Evanstan: Najtrudniej jest nie grać // Rozdział 2. Gdy zbyt bardzo zależy

      Padły między nimi takie słowa… takie zahaczające o bliskość w relacji słowa. Widział nadzieję, że może mógłby… kiedyś… spróbować rozwinąć ich kontakt bardziej niż w sposób przyjacielski. Potrzebował tego już teraz, lecz nie miał odwagi, by sięgnąć po gesty. Nie potrafił. Bał się, że wtedy zniszczyłby to, co łączyło ich obecnie. Było dobrze. Właśnie tak, było dobrze. To nic, że szarpał się mentalnie z własnymi emocjami.

      (Oddaj mi ten uśmiech)

      Słowa Chrisa… pamiętał ton, jakim je wypowiedział, tę prośbę słyszalną w jego głosie. To wrażenie, że Evans wyczytał mu te słowa w myślach… Boże… zupełnie tak, jakby potrzebował tego samego. A jeśli… jeśli się pomylił? Jeśli źle go odebrał? Nie, absolutnie nie, był idiotą skoro się teraz wahał. To strach, nic więcej. Jak mógł sobie wmawiać, że to, co wtedy usłyszał nic nie znaczyło? Przypomniał sobie uczucie jakiegoś rodzaju upojenia, gdy mu odpowiadał.

      (Jeśli tylko ty oddasz mi swój)

      Tamta chwila… obaj się w niej zapomnieli, pamiętał to uderzenie ekscytacji, odurzenie emocjami. Patrzył wtedy na Chrisa bez skrępowania, nie istniał wstyd ani strach przed tym, co do niego czuł i… i najpiękniejsze było to, że wyczytał w nim wzajemność. Pierwszy raz wydawał mu się wtedy nieśmiały, jakby lekko wystraszony otwartością emocji. Boże. Pamiętał jak ten magnetyzm był obezwładniający, rozbudzający pragnienia, odbierający rozsądek.

      I teraz rozum wrócił. Strach wrócił. Szlag. Musiał tyle myśleć? Musiał sobie wszystko utrudniać? Czego się bał? Odrzucenia? Wzajemności?

      – Hej, Seb! – usłyszał za sobą znajomy głos.

      Nie zdążył nawet się odwrócić, poczuł przyjacielsko… tak, oczywiście, że przyjacielsko… zarzucone na plecy ramię, kiedy Evans podbiegł cicho i znalazł się tuż obok. Kiedy chciał, potrafił się świetnie skradać. Jak Kapitan, którego grał. Poczuł jak przygarnął go do swojego boku, przyciskając go mocno… naprawdę mocno… do siebie, przez co na chwilę stracił oddech. Cholera, był silny. Roześmiał się krótko na bezdechu i spróbował wyswobodzić z uścisku, lecz Chris wyczuwając to, ścisnął go jeszcze bardziej, również się śmiejąc. Miał świetną zabawę.

      – Chris, zadusisz mnie!

      Na jego słowa Evans zaśmiał się jeszcze radośniej, lecz w końcu go puścił i stanął przed nim zadowolony, przypatrując się swojej ofierze.

      – Lubisz tak atakować znienacka ludzi?

      – To miłe ataki. Nikt inny się nie uskarża.

      Obrzucił go najbardziej karcącym spojrzeniem, na jakie potrafił się zdobyć, lecz wrażenie zepsuł uśmiech, przed którym nie potrafił się powstrzymać.

      – Bo nikogo innego nie prześladujesz.

      – Czujesz się prześladowany?

      I wtedy już i tak stojący blisko Evans zrobił ku niemu krok, zrównując na centymetry ich twarze. Wstrzymał na moment oddech zaskoczony jego prowokacją, popatrzył prosto w oczy… przeniósł wzrok na usta… i znów zespoił ich spojrzenia. Uderzyło w niego silne napięcie powodowane bliskością Chrisa, ciepłem jego oddechu wyczuwalnym na twarzy. Jak on na niego patrzył, tak bardzo… inaczej… Boże… niemal uginał się pod ładunkiem emocjonalnym, jakim roziskrzone było jego spojrzenie. Tak blisko, tak blisko… miał wrażenie, że czas stanął w miejscu, że ich wzajemne pragnienia przejmą nad nimi kontrolę… spowodują… kontakt… bliskość…

      I nagle się wycofał. Odsunął się o krok, nie wiedząc nawet, że to zrobił. Instynkt? Cholera, jaki instynkt działa tak irracjonalnie do potrzeb? Speszony odwrócił wzrok, nie wiedząc jak się zachować, co zrobić. Zdążył jeszcze dostrzec zaskoczone spojrzenie Evansa. Zniszczył moment. Jak? Jak mógł nie poddać się takiej chemii? Jak mógł… nie poddać się Chrisowi? Przecież chciał. Przecież… chciał. I wyczuwał wzajemność. Wreszcie mógł go spróbować, tak jak potrzebował… dotknąć… a może nawet… może nawet…

      – Seb?

      I oczywiście musiał zrujnować zaistniałą szansę. A wszystko dlatego, że tak bardzo mu zależało i… wystraszył się. Bliskości. Tego chciał, tego pragnął… i gdy mógł po to sięgnąć, tak po prostu się na to nie odważył? Zrobił się na siebie zły. Obaj tego potrzebowali, a on… zgasił ich pragnienia zanim nawet pozwolił im się rozwinąć. Przecież… przecież… obaj patrzyli na siebie… inaczej. Dlaczego nie dotknął jego twarzy? Dlaczego… dlaczego go nie pocałował? Tak bardzo chciał… i wszystko zniszczył. Czego tak naprawdę się bał?

      Chris przyglądał się Sebastianowi, będąc wciąż pod wrażeniem magnetyzmu, jaki się między nimi wytworzył. Boże, było tak blisko… tak gorąco… i coś się stało. Nie rozumiał. Patrzył na towarzysza i szukał w nim odpowiedzi, lecz nie potrafił jej dostrzec. Zagubił się w emocjach, wciąż niewygasłe pragnienie mieszało się z niepokojem i zdziwieniem. Przecież… nie tylko on czuł tę chemię miedzy nimi… Boże, pożądanie było wzajemne… wiedział o tym, wyraźnie to odbierał. Jednak coś sprawiło, że Stan się odsunął. Nie rozumiał. Naprawdę nie rozumiał.

      – Spójrz na mnie, Seb. – powiedział, starając się, by jego ton zabrzmiał naturalnie.

      Zamierzał znaleźć wyjaśnienie w jego oczach i kiedy Sebastian usłuchał… widoczne w nich niepewność i lęk aż go poraziły. Uderzył w niego strach, że może… może… Seb poddał się sytuacji, lecz nie do końca chciał z nim czegoś… głębszego. Istniała między nimi obustronna fascynacja, ciągnęło ich do siebie, a gdy byli blisko… gdy na siebie patrzyli… miał wrażenie, że napięcie jest nie do zniesienia, że wręcz muszą… zaspokoić się sobą wzajemnie. Boże. Wyczuwał to bardzo wyraźnie. Nie mógł się mylić. A jeśli… jeśli Seb boi się, bo nie może się temu oprzeć, ale wie, że później będzie żałował? Nie mógł go skrzywdzić. Nie mógł… nie mógł go wykorzystać. Poczuł jakiś nagły ból, gdy to sobie uświadomił. Zupełnie jakby coś stracił.

      W pierwszym odruchu wyciągnął dłoń, chcąc dotknąć jego policzka, lecz zorientował się, że ten gest wykroczyłby poza granicę intymności fizycznej. Byłby zbyt bliski… zbyt ważny. Cofnął rękę, zdając sobie ze skrępowaniem sprawę, że nie znajdzie sposobu, by wytłumaczyć to zachowanie. Jak miałby to wyjaśnić? Wybacz, Seb, chciałem poczuć jak miękką masz skórę? Kłamać? Nie powiedział nic.

      Dostrzegł w oczach Stana jakiś rodzaj smutku, jakby obaj zdawali sobie sprawę z tego samego. Jakby obaj wiedzieli, że coś już minęło. Nadzieja? Nadzieja minęła? Naprawdę? Boże, proszę, nie.

      – Chris, ja… przepraszam.

      Nie chciał, by przyjaciel… Boże, przyjaciel… czuł się winny. Przyjaciel… tym Seb dla niego był? Tym miał pozostać? Przestań, nakazał sobie, po prostu przestań. Powinien w końcu uciszyć tę nadzieję, która wciąż nie chciała zamilknąć, szeptała, podjudzała do działań. Zależało mu, żeby Sebastian się nie bał, był spokojny i… powinien mu to zapewnić.

      – Nic się nie stało. Wszystko w porządku.

      Dwa machinalne zdania, na które towarzysz zareagował powątpiewającym uniesieniem brwi. Wiedział, ze nie był przekonujący. Zbyt bardzo żałował tego, czego nie mógł otrzymać. Zbyt bardzo chciałby móc tego zaznać… doświadczyć dotyku, przeżywać przyjemność dzięki ciału Sebastiana, czuć jego ruchy, słyszeć oddech, jego ekstatyczny z emocji głos… To on był człowiekiem, na którym skupiał uczucia… Boże… i na którym mu zależało.

      – Chris, wracaj. Gdzie ty odpłynąłeś?

      Otrząsnął się z własnych wyobrażeń. Z marzeń. Pora wrócić do realności. Tak, pora wrócić. Zwłaszcza, że był aktorem i już samo to powodowało, że mógł żyć w innej rzeczywistości. Z Sebastianem. Smutna ironia.

      – Myślałem o tobie, więc niedaleko.

      – Ładnie wyglądałeś.

      I nagle kilka prostych słów sprawiło, że cały zaistniały stres znikł. Kilka słów… zwykłych, lecz szczerych, wypowiedzianych pod wpływem chwili. Z łatwością mógłby zripostować, odpowiedzieć prowokacją, lecz nie chciał tego teraz. Zamiast tego podszedł o ten jeden krok, który ich dzielił, stanął przy boku Stana i zarzucił mu ramię na szyję, przyciągając do siebie lekko i miękko, jakby wszystko się nagle ułożyło. Wyczuł w nim wdzięczność za ten gest. Tym razem nie użył siły Kapitana Ameryki i go nie przydusił. Wszystko było dobrze. Wiedział, że jeszcze nieraz odezwie się w nim tęsknota za fizyczną intymnością, ale teraz… było dobrze.

      Wiedział, że Seb mu ufa i nie zamierzał go zawieść. Mógł… mógł pozostać jego przyjacielem. Jeśli bliższy kontakt to za dużo, uszanuje to dla niego. Dla niego. Zależało mu na nim bardziej niż był w stanie przyznać nawet przed samym sobą. Zachowa swoje pragnienia dla siebie, nie uzewnętrzni ich. Zdawał sobie sprawę, że będzie to trudne, że będzie chciał się złamać, doświadczyć czegoś więcej, ale… nie mógł. Zrobi to dla niego, zamknie w sobie marzenia o cielesności, o jego ustach, dotyku, pocałunkach. Wytrzyma. Wiedział już, że nie zdoła.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 169
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!