We’ll Meet Again – Hetalia – Tłumaczenie – rozdział 3

“Okej, więc trzymam to tak..”

“Połóż tutaj swoją dłoń…trochę niżej.”

“Tak?”

“Tak, teraz ściśnij trochę pewniej.”

“To jest niewiarygodnie żenujące.”

“Musisz nieco otworzyć swoje ręce…połóż drugą tutaj…taaak. I rozszerz nogi trochę bardziej.”

“Agh! To tylko głupi kij, to nie powinno być takie skomplikowane,” Arthur zaczął narzekać, próbując stać już w chyba osiemdziesiątej pozycji do odbicia, aby Alfred uznał, że jest dobra. Czuł się, jakby zaraz miał paść. I na prawdę nie pomogło to, że Alfred stanął za nim i położył swoje ręce na tych Arthura, próbując poprawić jego technikę. Plecy Arthura rozpaliły się, kiedy klatka piersiowa Alfreda je przycisnęła – prawie pomyślał, że poczuł jego oddech na swoim karku i miał żarliwą nadzieję, że Alfred nie wyczuje tego, że delikatnie się trzęsie.

Wcześniej, kiedy Alfred wszedł do Emerald Lion’a wymachując kijem i ogłaszając, że może wytłumaczyć ,,Wielki Amerykański Sport Baseballowy”, Arthur nie wyobrażał sobie, że rzeczywiście będą grali w tę przeklętą grę. Teraz stał w środku lokalnego boiska do krykieta, próbując zapamiętać różnicę między strike* a slide** oraz próbując uderzyć kijem chociaż raz. Niedaleko leżały ich ubrania: bomberka i czapka Alfreda; płaszcz i krawat Arthur’a. Ten dzień był ciepły tak jak dzień poprzedni, nie przypominając poprzednich, deszczowych tygodni. To wyglądało tak, jakby Alfred przyniósł słońce.

“Teraz zegnij swoje łokcie trochę bardziej…poluzuj chwyt…myślę, że już to wiesz.” Alfred odsunął się i Arthur zdusił poczucie rozczarowania. “Teraz miej oko na piłkę, dobrze?” Alfred podniósł piłkę, podrzucając ją między swoimi rękoma jednocześnie idąc w tył od Arthura, jego przystojna twarz była wesoła, a jego jasne włosy świeciły się w słońcu. “Dwudziesty raz życzę Ci powodzenia!”

“Oh, zamknij się.” wymamrotał Arthur robiąc kilka przygotowawczych zamachnięć.

“Zaczynajmy!”

Alfred rzucił piłkę. Arthur zamachnął się. I nie trafił. “GŁUPOTY!” Arthur rzucił kij na ziemię. “Ta gra to całkowity absurd! I przestań się śmiać!”

“Przepraszam!” Alfredowi udało się opanować histeryczny śmiech. “Po prostu, tak szczerze, nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak wiele razy nie trafił…”

“Nie wytrzymam z tym baseballowym nonsensem!” przerwał mu Arthur. Nie chciał przyznać, że był zawstydzony. “Weź swój głupi kij, pokażę Ci prawdziwy, cholerny sport…”

Po uzyskaniu kija do krykieta i piłki z pobliskiego klubu, Arthur powrócił na boisko chętny do zmiecenia uśmiechu Alfreda z twarzy.  Alfred nie wyglądał, jakby dokońca pozbył się swojego ataku śmiechu – położył swoje palce na ustach Arthura obserwując go rozbawiony. ,,W takim razie Arthur, co masz mi do pokazania?”

Arthur skrzywił się. Ta cholerna arogancja doprowadzała go do szału. ,,Po prostu zobaczmy, jak dobry jesteś w PRAWDZIWEJ grze.”

Niestety, nie zajęło długo, aby Alfred zrozumiał podstawy krykieta – nie licząc kilku pomyłek w terminologii. ,,Okej, pozwól mi sobie wyjaśnić!” powiedział po tym, jak Arthur dał mu szybkie podsumowanie gry. ,,Miotacz***…”

,,Rzucający****”

,,Rzucający stoi tutaj,” powiedział Alfred podskakując na jednym końcu boiska na przeciwko Arthura. ,, I, uh, gość z kijem…” Alfred ruszył w kierunku kolejnego końca boiska.”

,,Odbijający!” Arthur krzyknął za nim.

,,Odbijający stoi tutaj…” Alfred odpowiedział. ,,Tylko, że normalnie jest ich dwóch i ten drugi stoi tam, gdzie ty stoisz, z miotaczem- ah, rzucającym.”

,,Tak.”

,,Okej. I łapacz…”

,,Wicket-keeper*****.”

,,Tak, on, on stoi tutaj.” Alfred dotknął ziemi kijem do krykieta.

,,Dokładnie. W porządku, jesteś gotowy?”

Alfred odwrócił się w bok trzymając swój kij. ,,Zostaw to mi!” 

Arthur uśmiechnął się, ,,Zobaczymy, jak cholernie imponujący będziesz teraz, Alfredzie Johnes.” Arthur ustawił się na boisku, zaczął biec i rzucił piłkę. Alfred uderzył piłkę, która wylądowała daleko od boiska. 

,,Ile to jest? Czy to było 6?” zawołał. ,,Czy mam biec?”

Arthur chciał go udusić.

Tej nocy w Emerald Lion’ie Alfred wyglądał, jakby był dumny ze swojej krykietowej waleczności i bez wahania opowiadał o tym każdemu, kto chciał słuchać. ,,Więc, krykiet nie różni się mocno od baseball’u.” powiedział do grupy Amerykanów, którzy zgromadzili się wokół barku. Arthur czyścił barek w ciszy. ,,Mam na myśli – jest tam kij, piłka, uderzasz ją i biegniesz. Proste. Jest tam nawet łapacz.”

,,Wicket-keeper.” mruknął zirytowany Arthur.

..Co myślisz o baseball’u, Arthur?” zapytał Matthew, biorąc łyk bourbonu ignorując Alfreda. Był przyzwyczajony do jego przechwałek.

,,Więc” powiedział Arthur kiedy kilku Amerykanów odwróciło się w jego stronę i zaczęli się na niego patrzeć. ,,Jest, uh…” To było frustrujące, bez żadnego sensu. Jedyne co pamiętał ze strategii to ramiona Alfreda wokół niego . “…ciężko uderzyć piłkę,” dokończył.

Matthew pokiwał wyrozumiale. ,,Ja też nigdy tego nie rozumiałem.”

,,To dlatego, że to oczywiście amerykański sport i wy, obcokrajowcy, nie możecie tego znieść.” powiedział Alfred z uśmiechem a twarzy, co było całkowicie irytujące. Reszta Amerykanów wiwatowała z uznaniem na to, co Alfred powiedział. 

,,Chciałbym przypomnieć, że to ty jesteś tutaj obcokrajowcem.” Arthur powiedział zaciskając zęby.

,,Dokładnie” powiedział Matthew dyskretnie kopiąc Alfreda w piszczel.  ,,Więc jeżelibym był Tobą, poruczniku Johnes, ukazałbym trochę respektu…kto wie.” Matthew uśmiechnął się delikatnie do Arthura. ,,Możesz zostać stąd wyrzucony i już nigdy nie tu nie wrócić.”

Arthur zdecydował, że lubi Matthew.

,,Aw, Arthur by mi tego nie zrobił, prawda?” Alfred pochylił się nad barem i uśmiechnął się do Arthura. ,,Co ty na to, abym przeprosił, a nawet to nazwiemy?” puścił oczko. Arthur zacisnął pięść na szmatce. ,,I możesz mi nalać kolejną szklankę bourbonu?”

,,Może być nawet szkocka whisky.” powiedział Alfred, zauważając pustą butelkę bourbonu. 

Arthur machnął ręką. ,,Mimo wszystko będę musiał kupić burbon.” przerwał. Szkocka. To mu przypomniało…spojrzał na Alfreda i słodko się uśmiechnął. ,,Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym zapytał o pomoc w przyniesieniu alkoholu z piwnicy?” Przypominając sobie strach Alfreda przy Tower of London i Westminster Abbey, Arthur opracował plan na aroganckiego Alfreda. 

,,W sumie,” powiedział Alfred leżąc dalej na barze i zniżając swój głos tak, aby tylko Arthur mógł go słyszeć, ,,kiedy się tak uśmiechasz, jak mógłbym powiedzieć ,,nie?” I nagle był znowu czarujący. Arthur szybko się skrzywił.

,,Chodź za mną.” Arthur zaprowadził Alfreda na tył pokoju i skrzypiącymi, wąskimi schodami zeszli do zimnej i ciemnej piwnicy. Jasność i głośność pub’u natychmiastowo zniknęły, zostawiając tylko słaby zapach kurzu i niewyraźne, przyciemnione światło, które rzucało cienie na ściany. Alfred zwolnił i jego ramiona stały się sztywne. Arthur uśmiechnął się do siebie przebiegle.

,,Ah, to miejsce jest trochę straszne, Arthur.” powiedział Alfred. ,,Jak te wszystkie stare, angielskie budynki…”

,,Tak myślisz?” zapytał niewinnie Arthur. ,,Pochodzi z osiemnastego wieku i jest zbudowany na ruinach znacznie starszych niż to. “

,,N…na prawdę?” zapytał nerwowo Alfred.

,,Mhm. Bourbon jest w tamtym dalszym kącie, o tam.” Arthur zaprowadził Alfreda głęboko w ciemną piwnicę. Alfred podążał za nim wolno. ,,Zabawne. te stare pub’y.” Arthur kontynuował pochylając się za szafką zapełnioną butelkami i beczkami. ,,Zawsze za nimi jest historia.” 

,,Oh.” głos Alfreda był piskliwy i drżał.

,,Chcesz usłyszeć historię naszego pub’u?” Rzeczywiście Emerald Lion miał swoją historię. Bracia opowiadali ją Arthurowi, aby go przestraszyć. Jednakże, nigdy to nie działało. Arthur kochał historie o duchach i szczerze – kiedy był całkiem sam w zimnym, pustym budynku miał nadzieję, że na prawdę  duch nawiedzi to miejsce.  

“…jasne,” pisnął Alfred. Szybko oczyścił swoje gardło i przemówił głosem trochę niższym niż zawsze. “Mam na myśli, uh, jasne.” Najwyraźniej Alfred nie czuł tego samego. 

Arthur cicho się zaśmiał. Podał dwie butelki bourbonu Alfredowi następnie pochylając się, aby wziąć więcej. ,,Legenda głosi, że na początku dziewiętnastego wieku ten pub należał do młodego małżeństwa, które bardzo się kochało. Pewnego dnia młody mężczyzna został wezwany do walki z Francuzami w wojnach napoleońskich. Młoda kobieta cierpliwie czekała. Każdej nocy zostawiała szklankę szkockiej whisky na półce nad kominkiem  z nadzieją, że przyjdzie do domu ją wypić – co było jego wieczornym zwyczajem.” Arthur ostrożnie i dyskretnie manewrował beczką bourbonu tak, że stała na samej krawędzi półki. Wstał i spojrzał na Alfreda, który stał w miejscu trzymając bourbon drżącymi rękoma.

,,Ale każdego ranka budziła się zastając szklankę pełną,” Arthur kontynuował. ,,Ostatecznie, wieści spod Waterloo dotarły do Londynu – umarło tysiące angielskich żołnierzy. Ale ona nie traciła nadziei. W nocy postawiła szklankę szkockiej whisky, tak jak zawsze. Następnego ranka…szklanka była pusta.”

Alfred złapał wdech, jego ekspresja twarzy ukazywała strach. Arthur ukrył uśmiech i kontynuował.

,,Kolejnego wieczoru również położyła pełną szklankę, i rano znowu była pusta. Powtarzała ona ten ,,rytuał” każdej nocy, dopóki nie umarła ze starości.” Arthur zrobił dramatyczną pauzę powoli idąc w stronę Alfreda, zniżając swój głos do delikatnego, tajemniczego tonu.

,,Ale dziwną rzeczą jest to, że nawet po stu latach możesz czasem znaleźć szklankę szkockiej stojącej wieczorem na półce nad kominkiem. Jeżeli tak się stanie, musisz zostawić szklankę. Bo jeżeli wypijesz z niej przed rankiem…” Arthur zamilkł i spojrzał na bladą twarz Alfreda.

Twarz Alfreda zastygła w przerażeniu. Ciężko przełknął ślinę. ,,Co?” w końcu wyszeptał. ,,Co się stanie, jeśli ją opróżnisz?” 

,,Nie wiem,” Arthur również wyszeptał. ,,Ponieważ nikt nie przeżył.”

W tym momencie beczka bourbonu, którą poluzował Arthur spadła na ziemię głośno się roztrzaskując. Alfred wrzasnął, upuścił dwie butelki alkoholu i pobiegł do schodów od piwnicy. Arthur zaśmiał się triumfalnie. ,,Teraz jesteśmy kwita, Alfredzie Jones.” Wyczyścił bałagan, wziął kilka nowych butelek bourbonu i był dość zadowolony z siebie, dopóki nie poszedł w górę schodów aby zobaczyć, że Alfred rozpaczliwie próbuje zabrać szklankę klientowi, który stał przy półce nad kominkiem. Matthew i innych trzech Amerykanów musiało go odciągać – wszystko to działo się kiedy on krzyczał, że po prostu chce uratować nieświadomego klienta od śmiertelnego gniewu mściwego ducha. Arthur zaoferował klientowi piwo za darmo przez miesiąc. Ewidentnie nie może wygrać. 

Po wszystkich tych rzeczach, żołnierze wyszli a Alfred został w pub’ie do późna. Rozmawiali oni o wszystkim. O farmie Alfreda w Stanach. O rodzinie Alfreda, jak jego rodzice umarli i jego bracia go zostawili…jak go nienawidzili. O samolocie Alfreda, raz po raz, jego słodka Lady Beth była tak wiele razy opisywana przez niego, że Arthur mógł poczuć , że zna ją osobiście. O strachach Arthura z którymi nie mógł sobie poradzić, nigdy by nie sprostał wymaganiom rodziców i na koniec to bracia mieliby rację, a on by przegrał. I czasami w tych ciemnych, ostatnich godzinach dnia, każdy już wyszedł z pub’u i niebo stawało się szare, Alfred mógł mówić o swoich strachach. O prawdopodobieństwie porażki, że nie robi żadnej różnicy, o fakcie, że tylko kilku pilotów wyszło z tego wszystkiego bez szwanku. To były te rozmowy, które przerażały Arthura najbardziej i nie wiedząc jak to się stało, jedna jego ręka mogła się wślizgnąć pomiędzy tą Alfreda i zastanawiał się, jak długo mógłby ją trzymać.

,,Jestem zdumiony tym, że pozwolono ci być poza bazą tak późno,” powiedział Arthur sięgając swoją szklankę z rumem. Była prawie pusta. Teraz był cholernie ostrożny jeśli chodziło o picie z Alfredem…ostatnią rzeczą jaką chciał zrobić to było zrobienie z siebie głupca. Był późny wieczór, każdy już wyszedł i kolejny raz Arthur napił się kilku drinków z Alfredem przed zamknięciem. Arthur zaczął cenić ten czas, ale nie miał zamiaru mówić o tym Alfredowi. 

,,Ah, jak dobrze jest pilotem,” powiedział radośnie Alfred. ,,I tak jesteśmy już martwi, więc pozwalają nam robić to, co chcemy w naszych ostatnich dniach.”  Alfred głośno się zaśmiał, ale Arthur wzdrygnął się i odwrócił wzrok. ,,Arthur, coś nie tak?”

,,Po prostu nie uważam, że to zabawne. To tyle.”

Alfred zapauzował zanim odpowiedział. ,,Wiesz, po prostu czasem jest łatwiej o tym pożartować.”

Arthur pokiwał głową. Ale te słowa sprawiły, że poczuł zimne drżenie w plecach. Pomyśleć, że Alfred mógłby…nie. To było zbyt bolesne, aby  tym myśleć. ,,Czy kiedykolwiek się…bałeś?” cicho zapytał. 

Alfred zaśmiał się. ,,Nie!”. Arthur po prostu się na niego patrzył. Alfred słabo się uśmiechnął, aż w końcu westchnął i spojrzał w dół. ,,Wszystko w porządku, Arthur. Na prawdę czuję się w porządku. I nie tylko się tym przechwalam kiedy to mówię, tak po prostu jest. To dlatego przewodzę lotem.”

,,Wiem, Alfred. Wierzę Ci.’ 

,,Ale nie ma znaczenia to, jak dobry jesteś. Bo w końcu jeden błąd, albo najmniejszy błąd nawigacji, albo Szwab który jest od Ciebie tylko trochę lepszy…mogą to wszystko zakończyć.” Oczy Alfreda były ciemne, jego wyraz twarzy niepewny i nagle wyglądał bardzo młodo. To był pierwszy raz kiedy Arthur widział głośnego, radosnego i pewnego siebie pilota w takim stanie. To było straszne i dziwne, ale szczere i Arthur czuł, jak powoli i boleśnie jego klatka piersiowa zaczynała nabrzmiewać. Wtedy Alfred wyciągnął do niego rękę i Arthur powoli i nerwowo ją ujął. ,,Staram się o tym nie myśleć, ale…nie mogę zmienić tego, że większość pilotów nie wraca do domu.”

Arthur nie odpowiedział. Po prostu przylgnął do ciepłej, twardej ręki. Nie wiedział, kim był dla Alfreda. Nie był pewny, czego chciał Amerykanin. Czy to było towarzystwo odstające od jednostki, życzliwe ucho podczas ciemnych poranków czy coś, czego Arthur nie odważył się przyznać przed sobą z powodu miażdżącego lęku, że się myli. Ale Arthur wiedział, kim był dla niego Alfred. Był światłem w ciemnościach, w których Arthur żył zbyt długo. Był powietrzem, którym Arthur wcześniej nie mógł oddychać. Alfred wszedł to jego serca akurat wtedy, kiedy mógł go stracić. 

,,Ale Arthur,” Alfred puścił mu oczko i tym samym sprowadził Arthura do tego momentu i konwersacji. ,,Nie jestem jak większość pilotów.” Arthur prawie się zaśmiał. To był Alfred, którego znał. ,,To radio działa?” zapytał Alfred szybko zmieniając temat i kiwając głową do radia za ladą baru. 

,,Tak, jednakże nie słucham go często.” W tych czasach radio niepokoiło Arthura. Jeżeli nie byłoby w nim ocenzurowanych wiadomości, albo tej okropnej, niemieckiej propagandy Lorda Haw Haw, to leciały te okropnie smutne, które pani Lynn tak świetnie robiła.

,,Hej, czemu? Musisz włączać go częściej. Mogłoby być tu trochę więcej muzyki!” Alfred podskoczył i podbiegł do baru, włączył radio i je podgłosił. ,,Jestem pewny, że znajdziemy na tym coś przyzwoitego….” 

Arthur przewrócił oczami, dokończył swój rum i poszedł pomóc Alfredowi z radiem. ,,Tym się szuka stacji,” powiedział przełączając się między stacjami zanim coś, co można było zdefiniować jako muzykę było słyszalne z radia. 

Alfred złapał ramię Arthura i pomachał ręką podekscytowany. ,,Tutah, tutaj, stop! Co to?” 

Arthur stęknął, kiedy dźwięk orkiestry zaczął wydobywać się z głośników. Jeden z powodów, dlaczego nie słuchał radia…,,To jedna z tych depresyjnych, wojennych piosenek.”

,,Oh, znam tą!” Alfred niewytłumaczalnie szarpał swoją kurtkę i przygładził swoje włosy. Wtedy odwrócił się do Arthura, ukłonił się i wyciągnął do niego rękę. ,,Zatańczysz ze mną?”

Serce Arthura podskoczyło. ,,Oszalałeś?”

Alfred wzruszył ramionami, jego oczy były wypełnione radością. ,,Czasem na mnie tak mówiono.” Uśmiechnął się. ,,Zatańcz ze mną.”

Arthur westchnął poddając się. Ciągle nie umiał się oprzeć temu uśmiechowi; więc się poddał. Pozwolił Alfredowi wziąć siebie w ramiona i wyprowadzić siebie zza barku, położył ramię na jego talii i wziął rękę Arthura w swoją. Arthur musiał to przyznać…jego serce biło szybciej i miał motyle w brzuchu. Jednak było to irytujące. Arthur położył swoją rękę na ramieniu Alfreda i spojrzał w jego przystojną twarz. ,,Ta piosenka to manipulacyjne bzdury.”

,,Ciiii, to jest cudne!” I, ku przerażeniu Arthura, Alfred zaczął śpiewać obracając nieelegancko Arthura. “We’ll meet again, don’t know where, don’t know when…”

“Przestań,” powiedział Arthur zawstydzony, oszołomiony i rozbawiony jednocześnie. “Nie umiesz śpiewać.”

Alfred zaczął śpiewać głośniej pozornie zachwycony irytacją Arthura. “But I know we’ll meet again some sunny day!” 

“Przestań!” Arthur desperacko starał się nie śmiać. To nie było zabawne, to było śmieszne. To było śmieszne, nieważne jak olśniewająco Alfred wyglądał, kiedy śpiewał. “Jesteś w tym okropny!”

Keep smiling through…” Włosy Alfreda były jasne jak słońce…

“NIE!”

” ’til the blue skies drive the dark clouds far away! ” Alfred się uśmiechał…

Arthur w końcu się poddał i wybuchł śmiechem. Alfred śmiał się z nim jednocześnie kołysząc się z Arthurem wokół, kompletnie wypadając z rytmu muzyki. Przynajmniej kiedy Alfred się śmiał nie mógł śpiewać. 

“Przepraszam!” powiedział Alfred przez śmiech.

“Za okropny śpiew?” Arthur ledwo co utrzymywał tempo Alfreda, które było zbyt szybkie ze względu na rytm piosenki.

“Nie! Zapomniałem resztę słów…”

“To dobrze, mogę ci to zagwarantować!” 

“Oh czekaj…Pamiętam…So will you please say hello, to the folks that I know, tell them I won’t be long…”

“O nie!”

They will be happy to know, that as you saw me go, I was singing this song!

Arthur pokręcił głową. Alfred był beznadziejny. I słodki, i szalony, i radosny, i naiwny, i energiczny i arogancki. I jak wszystko ma powrócić do normy, kiedy jego nie będzie? Kiedy muzyka zaczynała się wzmacniać, powoli zamilkli. Alfred przestał dziko obracać Arthura, zamiast tego delikatnie się kołysali w rytm muzyki. Jego uścisk na talii Arthura zacieśnił się powoli i delikatnie, wziął ich ręce pomiędzy ich klatki piersiowe. Arthur ledwo co oddychał przez emocje tłoczące się wokół niego. Kiedy chór znowu zaczął, Alfred zaśpiewał delikatnie.

We’ll meet again, don’t know where, don’t know when…”

Łzy zaczęły szczypać Arthura w oczy, kiedy schylił głowę. Jak głupio stawać się emocjonalnym przy tak sentymentalnej piosence. Jego plecy zadrżały, kiedy Alfred jeździł po nich delikatnie rękoma; jego ręka drgała, kiedy Alfred chwycił ją prawie, że boleśnie. Arthur zawahał się i niepewnie położył swoją głowę na ramieniu Alfreda, aby ukryć swoje szkliste oczy. Przy swoim uchu czuł usta Alfreda, śpiewając ostatnie słowa pełne nadziei.

“…but I know we’ll meet again, some sunny day.”

Autor Lovi
Opublikowano
Kategorie Hetalia
Odsłon 435
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!