Uszkodzona dusza tom 1: LONER – Rozdział 11

Jedynym, co sobie pomyślałam, gdy zadzwonił mój budzik, było: „ja pierdykam”.

Nie wiem, jak odkleiłam się od materaca. Nie wiem, jak zdołałam się ubrać i dowlec do kuchni, nie padając na podłogę nigdzie po drodze. Nie wiem, jakim cudem wyminęłam zagradzającego mi drogę tatę, jak zwykle wielce rozbawionego moim żałosnym stanem, i nie wiem, jak to możliwe, że nie wyrąbałam się jak długa na kafelki, gdy potknęłam się o krzesło w kuchni. I nie wiem, jak w to krzesło wlazłam, skoro stało dokładnie tam, gdzie zawsze. Jedyne, co się dla mnie liczyło, to dowlec się do szafki nad lodówką…

Podstawiłam sobie krzesło, o które o mało co się przed chwilą nie zabiłam, wygarnęłam z półki wszystkie paczki mąki i makaronu, jakie tam siedziały, i wreszcie dostałam się do nieco odrapanej puszki. Z okrzykiem ulgi odkręciłam wieczko…

– Nosz ja pierdzielę! – zawyłam rozpaczliwie.

– Czyżby twoja skrzętnie zakamuflowana kawa się skończyła? – uprzejmie spytał mój wyrodny ojciec, krztusząc się ze śmiechu.

– Jezu, no ale jakim prawem?! – zaskamlałam, bezsilnie ciapnęłam opakowaniem „kolanek” o podłogę i rozsiadłam się na blacie, gotowa wybuchnąć rozdzierającym płaczem.

– A bo matka zapomniała kupić mojej i musiałem się wczoraj ratować. Rozumiesz.

Ni cholery nie rozumiałam, ale byłam zbyt nieprzytomna, żeby jakkolwiek to skomentować.

Bezsilnie sięgnęłam po ostatnią deskę ratunku: rozpuszczalny napój kawopodobny, jakim raczy się mama, a który z niewiadomych przyczyn w domu jest zawsze. Jak mogłam przypuszczać – słoiczek był pełen. I to nadal przykryty sreberkiem. Jezu, nie cierpię rozpuszczalnej… Jak normalnej kawy sypię sobie sześć łyżeczek i ani myślę bezcześcić ją cukrem lub mlekiem, tak tu skrzywiłam się już na myśl o takiej całkiem wybielonej, która niekoniecznie by smakowała jak kawa.

Czekając, aż woda w czajniku się zagotuje, na wpół przytomnie sięgnęłam do lodówki. Byłam tak nieżywa, że nie wyobrażałam sobie śniadania innego, niż takie składające się w przynajmniej dziewięćdziesięciu procentach z cukru, a że jedynym słodkim, na co mogłam sobie chwilowo pozwolić, były płatki z mlekiem…

Tylko że tu czekała mnie niespodzianka. Zastawszy drzwiczki lodówki całkiem puste, poczułam się odrobinę zdezorientowana. Przetarłam oczy, spojrzałam jeszcze raz. Po chwili dokładnie zbadałam też pozostałe półki, na żadnej jednak kartonu nie uraczyłam.

– A mleko to w tym domu, kurde, jest?! – wydarłam się o wiele głośniej, niż wypadało.

– W szafce.

Już planując, jak ojca zamordować, zajrzałam do szafki. Taaak, jest mleko, tak? Szkoda tylko, że bez tłuszczu! Cholera jasna, no przecież tego się zjeść nie da…

– Wy mnie chcecie z mamą zagłodzić?! Przecież tu się nie da żyć! – stwierdziłam, złapałam czajnik, dolałam do niego więcej wody i zajęłam się preparowaniem chińskiej zupki.

– Nie żryj tych świństw! – ocknął się tata. – Raka dostaniesz! To niezdrowe jest!

– To odkup mi mleko – odparowałam.

Tu wygrało lenistwo. W końcu zapłacenie córce za przeszczep żołądka wymaga mniej energii, niż wybranie się po zakupy, nie?

Dalej nastąpił kolejny ogonek niewiadomych, jeszcze dłuższy od poprzedniego. Nie wiem, jak udało mi się pomalować na tyle równo, by dało się to pokazać. Nie wiem, skąd wzięłam kanapki i pudełko z sałatką do jedzenia w szkole. Nie wiem, jak zdołałam zarzucić torebkę na ramię i nie wywalić się od jej ciężaru. Nie wiem, jak w ogóle doszłam do samochodu.

Rozbudziłam się nieco dopiero gdy mama parkowała już pod szkołą, z ironicznym uśmieszkiem na ustach życząc mi miłego dnia. Zapomniałam nawet odwdzięczyć się jej morderczym spojrzeniem, tak sparaliżowała mnie świadomość dwóch bardzo istotnych kwestii, o których nie mam pojęcia, jakim cudem zdołałam zapomnieć. Nawet skrajne niewyspanie mnie tutaj nie usprawiedliwia.

Po pierwsze: trzeba by znaleźć chłopaków i opowiedzieć o wszystkim tym, co stało się dziś w nocy. Już oczyma wyobraźni widziałam ich reakcję. Nie ma szans, żeby przyjęli to spokojnie – będzie wściekłość, będą przekleństwa, będzie chodzenie w kółko w bezsilnej złości, będą wyrzuty i złośliwości, zwłaszcza od strony Paula. Już nie mogę się doczekać.

A po drugie… Jasna cholera i wszyscy święci, ja muszę wytrzymać tu siedem godzin!

Oprzytomniałam w ciągu ułamka sekundy. I dosłownie zaczęłam się trząść.

Wspominałam już może coś o tym, że nie cierpię kolorystyki mojej szkoły? To może teraz dodatkowo uzupełnię ją o opisy pomieszczeń klasowych… W sektorze zielonym są żółte – na szczęście nie oczojebnie, tylko taką delikatną barwą, jaką w sklepach z farbami do wnętrz zwykło nazywać się „mglistym porankiem”. I tu w zasadzie jest całkiem w porządku… W sektorze żółtym w salach jest zielono – i to taką okropną lodowato zimną zielenią, na której widok ma się ochotę umrzeć – a w sektorze czerwonym niebiesko. I też średnio wyjściowo. Jezu, no i powiedzcie mi, jak ja mam w czymś takim nie zwariować? Jak sobie pomyślę, że czeka mnie siedem godzin w tym barwnym koszmarze, to zawsze mnie skręca. A tego dnia i tak miałam już dość kompletnie wszystkiego…

Ani trochę nie uśmiechało mi się zmienianie butów w szatni, ale woźna jak zwykle pilnowała drzwi, wyłapując leniwych i odsyłając ich z powrotem do boksów, więc jakoś zdobyłam się na ten wysiłek. Z trudem dowlokłam się do właściwej klasy i niemal się rozpłakałam, zorientowawszy się, że zaczynamy dzisiaj plastyką. No wspaniale.

Nauczycielka plastyki jest osobą, o której spokojnie można by napisać osobną książkę. To prawdopodobnie najbarwniejsza postać w całej szkole… Jest stara, choć nikt nie potrafi jednoznacznie określić, ile tak właściwie ma lat. Jest pomarszczona jak suszone jabłko. Pali papierosy na zapleczu, wciąż chyba myśląc, że nikt o tym nie wie. A przede wszystkim kompletnie nie potrafi zrobić sobie makijażu… Podkład zawsze wybiera chyba najciemniejszy z dostępnych, a nakłada w ten sposób, że kończy się nagle tuż pod linią żuchwy. Efekt jest taki, jakby przykleiła sobie maskę… Niebieskie cienie do powiek i włosy z odrostami doskonale dopełniają obrazu. A zachowuje się chyba gorzej od najgłupszego dresa z mojej klasy… Wyzywa uczniów, przyczepia się nie wiadomo do czego… No jest kobitka specyficzna. I to mocno. A osobą, która najmocniej zalazła jej za skórę tym, że się w tej szkole pojawiła, jestem ja. Zaczęło się dość niewinnie, bo narysowaniem krajobrazu… Na pierwszych zajęciach wydała nam takie właśnie polecenie. No więc Leah namalowała strumień. I okazało się, że strumień przecież nie jest krajobrazem. Jak ta Leah może nie wiedzieć takich podstawowych rzeczy, nie?

– Leiczek? Leiczku, o bosze, ja się tak bałam, że ty dzisiaj nie przyjdziesz! – Mało brakło, a Gabrysia by mnie przewróciła.

I mało brakło, a zamiast burknąć „cześć”, wydarłabym się „Chryste, coś ty ze sobą zrobiła?!”.

Gabrysia wyglądała koszmarnie. Włosy miała chyba jeszcze bardziej emosiowate niż zwykle, specjalnie nawet je wyprostowała i ułożyła, by opadały na jedno oko. Oko obwiedzione tak kretyńskim makijażem, jakiego w życiu jeszcze nie widziałam. Nie przypuszczałam nawet, że eyelinera da się używać w taki sposób! Kaprawe wodniste ślepka owijała idealnie czarna, gruba na centymetr pętla, zachodząca lekko haczykowatą linią na nos… Tego nawet nie da się opisać. Trzeba by było zobaczyć. Na szyi miała grubą, wysadzaną kolcami obrożę; piersi niemal jej się wylewały z gorsetu ozdobionego odwróconym krzyżem. Bardzo pasujące do niego luźne krótkie spodenki kończyły się tak wcześnie, że dziw, że nie zostawiały pola do popisu majtkom, a nogi oblekały czarne, podarte rajstopki. Pewnie miało to wyglądać gotycko, mi jednak kojarzyło się jedynie z przegraną walką z krzewem róży.

– Ojej, co tak patrzysz? – dopytywała głupio, gdy nie zdołałam się przez dłuższą chwilę ruszyć z samego środka korytarza. – Fajne ciuchy, nie? Chcesz, to podrzucę ci adres stronki, na której kupowałam.

– A ja zrekompensuję się wizytówką dobrego psychiatry – palnęłam. Dopiero po chwili zorientowałam się, że powiedziałam to na głos.

– Aleś ty dowcipna z rana! – Zachichotała jak upośledzona, co dość mocno kontrastowało z jej fizjonomią osoby odrobinę mrocznej, i bez dłuższej zwłoki ruszyła w stronę otwartej przed chwilą klasy.

Szczerze mówiąc, pewne nadzieje pokładałam w nauczycielce. Liczyłam na to, że jak zobaczy ten koszmar, to się przeżegna i wywali to to za drzwi, ale… No cóż. Kobieta na widok Gabrysi wytrzeszczyła oczy tak, że aż przez chwilę byłam pewna, że jej wypadną, i bezsilnie opadła na krzesło przy biurku. Z szoku nie zdoła się pewnie otrząsnąć do końca dnia, co łatwo można było poznać po tym, że po kilkukrotnym niepoprawnym odczytaniu nazwiska pierwszej osoby z listy w dzienniku zarządziła, że dziś mamy wolną lekcję. Mi to było nawet na rękę – planowałam zdrzemnąć się chwilę na ławce…

He, jasne.

Wiktoria oczywiście nie siedzi już ze mną, tylko ze swoimi nowymi koleżankami, z którymi niegdyś nawet nie rozmawiała, więc miejsce w ławce obok mnie stało sobie puste. Do czasu, aż Gabrysia nie przysiadła na nim, szczerząc się idiotycznie. Przez całą godzinę siedziała przodem do mnie, choć pokładałam się na blacie i patrzyłam w inną stronę jak mogłam, i widząc, że nie do końca nawiązuję dialog, powtarzała w kółko „ding-dong”. Jezu, a co ja miałam z tym zrobić?! Zapytać „kto tam”?!

Znaczy to nie tak, że ja nie cenię indywidualności. No chyba jestem ostatnią osobą, którą można o coś takiego posądzić… Ja jestem zwolenniczką teorii, że każdy powinien być wyjątkowy. Że bycie zwykłym szarakiem – kimś, kto nie ma kompletnie żadnych zainteresowań i problem sprawia mu nieraz zwykłe opowiedzenie o sobie, gdy ktoś poprosi – to kompletna porażka. Bo tu nie o to chodzi. Każdy powinien mieć w sobie przynajmniej jedną, jedyną cechę, która czyni go wyjątkowym. A osoby, które mają tych cech więcej, chętnie wyróżniają się z tłumu i ogólnie ciekawią… ależ proszę bardzo. Kocham poznawać nietypowych ludzi. Kocham odkrywać, co siedzi w ich wnętrzach, o czym myślą, dlaczego stali się tacy, jacy są.

Tylko że Gabrysia była dokładnie tym, czym indywidualizm nie powinien być. Bo niezaprzeczalnie przekroczyła cienką granicę, jaka dzieli go od przerysowania, i beztrosko robi z siebie klauna. I zgadnijmy, kto właśnie na tym cierpi…

Tak, ciężko mi się rozmawia z nijakimi osobami. Bo zwyczajnie nie ma o czym. Każdy chyba przyzna, że czasem bardzo trudno jest znaleźć wspólny temat z kimś, kto tylko siedzi w domu i uczy się lub ogląda telewizję. Wiadomo, jestem dla takich ludzi miła – bo dlaczego mam nie być, jeśli oni są mili dla mnie? – ale raczej nie dążę do kontaktu z nimi, bo nie lubię tych chwil krępującej ciszy, która zapada, gdy skończą mi się tematy. Tak, bo to zwykle kończy się w ten sposób, że ja dopytuję się o wszystko jak głupia, aż wreszcie naprawdę przestaję mieć pomysły… Unikam takich osób. Lubię rozmawiać, więc pilnuję, by było o czym.

Z Gabrysią nie ma o czym rozmawiać. Chyba że liczyć mam cisnący mi się na usta wykład na temat tego, w jakich sytuacjach przeważnie używa się zwrotu „ding-dong”. Oj, korciło, żeby jej to nieco dosadniej wyjaśnić…

Jedynym, co przemawiało na plus Gabrysi, było to, że nie przeklinała. Przynajmniej na razie. Rany, jak mnie okropnie wnerwiają laski, które wpychają przekleństwa jako przecinki… Niestety w okolicy niemal tylko takie się trafiają. Nie wiem, może jestem jakaś niedzisiejsza, ale ja poważnie nie rozumiem, jak można najukochańszej przyjaciółce powiedzieć nawet żartem „chuj ci w dupę”. Nie wiem. Nawet Wiktorii bym tak nie życzyła, bo mam, kurde, godność. I taką płeć, że pewne rzeczy jednak nie przystoją. Na przykład robienie z siebie wsi.

Szlag, przy Gabrysi naprawdę ciężko było nie przeklinać. Bo łaziła za mną dosłownie wszędzie. I trzymała się tak blisko, że aż czułam ciepło jej niekoniecznie umytego emo-ciała. Ja pierdzielę, nawet głodu przez to nie czułam…

I co teraz?

Tak się złożyło, że już wcześniej napisałam do Quillsa rozpaczliwego smsa, w którym informowałam o pilnej konieczności zorganizowania spotkania, choćby w szkole, i wiedziałam, że na przerwie muszę zobaczyć się z chłopakami w naszym stałym miejscu pod schodami, by omówić parę spraw i chociaż wstępnie postanowić, co dalej, ale przeczuwając, że nie będzie to wcale takie proste, miałam na to coraz mniejszą ochotę. Emosia nadawała jak katarynka na dopalaczach, gestykulowała ogniście, co chwilę rozpoczynała nowe tematy, nie kończąc poprzednich i wracając do nich w najmniej spodziewanych momentach… Coraz mocniej zapędzała się w tym swoim monologu, aż w końcu przekroczyła ten moment, w którym miałam ostatnią szansę na to, żeby się jej pozbyć. Sprawę przegapiłam, więc będę cierpieć.

I to jak!

Jak tylko zadzwonił dzwonek, oznajmiłam jej, że mam coś ważnego do załatwienia, złapałam torbę i dosłownie wybiegłam z klasy, taranując już tłoczących się przy drzwiach dresików z pierwszej ławki. Nawet się nie rozejrzałam, gdy wypadłam na korytarz i rzuciłam się w stronę schodów. I to nawet nie tych, pod którymi ma odbyć się spotkanie! A kij. Już po kilku metrach usłyszałam pełne wyrzutu:

– No co ty tak pędzisz, co?! Leiczku, czekaj, bo nie nadążam!

W jednej chwili zapragnęłam zawrócić i skrócić sobie drogę przez barierkę antresoli.

– Gabrysia, ale ja teraz naprawdę nie mogę… – jęknęłam, próbując rozwiązać sprawę pokojowo.

– Dlaczego nie możesz? Przecież idziesz spotkać się z kumplami, nie? Tak się ich wstydzisz, że nie chcesz mi ich pokazać?

Tym argumentem zostałam pokonana. I to tak, że przez dłuższy czas nie byłam w stanie się ruszyć i zamknąć ust. Wydukałam tylko coś bez ładu i składu, wydałam jakiś nieskoordynowany płaczliwy dźwięk i powlokłam się smętnie na miejsce spotkania, pozwalając, by grube emo holowało mnie przez tłum.

– No to gdzie mnie prowadzisz? – dopytywała, trzepocząc rzęsami, które w przeciwieństwie do reszty oka raczej nie uświadczyły makijażu. Mało brakło, a puściłabym pawia na ten widok.

– A, w takie miejsce – wydukałam. Potknęłam się na wyłożonych czerwonym linoleum schodach, ale na szczęście zaciskałam palce na poręczy tak mocno, że zanim mi się rozprostowały pod wpływem szarpnięcia, zdołały jakoś przywrócić mnie do pionu. Z jednej strony żałowałam – na samym dole przechadzała się akurat dyrektorka, która niejako zgotowała mi ten koszmar. Jakbym się jej nagle zwaliła tuż przed nosem, to może by się o mnie wyrąbała… Ale z drugiej szkoda łamać sobie kości dla tak okrutnych ludzi.

– W jakie miejsce? Nie bądź taka tajemnicza! – Emosia uwiesiła mi się na ramieniu.

Oż kurde!

– Zaraz zobaczysz! – Wyrwałam się czym prędzej i przyspieszyłam, by nie zdążyła jeszcze raz zrobić mi takiego numeru. Za drugim to bym ją zabiła, przysięgam. Nie, nie i jeszcze raz nie – ja nie pozwalam na to, żeby ta maszkara mnie dotykała. Nie, dopóki nie umyje stóp, bo ich powalający aromat czuję nawet przez warstwę glanów. I to najbrzydszych glanów, jakie kiedykolwiek widziałam, swoją drogą. Na cholewkach miały doklejone odstające płomienie…

Wreszcie znalazłam się na środku czerwonego, okrągłego hallu. Nigdy nie przypuszczałam, że pokonanie kilkunastu metrów może zająć tyle czasu… Skręciłam, niemal włażąc w filar z pomarańczowej blachy, i wskoczyłam we wnękę pod schodami, gdzie już zadekowała się dziewiątka podejrzanych typków z liceum. Koledzy spojrzeli na mnie tak, jak by się mnie nie spodziewali, i dalej zażerali się paprykowymi kabanosami ze wspólnej paczki, wykazując się oczywistym pośpiechem. Oj, jestem pewna, że zaraz im ten apetyt dokumentnie przejdzie…

– No wreszcie! – zawołał Embry, gdy już połknął to, co miał w ustach. – Zaraz przerwa się kończy, co tak… – Umilkł raptownie, ujrzawszy wyglądającą zza mojego zbolałego ramienia czarną czuprynkę i niecodziennie ucharakteryzowaną twarz.

– Nie pytaj – załkałam.

Odpowiedziało mi kilka cichych pomruków i jedno przekleństwo. I to o dziwo wcale nie ze strony Paula.

– Może mnie przedstawisz, co? – Gabrysia zarzuciła grzywką. I to tak zamaszyście, że aż coś jej chrupnęło w kręgach szyjnych. – Ostatnio jakoś o tym zapomniałaś – dodała z udawanym wyrzutem. Nadzieja, że przez moje złe wychowanie postanowi się obrazić i odmaszerować w swoją stronę, sczezła żałośnie w męczarniach.

– To jest Gabrysia – wykrztusiłam posłusznie. – A to są kumple.

– Przyjaciele! – poprawił mnie przesadnie entuzjastycznie Collin, szczerząc się ze złośliwym błyskiem w ślepiach. – Nie umniejszaj naszej funkcji!

– Dobrze. Przyjaciele – wycedziłam. – I Collin.

– Collin? Fajne imię, takie trochę jak z zagranicy – ucieszyła się dziewczyna.

– To ksywka – poprawiłam cicho. Zebrałam się w sobie i zaczęłam: – Posłuchaj, czy…

– Miło mi was poznać, chłopcy! – wykrzyknęła i rozsiadła się na podłodze na dobre. – No i co tam u was słychać? W jakich klasach jesteście?

Ośmiu długowłosych metalowców wyglądających na co najmniej pięć lat więcej, niż w rzeczywistości mają, spojrzało na dziewczynę z tępym niedowierzaniem. Sami chyba nie wiedzieli, czy bardziej mają ochotę potraktować ją jak ciekawy eksponat i wnikliwiej obejrzeć, czy może raczej zamordować. Tylko Paul zajęty był swoim olśniewająco kobiecym iPhone’m w złotej obudowie. Pasował mu w sumie do butów…

– Gabrysia, tak? – odezwał się w pewnym momencie Quills, zdejmując okulary przeciwsłoneczne wyćwiczonym teatralnym gestem. Najwyraźniej zauważył, że ja się do jakichkolwiek interakcji już nie nadaję. – Mogłabyś…

– O jeny, jakie masz świetne oczy! – wydarła się emosia, zrywając z miejsca. Nieszczęsny wilkołak aż się skulił, gdy nachyliła mu się nad twarzą. Jeszcze chwila, a od niej odpełznie… – Gdzie kupiłeś takie soczewki?! Od dawna takich szukam i nie mogę nigdzie dostać! One wyglądają jak prawdziwe! Ale czadowo!

Albinos na szczęście zdołał się jakoś opamiętać. I odpalić pierdzielca.

– Gabrysiu – warknął, prostując się na tyle stanowczo, że musiała się odsunąć. – Czy mogłabyś poczekać na Leę pod klasą?

No ja aż się zakrztusiłam z wrażenia! Ależ to asertywne było! A jej mina…! Warto było znosić te wszystkie męki tylko po to, żeby to zobaczyć! Emosia jak niepyszna wydukała zgodę, podniosła się z ziemi, otrzepała i odmaszerowała w cholerę!

– Quills, przyjacielu! – Bez wahania rzuciłam się Alfie na szyję i przytuliłam go tak mocno, że aż jęknął. – Jak ty to zrobiłeś?! Zdradź mi ten sekret, błagam!

– Dobra, dobra, uspokój się, coś nam podobno chciałaś powiedzieć… – Nieco niezręcznie poklepał mnie po plecach i z niejakim trudem spróbował od siebie odkleić.

– Ale urwał, to była ta cała Gabrysia? – Paul załapał ze sporym opóźnieniem.

– Tak – potwierdziłam uprzejmie – to była, cholera jasna, Gabrysia. – Jak tak na niego patrzyłam po tych wszystkich zajściach, uznałam nagle, że jest całkiem w porządku. Fajny gość. Nie to, co tamto coś…

– Leah! Przerwa się zaraz kończy. – Embry znacząco postukał palcem w zegarek.

– A tak… No bo… – zawahałam się na moment. – Powiem w bardzo dużym skrócie: Ares zniknął, jego stado sra po gaciach, a stara sfora postanowiła się wtrącić.

Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na mnie tak, jakby widzieli mnie pierwszy raz w życiu.

– Ty mówisz poważnie? – wykrztusił wreszcie Brady.

– Wiesz, nie jestem dzisiaj w nastroju do żartów, jakbyś nie zauważył – prychnęłam. – Mój dziadek kategorycznie zabronił mi kolejnych akcji szpiegowskich. Ogólnie nam wszystkim kazał chwilowo przystopować. Tego już nie mówił, ale chyba wszyscy podejrzewają, że ze zniknięciem Aresa może mieć coś wspólnego ten nieszczęsny krater. I biały wilk, ale o nim nie wspominałam, bo nie wiem, czy chcecie to na razie zdradzać.

Quills odsunął mnie bardziej stanowczo, gdy rozległ się przenikliwy dźwięk dzwonka. Wilkołaki w kompletnym milczeniu zaczęły się podnosić, usiłując nie patrzeć sobie nawzajem w oczy. Wszyscy musieliśmy przyznać, że sprawa nie wygląda szczególnie ciekawie. Najchętniej każde z nas trzymałoby się od niej jak najdalej… Ale co mamy poradzić, skoro to do naszych obowiązków należy rozwiązanie problemu?

– Dzisiaj w nocy na górce koło torów – westchnął Alfa, zanim zniknął w powoli rozrzedzającym się tłumie.

Nie chciało mi się o tym myśleć. Głowa bolała mnie z niewyspania i od nadmiaru bodźców, czułam się po prostu okropnie. Perspektywa tego, że czeka mnie kolejna zarwana noc, napawała mnie niemal namacalnym lękiem. A to, że to prawdopodobnie dopiero początek… Miałam gęsią skórkę, ilekroć choć trochę odbiegłam myślami w stronę tamtych tematów, dlatego postanowiłam do wieczora zupełnie się od tego odciąć. Sama nic nie wymyślę, więc mogę zająć się tym dopiero wtedy, gdy posiłkować będą mnie inne wilcze umysły…

Od myślenia o poważnych problemach o wiele gorsze okazało się jednak zmaganie z Gabrysią. Dziewczyna przyczepiła się do mnie jak psie gówno do buta – nie potrafiłam już znaleźć innego określenia. W ciągu kolejnych czterdziestu pięciu minut zdołała opowiedzieć mi praktycznie całą historię swojego życia. Owszem, starałam się nie słuchać, by nie zaśmiecać jeszcze bardziej już i tak zabałaganionej głowy, ale weź to wyłącz…

– No i wiesz, on jest po prostu niesamowity! A jak wygląda… – rozpływała się na niewygodnej ławce w salonie.

– Jak wygląda? – spytałam bez zainteresowania. Gdy na następnej przerwie doszło do zachwycania się chłopakiem, w którym się podkochuje, uznałam, że lepiej włączyć się do dialogu. Wymyślanie nowych piętrowych przekleństw nie zdawało na dłuższą metę egzaminu, a od zgrzytania zębami lada moment wyląduję na fotelu dentystycznym.

– Jak wygląda?! – Prawie zakrztusiła się powietrzem, oburzona, że śmiem nie wiedzieć czegoś takiego. No wstyd. – Nieziemsko! Jest wysoki, wysportowany… Do tego jeszcze te włosy!

Na hasła „nieziemski” i „te włosy” od razu miałam przed oczami obraz Viggo Mortensena w roli Aragorna, czyli mój wyśniony materiał na mężczyznę, lecz okazało się, że tamta wcale jeszcze nie skończyła.

– Ma taką, rozumiesz, grzywkę opadającą na jedno oko i…

Dalej nie słuchałam, bo zaczęłam obawiać się o bezpieczeństwo trawionego akurat trzeciego śniadania.

Ja już chcę nocne wilcze spotkanie. Ja chcę ciemność, dziwny zapach nienaturalnie ciepłego powietrza, tajemnicze dziury w ziemi, wilki, które nie powinny posługiwać się magią, i nienormalne zaginięcia! Ja przyjmę wszystko, tylko zabierzcie ode mnie ją!

I dalej posypało się jeszcze więcej niewiadomych, którymi dzisiejszy dzień, choć nie minął jeszcze nawet w połowie, zdawał się wręcz kipieć. Nie wiem, jak wytrzymałam pozostałe cztery godziny. Nie wiem, jakim cudem Gabrysi w tym czasie nie zamordowałam. Nie wiem, jak udało mi się samej sobie przetłumaczyć, że rzucanie się przez okno to wcale nie taki dobry pomysł, jak może się zdawać. Nie wiem, dlaczego, do cholery, nie zaczęłam wrzeszczeć i tarzać się w rozpaczy po ziemi, gdy dziewczyna po lekcjach beztrosko zaproponowała mi, że odprowadzi mnie do domu.

Nienawidzę poniedziałków. I to wcale nie dlatego, że naznaczają cały tydzień udręki, choć to też niejako dokłada nieco od siebie. Nienawidzę poniedziałków dlatego, że to jedyny dzień w tygodniu, gdy rodzice nie odbierają mnie ze szkoły i radzić muszę sobie sama. Daleko nie mam, pewnie będzie maksymalnie dwadzieścia minut, ale jeśli pomyśleć, że tych dwadzieścia minut spędzi się w tak doborowym towarzystwie…

Decyzję podjęłam błyskawicznie.

– Ale wiesz, ja znowu wracam do domu pociągiem – zaoponowałam szybko, gdy tylko Gabrysia radosnym tonem poinformowała mnie o swoich zamiarach.

– Dlaczego ty ciągle pociągiem jeździsz? Przecież tak blisko masz. – Zatrzymała się, zdziwiona.

– Tak jakoś wyszło. – Mało brakło, a podskoczyłabym ze szczęścia. Ona chyba zamierza odpuścić…

– No to odprowadzę cię chociaż na stację.

…albo i nie.

Zgrzytnęłam zębami tak, że aż w końcu mnie coś zabolało, i ruszyłam w stronę stacji.

– A w ogóle to co z tobą i Wiki, co? Przecież tak się dopiero co lubiłyście – usłyszałam.

Spojrzałam na emosię jak na upośledzoną, chwilę zastanowiłam się nad odpowiedzią. I czy w ogóle mam jakiejś udzielać. To zdecydowanie nie był temat, który chciałam poruszyć.

– Wiktorii zdecydowanie nie lubimy – warknęłam wreszcie i postanowiłam całkowicie skupić się na pozostałej drodze.

Swoją drogą, to jakim cudem ona może wiedzieć, że lubiłyśmy się z Wiktorią, skoro nie odzywamy się do siebie odkąd się pojawiła – wcześniej przez to, że dziewczyna była chora, a później z przyczyn raczej oczywistych? Czyta mi w myślach, czy co? Na pewno jej się z niczego nie zwierzałam. Przecież nawet nie miałabym kiedy – takiego słowotoku nie da się ot tak przerwać…

Już dawno zorientowałam się, że pociągi regionalne w moim mieście działają prawie jak szybka kolej miejska, co postanowiłam bezczelnie wykorzystywać w każdy poniedziałek. Tym razem przerażająca koleżanka nie wykazała się już odwagą, wsiadając do wagonu bez zamiaru kupienia biletu, tylko pomachała do mnie jeszcze z peronu i odeszła w swoją stronę, kręcąc spasionym tyłkiem. Normalnie nie mam nic do ludzi o większej wadze, ale u niej ta nadwaga jest jakoś tak obleśna, że po prostu patrzeć na to nie mogę…

Z westchnieniem ulgi opadłam na wyłożone sztuczną skórą siedzenie w trzeszczącym ze starości wagonie poczciwego EN-57. Zerknęłam jeszcze na zaskakująco nowoczesny wyświetlacz nad drzwiami, na którym wyświetlały się po kolei nazwy stacji, i uznawszy, że dzisiaj trafiłam wreszcie na odpowiednie połączenie, rozgościłam się przy ubabranym rdzą oknie na dobre. Bilet roczny miałam przy sobie, więc nic się nie stanie, jeśli dla ukojenia nerwów przejadę się do końcowej stacji i z powrotem. Tym razem nie wyląduję w Świerczewie, więc może nawet połączenie powrotne złapię.

Pociąg był dokładnie taki, jak lubię – ściany z okleiny jedynie z kilometra przypominającej drewno, otwierane okna ze śladami rdzy na metalowych ramach i krawędziach szyb, czerwona skóropodobna derma na siedzeniach – miejscami nawet różniąca się odcieniem od całej reszty… Nawet drzwi od przedziałów rozsuwały i zasuwały się same na łukach, przed zamknięciem drzwi rozlegał się charakterystyczny brzęczyk, a same machnięte na czerwono skrzydła zwykle nie zamierzały się do końca domykać. Cała maszyneria terkotała w swoim rytmie, który rozpoznać mogę już z zamkniętymi oczami, amortyzatory trzeszczały przejmująco na najmniejszych nierównościach, a jarzeniówki migały w paski. Nie, nie wiem, jak to działa, ale choć w tych składach ich nadal nie lubię, tak uważam za akceptowalne. No bo to nie byłoby to bez nich. Poza tym zawsze zachowują się tak ciekawie, a jestem zbyt upośledzona w fizyce, elektryce i innych cudach, by wykoncypować, dlaczego, do jasnej ciasnej, tylko tutaj świecą w paski. Poważnie. Przyglądaliście się temu kiedyś? Warto. Gdy jesteś na tyle tępy, że wygląda to dla ciebie jak czarna magia, to jest na co popatrzeć.

O EN-57 (pogardliwie nazywanych „kiblami”) wiem niemal wszystko. To już prawie obsesja. Od takiego składu właśnie się zaczęło, a ewoluowało w pasję pełną gębą. Ciekawe to w sumie, bo stało się to jedynie przez to, że wieki temu jeszcze jako podrostek z końcówki podstawówki lubiłam przesiadywać na zaniedbanej starej stacji za moim osiedlem i obserwować przejeżdżające cudeńka. Nie mam nikogo w rodzinie, kto mógłby mnie tym zarazić. Po prostu stało się, i już.

No, to skoro wszystko było na swoim miejscu, a pociąg dokładnie taki, jaki powinien, mogłam się całkowicie odprężyć.

Siedziałam sobie, wyglądałam przez okieneczko, choć tak naprawdę myślami byłam wystarczająco daleko, by nic przez nie nie widzieć. Wsłuchiwałam się w szum kół na szynach, trzeszczenie dobiegające od najbliższego łączenia wagonów, terkotanie sprężarek… relaksowałam się… Było mi po prostu dobrze. I to tak dobrze, że przez chwilę mi się nawet przysnęło.

A gdy już obudził mnie komunikat o zbliżaniu się do stacji końcowej, wstałam, przeciągnęłam się, ziewnęłam głośno, rozejrzałam…

I krzyknęłam z rozpaczy.

Bo byłam w Świerczewie.

Jak?! Ja pierdzielę, jak?! I za co?!

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 381
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!