojego wzwodu. Roześmiane spojrzenie jednak miał utkwione we mnie.

– Wiem, że tam jesteś Philio! – dobiegło nas wołanie rudowłosego.

Gdy chciałem odpowiedzieć jęknąłem, zasłaniając usta dłonią. Spojrzałem na ciepłe usta blondyna, które znalazły się na moim przyrodzeniu. Oh. Odchyliłem głowę do tyłu, wpatrując się w niego i niemal zapominając jak się oddycha, gdy lekko zasysał powietrze i nieśpiesznie przesuwał językiem po samym czubku. Pewne było to, że nie zdołam odzyskać głosu, by móc odpowiedzieć Isaacowi. Tłumiłem większość jęków, starając się być najciszej jak się dało w takiej sytuacji, co nie było takie łatwe, bo zdolności Kalliope wykraczały poza moje domysły. Nie podobała mi się myśl, że robił takie rzeczy komuś innemu. Jednak nawet ta chwilowa irytacja znikała, gdy czułem jak jego gorące wargi obejmują mojego członka, zasysając przy okazji powietrze. Cholera to było takie przyjemne… Jęknąłem miękko, wplątując dłoń w jego włosy i unosząc biodra.

– Philio, cholera jasna, cokolwiek robisz przerwij i otwórz drzwi!

Mowy nie ma, pomyślałem, czując jak niewiele mi brakuje, by dojść. Przesunąłem lekko drżącymi palcami po złotych pasmach rozświetlonych porannym słońcem, zamykając oczy i skupiając się tylko na tym wspaniałym uczuciu, napięciu budującym się w dole brzucha, drobnych dłoniach gładzących moje uda i różowych wargach poruszających się w piekielnej torturze, która paliła moje ciało do żywego. Nie liczyło się nic poza tym, zignorowałem natarczywe pukanie i poirytowane marudzenie Isaac’a, wzdychając i zaciskając palce w pięść we włosach blondyna, który wydał z siebie gardłowy pomruk niezadowolenia. To wystarczyło, żebym doszedł z ochrypłym okrzykiem.

Serce waliło mi jak oszalałe, gdy wypuściłem powietrze z płuc i spojrzałem spod rzęs na młodszego chłopaka, który ścierał właśnie białą smugę z podbródka. Pokręciłem głową, patrząc na niego wiedziałem, że jest po mnie. Wcześniej tylko to podejrzewałem, ale teraz miałem pewność co do tego.

– Już jestem martwy – powiedziałem na głos, na co blondyn uniósł brew.

– Nie wyglądasz na martwego.

– Będę, gdy tylko nas coś zaatakuję, bo będę bronił cię z całych moich sił – westchnąłem, poprawiając mu włosy.

– Dobrze, przynajmniej nie będziesz się obijać – powiedział z bezczelnym uśmiechem i uniósł się, by cmoknąć mnie w usta.

– Philio!

– Odpowiedź mu, bo ściągnie nam na głowę cały hotel. – parsknął wstając i znikając w łazience.

Westchnąłem, rozkładając ramiona i żałując, że nie mam więcej czasu na cieszenie się tą chwilą bliskości z kimś. Niechętnie wstałem, zakładając szybko bokserki i spodnie i przesunąłem palcami po włosach, nim pociągnąłem za klamkę i niemal nie dostałem drobną kobiecą pięścią. Zamrugałem patrząc szatynkę, a następnie roześmianego Isaac’a. Poczułem jak się uśmiecham nim chwyciłem dziewczynę w ramiona.

– Jesteś tu… Jak to możliwe? – zapytałem ściskając ją.

– Uh… Dusisz – jęknęła dziewczyna, na co poluźniłem uścisk jednak jej nie puściłem.

– Jak tu trafiłaś? A co najważniejsze czemu tu jesteś? Sama?

– Dostałyśmy rozkaz, dopiero niedawno dowiedziałam się, że ruszyłeś w to samo miejsce. – wytłumaczyła i delikatnie mnie od siebie odepchnęła. – Musiałam sprawdzić co z moim małym braciszkiem.

– Małym? To ty jesteś młodsza Tati!

– Nieprawda – pokazała mi język i kopnęła w nogę, jakby była małą dziewczynką. Jako jedna z Łowczyń Artemidy zachowała swoją urodę z czasów gdy miała piętnaście lat, więc wyglądało to w jej wykonaniu niemal uroczo. Niemal, bo kopała jak prawdziwa córka Aresa. Potarłem piszczel czując, że będę miał siniaka.

– Wyglądasz jak cztery lata temu, więc jesteś dzieckiem – pokazałem jej język, odskakując od kolejnego kopnięcia.

– Czekaj, czekaj… Pokaż szyjkę, Philiś – złapała mnie niespodziewanie za ramię i pociągnęła tak, że prawie wylądowałem przed nią na kolanach. Miałem ochotę zakląć, gdy pochyliła się nade mną razem z ciekawskim rudzielcem zaglądającym jej przez ramię. Chłopak uniósł brew z rozbawieniem i zajrzał do pokoju. – Malinka? Ktoś się do ciebie zbliżył na tyle, by ją zostawić i przeżył?

– Sam sobie jej nie zrobiłem – odparłem, na co szatynka trzepnęła mnie w głowę. Uśmiechnąłem się radośnie na jej poważną minę.

– Philio – mruknęła z naganą i przyjrzała mi się ze zmarszczonymi brwiami. Nie rozumiałem jej podejścia, jakbym zrobił coś źle. Albo był małym chłopcem, który nie rozumie co to seks. Zacisnąłem zęby.

Nagle usłyszeliśmy jakiś trzask i zduszony okrzyk dobiegające z łazienki. Obróciłem się i nie myślałem, dopadając do drzwi i otwierając je. Otworzyłem szerzej oczy widząc rozpłaszczonego na ziemi, mokrego Kalliope owiniętego kawałkiem urwanej zasłonki prysznicowej.

– Spadaj!

– Co ty zrobiłeś? – zamrugałem, przyglądając się mu.

– A więc on ci je zrobił? – obok mnie pojawiła się siostra. Nie odezwałem się słowem wpatrzony w chłopaka. Kall spojrzał na Tatianę zasłaniając się.

– Trochę prywatności, zboczeńcy – wymamrotał i sięgnął po ręcznik. Wstał owijając się nim wokół bioder. – Do twojej wiadomości potknąłem się na cholernych kafelkach, bo nie ma tu dywanika! – warknął z wyraźną irytacją.

– Zaczynam się martwić, że nawet łazienka może być dla ciebie zabójcza – uśmiechnąłem się, wypychając szatynkę z łazienki.

– Zamknij się – fuknął, rzucając we mnie małą buteleczką szamponu. Z uśmiechem złapałem ją. Kalliope spiorunował mnie wzrokiem, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczami. – Idź sobie, chce się przebrać.

– Ale ja chętnie popatrzę – odparłem i przymknąłem drzwi.

Chłopak przewrócił oczami i kręcąc głową, odwrócił się do mnie plecami, pozbywając się z bioder ręcznika i wycierając się nim. Zadowolony wpatrywałem się w niego. Po jasnej, niczym nie naruszonej skórze spływały małe krystaliczne krople, pieszcząc każdą krzywiznę jego ciała. Wydawał się taki drobny, gdy stał przede mną nagi w małej przestrzeni hotelowej łazienki. Dałem mu się ubrać stojąc i czekając na niego. W końcu obrócił się i podszedł do mnie, poprawiając wilgotne kosmyki. Uniósł się lekko na palcach i zmarszczył nos.

– Prysznic, śmierdzisz…

– Miło. Idź się zapoznać z moja siostrzyczką – powiedziałem. Jego usta opuścił pomruk niezadowolenia, ale wyszedł. Zdążyłem się rozebrać, nim wrócił i wrzucił mi czyste ciuchy, zatrzymując się na moment, by przyjrzeć się mojemu ciału z grzesznym uśmieszkiem.

– Lubię ten twój uśmiech – powiedziałem.

– Weź się utop – mruknął ku mojemu rozbawieniu. – Rusz się, chcę iść na śniadanie.

– Poczekasz na mnie? Ah, jak miło z twojej strony – uśmiechnąłem się. Blondyn przewrócił oczami.

– Twoja siostra stwierdziła, że na ciebie poczekamy. – odparł i posłał mi słodki uśmiech, patrząc na mnie spod rzęs. – Od atrakcyjnego faceta wolę kawę i coś słodkiego.

– Dzięki! – rzuciłem w niego spodniami.

Kall zaśmiał się, odrzucając je na szafkę i puścił mi oczko nim zniknął, zamykając za sobą drzwi. Pokręciłem głową, wchodząc pod prysznic i w miarę możliwości zasłaniając się naderwaną zasłonką. Odkręciłem wodę, chwilę czekając nim po moim ciele spłynął kojący gorący strumień. Westchnąłem, opierając dłonie o ścianę i pochylając głowę, by móc przez moment tylko tak postać.

W końcu jednak sięgnąłem po zostawiony przez Kalliope szampon i umysłem włosy, a następnie całe ciało i poczekałem aż woda spłucze pianę, nim zakręciłem ją i przesunąłem dłonią po mokrych włosach, odgarniając je z twarzy. Sięgnąłem po ręcznik, ostrożnie stąpając po kafelkach, by nie powtórzyć wyczynu Kalla. Wytarłem się i przebrałem, dłuższą chwilę poświęcając wysuszeniu włosów.

*

Tatiana już wcześniej dzięki zdolnością Łowczyń Artemidy namierzyła osobę, która porwała Kassandre. Nie wiele o niej wiedziała, w sumie tyle co my. Droga na początku była całkiem prosta. Jedynie prowadziłem samochód przez najzwyklejsze drogi. Zacząłem jednak wyczuwać niebezpieczeństwo gdy tylko zaparkowałem przed terenem starych ruin, które nie były jak na razie dostępne turystycznie. Napięty trzymałem miecz i rozglądając się. Tati szła na samym przodzie ze swoim mieczem, a na plecach kuszą.

Rozglądałem się, mając nieprzyjemne uczucie, że ktoś nas śledzi. To nieprzyjemne mrowienie na karku pojawiło się od razu w momencie przekroczenia muru zrujnowanego miasta. Teby miasto, w którym narodził się Dionizos, a teraz było pustkowiem zapomnianym przez zwykłych ludzi.

– Czuje się obserwowany – mruknął rudowłosy idący w środku. – To co winka? Ostatni łyk przed śmiercią?

– Będziesz naszym Mesjaszem i zamienisz wodę w wino? – zapytał z rozbawieniem Kall, palcami gładząc lotkę strzały trzymanej przy łuku. Czyżby nawet on wyczuwał niebezpieczną aurę tego miejsca, że już miał broń w gotowości?

– Ja tu mam winko – pokazał piersiówkę. – Do mojego ojca o zmianę go w wodę, do Jezusa wodę w wino.

Pokręciłem głową, podziwiając ich beztroską rozmowę w takiej sytuacji. Zerknąłem przez ramię i chciałem się odezwać, gdy usłyszałem szelest i zdążyłem się obrócić, by zobaczyć ogromnego węża sunącego w naszą stronę. Jak ja się nie bałem żadnych zwierząt, to ten wąż był przerażający. Jak uniósł swój łeb na nas i zasyczał miał przynajmniej z trzy metry wysokości.

– Tati, Kall tył! – krzyknąłem, licząc, że tym razem blondyn nie poleci na potwora ze sztyletem.

– Cholerny wąż… co następne zmutowane wilczury? – mamrotał z irytacją Kall, puszczając pierwszą strzałę, który utkwiła w prawym oczodole zwierzęcia.

Wielka paszcza rozwarła się, eksponując nam ostre kły ociekające jadem, a ciałem węża wstrząsnęły torsje. Zwoje jego skóry wydawały się marszczyć i wibrować, gdy wydał z siebie przeciągły syk. Wzdrygnąłem się, cofając i wpatrując się w krople jadu wżerające się w ziemie z nieprzyjemnym skwierczeniem. Okropieństwo. Mogłem sobie niemal wyobrazić jak to samo dzieje się z człowiekiem jak substancja parzy ciało, pożerając skórę, a następnie mięśnie, by koniec końców dotrzeć do kości. A wszystko to przy wtórze krzyków ofiary, skwierczenia kwasu wżerającego się w ciało i zapachu przypalanej ludzkiej skóry.

Poczułem pociągnięcie z tyłu spodni chwilę przed tym jak bestia zamachnęła się na nas swoim ogonem. Gdybym stał w tamtym miejscu zostałbym rzucony przez gada na stare mury, a raczej to co z nich zostało. Pokręciłem głową, nie mogłem się tak rozpraszać. Odwróciłem się w stronę mojego wybawcy i spojrzałem prosto w chłodne, płonące złote oczy.

– I kto tu kogo chroni – szepnął z cieniem uśmiechu na wargach. – Uważaj na siebie, wojowniku.

– Obym ja ciebie nie musiał – powiedziałem, odskakując kolejny raz od atakującej bestii.

Wąż wydawał się rozważać kto zostanie jego kolacją i ten moment wystarczył, by druga strzała pozbawiła go wzroku. Ułatwiało nam to w pewnym stopniu pokonanie go. Polegając na słuchu i drganiach ziemi pod naszymi stopami wciąż był zabójczy, ale mieliśmy większe szanse w starciu z nim. Ból potrafił wpłynąć nawet na ogromną bestie, która wolniej reagowała i wydawała się niemal zaszczuta sycząc i kręcąc się nerwowo wokół własnej osi. Wspólnymi siłami udało nam się ją pokonać i oślizgłe cielsko upadło wznosząc wokół siebie chmurę pyłu. Opuściłem śliski od krwi miecz, wzdychając, by następnie kichnąć i pociągnąć nosem. Głupi kurz, pomyślałem trąc nos dłonią.

– Wszyscy żyją? – spytałem, rozglądając się.

– On nie – odparł Kall, podchodząc bliżej i wskazując ruchem głowy martwe stworzenie. Uniosłem lekko brew, patrząc na niego i starając się zachowywać, jakbym wcale nie chciał sprawdzić czy nie ma choćby zadrapania. – No co? Twoje pytanie było niekonkretne.

– Jego śmierć mnie cieszy – powiedziałem. Chłopak wzruszył ramionami i przyjrzał się ciału węża, nim wrócił spojrzeniem do mnie.

– Idziemy dalej? Tam pewnie będzie jeszcze więcej stworzeń do zabicia – mruknął i poprawił kołczan przerzucony przez ramie.

– A więc na co czekamy? – uśmiechnęła się Tati.

– Dzieci Aresa – wymamrotał Kall, przesuwając dłonią po włosach. Dopiero teraz dostrzegłem delikatne drżenie jego palców. Przyjrzałem mu się zaniepokojony, ale wydawał się być w jednym kawałku. Czyżby jego opanowanie było tylko grą?

– Nie przeszkadzało ci to, gdy zaciągnąłeś go do łóżka – wtrącił swoje dwa grosze Isaac.

– Skąd przypuszczenie, że to ja go zaciągnąłem do łóżka?

– Wyczuwam – parsknął.

Pokręciłem głową, nie wiedząc jak mam zareagować w sytuacji, gdy mowa jest o moim życiu intymnym. Szczególnie, że wszystkiemu przysłuchiwała się moja siostra. Spojrzałem na nią, przyłapując ją na wpatrywaniu się we mnie ze zmarszczonymi brwiami. Gdyby moja siostra nie była jedną z Łowczyń obawiałbym się o nią jeszcze bardziej. Nie chciałbym by ktokolwiek złamał jej serce. I chyba zabiłbym każdego kandydata, który dotknąłby moją małą siostrzyczkę. Uśmiechnąłem się lekko na tą myśl.

Szedłem obok blondyna skupiony abym nie musiał być ratowany przez Kalla. On za to z ciekawością rozglądał się po starych ruinach, zatrzymując się momentami przy zawalonych budynkach i kruszących się posągach. Gdyby nie to, że był niezwykle cichy pomyślałbym, że zapomniał o możliwie czającym się za każdym rogiem niebezpieczeństwie.

– Mam dziwne wrażenie, że zmierzamy do centrum tego miasta… – mruknął, omijając duży ubytek w ziemi.

– Też tak sądzę – odpowiedziałem, dostrzegając w oddali coś co przypominało plac z teatrem.

Zanim tam dotarliśmy musieliśmy poradzić sobie z dwoma chimerami, co wcale nie było takie łatwe. Pokonanie ich kosztowało nas wiele wysiłku. Przez chwilę nieuwagi jedna z nich dopadła mnie i zdążyła zranić, nim udało mi się wbić ostrze w jej ciało, które przygniotło mnie do ziemi, pozbawiając oddechu. Jęknąłem, starając się ją z siebie zrzucić i złapać oddech.

– Philiotheus! – oh, to wystarczyło by mnie otrzeźwić.

– Chyba obiecaliśmy sobie coś Tatiana! – warknąłem, zrzucając z siebie bestie. Dziewczyna zatrzymała się, mrugając z niezrozumieniem, a po chwili uśmiechnęła się przepraszająco.

– To pod wpływem emocji, wybacz. – klęknęła obok mnie, odgarniając mi włosy z czoła i przyglądając mi się z troską. – Trzeba to opatrzyć…

– Philiotheus? – miałem ochotę wpełznąć pod martwą bestię, gdy usłyszałem słodki głosik Kalla. Jęknąłem, unosząc wzrok i patrząc mu w oczy.

– Kalliope – odciąłem się. Chłopak pochylił się w moją stronę i pstryknął mnie w nos.

– Nie masz prawa się naśmiewać z mojego imienia, Philiotheusie – powiedział, a na jego wargach zaigrał łagodny uśmiech.

– Usuń -theus, a wrócisz w moje łaski – mruknąłem. Jasna brew uniosła się do góry, gdy chłopak posłał mi wątpiące spojrzenie.

– Myślę, że z nich nie wypadłem, kochanie – odparł z błyskiem w oku i wyprostował się. – Is opatrzysz go, a może to ten moment gdzie zostawiamy go na śmierć?

– Kusząca propozycja – rudzielec pojawił się po boku.

– Chcecie jego śmierci? – spytała szatynka niedowierzając.

– Zostało mi to obiecane – powiedział w swojej obronie Kalliope. – Ale niech stracę uratuję go.

– Łaskawca – jęknąłem, gdy blondyn pomógł mi wstać.

– To ból sprawia, że jesteś taki milusi? – zapytał i wziął od Isaac’a wacik nasączony środkiem odkażającym.

– Może – syknąłem. Blondyn zignorował mnie, ostrożnie odsuwając materiał mojej bluzki, by móc bez przeszkód odkazić ranę. Trochę się z tym męczył nim z irytacją spojrzał na mnie.

– Twoja koszulka mi przeszkadza.

Wymamrotałem pod nosem parę przekleństw. Wziąłem sztylet i szybkim ruchem rozciąłem już i tak zniszczoną koszulkę.

– Pasuje?

Chłopak nie odpowiedział tylko uniósł się na palcach i pocałował, całkowicie mnie tym zaskakując. Nie żebym narzekał, jego ciepłe wargi były przyjemniejsze od pieczenia środka odkażającego. Westchnąłem, obejmując go i rozluźniając się. Nie podejrzewałem, że mu właśnie o to chodziło i chwilę później przyjemność zostanie rozerwana na kawałki przez okropny ból towarzyszący środkowi wylanemu na ranę. Ugryzłem go w wargę. Kto wymyślił te środki? Przecież to boli bardziej niż rana.

– To bolało – mruknął, odsuwając się ode mnie i przesuwając ostrożnie językiem po wardze.

– To też – powiedziałem, patrząc na ranę, z której nadal ciekła krew.

– Trzeba było nie dać się zranić. – wtrącił się Isaac i podał Kalliope opatrunek, który pomógł mu założyć i obandażować mnie. Stojąc blisko naszej dwójki uśmiechnął się delikatnie. – Niezły pokaz. Tatiana doznała szoku na ten widok. – szepnął z rozbawieniem.

– Nie komentuje – uniosła pokojowo dłonie. – Mój braciszek ma do wszystkiego prawo.

– Tati – westchnąłem. Wiedziałem, że będziemy musieli porozmawiać na ten temat, nim kolejny raz zniknie w służbie Artemidzie. To będzie raczej pierwszy raz, gdy będę rozmawiał o swoich uczuciach z moją siostrą i nie za bardzo wiedziałem jak się jej wytłumaczyć. – Tati – mruknąłem kolejny raz, podchodząc do dziewczyny.

– Ja naprawdę nie mam nic przeciwko. Cieszy mnie niesamowicie twoje szczęście – klepnęła mnie w policzek.

Uśmiechnąłem się delikatnie i skinąłem głową, biorąc koszulkę i zakładając ją powoli. Koniec przerwy musieliśmy iść dalej i wreszcie skończyć tą misję. Miałem szczerą nadzieje, że pokonaliśmy już każdego potwora jakiego miał w zanadrzu nasz przeciwnik. Przez ranę byłem już osłabiony i wolniejszy. Jeśli trafimy na kolejnego potwora już tak szybko nie uniknę ataków. Musiałem zachować siły na ostateczną walkę, by móc ochronić osoby, na których mi zależało. Nie podobało mi się to, że nie mogłem dać z siebie więcej, irytowało mnie.

Zacisnąłem dłonie w pięści ze złością. Chciałbym mieć siłę, żeby oni nie musieli się w to mieszać. Tak byłoby najlepiej. Kopnąłem leżący na ścieżce kamień, który poszybował parę metrów do przodu nagle znikając. Zatrzymałem się, na co reszta także przystanęła.

– Umierasz?

– Cii… – schyliłem się ze skrzywieniem po kolejny kamień i rzuciłem do przodu. Kolejny raz kawałek skały zniknął w locie. – Bariera – powiedziałem.

– I co w związku z tym? – zapytał po chwili ciszy Kall.

– Nie wiem co może być za nią – odparłem, ruszając pierwszy.

Chłopak jednak szybko mnie dogonił, nie licząc się w ogóle z niebezpieczeństwem. Miałem ochotę nim potrząsnąć i zapytać czemu tak ryzykuje, nie było jednak na to czasu. Najlepsze co mogłem zrobić to obronić go, jeśli coś nas zaatakuje. Jednak nic takiego się nie stało. Nie byliśmy jednak już sami. Znajdowaliśmy się na szczycie zejścia do teatru, kamienne zejście prowadziło prosto na nienaruszoną przez czas scenę, a na niej stał drewniany tron, na którym siedziała kobieta o wyniszczonej skórze, przekrwionych rozbieganych oczach i burzą rudych loków. Kiedyś może i była piękna, ale teraz wydawała się zniszczona. Dłonie leżące na kolanach miała skute srebrnymi kajdanami, ale nie wydawało się jej to przeszkadzać, była raczej nieobecna myślami zapatrzona w przestrzeń niewidzącym spojrzeniem.

– A więc przybyłeś synu Apollina… – nie spodziewałem się usłyszeć delikatnego, kobiecego głosu. Coś w jej tonie jednak wywoływało we mnie niepokój. – Chodź… stań naprzeciw mnie jak równy z równym… jako wysłannik swego ojca… zbliż się!

Złapałem dłoń chłopaka, nie chcąc by tam się ruszył. Czułem, że coś jest nie tak. Rozejrzałem się, nie zauważyłem jednak nic niepokojącego. Nie zmniejszyło to mojej czujności. Kall szarpnął dłonią i spróbował zejść niżej, gdy mu się to udało. Warknąłem przekleństwo ruszając za nim, uparta istota, pomyślałem z irytacją.

– Serce nie jest dobrym przewodnikiem, synu Aresa… To ono cię zgubi…

– „Myśl nad rozumem, a serce zdrajcą…” – szepnął Kall, zatrzymując się i wyglądając na przerażonego.

– Co? – spojrzałem na blondyna, a następnie na kobietę. Jej uśmiech mnie przerażał, nie miał w sobie ani grama ciepła czy współczucia, wyglądało to jak zwykłe wykrzywienie warg. Tak szybko jak się pojawił tak następnie zniknął.

– Fragment przepowiedni, którą dostałem w Delfach – odparł Kalliope i zerknął na mnie tylko na moment, nim odwrócił wzrok.

– To nie znaczy, że to o mnie – powiedziałem. On mnie jednak nie słuchał. Chciałem położyć mu dłoń na ramieniu i zapewnić, że nic mi nie jest, ale on już był w ruchu i schodził w dół, przeskakując po kamiennych schodkach i nie dbając o własne bezpieczeństwo.

– Czemu mi to mówisz? – zapytał, patrząc w stronę sceny i przyglądającej się wszystkiemu ze stoickim spokojem Wyroczni.

– Nie poświęcisz się, do cholery, Kall! – warknąłem na niego, przypominając sobie słowa przepowiedni. Blondyn zatrzymał się i obrócił w moją stronę ze zmarszczonymi brwiami i pełnymi zaskoczenia oczami.

– Nie zamierzam.

Dogoniłem go przyglądając się nieufnie Kassandrze.

– Nie jesteś tu sama.

– Zależało mu na tym spotkaniu – odpowiedziała, potwierdzając moje obawy. Ktoś tu jeszcze był i czekał w ukryciu aż będzie mógł wykonać swój ruch.

– Dlaczego? – spytałem, łapiąc za rękojeść miecza.

– Wasi ojcowie się do tego przyczynili, drogi synu Aresa – powiedziała. Mówiła spokojnym głosem, jakby rozmawiała o pogodzie, a nie o tym, że ktoś chciał nas zabić. A więc to jest Wyrocznia? Chyba cieszę się, że żadnej wcześniej nie spotkałem.

– Nie jestem moim ojcem. – odparł Kall, wchodząc na scenę, zanim zdążyłbym go w ogóle zatrzymać. Cholerny dzieciak…

– Masz jego twarzyczkę – nagle zmroziło mnie na widok czarnowłosego mężczyzny ze szpetną blizną na twarzy. Blizna była smolista i odcinała się nienaturalnie od bladej skóry.

– Więc można mnie za to nienawidzić? – zapytał i spojrzał na szatyna z powagą na twarzy.

– Można – powiedział. – W dodatku zaboli ich strata ukochanych dzieci. Przyprowadziłeś swoją siostrę. Jak miło – spojrzał na mnie, na co wyciągnąłem miecz.

– Nie tkniesz ich. – warknąłem, zaciskając palce na rękojeści. Mężczyzna odchylił głowę, wybuchając niepohamowanym, głębokim śmiechem.

– Zobaczymy.

Miałem ochotę go uderzyć albo od razu zabić, jednak coś w jego postawie było punktem, dzięki któremu jeszcze się nie ruszyłem. Wyczuwałem w nim coś znajomego… Nie potrafiłem jednak powiedzieć co to było. Zmarszczyłem brwi, zaciskając zęby z frustracji i złości. No dalej, rusz się Philio on jest zagrożeniem! Może skrzywdzić bliskie ci osoby, idioto. Ten cichy głosik brzmiał niemal tak samo jak zirytowanych Kall. Potrząsnąłem głową i skoncentrowałem się ponownie na czarnowłosym mężczyźnie, który przyglądał mi się uważnie z diabolicznym uśmieszkiem. Wyraz jego twarz zmroził mi krew w żyłach.

– Zacznijmy zabawę, chłopcy. – klasnął radośnie w dłonie. – Miałem inny plan, ale widząc waszą więź… – jego spojrzenie przesunęło się po stojącemu bliżej blondynie, a następnie posłał mi niemal zatroskane spojrzenie. – Jaki będzie twój wybór, Philiotheusie. Twój ukochany czy życie twoje, twojej siostry i przyjaciela?

Wpatrywałem się w niego z niezrozumieniem, ale on wydawał się znudzić moją osobą i pełnymi żądzy krwi oczami patrzył na Kalliope. Dopiero teraz zauważyłem, że chłopak zbladł i wyglądał, jakby z trudem łapał oddech. Jego ciało drżało, a on zaciskał pięści poruszając niemal bezdźwięcznie wargami. Nagle krzyknął i upadł na kolana, kuląc się w sobie.

– Moje imię Akri, jestem ostrzem wojny. Nie oprzesz się mojej mocy synu Apollina. Zapłacisz własną krwią za to co zrobił twój ojciec. – oznajmił donośnym głosem i zbliżył się do Kalla. Stałem jak sparaliżowany, wpatrując się w nich i wbrew sobie stojąc w miejscu.

– Zamknij się – szepnął zbolałym głosem blondyn, unosząc płonące złotem spojrzenie i obracając głowę w moją stronę, wykrzywił złośliwie wargi. – Czekasz na zaproszenie, dupku?

Zamrugałem, jakby wyrwany z transu i rzuciłem w stronę boga. Wiedziałem, że jestem za słaby by go sam zabić jednak może uda mi się przerwać to co robił Kalliope. Pokonałem dzielący nas dystans i zamachnąłem się mieczem, ale mężczyzna zwinnie uniknął ostrza. W jego oczach błysnęła irytacja, a w dłoni zmaterializował się połyskujący czernią, wyglądający na ciężki obusieczny miecz ze szkarłatną wstążką obwiązaną wokół klingi.

– Jesteście takim samym utrapieniem jak wasi ojcowie… zarozumiali… aroganccy… i zbyt pewni siebie. Sami dla siebie jesteście zgubą!

– Cholerny Snape… – wymamrotał nieprzytomnie Kall.

Miałem ochotę przewrócić oczami, tylko on mógł w takiej chwili odnaleźć nawiązanie do książki czy filmu. Uderzyłem kolejny raz jednak tym razem moje ostrze spotkało się z mieczem boga. Zakuł mnie w oczy dźwięk zderzającej się stali. Musiałem skupić się na walce. Moje myśli jednak żyły własnym życiem i ciągle wracały do blondwłosej istoty kulącej się parę metrów dalej. Cholera. Ares zawsze uważał, że uczucia osłabiają wojownika… Syknąłem, czując jak ostrze boga przejechało po moim policzku. Poprawiłem uchwyt dłoni na mieczu i odskoczyłem.

– Łał, jeszcze trzymasz się na nogach. Słodki dzieciaczek…

Spojrzałem na niego, czując buzującą w moich żyłach adrenalinę i burzącą mój spokój wściekłość. Co za bezczelny typ! Miałem wielką motywację, by dopaść go i zetrzeć ten pełen zadowolenia uśmieszek z jego twarzy. Musiałem jednak myśleć realistycznie, byłem już ranny i zmęczony, nie miałem sił na dłuższą walkę z bogiem, który miał umiejętności równe mojemu ojcu. Nie miałem zamiaru się poddać, o nie, za dużo od tego zależało…

– Oh, tego się nie spodziewałem – mężczyzna zatrzymał się i rzucił się w stronę Kalliope, wytrącając mu ostrze z ręki i łapiąc jego podbródek w stalowy uścisk. – Nie psuj zabawy – cmoknął. – Przestań się opierać… zabij go, przecież wiem, że tego chcesz…

– Nie! Nic nie wiesz… – warknął, poruszając się niespokojnie. Tatiana zbliżyła się do mnie z wycelowaną kuszą w stronę boga.

– Nic ci nie jest? – spytała cicho, na co podkręciłem głową. Nie przyznam się, że byłem już prawie pozbawiony sił. Odetchnąłem, próbując w szaleńczym tempie obmyślić jakiś plan. Jak mieliśmy wygrać z kimś tak potężnym?

– Właśnie tak… – wymruczał z zadowoleniem szatyn, gdy Kall wydał z siebie pełen bólu jęk. Ten dźwięk ranił moje uszy i łamał serce. Obiecywałem mu, że będę go chronił. – Złamię cię kawałek po kawałku aż nie zostanie już nic z twojej osobowości… będziesz moją śliczną marionetką…

– Nie – warknąłem i nie myśląc rzuciłem się na dawanego boga wojny.

Upadliśmy na ziemię z głuchym uderzeniem. Syknąłem na ból w ramieniu, ale nie zamierzałem się na tym poprzestawać. Uniosłem się nad mężczyzną i zamachnąłem się, uderzając go w twarz z całych sił. Napędzała mnie czysta agresja i niepokój przed stratą Kalliope.

– Strzelaj do cholery! – krzyknąłem do siostry, która zamarła.

Nie zdążyłem uderzyć kolejny raz Akriego, gdy ten z błyskiem w oku wbił mi w brzuch ostrze. Otworzyłem usta, ale nie wydobył się spomiędzy nich żaden głośniejszy dźwięk. Tylko ciche, oszołomione westchnienie. Następne co poczułem to jak mężczyzna mnie od siebie odpycha. Złapałem go jednak za ramię próbując go powstrzymać. Ręka drgała mi ze zmęczenia i bólu.

– Uparty jak ojciec – skrzywił się.

– Ty… ty… Ty draniu! – nikt się nie spodziewał nagłego zrywu Kalla. Jęknąłem, gdy jego pięść uderzyła Akriego w plecy, nim szarpnął go do tyłu.

– Kall… – usiadłem, łapiąc się za zranione miejsce.

Moja koszulka kolejny raz już dziś nasiąkała krwią. Poczułem dłoń na ramieniu, a gdy obróciłem się ujrzałem Isaaca i pobladłą Tatianę. Chciałem ich zapewnić, że nic mi nie jest, ale tylko zachwiałem się na nagłe zawroty głowy.

– Pomóżcie mu – spojrzałem na nich.

– Jeśli nie powstrzymamy krwawienia umrzesz! – zaprotestowała dziewczyna, przykładając dłoń do moich rąk przyciśniętych do rany. Pokręciłem głową i udręczonym spojrzenie patrzyłem jak szatyn uderza blondyna.

– Proszę Tati. Pomóż mu – odsunąłem dłonie dziewczyny.

– Nie zostawię cię w tym stanie – warknęła i zdjęła z ramion mały plecaczek, w którym zaczęła grzebać.

– Kto by pomyślał, że jednak tu zginiemy… – mruknął Is, wstając i zaciskając dłonie na dwóch delikatnie zakrzywionych sztyletach.

– Nie zginiemy – powiedziałem może trochę zbyt pewnie. Przecież wykrwawiałem się. Czułem już naprawdę mocne osłabienie.

– Mów swoje, a ja wiem swoje, przyjacielu – odparł, nim włączył się do walki, ratując Kalliope od utraty głowy.

Rudzielec wbrew pozorom miał świetną technikę i dobrze sobie radził z blokowaniem ciosów. Ich walka nie była może wyrównana, ale Isaac miał szanse w tym starciu. Nigdy nie lekceważ dzieci Dionizosa, pomyślałem z cieniem uśmiechu na wargach. Powoli zaczynało mi się robić ciemno przed oczami.

– Philiotheus! – skrzywiłem się na krzyk siostry.

– Jeszcze nie umarłem.

– Wytrzymać jeszcze trochę… Muszę to tylko… Daj mi chwilę – mamrotała, próbując zatamować krwawienie. Skrzywiłem się.

– Uwolnij Kassandrę i pomóż im w walce… Zrób to, do cholery…

– N-nie. Nie zostawię cię samego.

Jęknąłem, gdy polała czymś moja ranę.

– Tatiana – warknąłem. Szare oczy dziewczyny spojrzały na mnie.

– A spróbuj umrzeć – wymamrotała, dociskając do mojego brzucha jakiś opatrunek. – Trzymaj to mocno.


Rozdział 5.


Kalliope

Upadłem na kolana czując słabość w mięśniach i duszącą potrzebę poddania się cichutkiemu głosikowi. Nie miałem już na to siły, chciałbym móc się położyć i zapomnieć o tym wszystkim, odpocząć. Jednak nie mogłem, przecież Philio… Zacisnąłem dłonie w pięści, łapiąc świszczący oddech.

– Poddaj się Kalliope… – jęknąłem na głośniejszy głos boga w mojej głowie. – Poddaj się temu… Zabij… Wiem, ze chcesz go zabić…

Niech ktoś to powstrzyma, jęknąłem, kuląc się w sobie i czując przeszywający ból, który wzrastał z każdą kolejną odmową.

– N-nie słuchaj go – poczułem lekki ból na policzku. Ktoś mnie spoliczkował? – Spójrz na mnie… Proszę… Pokaż mi te swoje złote oczka.

– Boli – jęknąłem, unosząc głowę, by na niego spojrzeć.

Dotknąłem jego ubrudzoną krwią twarz. Jego twarz choć blada i ubrudzoną była taka piękna. Zamrugałem, gdy poczułem nagłą chęć zaciśnięcia dłoni na jego szyi. Potrzeba zrobienia tego była uderzająca, wzdrygnąłem się, cofając dłoń i patrząc na niego z przerażeniem. Pokręciłem głową, odsuwając się od niego. Chłopak zachwiał się upadając.

– Wiesz, powinieneś się cieszyć razem z Isaaciem… Pozbędziecie się mnie.

– Nie jesteś zabawny – powiedziałem słabym głosem, ale zbliżyłem się i przycisnąłem materiał do jego rany, starając się powstrzymać krwawienie. – Martwy nie będziesz mógł mnie chronić, a obiecałeś…

– Wiem… – westchnął. – Przepraszam, słońce.

– Zamknij się i nie waż się poddać. – rozkazałem, nieznoszącym sprzeciwu głosem. Spojrzałem w stronę walczących, zastanawiając się jakbym mógł im pomóc. Czułem się jednak bezużyteczny i bezradny, nie miałem pojęcia jak zachować się w walce ani jak opatrzyć śmiertelną ranę. Poczułem jak po policzku spływa mi łza.

– Błędy ojców na synów, a ostrze trafi i w bezdechu jednego serca pozbawi… Może bardziej chodziło o życie? – spytał cicho. Prychnąłem, pociągając nosem i przesunąłem dłonią po policzku.

– Nie bądź taki mądry.

– Nadrabiam swoją głupotę – uśmiechnął się delikatnie, przymykając swoje srebrne oczy.

– Ani się waż umierać – szepnąłem, odgarniając mu włosy z czoła i składając na nim pocałunek. Cicho prosiłem Apollo i Aresa o pomoc, przecież nie mogli być aż tak ślepi na nasz los. Muszą nam pomóc. Z tą myślą sięgnąłem po łuk leżący bezużytecznie parę metrów dalej.

– Zabij go – mruknął szatyn słabo.

Obawiałem się strzelić z powodu ciągłego ruchu mężczyzny, a przy nim Tatiany i Isaaca. Nie wyobrażałem sobie również zabicia kogoś. Zacisnąłem dłoń na chłodnym drewnie i założyłem strzałę, nim naciągnąłem cięciwę. Muszę ją tylko puścić w odpowiednim momencie. I puściłem ją w końcu. Strzała jak w zwolnionym tempie leciała w odwróconego boga. Trafiłem. Wypuściłem długo wstrzymywany oddech, poruszając zdrętwiałymi palcami. Czerwone ślepia boga spojrzały na mnie wściekłe jednak zobaczyłem w nich ból. Czyżby nie był nieśmiertelny jak reszta bogów? Może to przez to, że został zapomniany…

Mężczyzna zachwiał się, a chwila nieuwagi kosztowała go kolejnymi śmiertelnymi ranami ze strony Isaaca i Tatiany. Pod ich wpływem upadł na kolana, a następnie przewrócił się na ziemie. Pod nim zaczęła zbierać się kałuża szkarłatnej krwi. Wzdrygnąłem się na ten widok i odwróciłem wzrok. Tatiana choć wyglądała jak niewinna piętnastolatka, nie dała uciec dawnemu bogowi wojny. Oblizałem wargi i spojrzałem na nieruchomego bruneta.

– Philio? – zaniepokoiłem się brakiem reakcji. – Philiotheus?

Rzuciłem się na kolana i przyłożyłem ucho do jego piersi. Nie unosiła się, a serca nie słyszałem…

– Nie… Nie możesz…

Poczułem pieczenie w oczach. Przygryzłem wargę, nim zacząłem uciskać jego klatkę piersiową w nadziei, że może to pomoże. Przecież on nie może umrzeć, obiecał mi…

– P-philio! – krzyknąłem na niego zrozpaczony. Wciąż jednak nie uzyskałem żadnej reakcji. Miałem wrażenie, że pęka mi serce, gdy patrzyłem na jego twarz. Łzy zamazały mi widok, gdy uderzyłem go pięścią w pierś.

– Czy on…? – obok mnie opadł rudowłosy chłopak. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu, by to powiedzieć. Nie mogłem w to uwierzyć. Pociągnąłem nosem, pochylając się i opierając czoło o jego pierś. Nie chciałem, by moje łzy były widoczne.

– To niesprawiedliwe – szepnąłem z bólem.

Tatiana nie pojawiła się od razu. Widać, że ta strata była dla niej jeszcze bardziej bolesna niż moja. Ugięły się pod nią nogi, a po policzkach zaczęły spływać strumienie łez. Gładziła delikatnie twarz Philia nucąc coś drżącym głosem. Odsunąłem się na bok, nie chcąc zabierać jej tej chwili… w końcu to jej brat. Wpatrywałem się w tą scenę tępym wzrokiem, czując ogarniający mnie chłód i powstającą wewnątrz mnie pustkę.

– Nie ma co płakać, dzieci bogów – obok nas stanęła kobieta. – Ostrze nie przebiło serca.

– On nie żyje! – warknęła dziewczyna.

– Mylisz się, córko Aresa.

– Zamknij się – mruknąłem, nie chcąc tego słuchać. Nie obchodziło mnie, że nie powinienem tak do niej mówić. Od początku nam nie pomagała, wręcz była po stronie swojego oprawcy, a teraz miałem uwierzyć, że mówiła prawdę? Schowałem twarz w dłoniach, nie rozumiejąc po co to wszystko. Na co była ta cholerna misja.

– Wasi ojcowie posłuchali waszych błagań – odparła po chwili.

– Wciąż ich tu nie ma! – krzyknąłem, wybuchając i kopnąłem łuk ze złością. – Pozwolili na to wszystko, to przez nich on nie żyje! Jest martwy… leży tu bez życia, jego serce nie bije…

– To nie ja go zabiłem – usłyszałem nagle ciepły głos mężczyzny. Odwróciłem się gwałtownie w stronę nieznajomego.

– Ale też nic nie zrobiłeś, by to powstrzymać – syknąłem agresywnie.

– Był na to gotowy – odparł. Spojrzałem na niego z furią. Jak śmiał coś takiego powiedzieć?

– Gówno prawda – fuknąłem.

– Trochę szacunku – prychnął. – Wyrocznia mówiła prawdę, choć ty jej nie słuchasz. On jeszcze nie umarł.

– Jego serce nie bije. – odparłem ostrym tonem, patrząc na niego z wrogością. – A Wyrocznia może… mhymf… – zerknąłem ze złością na Isaac’a, który zatkał mi usta dłonią.

– To Ares. – szepnął mi do ucha. Ta informacja nic nie zmieniała. Uniosłem brew, patrząc na niego obrażony.

– Tatiana przesuń się – mężczyzna zignorował mnie i pochylił się nad leżącym bez ruchu Philiem. Przyłożył swoją dłoń do jego piersi i przymknął swoje ciemne oczy. – Apollo mógłbyś ruszyć swój tyłek i pobawić się w uzdrawianie – powiedział po chwili, a ja drgnąłem rozglądając się, chcąc zobaczyć swojego ojca.

– To nie zabawa, ignorancie. – usłyszeliśmy i wszyscy spojrzeliśmy na pięknego mężczyznę o blond włosach i promiennym uśmiechu, który zjawił się znikąd i podszedł do mnie z gracją leśnej nimfy. Poczułem ciepłą dłoń na policzku. – Wiem, że wyglądasz pięknie nawet płacząc, ale otrzyj łzy, Kalliope. Twój wojownik, z bólem serca muszę to przyznać… żyje.

– Jak? Przecież jego serce…? – przetarłem oczy patrząc jak mój ojciec wręcz odpycha Aresa i klęka na ziemi.

– Jego serce nie bije, dusza jednak mocno trzyma się ciała. – odparł tonem wyjaśnienia.

– Ma szczęście, jak nie to bym go znalazła i jeszcze raz dobiła.

– Chodź, pomożesz mi – oznajmił Apollo ignorując resztę. Pokręciłem głową.

– Nie potrafię…

– A więc to szansa na nauczenie się tego ode mnie.

Niezbyt pewnie zbliżyłem się i uklęknąłem naprzeciw ojca. Jego obecność była lekko onieśmielająca, choć z drugiej strony czułem niezwykły spokój i miałem wrażenie jakbym stał w letnim słońcu, delikatnie muskającym moją skórę.

– Dłoń na jego sercu, a druga na ranie… tak, dobrze…

Apollo położył swoje dłonie na moich. Jego skupione oczy przyjrzały się twarzy Philia, a następnie skierował swój wzrok na mnie. Jego oczy miały barwę mieniącego się błękitu, przechodzącego od delikatnej szarości do ciemniejszego granatu. Byłem oczarowany ich barwą, szczególnie w tej chwili, gdy były kolorem letniego nieba.

– Skup się na tym co chcesz zrobić, spróbuj wyczuć jego rany, a następnie je ulecz.

– Tak po prostu? – zapytałem, wątpiąc, by coś z tego wyszło.

– Tak po prostu. Wszystko polega na tym jak się skupisz, czy sobie wyobrazisz, że rana się goi, że jego dusza z powrotem wraca.

– Mówiłeś, że jego dusza wciąż tu jest – wytknąłem, na co mężczyzna westchnął.

– Wraca do ciała – odparł. Zmarszczyłem brwi nie rozumiejąc.

– To ona tu jest czy jej nie ma?

– Kalliope, czy naprawdę to jest najważniejsze w tym momencie? – zapytał blondyn z błyskiem rozbawienia w oczach.

– Nie ważne – powiedziałem, przymykając oczy, by wyobrazić sobie leczenie się rany Philia. Skupiłem się nawet na każdym najmniejszym zranieniu czy siniaku, żeby mieć pewność, że będzie cały i zdrowy. Miałem wrażenie, że ciepło płynące od ojca, przepływa na moje dłonie i rozgrzewają. Chciałem przekazać to ciepło Philio, może to pomoże jego ciału się zregenerować.

– Dobrze ci idzie – pochwalił mnie Apollo. Wydałem z siebie cichy pomruk, przygryzając wargę i wiercąc się przez ogarniające moje ciało gorąco. Bogowie, zaraz zemdleje. – Przekaż mu więcej energii – powiedział cicho.

Jak, pomyślałem i starałem się oddać to ciepło chłopakowi. No już dupku, wracaj, myślałem gorączkowo, zaciskając palce na jego koszuli, obiecałeś.

– Rozluźnij się, Kalliope. Nie chcesz mu zrobić krzywdy – powiedział Apollo.

Zacisnąłem wargi, a po chwili wypuściłem powietrze z płuc i starałem się wyobrazić sobie jak moja energia oblewa Philio niczym delikatne ciepło promieni słonecznych. Gdy nagle pod palcami poczułem ruch otworzyłem oczy, bacznie obserwując chłopaka. Zrobiło mi się słabo, gdy wyczułem jak łapie oddech, a jego serce zaczyna bić pod moimi palcami. Czekałem tylko aż… otworzy oczy. Ciemne rzęsy drgnęły, nim zobaczyłem skonfundowane srebrzyste spojrzenie. Pociągnąłem nosem, rozklejając się.

– K-kall… – usłyszałem jego cichy głos, na co uśmiechnąłem się.

– Dupek – mruknąłem i odgarnąłem mu z czoła włosy.

– Mógłbyś być bardziej miły, umarłem…

– Czy ja wiem… żyjesz. – odparłem po chwili ciszy. Brunet spojrzał na mnie z rozbawieniem w oczach, na co uderzyłem go w tył głowy. – Lekkomyślny dureń, następnym razem sam cię zabije za…

Philio uniósł się na łokciach, łapiąc mnie za kark i przyciągając do siebie. Westchnąłem cicho, uchylając lekko wargi i milknąc w jednej chwili. Dopiero teraz rozluźniłem się i poczułem obezwładniającą ulgę. On żyje, to naprawdę on… Odpowiedziałem na pocałunek, czując spływające mi po policzkach łzy.

– Hej, nie płacz, słońce – poczułem jego dłonie na mojej twarzy.

– Philiotheusie ty durniu! – szatynka wręcz rzuciła się na chłopaka. Odsunąłem się szybko, ocierając policzki i wstając.

– Czemu on? Dziecko Aresa? – usłyszałem przy uchu, na co niemal dostałem zawału. Odwróciłem się do marudzącego Apollo, czując delikatny rumieniec na twarzy. Nie umiałem odpowiedzieć na jego pytanie, to było skomplikowane. – Liczę, że wiesz co robisz – położył mi dłoń na czubku głowy i poruszał nią rozkopując mi włosy. Wzruszyłem ramionami.

– On wróci do swojego życia w obozie, a ja do domu.

– Hmm… Coś sądzę, że niezbyt chętnie cię zostawi. W dodatku już nie musi tam przebywać. Jest pełnoletni.

– Nie wiem – mruknąłem nieprzekonany.

– Czas pokaże – powiedział. – Muszę już iść. Do zobaczenia synu.

– Pa… Dziękuję za uratowanie go – szepnąłem, przytulając boga, który oniemiał na moment.

– To ty go uratowałeś. Ja jedynie naprowadziłem twoją moc – mruknął. – Pozdrów matkę.

Jego postać zatarła się i zniknął w efektownym rozbłysku światła. Miałem ochotę przewrócić oczami na to efektowne odejście. Uśmiechnąłem się lekko i spojrzałem w stronę nieba, wzdychając i czując jak cały dzisiejszy wysiłek, wpływ złego boga i to wszystko wraca do mnie ze zdwojoną siłą i niemal ścina mnie z nóg. Zmęczenie sprawiało, że delikatnie się zachwiałem.

– Jak się czujesz? – obok mnie stanął widocznie zmęczony Isaac.

– Wykończony – odpowiedziałem ze słabym uśmiechem. Zmierzyłem go spojrzeniem i zauważyłem dość poważną ranę na jego ramieniu. – Mogę pomóc – wskazałem na nią.

– Będziesz naszym prywatnym uzdrowicielem?

– Tylko ten jeden raz, jak wrócimy będziecie utrapieniem Willa. – położyłem dłoń na ranie, skupiając się na tamtym uczuciu ciepła, którego doświadczyłem wcześniej.

– Nie zostaniesz w obozie, prawda? – spytał smutno rudzielec. Pokręciłem głową.

– To nie moje miejsce – odparłem cicho i przesunąłem palcami po świeżo uleczonej skórze.

– Dyskutowałbym. Coraz lepiej walczysz. Przydałbyś się tam także jako uzdrowiciel.

– Chce wrócić do domu, Is – powiedziałem z westchnieniem.

– Rozumiem – kiwnął głową. – Odwiedzimy cię.

Uśmiechnąłem do niego i przytuliłem go, potrzebując tej chwili bliskości z kimś.

– Będę czekał – mruknąłem z zamkniętymi oczami.

– W dodatku Philiuś jak się dowie, że nasz opuszczasz chyba wymyśli coś głupiego, więc spodziewaj się naprawdę szybkiej wizyty.

Uśmiechnąłem się szerzej z twarzą ukrytą w zgięciu jego szyi.


Epilog


Kalliope

Poprawiłem marynarkę, przeglądając się w jednym z luster w łazience. Czułem się niezwykle podekscytowany, a zarazem mocno zestresowany. Zaraz miało odbyć się otwarcie mojej własnej wystawy. Nie potrafię ciągle w to uwierzyć. To był najlepszy prezent na jaki mogłem liczyć. Szykowałem się do tego dnia przez ponad miesiąc. Stworzyłem niezliczoną ilość projektów, by koniec końców wybrać tylko nieliczne, najlepsze z najlepszych. A teraz i tak czułem niepokój i ścisk w brzuchu na możliwość negatywnych opini.

Nie odbyło się bez lekkiej krytyki Philia. Przecież kim by on był, gdyby nie skomentował jakiegoś mojego obrazu. ‘Dlaczego tutaj są fioletowe kwiatki…? Pasowały by srebrne jak moje oczy!”, “Czemu nie chcesz mnie namalować? Kall ja chcę podziwiać swoje piękno w galerii!”. A przez ostatnie dni, gdy stresowałem się nadchodzącym wydarzeniem zrobił się jeszcze bardziej wkurzający i marudny, “Czemu wybrałeś ten obraz? Przecież jest gorszy niż mój portret!”. Wielki znawca sztuki się znalazł.

Nie wiedział jeszcze o tym, że wybrałem jeden szczególny obraz, który naszkicowałem chwile po naszym powrocie. Mógłby zacząć protestować, że to zbyt intymne, by pokazywać to innym, ale w końcu na szkicu nie było naszych twarzy tylko ciała. Zarumieniłem się na tą myśl, czując suchość w ustach.

W sumie Philio od czasu naszego powrotu do obozu był humorzasty jak dziecko i niezwykle irytujący. Isaac tłumaczył to tym, że Ares kazał mu zostać do końca roku w obozie. Więc mogliśmy się spotykać tylko tam, co ograniczało nasze spotkania, choć starałem się spędzać tam dużo czasu, czasami zostając na noc i szkicując z leniwym herosem leżącym na moim łóżku.

Czułem się lekko zawiedziony, że po tym wszystkim nie będzie go tutaj. Westchnąłem, opuszczając łazienkę i przywołując na twarz delikatny uśmiech. Pierwsi goście już przyszli i spokojnie przechadzali się po galerii, przyglądając obrazom. W sali, w której znajdowały się moje obrazy stała właścicielka galerii. Posłała mi uśmiech i wróciła do przyglądania się jednemu z obrazów. Znajdowały się na nim drzewa oraz polana, na której znaleźliśmy się w czasie wyprawy do Grecji. Jedynie dodałem od siebie gwiazdy, których tam niezwykle mi brakowało. Gdzieś na drugim planie, pośród drzew iskrzyło się ognisko.

Rozejrzałem się za mamą, która miała wpaść chociaż na moment, ale wciąż jej nie było. Przygryzłem wargę i zacząłem przechadzać się z ludźmi pomiędzy wydzielonymi ścianami z pracami podzielonymi wedle trzech odrębnych tematów. Wszystko poprzeplatane ze sobą w przemyślany sposób.

– Kall! – obok mnie pojawił się radosny rudzielec w koszuli w słoneczniki.

– Isaac – uśmiechnąłem się radośnie. Chłopak rozjaśniał pomieszczenie swoim szerokim uśmiechem, no i kolorem koszuli.

– Mam dla ciebie niespodziankę – wyszczerzył się, nie umiejąc ustać w miejscu na nogach.

– Jaką? – spytałem, rozglądając się.

– Musisz zamknąć oczy – powiedział. Pokręciłem głową rozbawiony, jednak zamknąłem na chwilę oczy. Gdy rudowłosy dotknął mnie w ramię otworzyłem je. W rękach trzymał dużego słonecznika. – Jesteś takim słoneczkiem naszym więc… Miało być to zabawne… Słoneczko, słonecznik…

Parsknąłem, biorąc kwiat i obracając go w dłoniach. To był naprawdę uroczy gest.

– Dziękuje, Is.

– Nie ma sprawy. Zaraz otwarcie? – spytał, rozglądając się.

– Ogólnie wystawa jest już otwarta, ale tak. Oficjalne powitanie będzie za moment. – potaknąłem.

– Myślisz, że dużo przyjdzie osób? Może przyjdzie jakaś ładna dziewczyna…

Uniosłem rozbawiony brew.

– Więc w tym celu odwiedziłeś galerię? – zapytałem.

– No nie tylko… – podrapał się po szyi. – Ale wiesz, warto poznawać nowych ludzi.

– Oczywiście. – potaknąłem uprzejmie, skręcając i zatrzymując się przed szkicem wykonanym węglem. Przedstawiał on dwie sylwetki splecione ze sobą w miłosnym uścisku. Jedno wyraźnie męskie, a drugie drobniejsze i uleglejsze przy nim.

– Oh… Tego nie widziałem! – zaczął się wpatrywać w szkic. Uśmiechnąłem się delikatnie, również przyglądając się obrazowi. Miałem do niego pewien sentyment i było w nim coś takiego, przez co miałem pewność, że musiał zawisnąć wśród prac wystawowych. Po obu jego stronach były mniejsze akty.

– On też ich nie widział – powiedziałem w zamyśleniu odpowiadając na jego reakcję.

– Ciekawy jestem jego reakcji – odparł Isaac. Spojrzałem na niego podejrzliwie.

– Przecież ich nie zobaczy…?

– Em… Tak, ale kiedyś zobaczy – odpowiedział. Uniosłem brew, gdy zerknął na mnie dość nerwowo i poprawił swoją koszulę. Zastanowiłem się czy mogę go zdzielić słonecznikiem w celu wymuszenia zeznania.

– Możliwe – mruknąłem, nie spuszczając z niego wzroku. Rudzielec uśmiechnął się.

– Dzień dobry – kiwnął głową, a obok mnie stanęła moja matka. Kobieta poprawiła swoją idealną i nienaruszoną fryzurę, witając się z nim i zerkając na obrazy, przed którymi staliśmy. Miałem ochotę zaśmiać się na chwilowe zawahanie na jej twarzy.

– To dość odważne, Kalli – skomentowała w końcu. Wzruszyłem lekko ramionami, uśmiechając się miękko. Inaczej oceniałem te prace, zawierały całą gamę emocji od dzikiej pasji, namiętności po przez oddanie i uległość aż do ukrytej czułości, poświęcenia siebie dla partnera.

– Jeszcze raz dziękuję, to naprawdę wspaniały prezent… – powiedziałem i uściskałem ją krótko.

– Maria jest moją dawną znajomą, więc to wcale nie było takie trudne – machnęła dłonią. – W dodatku zachwyciła się twoimi obrazami.

Uśmiechnąłem się szerzej. Mama mogła udawać, że to nic takiego, ale widziałem w jej oczach radosne iskierki, gdy jej dziękowałem. Cieszyła się, że udało się jej dać mi okazję do pokazania swoich prac w galerii. Przemawiała przez nią również matczyna duma.

– Philio nie przyszedł? – spytała. Pokręciłem głową, starając się ukryć smutek.

– Nie mógł dzisiaj… następnym razem może będzie.

– Na pewno bardzo by chciał tu być – uśmiechnęła się dotykając mojego ramienia.

– W to nie wątpię – parsknąłem rozbawiony. – Większego krytyka mojej sztuki nie znajdę..

Isaac parsknął śmiechem. Rudzielec często był świadkiem naszych rozmów. Gdy on zwijał się ze śmiechu, a Philio udzielał mi kolejnych cennych rad, jakoby cała moja praca powinna się skupiać na nawiązaniach do jego osoby i jego wspaniałości, w takich momentach miałem ochotę rwać włosy z głowy i kogoś zamordować. Brunet wystawiał moją cierpliwość na poważną próbę, którą nie zawsze przechodziłem i czasami kończyło się to na moich wrzaskach i rękoczynach. Oczywiście kończyło się to przeważnie na podłodze z cwanym uśmiechem srebrnookiego, tak jakby on cały czas panował nad sytuacją. Zuchwały drań, pomyślałem i pokręciłem lekko głową. Nie mogłem teraz o tym myśleć.

– Chyba pora powitać gości – powiedziała moja rodzicielka, wskazując ludzi.

Kiwnąłem głową i skierowałem się do czekającej przy jednym z obrazów właścicielki galerii. Kobieta powitała mnie uśmiechem, a następnie przedstawiła zgromadzonym i zachęciła mnie do powiedzenia paru zdań na temat moich prac i zamiłowania do sztuki. Oczywiście każdy mógł potem do mnie podejść z osobnymi pytaniami i dopytać o to co go interesowało.

Zauważając stojącego mężczyznę przy rysunkach malowanych węglem podszedłem powoli do niego. Na głowie miał czapkę z daszkiem, a na oczach ciemne okulary. Widziałem z daleka kołnierzyk ciemno granatowej koszuli, jednak była przykryta skórzaną kurtką. Dopiero, gdy byłem naprawdę blisko mężczyzny poznałem, że to Philio. Po walce z dawnym bogiem wojny została mu ledwo widoczna blizna na policzku.

– Myślałem, że masz zakaz opuszczania obozu – powiedziałem, dźgając go w bok. Brunet posłał mi uśmiech.

– A no mam – nie oderwał jednak wzroku od ściany z rysunkami. – Podoba mi się.

– Yhymm… mi też – potaknąłem delikatnie i spojrzałem na niego z rozbawieniem. – Zdajesz sobie sprawę, że twój ojciec pozna cię nawet w tym niezwykle przemyślanym kamuflażu?

– Mój ojciec poznałby mnie nawet gdybym miał operację plastyczną – parsknął. – Jednak ludzie, którzy mnie śledzili chyba mnie nie poznali.

– Śledzą cię? – uniosłem brew.

– Ares chcę zrobić chyba ze mnie mistrza ukrywania się – powiedział. – A teraz dawaj buziaka, słońce.

Brunet przyciągnął mnie do siebie i złączył nasze usta. Uśmiechnąłem się delikatnie, odpowiadając na pocałunek i wtulając się w niego. Nawet nie wiedziałem, że się tak za nim stęskniłem. Przesunąłem dłonią po jego policzku, a następnie ściągnąłem mu czapkę, a odsuwając się zabrałem okulary.

– Jesteś w galerii sztuki okaż trochę szacunku – powiedziałem z powagą i przejrzałem się jego pięknej twarzy. – I lubię patrzeć ci w oczy…

– Twoje też są niczego sobie – uśmiechnął się. Przewróciłem oczami, zaczepiając sobie jego okulary o koszulę. – Mam coś dla ciebie…

– Hm? – spojrzałem na niego zaskoczony. Brunet nerwowo przystąpił z nogi na nogę i wyjął coś z kieszeni, a następnie sięgnął po moją rękę.

– Prezent urodzinowy.

Chłopak zapiął mi na niej bransoletkę z ciemnego sznurka. Na środku było kółko w którym znajdowało się słońce. Obok był doczepiony złocisty kamyk, a po drugiej stronie srebrny koralik. Przyjrzałem się bransoletce z uśmiechem i przesunąłem palcami po chłodnych kamykach.

– Nie wiedziałem, że jesteś romantykiem.

– Ja? Gdzie niby? – zamrugał. Uniosłem brew.

– Złoto i srebro? Słońce? – wymieniałem, przyglądając mu się. Brunet wzruszył ramionami, uśmiechając się pod nosem. Prychnąłem i uderzyłem go w ramię. – Drań.

– Czemu mnie bijesz? Czuję się pokrzywdzony w tym związku – mruknął pocierając rękę.

– Dobrze ci tak – oznajmiłem ze słodkim uśmiechem. Brunet zrobił smutną minę. Skrzyżowałem ramiona na piersi, przyglądając mu się oceniająco. – Gdy się poznaliśmy byłeś bardziej… męski, a teraz takie biedne, skrzywdzone bubu… chyba muszę znaleźć sobie innego wojownika…

– Co? Kogo niby? – oburzył się. Wydałem z siebie pomruk zastanowienia, dotykając warg palcem.

– Damien? Te jego ciemne oczy…

– W życiu! – prychnął. Powstrzymałem się od zwycięskiego uśmiechu, starając się ignorować chłopaka, jakbym wcale nie słyszał jego komentarzy.

– Ciekawe jak wygląda pod tą całą zbroją… ah! – brunet złapał mnie za biodra i przyciągnął do siebie z błyszczącymi zazdrością oczami. Zamrugałem patrząc na niego z niewinnością wypisaną na twarzy.

– Nie oddam cię nikomu – mruknął w moją szyję przygryzając ją. Westchnąłem cicho, zaciskając dłonie na jego ramionach.

– Trzymam cię za słowo.


Koniec

Autor noeleoir
Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 914
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!