自由の翼 Jiyū no tsubasa – Akt II – Nigdy sam

Rozdział 3

    05.Lis.1994 r.

    Godz. 07:13 Kajś nad górnym Śląskiem

    Po  wielogodzinnym locie, Japoński, powietrzny transportowiec dotarł nad wskazane miejsce, albo przynajmniej w jego okolice. 

    Załoga, którą stanowiło 18 osób, dwóch pilotów, dwóch techników oraz 14 spadochroniarzy, zmęczona nieprzerwanym lotem z Korei, poczuła ulgę że misja zaraz zostanie wykonana i będą mogli przestać dusić się w metalowej puszcze w której był zaduch że o ja pierdole.

    -Dwa kilometry do punktu zrzutu. Załoga, przygotować się do skoku.- Rozległ się głos przez głośnik.

    -No nareszcie. Myślałem że się tu ugotuje.- Powiedział Kuroda

    -Tak, nasza pierwsza misja w Terenie! Jestem taka podekscytowana!- Powiedziała Aiko

    -Widać.- Rzucił Paora. 

    -Dobra, stulić jadaczki i przygotować się do skoku. Drugiego podejścia nie robimy, więc lepiej uważajcie- Uciszył ich Kuroda

    -Towarzysz Kuroda ma rację. Wstajemy wszyscy nie ma na co czekać.- Powtórzył Maorys (W sensie Paora).

    Kiedy wszyscy wstawali, a  nagle coś uderzyło w samolot. Zapaliły się czerwone lampy awaryjne, słychać było alarm, a przez głośnik słychać było

    -Uwaga, tracimy wysokość, powtarzam tracimy wysokość, jesteśmy na kursie kolizyjnym z ziemią- Nikt nie miał zielonego pojęcia co się dzieje, siła odśrodkowa działała, co dawało znak że samolot się kręci. Po chwili jednak nikt nie myślał co się dzieje, gdyż samolot uderzył w ziemie.


    Informacje Wywiadowcze: Przetrwałe państwa Świata

    Pomimo faktu że największe państwa na ziemi upadły, to jednak na ziemi pozostały nietknięte przez giganty osady ludzkości. Były to Francuski Madagaskar, Japonia, państwa Karaibskie, m.in Kuba, Dominikana, Gwadelupa czy Barbados, Nowa Zelandia, podzielona między Maorysów (Północ) a Brytyjczyków (Południe), Islandia, Wyspy owcze, Dania (Grenlandia), Kanada (Wyspy Arktyczne), Norwegia (Wyspy Arktyczne) Rosja (Arktyka i północna Syberia) oraz wszelkie państwa Pacyfiku, które nikogo nie obchodzą. Ponieważ każde z wymienionych dostrzegło że kolosy to realne zagrożenie, najpierw w 1892 roku, dwa lata po upadku Miami, została zawiązana Koalicja Karaibska, której celem była wspólna obrona państw morza karaibskiego przed gigantami,  później w 1905 roku został zawarty pakt wzajemnej pomocy między Japonią, a Północną Nową Zelandią, a następnie w 1948 roku między Koalicją Karaibską, Nową Zelandią Północną i Południową, Japonią oraz Madagaskarem Francuskim został podpisany pakt o pomocy ocalałym na kontynentach, którego celem była pomoc ludziom aktywnie walczącym z kolosami. Zgodnie z nim każde państwo miało regularnie organizować zrzuty zaopatrzenia na terenach opanowanych przez tytany. Francja na Madagaskarze miała zająć się Afryką oraz półwyspem arabskim, Japonia Azją, Nowa Zelandia Australią i Indonezją, a Karaiby Obiema Amerykami. Z uwagi na fakt że Islandia ani Dania nie zdecydowały się na przyłączenie do paktu, zrzuty zaopatrzenia w Europie i na bliskim wschodzie były robione bardzo rzadko i wiązały się z większym ryzykiem. Oczywiście, państwa te nie zajmowały się tylko pomocą sobie i innym. Praktycznie wszyscy wykorzystywali tą sytuacje do zdobycia nowych, lub starych, terytoriów na kontynentach. W 1857 Japonia zajęła Półwysep Koreański, a po upadku Ameryki południowej, oraz większości wysp na ziemi, w 1894 roku również Kamczatkę (1892), Tajwan (1893), Mariany, Karoliny (1894), Wyspy Marshalla, Sachalin, Rosyjski kraj nadmorski (1897), południową Mandżurie (1899), Hajnan, Hongkong, Shanghai (1902), Półwysep Shantung, Tiencin (1905), oraz Hawaje (1907), które były siedzibą rządu Amerykańskiego, co nikogo nie obchodziło. Na Karaibach było to samo, w 1894 Kuba zajęła półwysep Jukatan, sześć lat później oddany pod kontrole całej koalicji Karaibskiej, Dominikana i Haiti w 1902 roku wzięły pod wspólną kontrole Jezioro Maracaibo razem z okolicami, oraz zatokę Wenezuelską razem z półwyspem Paraguaná, a rok później również całą resztę półwyspu Guajira. Nowa Zelandia też zajęła jakieś tereny. Oni jednak ograniczyli się do zajęcia Tasmanii przez Brytyjską Nową Zelandie Południową w 1963 roku. Francja, pomimo usilnych starań, odzyskania swoich Kolonii, albo nawet swoich macierzystych terenów, udało im się zdobyć tylko Komory w 1923 roku.


    Dowódca Sienkiewicz, który był w wojskowym Szpitalu w okolicach Koszar w Rybniku, kiedy usłyszał że coś uderzyło w ziemie, rozkazał towarzyszącej jemu Sarze, aby wysłała kilka osób z zero trzeciego, ażeby sprawdzili co to było. Padło na to że pojechali Narek, Petra, Sara, Gustav i Borivoj Vuković. To coś uderzyło kilka kilometrów na południowy zachód od Rybnika, więc mieli dość blisko. Dotarli w kilkanaście minut konno, a kiedy zobaczyli rozbity samolot szczerze się zastanawiali “co to za wielka, metalowa puszka?”.

    -A cóż to? Pierwsze w życiu takie coś widzę.- Powiedział Narek

    -Hmm, czyżby nasz metalowy ptaszek w końcu spadł? Interesujące. Dobra, z tego co wiem to się gdzieś otwiera, więc zobaczmy co to jest.- Rzucił Gustav, który najwyraźniej już takie coś widział

    -Hę? A skąd to wiesz?- Spytała Sara

    -Cóż, raz widziałem jak przelatywało nad Krakowem, spytałem ojca czy wie co to jest, a on powiedział że nie wie co to dokładnie jest, ale prowadził obserwacje tego kiedy tylko mógł. Mówił że one nie pojawiają się nad naszym niebem często, więc to że ten spadł to idealna okazja aby się przekonać cóż to jest za badziewie.- Wyjaśnił Norweg.

    -Interesujące. Dobrze, zatem poszukajmy wejścia. Gustav, mówiłeś że to się gdzieś otwiera, wiesz gdzie?- Spytał Narek

    -Z tego co sam widziałem to z tyłu. A sądząc po rysunkach które mój ojciec sporządził to tył jest po tej stronie co my.- Powiedział, po czym zszedł z konia i podszedł do metalowej konstrukcji. Dojrzał w niej dość dużą szparę, na tyle szeroką aby człowiek mógł się przez nią przecisnąć.- Dobra, mam wejście! Chodźcie, im szybciej to załatwimy tym prędzej będziemy mogli wracać.-

    Po chwili cała piątka była w środku. Wnętrze było dość surowe, dwa rzędy siedzeń przy obu ścianach, po środku pusta przestrzeń, a po całym wnętrzu porozrzucane na oko licząc trzynaście zwłok.

    -O ludzie święci, co tu się stało?- Spytała najpewniej powietrze Petra

    -Nie mam pojęcia, wiem tylko że nic dobrego- Powiedział zdecydowanie mniej zszokowany Gus

    -Dobrze, przeszukajmy to miejsce, może znajdziemy coś ciekawego.- Zaproponował Boriovij. Rozeszli się po samolocie. Przeszukiwali zwłoki, w których rzadko kiedy było coś przydatnego. Trupy albo nie miały absolutnie nic, albo miały jakieś śmieci. Jeden tylko miał coś przydatnego w swoim mundurze, był to notes wraz z ołówkiem. Owe rzeczy znalazł Gustav. W notatniku były zanotowane jakieś rzeczy, lecz Gustav nie mógł ich odczytać, gdyż były w jakimś niezrozumiałym dla niego języku. Albo typ bardzo lubił gryzmolić nic nie znaczące znaki. W większości przypadków jedyną ciekawą rzeczą jaką miały zwłoki był ich spadochron.

    Po wolnej przestrzeni samolotu walało się więcej rzeczy. Niestety, większość była albo zniszczona, albo nie wiedzieli co to jest. Jedną z niewielu rzeczy które były w dobrym stanie była leżąca na jednych ze zwłok książka. Jednakże ona, tak samo jak notes, była zapisana jakimiś dziwnymi znakami. Poza tym leżały jakieś butle, w większości puste, klucze, papierki jakieś i ogólnie śmieci.

    Po kilku minutach takiego przeszukiwania Gustav uznał

    -Dobra, tutaj nic nie znajdziemy. Z tego co widzę są tam jakieś drzwi, więc sprawdźmy co jest za nimi.-

    -Dobrze. To wy tu jeszcze poszukajcie czegoś, a ja sprawdzę dalszą część, dobrze?- Spytała Petra

    -Jak tam wolisz.- Odpowiedział Chorwat. Petra podeszła zatem do drzwi. Drzwi były metalowe, jakby przymocowane do ściany. Efekt ten potęgował fakt że nie miały one zawiasów. Wyglądało na to że są to drzwi przesuwne, niezbyt popularne w Lechii, lecz czasem używane. Petra otworzyła szybkim, lecz delikatnym ruchem, po czy prosto na nią wywaliła się jakaś bliżej niezidentyfikowana osoba, tak że aż się obie wywaliły.

    -Eee… Ohayo!- Rzuciła osoba. Okazała się ona być dziewczynką wzrostu Petry, czyli około 1,63 m, o czarno czarnych włosach zawiązanych w dwa krótkie, zwisające warkoczyki. Dziewczyna ta z nieznanych nikomu powodów, innych niż kompletny przypadek, trzymała swe ręce na jej biuście.

    Fizyka

    -Eee, Aiko-san! Nanishiteruno?- Powiedział typ który teraz stał w drzwiach. Wszyscy, za wyjątkiem Petry ze znanych powodów, gapili się na te dwójkę. Nie tylko dlatego że nie rozumieli słowa z tego co mówili, ale również dlatego że nie spodziewali się tam zastać żywych ludzi.

    -Eee…. Witam?- Powiedział Borivoj nie wiedząc co począć. Nagle najwyraźniej coś sobie typ w drzwiach uświadomił, po czym powiedział.

    -Eh, Hej. Nie mamy złych zamiarów. Przybywamy w pokoju.-

    -No, czyli kolega zna Esperanto? Świetnie. Teraz gadać, kim jesteście, oraz co to za metalowa puszka co się tu rozbiła?- Rzucił Gustav

    -Kuroda, Koko de nani ga okotte iru nodesu ka?- Przybył nagle trzeci typ, który stanął za tym drugim typem. -O, z tego co widzę mamy komitet powitalny. Em, przepraszam za takie gwałtowne wejście. Pozwólcie że się przedstawię, na imię mi Paora, mój towarzysz obok to Iwai Kuroda, a… towarzyszka która leży na waszej koleżance i z ciekawością jej się przygląda to Nakamura Aiko.- Przedstawił całą trójkę. Paora miał na twarzy dziwne tatuaże, jakby był członkiem jakiegoś plemienia. Możliwe że nawet nim był. Tatuaże były czarne i pokrywały całą jego twarz. Były to dziwne wzory, które nic nie mówiły nikomu z tam zebranych (w sensie Lechitów).

    -Em, witam. Ja jestem Sara Petrović, przyboczna dowódcy trzeciego batalionu powietrznej piechoty Lechickiej, Krzesimira Sienkiewicza. Ze mną są Gustav Sørensen, ten czarnowłosy, Narek Darbinian, ten mały blondynek, Borivoj Vuković, ten umięśniony blondyn, oraz Petra Stoica, ta która teraz leży pod waszą koleżanką.- Przedstawiła wszystkich Sara.

    -O, a tak przy okazji, mogłabyś proszę ze mnie zejść?- Poprosiła Aiko Petra.

    -Hę? Ach, tak, proszę. Hi hi hi.- Rzuciła Aiko o czym zeszła z Petry.

    -Cóż, odpowiadając na pytania towarzysza Gustava jeżeli się nie mylę, tak, każdy zna tu esperanto, lecz ja najlepiej. Ta dwójka tutaj trochę gorzej. Co do samolotu to podczas lotu tutaj coś się stało, przez co on spadł. I jakbyśmy mogli wiedzieć, gdzie się znajdujemy?- Spytał Paora

    -Samolot to diabelstwo się zwie powiadasz? I że tym tutaj lecieliście po coś. Cóż, jeżeli mnie pamięć nie myli to nie tak znowu daleko stąd jest Kędzierzyn Koźle, czyli Śląsk.- Powiedział Gustav

    -Em, Paora-kun, Kanryō suru misshon ga arimasu. Jikan o muda ni suru koto wa dekimasen- Powiedział Kuroda

    -Eeee… A może będziesz mówił typie w języku który ktoś tu rozumie?- Zażądał Borivoj.

    -Em, tak, przepraszam. Zatem, ten, z tego co nam wiadomo w tej okolicy jest dość niebezpiecznie, więc możemy się zabrać z wami? Wyglądacie na ludzi którzy się orientują w okolicy.- Zaproponował Paora. W tym momencie coś się poruszyło. Borivoj odruchowo wyciągnął miecze z pochw i ustawił się w pozycji bojowej.

    -Egh… Koko wa doko? Nani ga oki teru?- Mówił coś typ który właśnie obudził się pomiędzy trupami. Wyglądał na dość skonfundowanego kiedy ujrzał typa z mieczami wyciągniętymi w jego stronę.

    -Spokojnie, to jeden z naszych. Hamasaki-san, Anata ga ikite iru no o miru no wa nante subarashī kotodeshou.- Powiedział Paora.- No to jeszcze przedstawię wam, Hamasaki Yūdai. A wracając do pytania…-

    -Cóż, i tak będziemy musieli was wypytać, więc lepiej to zrobić w bezpiecznym miejscu, więc nie widzie przeszkód.- Powiedział Gustav

    -No to wspaniale. To na co czekamy? Gdzie jest wasz transport?- Spytał Paora

    -Konie są przed, jak to nazwałeś, samolotem. Samolot. Intrygująca nazwa.- Mówiła sama do siebie Sara. Yūdai podniósł leżącą obok niego książkę, wziął leżący pod nim plecak, który różnił się od tego spadochronowego, po czym opuścił samolot. To samo zrobiła przedtem cała reszta, tylko z pominięciem zbierania sprzętu.

    Po opuszczeniu pojazdu już nie latającego wszyscy wsiedli na konie. Paora wszedł na konia Sary, Yūdai na konia Gustava, Kuroda na konia Borivoja, a Aiko na konia Petry, którą złapała jakby chciała ją przytulić, tylko że na wysokości sutków. Najwyraźniej Aiko już polubiła Petrę. Nie dziwota.


    Informacje wywiadowcze: Ogólne informacje o Lechii #1

    Pomimo faktu że Lechia jest bardzo wymieszana etnicznie, wszyscy są tam w stanie się porozumieć, gdyż podstawowym językiem, urzędowym by się chciało rzec, jest język Esperanto, a języka ojczystego uczą rodzice lub opiekunowie.

    Walutą używaną w Lechii jest grosz.

    Władcą Lechii jest Lech, obecnie jest nim Polak, Remigiusz Piotrowski. Włada on całą Lechią. Władza Lechicka nie jest dziedziczna, lecz po śmierci Lecha drogą demokratyczną jest wybierany następny Lech. Lechem nie może być kobieta. Na Lecha głosować mogą tylko wyżsi rangą wojskowi z okręgu Mazowieckiego, gdyż tam znajduję się siedziba Lecha.

    Terytoria Lechii są rozproszone po całej Europie środkowo-Wschodniej. Poza okręgiem Śląsko-Morawskim są m.in. Mazowiecki, Pomorski, Kijowski, Miński, Środkowo-Litewski, Praski, Srpski, Dalmacki itd. Nad każdym z takich okręgów sprawuję władzę Komendant, który jest bezpośrednio podległy Lechowi. Komendantem Śląsko-Morawskiego okręgu jest Józef Sikora.

    Wszystkie okręgi Lechii są połączone siecią drug. Z uwagi na fakt że W nocy kolosy nie są zbyt aktywne, najczęściej jeździ się po nich po zachodzie słońca.


    Podczas drogi powrotnej, piechurzy z zero trzeciego batalionu napotkali inną grupę żołnierzy. Po naszywkach dało się ich zidentyfikować jako 06. Batalion powietrznej piechoty lechickiej, pod dowództwem Borisa Žitnika. Znaczy, dowódcy batalionu nie dało się odczytać z naszywki, lecz ten był dość znany, z uwagi na to że był jednym z najlepszych w swoim fachu. Najwyraźniej oni również wysłali ludzi aby to sprawdzili. Oni jednak wysłali tylko trójkę.

    -Hej! A wy co tu robicie?- Spytała osoba na przedzie grupy

    -My? Dostaliśmy rozkaz od dowódcy że mamy sprawdzić co to za hałasy za murem.- Odpowiedziała Sara

    -Że co? To my mieliś…. Jak nazywa się wasz dowódca?- Spytała ta sama osoba

    -Krzesimir Sienkiewicz.- Powiedział Borivoj

    -No tak, wszystko jasne. Dobrze, posłuchajcie, na przyszłość najpierw skonsultujcie decyzje waszego dowódcy z kimś wyższego stopnia od niego. Dowódcy formacji nie mają uprawnień do organizowania misji na własną rękę, a do misji zalicza się również wysyłanie żołnierzy za mury w jakimkolwiek celu. Ale skoro już tu jesteście i z tego co widzę wracacie z wyprawy, to może podzielicie się wiedzą co znaleźliście?- Spytała znów ta sama osobliwość

    -Cóż, skoro tak ładnie prosisz.- Zaśmiał się Borivoj -Okazało się że to jakieś wielkie metalowe coś co normalnie lata, ale już nie, rozbiło się w okolicy Kędzierzyna Koźla. W środku było z dwanaście zwłok i cztery bardziej żywe osoby, które są teraz z nami. Poza tym nie było tam nic ciekawego.-

    -Co? Jakie metalowe coś? I że w tym ludzie byli?-

    -No tak byli. A metalowe coś to to co raz na ruski rok przelatuję po naszym niebie i coś wyrzuca z siebie.- Doprecyzował

    -Hmm… A ludzie którzy byli w środku, co z nimi?-

    -Nie słuchałaś? Są z nami.- Powiedział Chorwat, po czym Aiko wyciągnęła rękę do góry i rzuciła

    -Ohayo!-

    -Aha. Dobrze, my mieliśmy sprawdzić co to było i zdać raport wyższemu dowództwu. Ale równie dobrze możecie wy to zrobić.-

    -Skoro tak mówisz. A tak przy okazji, jak cię zwą?- Spytała Sara

    -A czy to ważne?- Odpowiedziała. W tej chwili zza jej pleców rozległ się krzyk. Był to jeden z jej towarzyszy, który zobaczył kolosa, który skoczył na niego z szeroko otwartą paszczą i zżarł go na raz. Pozostałe osoby (prócz ocalałych z samolotu) zaatakowali kolosa. Co prawda siedmiu na jednego nie powinno stanowić wyzwania, to i tak się tak złożyło, że drugi towarzysz koleżanki od zadawania pytań wpadł prosto w gębę olbrzyma, dając się zeżreć w kilka chwil i do jednym kęsem. Ludzie, co za ciota. Na szczęście jego koleżanka okazała się dysponować większym ilorazem IQ od niego i udało się jej go zabić. 

    Po zabiciu kolosa wszyscy wrócili na ziemie. Osoba która zabiła tytana prawdopodobnie przeklinała los i swoich upośledzonych kolegów którzy dali się zabić jak ostatnie cioty.

    -A zatem, jak cię zwą?- Ponownie spytała Sara

    -Paula Björnsson- Powiedziała Paula wciąż wpatrująca się w zwłoki kolosa

    -A zatem Paulo Björnsson, a zatem, wracamy czy chcesz tu jeszcze zostać?- Dopytała Serbka

    -…. Zabieramy się stąd.- Odpowiedziała Paula. Wszyscy wrócili po tym na konie i ruszyli z powrotem do Rybnika, ażeby złożyć raport.


    W Rybniku, koło głównej kwatery, centrum

    Nikola Ivan rozmawiał z Branislavem Maruską o ostatnich wydarzeniach i innych średnio istotnych rzeczach.

    -Naprawdę Ivan? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć-

    -Możesz sobie nie wierzyć, ale tak jest.-

    -Musiałbym sam sprawdzić aby uwierzyć.-

    -No to po służbie chodź to ci udowodnię.-

    -Hej, chłopaki, o czym tam gadacie?- Nagle przyszła Grozda i wtrąciła się w ich rozmowę.

    -A o niczym takim, Nikola próbuję mi wcisnąć że gdzieś w okolicznej knajpie dają jakieś super dobre pierogi które robią jacyś Kazachowie, czy ktoś inny.- Powiedział Branislav

    -Mówię ci przecież że to prawda! Nigdzie w Rybniku nie znajdziesz lepszych pierogów. Mówiłem, po służbie chodź to ci pokaże.- Powtórzył Nikola

    -Pierogi powiadacie? Tak w sekrecie wam powiem że jestem ogromną entuzjastką pierogów, więc chętnie się z wami tam zabiorę.- Zaproponowała Grozda

    -Eh, dobra, ale niech cię ręka boska broni przed odwalaniem czegoś głupiego!- Przestrzegł Grozdę Nikola

    -Tak jest!- Rzuciła Grozda. W tym momencie zjawiły się osoby wysłane na zwiad poza mury (czyt. Paula, Sara i reszta).

    -O, już wróciliście? Myślałam że trochę dłużej wam to zajmie. Hej, Paula, a czemu z tobą są osoby z 03. Batalionu? I gdzie są Miodrag i Martin?- Spytała Grozda

    -Cóż, wróciliśmy tak wcześnie bo Sienkiewicz wydał swoim ludziom rozkaz aby to sprawdzili, a co do Ćosića i Řezníka… Tego pierwszego to znienacka zaatakował kolos, a zanim zdążyliśmy zareagować już nie żył, a Martin… No w zasadzie to sam się wpakował kolosowi do ust.- Powiedziała Paula

    -Naprawdę? Żałuję że tego nie widziałem, he he he- Rzucił Branislav, po czym dostał z łokcia w brzuch od Nikoli.

    -W każdym razie, miałam złożyć raport przełożonym, więc właśnie idę to zrobić.- Zakończyła Paula

    -Valeriy Pasternak, bo to jego masz chyba na myśli mówiąc “przełożony”, jest akurat w ratuszu, nie tutaj. On zawsze tam jest.- Skomentował Nikola

    -Em, ale nie mam na myśli porucznika Pasternaka, lecz Dowódcę, Borisa Žitnika.-

    -A, on to już jest w kwaterze. No to idź i nie marnuj czasu, ani swojego, ani naszego.- Powiedział Nikola, po czym żołnierze przeszli przez bramę do kwatery głównej.

    W środku, w sali obrad, która była dość małą salą z dość dużym stołem na dwadzieścia osób, czekał już na nich dowódca Boris, a razem z nim Wanessa Kędzierska, dowódczyni 02. Kompanii zwiadowczej, Czcibor Kasprzak, dowódca 17. korpusu obrony muru, oraz Amédée Fay, sierżant. Żeby nie robić zbędnego tłoku, do sali weszły tylko Sara i Paula, cała reszta została na korytarzu

    -Dowódco, wróciliśmy ze zwiadu!- Powiedziała Paula 

    -Raport- Odpowiedział siedzący przy stole Boris

    -A zatem podczas drogi do miejsca w którym spostrzeżono ów tajemniczy obiekt co go mieliśmy zbadać, natrafiliśmy na grupę żołnierzy Krzesimira Sienkiewicza, właśnie wracających z położenia celu naszej misji.-

    -Sienkiewicza? A co oni tam u licha robili?- Spytał Sierżant

    -Otrzymali rozkaz od swojego dowódcy, czyli Sienkiewicza, aby to sprawdzili na własną rękę.-

    -Eh, ile razy by mu się nie mówiło aby nie działał sam ten i tak będzie to robił. Cały Krzesimir.- Rzucił dowódca Czcibor

    -Ja pierdole, czy naprawdę tak trudno wyjaśnić jednemu kretynowi że kurwa nie może działać sam? No ja jebie!- Skomentowała Wanessa.

    -Kędzierska, proszę się uspokoić! A zatem, czy ludzie Sienkiewicza znaleźli tam coś ciekawego?-

    -Właśnie miałam w tej sprawie oddać głos towarzyszącej mi teraz Sarze Petrović.- Powiedziała, po czym wskazała gestem na Sarę i się odsunęła.

    -Petrović Sara, przyboczna dowódcy 03. Batalionu powietrznej piechoty lechickiej, Krzesimira Sienkiewicza!- Powiedziała dość głośno jednocześnie stając na baczność. -Udało się nam znaleźć dużą metalową konstrukcje, najprawdopodobniej latającą, która uderzyła o ziemię w okolicy Kędzierzyna Koźla! Wewnątrz owej konstrukcji znaleźliśmy dwanaście zwłok, najprawdopodobniej żołnierzy, lecz nie udało nam się zidentyfikować mundurów! Udało nam się znaleźć plecaki ze spadochronami, tylko zdecydowanie lepiej wykonane niż te nasze! Poza tym nie udało nam się znaleźć nic interesującego!- Nadal krzyczała Sara

    -Dobra, spokojnie, kobieto, nie musisz tak krzyczeć. Pół tonu ciszej. Dobrze?- Poprosił Czcibor

    -Em, Tak jest! Najmocniej przepraszam.-

    -Nie trzeba. A zatem mówisz że jakieś wielkie metalowe nie wiadomo co uderzyło w ziemie za murami, oraz że w środku byli ludzie. A czy byli jacyś ocalali?- Dopytał dowódca

    -Jak najbardziej. Udało nam się znaleźć czterech żywych ludzi. Niestety tylko jeden z nich wprawnie posługuję się językiem Esperanto.-

    -Hmm… Rozumiem. A gdzie oni teraz są?- Spytał Boris

    -Czekają na korytarzu.- Poinformowała Paula

    -Wprowadzić- Rozkazał Sierżant.

    Zgodnie z tym, cała czwórka została wprowadzona do sali. Ustawili się w kolejności, licząc od lewej, Paora, Kuroda, Yūdai i Aiko

    -Witam. Teraz, jak brzmi wasza godność i skąd jesteście?- Powiedział Amédée

    -Em, pozwoli pan że ja wszystkich przedstawię. Na imię mi Paora, a moi towarzysze to kolejno, Iwai Kuroda, Hamasaki Yūdai oraz Nakamura Aiko. To zaszczyt móc was poznać.-

    -Dziękuję Paora, lecz czy oni sami nie mogli się przedstawić? Nie mówią po naszemu, czy coś?- Spytał Boris

    -Cóż, esperanto znają, lecz nie tak dobrze jak ja.-

    -Em, Paora, ale ty wiesz że przynajmniej moje umiejętności językowe są na twoim poziomie? Mówię w tym języku mniej więcej równie dobrze co ty.- Zauważył Yūdai, oczywiście nie wymawiając głosek twardych, gdyż w jego ojczystym języku nie ma takich.

    -Dobra, po przekrzykiwać możecie się potem. Sierżant zadał jeszcze drugie pytanie. Skąd jesteście? Ja bym dodała jeszcze po kiego chuja żeście tu przybyli, oraz czemu ty masz typie jakieś pojebane tatuaże na gębie.- Dodała Wanessa

    -Kędzierska!- Krzyknął Sierżant

    -Cóż, przybyliśmy tu z daleka, z miejsca którego nazwa wiele wam nie powie. Mogę powiedzieć że ze wschodu. Dalekiego wschodu. Co do celu naszego przybycia, to….-zaczął Paora

    -Zostaliśmy wysłani, ażeby pozyskać informacje na temat tych terenów, oraz złożyć potem raport przełożonym.- Yūdai przerwał mu i powiedział za niego

    -Macie coś do dodania?- Dopytał po chwili Boris

    -Cóż, pani Wanessa, jeżeli się nie mylę, spytała o moje tatuaże na twarzy. Odpowiadam zatem, że to są tradycyjne Maoryskie tatuaże.- Powiedział Paora

    -Jakie? Pierwsze słyszę.- Powiedział Sierżant

    -Maoryskie. Maori. Lud żyjący na nowej Zelandii. Taka duża wyspa złożona z dwóch wysp odkryta przez brytyjskiego podróżnika , Jamesa Cooka, którą jednak osiedlili moi przodkowie wieki wcześniej.- Wyjaśnił Maorys

    -Ah tak, czytałem gdzieś o tym. Chyba nawet z książki samego Cooka. Może opowiesz więcej o tym kiedyś? Wydaje się to bardzo ciekawe.- Zaproponował Czcibor

    -Cóż, jeżeli będzie mi to dane to z przyjemnością.- Odrzekł Paora

    -Dobrze, uprzejmości później. A zatem jeżeli dobrze rozumiem, przybyliście tutaj w tej metalowej puszcze…- Zaczął Sierżant

    -Która nazywa się samolot- Przerwał Yūdai

    -….która z jakichś przyczyn lata i się rozbiła w okolicznym lesie. Mam racje?- Dokończył Francuz

    -Jak najbardziej!- Potwierdził Paora

    -A wiecie czemu się rozbiła?- Spytał Czcibor

    -Niestety, nie mieliśmy czasu przeprowadzić oględzin w celu znalezienia przyczyny katastrofy, lecz podejrzewamy że mogła to być awaria jednego z silników, która doprowadziła do eksplozji, a w konsekwencji do rozbicia.- Powiedział Yūdai. Co prawda nikt nie zrozumiał połowy z tego co on powiedział, lecz nikt nie zwrócił na to uwagi. Z jakichś powodów.

    -Albo że jeden z tutejszych ścierwojadów rzucił czymś wielkim w nasz transport, przez co ten spadł.- Dodał Kuroda

    -No, czyli kolega też umie po naszemu. Jak miło.- Skomentowała Wanessa.

    -A no umiem. I co? Może nie mówię w tym języku jakoś bardzo dobrze, lecz jednak język opanowałem nawet nieźle.- Informował Kuroda

    -Mówiłem, uprzejmości później.- Przypomniał Amédée

    -A zatem, co z tą czwórką zrobimy? Bo samym sobie ich zostawić to trochę nie wypada.- Spytał Czcibor

    -Właśnie miałem o to spytać. Może na jakiś czas zakwaterujemy ich w koszarach, a potem się pomyśli co dalej?- Zaproponował Žitnik

    -Cóż, będziemy musieli to przedyskutować. A to jest jedna z tych rzeczy przy których lepiej dysputować w grupie. Może zwołamy jeszcze paru dowódców i wtedy zaczniemy proponować cokolwiek?- Zaproponował Kasprzak

    -Dobry pomysł. Zawołajcie jakichś kilku z okolicy.- Rozkazał Sierżant, po czym przestał opierać się o oparcie krzesła i w końcu na nim usiadł. W międzyczasie Sara i Paula opuściły salę aby zwołać kilku dowódców. -I zawołajcie mi tu Sienkiewicza! Musimy parę spraw wyjaśnić.- Krzyknął po chwili. Sara wróciła się i powiedziała

    -Ale rany dowódcy wciąż się nie zagoiły, a kości nie zrosły.-

    -Ale nóg połamanych nie ma, więc przyjść tu może, dlatego też chce go tu widzieć i to zaraz.-

    -… Tak jest sierżancie.- Powiedziała z mniejszym entuzjazmem niż wcześniej.

    -A wy co tak stoicie? Na korytarz, a nie!- Rozkazał Sierżant czwórce nowoprzybyłych która wciąż nie wiadomo czemu stała w sali. Po tym rozkazie błyskawicznie ją opuścili.


    Informacje wywiadowcze: Stopnie Wojskowe Armii Lechickiej

    Jak w każdej armii zawsze, były osoby mniej i bardziej nie ważne, oraz te mniej i bardziej ważne. Z tego też powodu istnieje coś takiego jak stopnie wojskowe. A z uwagi na to że nie istniały tam standardy NATO’wskie (jak i samo NATO), każdy miał własne stopnie. W armii lechickiej obecny Lech zrobił w nich taki burdel że łatwo się w tym pogubić, dlatego tu zostanie podana uproszczona lista.

    Stopnie wojskowe:

    Szeregowy – Szeregowy

    Kapral – Dowódca drużyny

    Dowódca – dowódca formacji wojskowej

    Pułkownik – dowódca pułku

    Plutonowy – dowódca plutonu

    Sierżant – Osoba odpowiedzialna za planowanie wypraw i misji, oraz de facto za zarządzanie armią

    Chorąży – typ odpowiedzialny za produkcję i dostawę mundurów, broni i TSM (z jakiegoś powodu to stopień wojskowy)

    Podchorąży – przydupas/zastępca chorążego

    Porucznik – osoba od koordynacji działań zbrojnych na murach. Czyli w praktyce od niczego.

    Podporucznik – przydupas/zastępca porucznika

    Generał – Typiarz którego jedynym zadaniem jest dowodzić ludźmi podległym sierżantom i dowódcą. W praktyce absolutnie nic nie robi.

    Dowódca sztabowy – typ odpowiedzialny za trening żołnierzy w jednostce oraz podejmowanie decyzji taktycznych razem z dowódcą. Zwykle jest on przybocznym (czyt. przydupasem) dowódcy, choć nie zawsze.

    Sierżant sztabowy – Osoba odpowiedzialna za szkolenie rekrutów przed ich oficjalnym dołączeniem do wojska.

    Oficer – Jest zarządcą wszelkich obiektów wojskowych w dystrykcie. Zawsze jest jeden na dystrykt. Z przyczyn bliżej nie znanych jest to stopień wojskowy.

    Tutaj zostało to wszystko uproszczone do granic możliwości, aby można było to jako tako ogarnąć, lecz gdyby kto chciał się zagłębić, to łatwo da się pogubić, gdyż poziomem skomplikowania dorównywało to stopniom Armii czerwonej (Tej realnej).

    Wiele osób, całkiem słusznie, mówi, że część stopni jest absolutnie bezużyteczna i że utrzymywanie ludzi na nich nie ma sensu. Najjaskrawszym przykładem są generałowie, który z racji swojego stopnia prowadzą dość luksusowe życie, a ich obowiązki praktycznie nie istnieją, co sprawia że są powszechnie nie lubiani. Nawet istnieje w Lechii grupa ludzi która zajmuje się usuwaniem Lechickich generałów. Ogólny chaos w stopniach wojskowych jest też często przytaczany jako argument przeciw obecnemu Lechowi.


    -Egh… Jestem… Przepraszam że tak długo, rana brzucha jest dość bolesna, zwłaszcza przy ruchu.- Powiedział Sienkiewicz, który z pomocą Sary i Artaira dotarł do sali obrad. Zajął miejsce przy stole, a jego przyboczni stanęli za nim. W sali znajdowali się również Sierżant Amédée Fay Sierżant sztabowy Nikola Ivan Šimon, dowódcy Czcibor Kasprzak, Wanessa Kędzierska, Boris Žitnik, Branislav Maruska, Grozda Bozhidarov, Donncha Magorian, kapral Vilĉjo oraz pułkownik Jaume Vidal, razem z podpułkownikiem Bonaventurą Tomàsem. Nikt nie wiedział czemu kapral przybył na naradę, lecz nikomu to nie przeszkadzało, gdyż on nie uczestniczył w obradach, nawet nie siedział przy stole, lecz opierał się o ścianę. Oczywiście skoro musieli uzgodnić co zrobią z czwórką dziwaków z drugiego końca świata, naturalnie ich nie zaprosili na obrady. Niestety, sami się wprosili. Nikt jednak nie wyprosił ich. Jak przyszli to wywalać ich byłoby dość niefortunnie skoro właśnie o nich mówili.

    -Dobrze. Zatem musimy zdecydować co zrobić z naszą czwórką przybyszy. Ma ktoś jakieś propozycje?- Spytał zrezygnowany sierżant który wiedział że będą to prawdopodobniej najnudniejsze obrady w jego karierze.

    -Cóż, jak proponowałem wcześniej, możemy im tymczasowo załatwić miejsce w okolicznych koszarach. Przez jakiś czas tam posiedzą, a w międzyczasie pomyślimy co dalej.- Przypomniał Boris

    -Właśnie o tym myślałem. Lecz ciekawi mnie czy inni mają inne propozycje.- Poinformował Amédée

    -Hmm… Cóż, z tego co nam opowiadałeś Fay, nie wiemy o nich prawie nic, poza tym że są ze wschodu, oraz przypuszczeń że są żołnierzami- Powiedział Jaume

    -Potwierdzam, jesteśmy żołnierzami. Co prawda dziewczyna tylko na papierze, lecz jednak.- Powiedział Kuroda

    -… 0raz tego że są żołnierzami. Ja proponuje dać im trochę grosza i niech lezą w pierony.- Zaproponował pułkownik

    -Panie pułkowniku, ależ to jest strata możliwie cennych zasobów ludzkich. Jeżeli to są żołnierze to muszą mieć jakieś przeszkolenie, czyż nie? Skoro tak to czemu po prostu nie nauczyć ich używać naszego sprzętu i nie przyłączyć do armii? Chętnie zobaczyłbym co z tego by wynikło.- Zaproponował Czcibor

    -Nie, to kategorycznie odpada. Możemy ich najwyżej dać do korpusu treningowego, ale naprawdę chcecie ich dać od razu do armii? Powariowaliście dowódco?- Rzucił trochę głośniej sierżant.

    -Ale czemuż nie? Jak na moje brzmi mi to na nawet dobrze.- Podzielił się swą opinią Donncha

    -Tak! To bardzo dobry pomysł! Chce dołączyć do tutejszego wojska! Chce latać jak Petra-san i reszta!- Wtrąciła się Aiko. Wszyscy na nią spojrzeli, wpatrywali się chwilę w milczeniu, aż Wanessa spytała

    -Ile ona ma lat?-

    -A na ile wygląda?- Spytał Kuroda

    -Na 14, a zachowuję na 12-

    -To więcej niż wygląda-

    -Dobra, wracając do tematu, jak na moje to bardzo obiecujący pomysł. Może przynieść pewne korzyści. Dodatkowo czy nie jest nam potrzebna każda para rąk?- powiedział Branislav

    -Zgadzam się z Maruską, to byłoby bardzo ciekawe. Ciekawe jak by walczyli. Oooo, albo jaką przyjęliby strategie. Czy udało by im się zgrać z resztą oddziału, gdyby ich przypisać do istniejącej formacji? Oooooo, tyle pytań się nasuwa.- Wymieniała jak zawsze w takich chwilach podekscytowana Grozda

    -Co?! Wam do reszty rozumy powyżerało!? Co wam odbiło?! Myśleć przestaliście czy co?! Nikola, przyjacielu, powiedz proszę że ty się z tym…- Rozpoczął Sierżant, lecz Nikola Ivan mu przerwał

    -Po pierwsze, nigdy nie nazywaj mnie przyjacielem Fay, a po drugie, mnie tam się pomysł podoba.- W tej chwili Sierżant nie wytrzymał.

    -No do diaska, co jest z wami nie tak!? Tak, obniżajmy standardy naszej armii, świetny kurwa pomysł! Może jeszcze zaczniemy przyjmować starych, chorych i niepełnosprawnych??! Przecież morale nam padną na łeb na szyje! Aż tak głupi jesteście?! Ludzie święci, kurwa mać, pojebało was do reszty!- Krzyczał tak Sierżant Amédée Fay, który był znany z tego że był srogim furiatem i znał wiele przekleństw w wielu różnych językach. Jego normalnie ulizane, długie, ciemnoblond włosy rozleciały się na wszystkie strony, a jego normalnie nienaganny spokój ustąpił miejsca czystej wściekłości. Jego delikatny zarost… no nadal był delikatny. Po tym opuścił pomieszczenie trzaskając drzwiami

    -Em, dajcie mu z pięć minut, niech się wykrzyczy, wtedy wrócimy do gadania o niczym.- Poinformował po cichu siedzących obok niego Wanessę i Branislava Czcibor.

    Po kilku minutach Sierżant zdołał się uspokoić, co oznaczało powrót do rozmów.

    -Dobrze. Niech wam będzie. Mogę się na to zgodzić, lecz pod jednym warunkiem.- Ogłosił Sierżant

    -A pod jakimż to?- Spytał Jaume

    -Pod takim pułkowniku, że cała czwórka zostanie przyłączona do batalionu Sienkiewicza.- Powiedział Fay, który był prawie pewien że Krzesimir się na to nie zgodzi

    -Dobra, mnie pasuje.- Powiedział Sienkiewicz

    -Ta, a za… Zaraz, co?!- Krzyknął zdziwiony Sierżant

    -No zgadzam się. Nie widzę w tym problemu, więc czemu nie?-

    C-c-Co?! No wam już chyba do końca rozumy postradało. Nie, ja wychodzę, róbcie co chcecie, ja wychodzę, nie  to jest na mnie za dużo.- Wykrzyczał Sierżant po czym wyszedł. Znowu

    -A zatem…. Kto za pomysłem Czcibora?- Spytał Jaume. Cała sala (prócz nie uczestniczącego w obradach Vilĉjo, oraz czwórce (w sumie to trójce, gdyż Aiko się zgłosiła) tematów rozmowy) podniosła ręce. -Cóż, czyli przegłosowane.-

    -Może, ale nawet jeżeli sierżant wyszedł z powodu napadu wścieklizny, to i tak bez zgody z jego strony nic z tego nie wyjdzie, a na to na pewno jej nie da.- Odezwał się kapral Vilĉjo

    -… W zasadzie to ma racje.- Stwierdził Donncha. -Zatem trzeba coś w tym pomyśle zmienić, aby podpasował Sierżantowi.- Dodał po chwili.

    -Cóż Irlandzie, muszę przyznać ci racje. A zatem, jakieś pomysły?- Rzucił Krzesimir

    -Irlandzie? Nie mów że udzieliło ci się od tego cholernego dzieciaka Sienkiewicz.- Wkurzył się Donncha Magorian, który faktycznie, był Irlandczykiem.

    -Dobrze, przepraszam. Po prostu jak to usłyszałem bardzo mi się spodobało.- Wyjaśnił Sienkiewicz

    -Hmm… A co gdyby tak po podstawowym przeszkoleniu z używania całego tego naszego żelastwa wysłać ich na krótką wyprawę za mury? Tam i z powrotem. Na przykład nie wiem… Do Lublińca lub Częstochowy. Jak wrócą, to przyłączymy ich do regularnej armii. Jak nie…. To nie będziemy musieli się dalej tą kwestią martwić.- Zaproponowała Wanessa wyjątkowo powstrzymując się od przeklinania.

    -Hm. Jak dla mnie brzmi to obiecująco.- Powiedział Pułkownik

    -Cóż, wieże że sobie poradzą, więc ja chętnie się pod tym podpisze- Zadeklarował Czcibor

    -Dobrze, a zatem, kto popiera?- Spytała Wanessa. Wszyscy podnieśli ręce. Nawet kapral. -No, zatem postanowione. Zawołam zatem sierżanta.- Podsumowała Dowódczyni, po czym poszła po Sierżanta.

    Wróciła po dwóch minutach z Sierżantem.

    -Dobrze, zatem do czego doszliście? Kędzierska mówiła że macie coś na co mogę się zgodzić, więc słucham.- Powiedział Amédée

    -Sierżancie, wymyśliliśmy że tak jak początkowo zakładaliśmy, poddamy ich podstawowemu szkoleniu z używania naszego sprzętu, lecz następnie wyślemy ich za mury, na przykład do Lublińca, lecz to zostawimy panu do decyzji. Jeżeli wrócą, zostaną przydzieleni do batalionu Krzesimira, jak Sierżant rozkazał, a jak nie wrócą… No chyba nie muszę mówić co jak nie wrócą.- Oświadczył Jaume

    -Cóż…. Dobrze. Niech wam będzie. Przekonaliście mnie. Ale wyślemy ich do… Opola.- Zarządził Sierżant

    -A czemuż to do Opola?- Spytał Donncha

    -Gdyż Opole jest Lechicką Twierdzą. Tam będą mogli uzupełnić zaopatrzenie, nakarmić konie i ogólnie przygotować się na drogę powrotną. Do Opola stąd jest około 85 kilometrów i to w linii prostej. Jak na moje to odpowiednia odległość.- Wyjaśnił Sierżant

    -Cóż, to dość daleko, lecz jak sierżant chce.- Powiedział Czcibor

    -Wspaniale. Trening zaczynają od jutra…-

    -Ale jutro jest niedziela- Zauważył Nikola Ivan

    -Serio? Cóż, zatem zaczynają od poniedziałku. Trenować ich będzie Šimon. Jakieś pytana?- Nikt nic nie powiedział -Świetnie, rozejść się zatem! Umieram z głodu.- Stwierdził po chwili Sierżant

    -Ach tak? To proszę za mną. Znam knajpę gdzie dają świetne pierogi- Powiedział Nikola Ivan wychodząc razem z Sierżantem z pokoju.

    Kiedy Sara i Artair pomagali Sienkiewiczowi powrócić do swojego poprzedniego miejsca pobytu, zatrzymał ich Kapral słowami

    -Hej, wy z 03. batalionu. Powiedzcie Łotyszce i Holendrowi że jutro jest rozprawa sądowa Fiodora i że o wpół do trzeciej mają się stawić w charakterze świadków.-

    -Em, ma Kapral na myśli Tatjane i Reinouta?- Dopytał Szkot

    -Moją blondwłosą psychofankę i teatralnie zachowującego się Rudzielca?- Odpowiedział pytaniem Vilĉjo

    -Zgadza się.- Potwierdziła Sara

    -Tak, ich mam na myśli. Przekażcie im to, pilnie- Powiedział po czym opuścił pokój. To samo zrobili Artair, Sara i Sienkiewicz, gdyż byli ostatnimi osobami w pokoju.

    Kiedy zmierzali do wyjścia, zaczepił ich jeszcze Sierżant, który sobie przypomniał po co w ogóle kazał im przyjść

    -Sienkiewicz!-

    -Tak sierżancie?-

    -Z tych nerwów zapomniałem. Ile razy mamy ci powtarzać, że nie możesz tak sobie działać bez uzgadniania czegokolwiek z kimkolwiek?-

    -W sensie że chodzi sierżantowi o mój rozkaz sprawdzenia co to uderzyło w ziemie za murem? Czy naprawdę aby sprawdzić trzeba wszystko uzgadniać? A co gdyby kolosy tam przyszły, a my byśmy nie dotarli? Zżarły by całą załogę tak żywą jak i martwą i niczego byśmy się nie dowiedzieli, a tylko narażali żołnierzy na daremne niebezpieczeństwo.-

    -Może i masz racje, ale wszelkie procedury nakazują ażeby to konsultować. Jako dowódca możesz dowodzić swoimi ludźmi, ale ja jako sierżant mogę mówić gdzie mają iść.-

    -Może i ma pan racje, lecz czy niesie moje zachowanie ze sobą jakieś negatywne konsekwencje? Bo mnie się nie wydaje. Przynajmniej nie w tym przypadku.- Oświadczył Sienkiewicz, po czym oddalił się. Sierżant stał w milczeniu patrząc w jego stronę. Po chwili powiedział cicho sam do siebie.

    -I co ja mam z nim zrobić?-


    Informacje wywiadowcze: ogólne informacje o Lechii #2

    Terytoria które kontroluje Lechia są bardzo zróżnicowane pod względem etnicznym jak i przyrodniczym, urbanistycznym i klimatycznym, gdyż Lechia ma swoje ziemie rozsiane po całej Europie środkowo Wschodniej, jak wcześniej było wspomniane. Lechia ma swoje tereny rozrzucone od Bułgarii, przez Rumunie i Serbię, Aż po Finlandie. Gdyby ktoś chciał przenieść tereny Lechii na mapę Europy, byłyby to mniejsze i większe punkty porozrzucane po Bułgarii, Macedonii, Serbii, Albanii, Chorwacji, Bośni, Rumunii, Węgrzech, Czechach, Słowacji, Polsce, Danii, Ukrainie, Białorusi, Litwie, Łotwie, Estonii, Finlandii, Szwecji, Rosji oraz Turcji, lecz lecz tylko w północnej Tracji.

    W Europie istnieje wiele innych frakcji, że tak to ujmę, jedne się bardziej inne mniej lubią, jedne się bardzo lubią, inne wręcz przeciwnie. Lechia ma jednego, wielkiego sojusznika, którym jest Arcybiskupstwo Austriackie, położone w Alpach, na terenach obecnej Austrii. Obejmuje dość małą część dawnego cesarstwa Austriackiego, gdyż zajmuję tylko Austrię Górną i dolną, Wiedeń, Styrie oraz Salzburg, a do tego malutki kawałek Bawarii. Jeżeli chodzi o wrogów, to w tej materii jest znacznie więcej frakcji. Jest Wielkie księstwo Moskiewskie, które obejmuję tereny Moskwy i obecnego (w sensie realnego) obwodu Moskiewskiego. Jest jeszcze Trójjedyne cesarstwo Grecji, Turcji i Macedonii, które trochę się obraziło że nie chcą im oddać Tracji i Macedonii. Cesarstwo Obejmuję większość wysp Morza Egejskiego (Prócz Krety, Rodos, archipelag Dodekanez i Samos, oraz pomniejszych wysepek obok wymienionych które należą do tzw. Państwa Egejskiego, które jest terytorium anarchistycznym), wyspę Korfu, Grecję, południową Macedonie, północne wybrzeże morza Egejskiego, Konstantynopol, Bosfor, Dardanele, półwysep Galipoli, Antalyę, Teren między tymi ostatnimi oraz Cypr. Ostatnim większym wrogiem Lechii jest… Chociaż w sumie to są, wszelkie frakcje niemieckie, takie jak Junta Saksońska, Bawaria, Księstwo Badenii czy Hestia, a jest to spowodowane fakt że wszelkie nacje niemieckie są uznawane za barbarzyńców. Zresztą nie bezpodstawnie i nie tylko przez Lechie, lecz przez większość Europy (albo tego co z niej zostało). Austriacy i Szwajcarzy nie zaliczają się jako niemcy. Słowo “niemcy” jest specjalnie pisane małą literą.


    Dochodziło południe. Wojsko miało obiad o godzinie wpół do pierwszej, co oznaczało że zostało do niego pół godziny. A po obiedzie zawsze są treningi, których ktoś zapomniał wstrzymać. Z tego też powodu Petra korzystając z odrobiny wolnego czasu postanowiła poćwiczyć trochę jazdę konną. Nie żeby miała z nią jakieś problemy, lecz wyszła z założenia że podszlifować umiejętności nie zaszkodzi. Wzięła konia ze stajni i pojechała na swoje ulubione miejsce do treningów. Było nim stare pastwisko którego od lat nikt nie używał do wypasania czegokolwiek, więc czasem Petra przyjeżdżała pojeździć i doskonalić umiejętności jazdy konnej. Pastwisko owe znajdowało się poza faktycznym Rybnikiem, przez co w okolicy były tylko drzewa i trawa. Samo pastwisko to był dość duży kawałek ziemi ogrodzony płotem o wysokości na oko 1,50 czyli trochę mniej niż Petra (która mierzyła 1,63 m). Ziemia z nieznanych nikomu przyczyn w środku płotu nie była porośnięta trawą, pomimo że powinna. Nikt jednak nie zawracał sobie tym głowy, gdyż nikogo to nie obchodziło.

    Po dziesięciu minutach jeżdżenia koniem po pustym pastwisku, Petra zdała sobie sprawę że ktoś ją obserwuję.

    -Ohayo, Petra-san!- Krzyknęła zza płota Aiko

    -He? Aiko? A co ty tu robisz?- Spytała nie spodziewająca się towarzystwa Petra

    -Cóż, tak sobie chodziłam po okolicy bez celu i zauważyłam że jeździsz sobie tutaj, więc przyszłam popatrzeć.- Wyjaśniła Aiko

    -Cóż, miło z twojej strony.- Stwierdziła Petra po czym wróciła do ćwiczeń.

    Jeszcze z pięć minut nie działo się nic, aż po tych pięciu minutach Aiko spytała

    -Hej, Petra-san! A czy ja mogę spróbować?-

    -Ale jazdy konnej? Cóż, skoro prosisz. Tylko uważaj, konie to dość płochliwe zwierzęta, może ci się coś stać.- Przestrzegała Petra. Pomimo przestrzegań, Aiko absolutnie je olała i zamiast poczekać na Petrę aby jej pomogła z wejściem na konia to na kozaka przeskoczyła płot i spróbowała wdrapać się na konia. Zrobiła to jednak tak nieumiejętnie i na szybko, że koń się spłoszył zrzucając przekładającą nogę Aiko na ziemie, a samemu uciekając w inną część dawnego pastwiska. Kiedy Petra to zobaczyła (czyli prawie od razu) podbiegła do Aiko zmartwiona że coś jej się stało.

    -Aiko, wszystko dobrze?- Spytała pomagając jej wstać -Przepraszam Aiko, to moja wina, powinnam była…- Zaczęła Petra, lecz Aiko jej przerwała

    -Daijōbudesu, Petra-san. Nic mi nie jest. *Niuch niuch* Ładnie pachniesz Petra-san.- Stwierdziła ni z tego ni z owego Aiko. Dość zaskoczona i zmieszana Petra odpowiedziała

    -Dziękuje… Chyba. Em, a zatem nadal chcesz spróbować jazdy konnej czy jednak…- Lecz Aiko znów jej przerwała

    -Jeden bolesny upadek nie wystarczy aby mnie zniechęcić Petra-san! Tylko tym razem lepiej poczekam na twoją pomoc.- Zadeklarowała Aiko. I nawet tą deklaracje spełniła. I jakkolwiek łatwe nie byłoby wchodzenie na konia, tak nauczona doświadczeniem z przed chwili Aiko wykonywała instrukcje Petry powoli i spokojnie, aby znowu nie zaliczyć gleby. Kiedy już dobrze siedziała w siodle, Petra złapała lejce i zaczęła robić to co normalnie się robi gdy się chce nauczyć kogoś jazdy konnej. Niestety, autor nie ma o tym zielonego pojęcia więc nic tu nie ma napisane na ten temat. 

    Dość szybko Petra się przekonała że Aiko jednak coś tam potrafi i podstawy jazdy konnej zna. I to nawet dobrze.

    -Łoł. Jeździłaś ty już wcześniej? Bo naprawdę dobrze ci to wychodzi.- Spytała Petra

    -Nie. To mój pierwszy raz.- Stwierdziła Aiko -Jestem zdolnym samoukiem!- Dodała

    -Cóż, nie takim samo- Zaśmiała się Petra

    -No i chyba mnie polubił. Dobry konik, dobry- Powiedziała Aiko głaszcząc konia.

    Jak to mówią, czas płynie szybko kiedy się dobrze bawisz, tak oto również nadeszła godzina w pół do pierwszej, co oznaczało jedno. Obiad. A skąd Było wiadomo że jest w pół do? Od początku szesnastego wieku istnieją zegarki kieszonkowe, przez wieki udoskonalane. Nie sztuka jest wyjąć okrągły zegarek z kieszeni i wyczytać z prostych jak budowa cepa wskazówek że zaraz się spóźnisz na obiad.

    -Oj, jak już późno, muszę się zbierać. Aiko, muszę oddać konia do stajni więc jakbyś mogła…-

    -Jasna sprawa.- Powiedziała po czym zeszła z konia. Petra wsiadła na niego i pojechała do stajni, aby go tam odstawić. Po zrobieniu tego popędziła na obiad, gdyż to najważniejszy posiłek dnia jest pszeca. Czy nie jest?

    Gdzieś wcześniej wspomniane było że obiad można było jako tako nazwać pełnowartościowym posiłkiem. Cóż, to zależy jak definiuje się “pełnowartościowy posiłek”. Bo jeżeli wojskową grochówkę na pierwsze, a dwa pieczone ziemniaki, łyżka kapusty i chleb na drugie można uznać za takowy, to proszę bardzo. Tak, szczędzili na posiłkach dla wojska i to bardzo. I to nie tak że tylko oni szczędzili, wszyscy szczędzili, ba, nawet w realu się szczędzi dość mocno, a przynajmniej tak słyszałem, lecz Lechia szczędziła znacznie bardziej.

    Kiedy Petra przyszła kantyna była pełna. Jak zwykle musiały się w niej zmieścić trzy oddziały, tym razem oni, kawaleria od Grozdy oraz piechota od Czcibora. Kolejka była dość długa, więc Petra niezwłocznie się w niej ustawiła. Na jej szczęście dość szybko dostrzegł ją Edvard, gdyż dzielił ich tylko jeden stół , więc zawołał za nią

    -Hej, Petra! Tutaj! Chodź!- Oczywiście nie darł się na całą kantynę, mówił trochę ciszej. Petra zauważyła i usłyszała Edvarda, więc ruszyła w jego stronę. -Hej, Petra, w końcu jesteś. Zauważyliśmy że spóźniasz się na obiad więc Borivoj wziął dla ciebie obiad, abyś nie musiała stać w kolejce.- Poinformował ją Edvard, który siedział razem z Borivojem, oraz Albíną.

    -O, jak miło z waszej strony. To się przysiądę, dobrze?-

    -Jasna sprawa, nie krępuj się.- Zachęcił ją Edvard

    -Wiem jak nienawidzisz grochowej, więc nie brałem. Tak se tylko mówię.- Tak se tylko powiedział siedzący teraz obok Petry Borivoj

    -Cóż, może nie “nienawidzę”, lecz zdecydowanie nie przepadam.- Poprawiła Chorwata Petra -Ale dzięki.- Dodała Rumunka obdarowując go swoim ciepłym niczym słońce w przyjemny wiosenny dzień uśmiechem. W głowie Borivoja znów zagościła, gdyż to się działo regularnie, pewna myśl, która zagościłaby w głowie chyba każdej osoby która by była w takiej sytuacji, a mianowicie

    “Wyjdź za mnie.” Oczywiście, to tylko myśl, nie powiedział tego na głos, przez to to jest w cudzysłowie, a nie między myślnikami.

    -A zatem, gdzie byłaś? Normalnie jesteś dość punktualna, więc się zastanawialiśmy.- Spytała Albína

    -A nic, tylko udzielałam podstawowych lekcji jazdy konnej Aiko.- Powiedziała Petra

    -Komu? Jakaś znajoma z poza oddziału?- Spytał Edvard

    -Hę? Ah tak, przecież jej nie znacie jeszcze. Em, nie jestem dobra w wyjaśnianiu, więc może Borivoj wyjaśni? On ją też zna.-

    -Dobrze, ale jeszcze wspominałaś że udzielałaś lekcji.- Zaczęła Albína

    -Em, nie, nie o to chodzi, w sensie że uczyłam podstaw jeździectwa, chociaż w sumie to wyszło że opanowała je szybciej niż ja.- Wyjaśniła Petra

    -A, no chyba że tak.- Podsumowała Albína. Po tym cała czwórka zabrała się do jedzenia. Dość śmiesznie się złożyło że razem byli Edvard, Albína i Petra, gdyż cała ta trójka była do siebie dość podobna. Wszyscy drobni, cisi, niscy. Borivoj pasował do nich jak pięść do nosa, dobrze zbudowany, silny, gadatliwy, wielki, no ogólnie nie mieli ze sobą wiele wspólnego. Nie zmieniało to jednak faktu że ogólnie to się lubili. Chociaż mało kto się tam nie lubił. Nawet nie z uwagi na to że każdy był jakiś świetny, nie, po prostu dlatego że spędzili ze sobą dość dużo spokojnego czasu, większość osób jest tam od samego początku, od korpusu treningowego, jak człowiek zna drugiego człowieka te pięć lat to się człowiek przywiązuje. Zaczyna mu zależeć.

    W międzyczasie przy innym stole, Jarosław, Narek, Piotr, Sepi i Jaakob rozmawiali o ostatnich wydarzeniach.

    -Cóż, muszę przyznać że przez ostatni miesiąc działo się o wiele więcej o wiele dziwniejszych rzeczy niż przez całą naszą służbę, ale to chyba nie musi oznaczać czegoś naprawdę złego. Przecież również od ostatniego miesiąca zrobiliśmy więcej niż przez całą naszą służbę, więc może to być to.- Mówił Jarosław

    -Może, ale czy to nie dziwne że nagle pojawiają się kolosy o których nikt wcześniej nawet nie słyszał? Od tego wielkiego z końca października z wielką łapą zaczynając na tych wybuchających kończąc. Przecież gdyby takie były widziane już wcześniej to mówiłaby o tym cała Lechia już dawno.- Słusznie zauważył Jaakob

    -Możliwe, ale tak się teraz nie dzieje, więc…- Zaczął Jarosław, lecz Jaakob mu przerwał

    -Jak to nikt o tym nie mówi? Sam olbrzym z gigantyczną łapą jest na ustach wszystkich!- Zauważył

    -Dobrze, może i jest, ale to jeszcze nic nie znaczy. Mnóstwo osób wewnątrz murów nigdy nie widziało kolosów, to może być całkowicie normalna reakcja na przełamanie niezmienianego od dawna Status Quo.- Powiedział Jarosław

    -Może, ale to nie zmienia faktu że wojskowi też nic o tym nie wiedzą. Nawet kapral nie przypomina sobie czegoś takiego, a wiem, pytałem.- Poinformował Narek

    -Cóż…. Ech, musimy o tym gadać? Nie specjalnie mnie to obchodzi, więc możemy dać sobie z tym spokój?- Poprosił Jarosław

    -Typie, ale tu chodzi o jakieś kolosy których nikt nigdy nigdzie nie widział, a które czysto teoretycznie mogą stanowić ogromne zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa, jak i całej Lechii, o ludzkości nie wspominając!- Oburzył się Jaakob

    -Ech, no dobra, niech ci będzie. Osobiście uważam że przez ostatnie lata mieliśmy szczęście że nic się nie działo i po prostu takie się nie pojawiały w naszej okolicy. Przecież kolosa z wielkim łapskiem widzieliśmy tylko raz, nie wiemy czy jest ich więcej, a jeżeli tak to ile, może być ich garstka rozrzucona po świecie. Co do wybuchających to szczerze nie wiem, ale to samo co wcześniej. Widzieliśmy tylko dwa dotychczas.- Przedstawił swój punkt widzenia Jarosław

    -Coś w tym jest. Według mnie, przez ostatnie pare lat po prostu kolosy wyewoluowały w te dziwactwa.- Zaproponował Sepi

    -Mało prawdopodobne. Przez sto pięćdziesiąt lat nic w tej materii miałoby się nie zmienić, aż nagle tak znikąd takie coś? Śmiem wątpić.- Zaprzeczył Piotr

    -A zatem co ty myślisz na ten temat Mihajłow?- Spytał Sepi

    -Ja myślę że mam za mało informacji ażeby móc wysunąć jakiekolwiek wnioski, a układanie teorii mnie nie interesuje, ale jakbym już musiał to postawiłbym na to co mówi Wiśniewski.-

    -Hmm. Hej, a zmieniając temat, lecz zostając przy kolosach, myślicie że czemu tamten z wielką łapą tak sobie akurat wtedy rozwalił mur?- Spytał Narek

    -Szczerze to nie wiem. Ale pasowałoby to do teorii. Gdyby faktycznie jeden jedyny w okolicy się tu przypałętał to miałoby to sens.- Stwierdził Jarek

    -W sumie racja.- Stwierdził Narek

    Tak sobie gadali jeszcze kawał czasu, potem przerzucili się na tematykę wszystkiego i niczego zarazem, no ogólnie nic ciekawego.

    Jeszcze w międzyczasie przy jeszcze innym stole, Fülöp, Anna, Gustav i Reinout wspominali stare “dobre” czasy.

    -Hej, a pamiętacie jak pewnego razu Gustav wywalił Yavora przez okno, ponieważ ten wziął mu ukradzioną piersiówkę z winem? Zbieraliśmy go z ziemi śmiejąc się donośnie.- Przypomniał Węgier śmiejąc się w głos

    -Hej, nie kradzioną, lecz pożyczoną. Miałem oddać, tylko pustą.- Tłumaczył się Gustav

    -Dobra, nie wymyślaj, wszyscy wiemy jak było. Hej, a pamiętacie jak Světlana tak się upiła, że aż rozpętała burdę w barze? Musieliśmy sprzątać po niej całą noc, taki tam burdel zrobiła.- Rzuciła Anna również śmiejąc się donośnie.

    –Světlana? To nie była ta co się z nią po pijaku przespałaś, a potem się chwaliła tym i ogólnie zrobiła z ciebie kompletne pośmiewisko? Pamiętam i to aż za dobrze.- Powiedział Norweg

    -Po pijaku? A nie na trzeźwo przypadkiem, a to ona była pijana?- Spytała Anna

    -Mniejsza z tym. Hej, a kojarzycie tą sytuacje gdzie ja, Matic, Stjepan i Joona zakradliśmy się do Dowódczej spiżarni i podrąbaliśmy trochę mięcha?- Przypomniał Fülöp

    -Nie musisz mi przypominać przyjacielu, takich rzeczy się nie zapomina.- Stwierdził mniej lub bardziej trafnie Reinout.

    -Ah, stare, dobre czasy. Brakuje mi ich.- Powiedział Sørensen

    -Mi również przyjacielu, mi również. Ale jeszcze bardziej brakuje mi ludzi którzy sprawili że te czasy były takie dobre.- Dodał Holender

    -Mi również. Zwłaszcza Světlany i Stjepana.- Powiedziała Anna

    –Stjepana? Przecież typa nienawidziłaś, Brzeńska! Co ci się nagle odmieniło?- Spytał Herczeg

    –Powiedziałam Stjepana?- Spytała widocznie zaskoczona Anna

    -No tak, problemów ze słuchem jeszcze nie mam więc wiem że tak powiedziałaś.- Potwierdził Gustav

    -Dziwne. Ale dobrze, może zmienimy temat?- Poprosiła Anna

    Czas mijał, ludzie jedli, gadali, pili, wchodzili, wychodzili, zatykali schody, ogólnie robili to co się normalnie robi w kantynie. Ludzie którzy wychodzili wracali do swoich zajęć, albo obowiązków, jeżeli jakieś mieli. Petra poszła do swojej kwatery w koszarach, Sara powiadomiła Reinouta i Tatjane że rozprawa Sądowa Fiodora i mają się stawić w poniedziałek, Jaakob i Sepi robili całe nic i łazili po mieście, a Gustav znów polazł do prowizorycznej biblioteki znajomego.


    Gustav otworzył drzwi do budynku w którym mieściła się biblioteka. Zszedł po dość krótkich schodach i wszedł do głównej części. Stanowiło ją średniej wielkości pomieszczenie w którym stały cztery regały z książkami, oraz lada przy której siedział jakiś typ zajadający chleb z masłem.

    -Hej Jędrek. Jak tam życie mija?- Spytał Gustav

    -O, witaj Gustav. A dobrze, nie narzekam. Dziś nie przyszło zbyt wiele osób, jak zwykle jedni wypożyczali, inni oddawali, ale ogólnie to nic ciekawego. Jedna osoba od dwóch miesięcy zwleka z oddaniem książki i zastanawiałem się czy nie złożyć mu wizyty.- Powiedział Jędrzej

    -Hm? A kto to taki spóźnialski?-

    -Niejaki Céleste Guillory, Luksemburczyk mieszkający koło centrum, znany z tego że jest prawdopodobnie największym egocentrykiem w Mieście.-

    -On? Słyszałem o typie. Dawaj dokładny adres, mogę do niego pójść i sam mu wizytę złożyć.-

    -Serio? Dzięki, lecz nie trzeba, sam mogę pójść.-

    -Przecież ktoś musi pilnować aby wszystko było na swoim miejscu i aby nikt nic nie ukradł. Znaczy, nie wiem czemu ktoś miałby cośkolwiek kraść, lecz jednak, lepiej dmuchać na zimne.-

    -Cóż… Chyba masz racje. Dobrze, masz ty może jakąś kartkę? Zapisałbym ci.-

    -Mam notes.- Powiedział Gustav po czym wyciągnął z kieszeni na piersi znaleziony w samolocie notes, po czym podał go Jędrzejowi.

    -Idealnie. Dzięki. Dobrze, to jak tam było? A, no tak. Cmen-tar-na dwadzieścia-siedem. Proszę- Podał Gustavowi notes

    -Dzięki. I tak przy okazji, skąd znasz jego adres?-

    -Jest jedną z najgłośniejszych osób w okolicy, wszyscy wiedzą gdzie mieszka.-

    -Ach, tak, faktycznie. Dziwie się że jeszcze nikt mu nie rozbił tej jego przemądrzałej gęby o ziemie.-

    -Gustav!-

    -Dobra, dobra, spokojnie, tak sobie tylko mówię. Wrócę jak to załatwię.- Poinformował Gustav po czym wyszedł i ruszył w kierunku adresu podanego mu przez Jędrzeja.

    Nie było to zbyt daleko od Biblioteki, więc Gustav dotarł tam dość szybko. Dom Luksemburczyka wyglądał na typową kamienice, którą w zasadzie to był, więc nie było się czemu dziwić. Kamienica była dwupiętrowa, a po stronie ulicy rozciągał się szereg okien pokoi. Dach kamienicy był jak niemalże każdy w mieście pochyły, pokryty czerwoną dachówką. 

    -No ładną chatę se znalazł.- Mruknął pod nosem Gustav. Wszedł do budynku i spojrzał na przybitą do ściany na dwa gwoździe rozpiskę mieszkańców. Luksemburczyk mieszkał pod numerem 24. Udał się zatem tam, a kiedy dotarł pod mieszkanie Céleste, zapukał.

    -Proszę wejść!- Rozległ się głos ze środka. Korzystając z zaproszenia Gustav to właśnie zrobił

    -Dzień dobry panu, Gustav Sørensen, 03. Batalion piechoty powietrznej, czy mam wątpliwą przyjemność z panem Céleste Guillory’em?-  Spytał Gustav swoim zmęczonym życiem głosem gdy znalazł siedzącego na krześle przy stole Luksemburczyka. Ten się wzdrygnął, jakby ze strachu, siedział tak chwile, po czym złapał za leżący na stole nóż, wstał z krzesła przewracając je i rzucił się na Sørensena. Norweg zachowując zimną krew złapał go za rękę, wytrącił z niej nóż, po czym zgrabnym ruchem przerzucił go nad ramieniem na inny, mniejszy stół który stał za nim. -Zgaduje że trafiłem.-

    -C-c-czego chcesz?- Spytał zszokowany Guillory

    -Cóż, Jędrzej Nowicki wysłał mnie do pana, gdyż zapomniał pan zwrócić książkę do okolicznej biblioteki której jest on właścicielem.- Poinformował typa Gustav

    -C-c-co? I po takie coś wojsko wysyłają?-

    -I przez takie coś próbował mnie pan zabić? I tak dla informacji, to nie żaden rozkaz z tą książką czy coś, tylko przyjacielska przysługa. Chociaż po pana reakcji wnioskuje że zrobił pan coś bardzo złego przez co spodziewa się aresztowania lub egzekucji na miejscu. W innym przypadku by mnie pan nie atakował. Mam racje?-

    -Emm… Tak, ma pan racje.-

    -Cóż, a zatem co to takiego? Bo nie myśli pan chyba że atak na wojskowego puszcze płazem?-

    -Ech, dobra powiem. Sklep którego właścicielem byłem nie płacił podatków, więc się do mnie przyczepili.- Wyjaśnił

    -Tylko tyle? I był pan z tego powodu zabić żołnierza? Coś mi się nie chce wierzyć.-

    -Nóż i tak jest tępy, nic by wam nie zrobił, możecie sami sprawdzić żołnierzu.- Powiedział. Gustav podniósł leżący obok nóż i sprawdził czy naprawdę jest taki tępy. Oczywiście, nie zrobił tego przejeżdżając nim po swoim palcu, lecz po palcu Guillory’a.

    -Cóż, załóżmy że uznam to za dobre wytłumazcenie. Dobrze, a zatem co pan zrobił z książką co ma ją pan zwrócić?- Wrócił do pierwotnego tematu rozmowy Gustav.

    -Co?.. Ach tak, leży na stole. A teraz mogę wstać?-

    -A czy ktoś panu zabraniał?- Odpowiedział pytaniem na pytanie, po czym poszedł po faktycznie leżącą na stole książkę. -Hmm… Żywot człowieka poczciwego? Czytałem kiedyś, bardzo dobra książka. Z tego co widzę ma pan bardzo dobry gust.- Stwierdził Gustav

    -Em… Zakładam że teraz mam spore problemy, nie?- Spytał Luksemburczyk

    -Cóż, w normalnych warunkach bym pana na miejscu aresztował i zaprowadził do najbliższego posterunku straży miejskiej, lecz na pana szczęście nie mam ochoty się tłumaczyć z rozwalenia stołu, więc tego nie zrobię. Dziękuję panu za współprace i życzę miłego dnia.- Powiedział Gustav, po  czym wyszedł i ruszył z powrotem do Biblioteki.

    Powrócenie do niej również nie trwało jakoś bardzo długo, ot z kilometr i jesteś. Gustav wszedł do środka i rzucił do Jędrka

    -Jędrzej, mam książkę!- wymagało to rozwalenia typowi stołu, lecz się udało.-

    -O, Gustav, już jesteś. Szybko coś ci zeszło. I dlaczego musiałeś mu rozwa… Chociaż nie, nie chce wiedzieć. Dzięki za pomoc.- Podziękował Jędrzej przyjmując od Gustava “Żywot człowieka Poczciwego”, po czym odniósł go na jego miejsce.

    -Nic takiego, małe nieporozumienie, nic wielkiego.- I tak wyjaśnił Gustav, lecz niezbyt szczegółowo.

    -Tyle mi wystarczy. Jeszcze raz dziękuje.- Powtórzył Nowicki

    -Nie ma sprawy. I jakby byli jeszcze jacyś inni zapominalscy to wal do mnie, chętnie załatwię co trzeba.- Zaproponował Gus

    -Cóż, nie trzeba, aczkolwiek dzięki za fatygę, z pewnością się nad tym zastanowię.-

    -Miło. A zatem, są w końcu…-

    -Tak, oddał typ już, wiesz gdzie szukać.-

    -Dzięki.- Powiedział Gustav po czym skierował się do półki na której powinien być cel jego zainteresowań. Faktycznie tam był. – Faktycznie, są. Bracia Karamazov. Czas to nareszcie skończyć.- Mruknął sam do siebie Norweg, po czym podszedł do stojącego przy ścianie starego fotela, który razem z Jędrkiem  znaleźli gdzieś na śmietnikach i otworzył książkę tam gdzie skończył ostatnio.


    W tym czasie, w innej części miasta, a mianowicie na obrzeżach, Tatjana chodziła bez celu. Przechodziła właśnie obok cmentarza, kiedy zobaczyła na nim znajomą postać. Był to Giò. Stał nad jakimś grobem i wpatrywał się w niego. Tatjana postanowiła do niego podejść i spytać o co chodzi.

    -Giò? Em, co tutaj robisz?- Spytała Łotyszka. -Em, czyje to groby?- Dodała po chwili kiedy zobaczyła trzy groby z dość świeżymi kwiatami na nich położonymi. Jak praktycznie każdy grób na tym cmentarzu, były to wbite w ziemie krzyże z tabliczką informującą o godności zmarłego, dacie urodzenia i dacie Zgonu. Był to smętarz wojskowy, więc w ziemi nie były pochowane ciała, lecz przedmioty które za życia osoby oddały w postaci nieśmiertelnika, aby w razie niemożności przywiezienia ich ciał, czego nigdy nie robiono, pochowali właśnie je. Każdy obowiązkowo musiał taki przedmiot podarować. Trzymany był potem w specjalnym magazynie. Tatjana podarowała czarno-białe zdjęcie przedstawiające ją i jej zmarłego brata.

    -Padriga, Yasina i Lei. Pogrzeb odbył się dwa dni temu…. To naprawdę niesprawiedliwe.- Odpowiedział Giò

    -Cóż, świat ma to do siebie że to nie jest sprawiedliwe miejsce. Nic się na to nie poradzi. Wiem o czym mówię, sama straciłam bliską mi osobę.-

    -Nawet nie miałem możliwości poznać ich prawdziwych imion.- Powiedział Giò

    -Prawdziwych?- 

    -Tak, każdy w drużynie Kaprala Vilĉjo ma swoje przybrane imię i nie używa swojej prawdziwej godności. Ja, Fiodor, nawet sam kapral-

    -A jak brzmi twoje prawdziwe imię? Jeżeli chcesz powiedzieć oczywiście.- Spytała Tatjana

    -Na imię mi Giovanna Giorgio, ale wszyscy mówią mi Giò.- Powiedział Giò. -A jaką to bliską osobę straciłaś?- Spytał

    -Mojego młodszego Brata, Aleksejsa. Pięć lat temu, podczas protestów przeciw Byłemu już komendantowi, przypadkiem go zgubiłam gdzieś. Szukałam go po całym mieście, lecz nigdzie go nie było. Kiedy go w końcu znalazłam… Leżał martwy wśród protestujących. Miał długą ranę ciętą od prawego ramienia po lewą kość biodrową… Miał wtedy ledwo 13 lat. To był dobry dzieciak. Czasem nieznośny, lecz dobry. Zasłużył na lepszy los. Tak jak my wszyscy.- Giò zmienił wyraz twarzy, pojawiło się na niej przerażenie, jakby właśnie sobie coś uświadomił.

    -A zatem, czemu dołączyłaś do armii?-

    -Aby znaleźć tych którzy zabili mojego brata i zafundować im dokładnie ten sam los. To na chwilę obecną mój priorytetowy cel. Nic innego nie ma dla mnie większego znaczenia.-

    -Mhm… Szczere wyrazy współczucia. A gdzie jest jego grób?- 

    -Na drugim końcu miasta, a o co chodzi?-

    -Dziś jest rocznica tej masakry. Może powinniśmy się tam udać i położyć kwiaty czy znicz zapalić?-

    -A czemu my?-

    -Em… Cóż, ja sam zawsze odwiedzam grobów ofiar i kładę na nich kwiaty. Można by to nazwać hobby, lecz to jest bardzo zła nazwa.-

    -Cóż, mogę cię zaprowadzić. Tylko chwila.- Powiedziała Tatjana po czym zrobiła znak krzyża i powiedziała -Wieczny odpoczynek racz im dać panie…-

    -A Światłość Wiekuista niechaj im świeci…-

    -Niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen- Tą ostatnią część powiedzieli wspólnie, po czym poszli na grób brata Tatjany.


    W centrum miasta, na rynku rybnickim dokładnie, gdzie zawsze w przedziale godzinowym 12.00-15.00 panował największy ruch, a przekupki na kramach i innych stoiskach miały czasem problemy z towarem, a raczej ich brakiem, po rynku chodzili Sepi, Jaakob i Fülöp, którego spotkali po drodze. Jako że Fülöp był spłukany, gdyż cały swój żołd przeznaczał swojej żonie, ten tylko rozmawiał i przeglądał arsenał kramów i innych budek z towarami. Rynek Rybnicki był również centrum lokalnego handlu, gdyż był jednym z największych w całym okręgu. Przebijały go tylko, w kolejności rosnącej, Ostrawski, Bytomski, Katowicki i dawniej również Krakowski, lecz z wiadomych przyczyn już nie, choć niektórzy prognozowali powrót do stanu z przed roku, gdyż Kraków i oba przyległe dystrykty zostały już całkowicie oczyszczone z kolosów.

    -A zatem to prawda że masz żonę? Kolego, nie rozumiem twojej decyzji. W tak młodym wieku wiązać się z kobietą na całe życie i do tego dziecko zrobić, nie boisz się że coś spaprzesz?- Spytał Jaakob, który niedawno się o tym fakcie dowiedział.

    -Nie wiem czego tu nie rozumiesz. Jak człowiek wie że chce spędzić z kimś resztę swoich dni to czemu czekać? Niestety nie jesteśmy w stanie ostatnio spędzać tyle czasu co przez pierwszy miesiąc mojej służby w tym oddziale, lecz wciąż, nie żałuje.- Powiedział Węgier

    -Eh, nie zazdroszczę ci jakoś. Nie wyobrażam sobie za rok brać ślubu, a półtora roku później oczekiwać potomka. Ja może jak dożyje trzydziestki to może zacznę się nad tym zastanawiać. Ale puki co to mi się nie śpieszy.- Zadeklarował Jaakob

    -Hehe, uwierz mi, jak spotkasz tą jedyną to zapomnisz o tych swoich planach. Miłość to jest bardzo dziwne uczucie. Dziwne lecz piękne. Potrafi cię popchnąć do rzeczy które mogą nawet przeczyć twoim początkowym planom. Gdyż nie ma w świecie większej motywacji niż owe uczucie.- Powiedział Fülöp

    -A kiedy wzięło ci się na filozofowanie? Pierwszy raz wysuwasz jakieś głębsze myśli.- Zauważył Sepi

    -A jakoś tak. Może dlatego że ostatnio w ogóle mamy jakieś rozkazy? Nie wiem.- powiedział Fülöp

    -Może.- Zadeklarował Jaakob

    -Hej, zaczekajcie chwile, dobrze?- Spytał Sepi, po czym pobiegł do kramu obok. Spytał o coś babkę, wziął coś ze straganu, zapłacił przekupce i wrócił, po czym podał zakupione przedmioty Fülöpowi i Jaakobowi. -Trzymajcie. Babka mówiła że ręcznie strugane.- Zapewnił Sepi. Przedmioty które dał swoim towarzyszom to były drewniane emblematy batalionów powietrznej piechoty lechickiej, czyli mieczyk ze skrzydełkami. Fülöpowi dał dwa, gdyż, jak Sepi sam powiedział -Daj drugi żonie Fülöp.- Dla siebie Sepi też miał jeden. Założył sobie go na szyje, po czym powiedział -Żebyśmy nigdy nie zapomnieli starych dobrych czasów, kiedy w końcu miną i będą starymi, dobrymi czasami.-


    Informacje wywiadowcze: Protesty z lat 1987-1989 roku i masakra Rybnicka

    15 maja 1987 minęła okrągłą dwudziesta rocznica piastowania urzędu Komendanta okręgu Śląsko-Morawskiego przez Zdravkę Kralj, bośniacką Wojskową, która w ciągu dwudziestu dwóch lat komendantowania zdołała doprowadzić wielu ludzi na skraj nędzy, oraz doprowadzić okręg do ruiny (metaforycznie). Z tego też powodu tego dnia wybuchły trwające następne dwa lata protesty, których celem było obalić obecną komendant. Protesty miały swoje słabsze i silniejsze chwile, ale w gruncie rzeczy były dość poważne. Miały one swoje sześć głównych punktów. Pierwszy, to był sam ich wybuch, czyli 15 maj 1987 r. Następnie 26 Października w zamachu w Krakowie zmarł wice komendant, Blaže Nikolovski, który był odpowiedzialny za część nie do końca przemyślanych decyzji Zdravki. 03. Czerwiec 1988 r. to masowe protesty robotników w Bytomiu i Zabrzu spowodowane niskimi warunkami pracy i niską płacą, które na dwa tygodnie zatrzymało cały okręg przemysłowy okręgu. 30 grudnia 1988 to Pierwsze ustępstwa komendant, która jednak wciąż nie rezygnowała ze stanowiska. 03. Listopad 1989 roku to masowe protesty w rybniku, głównie na Rynku, które zostały brutalnie spacyfikowane przez nieznany oddział wojsk. Podczas tego wydarzenia zmarło 376 osób. Wydarzenie to ochrzczono masakrą Rybnicką. Sprawców nigdy nie udało się odnaleźć. Tydzień później, 10. Listopada 1989 r. Z powodu wydarzeń z Rybnika, Zdravka Kralj została odsunięta ze stanowiska komendanta i wydalona z wojska. Trzy dni później została znaleziona martwa w jej domu. Nikt nie wie co się stało. Urząd po Zdravce tymczasowo objął generał Christian Lindström, a po tygodniu został zastąpiony przez obecnego komendanta, Józefa Sikorę, któremu, we współpracy z Christianem Lindströmem który objął stanowisko wice komendanta, w ciągu paru lat udało się zdecydowanie poprawić sytuacje w Śląsko-Morawskim okręgu. W Rybniku, z inicjatywy  Rudzkiego rzeźbiarza Feliksa Serafina, na rynku został postawiony pomnik upamiętniający ofiary wydarzeń z listopada 1989 roku


    Zbliżała się godzina piętnasta. O tej godzinie o3. Batalion zaczynał treningi, które trwały do godziny osiemnastej. Z tego też powodu cały oddział zebrał się na poligonie dziesięć minut przed czasem, gdyż przyzwyczajenia. Kiedy dotarli na poligon zdziwili się gdyż czekał tam na nich Sierżant Amédée, Czcibor oraz Sara, która najwyraźniej stała tam od dobrych pięciu minut. Z uwagi na to że nikt nie wiedział co ti pierwsi dwaj robią, wszyscy stanęli przyglądają się im. Z uwagi na to że jakimś cudem zupełnie nie zauważyli trzystu osób które dość głośno podeszły do nich, lecz udawali że wcale tak nie było.

    -Em, żołnierze! Baczność!- Krzyknął Sierżant. Cały oddział to zrobił. -Słuchajcie. Z rozkazu kogoś z wyższego dowództwa, wasz dzisiejszy trening został odwołany. Powodem tego jest decyzja że zostaniecie jutro wysłani aby ubezpieczać budowniczowów kiedy będą kończyć ostatni odcinek muru Raciborskiego.- Powiedział. Po chwili jednak sobie uświadomił że mógł im to powiedzieć ktokolwiek więc wyjaśnił -I tak dla jasności, ja z dowódcą Czciborem jesteśmy tu tylko dlatego że akurat byliśmy w okolicy. W normalnych warunkach te informacje przekazałaby wam przyboczna waszego dowódcy, Petrović Sara. To tyle co chcieliśmy wam przekazać, spocznij i wracać do tego co robiliście. Ja mam bardzo pilne sprawy w okolicznej knajpie pewnego Kazacha. Ludzie, on serio ma pyszne pierogi.- To ostatnie powiedział do siebie odchodząc razem z Czciborem. 

    Cały oddział był dość zaskoczony tą sytuacją. Nie dość że wyglądało to dość dziwnie, to jeszcze mieli robić za obstawę budowniczych kiedy będą kończyć mur Raciborski. Nikt się tego nie spodziewał, lecz mało kto myślał że będzie to specjalnie trudne zadanie. Po tej dość nieoczekiwanej informacji, której nikt nie wziął specjalnie do serca, wszyscy jakby nigdy nic wrócili do robienia tego co robili wcześniej. Z wyjątkiem Petry, która wykorzystała fakt że jest blisko wojskowego szpitala aby zobaczyć jak się czuje Filip, któremu noga wciąż się nie zrosła i wciąż była w dość nędznym stanie, a także Zinoviya, Radosław, Dariusz i Gotthilf, którzy zainteresowali się o jakiej knajpie mówił sierżant, więc zaczęli go śledzić aby się tego dowiedzieć. Pełen profesjonalizm.

    Z uwagi na fakt że sierżant Amédée i dowódca Czcibor wybrali jedną z bardziej zatłoczonych dróg, śledzenie ich było z jednej strony ułatwione, gdyż mogli się wtopić w tłum, lecz również utrudnione, gdyż dość łatwo mogli ich zgubić. Oczywiście mogli po prostu się spytać gdzie jest ta knajpa i iść nie śledząc ich tak po chamsku, lecz coś im się ubzdurało że tak wygląda fajnie. Znaczy, tylko Radek tak myślał, reszta uważała to za dziecinnie głupie, lecz potrzebne, gdyż z jakichś przyczyn uznali że to ma więcej sensu niż po prostu się ich spytać.

    Logika

    Kiedy tak szli, Czcibor spytał sierżanta

    -Hej, sierżancie, z tego co widzę coś pana trapi. Mogę wiedzieć co?-

    -Nic takiego, po prostu denerwuje się na wszystkie decyzje wobec 03. batalionu. Chcieli sobie zrobić elite, a puki co to w zasadzie na nic się nie przydają. Raz na Kraków poszli, lecz dużą część roboty zrobiła kawaleria, przynajmniej według raportów, a i tak nie skończyli misji, tylko jakiś wysoki rudzielec z nieprzytomnym Fiodorem przyjechał, powiedział że ten zrobił coś złego, po czym kazali mu wracać i poinformować że wszyscy mogą wracać. Bezsens kompletny. Lepiej byłoby ich regularnie na wyprawy wysyłać, a nie przez trzy lata ich na treningach trzymać. Trening zawsze jest przydatny, lecz nic nie zastąpi praktyki. A oni się upierają by nadal ich trenować. No rzesz jasny gwint.- Narzekał Sierżant, kradnąc narodowe stereotypy od swojego towarzysza idącego tuż obok niego.

    -Cóż, muszę się z tobą zgodzić. Nic nie zastąpi praktyki. No i trzy lata to stanowczo za dużo. Lecz cóż możemy na to poradzić? Całe nic. Więc lepiej nie zaprzątaj sobie tym głowy. Skupianie się na rzeczach których nie możesz zmienić nigdzie cię nie zaprowadzi, a tylko będzie odciągać od spraw naprawdę ważnych.- Skomentował Czcibor

    -Może i masz racje. Ale i tak, w tej sytuacji nie dziwie się że Sienkiewicz wysyła ich poza mury samopas. Sam bym pewno tak zrobił.-

    -Znając Sierżanta umiłowanie do porządku i lojalność wobec zasad, coś w to wątpię. To nie w sierżanta stylu.- Podważył Czcibor

    -Czcibor, mówiłem ci chyba abyś nie mówił do mnie per “sierżant”. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi od paru dobrych lat, nie musisz być tak formalny. Przynajmniej nie w sytuacjach nieoficjalnych.- 

    -Może, ale wole tak, aby przypadkiem podczas tych oficjalnych nie palnąć czegoś czego będę żałować.-

    -Nie potrzebnie moim zdaniem.-

    -Może masz racje, a może to po mojej stronie racja leży, nie wiem, lecz wole się o tym nie przekonywać, przynajmniej nie na własnej skórze.-

    -Nie dziwie się. Dobra, jesteśmy. To ta knajpa co o niej Nikola Ivan mówił. Choć, zjemy coś. Ja stawiam. Uwierz mi, mają tu świetne pierogi.- Powiedział sierżant, po czym razem z Czciborem weszli do knajpy. Budynek był wciśnięty między dwa inne budynki. Do drzwi prowadziły trzystopniowe schody, a nad drzwiami wisiał szyld z napisem “U Eldara”.

    Cała czwórka prześladowców, czyt. Zinoviya, Radosław, Gotthilf i Dariusz, weszli za nimi.

    Wnętrze było dość standardowe. Długa lada koło tylnej ściany, stoliki poustawiane bez ładu i składu, kilka okien, lampiony, krótko mówiąc, typowa jadłodajnia czy inny budynek branży gastronomicznej o dość skromnych środkach finansowych. 

    Cała czwórka z odległości przyglądała się Sierżantowi i Czciborowi, aż w końcu Zinoviya uświadomiła sobie

    -Hej, a czemu my tak właściwie się tak czaimy?- Po chwili wszyscy sobie również uświadomili że nie ma to żadnego sensu, oraz że od początku go nie miało i czują się tak jakoś dziwnie jak każdy kiedy sobie uświadomi że właśnie odwalił coś idiotycznego bez żadnego sensu. Przypomnieli sobie również po kiego czorta tam w ogóle przyleźli. Aby zjeść trochę wysokiej jakości pierogów. Po tym jakże żenującym odkryciu, podeszli do lady gdzie Sierżant i Czcibor rozmawiali z barmanem. 

    -Chcecie coś tak w ogóle? Ja stawiam jakby co.- Zadeklarował Gotthilf

    -O, jak miło z twojej strony. Ale ja sam zapłacę za swoje.- Odmówił Jarosław. Cała czwórka usiadła przy ladzie, tuż obok sierżanta i dowódcy Czcibora. Czemu? Bo czemu nie?

    -No, z tego co widzę moja buda zaczyna zdobywać popularność wśród wojskowych. Co podać?- Spytał barman z bardzo mocnym Kazachskim akcentem. Po jego słowach jak i pochodzeniu, gdyż “Eldar” to imię kazachskie, a ono było na szyldzie, dało się wywnioskować że on był właścicielem.

    -Cóż, przyszliśmy spróbować tych waszych pierogów co o nich tyle słyszeliśmy.- Powiedział Jarosław, mimo iż tego dnia słyszeli o nich pierwszy raz w życiu

    -Rozumiem. Czyli cztery porcje pierogów. Coś jeszcze?- Spytał Kazah

    -Nie, to tyle.- Powiedziała Zinoviya swoim idealnie pustym głosem.

    -Dobrze, rozumiem. Gulmira! Tört porcïya tuşpara!- Krzyknął po Kazachsku do najwyraźniej jakiejś Gulmiry w kuchni, po czym sam tam poszedł.

    -Men tüsindim!- Rozległ się krzyk z kuchni w tym samym języku. 

    W sali nie było zbyt wiele osób, byli oni, Sierżant, Czcibor, jakaś trójka spod ciemniej gwiazdy, grajek siedzący w rogu i grający coś na Mandolinie, jeszcze przed chwilą właściciel za ladą, oraz czterech typów grających w jakąś grę karcianą, prawdopodobnie brydża, aczkolwiek mogli grać w cokolwiek, nawet w Makau. 

    -Nie spodziewaliśmy się towarzystwa. Czyżbyście zaintrygowani tym co sierżant mówił sam do siebie na temat pierogów za nami poszli?- Spytał ironicznie Czcibor po czym się cicho zaśmiał

    -Co? Oczywiście że nie.- Powiedział Jarosław, który tonem głosu dawał do zrozumienia że jest zupełnie inaczej niż mówi, po czym spytał szeptem siedzącego po swojej prawicy Gotthilfa -Skąd on to wiedział?- Czcibor to usłyszał, bo szept łatwiej usłyszeć, o czym się jeszcze raz zaśmiał.

    -Czyli jesteście z 03. batalionu?- Upewniał się sierżant

    -Jak najbardziej sierżancie- Potwierdził Gotthilf

    -Aha. To mam do was pytanie. Jakie to uczucie, być bezużytecznym?- Spytał sierżant

    -Em, co ma sierżant na myśli?- Spytał Jarosław

    -No wiecie. Po prostu być. Nikt od ciebie nic nie chce, niby coś robicie, lecz nie robicie w zasadzie nic znaczącego. W teorii możecie zrobić wiele, lecz w praktyce nie możecie zrobić nic.- Wyjaśnił

    -Cóż, muszę przyznać że to jest dość dziwne uczucie. Z jednej strony masz święty spokój i nikt nic od ciebie nie oczekuje, lecz z drugiej masz tę świadomość że mógłbyś coś zrobić, że mógłbyś coś zmienić, lecz nieważne jak bardzo próbować, nie ważne jak będziesz się starać, nic nie możesz.- Odpowiedział Darek

    -Muszę w tym miejscu przyznać racje koledze Dariuszowi. To jest bardzo specyficzne uczucie. Niby wszystko fajnie, lecz masz tę świadomość że mógłbyś coś zmienić, aby było lepiej, nawet nie tobie samemu. Ja osobiście jednak cieszę się że w końcu możemy się wykazać. Będziemy mogli w końcu jakoś bardziej pomóc ludziom żyjących po tej stronie murów, jak i po tej drugiej.- Dodał Austriak

    -Hmm… Dziękuje za odpowiedź.- Podziękował Sierżant. W tym momencie z kuchni wrócił Kazach i podał Czciborowi i Sierżantowi to co oni zamówili. Sierżant, jak mówił wcześniej, wziął pierogi, a Czcibor dla odmiany wziął Bigos z bliżej nieokreślonym mięsem i ziemniakami. 

    -Proszę. Smacznego życzę, a wy jeszcze chwile musicie poczekać. Em, chcecie coś na popite?- Spytał Kazach

    -Ja wodę poproszę.- Poprosiła Zinoviya, wiedząc że w każdym szanującym się przybytku gastronomicznym można dostać trochę wody.

    -Dobrze, to zaraz przyniosę.- Powiedział po czym poszedł po wodę dla Ukrainki. Wrócił po krótkiej chwili i podał jej szklankę wypełnioną wodą. Niedługo później pozostała czwórka dostała też swoje jedzenie, za które Gotthilf zapłacił tuż po otrzymaniu go + za wodę też zapłacił, bo też była odpłatna, co nie powinno nikogo dziwić. Na porcje pierogów składało się pięć sztuk pierogów z nieoczekiwanie wysokiej jakości mięsem, polane topionym masłem dla smaku. Fakt że smakowały tak dobrze skłonił Dariusza do zadania pytania

    -Przepraszam pana, ale z czym są te pierogi? Są naprawdę dobre.- 

    -Cóż, z baraniną. Ciotka z wujem mają w sąsiednim dystrykcie pastwisko gdzie owce hodują, jak część na ubój biorą to część mięsa wysyłają nam i stąd mamy. – Powiedział Kazach

    -Ah tak? A co robicie że się nie psuje? Bo chyba na ubój nie wysyłają co miesiąc owiec, nie?- Spytał Gotthilf

    -Cóż, wuj mój swego czasu zrobił nam taką chłodnie, gdzie trzymamy mięso. Nie jest jakaś bardzo duża, lecz zimno trzyma, a i duża być nie musi, bo mięsa nie trzymamy dużych zapasów, a i do nas mało kto przychodzi, więc się nie opłaca trzymać tego dużo. Nie pamiętam jak ta chłodnia do końca działa, ale szczerze mnie to nie obchodzi, ważne że działa.- Wyjaśnił Kazach

    -Hmm… Dziekuje za informacje.- Podziękował Chabryk po czym wrócił do zjadania pierogów.

    Przy stole przy którym czwórka typów grała w karty jeden z uczestników wyraźnie zezłoszczony wstał wywracając krzesło, po czym wyszedł z knajpy. Gotthilf, który właśnie skończył jedzenie, podszedł do stołu i spytał

    -Przepraszam panów, a w co panowie grają?-

    -W Pokera Śląskiego.- Powiedział jeden z graczy -A kolega co wyszedł w szale, to dość mocno przegrywał i się oburzył, jakoby to mielibyśmy oszukiwać.-

    -O, Poker Śląski? Pamiętam swego czasu mój Macedoński przyjaciel nauczył mnie w to grać. Byłem nawet dobry, lecz to było dawno. Mogę się przyłączyć?- Spytał

    -Cóż, jak chcesz. Tylko my tu na pieniądze gramy, więc jak masz co postawić to dawaj.- Powiedział inny typ

    -Cóż, w tą grę normalnie się gra na pieniądze. Dobra, to kto rozdaje?- Spytał Austriak

    -Ja. Możemy zacząć od początku, gdyż kolega został zastąpiony kimś innym.- Powiedział Ten trzeci. Każdy wyłożył “Ceskiego”, czyli po 10 groszy, po czym zgodnie z zasadami rozdał wszystkim po trzy karty oraz jedną pod stos. Kartą tą była dama trefl. Gotthilf jako pierwszy zaczął podbijać stawkę dokładając kolejnego Ceskiego. Reszta zrobiła to samo, przez co w grze było już 80 groszy. Gotthilf znów dołożył. Znów, wszyscy zrobili to samo. Austriak po raz trzeci dołożył do puli. Typ po jego lewej spasował, reszta dołożyła. Ponownie Gotthilf dołożył 10 groszy. Tym razem tylko typ przed nim zrobił to samo. Na koniec Gotthilf znów dołożył, po czym ostatni typ spasował. Tym oto sposobem w puli było 180 groszy, co było dość dużą sumą. W przeliczeniu na złotówki to byłoby coś koło 60 PLN (W sensie tych realnych). Gotthilf zrobił następnie to samo. kiedy przyszło do pokazywania kart okazało się że Chlusta miał Gotthilf, typ przed nim i typ z jego prawej strony.

    -Dobra, to co tu ma….- Zaczął typ z lewej, lecz przerwał. Gotthilf miał trzy walety, co automatycznie oznacza że wygrał. gdyż trzy walety w starszeństwie są najstarsze (czyli najsilniejsze).

    -No nieźle. Poszczęściło ci się kolego. Dobra, teraz ty rozdajesz.- Powiedział poprzedni rozdający do Gotthilfa.

    -Dobrze zatem. A tak przy okazji, jak się panowie nazywają?- spytał Gotthilf

    -Marián Kříž- Powiedział typ po lewej stronie Gotthilfa

    -Aron Szewc- Powiedział typ przed Gotthilfem

    -Havel Ježek- Powiedział ostatni typ.

    -Gotthilf Wetzel Hofmeister. Miło poznać. Dobrze zatem, to zaczynamy.- Oznajmił Hofmeister.

    -Hoffmeister? Brzmi znajomo. Czy ja już gdzieś o Hoffmeisterach nie słyszałem?- Spytał Ježek

    -Cóż, na pewno. Ale to byli von Hoffmeisterowie, ja się do nich nie zaliczam. Często ludzie myślą że jestem właśnie od nich przez nazwisko. Ale uwierzciemi, to kompletny przypadek.- Zadeklarował Gotthilf.

    Z uwagi na fakt że opisywanie każdej partii z osobna mija się z celem, po prostu tu są wyniki wszystkich czterech rozegranych przez Gotthilfa partii:

Nr. rozdania  Suma w puli  Zwycięzca:  Sposób wygranej: Chlust/Ilość lew:
1. 180 groszy Gotthilf Wetzel Hofmeister Chlust 3 Walety
2. 200 groszy Gotthilf Wetzel Hofmeister Chlust 3 karty w atutowym kolorze (Pik)
3. 100 groszy Marián Kříž Lewy 2 Lewy
4. 240 groszy Gotthilf Wetzel Hofmeister Lewy 2 Lewy

    Po tej jakże ciekawej, jednostronnej i szybkiej rozgrywce, Havel powiedział

    -Emm… Cóż kolego, miałeś szczęście. Dobrze, jeszcze jedną partyjkę?- 

    -Chętnie, lecz niestety z tego co widzę muszę się zbierać. Koledzy z oddziału wzywają. Miło się grało panowie, mam nadzieje że jeszcze kiedyś będziemy mogli to powtórzyć.- Powiedział Gotthilf. Czcibor jeszcze siedział i jadł swoje jedzenie, Sierżant już wyszedł, a towarzysze Gotthilfa czekali właśnie na niego na zewnątrz.

    -Zaraz, z oddziału?- Spytał Aron

    -Tak, ja wojskowy. Nie widać?- Wskazał na naszywkę na mundurze. -Często tu bywacie?- spytał

    -Em, tak, dość często. Jesteśmy stałymi bywalcami tego miejsca.- Oświadczył Marián

    -Miło. Na pewno jeszcze kiedyś tu wpadnę. To miłego…- Zaczął, lecz nie skończył, gdyż obok jego ucha przeleciał bełt z kuszy. W drzwiach stał Jakiś typ w masce bez szczegółów, tylko z dziurami na oczy. Celował przed siebie z kuszy. Gotthilf jako że nie miał przy sobie uzbrojenia, nie wiedział specjalnie co zrobić. 

    -Guten Tag,- Powiedział typ w masce. Gotthilf nie miał zielonego pojęcia czemu nagle typ postanowił wejść do cudzego przybytku i spróbować kogoś zabić, lecz nie specjalnie go to teraz obchodziło. Nagle sobie przypomniał, że ma kaburę z nożem, tak na wszelki wypadek. Nie chciał używać noża do czegokolwiek więcej niż unieruchomienia napastnika. Ruszył w jego stronę, wyjął nóż, po czym wywiązała się walka. Napastnika dość szybko udało się pozbawić kuszy. Miał on jednak większy nóż, a on, w przeciwieństwie do Gotthilfa, na 100% nie miałby żadnych oporów przed wykorzystaniem go do robienia dodatkowych dziur w ciele. Bili się na może tak z kilka sekund, po czym właściciel usłyszał co się dzieje, po czym przyszedł z dwururką i wystrzelił w stronę zamaskowanego typa. Ten oberwał, po czym zorientował się że ma przerąbane, a nawet gorzej, więc postanowił uciekać. Niestety dla niego, dwururka ma dwa pociski. Padł ranny w nogę na ziemie. Gotthilf schował nóż, a Kazach powiedział

    -Co to za rozróby w mojej knajpie?-

    -Cóż, przepraszam najmocniej, ale ni z tego ni z owego ten człowiek postanowił uzbrojony w kuszę zaatakować najwyraźniej mnie. Nie wiem czemu.- Wyjaśnił Gotthilf

    -Mówi prawdę. Widzieliśmy wszystko.- Powiedział wychodzący z ukrycia, czyli z pod stołu Aron

    Gotthilf podszedł do rannego napastnika i zdjął mu maskę z twarzy. Na twarzy jego natomiast pojawił się grymas zdziwienia połączonego z udowodnieniem oczywistego.

    -Alwin. Warum bin ich nicht überrascht? Mann, was machst du? Versuchst du mich für irgendeinen Schwachsinn umzubringen?- Spytał napastnika Austriak

    -Halte den Mund!- Powiedział Alwin, pomimo że znał Esperanto. To co powiedział znaczy tyle co “Stul pysk”.

    -Und woher hast du diese Maske? So einen habe ich noch nie gesehen. Und dieses Messer. Mann, wirklich, weil ich aus Österreich hierher gezogen bin, willst du mich ins Himmelreich schicken?- Spytał Gotthilf

    -Sie sind kein anderer als ein Verräter der deutschen Nation Gotthilf!- Krzyknął po niemiecku Alwin

    -Kto to jest?- Spytał Kazah

    -Prze pana, oto jest Alwin Gutermuth, człowiek który mnie uważa za zdrajcę wszystkich Niemców, gdyż dołączyłem do tutejszej armii.- Przedstawił Alwina Gotthilf, po czym podniósł z ziemi jego nóż. Było na nim wygrawerowany pewien symbol, którego jednak nie znał. Była to głowa wilka wzięta w okrąg. -Ciekawi mnie również, jak ty się tu w ogóle dostałeś. Nawet jeżeli jesteś z Brandenburgii, to i tak daleko, na piechotę nie dałbyś rady, konia nie masz, a i tak by cię nie wpuścili.- Zauważył również mówiąc do Alwina.

    -To ja wezwę lekarza.- Powiedział Havel

    -Nie trzeba. Zawisza Kwiatkowski, Sierżant straży miejskiej w Rybniku, co tu się stało?- Spytał Sierżant straży miejskiej, który właśnie razem ze swoimi dwoma ludźmi weszli do budynku, prawdopodobnie dlatego że usłyszeli strzały.

    Gotthilf wyjaśnił wszystko, a inni przy okazji czasem się odzywali, kiedy zaszła taka potrzeba.

    -Dobrze, rozumiem. Jak się pan nazywa?- Spytał Gotthilfa

    -Gotthilf Wetzel Hofmeister-

    -A panowie?- Spojrzał na Kazacha i trójkę typów przy najbliższym stole

    -Eldar Kozlov, właściciel tego przybytku.-

    Trójka graczy pokera śląskiego również się przedstawiło.

    -Dobrze. A zatem proszę o nie opuszczanie tego miejsca. Będziemy musieli zebrać zeznania i tak dalej, rozumiecie, standardowe procedury. Dobrze, chłopaki, zatamowaliście krwawienie?-

    -Tak jest sierżancie!-

    -Dobrze, zabieramy go na komisariat. Ale najpierw do ambulatorium. Powtarzam, proszę się stąd nie ruszać.- Powiedział Zawisza po czym razem ze swoimi dwoma ludźmi zabrali Alwina z knajpy Eldara.

    -Em, to ja może już wrócę do swoich. Miłego dnia. No i przepraszam za kłopot.- Powiedział Gotthilf po czym wyszedł.

    Czcibor, który póki co wszystkiemu się przyglądał, nagle powiedział

    -Jakby co, on nie ode mnie.-


    Informacje wywiadowcze: Straż miejska

    Straż miejska to jest formacja porządkowa, zajmująca się utrzymywaniem porządku w Miastach. Nie są to formacje wojskowe, lecz osobny rodzaj formacji. Do formacji porządkowych zalicza się również Milicję, straż pałacową oraz straż nocną (taką straż miejską, tylko że patrolującą w nocy). Do ich obowiązków należy patrolowanie ulic wciągu dnia, pilnowanie porządku publicznego, zatrzymywanie ludzi łamiących prawo lechickie itd. Można ich nazwać taką policją, gdyż w zasadzie nią byli, jedyne co ich różniło od Policji (w sensie tej realnej) to fakt że oni mogli cię zabić jeżeli sprawiałeś zbyt dużo problemów. W każdym mieście znajdują się średnio cztery [4], komisariaty straży miejskiej. Służą one w zasadzie do dokładnie tego samego co komisariaty policji w prawdziwości. Komisariatów może być mniej lub więcej, zależy to od wielkości miasta. Na przykład w Katowicach jest posterunków aż 10, a w takich na przykład Pyrzowicach są tylko dwa, gdyż jest to dość mała miejscowość. Straż miejska z uwagi na fakt że nie jest formacją wojskową, organizacja rekrutacji i szkolenia do niej leży w kompetencjach najwyższych stopniem członków straży. Z tego też siły straży miejskiej są skromniejsze od wojskowych, lecz nie jest to problem, gdyż i tak więcej nie potrzeba. Przeciętny stróż miejski jest wyposażony w Węgierskiej konstrukcji, dziesięcionabojowy karabin czterotaktowy Kertész-Tordai 68 (nazwa pochodzi od nazwisk jego twórców, Margita Tordaia i Márii Kertész, oraz od roku skonstruowania tego modelu, czyli 1968) strzelający pociskiem 7,92 mm, Austriacki dwunastonabojowy pistolet samopowtarzalny Hofmeister 1990 o kalibrze 9 mm, który, taka ciekawostka, zastąpił ośmionabojowy Pistolet Wiz wz. 35 z 1935 r. (tak, przez 55 lat używali tego samego pistoletu) oraz kajdanki. Wyżsi rangą mają często również karabele, lecz to bardziej element ubioru formalnego niż praktyczna broń służbowa, co nie oznacza że nikt nie używa do celów służbowych, wręcz przeciwnie, jest to dość popularna praktyka.


    Czas mijał, dzień chylił się ku końcowi, poza akcją w knajpie “u Eldara” nie działo się nic nadzwyczajnego, a w międzyczasie nic się nie dziania, Aiko, Kuroda i pozostała dwójka przebywali w jakiejś zapomnianej przez wszystkich stodole, gdyż właśnie tam mieli spędzić czas ich przyśpieszonego treningu.

    -Ah, normalnie przypominają się treningi przetrwania co je w Korei mieliśmy. Mieliśmy przeżyć w terenie przez tydzień. Razem z moim zespołem znaleźliśmy jakąś opuszczoną stodołę po środku niczego, więc tam zrobiliśmy sobie bazę na noce. Fajnie było.- Wspominał Kuroda

    -Może dla ciebie. Dla mnie to była katorga.- Zaprzeczył Yūdai

    -Cóż, jak się nie umie ognika rozpalić bez zapalniczki to nie dziwie się że ci się nie podobało Hamasaki-san.- Wyśmiał go Kuroda

    -Zamknij się.- Zakończył Yūdai

    -Hej, panowie, uspokójcie się. To nie czas ani miejsce na kłótnie. Pamiętajcie że mamy misje do wykonania. Przy okazji, nieźle wymyśliłeś Yūdai z tym rekonesansem. Ja bym lepszej ściemy nie wymyślił- Przypomniał Paora

    -Dziękuje- Bez… jakimkolwiek głosem podziękował Yūdai

    -W zasadzie to racja. Ale raczej możemy ją olać bo dowództwo na 100% uznało nas za martwych.- Rzucił Kuroda

    -Może i tak Iwai, lecz nie zmienia to nic w tym że musimy ją wykonać. Dodatkowo, jesteśmy w najlepszym możliwym do tego położeniu. Nie zmarnujmy takiej okazji.- Zauważył Paora

    -Maorys ma racje. Żal by było zmarnować taką okazje jaką dostajemy.- Potwierdził Yūdai

    -Może i macie racje, lecz to nie zmienia faktu, że uważają nas za martwych, więc wyślą kolejny tuzin osób.- Stwierdził Kuroda

    -Prawda. Lecz to nic nie zmienia. Mamy misje do wykonania, więc ją musimy wykonać.- Rzucił Yūdai kończąc rozmowę.

    -Ale jaki jest teraz w tym cel? Nawet jak to zrobimy, jak powiadomimy o tym dowództwo? Jak zawiadomimy kogokolwiek że misja została wykonana? Stawiam 2000 Yenów że w całek okolicy nie ma ani jednej rozgłośni radiowej, a nawet jeżeli by była to nie ma możliwości abyśmy mogli nadać wiadomość, nawet do Tenshin, które jest najbardziej wysuniętym na zachód naszym miastem. Cała okolica zatrzymała się gdzieś w 1847 roku! Utknęliśmy tu i nie mamy żadnej gwarancji że w ogóle wrócimy do Japonii! Więc jaki jest tego wszystkiego sens?- Prawie wykrzyczał Kuroda

    Aiko stała koło drzwi do stodoły bez żadnego konkretnego celu. Po prostu, stała aby stać. Nic się za tym kompletnie nie kryło, po prostu sobie stała i oddychała świeżym powietrzem (a przynajmniej świeższym niż to wewnątrz). Od czasu do czasu robiła kółko wokoło stodoły, lecz w gruncie rzeczy nie ruszała się z miejsca. Kiedy tak sobie stała, zauważyła kilka postaci poruszających się niedaleko. Były na tyle blisko, aby Aiko mogła zobaczyć jakieś szczegóły. W przypadku jednej osoby udało się jej zauważyć na tyle szczegółów żeby ustalić że to

    -Petra-san!- Aiko pobiegła w stronę zauważonej nowej znajomej z przymusu. Te kilka postaci, których było trzy, odwróciły się w jej stronę.

    -Aiko?- Zadała pytanie retoryczne Petra, po czym Aiko rzuciła jej się na szyje, prawie ją przewracając. Razem z Petrą byli Borivoj Vuković oraz jego bliski przyjaciel który w normalnych warunkach nie odpuszczał go na krok, poza ostatnimi tygodniami gdzie był ranny, Dejan Perković. Śmiesznie się złożyło że obaj byli Chorwatami.

    -Ech, Dejan, to jest Aiko jedna z tych co o nich mówiłem.- Przedstawił Aiko Dejanowi Borivoj.

    -Emm… Cześć- Niepewnie się przywitał z totalnie ich ignorującą Aiko Dejan.

    -A-Aiko, co w ciebie wstąpiło?- Spytała Petra która absolutnie nie wiedziała z jakich przyczyn ona postanowiła że rzuci się jej na szyje i spróbuje wywrócić.

    -Jak to co? Cieszę się na twój widok!- Powiedziała Aiko odsuwając głowę, po czym ponownie się w nią wtuliła, tym razem już faktycznie ją przewracając.

    -Wygląda na to że cię polubiła- Zasugerował Dejan

    -Nie dziwota. Jak tu nie lubić takiej osoby jak Petra?- Zadał pytanie retoryczne Borivoj, które jednak wszyscy zignorowali.

    -Emm… Miło mi Aiko, lecz może mogłybyśmy wstać? Czuję się trochę niezręcznie- Zaproponowała Petra.

    -Hę? Em, dobrze- Rzuciła Aiko, po czym zeszła z Petry i stanęła z zawiązanymi za plecami rękoma. Petra, jak i towarzyszący jej koledzy z oddziału, wreszcie się Aiko przyjrzeli.

    Aiko miała ciemno czarne, długie włosy, związane w dwa małe, zwisające warkoczyki po obu stronach jej głowy. Twarz miała dość czystą i nie dało się ujrzeć żadnych piegów, pryszczy czy czegokolwiek w tym rodzaju. Wyglądała (w zasadzie również tak się zachowywała) dość dziecinnie, tak na 13-14 lat. Na sobie wciąż nosiła mundur w którym ją znaleźli. Mundur był w kolorze jakimś takim między zielonym a brązowym. Był to dość długi płaszcz zapinany na trzy guziki, z dość wysokim kołnierzem, oraz dwoma kieszeniami na piersi. Spodnie miała w tym samym kolorze, tylko były na nią odrobine za duże. Nosiła czarny, skórzany pas, oraz przez ramie miała przewieszoną materiałową torbę, która najwidoczniej w tym momencie była pusta, gdyż była oklapła. Oczy miała lawendowe, jakoś, skórę miała dość jasną no i ogólnie nie wyglądała na osobę zamieszkującą w ogóle kontynent zwany Europą.

    -A zatem, gdzie się wybieracie?- Spytała Aiko

    -Hm? A, em… Borivoj i Dejan powiedzieli że chcą mi coś pokazać w okolicznym borze. Idziemy tam teraz. Szczerze mówiąc bardzo mnie to ciekawi.- Powiedziała Petra

    -O, a mogę iść z wami?!- Spytała Aiko, która nagle bardzo się podekscytowała

    -Em, no nie wiem, mieliśmy…- Zaczął Borivoj, lecz Dejan szturchnął go łokciem i spojrzał na niego wzrokiem mówiącym “a co nam szkodzi”. -Ech, dobra, jak chcesz to chodź. Co mi tam- Rzucił Po chwili

    -Banzai!- Krzyknęła Aiko. Oczywiście, nikt nie miał zielonego pojęcia co to znaczy

    -Dobrze, to chodźmy może? Nie mamy całego dnia. Chyba- Zaproponował Dejan

    -Racja kolego. Dobra idziemy!- Powiedział Borivoj i ruszył przed siebie, a za nim Dejan, Petra i Aiko, która z nikomu nie znanych powodów przykleiła się do Rumunki niczym rzep do psiego ogona. Bór o którym mówiła Petra nie był zbyt daleko, dało się go zobaczyć nawet stamtąd gdzie się zatrzymali, trzeba było tylko tam dojść. 

    -A zatem, Aiko, nie jesteś stąd, tak?- spytał Dejan

    -Nie. Jestem z baaaardzo daleka- Potwierdziła Aiko

    -A zatem, co cię sprowadza w te strony?- Ponownie spytał Perković

    -Eeee… Nie pamiętam.- Powiedziała Aiko, przykładając palec do ust, na znak że nie powie.

    -Co?-

    -Nie pamiętam. Tyle się dziś działo że zapomniałam- Blefowała Aiko próbując nie zdradzić tajnych informacji, co przychodziło jej z dużym trudem.

    -Aha, dobrze. A zatem, jak wygląda miejsce skąd pochodzisz?- Ponownie spytał Chorwat

    -Zupełnie inaczej niż to. Przede wszystkim nie ma tam murów majaczących na horyzoncie z każdego miejsca- Zaczęła Aiko

    -Nie ma murów? To jak bronicie się przed kolosami?- Spytała zaciekawiona Petra

    -Cóż, miejsce to znajduje się na wyspie,  więc stwory mogą przyjść tylko z wody. Żołnierze dniami i nocami pilnują czy niczego nie ma w wodzie, a jak jakiś się pojawi to go zabijają aby nie sprawiał zagrożenia. Lecz to tylko na wyspach. Na kontynencie już są mury, lecz wyglądają inaczej niż te tutaj- Opisała Aiko

    -Czyli nie musicie się martwić o olbrzymy tak bardzo jak my?- Spytała Petra

    -No, nie wiem jak to u was wygląda, lecz sądząc po murach to raczej podobnie- Potwierdziła Nakamura

    -W zasadzie to prawda. Poza tym jednym incydentem w zeszłym miesiącu, nigdy nie mieliśmy problemów z kolosami. Ale kto wie co przyniesie przyszłość. Ja osobiście wole być odizolowany przez mury, aniżeli przez morze. Czuje się bezpieczniej.- Powiedział Borivoj

    -Może. Chętnie bym zapoznała się z okolicą kiedyś. Jeżeli będę miała okazje oczywiście. Hej, jeśli będę miała chwile, to Petra, oprowadzisz mnie po okolicy? Prooooooooooooooooooooooooszę!- Poprosiła Aiko

    -Emm….. Dobrze, czemu nie?- Zadeklarowała przyparta do muru (częściowo przez samą siebie) Petra. W tym momencie weszli do boru.

    -Sugoi!- Mruknęła pod nosem Aiko. Tego nikt inny nie usłyszał.

    -Em, daleko jeszcze?- spytała Petra

    -Nie Petra, już nie daleko. A zatem Aiko, bo nie dokończyłaś, to jak wygląda miejsce skąd pochodzisz?- Dopytał się Borivoj

    -Cóż, z tego co zdążyłam tutaj zauważyć to u nas jest znacznie więcej ludzi. Zwłaszcza w Edo i okolicach, tam jest gęsto że łatwo się zgubić w tłumie. Ja osobiście byłam tam raz, gdyż większość życia spędziłam w Stolicy, Kyoto, gdzie też jest dużo ludzi, lecz nie aż tak dużo jak w Edo. I teraz sobie uświadomiłam że te nazwy nic wam nie mówią.- Powiedziała Aiko, cicho chichocząc bóg jeden wie z jakiego powodu.

    -Potwierdzam. Nie mówią zupełnie nic. Ale łatwo się domyślić że chodzi o miasta. Dość duże miasta można wywnioskować.- Powiedział Dejan

    -Dobrze, a zatem wracając, większość terenu zajmują góry, przez co większość dużych miast znajduje się na wybrzeżach. Ale odchodząc od zabudowań, u nas jest cieplej. Nawet w tym mundurze jest mi chłodno. Tu tak normalnie jest, czy tylko teraz?- Spytała Aiko

    -Jeżeli teraz jest ci zimno, to poczekaj do stycznia, wtedy zamarzniesz jak stoisz.- Rzucił Borivoj i się zaśmiał- Jak na tutejsze klimaty to i tak ciepło jest, a to nie jest zbyt częste, a to dopiero początek Listopada.- Dodał

    -W sumie prawda. A nad Bałtykiem to ponoć dopiero mrozy są. Sepi raz mówił że w Helsinkach jak był to było z dwa razy zimniej niż tutaj. Co prawda to był początek grudnia, lecz jednak.- Zauważył Dejan

    -Ta, racja. O, gadaliśmy tak i proszę, jesteśmy na miejscu.- Spostrzegł Borivoj. Miejsce to to nie było nic więcej niż

    -Em, to jest drzewo?- Spytała Petra

    -Tak, teraz chodźcie, pokaże co jest w nim takiego ciekawego.- Powiedział Vuković. Okrążyli trochę drzewo, po czym doszli do dość sporej w nim dziury, która pozwalała wejść do środka.

    -Panie przodem- Powiedział Dejan zwalniając drogę. Petra i Aiko (w tej kolejności), weszły do środka drzewa. Już z zewnątrz dało się zauważyć że jest dość duże i ma dość szeroki pień. W środku jednak było niemal całkowicie puste.

    -Z jakiś miesiąc temu znaleźliśmy to miejsce, uznaliśmy że fajne i ogólnie, więc zrobiliśmy sobie z niego taką małą bazę wypadową, jak to lubię nazywać. Trochę tu posprzątaliśmy, posklecaliśmy na kij i szmatę pare rzeczy i sobie jest. Trochę o tym miejscu zapomnieliśmy na chwile, lecz sobie przypomnieliśmy.- Chwalił ich Borivoj (w sensie siebie i Dejana).

    Faktycznie, w środku były jakieś posklecane na kij i szmatę rzeczy. Była jakaś wisząca ławka zrobiona z kilku badyli, desek i paru kawałków sznurka, a nawet dwa, był też stolik, podobnie zrobiony, tylko na na 100% kradzione gwoździe, trzy stołki do obierania ziemniaków, na pewno też kradzione, oraz skrzynkę świec, również kradzionych, z dość niskim świecznikiem, który należał do Dejana, co było wiadomo, gdyż swego czasu się nim “chwalił”, gdy trzeba było zejść do ciemnego pomieszczenia.

    -Łoł. Ładnie tu. I stołki na pewno były kradzione.- Zauważyła Aiko

    -Co? Wcale nie!- Zaprzeczył Borivoj, lecz po chwili powiedział po cichu do Dejana -Skąd ona wiedziała?-

    -Naprawdę tu ładnie. Ale, dlaczego w drzewie jest tak duża pusta przestrzeń?- Spytała Petra

    -Początkowo też się nad tym zastanawialiśmy, lecz później uznaliśmy że nie ma to większego znaczenia i uzgodniliśmy że to korniki.- Powiedział Dejan

    -Ciekawie. Ale, czemu chcieliście mnie to pokazać?- Spytała zaciekawiona Petra

    -Cóż, ee… Dejan uznał że to trzecie krzesło przydałoby się do czegoś użyć.- Powiedział Borivoj

    -Co?- W tym samym momencie spytali Dejan i Petra z dwóch odmiennych i niepowiązanych powodów i w dwóch różnych tonacjach, nie trzeba chyba mówić jakich.

    -Em, Dejan mówił że w sumie to możemy kogoś jeszcze zaprosić tutaj, więc z uwagi na… pewne czynniki padło na ciebie.- Sprostował Borivoj, absolutnie ignorując fakt że to był jego pomysł, co subtelnie, acz dosadnie dawał do zrozumienia wyraz twarzy Dejana, który jednak nie odzywał się

    -O, to miło z waszej strony. Chyba. Dziękuję.- Podziękowała zmieszana Petra, po czym się uśmiechnęła, tak dość nieśmiało, lecz szczerze.

    “Petra to naprawdę miła osoba muszę przyznać” pomyślał Dejan

    “Wyjdź za mnie” pomyślał Borivoj, choć to nic dziwnego, myślał o tym za każdym razem gdy widział Petrę.

    Cała czwórka przebywała tam jeszcze trochę czasu rozmawiając, aż na zegarku kieszonkowym Petry wybiła godzina 18:23, a to oznaczało

    -Oj, panowie, za kilka minut kolacja w kantynie. Przepraszam, nie wiem jak wy, ale ja muszę się zbierać, nie chce jej ominąć. To do później!- Powiedziała Petra po czym wybiegła z drzewa

    -Jasna sprawa, wpadaj kiedy chcesz!- Krzyknął za nią Borivoj. Po chwili kiedy już Petra na pewno już odbiegła kawałek, Borivoj powiedział sam do siebie, tak cicho, by nikt nie słyszał -Ah, cudowna kobieta, czyż nie mam racji?- Faktycznie, nikt tego ostatniego nie usłyszał.

    -Hej, to wy idziecie do tej, no… Kantyny?- Spytała Aiko

    -Nie, nie specjalnie. Chleb z chlebem możemy sobie darować. No chyba że ty chcesz, mogę trochę przynieść.- Zaproponował Dejan

    -A nie ma u was obowiązku tam się pojawić? U nas był. Znaczy byłby, gdybyśmy ją mieli, mamy tylko jeden posiłek, rano.- Zauważyła Aiko

    -Znaczy technicznie rzecz biorąc to jest, ale chyba wszyscy się zorientowali że nie ma on większego sensu, więc za nie przestrzeganie go nie czekają żadne konsekwencje. Zatem, przynieść ci coś?-

    -Hmm… W sumie to czemu nie. Zatem mógłbyś?…- Poprosiła Aiko

    -He, dobrze, przyniosę coś. Zaraz wracam.- Powiedział Dejan po czym wyszedł i ruszył do Kantyny


    Informacje wywiadowcze: Ogólne informacje o Lechii #3

    W każdym okręgu Lechii obowiązują dwa rodzaje praw: Prawa ogólnolechickie i prawa Okręgowe. Te pierwsze są ustanawiane przez Lecha i obowiązują bezwzględnie we wszystkich okręgach.  Te drugie są ustalane przez komendanta danego okręgu i obowiązują tylko na jego terenie. Do praw ogólnolechickich należą m.in. prawa dotyczące administracji oraz wojska, a do okręgowych, kodeks karny, prawa dotyczące porządku publicznego i straży miejskiej, podatków, budżetu, wydarzeń i innych.

    Komendant okręgu jest wybierany spośród siedmiu kandydatów w głosowaniu powszechnym, największym procentem głosów, na dożywotnią kadencje. Jedyne przypadki gdzie komendant może zostać zmieniony za życia to kiedy sam zrezygnuje ze stanowiska, kiedy zostanie odsunięty ze stanowiska, lub kiedy wpłynie prośba, lub żądanie, o zmianę komendanta i zostanie rozpatrzona pozytywnie. Aby została tak rozpatrzona, musi ona posiadać ilość podpisów w ilości ok. 51% populacji danego okręgu lub więcej. Ta ostatnia opcja została dodana przez samego Lecha, po wydarzeniach z okręgu Śląsko-Morawskiego i po dość nieudolnych rządach Zdravki Kralj, które doprowadziły do bardzo złej sytuacji społecznej w okręgu.

    W Lechii od okręgu zależy prawo dotyczące posiadania broni. W okręgu Śląsko-Morawskim aby posiadać broń trzeba wyrobić specjalne pozwolenie, na co jest kilka sposobów. W niektórych okręgach (np. Kijowskim, Węgierskim czy Srpskim) broń jest w pełni legalna i można takową zakupić jeżeli ukończyło się 18 lat, w jeszcze innych (np. Mazowieckim, Trackim czy Zachodni0-wołoskim) jest ona całkowicie nielegalna, a w jeszcze innych jest jeszcze inaczej. Jednakże dominuje prawie pełna oraz pełna legalizacja.


Rozdział 4

    06. Lis. 1994 r.

    Godz. 14:21 Przy niedokończonym odcinku muru Raciborskiego

    Zgodnie z wczorajszym rozkazem, 03. Batalion został przypisany do ochrony budowniczowów budujących mur. Robili to od samego rana, czyli od siódmej rano, około. Mur był prawie że ukończony, a wiele się nie działo, raz na jakieś pół godziny, może więcej, jakieś kolosy atakowały, po czym były łatwo zabijane bo były z dwa, trzy może, więc ogólnie nic się nie działo. Było więc podejrzanie spokojnie.

    -Hej, Piotr, Jaakob, widzieliście gdzieś Tatjanę i Reinouta?- Sepi podszedł do zawołanej przez siebie dwójki, gdyż szukał tej drugiej dwójki, gdyż nigdzie ich nie było więc zaczął się tak trochę martwić

    -Jeżeli się nie mylę, a nie mylę się na pewno, Tatjana i Reiunot musieli się udać do Katowic jakieś dwadzieścia minut temu, aby zeznawać w sprawie jednego z przybocznych kaprala Vilĉjo, który zdradził i zabił trzech innych jego przybocznych, a czwartego ciężko ranił. Oczywiście to ostatnie to bujda, gdyż ja miałem okazje go spotkać i sam mówił iż rana nie jest poważna, lecz ktoś uznał najwyraźniej że jak tak napisze w raporcie to nic się nie stanie. Jak naiwnie.- Powiedział Pitor. Rosjanin był średniego wzrostu i nędznej budowy brunetem. Włosy miał wiecznie w nieładzie, mimo że sam był dość uporządkowaną osobą. Piotr był absolutnym sceptykiem. Miał ten dobry nawyk nie wypowiadania się na tematy o których nie ma wystarczająco dużo informacji, lecz on to często przeciągał do granic absurdu.

    -He? A skąd to wiesz?- Spytał Jaakob

    -Cóż, byłem w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie- Wyjaśnił

    -Dobra, mniejsza z tym. Hej, a wiecie czemu w ogóle mają się tam stawić?- Dopytał Sepi

    -W charakterze świadków, jak mówiłem, aby zeznawać w sprawie. Nie znam szczegółów, lecz wygląda na to że byli świadkami tego co się działo, więc masz odpowiedź.- Stwierdził Piotr

    -Hej, a tak przy okazji, widzieliście Lujze? Bo jej też nigdzie nie ma, a przysięgam że była- Dopytał Sepi

    -Cóż, została gdzieś wysłana, chyba żeby coś przynieść, lecz nie wiem co i gdzie.- Piotr odpowiedział. 

    -A to skąd wiesz? Znów byłeś w odpowiednim miejscu i czasie?- ponownie spytał Jaakob

    -Nie, to akurat sama mi powiedziała. Dostała wiadomość, jakąś kopertę, po czym podeszła do mnie i powiedziała, cytuje: “Hej, Rusek! Dostałam rozkaz ażeby zanieść coś, więc jakby ktoś pytał to powiedz że musiałam zanieść coś gdzieś, rozumiesz?” Koniec cytatu.-

    -A czemu akurat tobie?- Znów spytał Jaakob

    -Bo akurat byłem najbliżej. Żadna filozofia- Sprostował Piotr

    -Śmiesznie.- Stwierdził Sepi

    -Co w tym takiego śmiesznego?- Spytał Rusek, lecz nie dane mu było uzyskać odpowiedź. 

   Na niebie, po wewnętrznej stronie muru, pojawiła się czerwona flara, oznaczająca nadciągające kolosy, potem kolejna i kolejna, i kolejna, i kolejna. Wystrzelono ich w sumie siedem, co oznaczało że kolosów będzie sporo. Wszyscy żołnierze przygotowali się do walki z nadciągającym wrogiem, a budowniczowie schowali się tam gdzie mogli. Niedługo później pojawiły się olbrzymy. Było ich w sumie dwadzieścia, co było średnio korzystną liczbą, a fakt że nacierały ze wszystkich stron nie pomagał. I co prawda ok. 300 na 20 to dość spora przewaga liczebna, to jednak trzeba zaznaczyć iż wszystkie kolosy zaliczały się do tych wysokich (czyli od 15-18 m), co nie oznacza nic innego że tą dysproporcję można zmniejszyć do tak na oko 15:20, na korzyść kolosów, zakładając że przeciętny człowiek ma dwa metry wzrostu, co jest bzdurą. I może te obliczenia mogą nie mieć wiele wspólnego z rzeczywistością, lecz jednak dobrze pokazuje rozkład sił. Chyba.

    Ktoś mądry kiedyś pomyślał, że w zasadzie to dobrym pomysłem byłoby poustawianie kilkunastu wysokich pali przy murach, na wypadek jakby trzeba było walczyć z gigantami na otwartym polu, aby rzołnierze mieli szanse aby zdobyć wysokość odpowiednią do skutecznego wymanewrowywania ich, oraz utrzymania ewentualnej przewagi wysokości, kótra była w walce z nimi kluczowa. Tak zrobili i tutaj, co pomogło i to bardzo.

    Dwa kolosy rzuciły się przed siebie niczym psy którym ktoś rzucił patyk obsmarowany olejem z mięsa w stronę magazynu rzeźni. Jeden z nich skoczył jak pies z poprzedniego porównania, no i udało mu się złapać twarzą jednego piechura. Niestety dla niego, stety dla każdego innego, nie zdążył się zabitym na miejscu żołnierzem zbyt długo pobawić, gdyż tak się na nim skupił że odsłonił kark, a spośród 300 osób pare osób które takie okazje wykorzystują się znajdzie, więc jego kark został rozpłatany dość szybko. Kolosy zdołały się zbliżyć na niebezpieczną odległość, przez co skupiły się w dwóch większych grupkach. Miotało nimi niczym piłami łańcuchowymi poprzyczepianymi do wiosła kajakowego, przez co udało im się rozbić szyki piechoty Lechickiej. A co to oznaczało? Że łatwiej było ich zeżreć, oraz złapać. W kolejności odwrotnej. Udało się utłuc jeszcze trzy kolosy, lecz ich skupienie nie ułatwiało niczego, poza ponoszeniem strat w ludziach, ale to wszystko może ułatwić.

    Zinoviya i Anna, które tak się złożyło że były razem, rzuciły się na jednego kolosa poza grupą. Często używaną strategią, było odwrócenie uwagi tytana przez jednego żołnierza, a drugi tnie mu kark. Cóż, jeżeli obie strony wszystko zrobią dobrze to strategia jest świetnie skuteczna. Ale jak obie strony wszystko robią dobrze.

   Zinoviya miała rozwalić kolosowi kark, Anna odwrócić uwagę. Zinoviya robiła wszystko dobrze, bo miała łatwiejszą część, Anna spaprała wszystko u wejścia i dała się złapać. Na szczęście dla niej, Ukrainka była przygotowana, oraz zdołała zabić kolosa, zanim skonsumował Annę.

    -Jeżeli masz tak dawać się łapać, to lepiej się do gigantów nie zbliżaj. Taka rada.- Rzuciła Zinoviya

    -A, cicho być.-

    -Taaaak…. To ja idę pomóc innym, a jak chcesz sobie umrzeć, to nie przeszkadzam- Zinoviya ruszyła na kolejnych kolosów, kiedy Brzeńska wygrzebywała się z dłoni kolosa, z bardzo naburmuszoną miną.

    W innym miejscu, Petra, Vlastimila i Bonifác próbowali zrobić w zasadzie cokolwiek, co nie było takie znowu łatwe, gdyż olbrzymy machały łapskami usilnie próbując ich uderzyć, lub złapać. To drugie nawet się udało, gdyż jeden złapał Petrę, zaczął jej się przyglądać, nie wiadomo czego, nie przystępując do delektacji. Bonifác i Vlastimila bardzo chcieli jej pomóc, lecz kolosy baaaaaardzo w tym przeszkadzały. Kiedy Petra zaczęła się godzić z końcem swej drogi, usłyszała dość głośny okrzyk, po czym za kolosem coś szybko przeleciało, a następnie z tylnej części szyi kolosa, znanej szerzej jako kark, zaczęła tryskać jucha na znak zgonu tytana.

    -Juuuuuuuuuuhuuu!!! Kolejny z głowy! Zero dwa, zero siedem, jak tam u was?- Wykrzyczał typ który przy okazji uratował Petrę.

    -Kolejny leży!- Krzyknęła jakaś inna osoba płci żeńskiej.

    Piątka, gdyż tyle osób się nagle pojawiło skądś, żołnierzy latała między kolosami zupełnie nie zwracając uwagi na cokolwiek, mordując kolosy sprawniej niż większość innych żołnierzy. Wyglądali jakby byli jednocześnie chorzy umysłowo i w stanie euforii. Możliwe nawet że tak było. Mówili do siebie w języku Polskim, co oznaczało że wszyscy byli tam Polakami, nie trzeba tłumaczyć chyba dlaczego.

    Zdołali w zaledwie minute położyć więcej kolosów niż cały batalion przez minut trzy, a nic nie zapowiadało że mają zwolnić tępa. Kiedy oni kroili karki gigantów, reszta osób zorientowała się że znalazła się wśród nich jakaś piątka pojebów i odwala za nich całą robotę. Pomimo tego, większość uznała że powinni im pomóc, bo byli najpewniej albo mili albo głupi. Albo oba. W każdym razie, morale ewidentnie skoczyło w górę, co zawsze jest dobrym znakiem, więc wszyscy rzucili się na tytany, z dość widocznym skutkiem, w postaci zabijanych w odpowiednich ilościach kolosów, a nie szeregowych.

    Po kilkunastu minutach machania mieczami, celowania, chybiania, trafiania i udawania że ma się cośkolwiek pod kontrolą, zdecydowana większość z przybyłych olbrzymych gryzła piach, chociaż bardziej by pasowało że wąchała kwiatki od schodu, gdyż tam nie było piachu, a właśnie kwiaty.

    Jeden z piątki przybyłych żołdaków o wątpliwym stanie psychicznym po ubiciu jednego z ostatnich kolosów poleciał na ziemię, i wylądował na kolanach, sunąc przed siebie jeszcze z pół metra do przodu. Tam już stała trójka z czterech jego towarzyszy.

    -Ha ha! Dobra robota ludzie! Znów odwaliliśmy kawał dobrej roboty! Hej, a gdzie jest zero dziewięć?- Spytał typ. Za nim dało się ujrzeć z jakichś powodów jeszcze żywego kolosa, który go dojrzał, pobiegł w jego stronę, rzucił się na brzuch, otworzył paszczę i przygotował się do zeżarcia typa jadąc jednocześnie po ziemi.

    -Dwanaście, uważaj!- Krzyknęła jego jedna z dwóch towarzyszek, ta długowłosa, ruda, lecz typ to całkowicie zignorował. Po chwili coś mignęło koło kolosa, a następnie kolos dojechał do typa wciąż odwróconego plecami, lecz był już nie wystarczająco żywy aby go zjeść, bo w ogóle nie był żywy, gdyż był martwy.

    -Dobra, chyba wiem gdzie on jest. Zero dziewięć, choć tutaj, koniec zabawy!- Krzyknął do swego nadal latającego nad nimi kolegi, który posłuchał się prośby. 

    Członkowie 03. Batalionu podeszli spytać kim oni w ogóle są, gdyż to nie byli ludzie Vilĉjo, gdyż większość z nich była martwa, więc pięciu ich być nie mogło.

    -Hej, osoby! Dzięki za pomoc, a teraz, kim wy w ogóle jesteście? Bo przydałoby się wiedzieć nam- Spytał Radosław, który zdążył podejść na przedzie kilkunastu osób, którymi byli m.in.: Anna Brzeńska, Jarosław Wiśniewski, Janina Górska,  Fülöp Herczeg i Albína Hájek, a o tym zostało wspomniane bo czemu nie? A nóż widelec może się komuś przydać, czy coś.

    -O, a któż to przylazł? Hm, skoro nie wiecie to nas przedstawię, choć dziwie się  że nas nie poznaliście. Ja jestem Kapral dwanaście.- Powiedział

    -Dwanaście?- Spytał Jarosław

    -Tak, dwanaście. To długa historia, nie chce mnie się tego wyjaśniać. Moi towarzysze to, od lewej, zero siedem, zero dwa, zero pięć i zero dziewięć.- Dwanaście przedstawił swych towarzyszy broni ruchem zgrabnym i szybkim, mianowicie wskazywał wyprostowaną ręką na każdego po kolei.

    Dwanaście był wysokim i szczupłym mężczyzną w młodym wieku, miał bowiem 29 lat. Miał bujne, brązowe włosy oraz zielone oczy. Twarz miał w piegach niczym pole minowe, a skórę miał bladą jak ściana. Na sobie miał mundur oraz Trójosiowy sprzęt manewrowy, co nie powinno nikogo dziwić i było dość oczywiste.

    Zero Siedem był odrobinę niższy, miał czarne, proste włosy, oraz niebieskie oczy. Nie posiadał on piegów, a jego skóra była widocznie ciemniejsza, czyli był normalnego koloru skóry. Zero Siedem był lepiej zbudowany od swojego towarzysza numer Dwanaście. Miał on lat 30.

    Zero dwa w kwestii jasności i ciemności skóry była jakoś tak pomiędzy Dwanaście i Zero Siedem. Miała długie, rude, proste włosy sięgające jej na wysokość łopatek, a oczy miała zielone. Miała dość pokaźnych rozmiarów biust, szczupłą talię, oraz szerokie biodra. Była najmłodsza z nich wszystkich, gdyż miała lat 26. Zero dwa poza standardowym mundurem i TSM nosiła również na głowie czarną uszatkę ze sznurkiem obecnie pod jej brodą, ażeby czapa nie spadła jej ze łba kiedy będzie używać całego swojego żelastwa ze stali i ewentualnie innych metali bądź ich stopów.

    Zero Pięć była niską dziewczyną, o krótkich, jasnych, blond włosach, oraz zielonych oczach. Na twarzy miała w dość widocznym miejscu czarny pieprzyk, który był i wyglądał dość brzydko. Była ona dość płaska. Posture miała podobną do dwanaście, czyli dość wątła, a twarz miała usłaną piegami. Miała 28 lat.

    Ostatni z tej wesołej gromady, Zero dziewięć, miał krótkie, czarne włosy, nosił okulary, zabezpieczone sznurkiem, twarz miał czystą, a oczy miał niebieskie. Posturę miał nie aż tak wątłą jak Dwanaście i Zero Pięć, gdyż był dość dobrze zbudowany. Miał lat tyle samo co Dwanaście, czyli 29.

    -He he… A wy to kto? I nie pytam o nazwiska, tylko o jednostkę.- Spytał Dwanaście

    -03. Batalion powietrznej piechoty lechickiej.- Odpowiedział Jarosław

    -O, to wy! Ha ha ha! To wy co was wysoko postawieni debile wzięły do jakiegoś kretyńskiego projektu zrealizowanego po macoszemu? No, z tego co widzę, ten projekt dał zajebiste efekty!- Wyśmiał ich Dwanaście, po czym do głośnych śmiechów dołączyli się jego towarzysze. Nikt nie miał nic na swoją obronę. Prawie nikt

    -Hej, nie zapominajcie że nie dość że olbrzymy przylazły z każdej strony, poza tyłem, to jeszcze walczyliśmy na otwartej przestrzeni.- Zripostował Jarosław

    -Ta, bo te pale porozstawiane co 5 metrów to wcale nie ma być pomoc w wybiciu się na sensowną wysokość.- Zauważyła Zero Dwa

    -No, bo one zajebiście dużo dają. Ludzie, one są tak cienkie że w locie trudno jest w nie w ogóle trafić, co czyni je kompletnie bezużytecznymi!- Odrzekł Radosław

    -Ta, ta, ta, po prostu przyznajcie się że jesteście po prostu do niczego- Rzucił Dwanaście szyderczo się uśmiechając od stojących przed nimi piechurami.

    -A ty może przyznasz że robiliśmy co w naszej mocy! Przyłazisz tu, w środku walki dołączasz, robisz ze swoimi pachołami część roboty, a potem traktujesz wszystkich innych jak kompletnych idiotów! Za kogo ty się uważasz?- Wykrzyczał Jarosław

    -Za kaprala drugiej najlepszej drużyny w całej Lechii, chociaż po wyprawie do Krakowa to chyba możemy uznać że jednak najlepszej.- Odpowiedział Dwanaście po czym się roześmiał

    -Em… Radek, Jarek, zostawcie typa w spokoju. Dalsze przekrzykiwanie się nie ma żadnego sensu. Jak muszą masturbować się do własnego Ego, to niech se to robią, to oni się poniżają, nie schodźmy do ich poziomu.- Uspokoiła ich Albína kładąc im ręce na ramionach, po czym razem z nimi się odwróciła i się oddaliła. Kiedy dwanaście usłyszał co mówiła, natychmiastowo przestał się śmiać, i poczuł się wielce oburzony. Już miał jej nawciskać co o niej myśli, lecz Zero Pięć złapała go za ramię i powiedziała

    -Spokojnie kolego, nie denerwuj się. Oni są po prostu zazdroszczą nam, bo wiedzą że jesteśmy od nich o niebo lepsi. Nie ma o co się martwić.-

    -…Tak…. Masz rację….- Powiedział de facto sam do siebie Dwanaście, kiedy 03. Batalion wracał na swoje posterunki.

    W międzyczasie policzono też straty. Zginęło sześciu żołnierzy.


    Tymczasem w Katowicach

    Lujza właśnie wracała z oddawania jakiegoś ważnego czegoś, przechodziła obok budynku w którym mieścił się sąd wojskowy. Zbliżała się godzina w pół do trzeciej. Wtem, jakiś typ który stał przed budynkiem zaczepił Lujzę słowami

    -Hej ty! Za parę minut rozprawa jakiegoś typa, do ławy przysięgłych potrzeba jeszcze jednej osoby, a jak widzisz akurat nikt tu się nie kręci, więc może ty zajmiesz w niej miejsce? W końcu będziemy mogli przestać tu stać jak widły w gnoju.- Typo ze straży miejskiej który razem z towarzyszem stał przy wejściu do budynku wyglądał na serio zmęczonego i jakby bardzo chciał mieć to z głowy.

    Lujza, po krótkim zastanowieniu, powiedziała

    -Hmm, w sumie wszystko co zrobić miałam zrobiłam, więc co mi tam? Dobra, prowadźcie, gdzie mam iść?-

    -No i takie podejście mi się podoba. Proszę za mną.-

    Zaprowadzili ją na salę sądową, na której zebrało się dość dużo ludzi. W ławie przysięgłych zasiadało puki co 14 osób, z przepisowych 15-stu. Słowaczka była piętnasta. Lujzę zdziwił widok Reinouta i Tatjany wśród świadków, gdyż tego się nie spodziewała. Nie odezwała się jednak słowem, skoro tam byli, znaczy że mieli powód aby tam być. W przeciwnym razie nie by ich tam nie było.

    Poza kilkunastoma osobami na widowni, ławą przysięgłych, paru stróżów miejskich i świadków, nie było nikogo na sali, nawet sędzi. Ten stan rzeczy jednak szybko się zmienił, kiedy na salę wszedł, a raczej został wprowadzony, oskarżony.

    Fiodor, gdyż on był oskarżonym, miał zakute w kajdanki ręce za plecami, oraz był prowadzony przez dwóch stróżów. Kiedy doprowadzili go na środek sali w którym to stała tzw. klitka oskarżonych, czyli taka mała, niska jakby budka, tylko bez sufitu, o wysokości ok. 1,10 m, w której stał oskarżony, rozkuli go, po czym ponownie zakuli w kajdany, tym razem przytwierdzone do owej klitki, po czym zamknęli jej drzwi. Po tym na salę z sali obok wszedł sędzia i zasiadł na przeznaczonym dlań miejscu.

    -Dobrze, zatem, czy wszyscy świadkowie są na miejscu? Tatjana Ozolinsh!- Wywołał Sędzia. Ta podniosła rękę na znak że jest

    -Reinout Van der Vennen?-

    -Tutaj wysoki sądzie!- Powiedział Reinout

    -Kapral Vilĉjo?-

    -Tu.- Rzucił od niechcenia kapral

    -Giò?-

    -Jestem!- Powiedział Giò podnosząc rękę do góry

    -Ekhem, dobrze, zatem. Sędzia Seweryn Kowalczyk, witam wszystkich zgromadzonych. Rozpoczynam sprawę niejakiego Fiodora. Fiodorze, Czy przyrzekasz mówić prawdę, całą prawdę i całą prawdę?- Spytał obowiązkowo sędzia. Wszystko mówił ze śmiertelną powagą, tak w głosie jak i na twarzy. Nosił standardową sędziowską tunikę, a na głowię miał siwą sędziowską perukę, nie trzeba chyba mówić jak ułożoną.

    -Przyrzekam.- Odpowiedział Fiodor. Z jego twarzy nie dało się nic wyczytać, była pusta, bez emocji, niczym twarz Zinoviyi przez cały czas. Fiodor był wysokim blondynem, na oko miał z 1,85 m wzrostu. Był dobrze zbudowany, a muskulaturę, z tego co dało się zobaczyć przez ubranie, miał dość potężną. Pod nosem miał delikatnego wąsa, a podbródek i ogólnie żuchwę i takie tam pokrywała niezbyt długa broda. Według oficjalnych informacji, Fiodor miał 42 lata, lecz wyglądał na co najmniej dziesięć lat młodszego. Na lewym oku nosił czarną, przepaskę, gdyż w to oko trafił nóż Vilĉjo. O ironio, zafundował mu ją właśnie sam Vilĉjo (w sensie przepaskę, nie ranę oka).

    -Dobrze. I pamiętaj, jeżeli spróbujesz uciec, lub zrobisz cokolwiek co strażnicy uznają za potencjalnie niebezpieczne, stróżowie mają prawo zabić cię na miejscu. Rozumiesz?-

    -Tak, rozumiem.-

    -Dobrze. A zatem, Fiodorze, jesteś oskarżony o przynależność od organizacji Jägers, trzy morderstwa, dwukrotne usiłowanie zabójstwa, oraz ciężkie okaleczenie…- Zaczął Sędzia, lecz Fiodor mu przerwał

    -Dwa. Lei nie zabiłem. Możecie mnie oskarżyć o śmierć Padriga i Yasina, lecz Lea nie zginęła z mojej ręki.-

    -Proszę mi nie przerywać. A zatem, jak zginęła Lea według ciebie?-

    -W pewnym momencie wyprawy, natrafiliśmy na dwa olbrzymy. Kapral wysłał mnie i Leę abyśmy je zabili. Jednak Lea podczas ataku na jednego została uderzona, a potem zjedzona przez kolosa. Nie mogłem nic zrobić.- Wytłumaczył Fiodor

    -Hmm… Rozumiem. A zatem, wracając, czy przyznajesz się do zarzucanych ci czynów?-

    -Jak już mówiłem, Lei nie zabiłem, Yasin i Padrig nie zginęli bezpośrednio z mojej ręki, a Giò nie był ciężko, lecz relatywnie lekko ranny, to ostatnie kapral jak i on sam mogą potwierdzić. Do wszystkiego innego się przyznaje.-

    -Hmm… Czy Kapral Vilĉjo i Giò mogą potwierdzić wersje oskarżonego?-

    -Cóż, nie wiem jaki idiota wstawił tam że był ciężko ranny, lecz tak, potwierdzam, Giò został tylko lekko ranny.-Zadeklarował Przebywający w loży świadków Kapral

    -Dobrze, a zatem, Kapralu, jak brzmi twoja wersja wydarzeń?- Sędzia Udzielił głosu Vilĉjo.

    -Wysoki sądzie, to było tak że jak Fiodor mówi, wysłałem jego i Leę aby pokonali dwa olbrzymy. Jednakże potem ani on, ani Lea się nie pojawili z powrotem. Po kilku godzinach, kiedy ja z moją drużyną i dwoma osobami z oddziału wykonywaliśmy naszą część planu w pewnym lesie, pojawiły się trzy zamaskowane postaci.- Mówił Vilĉjo

    -Trzy?- Spytał sędzia

    -Tak, trzy. Dwie miały uzbrojenie z poza Lechii, oraz nie miały na sobie mundurów, tylko normalne stroje. Cała trójka nosiła też białe maski, co jest znakiem rozpoznawczym Jägers. Bez wątpienia to Fiodor ich do nas przyprowadził, żeby oni załatwili za niego moich towarzyszy broni, wiedząc że w pojedynkę ma mierne szansę. Wyprzedzili nas i dwójka z nich, ci z uzbrojeniem poza Lechii, zabili Yasina, po czym się rozproszyliśmy. Dwóch ruszyło za Padrigiem, kiedy trzeci, którym później okazał się Fiodor, poleciał za mną i Giò. Pozostała dwójka, czyli Reinout i Tatjana, polecieli w inną stronę. Fiodor gonił nas przez jakiś czas, kiedy w końcu postanowiliśmy podjąć z nim walkę. Zdołał mnie uziemić i szykował się do zabicia mnie, kiedy Giò zaatakował go od tyłu, po czym został ranny. Dzięki temu zdołałem mu się wyślizgnąć i obezwładnić rzutem nożem i ręcznym odebraniem przytomności. Dalsze wydarzenia nie mają znaczenia.- Dokończył Kapral

    -Hmm, rozumiem. Giò, masz coś do dodania?- Spytał sędzia

    -… Nie, wysoki sądzie, nie mam nic do dodania.- Zadeklarował Włoch

    -A zatem, Panno Ozolinsh, może pani powiedzieć co się działo kiedy odłączyliście się od Kaprala?- dopytał Sędzia

    -Wysoki sądzie, tak jak Kapral mówił, w lesie zostaliśmy zaatakowani przez trójkę napastników. Ja z Reinoutem kiedy zorientowaliśmy się że nas nie gonią, ruszyliśmy aby pomóc Padrigowi. Niestety nie udało nam się dotrzeć w porę, gdyż kiedy go do nich dotarliśmy, Padrigowi odcięli rękę, po czym jego gardło przebiła gałąź. Napastnicy dojrzeli nas i ruszyli za nami. Uciekaliśmy chwilę, aż stanęliśmy do walki, koniec końców zabijając napastników. Udało nam się ściągnąć ich maski, lecz nie udało nam się rozpoznać ich twarzy. Następnie udaliśmy się do kaprala. Resztę sąd zna.- Zeznała Tatjana

    -Hmm… Czy Pan Van der Vennen ma coś do dodania?-

    -Nie wysoki sądzie, nie mam.- Powiedział Holender.

    -Hmm…. Czy oskarżony chce coś dodać?- Spytał w końcu sędzia

    -….Nie…- Odpowiedział po chwili milczenia Fiodor

    -Dobrze. A zatem, od jak dawna jesteś Fiodorze członkiem Jägers?-

    -Od pięciu lat.- Odpowiedział Fiodor

    -Dlaczego przystąpiłeś do tej organizacji przestępczej?- 

    -….- Fiodor nic nie odpowiedział

    -Powtórzę zatem pytanie. Fiodorze, dlaczego przystąpiłeś do organizacji przestępczej Jägers?-

    -….- Znów cisza

    -Proszę o udzielenie odpowiedzi w tej chwili!- Powiedział podniesionym głosem Sędzia. Ława przysięgłych od momentu rozpoczęcia składania zeznań dyskutowała, lecz teraz robili to jeszcze intensywniej. Całą ławę przysięgłych z oczywistych względów stanowili wszelcy wojskowi. W końcu to sąd wojskowy, cywili tam nie zapraszają, chyba że do widowni.

    -….Moim jedynym celem dla którego przystąpiłem do Jägers to to, że dostałem zlecenie na głowę kaprala.-

    -Zlecenie? Od kogo?-

    -Od anonimowego zleceniodawcy.-

    -Hmm… Rozumiem. Nie mam zatem więcej pytań. Zatem, czy ława przysięgłych zdecydowała już nad wyrokiem?- Spytał ławę przysięgłych sędzia

    -Cóż, jedni żądają kary śmierci, inni zaś żądają kary pozbawienia wolności.- Powiedział ktoś z ławy

    -Dobrze, a zatem, kto jest za karą śmierci?- Spytał sędzia. Siedmiu przysięgłych podniosło ręce. -Dobrze, a kto jest za pozbawieniem wolności?- Ponowienie spytał. Ponownie siedem osób podniosło rękę. Jedyną osobą która nie zgłosiła się byłą Lujza, która zaproponowała

    -Wysoki sądzie, przecież jeżeli Fiodor mówi prawdę, to on w Jägers jest od pięciu lat, tak? Czy zatem nie lepiej byłoby spróbować wyciągnąć z niego jakieś informacje na temat innych członków? Przecież Jägers to są najbardziej poszukiwani ludzie w Lechii, jeżeli nie Europie! Ja proponuję wysłać go na tortury, może zacznie sypać. W razie braku egzekutora, ja zgłaszam się na ochotnika. A jak powie już wszystko to można go rozstrzelać, lub cokolwiek, żeby nie stanowił już zagrożenia. Czy coś.- powiedziała i sadystycznie się uśmiechnęła, tak by nikt nie zauważył.

    -Hmm… Hej, to ma sens.- Ktoś z ławy zauważył

    -Potwierdzam. Dobrze, kto jest za propozycją tej damy?- Spytał inny przysięgły. Zgłosiło się aż 10 osób, czyli więcej niż 7, co oznaczało że przegłosowane.

    -Hmm… Cóż, nie mam chyba nic do dodania.- Powiedział sędzia i uderzył swoim młotkiem w stół, po czym powiedział -Fiodorze, zgodnie z decyzją ławy przysięgłych, skazuję cię na tortury i rozstrzelanie. Proszę go odprowadzić!- Rozkazał Sędzia. Dwóch stróży odkuło go i zakuło z powrotem, tylko tak jak na początku, kajdanami za plecami, po czym go wyprowadzili. Sędzia powiedział że mogą się rozejść, tak więc wszyscy zrobili.

    Lujza która opuściła salę sądową jako jedna z ostatnich została przy wyjściu zaczepiona przez jednego z przysięgłych

    -Hej, ty. Naprawdę chcesz się zgłosić na tortury? Słyszałem że to dość nieprzyjemne doświadczenie.-

    -Oj, uwierz mi, nie widzę w tym najmniejszego problemu. I powinieneś zmienić informatora. He he he…-

    -Emm… Dobrze… To ja może sobie pójdę.- Odrobinę przerażony typ poszedł w cholerę kiedy Lujza wciąż sadystycznie chichotała. Po chwili podszedł do niej jednak stróż i spytał

    -Hej, to jesteś ty co zaproponowała tortury dla typa oraz osobiste ich przeprowadzanie?-

    -Tak, to ja.-

    -Godność, jednostka i stopień. Żaby w razie czego dało się ciebie znaleźć.-

    -Tak jest. Lujza Král, 03. Batalion Powietrznej piechoty Lechickiej, szeregowa.- Powiedziała. Stróż zaczął pisać w przed chwilą wyciągniętym notatniku

    -Lu… Przez “i” czy przez “j”?-

    -Przez “j”-

    -Dobrze…. Lujza… Kr… A nazwisko jakieś znaki dziwne, imię zresztą też?-

    -Eh, W nazwisku jest “a” z tą cholerną kreską, w imieniu nic takiego nie ma.-

    -Dobra, rozumiem…. Dobra, mam. Dziękuję za współpracę.-

    -Dobra, ja mam ważniejsze rzeczy do roboty niż stać tu jak idiotka. Wracam do obowiązków.- Rzuciła Lujza, po czym ruszyła do wyjścia z budynku.


    Informacje wywiadowcze: Sądy wojskowe i cywilne

    Każda dobrze działająca armia powinna być niczym sprawnie funkcjonujące państwo. Oznacza to m.in. że musi mieć własne szpitale, fabryki, piekarnie, rzeźnie i właśnie sądy. W Wielkiej Lechii sądy wojskowe nie różnią się wiele od sądów cywilnych, lecz różnią się na tyle by można między nimi postawić grubą linię. Podstawową różnicą jest to że sądy wojskowe sądzą tylko i wyłącznie wojskowych, z owych również się wyłącznie składając. Wszelkie sądy lechickie składają się z ławy przysięgłych, sędziego, ławy świadków, oraz widowni. W przypadku sądów cywilnych również z ławy obrońców, oraz ławy oskarżycieli, lecz w sądach wojskowych nie pojawiają. W sądach wojskowych oskarżonemu nie przysługuję prawo do obrońcy, przysługujące cywilnie. W sądach cywilnych rada przysięgłych składa się z trzynastu przysięgłych, w przypadku sądów wojskowych, z piętnastu. Reszta cech nie równi się zbytnio lub wcale. Z uwagi na to jakie sprawy są najczęściej rozpatrywane w Lechickich sądach wojskowych (zdrada, sabotaż, dezercja itp.) sprawy trwają relatywnie krótko, zwykle od dwóch do dziesięciu minut, gdy w sądach cywilnych mogą się ciągnąć przez dobrą godzinę. Taki model sądów został wprowadzony w roku 1912 roku i od tej pory jest stosowany, z pewnymi poprawkami.


    Kilka godzin później

    Zbliżała się godzina dwudziesta. Piechurzy z 03. Batalionu po całym dniu pilnowania aby mularzom nic się nie stało podczas budowy murów byli często dość mocno zmęczeni, byli tam bowiem ok. od siódmej rano, czyli 13 godzin. A to dużo, zwłaszcza że nosili kilkanaście dodatkowych kilogramów żelastwa do walki z olbrzymim wrogiem. Bardzo szczęśliwym widokiem dla wszystkich było więc ujrzeć że mur został już praktycznie ukończony. Oznaczało to bowiem, że ich robota jest skończona, gdyż ostatnie szlify jakie trzeba było zrobić to było dostawić kilka bloków u góry, wszystko jeszcze betonem przykryć by było odrobinę mocniejsze i ładnie wyglądało i posprzątać ten burdel co się zrobił wszędzie, o składaniu rusztowań i całej innej maszynerii nie wspominając. No i przy okazji o godzinie dwudziestej kończyli wartę i mogli wracać do koszar czy gdziekolwiek, bo wszyscy w gruncie rzeczy mili głęboko w nosie gdzie żołnierze łażą. Pomimo faktu że nie powinni.

    Dwanaście i jego drużyna przez te sześć godzin patrolowała cały dystrykt Raciborski w poszukiwaniu kolosów do zabicia, nie trzeba chyba tłumaczyć czemu. Dawało to dość wymierne efekty, gdyż przez rok zapomnienia do środka dostało się trochę olbrzymów. Po zakończonym obchodzie, jeżeli można to tak nazwać, cała piątka zebrała się koło muru. Aby skuteczniej patrollować podzielili się na trzy grupy, które koniec końców latały losowo po całym dystrykcie.

    -Dobra, jak tam poszło latanie po okolicy i szukanie czegoś do zabicia?- Spytał Dwanaście

    -Ja i Zero Siedem trafiliśmy na ośmiu przerośniętych bydlaków. Ubiliśmy ich równo po cztery- Zadeklarowała Zero Pięć

    -U mnie i Zero Dwa było trochę ciekawiej, bo aż jedenaście gigantów chciało nas zabić. Ja ubiłem osiem, więc ten.- Powiedział Zero Dziewięć

    -A, cicho być.- Rzuciła naburmuszona Zero Dwa, która po chwili wróciła do swojego standardowego, czytaj wesołego, stanu.

    -A jak u ciebie dwanaście?- Spytał Zero Siedem

    -Cóż, u mnie chyba najmniej się działo. Ja trafiłem na tylko dwa i na jedną Zero Dwa- Narzekał Dwanaście z wesołym wyrazem twarzy i dość teatralnym tonem głosu, co podkreślał jeszcze gestykulując niczym aktor na scenie. Po czym się roześmiał w głos bez powodu. -Cóż, chyba koniec na dziś. Zwijamy się!- Zarządził po chwili, po czym ruszyli do swojej kwatery, która nie była w koszarach.

   Tymczasem gdzie indziej koło muru

    Vlastimila i Bonifác podeszli do Petry ze szczerym zamiarem przeproszenia że nie byli w stanie jej pomóc. Co prawda to pod żadnym pozorem nie była ich wina, lecz jakby nie byli tego świadomi, dodatkowo to była Petra, ją by wypadało przeprosić za nie udzielenie pomocy w sytuacji zagrożenia życia. Przynajmniej z takiego założenia wyszła ta dwójka. 

    -Hej, Petra… Przyszliśmy cię przeprosić za wcześniej. Zawaliliśmy na całej linii. Proszę, wybacz nam!- Powiedział Bonifác

    -Emm… Co?… Em, nie, nie musicie przepraszać, naprawdę, to nie wasza wina, naprawdę nie trzeba…- Mówiła Petra

    -Nie, schrzaniliśmy. Gdyby ten cały Dwanaście się nie pojawił, mogłabyś już nie żyć przez nas. Jako kompani i przyjaciele nie powinniśmy do czegoś takiego dopuścić!- Dodała Vlastimila. Petra średnio wiedziała co powiedzieć żeby im udowodnić że nie mają racji i że jedyną osobą która cokolwiek zwaliła jest ona, bo dała się w ogóle złapać. Po krótkim namyśle powiedziała jednak

    -Nie, jedyną osobą która cokolwiek zepsuła jestem ja. Naprawdę, nie musicie przepraszać.- 

    -Petra, naprawdę, nie musisz się obwiniać, to my skaszaniliśmy. Przyjmij nasze przeprosiny.- Powiedział Bonifác. Petra widząc że ta rozmowa nie prowadzi donikąd, powiedziała tylko

    -Cóż, jeżeli pozwoli wam to poczuć się lepiej, to dobrze. Wybaczam.- Po czym się ciepło, lecz nie śmiało uśmiechnęła.

    Następnego Dnia

    -Dobra, żółtki, jeżeli myślicie że będziecie traktowani z jakiegoś powodu jakkolwiek ulgowo, to się gruuuuubo mylicie!- Wykrzyczał do czwórki ocalałych z samoloty Nikola Ivan. -Na dobry początek, zobaczymy czy takie żałosne kreatury jak wy w ogóle umiecie posługiwać się tą kupą żelastwa którą wam daliśmy! A TERAZ NA MIEJSCA, RAZ, RAZ RAZ!-

    Cała czwórka (dla niekumatych: Kuroda, Aiko, Paora i Yūdai) ruszyli na wcześniej wyznaczone miejsce, czyli przed wielką dziurę w ziemi z wysokimi na koło 20 metrów balami drewna powbijanymi w ziemie, gdzie rekruci ćwiczyli używanie TSM.

    -Słuchać patałachy! Trójosiowy sprzęt manewrowy to sprzęt banalny w użyciu! Pierwszy przycisk od ostrza wystrzeliwuje linkę z wyrzutni na waszych przedramionach! Kolejny aktywuje wciągarkę do niej! Kolejny Wystrzeliwuje linki z wyrzutni na waszych biodrach! A ostatni to jest wyciągarka do niego! Zrozumiano!?-

    -Tak jest!- Odpowiedziała cała czwórka jednocześnie

    -Dobrze! Tutaj waszym zadaniem jest za pomocą TSM przedostać się na drugą stronę tej dziury bez dotykania ziemi! Jeżeli choćby się o nią otrzecie końcówką buta, macie wracać na start w podskokach! Dotarło!?-

    -Tak jest!-

    -Świetnie! To na co czekacie matoły?! Aż śnieg spadnie!? Ruszać się a nie, stoicie jak widły w gnoju!-

    Jak rozkazał Nikola Ivan, tak też zrobili. Używanie TSM i nie uderzanie w ziemie bądź słupy do najłatwiejszych nie należało, zwłaszcza że byli początkujący. Jako pierwszy wywalił się Kuroda, który niezwłocznie wygramolił się z dziury i wrócił na start. Pare chwil później to samo zrobił Paora i Aiko. Tylko Yūdai nie dotknął ziemi. On również jako pierwszy dotarł na drugi kraniec dziury, która liczyła sobie z 50 metrów długości, oraz 20 szerokości, a głębokości z 3 metry. Najwięcej razy powtarzała Aiko, bo aż 26 razy, za nią był Paora, 16 razy, a następnie Kuroda, 8 razy. Yūdai nie powtarzał ani razu. Ten test trwał jakieś pół godziny, bo bieganie w tę i z powrotem trochę trwa.

    Po tym czasie, kiedy wszyscy już dotarli na drugi koniec dziury, Nikola Ivan, który czekał już od kilkunastu dobrych minut po drugiej stronie, powiedział

    -No, nareszcie! Ty, młoda, jak cię tam zwą?!-

    -Nakamura Aiko!- 

    -Nakamura, poszło ci beznadziejnie! Jeżeli tak masz zamiar walczyć poza murami, to nie przeżyjesz pięciu minut!- Wyrzucił Ivan. Aiko nie odpowiedziała -Ty, Maorys, czy jak ci tam! Tobie poszło trochę lepiej, lecz również żałośnie!- Zwrócił się do Paory z komentarzem na jego temat, a następnie przesunął się do Kurody i rzekł – Tobie poszło akceptowalnie!- Na koniec zwrócił się do Yūdaia i powiedział -Tobie za to poszło nawet dobrze. Jednakże musisz jeszcze udoskonalić swoje umiejętności. Dobra łajzy, przed nami jeszcze tydzień treningów, więc będziecie mieli dość czasu na doszkolenie się! A teraz przechodzimy do następnego treningu! A teraz, za mną!- Rzucił, po czym skierował się w prawą swą stronę. Za nim oczywiście podążyła czwórka trenowanych przezeń przybyszów.

    Zaprowadził ich do małego boru. Wśród drzew widać było sporych rozmiarów makiety treningowe w kształcie kolosów. Oczywistym zatem się stało co będą tam ćwiczyć.

    -Dobrze, to ćwiczenie ma na celu przygotowanie was do walki z olbrzymami! Podczas walki z nimi musicie pamiętać kilka rzeczy! Pierwsza, kolosy da się zabić tylko poprzez zniszczenie mózgu lub rozcięcie karku i uszkodzenie rdzenia mózgowego, jak to u nas nazywają! Druga, jeżeli myślicie że giganty będą sobie ładnie stały i czekały aż je zabijecie, to jesteście w ogroooooooooooomnym błędzie! Będą chciały was zeżreć na każdym kroku, więc musicie się trzymać na baczności! Trzecia, musicie być w ciągłym ruchu! Olbrzymy będą wykorzystywały każdą okazję aby was katrupić, więc należy im takowych nawet nie dawać! To są sprawy najważniejsze! Jakieś pytania?! Nie?! To ruszać się! W borze jest rozstawionych 30 kukieł, wszystkie mają być po tym uszkodzone w sposób przewidziany! Jak skończycie, to wszyscy macie się stawić tutaj, zrozumiano?! No, ruchy patałachy! Na co czekacie?!- Krzyczał Nikola Ivan. Ponownie, cała czwórka niezwłocznie posłuchała. Tutaj wszystkim szło nawet dobrze. Aiko nadal wywalała się na głupi ryj, lecz jednak wszystkim (poza nią) szło dość dobrze. Przy tym ćwiczeniu spędzili jedynie osiem minut, co zaimponowało nawet samemu Nikoli Ivanowi. Nie jakoś bardzo, lecz jednak.

    Wyniki były takie: Yūdai zniszczył kukieł 12, Kuroda i Paora po 11, a resztę Aiko. Aiko również jako jedyna wpadła w drzewo. Miała trochę szczęścia, gdyż nie rzadko zdarzało się że po uderzeniu w drzewo z dużą prędkością żołnierz po prostu umierał albo na miejscu, albo trochę później, pod drzewem. Aiko jednak przeżyła i nawet się nie połamała. Skończyło się na kilku sińcach. Ale to nie jest ważne

    Kiedy wszyscy się już zebrali w wyznaczonym miejscu, Nikola Ivan rzucił na początku

    -Hmm, coś szybko wam to poszło.  Normalnie to trwa trochę dłużej. Ale to może dlatego że jest wtedy więcej rekrutów. Oraz kukieł.-

    -Cóż, jest to najbardziej prawdopodobna opcja.- Wtrącił się Paora

    -… Normalnie bym teraz cię skarcił za wchodzenie mi w słowo, lecz w sumie to dość słuszna uwaga. Dobra! Ten sprawdzian poszedł wam dość dobrze! No, większości z was!- Wykrzyczał Nikola Ivan schylając się w stronę Aiko i gapiąc się na nią jak jakiś jebany psychol, dając do zrozumienia że to ona jest tą mniejszością której poszło źle. Aiko też się odchyliła do tyłu, patrząc mu prosto w oczy. O mało się nie popłakała, gdyż Nikola Ivan przeraził Aiko na śmierć. Jednakże po chwili wrócił do mówienia.

    -Dobrze, a zatem…. Sprawdzę czy jest coś jeszcze!- Powiedział, po czym wyjął z kieszeni notes i zaczął czegoś tam szukać. Po chwili znalazł, schował notes, odwrócił się przodem do rekrutów i dodał – Dobra, teraz za mną!-

    Z miejsca wszyscy za nim podarzyli. Nikola Ivan ruszył w stronę dość sporej polany ogrodzonej płotem.

    -A zatem! Kiedy będziecie poza murami waszym głównym środkiem transportu będą konie! Jeżeli poza murami takowego zgubicie, wasze szanse na przetrwanie spadają znacząco, więc macie go pilnować jak oka w głowie! Ewentualnie możecie nauczyć się gwizdać. Wtedy będziecie mogli zagwizdać na niego i powinien przyjść. Jednakże, teraz będziecie się szkolić w jeździe konnej!- Kiedy skończył, doszli już do płotu owej polanki. Nikola Ivan stanął przy niej i po chwili krzyknął -No na co czekacie?! Przełazić przez płot i biec do tamtych typów koło koni! Oni wam wyjaśnią resztę.- Wskazał w stronę dwóch najprawdopodobniej stajennych którzy stali obok kilki koni. Jak na sygnał cała czwórka wykonała rozkaz, biegnąc w stronę tamtych dwóch.

    -Pff… Lidi, chystám se z toho křiku vyhodit hrdlo.- Powiedział, Nikola Ivan, po czym wyjął sobie z kieszeni wewnątrz munduru piersiówkę z wodą i napił się. -Ježíši Kriste, jak dobře, že jsem to objevil před lety.-


    Informacje wywiadowcze: Ogólne Informacje o Lechii #4

    Wielka Lechia składa się z 30 okręgów, np. Praski, Bułgarski czy Zachodniopomorski, oraz 69 twierdz (nie wliczając tych, które są częściami okręgów, jak np. Kraków), np. Poznań, Rjeka czy Łódź (No wiecie, to miasto które nawet nad rzeką nie leży, o morzu nie wspominając). Największymi okręgami są Śląsko-Morawski, Kijowski i Środkowo Litewski, kiedy najmniejszymi są Wołoski, Chorwacki i Miński. Dawnej Lechia liczyła 32 okręgi i 76 twierdz, lecz po odłączeniu się Wielkiego Księstwa Moskiewskiego w roku 1973, zostało tyle co teraz.

    W Lechii miały dotychczas miejsce dwa zamachy stanu. Pierwszy 25 Stycznia roku 1964, przeprowadzony w Warszawie, na celu miał obalenie ówczesnego Lecha, Janusza Kilańskiego, który zakończył się częściowym sukcesem, gdyż zamachowcy może i  nie przejęli władzy, a organizatorzy zostali rozstrzelani, to jednak Kilański po tym wydarzeniu zszedł ze stanowiska. Drugi miał miejsce 14. Marca 1973 roku w Moskwie i zakończył się przejęciem władzy przez Jurija Andropowa, oraz ustanowieniem socjalistycznej republiki Rosji, która przetrwała całe 6 godzin i 34 minuty (od 12:23 do 18:57 (Tak, ktoś to liczył)), po czym Andropow wyleciał przez okno Białego domu, a władzę przejęli monarchiści i proklamowali wielkie Księstwo Moskiewskie. Sytuacje tam można opisać tak: “Jest chujowo, ale stabilnie”.

    Na terenie całej Lechii jest bezwzględnie zakazana wszelka prostytucja. Pomimo tego, średnio legalne domy publiczne tak i w biedniejszych jak i w bogatszych okręgach i dystryktach przynosi nie małe zyski. Najbardziej rozbudowana sieć takich wątpliwej reputacji przybytków znajduję się w Okręgu Śląsko-Morawskim, zwłaszcza dookoła Katowic, za sprawą działalności pewnego znanego Polskiego filantropa o jakże przyjaznym i pokojowym pseudonimie, “Żelazny Janusz”.


    -Hej Filip! To znowu ja!- Petra weszła do ambulatorium, w którym aktualnie przebywał Filip, któremu noga wciąż się nie zrosła. Petra obiecała Filipowi że będzie do niego wpadać regularnie, lecz była u niego już dnia poprzedniego, więc wizyta tego dnia mocno go zdziwiła. W pomieszczeniu była również Svetlana, która nie dość że była medykiem w 03. batalionie, to jeszcze dorabiała w Rybnickim szpitalu wojskowym. Bo czemu nie? I tak większość czasu oddział siedzi w mieście i jego okolicach.

    -Petra? No muszę przyznać, nie spodziewałem się tu ciebie dzisiaj. Czemu zawdzięczam twoją dzisiejszą wizytę?- Spytał szczerze zdziwiony Filip

    -Cóż, przechodziłam akurat obok więc pomyślałam, że może nie zaszkodziłoby mi cię odwiedzić. Nie przeszkadzam Svetlana?-

    -Nie, wręcz przeciwnie. Pogadaj z nim trochę, on jest nie do zdzierżenia z tym jego gadaniem. Pogadaj z nim i może się zamknie na chwile.- Rzuciła Svetlana

    -Hej, ale o co ci chodzi? Nie gadam aż tyle.-

    -Oj, uwierz mi, gadasz aż tyle. Petra, tam pod ścianą stoi wolne krzesło, jak chcesz to sobie usiądź.-

    -Dziękuje bardzo.- Petra wzięła stojące pod ścianą krzesło i ustawiła je tuż obok pryczy Filipa.

    Ambulatorium to była dość przeciętna hala z trzema rzędami pryczy. W całym pomieszczeniu było ich 36. Prycze przy kolumnach miały ten luksus, że między nimi a kolejną pryczą był wstawiony dość duży kawałek drewna lub materiału. Zamontował je tam ktoś kiedyś, nikt nie wie po kiego czorta, lecz nikomu one nie przeszkadzały, więc zostały. Ambulatorium było w tej chwili zaledwie kilku innych pacjentów, oraz garstka medyków, więc było dość cicho. Sala znajdowała się na parterze dwupiętrowego budynku. W ścianach stało w sumie dwanaście, niezbyt dużych okien.

   -Zatem, czemu zawdzięczam twoją wizytę?- Spytał Filip. Trajkovski leżał na pryczy, a swoją złamaną nogę miał zawieszoną nad nią. Kończynę miał usztywnioną za pomocą dwóch desek połączonym kilkoma metalowymi klamrami.

    -A zatem, działo się dziś coś ciekawego że przychodzisz?- Spytał Filip

    -A trochę. Ostatnio słyszałam pewne plotki i spytałam Fülöpa o potwierdzenie. Słyszałeś że Fülöp ma żonę? I do tego spodziewają się dziecka.-

    -Petra, oczywiście że słyszałem. Myślisz że ktoś kto znajduje się w jednym pokoju z Sepim by nie wiedział o absolutnie wszystkich najnowszych plotkach z oddziału? On ma niewyparzony język, nie potrafi przestać gadać na chwile. Oraz nie potrafi przestać być kompletnym przegrywem na chwile.- Powiedział Filip.

    -Ty również.- Wtrąciła Svetlana

    -Hej, Svetlana, proszę się nie wtrącać do naszej rozmowy.- Zażądał Filip

    -A mam ci zaraz zdjąć ten opatrunek i wywalić na bruk durniu?- Zagroziła Svetlana

    -…. Emm, nic nie mówiłem.-

    -To dobrze.- Powiedziała Svetlana, po czym wróciła do robienia tego co robiła.

    -A zatem, tak, słyszałem. Sepi coś o tym wspominał. Znasz go, jak raz zacznie gadać to nie ma szans by przestał.-

    -W sumie prawda. Wiesz co? Cieszę się że tak mu się w życiu poszczęściło. W tak młodym wieku znalazł sobie żonę i jeszcze zdoła się doczekać potomstwa. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak szczęśliwy teraz jest. I jak szczęśliwy będzie za te dwa, trzy miesiące. Ciekawe czy mnie taki los też czeka. Byłoby wspaniale.- Rozmyślała Petra

    -He he, biorąc pod uwagę twój stosunek do wszystkich wokół, oraz stosunek wszystkich wokół do ciebie, nie sądzę byś musiała długo czekać na tego jedynego.-

    -Em, Co masz na myśli Filip?- Spytała Petra

    -Mówię że przecież wszyscy w oddziale cię lubią i to bardzo. Nie zdziwiłbym się gdyby przynajmniej trzy osoby chciałyby ci się oświadczyć. Jesteś najbardziej lubianą osobą w Oddziale.-

    -Oj, nie przesadzaj. Prawda, wiele osób żywi do mnie sympatie, ale nie wybiegajmy za daleko z domysłami.- Powiedziała Petra, lekko się rumieniąc.

    -Oh Petra proszę, nie bądź taka skromna. Nie da się ukryć że jesteś najbardziej lubianą osobą w całym Batalionie, prawda Svetlana?-

    -Cóż, nie mogę się nie zgodzić.- Potwierdziła Svetlana

    -Widzisz? Nawet ona się zgadza! A ona przecież nawet z pokoju nie wychodzi i z nikim nie gada.-

    -Mam ci złamać jeszcze drugą nogę?-

    -Dobra, nic nie mówiłem. Spokojnie.-

    -Mam nadzieje.-

    -Em, cóż, może zmienimy temat? Pamiętasz jak ci mówiłam o tych nowych co przybyli  nie wiadomo skąd?-

    -Takich wieści Petra się nie zapomina. Oczywiście że pamiętam. A co? Coś nowego się z nimi stało?-

    -Cóż, rozpoczęli już trening. Słyszałam że idzie im… całkiem dobrze jak na początkujących-

    -Serio? Ciekawie. Szkoda że nie mogę po prostu tam pójść i sobie popatrzeć jak im idzie-

    -Hm, Naprawdę? Skoro tak to mam dla ciebie dobrą wiadomość. jutro możesz już wyjść- Powiedziała Svetlana

    -Serio? Że noga już się zrosła?-

    -Co? Nie imbecylu. Kość zrasta się około 6 tygodni. Lecz będziesz mógł już chodzić o kulach.-

    -A czemu dopiero teraz?-

    -A co ja jestem? Zwój prawdy? Spytaj się tych mądralińskich co wiedzą wszystko najlepiej. Mnie to szczerze gówno obchodzi, przynajmniej będę cię miała w końcu z głowy na jakichś czas. A teraz przepraszam, muszę być gdzie indziej.- Rzuciła delikatnie zdenerwowana Litwinka, po czym wzięła swoją torbę medyka i ruszyła w stronę wyjścia.

    Svetlana była średniego wzrostu (gdyż 1,70 m wzrostu) długowłosą blondynką. Włosy miała związane z tyłu w dość długi kucyk. na twarzy miała zawsze grymas niezadowolenia, jakby zawsze coś ją irytowało. Miała mały nos i delikatne brwi. Nosiła na sobie standardowy mundur tylko że z czerwonym plusem na ramieniu, bo w końcu była medykiem.

    Kiedy Svetlana opuściła halę, Petra i Filip wrócili do rozmów o niczym.

Petra, a ty wiesz ile rzeczy można się tak przypadkowo dowiedzieć kiedy się jest w takim położeniu jak moim? Słuchaj bo mam kilka ciekawych informacji-

    -Cóż, zamieniam się w słuch-

    -A zatem. Doszły mnie słuchy, iż ponoć Rudzie Śląskiej mają zamiar wnieść pomnik Horthy’ego. Kolejny już z resztą w naszym okręgu. Chyba trzeci czy czwarty. Nie wiem już-

    -Naprawdę? Ciekawe. Ale, czemu mi to mówisz? Przecież ciebie z tego co wiem takie rzeczy nie interesują-

    -A ponieważ jeżeli typ od którego to słyszałem nie kłamał, mają go połączyć z pomnikiem Piłsudzkiego. Wywołało to małe obużenie, gdyż panowie nawet się nie spotkali nigdy, oraz inne nic mnie nie obchodzące powody.-

    -Serio? Cóż, interesująca decyzja. Lecz nie rozumiem oburzenia które to wywołało-

    -Wiesz, co po niektórzy są po prostu przewrażliwieni na punkcie co po niektórych rzeczy. Większość mieszkańców miasta przychylnie się wypowiada o projekcie. Ale co ja tam wiem? Dobra, słuchaj tego. Ponoć w Krakowie przed tygodniem znaleźli kolosa. Ale nie byle jakiego, tylko takiego dziwnego, co to miał zaledwie dwa etry wzrostu, brązowe włosy oraz nie miał skóry. Co ciekawie, nie wykazywał żadnych oznak wrogości do ludzi, gdyż doszedł aż do sukiennic i nikogo nie zabił po drodzę. Koniec końców z tego co mi wiadomo to następnego dnia wyrzucono go za mur-

    -Serio? Coś ciężko mi w to uwierzyć? Może to był jakiś żartowniś co się przebrał czy coś?-

    -Nie. To prawda. Taki kolos tam był. Wiem, bo podczas odbijania twierdzy Kraków, sam go spotkałem-

    -Co? Naprawdę? I?-

    -I nic. Stanął przede mną z białym szalem na szyi, kiedy leżałem pod drzewem ze złamaną nogą. Ja siedziałem przeraż…. Znaczy, zdziwiony, patrząc mu prosto w oczy, a on po prostu zdjął szal, rzucił go przede mnie i odszedł.-

    -Łoł! Dlaczego nikomu tego nie powiedziałeś?-

    -Bo nie specjalnie miałem okazje, jeśli wiesz o czym mówię. Plus, jak Svetlanie mówiłem, to ona tylko mnie wyśmiała i rzuciła jakiś idiotyczny komentarz, że chyba się przy okazji w łeb walłem. Niedoczekanie twoje Svetlana!-

    Gadali tak przez kilkanaście minut, po czym Petra przypomniała sobie że ma pewną pilną sprawę do załatwienia, więc w pośpiechu opuściła salę i ruszyła w kierunku w którym była ta ważna sprawa do załatwienia.


    Radosław właśnie wchodził na wyższe, drugie piętro koszarów, gdyż tam miał swą kwaterę, a w niej zostawił bardzo ważną rzecz, mianowicie swoją czapkę Pilotkę, bez której się nigdzie nie ruszał. Akurat kiedy schodził ze schodów, po jego prawicy zaskoczył go bardzo niespodziewany atak z zaskoczenia, który niemal zakończył się dla Jandy zawałem.

    -Cześć Radek! Jak tam życie mija?- To była Janina, która postanowiła naskoczyć na Radosława bez żadnego dobrego powodu. Radosław odskoczył do tyłu i gdyby nie to że złapał się poręczy schodów na sto procent wylądował by na ich dole.

    -Ludzie święci, Nina, co ci odbiło? Co ty tu w ogóle robisz?- Spytał wciąż przestraszony Radosław.

    -A nic. Właśnie szłam z powrotem na dół, po tym jak zapomniałam bardzo ważnej rzeczy- zadeklarowała Janina.

    -A jakiej to rzeczy?-

    -Tej rzeczy!- Janina wyciągnęła z kieszeni spodni kamień który kształtem dziwnie przypominał lisa. -To jest mój taki mały amulet. Przynosi mi szczęście!-

    -Ty serio wierzysz w takie bzdury? Nie wiedziałem że jesteś aż tak przesądna- Zarzucił Radosław

    -Cóż, równie dobrze może to faktycznie działać lub być placebo. Ważne że przynosi mi szczęście!-

    -Ale my idziemy na trening, po co ci tam szczęście?-

    -Żeby mi lepiej poszło z nimi! Wiesz chyba dobrze że nie jestem najsilniejsza w oddziale. Najsprawniejsza również nie. Ani najzwinniejsza. Ani…-

    -Dobra, rozumiem o co chodzi. Wystarczy, nie musisz dalej wymieniać. Cóż, skoro uważasz że ci to jakoś pomaga, to nie będę się czepiał-

    -O, a o czym to tu rozmawiacie?- Gotthilf, który właśnie wyszedł ze swojej kwatery, podszedł do nich.

    -O niczym. Nina pokazywała mi swój magiczny amulet przynoszący szczęście- Wyśmiał ją Janda

    -Hej! Nigdy nie mówiłam że “magiczny”. Nie wymyślaj- Oburzyła się Janina, co okazała poprzez odwrócenie się do niego plecami i nabraniem powietrza w poliki.

    -A jak inaczej mam to nazwać?-

    -Dobrze, nie kłóćcie się. Nieważne jak kto to nazywa, dobrze? Amulet powiadasz? Szczerze nigdy nie wierzyłem w amulety. Zawszę uważałem to za stek bzdur, który wciskają naiwnym nie do końca uczciwi sprzedawcy-

    -Nie kupiłam tego! To pamiątka po matce. Dostałam ją razem z listem z kondolencjami, rok temu-

    -Oh… Przepraszam Nina, nie wiedziałem…- Zaczął naglę przepraszać Radek -Współczuje z powodu straty-

    -Nawet nie wiesz co czuję Radek, więc…- Zaczęła Janina, lecz Radosław położył jej rękę na ramieniu i powiedział

    -Oj, wiem i to dobrze. Sam straciłem matkę gdy miałem z 10 lat. Jakieś przestępcze Ścierwo postrzeliło ją podczas jednej z regularnych wtedy strzelanin na ulicach Bytomia. Więc wiem co czujesz, przynajmniej częściowo-

    Janina spojrzała na Radosława, po czym się uśmiechnęła i przytuliła go ni z tego ni z owego.

-Hej! Tam na górze! Trening mamy, na co czekacie?! Ruszać się!- Rozległ się głos z pietra niżej. Radosław który sobie właśnie przypomniał po co tam przylazł pobiegł do swej kwatery, kiedy Janina i Gotthilf ruszyli na poligon.


    Trening minął… standardowo. Nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego. Ot, trening jak trening, trochę biegania, trochę latania na linkach, trochę siekania kukieł, trochę innych rzeczy, norma. Jednakże kiedy po treningu wszyscy zwrócili się z powrotem do koszarów, zastali coś mocno niespodziewanego.

    Przed drzwiami koszar stała dowódczyni Grozda Bozhidarov, a razem z nią piątka żołnierzy w mundurach ich batalionu, których to jednak nikt w oddziale nie widział. Z miejsca cały oddział, najpierw ci z samego przodu, stopniowo ci coraz dalej, z przyczyn oczywistych, stanął na baczność.

    -Spocznij wszyscy, spocznij. No. A zatem, z uwagi na to, że Sienkiewicz jest…. niedostępny z przyczyn oczywistych, to ja się zgłosi… Znaczy, ja zostałam wyznaczona, ażeby przedstawić wam nowych członków waszego oddziału!- Oznajmiła Grozda, nieudolnie próbując ukryć fakt że to ona się do tego zgłosiła, jak prawie że sama powiedziała. -Przedstawcie się kolejno prosz!- Zwróciła się do piątki nowych

    Jako pierwszy wystąpił przeciętnej budowy mężczyzna, o długich, czarno-czarnych, gęstych włosach, oraz delikatnym zaroście, który nie wyglądał na zbyt entuzjastycznie nastawionego.

    -Kazimierz Ślusarski, syn Krzysztofa i Teodory Ślusarskich! To będzie zaszczyt służyć u waszego boku!- Powiedział Kazimierz po czym wrócił do szeregu.

    -Ermis Argyris! Dawniej żołnierz Cesarskiej Gwardii Greckiej, odszedłem ze służby i przeniosłem się tu, aby wspomóc Armię Lechii w walce z kolosami i Jägers!- Jako drugi wystąpił masywny Grek, z bujnym wąsem pod nosem, oraz nie taką bujną brodą, która prawdopodobnie miała maksymalnie miesiąc. Miał też równie krzaczaste brwi, mimo tego jego oczy były dość małe. Miedziane włosy swoje miał krótkie i proste. W oczach jego zielonych widać było determinacje.

    -Miron Paszek, tak wiem, dziwne imię. Wierzę że przydam się w oddziale, dam z siebie wszystko!- Trzeci wystąpił dość niski typ, który na oko był nie wiele wyższy od Petry. Miał krótkie, blond włosy, lecz nie miał żadnego zarostu, w przeciwieństwie do swoich dwóch kolegów którzy już zdążyli się przedstawić. Również w przeciwieństwie do poprzedniej dwójki, u których nie było widać na twarzach żadnych większych emocji, na twarzy Mirona malował się wyraz zadowolenia i ekscytacji, połączonej z dużą chęcią nie spieprzenia wszystkiego. Jego Niebieskie oczy były szeroko otwarte, widać w nich było wielką radość, oraz ból, bo słońce świeciło mu prosto w oczy.

    -Vesna Trajkovska! Cieszę się że będę mogła pomóc ludziom którzy robią tak dużo dla nas!- Młoda dziewczyna o rudych włosach, związanych w dwa krótkie kucyki wystąpiła jako czwarta. Również nie była najwyższa, lecz w jej przypadku mało kto zwrócił na to uwagę. Podobnie jak Miron, Vesna również wyglądała na bardzo podekscytowaną. Jej nazwisko, Trajkovska, coś wszystkim mówiło, gdzieś coś dzwoniło, lecz nikt nie wiedział w którym kościele. Przynajmniej póki, puty nie powiedziała

    -Z tego co wiem w tym oddziale jest mój braciszek, więc jak to się skończy pędzę do niego powiedzieć mu że jestem z nim w oddziale!- Co prawda, to nie było nikomu do szczęścia potrzebne aby to wiedzieć, lecz wszystkim przypomniało czemu im jej nazwisko brzmi znajomo. Filip. Vesna była młodszą siostrą Filipa Trajkovskiego, co on o niej tyle mówił (a mówił o niej definitywnie za często, co często irytowało jego słuchaczy).

    -Bertalan Herczeg, miło poznać. Wygląda na to że będę miał przyjemność walczyć z wami ramię w ramię. Mam nadzieję że uda nam się dobrze zgrać.- Ostatni z tej piątki, był to mężczyzna o czarnych, krótkich włosach, bez zarostu. Co do niego nikt nie miał wątpliwości, á porpos Nazwiska, był bratem Fülöpa i wszyscy to wiedzieli, bo on często odwiedzał w wolnych chwilach ich koszary, a sam Fülöp wspominał czasem o nim, co tam mu mówił że się działo u niego w korpusie treningowym. Nie opowiadał o nim tak natarczywie jak Filip o swojej siostrze, lecz jednak.

    -Ta piątka od dziś będzie częścią waszego oddziału! Będziecie walczyć razem, jeść razem i tak dalej. Mam więc nadzieje że się dogadacie. Odmaszerować! Chociaż nie, nikt was tu nie wezwał… To ja sobie pójdę już.- Powiedziała Grozda, która zapomniała formułki, co się mówi podczas przedstawiania nowych żołnierzy w oddziale. Bozhidarov była znana z tego że była mocno zapominalska, jeżeli chodzi o rzeczy z kategorii “co się mówi w sytuacji x”. Jednakże nigdy nie zapominała o rzeczach naprawdę ważnych, pokroju “Zrób to, tam”, albo “w miejscu x jest klucz do skrytki z alkoholem”. -O! I jeszcze jedno. Ktoś w W.K.D. ogłosił że nie przydzielą wam więcej ludzi. Po prostu. Uprzedzając pytania, nie znam powodu tej decyzji, lecz nie mam na to żadnego wpływu więc… Życzę miłego dnia.- Grozda odwróciła się na pięcie i poszła robić to co robić miała. Czyli tylko ona i ludzie z tym jakkolwiek powiązani wiedzieli co. 

    Informacja o tym, że liczba ludzi w ich oddziale już się nie zwiększy nie specjalnie kogokolwiek ruszyła. Większość wychodziła z założenia że i tak niemalże nic nie robią więc co za różnica. Pewna część oddziału jednak przypomniała sobie że dowództwo ostatnio sobie o nich przypomniało, więc czuli umiarkowany niepokój w związku z tą informacją.

    Po tym niespodziewanym wydarzeniu, część oddziału postanowiła się zapoznać z nowymi, Fülöp postanowił pogratulować bratu że trafił do ich oddziału, Petra wyjaśniała Vesnie że Filip jest obecnie w szpitalu wojskowym, o czym ta nie wiedziała bo nikomu nie chciało się jej o tym mówić, bo po co? Inni jeszcze po prostu wrócili do koszar i robili to co robić mieli, czyli po prostu swoje. 

Rozdział 5

    14. Lis. 1994 r.

    Godz. 11:59, brama Pyskowicka, Pyskowice

    Po całym tygodniu treningów, które miały na celu po prostu ekspresowo wyjaśnić czterem żółtkom jak używać TSM, Aiko, Kuroda, Paora i Yūdai mieli nareszcie udać się do Opola i z powrotem, żeby udowodnić, że wcale to nie był aż tak zły pomysł żeby ich do armii przyłączyć. Albo że jednak był. Zależy.

    Z uwagi na to że nikt nie sprecyzował gdzie mają zacząć, dowódca Czcibor Kasprzak, który dowodził oddziałem obrony murów, wybrał bramę Pyskowicką jako dogodne miejsce na start, gdyż było ono najbliżej. Amédée Fay bardzo chciał by wyruszyli z Raciborza, lecz koniec końców pozwolił wybrać Czciborowi, gdyż był jego przyjacielem, oraz bo on był odpowiedzialny za między innymi ten mur, a za Raciborski odpowiedzialny był kto inny, ale tamten robiłby spore problemy, więc nikt nie chciał się z nim męczyć.

    -Dobra, sierżancie, wszystko gotowe!- Krzyknął ktoś, z drzwi do wnętrza muru do Amédée.

    -Wspaniale, powiadom odpowiednie osoby, że mogą zaczynać!- Odkrzyknął Sierżant

    -Tak jest!-

    Przed bramą ustawieni w rządku stały cztery konie, a na nich czterech jeźdźców, z którzy mieli zaraz wyruszyć do Opola i z powrotem, bo ktoś uznał że to będzie świetny test nabytych przez ostatni tydzień umiejętności. Imion ich raczej nie trzeba przypominać, lecz na wszelki wypadek zostaną przypomniane:

    Kuroda Iwai, Aiko Nakamura, Yūdai Hamasaki oraz Paora.

    Z uwagi na to że Aiko to…. Aiko, przewidziano że wróci tylko trójka z nich, innymi słowy, spisano ją na straty. Możliwe że niepotrzebnie, ale…

    Brama zaczęła się otwierać, co oznaczało że zaraz mają, no jechać do Opola i z powrotem. Sierżant nic do nich nie powiedział, za wyjątkiem

    -Na mój sygnał, wyruszacie!-

    Kiedy brama otwarła się całkowicie, Fay uniósł rękę w której trzymał rewolwer i wycelował nim ku niebu, a następnie wystrzelił, co było sygnałem że żółtki mają wyruszać. Przy okazji zupełnym przypadkiem ustrzelił akurat przelatującego nad nim ptaka, który okazał się być gołębiem. Sierżant odszedł krok od niego obrzydzony, lecz oznajmił sam sobie że nienawidzi gołębi, więc co za różnica.

    Kiedy Grupa Japończyków (Plus Paora) opuścili teren murów, brama została za nimi natychmiastowo zamknięta, za pomocą grawitacji (Gdyż brama była otwierana do góry, więc wystarczyło zwolnić pewne dwie dźwignie i grawitacja przy zamykaniu robiła resztę). Z uwagi że ta operacja byłą trzymana w sekrecie, z uwagi na to że nie było to nic ważnego, nikt nie spodziewał się że wiele osób się będzie gapić, z uwagi na brak lepszych zajęć. Zdziwieniem dla wszystkich więc było że aby to obserwował zebrał się nie taki znowu mały tłum gapiów. Nie było ich jakoś specjalnie dużo, lecz setka osób się nazbierała, a nawet grubo ponad to. Kiedy potencjalni rekruci opuścili mury jednak, tłum szybko się rozwiał, gdyż nie było już co oglądać. Nie specjalnie wiadomo było, co ich tak przyciągnęło, może sam fakt że wojsko organizuje coś co wygląda dość nietypowo, a może to, że brały w tym udział osoby które wyglądały lekko mówiąc nietypowo. Niezależnie od przyczyny, po zamknięciu bramy, wojsko rozgoniło tłum, który i tak już się zbierał, a po około pół minuty nie było już żadnych gapiów.

    W tym czasie, w Koszarach w Rybniku

    Przez ostatni tydzień, 03. Batalion powietrznej piechoty lechickiej miał dość sporo do roboty. Nie były to sprawy związane bezpośrednio z walką z kolosami, czyli tym do czego zostali powołani, lecz i tak mieli pełne ręce roboty. Raz potrzebna była pomoc z ogarnianiem magazynów w okolicy, oraz poza nią, innego straż miejska w Rybniku miała dość spory problem z pewnym uciekinierem i mieli mało ludzi, a jeszcze innego jeden z generałów zgubił zegarek, więc zaangażował dwa oddziały do szukania go. Bo najbardziej męski argument, bo chciał i bo mógł. Z tego też powodu Sienkiewicz pociągnął za kilka sznurków i mieli tego dnia odwołany trening. Jedynym warunkiem było to, że musieli mieć cały czas na sobie Sprzęt manewrowy, gdyż wtedy można było podciągnąć to zwolnienie pod patrolowanie czy bycie służbami szybkiego reagowania.

    Zbliżała się godzina 12:34. Członkowie 03. Batalionu z uwagi na dzień w miarę wolny, robili swoje, czyli de facto to co zawszę, tylko że ze świadomością, że nie muszą pilnować aby nie spóźnić się na trening. Gotthilf grał w pokera i inne gry karciane w knajpie “u Eldara” ze swoimi nowymi kolegami, Gustav jak zwykle był w bibliotece Jędrzeja, Sepi i Jaakob chodzili po rybniku, Fülöp poszedł spędzić dzień ze swoją żoną itp. itd.

    Tego też dnia na placu głównym miasta Rybnik (No jakiego niby innego) zdarzyła się rzecz wyjątkowa i niespodziewana. Na placu, który tego dnia był dziwnie pusty, zaczął robić się dość spory tłum, lecz nie był to normalny tłum ludzi kupujących rzeczy na zazwyczaj stojących tam od rana kramach, gdyż pomimo faktu iż zbliżała się godzina czternasta, żaden straganiarz nie rozstawił się ze swoimi towarami.

    Aktualnie przebywający tam z bliżej samym sobie nie znanych powodów wcześniej wspomnieni Sepi oraz Jaakob, kiedy zauważyli że nagle z jakiegoś sobie nie znanego powodu zrobiła się jakaś zbieranina na placu, postanowili się przekonać, jakiż to jest jej im nie znany powód, po prostu wpychając się chamsko na przód tłumu, by coś dojrzeć. Gwar był okropnie głośny, lecz spośród mieszaniny ludzkich słów, śpiewu okolicznych ptaków, oraz innych dźwięków, dało się usłyszeć zauważalnie głośniejsze kroki w rytmie marszowym, oraz stukot końskich kopyt. 

    Obaj żołnierze po chwili dostali się na przód tłumu. W międzyczasie udało im się wyłapać z tłumu jakieś pojedyncze zdania, “…Jak myślisz, kto przyjechał…”. “…pewnie muszą być dość ważni…”, “…to z uwagi na to nikogo na targu nie ma?…” i tym podobne, z których to prawie nic nie wynikało. Jednakże gdy dotarło do nich co się aktualnie dzieje… cóż, wciąż te urywki wypowiedzi nadal nic im nie mówiły, lecz przynajmniej wiedzieli czemu tu się taki tłum zebrał, po mimo braku straganiarzy sprzedających bezużyteczny szmelc, rzeczy niezbędne do funkcjonowania i inne ciekawe rzeczy.

    Na plac wjechał konwój złożony z trzech powozów, z ochroną liczącą ok. pięćdziesięciu ludzi. Na bokach powozy miały namalowane złotą farbą cztery litery, które znał mniej więcej każdy, które może nie miał już wiele wspólnego z tym czego teraz jest znakiem, lecz jednak nadal budzącym szacunek i podziw. SPQR

    -He? Co tu Rzymianie robią?- Spytał wyraźnie zaskoczony Sepi

    -Zmierzają do Warszawy. Po prostu robią tutaj przystanek.- Z boku odezwał się do nich znajomy głos, który okazało się że należał do Piotra, którego wcześniej nie zauważyli. -Pewno właśnie przejechali przez Sudety. Dziwi mnie jednak, czemu nie zatrzymali się w Ostrawie, oraz czemu są tu dopiero teraz. Południe się zbliża, a jak pewnie wiecie, większość przyjezdnych zatrzymuję się w okolicach świtu.-

    Kiedy tak sobie stali i gadali, konwój nie zatrzymywał się i parł przed siebie.

    -Hej, panowie, a może tak pójdziemy za nimi i sprawdzimy gdzie idą?- Zaproponował Jaakob

    -A po co? Co nas to obchodzi gdzie oni jadą, oraz jaki jest cel ich wizyty? Pewno to są dyplomaci, znowu proszący o przekazanie pełnej kontrolii nad okręgiem dalmackim, pod kolejnym wymyślnym pretekstem.- Założył Piotr

    -A bo czemu nie? Dziś akurat mamy patrolować, więc mamy w sumie to jedyną okazję by legalnie opuścić Rybnik i okolicę, więc czemu by z tego nie skorzystać? Choćby pod byle pretekstem?- Odrzekł Jaakob

    -Nie wiem jak ty, ale mi się pomysł Jaakoba podoba.- Dorzucił Sepi

    -Ehh, Czasami naprawdę nie rozumiem o co wam wszystkim chodzi.-

    -Nie no, jak nie chcesz to nie musisz iść, ale my i tak pójdziemy. Dobra, Sepi, chodźmy zanim konwój zejdzie nam z pola widzenia.-

    -…. Egh, zaczekajcie na mnie!- I tak oto, Piotr ruszył za konwojem razem ze swoimi skandynawskimi znajomymi.


    W międzyczasie na komisariacie straży miejskiej nr VII w Rybniku

    Sierżant Zawisza Kwiatkowski w swoim biurze wypełniał dokumenty które bardzo musiały być wypełnione. Były to m.in. kartoteki zatrzymanych, raporty z patroli, raporty finansowe, oraz pierdyliard skarg że “gdzieś na drugim końcu miasta, poza ich terenem, jakaś banda meneli śmieci i czy mogą coś z tym zrobić”, Które trzeba było oddać do odpowiednich komisariatów w innych częściach miasta, bo najwyraźniej mało kto wie że nie mogą wysyłać skarg do byle którego komisariatu.

    Kwiatkowskiego nagle dobiegł stłuiony dźwięk wystrzału. Zaniepokoiło go to, lecz uznał że to nie jest warte sprawdzenia, jak coś to jego ludzię się tym zajmą. Ten tok myślenia utrzymywał pomimo kolejnych strzałów, lecz po czasie uzmysłowił sobie że dzieje się coś złego, więc wstał aby to sprawdzić. W tym też momencie do jego biura wparował jeden z funkcjonariuszy, cały zdyszany i zlany potem. Zawisza zauważył w jego ramieniu ranę postrzałową. Funkcjonariusz oparł się o framugę i krzyknął.

    -Szefie!.. Atakują komisariat!.. Egh… Chcą odbić tego… dzieciaka z Jägers…-

    Sierżant usłyszawszy to, nie myślał zbyt długo, złapał za swój karabin czterotaktowy i ruszył do aresztu.

    Drzwi do aresztu były na oścież otwarte, najpewniej dlatego że jeden z pocisków rozwalił zamek, a obok nich stało dwóch funkcjonariuszy z karabinami, schowani za ścianą, prowadząc jednocześnie wymianę ognia z… kimś. Trochę obok kolejny strażnik zajmował się postrzelonym w brzuch kolegą, a centralnie przed drzwiami leżał kolejny, już martwy, strażnik.

    -Meldujcie, co tu się dzieje?-

    -Jesteśmy atakowani Sir! Dostrzegliśmy trzech napastników! Przyszli najpewniej po zatrzymanego członka Jägers! Zabili trzech naszych i dwóch ranili Sir!- Odpowiedział jeden z funkcjonariuszy

    -Dobra, ogień zaporowy panowie, teraz!- Rozkazał Sierżant. Dwaj stróżowie wyciągnęli pistolety i zaczęli strzelać w kierunku napastników. Po chwili Sierżant Kwiatkowski wskoczył centralnie przed drzwi z karabinem wycelowanym w stronę napastników. W następnej sekundzie Dwóm stóżom miejskim skończyła się amunicja i napastnicy wychylili się zza winkli aresztu. W kolejnej sekundzie jeden z dwóch strzelców padł martwy na ziemie postrzelony prosto w serce. Jego kolega odwrócił się w jego stronę, co było jego największym, jak i ostatnim, błędem w życiu, gdyż po chwili został postrzelony w szczękę. Pocisk trafił w kość żuchwy i przeleciała na wylot niszcząc ją i pozostawiając po sobie krwawą miazgę, jednakże nie zabijając jej właściciela. Po chwili jednak, jeden ze stróżów dobił napastnika.

    Kwiatkowski i jego dwóch ludzi ruszyło naprzód, żeby zając się ostatnim napastnikiem. Zauważyli że w ścianie aresztu znajduję się wielka dziura, którą najpewniej weszli napastnicy.

    Drzwi do celi w której był przetrzymywany Alwin Gutermuth stały otworem. Trzech stróżów porządku publicznego wybiegło przez dziurę by sprawdzić czy uciekinierzy już uciekli czy jeszcze są w okolicy. Wyszło na to że dopiero przez nią przeszli. Dwóch Jägerystów (gdyż tak nazywano członków rzeczonej organizacji) biegło w stronę zaparkowanego przy drodzę powozu barwy brązowej. 

    Zawisza oddał strzał w kierunku uciekinierów, niezbyt celny, lecz i tak zwrócił ich uwagę. Jeden z Jägerystów, bynajmniej nie Gutermuth, owdrócił się w stronę stróżów, wyciąnęła z kabur dwa pistolety i wystrzeliła kilka pocisków ich stronę, z czego żaden nie trafił celu gdyż cała trójka padła na ziemię, po czym powiedział kobiecym głosem

    -Przepraszam, ale nie mamy czasu się wami zająć, śpieszy nam się! Auf Wiedersehen!- Po czym wsiadł do powozu.

    -Musimy ich gonić!- Krzyknął Zawisza

    -Szefie, to nie ma sensu, te ulicę są jak jebany labirynt, prawie nie ma sans żebyśmy ich tam znaleźli. Przy okazji, musimy się zająć rannymi na posterunku.- Powiedział jeden z funkcjonariuszy

    -Beneš ma racje Sir, przy okazji, jakie mamy z nimi szanse?- Spytał drugi. Po chwili milczenia, sierżant rozkazał

    -Wracamy do środka. Patel może potrzebować pomocy przy rannych. Andersen, Posprzątaj areszt. Eh, cóż za kompromitacja! Że tak nas zrobili… Beneš za mną.-

    -Tak jest szefie- Rzucił Beneš

    W środku czekał na nich hirurg i ostatni stróż miejski. Na podłodzę w korytarzu do aresztu leżały dwa ciała, a przed drzwiami do niego jeszcze jedno. Wszystkcy zastrzeleni mniej więcej 5-10 minut wcześniej. 

    -Jak tam sytuacja doktorku?- Spytał Beneš hirurga

    -Nie najlepiej. Zniszczenia są spore, strzelaninę najpewniej było słychać i w Rudzie Śląskiej, oraz jak sami widzieliście zabili nam jedną trzecią personelu.- Zdał Medyk

    -Rozumiem. A jak się Szwarc trzyma?- Spytał Kwiatkowski zerkając kątem oka na opartego o ścianę rannego funkcjonariusza

    -Udało mi się zatamować krwawienie, na szczęście pocisk nie trafił w kość żadną. Eryk wyliże się z tego, lecz trochę to zajmie. Uprzedzając pytania, Oliwer jest w o wiele lepszym stanie.-

    -Hmm… Dobrze. A dobie się nic nie stało Navin?- Dopytał Sierżant

    -Jak widać, nic mi nie jest, dziękuje za troskę. Hej, a gdzie Roderick?- Spytał Hindus zauważywszy brak Andersena

    -Sprząta bałagan w Areszcie, ja z Otakarem posprzątamy stąd zwłoki i gruz, po czym idziemy mu pomóc. Jak pomożesz to szybciej pójdzie.- Zauważył Zawisza

    -Cóż, co prawda to prawda. Dobrze, bierzmy się do roboty.-

    -Również pomogę!- Nagle przyszedł z innej części komisariatu Oliwer, nadal z dziurawym ramieniem, lecz jego propozycja została skwitowana przez Navina

    -Nie młody, z ramieniem w takim stanie to nie jest dobry pomysł.- Odmówił Hindus

    -Ale ja chcę pomóc z czymś….-

    -Nowakowski! Nie lekceważ stanu zdrowia swojego. I jeżeli chcesz się przydać, to pilnuj Szwarca, czy wszystko z nim dobrze.- Rozkazał Zawisza

    -Em, tak jest Szefie!-


    Kilka godzin później

    W kwaterze głównej dowództwa wojsk lechickich tego dnia działo się dość sporo. Wizyta rzymskich dyplomatów wzięła wszystkich z zaskoczenia i spowodowała niezły chaos w administracji cywilnej. Wojsko lechickie musiało zapewnić dyplomatom dodatkową ochronę po pewnym incydencie na drodze z Rybnika do Gliwic, w którym to dość spora grupa lokalnych bandytów napadła na konwój, zabijając przy okazji trzech rzymskich żołnierzy. Dodatkowo, w międzyczasie do wewnętrznego kręgu dowódczego, jak i z resztą zewnętrznego też, dobiegła informacja jakoby to w Rybnickim komisariacie doszło do strzelaniny w wyniku której zginęło trzech stróżów miejskich, a dwóch zostało rannych, oraz uprowadzenia aresztowanego Alwina Gutermutha, podejrzanego o bycie członkiem Jägers, co wymusiło rozpoczęcie zakrojonych na szeroką skale poszukiwań zbiega, do których zostały przydzielone dwa akurat wolne Bataliony piechoty, 03. i 12., lecz zakończyły się one fiaskiem. Później jeszcze tego dnia jeden z Generałów znowu pojawił się na ustach całego okręgu, gdyż wpakował się w kolejną wielką Aferę, i trzeba było jakoś sprawę zamieść pod dywan, co się nie udało. A na dokładkę Drużyny kaprala Vilĉjo (na ten moment tylko kapral i Giò) i kaprala 12 znów prawie się pozabijali na środku placu i trzeba było deeskalować sytuacje. Do tego jeden z Plutonowych zastrzelił się podczas polowania i trzeba było znaleźć mu jakieś zastępstwo.

    W jednej z sal kwatery znajdowali się dowódca Donncha Magorian, dowódca Grozda Bozhidarov, sierżant Amédée Fay oraz przyboczna dowódcy Borisa Žitnika/dowódca sztabowy, Paula Björnsson, gdyż sam Boris był akurat potrzebny w Katowicach.

    -Boże święty, co za dzień! Nawet szesnastej nie ma, a już jestem wykończony!- Narzekał Magorian

    -Nie narzekaj Donncha, zawsze mogło być o wiele gorzej.- Zauważył Fay

    -Łatwo ci mówić Sierżanice, to nie ty musisz całymi dniami że twoi ludzie to banda niekompetentnych idiotów, bo nie umieją znaleźć dwóch niemców, bez rozwalania czegokolwiek!- Odpowiedział Irlandczyk

    -Oj, jakbyś wiedział jak się mylisz przjacielu. Przez pół dwie godziny, bez przerw, musiałem wysłuchiwać jak to ludzie mi podlegli to bandia niekompetentnych idiotów od pewnego jeszcze większego kompletnego idioty, oraz jak to on by wszystko zrobiłby lepiej.-

    -W sensie co? Twoja teściowa przyjechała?- Spytała Grozda

    -Co? Nie, aż tak źle nie było. Generał Narcyz Pakulski- Poprawił ją Amédée

    -O… Dobra, to cofam, mogło być zdecydowanie gorzej-

    -A pamiętaj że mogliśmy mieć w tym momencie atak na nasze mury, zamach bombowy, atak Jägers, wojnę z kimś….-

    -Dobrze, rozumiem. Mogliśmy mieć przegwizdane, rozumiem. Ale przynajmniej nie ma tu tego kretyna Pakulskiego- Rzucił Donncha, po czym tego błyskawicznie pożałował gdyż…

    -Dobra wszyscy! Mamy poważny problem!- …W tym momencie do pokoju wszedł rzeczony kretyn

    -Wykrakałeś- Rzuciła cicho Grozda

    -Ktoś znowu znalazł klucz klucz do skrytki z alkocholem! Musimy jak najszybciej znaleźć jakieś nowe!- Rzucił Generał

    Jakkolwiek Generałowie w Lechii nie cieszyli się zbyt dużą popularnością, tak Gen. Pakulski, o bardzo pasującym Imieniu, był chyna najbrdziej znienawidzoną wciąż żyjącą osobą w całym okręgu. Co chwila plątał się w jakieś afery, lub sam je wywoływał, angażował nieadekwatnie wlekie siły wojskowe do jego byle zachcianek, był kompletnym pijakiem, a oskarżeń o korupcje pod jego adresem było aż tyle, że nikt nie wie ile. Do tego dochodziła jego frywolny sposób bycia, narcystyczna osobowość i ego nadęte jak balon sprawiły że jest jedną z najgorzej kojarzonych w Lechii osób.

    -Może schowacie Generale pod doniczką obok? Z tego co wiem jest tam ich sporo- Zaproponowała Grozda

    -Nie, już za dużo razy tam chowałem. Hej, ty, młoda, a ty masz jakieś pomysły?- Spytał generał Pauli

    -Emm, może zrobić małe wgłębienie w jednej z cegieł i położyć na nią jakąś deskę?- Zaproponowała 

    -Hmm… Nie, za dużo roboty- 

    -A może niech ten klucz generał schowa u siebie w szufladzie?- Żartobliwie zaproponował Fay

    -Hm? Hej, to świetny pomysł! I dla tego to ty jesteś sierżantem Fay!- Pochwalił Amédée Gen. Narcyz. W tej chwili do sali wbiegła kolejna osoba, jakaś szeregowa z któregoś oddziału, cała zdyszana, gdyż przedtem biegła

    -Generale! Sierżancie! Kolosy przebiły mury twierdzy Opole! Wzywają pilnie o wsparcie! Sytuacja jest tragicznie zła!- Powiedziała na jednym oddechu

    Cały pokój zamarł. Opole było najpilniej strzeżoną twierdzą na Śląsku. Jedną z niewielu w całej Lechii które mogłyby samodzielnie obronić się przed zmasowanym atakiem kolosów. A kolosy przebiły się do środka.

    -W imie ojca i syna i ducha świętego, kurwa mać.- Powiedział Donncha

Koniec Aktu II

Opublikowano
Kategorie Attack on Titan
Odsłon 302
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!