Evanstan: Najtrudniej jest nie grać // Rozdział 3. Czując poprzez grę

      Wystarczyło jedno spojrzenie. Jedno, długie spojrzenie. Dumnie uniesiona głowa, pewność własnych emocji, zachęcająco rozchylone usta i… zalotność. Nie potrafił wyjść z szoku, w który wprawiło go uczucie, że jest podrywany. Jak to możliwe, że ten nieśmiały mężczyzna, który tak mu się podobał… jak to możliwe, że potrafił umyślnie patrzeć na niego z takim żarem? Jak to możliwe, że potrafił go uwodzić?

      Nie umiał dojść do siebie, wciąż myślał o tym, co wydarzyło się parę chwil temu. Wciąż myślał o spojrzeniu, jakim obdarzył go Sebastian. Taki pociągający, taki czarujący… i widział w nim świadomość własnej atrakcyjności, własnego oddziaływania. Boże. Pamiętał jego wzrok, jego głos, gdy wypowiadał kwestię… cholera, przecież on podrywał go na planie… grał poprzez słowa, lecz spojrzeniem wyrażał wszystko. Wszystko. Uwodził tak umiejętnie, tak seksownie… na dodatek był wtedy ubrany po żołniersku. Dobrze mu było w mundurze. Szlag, dobrze mu było we wszystkim.

      Ta scena… lekko zamroczony wrażeniami musiał silniej się skupić… przypomniał sobie, że odgrywali spotkanie, w którym pierwszy raz zobaczył Sebastiana… czy raczej Bucky’ego… w mundurze, po tym jak został uratowany przez niego w zaułku w czasie bójki. Pamiętał, że miał być zaskoczony… i był, tyle że tym, co go zadziwiło nie był powód podany w scenariuszu tylko magnetyzm Stana. Jego spojrzenie, wysunięta szczęka… taki uwodzicielski… Szokowała go świadomość, że Seb dał się tak ponieść, zapominając o kamerach… i teraz to nagranie trafi do filmu, bo reżyser był bardzo zadowolony z jakości… gry aktorskiej. Nie zauważył? Chryste, przecież ten magnetyzm aż porażał.

      – Do sto siódmej. Sierżant James Barnes. – powtórzył w zamyśleniu słowa kolegi, wyobrażając sobie dokładne ten moment, kiedy je wypowiedział.

      To wtedy… to wtedy go podrywał, kusił spojrzeniem… był przy tym tak bardzo atrakcyjny. I świadomy. Seb uwodził go z pełnym zamierzeniem, kierując się własnym urokiem osobistym, siłą oddziaływania poprzez wzrok i… to nie była… gra. Boże.

      – Uczysz się mojej kwestii, Chris? – usłyszał swobodny, nieco rozbawiony ton.

      Drgnął rozmarzony we własnych myślach, zaskoczony spojrzał nieco w bok, dostrzegając przyglądającego mu się Sebastiana. Wciąż był w filmowym umundurowaniu. Wyglądał… seksownie. Nie myśląc nad własnym zachowaniem i możliwością dekonspiracji, pozwolił sobie zlustrować go wzrokiem. Zaczął od dołu, przesuwał spojrzeniem po jego długich nogach, szczupłej sylwetce, kształtnej klatce piersiowej aż w końcu dotarł do twarzy… i zorientował się, co robił, widząc lekkie speszenie na twarzy Stana. Szlag, zdemaskował się? Pewnie tak, ale zaraz… jeszcze nie tak dawno Seb tak otwarcie go podrywał, a teraz był onieśmielony? I nagle przyszła świadomość. Tak, ponieważ… poprzednio to była gra w scenie filmowej… a teraz… życie.

      – Słyszałeś jak gadam sam do siebie? – odbił pytanie, zahaczając o oczywistość, chcąc w ten sposób odwrócić własną uwagę od przykrego olśnienia.

      Nie, Seb wtedy nie grał, wiedział o tym… wiedział… wyczuwał w nim prawdziwe emocje tak bardzo wyraźnie, że nie mógł się mylić. Po prostu nie mógł. Nie.

      – Tak, ale nie pasujesz do mojej roli. Wyglądasz mi na Steve’a. – słowa zabarwił uśmiech.

      Ten uśmiech… taki ładny, ufny… W jednej chwili zrozumiał, jak bardzo Seb się przed nim otworzył. Miał w sobie delikatność, uroczą nieśmiałość i instynktownie potrafił wycofywać się przed kontaktem z ludźmi… a jednak zaufał. Jego speszenie nie wynikało ze strachu przed bliskością, otwartą relacją… powodowała je właściwa dla jego charakteru subtelność. Potrafił być odważny i uwodzicielski, a zaraz potem niepewny i zakłopotany. Był zmienny. I to czyniło go pięknym. Miał wrażenie, że zrozumienie przyniosło mu wręcz przygważdżającą ulgę. Musiał uważać, żeby się pod nią nie ugiąć.

      – Tak, a ty wyglądasz na Bucky’ego. – również się uśmiechnął – Jestem pod wrażeniem tego, jak zagrałeś. Wręcz uwierzyłem, że…

      (mnie uwodzisz)

      Prawie to powiedział. Boże. Gdyby w ostatniej chwili nie urwał… ujawniłby wszystkie swoje marzenia i nadzieje. Musiał być ostrożny. Musiał zniewalać uczucia Sebastiana powoli, cierpliwie… zyskiwać coraz większe pokłady jego zaufania. I zamierzał pozwalać, aby przyjaciel w swoim tempie mógł zdobywać jego. No pewnie. Co on sobie wmawiał? Jakie znowu zdobywanie? Bez reszty potrafiłby już mu się oddać, pragnął bliższej interakcji, będąc pod wpływem pragnień. Całkowita zależność. Oto jego wolność.

      Sebastian otwarcie przyglądał się Evansowi, chłonąc widok jego przystojnej twarzy, mógł bez przeszkód kontemplować jego rysy, wyraźną szczękę, ładne usta. Bez poczucia winy korzystał z jego zamyślenia. Przeniósł wzrok niżej na jego ciasno opięte koszulką ciało… Boże… cienki materiał dokładnie odwzorowywał ponętny kształt klatki piersiowej, umięśnionego brzucha i ramion… Boże, o Boże… stanowił wręcz drugą skórę. Po co w ogóle Chris się ubierał? Równie dobrze mógłby chodzić nagi. Wzmagał pożądanie, rozpalał zmysły… pobudzał wyobraźnię… kusił do dotyku, pieszczot… Boże, gdyby mógł w ten sposób zaznać jego ciała…

      – Nieźle odpłynąłeś, Seb. Wyglądasz, jakbyś się narkotyzował.

      Przyszła mu do głowy myśl, że rzeczywiście się narkotyzuje. Chrisem. Powodował w nim uczucie oszołomienia, podlegania pragnieniom… jakby był niezwykle silnie odurzony. Tak, jego narkotykiem był Chris. Zależał od niego i wciąż potrzebował więcej. Nic nie odpowiedział, a jedynie zaśmiał się nerwowo, zaskoczony tym, jak łatwo dał się przyłapać. Szlag. Nie powinien tak się zapominać, nie powinien… Czy jednak miało to aż takie znaczenie? Czy dawało powód do lęku? Przecież… istniała między nimi zauważalna chemia, obaj potrafili się w niej zatracać, gubić we własnej relacji. Dostrzegał między nimi to silne napięcie. Potrafił je właściwie zinterpretować. Obaj chcieli głębszego kontaktu, powoli dążyli… do zbliżenia.

      Przypomniał sobie tę chwilę na planie, zaledwie dzisiejszą… kiedy podrywał Chrisa. Cholera, tak. Podrywał go, mając tego pełną świadomość. W życiu by nie pomyślał, że potrafi być tak odważny w stosunku do Evansa jako mężczyzny, który mu się podobał. A jednak… potrafił. Miał wrażenie, że uczucia całkowicie przejęły nad nim władzę, kierował się nimi i zależał od nich. W filmie mieli być sobie bliscy, a to powodowało łatwość wyrażania emocji, których miał w sobie tak wiele… i wszystkie były skierowane do Evansa. Nagle granica taktu się zatarła, potrafił się uzewnętrznić, otworzyć na zażyły, bezpośredni kontakt. Nie grał. Pragnął prawdziwości emocji i takimi je czynił. Instynktownie, bez poczucia strachu czy nieśmiałości. Wszystko było takie realne, takie intensywne. Pamiętał jak chciał oddziaływać na Chrisa, jak chciał go do siebie przyciągać… uwodzić… i to było takie… naturalne. Łatwe w odczuwaniu. I obaj… obaj się temu poddali. Pamiętał… i chciałby tego już zawsze.

      Zdawał sobie sprawę z własnej płochliwości, zmienności w zachowaniach… i trochę się bał, że może tym zaszkodzić ich… więzi. Tak, więzi. Czuł już, że to coś silniejszego niż zwykły, prosty kontakt między dwójką ludzi. Nie potrafił tylko tego skonkretyzować, właściwie nazwać. Nie miał odwagi aż tak zagłębić się we własne emocje. Jeszcze nie teraz. Wiedział tylko, że ufa Chrisowi. I to mu na tę chwilę wystarczało.

      – Cieszę się, że pracujemy razem. – powiedział poważnie, patrząc w jego ładne oczy – Nie wyobrażam sobie, że mógłbym…

      – Zagrać z kimś innym? Ja też nie. Steve i Bucky są dla siebie jedyni, wyjątkowi. I akurat my nimi jesteśmy.

      – Albo oni są nami.

      – To zależy od tego, jak czujesz.

      Zastanowił się. Zdziwiło go, jak łatwo kilka poprzednich, lekkich zdań przeobraziło się w poważne wyrażanie myśli. Miał wrażenie, że czuje Bucky’m… znał jego emocje, dzielił je z nim… stawał się nim, kiedy grał. Patrzył poprzez niego na najważniejszą osobę w jego życiu… na Steve’a… i jednocześnie patrzył na swojego Chrisa. Postrzegał jednego człowieka. Uczuciowo, tak bardzo uczuciowo. Nagle coś do niego dotarło. Boże. Swojego… Chrisa…

      Naprawdę tak pomyślał? Naprawdę? Określił Chrisa swoim? Boże, to było takie odruchowe, zwykłe i… wydawało się jak najbardziej właściwe. Naturalne. Wiedział, że nic nie zostało między nimi powiedziane, ale… Chris był Steve’m, a to znaczyło, że należał do Bucky’ego. Do niego.

      – Myślę, że czujemy podobnie. – stwierdził, czując wewnątrz siebie podwójne znaczenie tych słów.

      A Evans spojrzał na niego z takim ciepłem w oczach, jakby doskonale rozumiał. Miał w sobie ufność i dobroć…  dokładnie taki był. Wyczuwał ich wzajemne przyciąganie emocjonalne, ale potrafił odnieść się do wahań i niepokojów. Potrafił zaczekać. Pokazywał sobą jak być porządnym facetem, miał w charakterze imponującą cierpliwość. I zrozumienie. Był… był wspaniały.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 196
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!