Uszkodzona dusza tom 1: LONER – Rozdział 1

W zasadzie to chodziłam w kółko.

Poważnie. Zazwyczaj nie przeklinam, bo uważam używanie wulgaryzmów w charakterze przecinków za poważne braki w słownictwie (i intelekcie, tak swoją drogą), ale teraz jedynym określeniem, jakie mi przychodziło na myśl o tej bezsensownej wędrówce w przestrzeni jednego pomieszczenia, było takie, że kręcę się jak przysłowiowe gówno w przeręblu.

Dziwny, bliżej niezdefiniowany niepokój zadomowił się we mnie na dobre i za nic nie chciał dać się przegnać. Opanował mnie całą, zaciskając się bolesnym, nieco przyprawiającym o łaskotki skurczem na wnętrznościach, nie pozwalał usiedzieć w miejscu dłużej niż parę sekund, rozpędzał myśli, choć z całych sił próbowałam je zebrać w jednym miejscu i uciszyć, bo głowa mnie już od tego bolała. Ręce mi się trzęsły, zupełnie nie wiedziałam, czym powinnam je zająć. Nie wiedziałam, co mam zrobić z samą sobą, i doprowadzało mnie to do szału. Zupełnie jakbym przeczuwała, że nadchodzi coś złego, potwornego, przed czym nie zdołam się schronić, jeśli dłużej tutaj pozostanę.

To był cholerny Zew.

Miałam wrażenie, że jeśli zaraz nie wydostanę się na zewnątrz, zwyczajnie oszaleję. Zacznę wyć i gryźć ściany, rzucać przedmiotami… cokolwiek, co sprawiłoby, że mama kolejny raz w tygodniu zaczęłaby mi proponować wycieczkę do specjalistycznego szpitala w kaftaniku z przydługimi rękawami.

Uwielbiam siedzieć w swoim pokoju. Poważnie – gdyby to tylko ode mnie zależało, właściwie całe życie bardzo chętnie spędziłabym w łóżku, zagrzebana w cieplutkiej pościeli po szyję. Kocham spać. Kocham odpoczywać. Kocham swoje zagracone imperium… Szkoda tylko, że gdy włącza mi się Zew, normalnie przytulne cztery ściany zaczynają mi się jawić jako duszna pułapka bez wyjścia. Teraz sufit napierał, zwieszał się na moich chuderlawych barkach ciężarem, którego nie dało się udźwignąć, i uniemożliwiał dojrzenie nocnego nieba. A ja tak bardzo chciałam zobaczyć niebo… Tak bardzo, że aż mnie, cholera, skręcało.

Chciałam znaleźć się zupełnie sama pod czarnym gwieździstym nieboskłonem, zaciągnąć się aromatem nocy, przez chwilę trzymać go w płucach, jakbym mogła w ten sposób zachować go na dłużej. Chciałam stopić się z nocą w jedno i spacerować do upadłego, wpędzając się niemal w coś z pogranicza transu, gdy to zmysły wyostrzają się maksymalnie, a myśli płyną luźno jak tuż przed zaśnięciem. Chciałam być sama. Chciałam, by w moich żyłach krążyła adrenalina. Chciałam choć przez chwilę czuć się silna, niezwyciężona…

Ta, tylko żeby to było takie proste… Bo największym problemem byli tu rodzice. Problemem niemożliwym do przeskoczenia nawet przy użyciu trampoliny.

Przyznam, że staruszków mam takich, że tylko pozazdrościć. Od zawsze miałam z nimi świetny kontakt – spędzamy wiele czasu razem, traktujemy się z szacunkiem, mówimy sobie wszystko. Nigdy nie narzucali mi absurdalnych ograniczeń, nie stawiali niemożliwych wymagań, tylko pozwalali, bym po prostu szła w swoim kierunku i sama decydowała o własnym życiu. Być może dlatego też ja sama jestem dla nich tak uczciwa, jak to tylko możliwe. Nie ma dla mnie opcji, że mogłabym zrobić im awanturę o kasę, że mogłabym przelewać na nich frustracje po beznadziejnym dniu, w życiu nawet nie pozwoliłabym, żeby ktokolwiek źle się przy mnie o nich wyraził. Oprócz tego, że są rodzicami, mama i tata stoją też na miejscu moich najlepszych przyjaciół, do których jestem wręcz absurdalnie podobna – a zwłaszcza do taty, co całkiem śmieszne, bo tak naprawdę wcale nie jestem z nim spokrewniona. Uwielbiam ich, a oni uwielbiają mnie. Serio. Nie jestem typową nastolatką, ale podejrzewam, że właśnie dzięki nim taka się stałam. Bo pozwalają mi na niemal wszystko, przez co nie ciągnie mnie nadmiernie do złych rzeczy – no bo wiadomo, że najmocniej kusi to, co zakazane – ale…

No właśnie, tu pojawiał się problem. Bo rodzice pozwalają mi na niemal wszystko… chyba że obejmuje wychodzenie z domu po ciemku. Pamiętajmy, że gdy za oknem zapada zmrok, wszyscy mordercy, gwałciciele i zboczeńcy z okolicy zlatują się wielką chmarą, by akurat mnie napaść. Nigdy nie zdarzyło się jeszcze, by udało mi się wynegocjować choćby siedzenie na ławce na odrapanym placu zabaw przed blokiem, na której to mogliby cały czas stalkować mnie przez okno kuchni i własnej sypialni. Choć w wielu kwestiach umiem być bardzo przekonująca, tak w tej jednej nie udało mi się niczego ugrać, a próby podejmuję przesadnie często.

Dobra, jedno muszę przyznać: w moim mieście nie zawsze jest do końca bezpiecznie, jak przystało na sporą miejscowość, w której status społeczny określa się za pomocą ilości pasków na dresie. Nieraz można było natknąć się na podejrzanych ludzi, i to w biały dzień… Właściwie jak tak bardziej nad tym pomyśleć, to ja na ich miejscu też bym nie wypuszczała jedynej córki samej, gdy na każdym rogu mogła czaić się grupka podejrzanych typków. Tu nie było najbezpieczniej. Szkoda tylko, że ja w przeciwieństwie do nich miałam pewność, że potrafię się dość skutecznie obronić. I to, że nie mogę choćby delikatnie o tym wspomnieć, tak mnie wnerwiało, że aż mnie nieraz szlag jasny trafiał.

A Zew nie zamierzał przejmować się tym, że nie powinnam wyłazić z domu. A wręcz jeszcze mocniej naciskał, bym się wysiliła i znalazła jakieś rozwiązanie, zanim całkiem mnie rozniesie.

Gdyby to było takie proste… Przecież nie wyjdę jak gdyby nigdy nic, trzaskając za sobą drzwiami.

A więc nosiło mnie. Snułam się po pokoju bez wyraźnego celu, przestawiałam książki na biblioteczce, układałam kolorystycznie miniaturowe lokomotywki z półki nad łóżkiem, segregowałam bałagan na biurku, wkopywałam pod meble zalegające na podłodze śmieci tylko po to, by zaraz z powrotem je wyciągać i wrzucać do kosza. Kosz stał na samym środku, przez co straciłam już rachubę, jak wiele razy w niego wlazłam i rozpierdzieliłam całą zawartość dookoła. Obserwujący to wszystko z łóżka Kot musiał mieć ze mnie niezły ubaw. Zwinięty w typowy bochenek, obserwował mnie ciekawie niebieskimi oczami, choć normalnie już dawno poszedłby tam, gdzie miałby największe szanse na przytulenie się do kogoś. Ja średnio się do tego aktualnie nadawałam.

Chciało mi się krzyczeć i rwać włosy z głowy. W brzuchu coś ściskało nieprzyjemnie, powodując fale cierpienia rozłażące się jak mrówki po wszystkich flakach.

A może to zgaga?

Nieważne. Grunt, że miałam wrażenie, jakbym zaraz miała wyjść z siebie. Czułam, że jeśli nie wydostanę się z tej żelbetowej pułapki tak szybko, jak to możliwe, wydarzy się coś…

Niby co?

Ze złością pierdyknęłam trzymanym akurat zeszytem o przesuwane drzwi szafy. Jak na przekór, upadając otworzył się na pracy domowej z funkcji kwadratowej, więc zaklęłam i mściwie wkopałam go pod kanapę, mając nadzieję, że stamtąd już nie wypełznie. Prychnęłam jeszcze wściekle pod nosem, jakby to miało sprawić, że bezsensowne, kompletnie niezrozumiałe zadania same się odrobią.

Kurde, nie, nie wytrzymam dłużej…!

Zdecydowanym krokiem wymaszerowałam do przedpokoju i pchnęłam drzwi pokoju rodziców, uchylone na tyle, by zmieścił się w nich pewien nadmiernie szczupły zwierzak, gdyby znowu uznał, że znalazł się po niewłaściwej stronie progu.

No bo co mi szkodzi jeszcze raz porozmawiać z rodzicami? Przynajmniej będę mieć poczucie, że zrobiłam wszystko, co mogłam, by uchronić się przed chorobą psychiczną, a i zajęcie jakieś będzie.

– Dobry wieczór, mamusiu! – zawołałam słodko, przyjmując jednocześnie najbardziej proszącą i najgłupszą ze swojego repertuaru min na każdą okazję.

Rodzice leżeli w łóżku z kutego metalu w niewielkiej sypialni, czytając książki, całkowicie obojętni na to, że ich jedynaczce właśnie dzieje się straszna krzywda. Mała nocna lampka rzucała słabe, ciepłe światło na buraczkowe ściany i zabytkowe meble z jasnego drewna. Zawsze mnie zadziwia, że w takim półmroku cokolwiek widzą.

– Ależ dobry wieczór, córeczko, coś się stało? – Mama spojrzała na mnie dziwnie, a tata parsknął śmiechem.

Chyba już łatwo możecie się domyślić, że tak się zachowuję tylko jeśli czegoś chcę. I tylko jeśli to coś może być lekko… niewygodne.

– No bo mam taką sprawę… – zaczęłam, nieśmiało grzebiąc stopą w podłodze. Dłonie splotłam za plecami, bo jakoś tak nie wiedziałam, co powinnam z nimi zrobić. Nagle zaczęły mi przeszkadzać, a udawanie biednej sierotki zawsze jako tako działało…

– Słucham. – Mama wyglądała, jakby już zwietrzyła podstęp. Cały misterny plan właśnie chyba poszedł się bujać.

– Em… Mogę wyjść na dwór? Taka ładna noc, a mnie tak roznosi, że… Ojej, nie wiedziałam, że macie tę książkę! – wypuściłam z siebie potok słów. Złapałam z biblioteczki pierwszą książkę, jaka mi się nawinęła, zaczęłam ją oglądać z przesadną uwagą. – Mogę pożyczyć, co nie?

– „Wichrowe wzgórza” będziesz czytać? – Tata tak się śmiał, że aż musiał schować twarz za okładką (oczywiście pożyczonego ode mnie) zbioru opowiadań Pilipiuka.

– Leah, córeczko. – Mama powoli położyła sobie gazetę na kolanach. – Czy umiesz mi powiedzieć, która jest godzina?

– Dwudziesta druga czterdzieści pięć – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Brawo. Idź już spać, masz szkołę jutro, znowu będziesz mi płakać rano, że chcesz umrzeć.

Zamknęłam drzwi, wydając rozczarowane jęknięcie.

Przez jakiś krótki moment naprawdę rozważałam, czy może nie wspomóc się kilkoma (kilkunastoma?) pastylkami nasennymi z wielkiego żelaznego zapasu mojej mamy (mama jest lekarzem, u nas proszków na każdą chorobę świata nigdy nie brakowało), ale gdy tylko spojrzałam na niepościelone łóżko, zrobiło mi się autentycznie niedobrze. Skrzywiłam się i szybko odwróciłam wzrok, bo łaskotki w brzuchu zaczęły jakoś dziwnie podburzać żołądek. Zew bywa na tyle upierdliwy, że podczas niego zazwyczaj muszę rezygnować z moich dwóch ukochanych czynności: spania i jedzenia.

Czułam się okropnie. Zacisnęłam pięści, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni, ale nawet ten ból nie zdołał mnie otrzeźwić. Chwilę próbowałam spokojnie głaskać ukochanego Kota, pamiętając, że wszyscy dookoła trują, że to uspokaja, ale gdy tylko go w ten sposób uśpiłam, nie chciałam więcej przeszkadzać. Roznosiło mnie…

Zaklęłam wreszcie, tupnęłam niecierpliwie i jeszcze raz wyjrzałam do przedpokoju. Poruszając się na palcach, upewniłam się, że drzwi pokoju rodziców są zamknięte, następnie bezszelestnie zdjęłam z wieszaka skórzaną kurtkę, złapałam pierwsze lepsze trampki i powolutku skierowałam się do kuchni. Nie zapalając światła, zbliżyłam się do okna, przez które docierał delikatny poblask świecącej pod blokiem latarni. Wprawdzie na trzecie piętro nie docierało go wcale tak dużo, ale spokojnie wystarczało, by nie obijać się o meble.

Wdrapałam się na blat, otworzyłam okno na tyle delikatnie, by klamka nie wydała żadnego dźwięku. Zamarłam na chwilę, gdy szczęknęła w końcowej fazie, przygryzłam wnętrze policzka, czekając na to, co się wydarzy. Wątpiłam, żeby przylecieli sprawdzać. Normalnie też zdarza mi się kręcić po kuchni o tej porze, gdy mojemu żołądkowi przypomina się, że właściwie to należałoby spożyć piątą kolację, bo nie pociągnę do rana.

W oknach mam siatki na owady. I to nie jakieś tam byle jakie, tylko takie solidne, plastikowe, na ramce, żeby przy okazji zabezpieczyć się na ewentualność, gdyby to Kotu zachciało się zabawić w samobójcę. Z niejakim trudem odgięłam wszystkie lekko zardzewiałe haczyki, wyjęłam konstrukcję, zachwiałam się, przez dłuższą chwilę nie mając pojęcia, co tak właściwie powinnam z nią zrobić – wciągnąć do środka, czy wysunąć się z nią na zewnątrz. Potrąciłam stopą jakiś słoik, skuliłam się cała na dźwięk brzmiący w ogólnej ciszy głośno jak wystrzał. Szlag. Złodziejem chyba byłabym kiepskim.

Ostatecznie wylazłam z całą moskitierą na zewnątrz, zaciskając zęby i próbując się zbytnio nie rozglądać, gdy lęk wysokości kopnął mnie solidnie w żołądek. Czasem mam problem ze stanięciem na krześle, by wymienić sobie żarówkę, a co dopiero takie wyczyny…

No dobra, wszystkich pewnie nieco zastanowiło, jak to możliwe, że wylazłam przez okno na trzecim piętrze i nadal mam się całkiem dobrze? Cóż, sprawa jest dość prosta i wcale nie oznacza, że jestem jakąś superbohaterką. Zwyczajnie cały mój blok od północnej strony oblepiony jest rusztowaniem od jakiegoś roku, kiedy to przyjechała ekipa remontowa, rozłożyła się, powzdychała i odjechała w stronę zachodzącego słońca, znikając na dobre. Nie rozumiem, jak mogli zostawić tyle sprzętu, kosztować to przecież musiało sporo, i nie rozumiem też, dlaczego do teraz nikt nie wziął się za to, by samemu to sprzątnąć – konstrukcja nieco rdzewieje, trzeszczy podczas mocniejszego wiatru i zacienia nieco mieszkania, a i z zewnątrz wygląda raczej mało ciekawie – ale nie wnikam. Teraz mogę się tylko cieszyć…

Już parę razy, gdy Zew stawał się wyjątkowo upierdliwy, wybierałam się tą drogą na spacer. Lęk wysokości: terapia szokowa, można powiedzieć. Zawsze towarzyszył mi przy tym strach, że za którymś razem przecież rodzice mogą się zorientować, mogą choćby zamknąć okno, które stanowiło moją jedyną drogę powrotu, ale jak na razie się udawało, więc pozostawało mieć nadzieję, że tym razem też będę mieć farta.

Syknęłam, gdy bosymi stopami dotknęłam lodowatego metalowego pomostu. Trampki związałam sznurówkami i przewiesiłam przez kark. No to teraz trochę gimnastyki… Dociągnęłam okno bliżej, kolejny raz dziękując w duchu, że tacie nadal nie chciało się go wyregulować, zablokowałam skutecznie o ramę (czasem wręcz ciężko je po czymś takim otworzyć) i zabrałam się za montowanie siatki. Znowu niemal się z nią wyrąbałam, gdy nie mogłam sobie poradzić z obróceniem jej w rękach. Wciśnięcie i przypięcie jej odwrotnie, tak, by haczyki znajdowały się od mojej strony, szczególnie proste nie jest. Zawsze musiałam pomagać sobie kolanem. Lęk wysokości kwilił i płakał…

Najciszej jak się dało porozkładałam drabinki i zawędrowałam aż na sam dół. Kurde, gdyby nie Zew, za nic bym się na coś takiego nie odważyła. Już na dole odetchnęłam głęboko, rozplątałam buty, wcisnęłam je na nogi i powiodłam wzrokiem dookoła. Kurtka wydawała się nieco za cienka jak na połowę października, ale nie zamierzałam wracać po zimową. Już samo wyjęcie jej z szafy, w której znajdowało się dosłownie wszystko, mogłoby być nieco skomplikowane.

Szare bloki wyłaniały się z mroku jak widma, skąpane w pasmach gęstej mgły. W okolicy nielicznych latarni opar stawał się pomarańczowy, by potem stopniowo zmieniać kolor, od czerwieni, poprzez ciemny fiolet, aż do czerni. Uśmiechnęłam się, podparłam boki pięściami, przymknęłam lekko oczy. Uniosłam głowę i zaciągnęłam się nocnym powietrzem.

Mgła pachniała oszałamiająco – deszczową świeżością, odrobinę mokrym betonem, lekko przemoczonym drewnem, a przede wszystkim bliżej nieokreślonym, wspaniałym, niemożliwym do opisania zapachem świata nocą. Pochmurne niebo rozpościerało się nade mną, podświetlane przez światła miasta, dziwnie fioletowo-pomarańczowe.

Było pusto. Było dokładnie tak, jak miało być.

No to gdzie teraz?

Moje osiedle jest miejscem cokolwiek specyficznym i fascynującym pod wieloma względami, ale chyba taką najsilniej wyróżniającą je cechą jest to, że idealnie wpasowało się w trzy linie kolejowe, otaczające je jak nierównomierny trójkąt. Tak się złożyło, że zanim jeszcze zamknięto jedną z tych linii, na każdym boku trójkąta mieściła się stacja kolejowa, na której to zatrzymywały się jedynie nieco rozlatujące pociągi podmiejskie. Teraz stacje zostały tylko dwie. Postanowiłam udać się na jedną z nich, jak to robiłam bardzo często. Padło na tą, którą z niewiadomych przyczyn nazywa się „starą stacją”. Nie wiem, czy stara stacja faktycznie jest z całej trójki najstarsza, zwłaszcza że obecnie prezentuje się najlepiej, ale wiem za to, że znajduje się na linii, którą właściwie można określić mianem najgłówniejszej. Mieści się na południowej krawędzi osiedla, jednocześnie stanowiąc faktyczną granicę miasta – za nią znajduje się już tylko porośnięta sosnowym lasem góra, na którą często wybieram się z kolegami na biwaki.

Zignorowałam podziemne przejście, w którym, sądząc po dźwiękach puszczonej z telefonu wyjątkowo mało inteligentnej muzyki, zadekowało się stadko dresiarzy. Przeszłam bezpośrednio po nieogrodzonych niczym torach, z lekkim trudem wdrapałam się na wysoki peron. Miejsce to wprawdzie nie miało już specyficznej atmosfery, przez którą dawno temu tak je pokochałam – popękany asfalt zastąpiły eleganckie płytki chodnikowe, spróchniałe niebieskie ławki wymieniono na nowe, srebrne, a ledwo trzymające się latarnie, z których obowiązkowo zawsze przynajmniej jedna musiała migać, wyrzucono w diabły i w ich miejsce wzniesiono nowe, dające nieco jaśniejsze, ale nieprzyjemnie białe światło. Nadal jednak miejsce mnie fascynowało. Praktycznie na wyciągnięcie ręki miałam pachnący oszałamiająco las – pomiędzy wysokie drzewa jasne światło nie docierało. Często kusiło mnie, żeby wbiec pomiędzy wysmukłe pnie, zanurzyć się w mroku, pozwolić, by panująca tam atmosfera mnie opanowała… Często daję tej chęci wygrać. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj przycupnęłam sobie na ławeczce, czekając na jakiś pociąg.

Nie mam bladego pojęcia, skąd to się we mnie wzięło, ale kocham kolej. Tak, wiem, pasja – zwłaszcza jak na niespełna szesnastoletnią blondynkę – jest nieco specyficzna, ale muszę przyznać, że wzięło mnie na nią całkowicie jeszcze jako dziecko. Zaczęło się właściwie od przedpotopowej elektrycznej kolejki taty, którą pewnego dnia wygrzebaliśmy w piwnicy, jak miałam jakieś pięć lat, i od tego czasu rozwijało się coraz silniej i silniej. Potem pojawiło się podróżowanie bez celu, które stało się błyskawicznie najlepszą formą odpoczynku i pożądaną metodą spędzania wolnego czasu, potem rozwinęło się w czasopisma i pierwszy prawdziwy model lokomotywy – padło na klasyczną ET-44, choć sama nie wiem, dlaczego ostatecznie akurat ją wybrałam – i ewoluowało w… obsesję. I sposób na przyszłość, bo niczego nie byłam aż tak pewna, jak tego, że zostanę maszynistką. Nie widziałam siebie na innym miejscu.

Nie musiałam długo czekać – z piskiem hamulców i trzeszczeniem wołających o wymianę amortyzatorów na tor przy peronie wtoczyła się moja największa miłość: zespół trakcyjny EN-57. Klasyczne czarno-czerwone malowanie typowe dla pociągów regionalnych, otwierane okna ze śladami rdzy na ramach, rozsuwane, wiecznie psujące się drzwi, w środku ściany wyłożone płytami mającymi imitować drewno i czerwone siedzenia z gatunku „full derma classic”. Po prostu kwintesencja tego, co lubię najbardziej. Jakoś zawsze ciągnęło mnie do takich rzeczy. Może to turpizm?

Idealnie pusty skład stał chwilę, przetwornice terkotały głośno. Wreszcie kierownik pociągu zagwizdał, drzwi zabrzęczały i zamknęły się z hukiem. Typowe „eeee, pssss – jeb!”. Odprowadziłam pociąg wzrokiem, wzdychając nad tym, jak to bym się nie obraziła, gdybym mogła teraz w nim siedzieć. Niestety roczny bilet, w który zainwestowałam jakiś czas temu, zostawiłam w torebce. Pieniądze również. A trochę ciężko nie rzucać się konduktorowi w oczy, gdy jest się jedynym pasażerem.

Chwilę jeszcze siedziałam na niewygodnej ławce, nucąc pod nosem siedzący w głowie kawałek Black Sabbath. Ech, ile ja bym dała, żeby wydali jeszcze jedną płytę… Mam jakiegoś takiego pecha, że zawsze muszę upatrzyć sobie te zespoły, których członkowie nie żyją lub skończyli działalność. Wreszcie zebrałam się jednak do kupy i ruszyłam na drugą stronę osiedla, do parczku.

Parczek właściwie nie jest nawet parkiem, a kawałkiem starego sadu, miejscem dość urokliwym. Gałęzie wiekowych jabłoni plączą się tam ze sobą, tworząc niemal idealne sklepienie, co jesienią wywiera nieraz wręcz mroczną atmosferę. W nocy, podświetlany pobliskimi latarniami, parczek jest jeszcze bardziej interesujący.

Przekroczyłam szeroką, opustoszałą o tej godzinie, dziurawą jak sito dwupasmówkę. Jej środkiem, między jezdniami, biegły kolejne tory kolejowe i znajdowała się kolejna z jeszcze czynnych stacji w okolicy. Choć znacznie młodsza od starej stacji, w stanie była dość kiepskim – składał się na nią tylko jeden peron, niski, wyłożony powybrzuszanymi z upływu lat brudnymi płytami chodnikowymi, z krawędzią wymalowaną nieco krzywo rażącą po oczach żółtą farbą, roztapiającą się coraz bardziej podczas każdego upału. Tutaj nawet przejścia podziemnego nie ma, tylko wyłożone między torami betonowe płyty i tabliczka z bijącym po oczach jakże przerażającym napisem o treści „strzeż się pociągu!”. Zawsze mnie to rozwalało…

Przeszłam przez ulicę, wspięłam się po kilku nierównych schodkach na zachwaszczony chodnik prowadzący do parczku. Z przyjemnością zanurzyłam się w dziwnie niebieskawym półmroku. Miałam wrażenie, że między drzewami jest o kilka stopni cieplej, niż wszędzie indziej. Jabłonie dawno już zdziczały i nie rodziły szczególnie wartościowych owoców, ale pomiędzy ich szerokimi, malowanymi na biało wiosną pniami było na tyle przyjemnie, że jakiś czas temu ktoś wpadł na to, by wyłożyć ścieżki ładną kostką i postawić w kilku miejscach sympatyczne ławeczki.

Choć godzina była już nieco przerażająca – zwłaszcza gdy uświadomiłam sobie, że czekała mnie pobudka o szóstej czterdzieści – zorientowałam się, że wcale nie jestem tutaj sama. Minęłam elegancko ubranego pana z teczką pod pachą, zmierzającego gdzieś przesadnie energicznie; z niewielkiej odległości słyszałam jakieś przyciszone głosy. Nie rozglądałam się za specjalnie. Nienawidziłam patrzeć na ewentualne zakochane pary. Choć na trzeźwo nigdy bym się do tego nie przyznała, i to nawet jakby mieli mnie torturować, tak naprawdę marzyłam o tym, żeby ktoś mnie pokochał w ten szczególny sposób. Brakowało mi chłopaka, którego nigdy nie miałam. Martwiłam się, że nigdy żadnego nie znajdę, gdy patrzyłam na tych, którzy mnie otaczali. Bo jeśli już byli sensowni, nie zwracali na mnie kompletnie żadnej uwagi. Moi kumple nie widzieli we mnie atrakcyjnej dziewczyny. Być może wcale nie byłam atrakcyjna.

To znaczy… Ja wiem, że nie wyglądam źle. Jestem bardzo niska – ledwo dorosłam do metra sześćdziesięciu, a i tak podczas mierzenia wszyscy mają wątpliwości – i bardzo szczupła. Niby mam trochę ciała w miejscach, w których należałoby je mieć, ale myślę, że i tak jestem zbyt patykowata. Wstydzę się tego. Denerwuję, bo już kilka osób posądziło mnie o zaburzenia odżywiania.

Jestem blondynką. Mam jasnobrązowe oczy. Wyglądam trochę jak dziecko i tylko mocnym makijażem jako tako się ratuję.

Nie uważam, że jestem brzydka. I nie chce mi się wierzyć, że aż tak do niczego się nie nadaję, że żaden z wartościowych chłopaków nie zwraca na mnie uwagi. A jeśli już zwraca, to i tak wszystko musi psuć moje zbyt dokładne wyobrażenie ideału, na który czekałam już długo. I prawdopodobnie nigdy się nie doczekam.

Dotarłam do drugiego krańca sadu. Tutaj teren wznosił się gwałtownie, tworząc dość wysoki nasyp, którego szczytem biegł nowy chodnik, oświetlony nowoczesnymi latarniami i blaskiem z okien zwieszającego się tuż nad nim wieżowca. Podeszłam do najbardziej charakterystycznej jabłoni, wspięłam się na nią, wmawiając lękowi wysokości, by poszedł w krzaki choć na chwilę, ułożyłam się na przyjemnie wygiętej gałęzi. Zamknęłam oczy.

Trwałam tak jakiś czas. Całkiem możliwe, że zasnęłam, bo gdy ponownie otworzyłam oczy, było jakoś… inaczej. Nie potrafiłam dokładnie powiedzieć, na czym polegała zmiana, ale wyczuwało się ją wyraźnie w powietrzu; tak, jakby minął jakiś dłuższy czas. Nie słyszałam już głosów. Może nawet dla tych kilku dziwaków było już zbyt późno na wycieczki.

Powinnam wracać, bo jeszcze faktycznie zacznę rano płakać, że chciałabym umrzeć.

Zeszłam ostrożnie z drzewa, rozprostowałam zastałe kości, otrzepałam się profilaktycznie. Postanowiłam iść do domu okrężną drogą, więc wspięłam się po stromym, nieco błotnistym o tej porze roku trawniczku na chodnik.

Słyszałam jakieś głosy. Zamarłam na chwilę, próbując wybadać, skąd mogą się rozlegać, lecz machnęłam w końcu lekceważąco dłonią i ruszyłam w drogę, nie przejmując się więcej.

A powinnam.

Wieżowiec zwieszał się nade mną, szary, posępny, nawet nieocieplony – widać było pokryte zaciekami łączenia płyt, z których go wzniesiono. W nielicznych oknach paliło się jeszcze światło, lecz cała reszta pogrążona była w ciemności. Było cicho, nie słyszałam nawet przejeżdżających samochodów. Było pusto…

…oprócz paczki nieco podpitych podejrzanych typków, która właściwie wyłoniła się z plamy mroku przede mną.

Chciałam ich zignorować. Nie patrząc im w oczy i nie zwracając uwagi, że zaczęli coś do siebie mówić, śmiejąc się idiotycznie, wyminęłam ich energicznym krokiem. Tylko że oni najwyraźniej nie zamierzali dać się wymijać.

– Hej, maleńka, zaczekaj no!

Pewnie każdy tak ma, że zdaje sobie sprawę z tego, że może kiedyś zostać napadnięty, ale tak naprawdę, gdzieś tam w głębi ducha, nie chce mu się w to wierzyć. Rany, przecież o takich rzeczach pisze się w książkach i gazetach, mówi w telewizji… Kto by to wziął do siebie? Można szokować się podobnymi wiadomościami, ale przecież każdy z nas w jakiś sposób ma wrażenie, że jest niewidzialny, nietykalny i jeszcze najlepiej nieśmiertelny. Dlatego więc musicie mi oddać sprawiedliwość – nie zaczęłam uciekać, a po prostu oniemiałam.

Stałam tak chwilę z wyjątkowo mało inteligentną miną, nie mogąc uwierzyć, że napakowany typek w dresie zwrócił się akurat do mnie. Mało brakło, a obejrzałabym się przez ramię, chcąc sprawdzić, czy tam kogoś przypadkiem nie ma. Odwiesiłam się nieco dopiero gdy podszedł do mnie bliżej i złapał za nadgarstek, choć gwałtownie odskoczyłam w tył.

– Ej, ej, a gdzie ty się wybierasz? Może napijesz się z nami, co? – spytał z obrzydliwym uśmiechem. Reszta rechotała kilka kroków dalej.

Facet, cholera, stanął zdecydowanie za blisko. Wyraźnie czułam wykręcający zapach jego potu i alkoholu. Ani trochę mi się to nie podobało. Serce łomotało mi w piersi, skóra ścierpła, a myśli naraz stały aż absurdalnie klarowne.

Pociągnął mnie mocniej w kierunku kolegów. Zaparłam się nogami, szarpnęłam.

– Puszczaj mnie, koleś! – warknęłam, zanim zdołałam się na dobre zastanowić. Fakt, najmądrzejsze to raczej nie było, bo typki roześmiały się jeszcze głośniej.

– A może pójdziemy gdzieś razem, co? – dopytywał ten, który mnie trzymał. – No, nie daj się prosić, koleżanko, będzie fajna zabawa, zobaczysz!

Jakim pieprzonym cudem nie mam przy sobie żadnego bagnetu?! Mam ich cholerną kolekcję i noszę ze sobą przynajmniej jeden dosłownie wszędzie, a tu…

Nawet nie liczyłam, że poradzę sobie z nimi gołymi rękami. Litości, ważę niecałe czterdzieści trzy kilogramy, a czubkiem głowy nie sięgam napastnikowi przynajmniej do obojczyka. Chyba byłam w ciemnej dupie.

Nie bałam się. Byłam wściekła, a wyglądający zza chmur niemal idealnie okrągły księżyc jedynie wszystko pogarszał.

Gdy koleś szarpnął mnie jeszcze mocniej, a jeden z pozostałej czwórki chwycił mnie za drugie ramię, czara goryczy ostatecznie się przelała.

Widzieliście kiedyś wilka? Nie chodzi mi tu o chuderlawego, nieco wyliniałego szarego psa, jakiego można sobie obejrzeć w zoo, ale o czarnego jak noc drapieżnika kłębem przekraczającego półtora metra, o brązowych ślepiach świecących wściekłością i lśniących białych zębiskach, zdolnych zdekapitować człowieka jednym niewysilonym kłapnięciem szczęk…

Nie widzieliście? To macie szczęście. Moim niechcianym nocnym towarzyszom nieco go zabrakło.

Facet krzyknął jak spłoszona dziesięciolatka, odskoczył kilka kroków. Potknął się o wystającą studzienkę kanalizacyjną i runął na plecy. Zaczął się panicznie czołgać, usiłując znaleźć się jak najdalej od zbliżającej się niespiesznie śmierci. Cała reszta już dawno wzięła nogi za pas i znikała właśnie za najbliższym zakrętem, a pazury cicho stukały na betonie. Ogromny pysk, najeżony ostrymi jak brzytwy kłami, był coraz bliżej. Ofiara spróbowała zerwać się na nogi, ale wtedy potężne szczęki dosłownie złapały ją wpół i cisnęły z powrotem na ziemię. Człowiek upadł, uderzenie wybiło mu powietrze z płuc. Wielkie zęby złapały go za udo jak w imadło.

Chwilę patrzył prosto w ślepia warczącej bestii. Szarpnął się gwałtownie w ostatniej desperackiej próbie ucieczki, ale wtedy zwierzę skoczyło, przygwoździło go do ziemi całym swoim ciężarem i złapało zębami za ramię, zdolne wyrwać cały bark ze stawu, jeśli by tylko zechciało.

Wilk chciał zabijać…

Otrzeźwiałam, gdy poczułam na języku paskudny smak krwi. Prawie się porzygałam. Odskoczyłam od dresiarza, zakrztusiłam się, zaczęłam pluć jak głupia. Koleś wykorzystał sytuację i zwiał tak szybko, jak tylko pozwalało mu potłuczone ciało. Szkoda, że w pobliżu nie było nikogo, kto doceniłby komizm sceny…

Otrzepałam się, odprowadzając go wzrokiem. Próbowałam się uspokoić.

Do cholery, Leah, a jeśli to wystarczyło, żeby gostka przemienić? Naprawdę chciałabyś mieć go w watasze?

Podniosłam się powoli z ziemi, prychnęłam ostatni raz, warknęłam sama do siebie. Odwróciłam się zgrabnie i rozpłynęłam się w coraz gęstszej mgle.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 352
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!