Córa rodu Phoenix – Rozdział 3

Miotły i trolle

               Gallatea pospiesznie zbiegła do Pokoju Wspólnego, usilnie poprawiając ramię torby, zsuwającej się z jej szczupłego barku. Kolejną już noc poświęciła na rozmowy z Severusem – Snape odwiedzał ją kilka razy w tygodniu, żeby podyskutować o sprawach bardziej lub mniej istotnych. Nie przeszkadzały jej cykliczne wizyty, mogła w końcu cieszyć się towarzystwem kogoś świadomego kim była, bez konieczności ciągłego uważania na to, co robi bądź mówi. Polubiła tego mężczyznę, choć bywał mrukowaty, uparty i złośliwy. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że Albus przyłożył rękę do zacieśnienia relacji między nią, a mistrzem eliksirów, co było bardzo w jego stylu. Nosiła się z zamiarem zapytania o to przyjaciela, jednak obecnie powinna poświęcić całą uwagę pilniejszym obowiązkom. W ciągu całego swego długiego żywota, nigdy nie miała okazji przeżyć normalnego, zwyczajnego dzieciństwa, więc próby wpasowania się w społeczność uczniów traktowała, jak wyzwanie. Obserwowała młodych czarodziei, starając się naśladować ich sposób zachowania, w jak najbardziej naturalny sposób. Kiedy w końcu stanęła w Pokoju Wspólnym, uważnie rozejrzała się po eleganckim wnętrzu. Niewiele osób się po nim kręciło, bynajmniej nie z powodu wczesnej pory. Westchnęła cicho i wybiegła z dormitorium. Na śniadanie było już zdecydowanie za późno, musiała wykazać się nie lada pośpiechem, by nie spóźnić się na pierwszą lekcję latania. Mocniej zacisnęła palce na ramieniu torby. Miotły. Nie przepadała za tym środkiem transportu, uporczywie unikając konieczności posługiwania się nim. Cóż – nikt nie mówił, że w murach szkoły nie będzie musiała zmuszać się do zajęć, za którymi nie przepadała. Biegła przez kamienne korytarze, przywołując we wspomnieniach plan zamku. Na miejsce zbiórki jakimś cudem udało jej się dotrzeć przed nauczycielką. Oparła dłonie na kolanach, ułatwiając sobie tym samym uspokojenie oddechu. Kątem oka dostrzegła ruch po swojej prawej. Zabini machał jej energicznie, z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyprostowała się i korzystając z wyraźnego zaproszenia stanęła między Blaisem, a Draco. Panowie zgodnie domagali się, by wyjawiła im powód karygodnego spóźnienia. Kończyła tłumaczyć się historyjką o problemach z zaśnięciem, gdy usłyszała pretensjonalne prychnięcie tuż za swoimi plecami. Uśmiechnęła się delikatnie – no tak, dzień bez festiwalu złośliwości to dzień stracony. 

– Księżniczka raczyła pofatygować się na zajęcia. Cóż za zaszczyt!

Uszczypliwego tonu Pansy nie dało się pomylić z żadnym innym, głównie przez nieprzyjemnie wysoką tonację i nieodłączną nutę kpiny. Rudowłosa odwróciła się powoli i obdarzyła “koleżankę” najbardziej wyniosłym spojrzeniem, na jakie było ją stać. Zagadką dla niej pozostawało, dlaczego państwu Parkinson nie przyszło do głowy podcięcie córce strun głosowych. Ciągłe wysłuchiwanie takiego frustrującego jazgotu z pewnością mogło doprowadzić do szaleństwa, no chyba, że cierpieli na problemy ze słuchem – to wydawało się jedynym logicznym wyjaśnieniem tego fenomenu. Powinna odpuścić sobie przepychanki z dziewczynką, ale była zbyt niewyspana, żeby silić się nieme znoszenie złośliwości.

– Odejdź, Parkinson – rzuciła zaczepnie. – Twój irytujący głosik mąci mój królewski spokój.

Pansy napuszyła się bardziej niż zazwyczaj. Przez uderzające w nią z każdej strony chichoty uczniów, oblała się pulsującym, purpurowym rumieńcem. Musiała  jak najszybciej odpysknąć, żeby to Dumbledore wyszła na tą gorszą. Oparła dłonie na biodrach i z kąśliwym półuśmieszkiem wysunęła się bliżej Tei. 

– Obyś spadła z miotły, wstrętna krowo – syknęła, dumna z siebie.

– Rozczulasz mnie, Parkinson. Tylko na tyle cię stać? Złośliwości rodem z piaskownicy? Nie chcę nawet wiedzieć w jakiej stajni cię wychowano. Poza tym, wstrętna krowo? Masz chyba poważne problemy ze wzrokiem, panno Parkinson.

Błękitnooka przemówiła godnym pozazdroszczenia, majestatycznym tonem. Ten ton w połączeniu ze spokojem Tei onieśmielił Pansy. Przy każdej okazji starała się dopiec temu rudzielcowi, wykorzystując to, że dziewczyna zwyczajnie ignorowała zaczepki, nie starając się bronić ani wyrównywać rachunków – dzięki temu łatwo było się z niej naśmiewać. Parkinson nie przypuszczała, że będzie musiała odpyskować na poczekaniu. Zacisnęła pięści nie mogąc znaleźć odpowiedniej kontry. Salwy śmiechu Ślizgonów uderzały w nią boleśnie, podsycając wzrastający gniew. Nie mogła sobie pozwolić, by byle zdrajczyni krwi publicznie ją upokarzała! Skoro w słownej potyczce była bez szans, postanowiła skorzystać z argumentu siły. Dumbledore była drobnej budowy, więc nie miałaby jak się obronić przed atakiem z zaskoczenia. Pansy rzuciła się w stronę rudowłosej, ale powstrzymało ją ramię, oplecione wokół jej tali z siłą imadła. Zerknęła przez bark na twarz tego, który przeszkodził jej w wymierzeniu sprawiedliwości. Zabini wpatrywał się w nią z nazbyt wyraźną złością. Próbowała wyszarpnąć się z jego objęć i chociażby pociągnąć Teę za te jej rude kudły – jednak bezskutecznie. Jedyne, co mogła, to patrzeć wściekle na tą upierdliwą dziewuchę. Jej rozszalały wzrok nie spodobał się Draco, który delikatnym ruchem przesunął błękitnooką za swoje plecy, oszczędzając jej tym samym widoku gromów bijących od Parkinson. Tego było już za wiele! Pansy zaczęła miotać się, próbując kopnąć Blaise’a. Na niewiele jej się to zdało. Chłopak miał znaczną przewagę siły i wzrostu. Sapiąc ociężale, opuściła bezwładne ramiona – tym razem zmuszona była zrezygnować. Zabini potrząsnął koleżanką, jakby była szmacianą lalką. 

– Do cholery, Parkinson! – warknął ostrzegawczo – Uspokoiłaś się wreszcie? 

Zdobyła się jedynie na niewyraźne potaknięcie. Chłopak w mało subtelny sposób wyzwolił ją ze swego uścisku, pozwalając, by swobodnie osunęła się na trawę. Odchodząc jeszcze raz spojrzał na nią spode łba i nie zawracając sobie dłużej głowy Parkinson, podszedł do Tei. Całkiem zabawnie wyglądała schowana za plecami, nie tak przecież rosłego, Draco. Z tej dziewczyny była prawdziwa kruszyna. Blaise uśmiechnął się ciepło, wpatrzony w jej porcelanową buzię. 

– Wszystko w porządku? – zapytał ze szczerą troską.

– Tak. Nie spodziewałam się, że ktokolwiek mógłby zniżyć się do rękoczynu, z równie głupiego powodu – spojrzała wymownie na Pansy.

Parkinson wręcz kipiała ze złości. Każde słowo wypowiedziane przez Dumbledore mieszało ją z błotem coraz to bardziej. Podniosła się powoli z murawy i otrzepała mundurek. Przynajmniej dowiedziała się, że rudzielec potrafił zaleźć za skórę samymi słowami. Posłała błękitnookiej ostatnie, wyniosłe spojrzenie i odwróciwszy się gwałtownie odeszła. Mijając kolejnych wychowanków domu węża, napotykała nieprzychylne zerknięcia. Ze złością zacisnęła usta. Brak wsparcia Ślizgonów zirytował ją do granic możliwości. Oczywiście miała świadomość, że w większości byli potomkami wielkich rodów – od wczesnego dzieciństwa wpajano im zasady etykiety, sztuki dyplomacji i nieskazitelnego wychowania, tworząc tym samym elitę dam i gentlemanów. Rzucanie się z pięściami na inną dziewczynkę, naturalnie nie należało do dobrze widzianych zachowań, zwłaszcza, jeśli robiło się z tego publiczny cyrk. Jednak ta wredna małpa nie była czystej krwi! Nikt noszący nazwisko Dumbledore nie mógł szczycić się swym pochodzeniem. Ślizgoni powinni stanąć po jej stronie, zamiast mieć jej za złe pokazanie mieszańcowi, gdzie jego miejsce. Dyskretnie zerknęła w stronę płomiennowłosej. Blaise i Draco pilnowali jej jak jacyś rycerze swej lady, zachowując się w ten sposób już od pierwszego dnia. Zapomnieli całkowicie o Pansy, żeby poświęcić całą uwagę tej durnej marchewie. Parkinson przygryzła niezbyt mocno wargę. Zabini’emu krzyż na drogę, niech sobie rudzielca zatrzyma! Bolało ją jednak zachowanie Draco. Znali się od dzieciństwa, dzięki dość wymownej zażyłości ich rodzin. Niegdyś spędzała w Malfoy Manor bardzo dużo czasu, bawiąc się z szarookim arystokratą, ku uciesze swojej matki. Widząc jak radosny i rozluźniony był przy Dumbledore, czuła się zazdrosna i w jakiś sposób upokorzona. Nie chciała stracić przyjaciela przez byle zdrajczynię. Definitywnie odwróciła wzrok, gdy do tych dwóch bezdusznych kretynów dołączyli Crabbe oraz Goyle. Na tych półgłówków i tak nie miałaby co liczyć, dobrze wiedziała o tym, że poleźliby za Malfoy’em w ogień. Zdana tylko na siebie musiała coś wymyślić, żeby raz na zawsze odciąć kłopotliwego rudzielca od Ślizgonów. Knowania musiały jednak zaczekać na bardziej sprzyjającą chwilę. Szybkim krokiem w stronę uczniów zbliżała się średniego wzrostu kobieta o krótkich, nastroszonych, siwych włosach. Przystanęła przed uczniami mierząc ich badawczym, czujnym wzrokiem. 

– Witam państwa na pierwszych zajęciach latania na miotle! Nazywam się Rolanda Hooch. Proszę ustawić się w rzędach – Slytherin po mojej lewej, Gryffindor po prawej. Miotły położyć równolegle do boku ciała po prawej stronie. No już, już! Nie mamy całego dnia!

Uczniowie jak najszybciej wykonali polecenie. Pani Hooch wydawała jasne, precyzyjne komendy i takiej samej pieczołowitości wymagała od dzieciaków. Nim przeszła do wyjaśniania podstaw przywołania miotły i manewru wznoszenia się, kilkukrotnie kazała poprawić ułożenie ciała – trzeba przyznać tej kobiecie, że posiadała talent do natychmiastowego ostudzenia zbytniego entuzjazmu początkujących. Tea stała naprzeciw Hermiony, dzięki temu mogła obserwować irytację wymalowaną na twarzy Gryfonki, która zaciekle walczyła z nieposłuszną miotłą – latanie raczej nie miało szans stać się jej ulubionym przedmiotem. Sama ociągała się, ile mogła z wykonaniem zalecenia Rolandy, jednak w końcu musiała wyciągnąć dłoń ponad swoją miotłę.

– Do mnie – wyszeptała, by zachować odpowiednie pozory.

Miotła w ułamku sekundy zareagowała na jej przywołanie, idealnie wpasowując się w delikatną dłoń. Płomiennowłosa podchwyciła zdumione i jednocześnie zaciekawione spojrzenie Granger. Uśmiechnęła się ciepło do koleżanki, wzruszając ramionami. Hooch cierpliwie zaczekała, aż wszystkim powiedzie się przywołanie i jeszcze raz wyjaśniła manewr wznoszenia, nie szczędząc szczegółów. Niby nic wielkiego, jednak jak się okazało potrafiło stanowić nie lada problem – zwłaszcza dla osób, które nigdy miotły w rękach nie miały. Błękitnooką zainteresowało zamieszanie po stronie Gryffindoru. Jakiś chłopiec, nie potrafiąc opanować miotły dał jej się ponieść. Przygryzała nerwowo dolną wargę, obserwując, jak chłopiec walczył rozpaczliwie, by nie spaść, co wydawało się nieuniknione. Przysłoniła dłońmi usta, gdy zderzył się ze ścianą szkoły. Jej zachowanie nie było podyktowane troską o los Gryfona, a chęcią zapewnienia sobie możliwości bezzwłocznego zareagowania w razie konieczności. Szybko okazało się to pomysłem jak najbardziej trafionym. Chłopiec w wyniku zderzenia zaczął spadać z niebezpieczną prędkością, więc użyła swojej mocy, by spowolnić nieuchronny upadek – dzięki czemu Gryfon spotkał się z ziemią w dużo mniej bolesny sposób niż powinien. Pani Hooch podbiegła do poszkodowanego, chcąc ocenić jego stan. Dokładnie obejrzała bolącą rękę ucznia i podtrzymując go ramieniem, odwróciła się do pozostałych podopiecznych. 

– Odprowadzę pana Longbottoma do Skrzydła Szpitalnego. Do mojego powrotu, niech nikt nie próbuje nawet tknąć miotły! Zrozumiano?!

Uczniowie zgodnie potaknęli, nie można było jednak polegać ani trochę na zdrowym rozsądku bandy dzieciaków. Ledwo Rolanda zniknęła z pola widzenia, rozgorzał kolejny konflikt. Błękitnooka nawet nie zauważyła, kiedy Draco zdążył wdać się w pyskówkę z Harrym. Malfoy trzymając w dłoni jakiś przedmiot wskoczył na miotłę i ignorując zupełnie polecenie Hooch, wzbił się w powietrze. Potter większym rozsądkiem nie miał zamiaru się wykazywać. Sprowokowany kpinami już po chwili ścigał blondyna na swej miotle. Umiejętności arystokraty wcale nie dziwiły płomiennowłosej – w magicznych rodzinach często zdarzało się, że dzieci uczono latać na długo przed przysłaniem listu z Hogwartu. Jej zainteresowanie wzbudzał Potter. Całkiem sprawnie raził sobie z opanowaniem miotły i podniebną pogonią za bardziej doświadczonym Ślizgonem. Zapewne był obdarzony czymś w rodzaju naturalnego talentu, który umożliwiał mu nie tylko spokojny lot, ale nawet wyczynianie dość wymyślnych manewrów. Tea odwróciła wzrok od szalejących kolegów, słysząc podniesiony głos Hermiony. Zdenerwowana dziewczynka wykrzykiwała prośby skierowane do zbyt pewnych swego chłopców. Dumbledore westchnęła i podeszła do Gryfonki. Położyła dłoń na jej ramieniu, uśmiechając się delikatnie. 

– Wątpię, żeby cię słyszeli, a nawet jeśli to raczej nie posłuchają. 

– Jak Harry może tak ignorować polecenia nauczyciela?! Jak ktoś go przyłapie będzie miał kłopoty! – naburmuszona dziewczynka zaplotła ręce na piersi.

– Bardziej niż to, że może sobie zrobić krzywdę, martwi cię możliwość podpadnięcia nauczycielom? 

Granger uśmiechnęła się oszczędnie, co rozśmieszyło błękitnooką. Hermiona zasadniczością niewiele ustępowała Minervie, jednak w przeciwieństwie do McGonagall nie miała żadnego wpływu na sytuację. Przez dłuższą chwilę stały ramię w ramię, obserwując podniebną gonitwę, aż do momentu w którym przeniosła się poza pole ich widzenia. Co jakiś czas docierały do nich przytłumione, odległe krzyki. Przepychanka na miotłach zakończyła się definitywnie wraz z powrotem Harry’ego, choć to Draco wylądował jako pierwszy. Nim Malfoy zdążył dobrze stanąć na stabilnym gruncie, otoczył go wianuszek rozkrzyczanych Ślizgonów – podekscytowani gratulowali koledze odwagi i wprawy w lataniu. Tea pożegnała Hermionę, po czym korzystając z drobnej budowy przedarła się przez zbiorowisko, stając tuż przed szarookim. Szczerzył się do niej, widocznie dumny ze swego wyczynu. Dziewczyna przewróciła oczami i bez zbędnych słów strzeliła go z otwartej dłoni w tył głowy. Malfoy nie rozumiejąc za bardzo, dlaczego oberwał, wpatrywał się w nią zdumiony. Oczywistym było, że spodziewał się pochwał zamiast kary, jednak teraz nie miała czasu strzępić sobie języka. Jej uwagę zwrócił wracający Potter. Wymachiwał złapanym przedmiotem, jak jakimś bezcennym trofeum, ku uciesze reszty uczniów. Gallatea podeszła do niego wykorzystując chwilę, gdy tłum jeszcze nie zgęstniał. Tak samo jak wcześniej Draco i Harry’ego zdzieliła po głowie – kara musiała być taka sama w obydwu przypadkach, żeby nie było wątpliwości, czy sobie zasłużyli. Stojąc niedaleko siebie, obydwaj gapili się na nią zaskoczeni. 

– Bezmyślni kretyni – skwitowała, odwracając się do nich plecami.

Słyszała za sobą jakieś krzyki, jednak nie miała najmniejszego zamiaru się odwracać. Nie powinna ingerować w szkolne sprawy pana Pottera, o ile nie były skrajnie niebezpieczne, a do takich z pewnością zaliczało się szarżowanie na miotle, nie posiadając ugruntowanych umiejętności, asekuracji ani doświadczenia. Malfoy’owi należało się z podobnego powodu. Zaciekła rywalizacja między tymi dwoma, mogła okazać się nie lada problemem w przyszłości. Prowokując jeden drugiego, zupełnie tracili rozum, zatracając się w udowadnianiu, który z nich był lepszy. Czuła się zobowiązana do reakcji – nawet mając świadomość, że jedynie udaje ich koleżankę, zależało jej na tym, by nie skręcili sobie karków przez własną głupotę. Niespodziewanie dostrzegła zbliżającą się postać. McGonagall zmierzała ku nim szybkim, stanowczym krokiem, wyglądając, jakby za chwilę miała kogoś z premedytacją udusić. Płomiennowłosa nie musiała zgadywać, o kogo chodziło pani profesor. 

– Potter, za mną! – krzyknęła w stronę zielonookiego.

Czarownica zaplotła ręce na piersi i nerwowo tupała nogą, czekając, aż zdenerwowany chłopiec raczy do niej podejść. Harry wlokąc się, jak na ścięcie, zerknął na płomiennowłosą, gdy przechodził obok. Dziewczynka uśmiechnęła się lekko i pokazała, że trzyma za niego kciuki. Gryfon zdobył się na niewyraźną namiastkę uśmiechu i pomaszerował z opuszczoną głową za Minervą – najwidoczniej pogodził się z tym, że pacnięcie w tył głowy nie będzie jedyną karą za niesubordynację. Do Tei podszedł Blaise. 

– Wrócił ci lepszy humor, piękna? – uśmiechnął się zaczepnie.

– Już mi lepiej, dzięki – spojrzała w ciemne oczy chłopca. 

– Chwała za to wszystkim magicznym świętościom! Mam prośbę, będziesz tak miła i odezwiesz się do Draco? Stoi jak słup soli i to powoli przestaje być zabawne. 

Zabini chwycił rudowłosą za ramiona, odwracając ją delikatnie w stronę Malfoy’a. Blondyn stał w bezruchu, tempo patrząc w jej kierunku z niesłabnącym zdumnieniem. Wydawał się nie reagować na nic, co działo się wokół, nawet na Crabbe’a i Goyle’a, nieustannie do niego gaworzących. 

– Jak dla nie wygląda całkiem komicznie. Czemu chcesz to psuć, Blaise?  – zaśmiała się.

– Dumbledore, ty bezduszne stworzenie! Masz mi naprawić kumpla, skoro go zepsułaś! – chłopak pogroził jej palcem.

– Dobrze, marudo! Odczynię swój urok. Chodźmy. 

Płomiennowłosa czekała, aż Blaise podsunie jej ramię, zgodnie ze swym zwyczajem, ale chłopak najwidoczniej nie miał zamiaru nigdzie iść. Wsparł dłonie na biodrach i spoglądał wyzywająco na dziewczynkę, chcąc się z nią odrobinę podroczyć. Nie docenił jednak błękitnookiej, która szybkim ruchem chwyciła jego krawat i ruszyła w stronę blondyna. Chciał tego, czy też nie musiał za nią iść, żeby uniknąć perfidnego uduszenia. Zaczynał coraz bardziej lubić to malutkie stworzonko. 

– Tea, weź przestań! Udusisz mnie – włożył palec między swoją szyję, a materiał, by złagodzić nieprzyjemny ucisk. 

– Nie chciałeś mi towarzyszyć po dobroci, więc musiałam sobie jakoś poradzić – Dumbledore wzruszyła ramionami, nie przerywając marszu.

Zabini zaśmiał się, dalszą drogę pokonując grzecznie. Płomiennowłosa puściła go dopiero, gdy stanęli tuż przy Draco, Gregorym i Vincencie. Dopiero teraz Blaise zrozumiał, po co go tu tak zawzięcie ciągnęła. Położył dłonie na ramionach dwóch rosłych, nieco zbyt pulchnych chłopców, by odciągnąć ich na niekrępującą dla Gallatei odległość. Dziewczyna podziękowała mu puszczeniem oczka i spojrzała wprost w srebrzyste tęczówki. 

– Daj spokój, Malfoy. Nie uderzyłam cię mocno.

– Czemu w ogóle mnie uderzyłaś? – chłopiec w końcu się poruszył.

– Bo to, co zrobiliście było wyjątkowo głupie? Coś mogło wam się stać i po co to było? Żeby udowodnić, który jest samcem alfa w stadzie? Bezmyślni kretyni.

Płomiennowłosa poczuła chłodne palce na swojej dłoni. Malfoy posłał jej jeden z tych swoich aroganckich, czarujących uśmiechów. Uniósł delikatnie jej dłoń.

– Martwiłaś się o mnie, księżniczko? – poruszył brwiami.

– Oczywiście. Gdzie bym znalazła drugiego tak uroczo irytującego idiotę?

Malfoy roześmiał się. Jego niepewność całkowicie wyparował, zastąpiona codzienną maską pewności siebie. Początkowo był oszołomiony tym, że ktokolwiek odważył się podnieść na niego rękę. Nigdy nie został potraktowany w taki sposób przez rówieśnika, dlatego aż tak przejął się nowym, nieznanym i deprymującym zjawiskiem. Przyjacielskie poszturchiwania owszem, ale żeby ktoś go karał i to w dodatku za nic? Stał więc, patrząc na płomiennowłosą istotkę sam nie wiedząc za bardzo, jak się czuje. Nie był rozdrażniony ani nic takiego, jednak odczuwał nieprzyjemny skurcz w okolicy żołądka. Dopiero teraz, gdy ucisk zniknął zrozumiał, że martwił się, czy dziewczyna nie jest na niego zła. Odczuł wielką ulgę słysząc, że nie kierowała nią złość, a troska. Z lekką goryczą zdołał przełknąć nawet fakt, iż stawiała go na równi z Potterem. Nie mógł jednak puścić w niepamięć podobnego zachowania! Tea nieświadomie dała mu wymarzoną okazję do żartów i zamierzał dobrze ją wykorzystać. 

– Zapomniałaś dodać wyjątkowo przystojnego! – odgarnął platynową czuprynę z czoła.

– Znasz kogoś takiego? Koniecznie musisz mi przedstawić! Jakiś twój kuzyn? Mam nadzieję, że mądrzejszy od ciebie. Chociaż głupszego ciężko byłoby znaleźć.

Draco uśmiechnął się szelmowsko i potarga włosy dziewczyny, bezlitośnie przemieniając je w stóg siana. Zgiął się w pół, gdy bez ostrzeżenia wbiła mu palce między żebra, z chirurgiczną precyzją. W starciu z panną Dumbledore nie powinien zapominać o trzymaniu gardy. Nigdy. 

– Wiem, że się zgrywasz, księżniczko. Przecież mnie uwielbiasz!

– Taa…szczególnie w tej chwili – wskazała na swoje włosy.

– Nawet z taką fryzurą jesteś najpiękniejsza w całej szkole – usłyszała głos Blaise’a.

– Słyszysz, Malfoy? Tak się postępuje z kobietami! Ucz się od najlepszych, tępaku. 

Płomiennowłosa objęła ramię Zabini’ego i pokazała język Draco. Pomimo wcześniejszych wątpliwości chyba całkiem dobrze wychodziło jej zachowywanie się, jak beztroska małolata. 

                 Kolejne dni nauki mijały swoim monotonnym rytmem – śniadanie, zajęcia, przerwa obiadowa, kolejne zajęcia, nauka w Pokoju Wspólnym, nocne rozmowy z Severusem i tak codziennie. Gallatea większość czasu spędzała z Draco i Blaisem. Przyglądając się pozostałym Ślizgonom analizowała ich zachowania, dzięki czemu była w stanie, jako tako się z nimi dogadać, jednak to właśnie Malfoy oraz Zabini najbardziej przypadli jej do gustu. Siedząc z nimi nie musiała się szczególnie wysilać – szybko zaakceptowali to, że nie o wszystkim była skłonna rozmawiać, okazując jej w tym temacie sporo wyrozumiałości. Starała się równocześnie podtrzymać nienachalny kontakt z trójką Gryfonów – wychodziło jej to się zaskakująco dobrze. Co prawda Ślizgonom niezbyt podobał się sentyment Tei do Gryfonów, ale milcząco przełykali gorycz. Ograniczali niepotrzebne starcia z Potterem i jego świtą do minimum, by zapewnić koleżance względny komfort. Nie zawsze wychodziło, ale grunt, że wykazywali dobrą wolę. Dziewczynę martwiła jedna rzecz – od początku roku szkolnego Albus nie pokwapił się na kontakt. Rozmawiała z Severusem, a nawet Minervą, jednak Dumbledore sprawiał wrażenie, jakby jej unikał. Domyślała się, że ciężko było mu oderwać się od swych zajęć, jednak i tak wydawało jej się to dziwne. Rozmyślając o przyjacielu, mocno ściskała w dłoniach twardą oprawę podręcznika do zaklęć, wpatrując się w ogień tańczący w kominku. 

– Coś ty taka smutna?

Blaise stanął za plecami płomiennowłosej, pochylił się i wsparł podbródek na jej ramieniu, przytulając czoło do porcelnowego policzka. Robił to perfidnie, by odstraszyć nieśmiałe próby zbliżenia się starszych uczniów do panny Dumbledore. Draco robił dokładnie to samo, dodatkowo posiłkując się pozycją, którą w szeregach Slytherinu gwarantowało mu nazwisko. Ciągnęli tę grę z nieukrywaną satysfakcją, widząc, że nie działała jedynie na Flinta. Nie szczególnie ich to martwiło – kapitan zakochany był tylko i wyłącznie w quidditchu. 

– Cześć, Zabini. Pożyczyłam podręcznik do eliksirów Hermionie, bo chciała zerknąć na notatki, które namazałam na marginesach – westchnęła subtelnie. Snape urwie mi głowę, jeśli nie odzyskam go przed zajęciami.

– Nic się nie martw, piękna! Ej, Malfoy!

Draco przerwał rozmowę z urokliwą dziewczyną o sporych, niebieskich oczach i długich blond włosach, by spojrzeć na przyjaciela. Blaise dał mu znak, żeby przyszedł. Szarooki uprzejmie przeprosił koleżankę i podszedł do kanapy. Zanim o cokolwiek zapytał, przez moment przyglądał się Zabini’emu, uwieszonemu na Gallatei. Rozdrażniony tym widokiem, mocniej zacisnął szczękę. 

– Coś się stało? – opanował wzbierające emocje.

– Ta oto tu obecna młoda dama, przez swoje miękkie serduszko może zostać bez podręcznika na eliksirach. Może tym razem się rozsiądziemy? Jeden z nas usiądzie z Gallateą – ostatnie zdanie Blaise podkreślił dość dobitnie.

– Jasne, czemu by nie – Draco uniósł podbródek, przyjmując rzucone między wierszami wyzwanie.

– Panowie, znam jedno “czemu by nie“. Nazywa się Snape. Wiecie jak nie lubi przesiadania się na swoich zajęciach. Nie będzie łatwiej, jeśli któryś z was po prostu pożyczy mi w razie potrzeby podręcznik?

I tak oto panna Gallatea Dumbledore nieświadomie przytłumiła kiełkującą między Zabinim oraz Malfoy’em rywalizację. Choć chłopcy zostali wyraźnie odprawieni, nie mogli odmówić sobie przyjemności przeciągnięcia walki na spojrzenia. Uparcie mierzyli się wzajemnie wzrokiem, przestając zwracać uwagę na płomiennowłosą. Tea, znudzona ich dziwacznym zachowaniem, wyślizgnęła się z objęć Blaise’a. Zaśmiała się cicho dostrzegając, że nawet to nie przerwało bitwy. Chwyciła swoją torbę i wyszła z dormitorium, niezbyt ciekawa, o co mogło im tym razem chodzić. Kiedy Draco akurat miał wolne od wojowania z Harrym, chętnie pozwalał wciągnąć się w utarczki z Blaise’m. Specyficzna była to przyjaźń, jednak na swój sposób uroczo szczera. Błękitnooka zerknęła na mijany zegar. Eliksiry miały się zacząć za dobre pół godziny, jednak i tak poszła w kierunku sali. Stojąc przed wejściem do królestwa Severusa nie miała większych złudzeń, a mimo to chwyciła za klamkę, która ku jej zaskoczeniu ustąpiła. Powoli uchylając drzwi, nieśmiało zajrzała do opustoszałej klasy. Nikogo w niej nie było, więc usiadła cicho na swoim miejscu i wyciągnęła mocno wiekową księgę, oprawioną w spękaną czarną skórę oraz srebrne okucia. Z najwyższą ostrożnością położyła ją na blacie szkolnego biurka. Kilka dni wcześniej dostała pozwolenie do szybki powrót do swojej rezydencji, pod okiem profesor McGonagall. Sten poprosił ją o odwiedzenie domu, żeby ustalić plan wypłat na kolejne trzy miesiące, przy okazji pozwoliła sobie na chwilę dyskusji z każdym ze skrzatów i zabranie kilku książek. Szczególnie zależało jej na tej, którą miała w tej chwili przed sobą. Sięgnęła do torby po rękawiczki z cienko wyprawionej, beżowej skóry, pokrytej na całej swej powierzchni starożytnymi runami, niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Nigdy nie dotykała kart swoich bezcennych ksiąg gołymi dłońmi, ze względu na szacunek do tych dzieł i świadomość, że mogą być obłożone klątwami, o jakich współczesny świat dawno zapomniał. Przygotowana do lektury z namaszczeniem otworzyła opasły tom. Czule przesuwała palcami po zakonserwowanych stronicach, szukając miejsca w którym ostatnio skończyła czytać. Zadanie to pochłonęło ją tak bardzo, że nie zauważyła, gdy ktoś stanął przy jej biurku. 

– Co to za księga?

Rudowłosa podskoczyła, wyrwana brutalnie ze swojej oazy spokoju. Kochała książki i pozwalała się całkowicie porwać ich magnetycznemu urokowi. Czuła się szczęśliwa odkrywając treść kolejnych tomów i nie lubiła, kiedy jej w tym przeszkadzano. Zirytowana spojrzała na Severusa.

– Możesz się nie skradać? – fuknęła gniewnie.

– Nigdy się nie skradam. To ciebie książki dosłownie pochłaniają – Snape wydawał się lekko rozbawiony pretensjami błękitnookiej.

– Tu mnie masz. Przysiądziesz się na chwilę?  – dziewczyna przesunęła, się robiąc mu miejsce.

Profesor niespokojnie odszukał wzrokiem tarczę ściennego zegara i przysiadł obok płomiennowłosej. Mieli jeszcze całe dwadzieścia minut spokoju, zanim zaczną schodzić się uczniowie, więc liczył się z tym, że będzie musiał uważać na czas. Lepiej zarówno dla niego, jak i panny Dumbledore, żeby nikt niewtajemniczony nie nakrył ich na swobodnych pogawędkach. Zbyt wiele wysiłku kosztowało go zbudowanie swojej reputacji, by głupio ryzykował jej zniszczenie. Oderwał oczy od wskazówek i przeniósł je na księgę. Eliksiry były jego życiową pasją, rozpoznawał w lot wszelkie bardziej znaczące dzieła o tej niedocenianej sztuce, a tego zdecydowanie wśród nich nie było. Zbierał się do rozpoczęcia rozmowy, ale dziewczyna go ubiegła. 

– Słyszałeś kiedyś o Kuul-Akh? – zaplotła ręce na karku, zerkając na towarzysza.

– Pierwsza księga o eliksirach, wedle legendy spisana na smoczej skórze i chroniona pradawną magią, strzegącą zawartych w niej sekretów. Ponoć ten, który przestudiuje treść Kuul-Akh, stanie się niedościgłym mistrzem eliksirów, poznając te odpowiedzialne za rozkwit i upadek starożytnych cywilizacji, obnażające tajemnice potęgi i słabości, życia i śmierci. Wielu poświęciło swój żywot, by odszukać to bezcenne dzieło, ale ostatecznie nikomu nie udało się nawet potwierdzić jego istnienia. Obecnie Kuul-Akh uważane jest za zwykły mit. Mrzonkę rozpalającą umysły kolejnych pokoleń. Dlaczego pytasz? 

Dziewczynka roześmiała się. Nie mogła nie zauważyć ogników rozpalających zazwyczaj ponure oczy, gdy czarodziej mówił o księdze. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniały, co w przypadku niegasnących w ludziach pasji było całkiem przyjemną wizją. Usiadła prosto i delikatnie zamknęła okuty tom. Łagodnie pogłaskała grzbiet książki, była bowiem jednym z jej najcenniejszych skarbów – przez swą treść oraz fakt, od kogo ją otrzymała. Wiele wysiłku wymagało wyrwanie tej księgi z meandrów mitów i zapomnienia, a w jej ręce trafiła w nie najlepszym stanie. Spędziła dużo czasu w pracowni, restaurując ją powolutku, krok po kroku. 

– Profesorze Snape, przedstawiam Kuul-Akh – szepnęła dumnie.

Położyła dłoń na okładce. Czarną skórę rozświetliło płynne srebro tytułu, zapisanego w symbolach runicznych. Okucia zalśniły, uwydatniając blask bijący od tego dzieła. Srebrzysta poświata rozbłyskała i przygasała w rytm kciuka płomiennowłosej, gładzącego oprawę – wyglądała, jakby w pełni świadomie reagowała na nienachalną pieszczotę dotyku dziewczyny. Oszołomiony i urzeczony tym widokiem Severus, wyciągnął drżącą z emocji dłoń w stronę księgi. Pragnął poczuć na własnej skórze bijącą od niej potęgę, ale błękitnooka powstrzymała jego zapędy, odsuwając tom nieco dalej.

– Nie podejrzewałam cię o pochopność, Severusie! Legenda mówiąca o magii chroniącej Kuul-Akh, jest jak najbardziej prawdziwa. Ta księga bez wahania zabije każdego niepowołanego do poznania jej sekretów. Nie możesz jej dotknąć, jeśli jednak chcesz, możesz poczytać ze mną. Przetłumaczę dla ciebie wymarłe języki, w których ją spisano. 

– Jesteś pewna? – mężczyzna z nadzieją w oczach spojrzał na porcelanową buzię.

– Oczywiście, w przeciwnym razie nie śmiałabym proponować. Przez stulecia uganiałam się za tym tomiszczem. Przyjemnie będzie podzielić się z kimś sekretami, jakie skrywa.

Severus zerknął na zegar, po czym z niesmakiem zacisnął mocniej wargi. Chociaż żal było mu odmawiać, nie mieli czasu na spokojne czytanie. Najchętniej odwołałby wszystkie lekcje i poświęcił się bez reszty lekturze – niebywale rzadko można było natrafić na coś równie unikatowego i porywającego. Przez myśl przeszło mu nawet rzucenie na uczniów Drętwoty, było to jednak nierealne i musiał się z tym pogodzić. Ciężko wsparł dłonie o krawędź biurka i wstał, walcząc heroicznie z oporem zarówno własnego ciała, jak i umysłu. 

– Przełóżmy to, jeśli nie masz nic przeciwko. Za chwilę zaczynają się zajęcia. 

– Poważnie już minęło dwadzieścia minut? No trudno. Jeśli znajdziesz chwilę, któregoś wieczoru, zajrzyj do mnie. Przygotuję kawę i posiedzimy razem nad księgą. 

Snape mechanicznie skinął głową i czym prędzej odwrócił się plecami do błękitnookiej. Coś dziwnego działo się z jego twarzą. Kąciki ust, które zdawały się na dobre zastygnąć w kwaśnym grymasie, uniosły się nieoczekiwanie, przywracając na twarz mężczyzny dawno zapomniany uśmiech. Nerwowym krokiem podszedł do swojego biurka, zajmując miejsce nauczyciela na chwilę przed tym, jak uczniowie zaczęli powoli zapełniać klasę. Wciąż myśląc o księdze i ewenemencie uśmiechu, nie mógł skupić się na prowadzeniu zajęć, co skutkowało wzmożoną zajadłością i wyczuleniem na nawet najdrobniejsze błędy, popełniane przez podopiecznych. Łagodniał tylko na kilka sekund, gdy napotykał nieskazitelny błękit wpatrzonych w niego oczu.

                   Tea przeciągnęła się leniwie, odwracając na chwile wzrok od książki poświęconej historii zaklęć. Księgi historyczne zawsze ją bawiły – jako jedna z nielicznych była w stanie skonfrontować ich treść z, zazwyczaj mniej wzniosłą, rzeczywistością. Za pomocą pióra zakreślała, co bardziej bzdurne fragmenty, chcąc w wolnej chwili sprawdzić, jak często daną głupotę powtarzano z uporem znającego się na wszystkim specjalisty. Spojrzała automatycznie przez ramię, gdy gwar dormitorium przybrał na sile. Dziś zajęcia skrócono z powodu zaplanowanych na wieczór obchodów Nocy Duchów – jednej z nielicznych okazji dla dziewcząt, by zabłysnąć strojem. Miotające się po Pokoju Wspólnym Ślizgonki, żywo debatowały na temat kreacji, dosłownie przekrzykując się w pomysłach. Co jakiś czas dało się słyszeć kłótnie między koleżankami, spowodowane wybraniem zbyt podobnych lub, co gorsza, identycznych sukienek. Błękitnooka wróciła do czytania, mając w głębokim poważaniu to, co działo się wokół. Panowie, zniechęceni przez szaleństwa koleżanek, jedynie sporadycznie decydowali się na zerknięcie do Pokoju i bezzwłocznie wracali do swoich pokoi, najwidoczniej tam chcąc przeczekać armagedon. Tea natomiast nie przejmowała się zbytnio takimi rzeczami jak stroje. Nie musiała też nic z nikim ustalać – Draco i Blaise raczej nie wybierali się w kieckach, a nie miała żadnej bliższej koleżanki w Slytherinie. Czyjaś sylwetka przysłoniła jej bijące od kominka światło, przez co płomiennowłosa niechętnie podniosła wzrok. Stała przed nią eteryczna dziewczyna o bardzo ładnej, delikatnej twarzy okalanej jasnymi włosami – ta sama, z którą rozmawiał Malfoy przed zajęciami z eliksirów, jakiś czas temu. Dafne Greengrass. Gallatea kilka razy z nią rozmawiała, ale nie kolegowały się za szczególnie. Blondynka nerwowo drapała się po przedramieniu, zbierając odwagę na rozmowę. Tea postanowiła wybawić ją od tej niezręczności i zamknęła książkę. 

– Cześć, Dafne. Mogę ci jakoś pomóc? – uśmiechnęła się ciepło.

Greengrass odwzajemniła uśmiech i odetchnęła lekko. Czuła się niekomfortowo próbując zagadać Dumbledore. Nie była dobra w nawiązywaniu nowych znajomości, dopiero z czasem potrafiła się rozluźnić, dając upust swej rozgadanej naturze. 

– Szykujesz się na Noc Duchów? – wyszeptała, unikając spojrzenia Gallatei.

– Jak widzisz nie jakoś szczególnie.

– Ale będziesz na uczcie? – Ślizgonka nieznacznie podniosła wzrok. 

– Oczywiście. Dziadek byłby niezadowolony, gdybym się nie pojawiła.

– Tea, mogłybyśmy iść razem?

Dziewczynę zaskoczyło pytanie blondynki – od samego początku wiedziała, że Dafne trzymała się blisko Pansy, która jak powszechnie było wiadomo nie przepadała za panną Dumbledore. Lazurowe oczy uważnie analizowały twarz młodej czarownicy. Dafne równie dobrze mogła mieć jak najlepsze intencje, jak i działać na polecenie Parkinson. Tak, czy inaczej, niewielka różnica. Tea uśmiechnęła się do Greengrass. Miło byłoby mieć w końcu koleżankę – choć uwielbiała Draco i Blaise’a, to nie było to samo. Po prawdzie od bardzo, bardzo dawna nie miała serdecznej przyjaciółki z którą mogła dzielić zarówno radości, jak i troski. Ten okres w jej życiu zakończył się wraz z odejściem Roweny oraz Helgi. Później miewała bliższe koleżanki, ale z żadną z nich nie czuła takiej więzi jak z Row i Helgą. Może nadszedł najwyższy czas spróbować jeszcze raz? W końcu przebywając w Hogwarcie ubogacała swoje doświadczenia, a Dafne wydawała się całkiem interesującą osóbką. 

– Będzie mi bardzo miło.

Twarz Greengrass rozpromienił szeroki uśmiech. Zacisnęła mocno drobne pięści, ciesząc się z tego, że nareszcie spróbowała. Wnuczka dyrektora przyciągnęła jej uwagę już na uczcie powitalnej – skrycie podziwiała serdeczną relację, jaka połączyła ją z Malfoy’em i Zabinim. Początkowo podejrzewała, że Draco i Blaise zadawali się z Teą, bo mieli w tym swój cel, a tak naprawdę będą obgadywać ją bezlitośnie za plecami, co często zdarzało się wśród Ślizgonów. Chłopcy jednak nawet w rozmowach całkowicie na osobności, zawsze wyrażali się o Dumbledore z nieukrywaną sympatią, reagując złością na wszelkie próby obrażania jej. Dobitnie udowodnili swą szczerość, stając w obronie koleżanki podczas lekcji latania. Jak o tym pomyśleć, było to doprawdy zdumiewające trio – Draco Malfoy, niekwestionowany książę Slytherinu; Blaise Zabini, inteligentny przystojniak działający jak magnes na dziewczęta i Gallatea Dumbledore, czarownica półkrwi, której nikt nie spodziewał się pośród podopiecznych domu węża. Nic dziwnego, że wielu przypatrywało się ich bliskiej znajomości z podejrzliwą uwagą. Dafne postanowiła odłączyć się od tego grona właśnie po lekcji latania, patrząc na tę trójkę upewniła się, że również pragnęła wyrozumiałego, pozbawionego obaw i ciągłej paranoi koleżeństwa. Długo zbierała się, żeby porozmawiać z płomiennowłosą bardziej otwarcie, obawiając się, w jaki sposób zareaguje, świadoma jej znajomości z Parkinson. Wylądowała w jednym pokoju z Pansy i naturalnym było, że powinna postarać się o utrzymanie z nią przyjaznych stosunków, wystarczyła jednak ledwie doba, żeby rozumiała, że Parkinson nie była materiałem na przyjaciółkę. Odznaczała się zbyt daleko idącą zawiścią o byle pierdołę – kiedy coś jej się nie spodobało, potrafiła pluć jadem przez wiele godzin, zadręczając przy tym współlokatorki. Mama przestrzegała ją przed takimi osobami. Przynależność do rodów czystej krwi nie zawsze była przyjemnością, zwłaszcza, jeśli należało się do Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki. Ciągła gra pozorów, manipulacja, zdrada, brak wzajemnego zaufania między rodami były na początku dziennym. Rodzice wyczulali swe pociechy na staranny dobór towarzystwa i przyjaciół – jedno z drugim nie musiało mieć wiele wspólnego, przez co od dziecka w młodych czarodziejach zaszczepiano paranoję, nie opuszczającą ich, aż do śmierci. Szczególnie mocno osadzało się to w kobietach, z natury bardziej wylewnych, uczuciowych i wrażliwszych na potrzebę otaczania się życzliwymi ludźmi. Dafne, zachowując ostrożność, zdecydowała się zaufać Gallatei Dumbledore i w końcu zdobyła się na pierwszy krok. Nie mogła teraz niczego zepsuć ani się wycofać, więc pozwoliła sobie usiąść obok Tei. Zerknęła na tytuł trzymanej przez nią książki. 

– Uczysz się nawet teraz? – zagadnęła cicho.

– Po prostu zabijam czas. Do uczty jeszcze przeszło 3 godziny, a tu ciężko wytrzymać.

– Ciebie też męczy ta bieganina?

– Nawet nie wiesz jak bardzo. Chcesz może przejść się na błonia? Powinno tam być znacznie spokojniej niż tutaj.

Blondynka skinęła energicznie głową, czym rozbawiła błękitnooką. Nie spodziewała się, że Tea tak łatwo ją zaakceptuje, zwłaszcza wiedząc o Pansy. Blaise, co prawda, zapewniał ją o cudownym charakterze koleżanki, ale nie była w stanie w pełni uwierzyć mu na słowo – przynajmniej do tej chwili. Cieszyła się jak dziecko, towarzysząc Dumbledore w wędrówce przez opustoszałe korytarze. Gallatea starała się cały czas z nią rozmawiać, nie poruszając zbyt prywatnych tematów, dzięki czemu czuła się przy niej komfortowo. Wspólnie wyszły z murów szkoły, racząc się dość ciepłą jak na jesień aurą. Słońce z wolna chowało się za linią horyzontu, oblewając pomarańczową łuną szmaragdową zieleń traw, kontrastującą z nieco mroczną, przygaszoną zielenią Zakazanego Lasu. Dziewczyny, nieustannie pogrążone w rozmowie, spacerowały bez większego celu po spokojnych błoniach. Ich wędrówkę zakłóciło pojawienie się Flinta. Kapitan ewidentnie się spieszył, jednak rozpoznając z daleka kaskadę płomiennych włosów, podbiegł do młodszych koleżanek. Zdyszany uśmiechnął się szeroko, gestem dłoni witając dziewczęta. 

– Gdzie ci tak spieszno, Marcus? – uśmiechnęła się do niego Tea.

– Trening, piękna pani – wyprostował się i wypiął dumnie pierś. 

– Trening na kilka godzin przed Nocą Duchów? Nie znasz litości, kapitanie! – dziewczyna pokiwała głową z dezaprobatą. 

– Noc Duchów, czy nie, muszę rozruszać tę bandę leni po wakacjach. Jeśli nie zaczniemy ćwiczyć, ciężko będzie nam dojść do formy przed rozgrywkami. Chcecie iść ze mną i poobserwować drużynę w akcji? 

Dumbledore spojrzała pytająco na towarzyszkę. Nie miała pojęcia, czy Dafne interesowała się reprezentacją Slytherinu lub ogólnie quidditchem. Greengrass nieśmiało przytaknęła, godząc się na taką formę spędzenia czasu. Płomiennowłosa przeniosła spojrzenie na Marcusa. 

– Prowadź, kapitanie!

Przez następne dwie godziny dziewczyny oglądały trening, nie nudząc się nawet przez chwilę. Dafne bardzo lubiła quidditcha, ukrywała to jednak przed współlokatorkami nie chcąc wyjść na chłopczycę. Wolna od oceniających spojrzeń, mogła bez obaw oddać się pasji, z ożywieniem komentując sytuację na boisku. Z ognikami w oczach tłumaczyła Tei zawiłości gry w jak najbardziej przystępny sposób. Dumbledore nie interesował quidditch, jako taki, ale cieszyła ją radość na twarzy koleżanki, więc by podsycić jej zapał zadawała masę prozaicznych, często głupkowatych pytań. Dafne z pełnym zaangażowaniem odpowiadała na każde z nich, posiłkując się przykładami z gry, którą oglądały. Po zakończonym treningu, wróciły do dormitorium w towarzystwie członków drużyny, którzy uprzejmie zaczekali, aż dziewczęta zejdą z trybun, by w drodze powrotnej zapytać o ich odczucia i zabawić je rozmową. Greengrass radośnie wygłaszała swoje spostrzeżenia, powoli zwalczając zdziwienie wywołane tak otwartym podejściem drużyny do jej rudowłosej rówieśnicy. Prym wśród zawodników wiódł Marcus, najwidoczniej mający słabość do pięknej pierwszorocznej. Bez ustanku zagadywał Teę i starał się ją rozśmieszyć, opowiadając zabawne historie, które przydarzyły się podczas rozegranych w latach ubiegłych meczy. Zapał kapitana przygasł, gdy wkroczyli do Pokoju Wspólnego. Trafili w istne apogeum przygotowań – dziewczęta wystrojone na bankiet biegały po Pokoju, czyniąc ostatnie przygotowania. Próżno było szukać wśród nich chociaż jednej, która nie postarałaby się z wyborem kreacji, fryzurą i makijażem. Niezadowoleni chłopcy, którzy nieopatrznie zeszli do tego królestwa chaosu, zostali zepchnięci w kąt. Tłoczyli się jeden przy drugim z niedowierzaniem spoglądając na stan dormitorium, zarzuconego sukniami, butami, płaszczami, torebkami i wszelkim badziewiem, którego przeznaczenia nie znali. Gracze korzystając z tego, że nikt nie zwracał na nich uwagi, trzymając się ściśle ściany, przemknęli w kierunku swoich pokoi. Dafne spojrzała na Teę tak samo rozbawiona, jak przerażona tym, na co właśnie patrzyła. 

– Też planujesz założyć sukienkę? – uśmiechnęła się nieco śmielej niż dotychczas. 

– W sumie chciałam iść po prostu w szacie – Dumbledore posłała jej zmieszane zerknięcie.

– Nie możesz! To Noc Duchów i z tego co wiem, od Ślizgonów wymaga się nienagannej prezencji. 

– Utrapienie! Spotkajmy się za dwadzieścia-trzydzieści minut przy kanapie, ok? Jeszcze chwila tutaj i przebije sobie bębenki. 

Greengrass uniosła kciuk do góry, obawiając się, że jej głos nie wygra walki ze śmiechami i nazbyt głośnymi rozmowami. Prześlizgując się zwinnie obok Ślizgonek, zdołała bezpiecznie zniknąć z oczu Tei, niknąc za drzwiami swojej sypialni. Płomiennowłosa ociągając się poszła w jej ślady. Wpadła do pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi, oddzielając się grubym drewnem od całego tego zamieszania. Nie miała ochoty na strojenie się – nigdy jej to nie bawiło – jednak jak mus to mus. Powłócząc nogami stanęła przed szafą i wyciągnęła z niej prostą, czarną sukienkę z rękawami 3/4. Nie wiedziała nic o górujących obecnie trendach i wiedzieć nie chciała – 11 letnie dziewczyny, nie powinny przecież stroić się na równi ze starszymi koleżankami. Naciągnęła wybraną sukienkę, zostawiając rude włosy rozpuszczone. Przez chwilę nawet chciała je jakoś ładnie upiąć, ale uznała, że szkoda fatygi. Odczekała jeszcze dziesięć minut i zeszła do Pokoju Wspólnego. Dafne pojawiła się kilka minut później, witając pannę Dumbledore pełnym dezaprobaty kiwaniem głową.

– Nie za bardzo się wysiliłaś, co? – uśmiechnęła się.

– Ty za to wyglądasz ślicznie.

Greengrass obróciła się kilka razy, zadowolona ze swojej nieprzesadzonej sukienki, której największą ozdobą był subtelnie rozkloszowany dół. Ciemnozielony odcień kreacji, pięknie podkreślał jasną karnację dziewczyny, współgrając jednocześnie z chłodnym kolorem jej oczu. Razem opuściły dormitorium, nie czekając na Draco ani Blaise’a. Idąc wolnym krokiem, rozmawiały o napadach złości Severusa, które jak się okazało ciekawiły na równi wszystkich uczniów, niezależnie od domu. Przystanęły po przekroczeniu progu Wielkiej Sali, żeby przyjrzeć się robiącemu niemałe wrażenie wystrojowi. Klimatyczne połączenie lewitujących świec, nietoperzy śmigających wysoko ponad głowami uczniów i ogromnych dyń, zdecydowanie zaliczało się do niezapomnianych przeżyć. Pewnie stałyby, jak głupie jeszcze przez kilka minut, komentując ze śmiechem akrobacje jednego z nietoperzy, gdyby nie zdecydowana reakcja Zabini’ego. Podszedł do koleżanek i chwycił ich nadgarstki, by pociągnąć je ku stołowi Slytherinu. Trochę zdziwiło go, że Dumbledore przyszła razem z Greengrass, ale nie zamierzał się wtrącać. Dziewczyny usiadły naprzecie niego i Malfoy’a. Blondyn zerknął na przyjaciela, dyskretnie wskazując na Dafne. Blaise rozłożył ręce na znak, że nie ma pojęcia co tu się stało. Obydwaj początkowo ignorowali obecność Greengrass, zachowując się jakby dziewczyny wcale nie było – za co zostali ukarani bolesnymi kopnięciami prosto w piszczele. Dopiero po tak bezwzględnym upomnieniu ze strony Tei, zaczęli wciągać blondynkę w rozmowy. Żaden z nich tak prywatnie nic do Dafne nie miał, ale jej nagłe pojawienie się przy płomiennowłosej, musiało wzbudzić ich czujność – zwłaszcza, kiedy złośliwa mopsia japa, co trochę patrzyła w ich stronę urażona do żywego. Draco zbyt długo znał Pansy, żeby nie zdawać sobie sprawy z jej zajadłości i lubowania się w podstępnych gierkach. Zawsze taka była i wątpił, żeby to się zmieniło. Gdy wybiła godzina rozpoczęcia uczty Albus wygłosił krótkie przemówienie, skwapliwie unikając słania zbyt powłóczystych spojrzeń w stronę stołu Slytherinu. Doskonale czuł wpatrzone w niego błękitne tęczówki, przez co ciężko było mu skupić się na składnej, żartobliwej przemowie. Nie unikał przyjaciółki, ale chciał ograniczyć ich kontakty do niezbędnego minimum, by nie wzbudzać niepotrzebnie podejrzeń zarówno wśród nauczycieli, jak i uczniów – w końcu jaka 11-latka z zadowoleniem poświęcałaby czas dziadkowi, kiedy rozpoczynała równie fascynującą przygodę, jak nauka magii. Przez uczucie niezręczności skończył mówić znacznie szybciej niż zamierzał, życząc podopiecznym i współpracownikom smacznego. Po przemowie dyrektora rozpoczęła się część właściwa święta ze wszystkimi wymyślnymi łakociami, śmiechami, żartami i całą tą swobodnie serdeczną atmosferą. Uczniowie żywo dyskutowali we własnym gronie, nieraz przekrzykując się lub przyjacielsko zaczepiając – nawet Ślizgonów to nie ominęło. Draco droczył się z Blaisem, wypominając mu zgubienie się na Pokątnej. Zabini nie mógł pozostać dłużny, zamiast jednak słownych przepychanek, zdecydował się objąć mocno ramieniem szyję przyjaciela i porządnie rozwalić jego przylizane włosy. Tea i Dafne śmiały się w głos z niezdarnych prób wyswobodzenia się Malfoy’a z uścisku silniejszego od niego kolegi – komicznie wyglądał z bezradnie nadąsaną miną. Po jakimś czasie przysiadł się do nich Flint, chcąc jeszcze porozmawiać z dziewczętami o treningu. Zainteresowała go sugestia Greengrass odnośnie wzmocnienia obrony lewej flanki, która była zdecydowanie bardziej odsłonięta od prawej, przez większą prędkość wymiany podań. Marcus z reguły nie przepadał, gdy ktoś postronny wtrącał się w sprawy drużyny, ale Dafne, jak dla niego, mówiła całkiem sensownie, więc uznał, że może chociaż jej wysłuchać go końca. Ponieważ bezceremonialnie usiadł między młodszymi koleżankami, musiał co jakiś czas mierzyć się z gniewnymi spojrzeniami chłopaków, jednak nie zwracał na to kompletnie uwagi przez co nieświadomie drażnił ich jeszcze bardziej. Płomiennowłosa nie za bardzo orientowała się w rozmowie kapitana i jej nowej znajomej, postanowiła więc skupić się na Draco i Blaisie – co poprawiło im humor. Wesołą atmosferę spotkania przerwał nieoczekiwany krzyk profesora Kwiruniusza Quirrella, który w szalonym pędzie wpadł do Wielkiej Sali.

– W szkole jest troll!!! -wrzasnął, po czym padł na podłogę, tracąc przytomność.

W Sali wybuchła panika, pomimo natychmiastowej reakcji nauczycieli i wspierających ich prefektów. Rozhisteryzowani uczniowie zaczęli nerwowo tłoczyć się przy wyjściu z pomieszczenia, przez strach ignorując część padających poleceń. Każdy myślał tylko o jednym – wydostać się stąd i zamknąć się w bezpiecznym dormitorium. Płomiennowłosa w towarzystwie swoich znajomych, została wciągnięta w tę szaloną gonitwę, jednak udało jej się wymienić spojrzenia z Albusem. Dumbledore w odpowiedzi na jej pytający wzrok pokiwał głową, dając jej do zrozumienia, że nie ma pojęcia, co mogło się stać. Błękitnooka pozwalając, by Blaise prowadził ją za rękę, przeczesała wzrokiem stłoczonych uczniów i zatrzymała się gwałtownie. 

– Hermiona… – szepnęła nie dostrzegając Gryfonki. – Puść mnie, Blaise! 

Zdecydowanie wysunęła palce z uścisku kolegi, który zdążył jednak zatrzymać ją złapaniem za rękaw sukienki. 

– Gdzie ty się wybierasz, Dumbledore?! Nie słyszałaś prefekta?! – chłopak nieznacznie podniósł głos, by przebić się przez gwar tłumu.

– Muszę coś sprawdzić! Niedługo wrócę! 

Zabini nie miał zamiaru pozwolić jej się oddalić, ale z pomocą przyszła jej Dafne. Niby przez przypadek wpadła na ramię Ślizgona, zmuszając go impetem zderzenia do rozluźnienia uścisku. Ukradkiem uśmiechnęła się do płomiennowłosej, bezgłośnie mówiąc żeby szła. Tea skinęła z wdzięcznością blondynce i wtopiła się w natłok uczniów. Szukała wśród nich znajomej twarzy. Nieelegancko trącając kilka osób łokciami, przebiła się w stronę rudej czupryny, nerwowo miotającej się wśród Gryfonów. Z trudem wyciągnęła rękę, klepiąc plecy Rona, by ten zwrócił na nią uwagę. 

– Jest z wami Hermiona? – udało jej się podejść wprost do Weasley’a. 

Chłopiec jedynie zerknął na nią kątem oka, nie przerywając uważnego rozglądania się. Dopiero teraz dziewczyna zauważyła stojącego za Ronem Harry’ego, który również nieustannie omiatał wzrokiem liczne twarze. Obydwaj wyglądali na mocno zdenerwowanych, co podsyciło jej niepokój. Po raz kolejny, tym razem mocniej, klepnęła rudowłosego. Westchnął, niechętnie odwracając się ku niej. 

– Nie ma jej. Po zaklęciach ja… – przez moment zamyślił się szukając odpowiedniego słowa – powiedziałem kilka słów za dużo. Hermiona obraziła się na mnie i uciekła. 

– Macie jakiś pomysł, gdzie mogła uciec? – błękitnooka spoglądała to na Rona, to na Harry’ego. 

– Pewny nie jestem, ale chyba mogła pójść do łazienki na drugim piętrze… – wyszeptał Potter. 

Weasley nerwowym ruchem przeczesał włosy, zdecydowanie za mocno wbijając paznokcie w skórę. 

– Musimy po nią iść! Jeśli jej się coś stanie…to będzie moja wina! – rzucił ostro, rozpoczynając wędrówkę ku drzwiom wejściowym. 

Zaraz za Ronem ruszył Harry. Gryfoni niespecjalnie zwracali uwagę na pannę Dumbledore, nie chcąc niepotrzebnie wciągać jej w swoje poczynania. Tea jednak nie miała najmniejszego zamiaru pozwolić iść im samym. Zrównała z nimi krok. 

– Idę w wami – zakomunikowała, widząc spojrzenie Pottera. 

– Wiesz, że to może być niebezpieczne? – zielonooki spuścił wzrok.

– Idę z wami.

Płomiennowłosa powtórzyła z większym naciskiem, śląc jasny sygnał, że jej decyzja nie podlega dyskusji. Chłopcy nie mieli czasu na przekonywanie jej, więc zrezygnowali z prób protestowania. We trójkę, korzystając z niemałego zamieszania, opuścili Salę i odłączyli się od reszty uczniów. W miarę spokojnie odeszli na bezpieczną odległość – nie chcąc na siebie zwracać uwagi – po czym puścili się pędem przez puste korytarze. Wpadli do damskiej łazienki, jednak musieli się nieco wycofać widząc trzymetrowego trolla, pochłoniętego demolowaniem wnętrza. Harry – jak to impulsywny chłopak, pozbawiony instynktu samozachowawczego – rzucił się na plecy stwora, co jedynie dodatkowo rozjuszyło, już i tak wściekłą, bestię. Troll miotając się jak oszalały, by pozbyć się Pottera, niebezpiecznie zamachnął się w kierunku kulącej się w koncie Hermiony. Okropne przeczucie, połączone z przerażeniem w oczach Gryfonki, spowodowało, że ciało płomiennowłosej zareagowało instynktownie. Podbiegła do Granger i odciągnęła ją z linii ciosu, zasłaniając własnym ciałem. Pech chciał, że rozdrażniony troll w przypływie szału ponowił atak. Udało mu się uderzyć Gallateę wprost w brzuch, siłą ciosu wbijając ją w ścianę. Impet zderzenia zamroczył jej zmysły – słyszała krzyki i spanikowany głos Hermiony tuż nad sobą, niewiele rozumiejąc z tego, co mówiła. Przed oczami jej pociemniało, a powieki stały się niewyobrażalnie ciężkie. Ostatnim, co zobaczyła przed utratą przytomności było opadające na ziemię, bezwładne ciało trolla – później pochłonęła ją ciemność. 

                        Tea lekko zmarszczyła czoło, słysząc obok siebie niewyraźne szepty. Ciało ją bolało, ale nie do końca wiedziała, dlaczego. Chwilę zajęło, zanim sobie przypomniała – troll. Powoli uchyliła powieki, znosząc z trudem jasne światło drażniące nieprzyjemnie oczy. Ukradkiem rozejrzała się dookoła i uśmiechnęła się subtelnie. Z całą pewnością leżała w Skrzydle Szpitalnym, pytaniem jednak pozostawało, jak długo tu była. Obok jej łóżka stał Albus, rozmawiający zacięcie półszeptem ze starszą czarownicą o pociesznie zaciętej minie – sądząc po stroju, pielęgniarką. Więc to tak wyglądała słynna Poppy Pomfrey, dużo przyjemniej niż można było wnioskować z krążących o niej opowieści. 

– Absolutnie się nie zgadzam, Albusie! Spójrz jaka jest drobniutka…po takim uderzeniu to dziecko powinno być martwe. To cud, że nic poważniejszego się jej nie stało. 

– Skoro sama przyznałaś, że nic takiego jej nie jest, chyba możesz ją wypuścić, kiedy tylko się wybudzi – Dumbledore niby mówił spokojnie, jednak w jego tonie dało się wychwycić troskę.

– Nie ma mowy! – pielęgniarka splotła ręce na piersi, unosząc wyniośle podbródek. 

 Błękitnooka uznała, że dość już się nasłuchała. Jako Phoenix była mało wrażliwa na obrażenia fizyczne, dlatego mogła śmiało ryzykować rolę tarczy. Nie chciała zbyt długo zostać w Skrzydle, żeby Poppy nie nabrała podejrzeń – w najgorszym razie będzie skazana na systematyczne łamanie własnych kości nocami, żeby uniknąć problemów, co nie brzmiało szczególnie zachęcająco.

– Dziadku? – szepnęła łagodnie, zaciskając palce na krawędzi śnieżnej kołdry.

To wystarczyło, żeby ściągnąć uwagę Dumbledora i pani Pomfrey. Albus powitał ją uśmiechem ulgi, natomiast Poppy natychmiast pochyliła się nad pacjentką, przykładając przyjemnie chłodną dłoń do jej czoła. Czarownica uśmiechnęła się pocieszająco, mając nadzieję, że dziewczynka niewiele usłyszała z jej rozmowy z dyrektorem. 

– Jak się czujesz, kochanie? Czy coś w szczególności cię boli? 

– Jakoś szczególnie to nie, proszę pani, dziękuję. Jestem tylko trochę zmęczona – płomiennowłosa uśmiechnęła się słabo. 

– Gallateo, pamiętasz, co się stało? – Albus przysiadł na brzegu łóżka. 

– Tylko mniej więcej, dziadku. Czy Hermionie nic nie jest? 

Dyrektor delikatnie pogładził jej porcelanowy policzek – doprawdy czym sobie zasłużył na przyjaźń równie zdumiewającego stworzenia? Uśmiechnął się przepraszająco, nie chcąc rozpoczynać rozmowy przy niewygodnym świadku. 

– Panna Granger jest cała i zdrowa, moja droga. Poppy, czy mogłabyś zostawić nas na chwilę samych? 

Pielęgniarka spojrzała na czarodzieja podejrzliwie, po kilku sekundach zawahania spełniając jego życzenie. Nie miała zamiaru odpuścić mu dalszej rozmowy, ale nie chciała wtrącać się w sprawy rodzinne dyrektora. Kiedy Pomfrey zniknęła w głębi Skrzydła, Dumbledore spojrzał na przyjaciółkę, ściskając mocno jej drobną dłoń. 

– Nie powinnaś się narażać – westchnął zrezygnowany. 

– Nie przesadzaj, Albusie, Dobrze wiesz, że pierwszy lepszy troll nie jest w stanie nic mi zrobić – zaśmiała się cicho. 

– Wystarczy, że cię poobijał. Wszyscy się o ciebie martwią, zwłaszcza panna Granger.

– Długo tu jestem? – płomiennowłosa usiadła, ignorując słowa przyjaciela. 

– Niecałe dwie doby. Poppy podała ci środki nasenne, żebyś nie cierpiała. Wyjdziesz najwcześniej dziś wieczorem, o ile uda mi się ją ubłagać – staruszek uśmiechnął się zadziornie. 

– Oby ci się powiodło. Co z Harrym i Ronem? 

– Panom Potterowi i Weasley’owi nic się nie stało. Dobrze się spisałaś, moja droga. 

Dyrektor ostrożnym, czułym ruchem pogładził jej ogniste włosy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie zdecydowana reakcja przyjaciółki, jego uczennica najprawdopodobniej bardzo poważnie by ucierpiała. Skąd w zamku wziął się cholerny troll?! Musiał jak najszybciej wyjaśnić tę sprawę w trosce o bezpieczeństwo podopiecznych. Najpewniej czekała go również niewysłowiona przyjemność uspokajania co bardziej bojaźliwych rodziców, martwiących się o swoje pociechy – jedna z najbardziej frustrujących rzeczy w pracy, którą kochał. Wstał powoli z łóżka, mocno niechętnie odsuwając się od płomiennowłosej. 

– Proszę cię, nie ryzykuj, aż tak następnym razem, o ile do niego dojdzie. Pójdę udobruchać Poppy. Postaraj się przespać jeszcze trochę. 

– Dziękuję, dziadku – błękitnooka uśmiechnęła się, przymykając powieki. 

Powracające koszmary i ogólnie nienajlepsze samopoczucie utrudniało jej wyspanie się, więc z ulgą cieszyła się wygodą szpitalnego łóżka. Może brzmiało to głupio, ale dobrze czuła się w Skrzydle, otoczona jego przyjemną ciszą i znajomymi zapachami różnorodnych medykamentów. Troszkę przypominało jej to pracownię w rezydencji. Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła. Przebudził ją chłodny uścisk, oplatający jej dłoń. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się, widząc Severusa siedzącego na krześle obok łóżka. Czujnie wpatrywał się w jej twarz, jak zwykle wyglądając na pogrążonego w kiepskim nastroju.

– Jak się czujesz? – postarał się uśmiechnąć, co wyszło mu dość niezdarnie. 

– Jakby troll wbił mnie w ścianę! – roześmiała się, siadając.

– Cieszę się, że humor ci dopisuje – mistrz eliksirów skrzywił się z lekkim zniesmaczeniem. 

– Nie mniej mi proszę tego za złe, Severusie. Nie żebym nie cieszyła się na twój widok, ale czy nie powinieneś być teraz w trakcie zajęć? 

– W trakcie dyżuru, ściśle rzecz ujmując, ale dziś pozwoliłem sobie go odwołać. Jako opiekun Slytherinu, powinienem zainteresować się stanem zdrowia jednej z moich podopiecznych. 

Surowy, oschły ton czarodzieja nijak nie pasował do jego dłoni, wciąż zaciśniętej na szczupłych palcach dziewczyny. Wiedziała, że się martwił – odbijało się to w jego oczach, choć sam zapewne nie był tego świadom. Płomiennowłosa pogładziła nienachalnie kciukiem grzbiet jego dłoni. Snape zerknął na nią niepewny tego, jak powinien zareagować. 

– Dziękuję, Severusie – uśmiechnęła się szeroko.

Mistrz eliksirów, jak oparzony puścił jej dłoń, rozglądając się ukradkowo po skrzydle. Wstał i poprawił opadające na twarz czarne pasma włosów. Wyprostował się wyniośle, przybierając swą codzienną maskę obojętności.

– Poinformuję uczniów, że się wybudziłaś, jeśli pozwolisz. Kilka osób próbowało wręcz szturmem wtargnąć rano do Skrzydła Szpitalnego.

Choć jego słowa zapowiadały coś innego, wyszedł nie czekając na jakąkolwiek reakcję dziewczyny, co ją zainteresowało. Jeszcze przez dłuższy czas zastanawiała się nad wizytą mistrza eliksirów i jej przebiegiem, dochodząc do jedynego, słusznego wniosku – był dziwnym mężczyzną, któremu niespodziewanie do twarzy było z troską. Położyła się wygodnie, wspierając głowę na poduszce. Bezwiednie pogładziła dłonią zabandażowane żebra, które wciąż ją paliły. Pani Pomfrey podaniem środków nasennych niezamierzenie odwlekła naturalną regenerację, z której słynęła krew Phoenixów. Prawdopodobnie gdyby nie medykament, już stałaby na nogach w pełni sił. Zapatrzyła się w kamienny, kolebkowy sufit rozmyślając o tym, co tak właściwie robiła w Hogwarcie i dlaczego, pomimo podszeptów zdrowego rozsądku, czuła się coraz bardziej przywiązana do osób, które tu poznała. Przez tak wiele lat stroniła od świata czarodziei…izolowała się od niego uparcie i powoli zaczynała mieć wątpliwości, czy było to słuszną decyzją. To nie był jej świat, a mimo to darzyła go sentymentem, wyjątkowo ciężkim do wytłumaczenia. Rozmyślania przerwał jej gwałtowny huk otwieranych drzwi. Podniesione głosy zmąciły uspokajającą ciszę Skrzydła. Słyszała ostry, karcący ton Poppy, przywołujący do porządku bandę rozemocjonowanych uczniów. Płomiennowłosa uśmiechnęła się, rozbawiona tym z jaką łatwością dzieciaki ulegały żelaznej woli pielęgniarki. Pani Pomfrey przyprowadziła ku jej łóżku trójkę Ślizgonów, drepczących tuż za nią gęsiego w pokornej namiastce powściągliwego spokoju. 

– Kochanie, masz gości. Czujesz się na siłach, żeby ich przyjąć? – czarownica pochyliła się nad nią z ciepłym półuśmiechem. 

– Myślę, że tak. Dziękuję, pani Pomfrey – błękitnooka odpowiedziała podobną miną. 

Królowa Skrzydła Szpitalnego oddaliła się, uprzednio obrzucając Ślizgonów ostrzegawczym spojrzeniem, mającym im uświadomić, że wystarczył jeden krzyk, by wszyscy wylecieli za drzwi. Dafne stanęła tuż obok łóżka koleżanki, opierając się udami o żelazną ramę. Tea z jej twarzy wyczytała, że blondynka wahała się, czy powinna spróbować usiąść tuż przy niej – w końcu znały się od niedawna i panna Dumbledore mogła nie życzyć sobie podobnej zażyłości. Płomiennowłosa zachęcająco poklepała krawędź łóżka, dodając tym gestem śmiałości Greengrass, która skwapliwie skorzystała z zaproszenia, przysiadając na krawędzi. 

– Bardzo cię boli? – z ubolewaniem spojrzała na bandaż, oplatający szczelnie barki Gallatei.

– Na szczęście nie. Pani Pomfrey podała mi środki przeciwbólowe. Był u mnie dzisiaj dziadek i profesor Snape, wrócę do was szybciej niż się spodziewacie – dziewczyna obdarowała Dafne, Blaise’a i Draco najcieplejszym uśmiechem, na jaki było ją stać. 

Niespodziewanie Zabini przyklęknął na brzegu łóżka, oplatając ją ramionami. W tym osobliwym uścisku nie pozwalał sobie na zbyt wiele siły, ani nie starał się być wymuszenie opiekuńczy. To był najzwyklejszy, choć dla płomiennowłosej niezwykły, wyraz wsparcia. 

– Dumbledore, ty nieznośne stworzenie…nigdy więcej, słyszysz? – wyszeptał wprost do jej ucha. 

– Postaram się. Przepraszam, że przeze mnie się martwiliście – odwzajemniła uścisk. 

Blaise odsunął się, pozwalając niekoniecznie chętnie, by Malfoy poszedł w jego ślady. Panna Dumbledore rozmawiała ze Ślizgonami dłuższą chwilę, głównie skupiając się na tym, żeby ich uspokoić. Nie przywykła do tego, by się o nią martwiono i średnio wiedziała jak miałaby sobie poradzić z podobną sytuacją, więc uznała za słuszne ukojenie ich obaw. Co jakiś czas zaglądała do nich Poppy, przypominając uczniom, że panna Dumbledore nie była jeszcze w pełni sił. Bynajmniej nie kierowała nią złośliwość – przystała na prośbę Albusa, by Tea jak najszybciej wróciła do swojego dormitorium i czuła się zobowiązana do pilnowania jej komfortu, póki nie opuści Skrzydła. Spokojną rozmowę między Ślizgonami zmąciło wtargnięcie kolejnej grupy – tym razem Gryfonów. Osobliwe trio nie trudziło się wykonywaniem poleceń pielęgniarki, chcąc jak najszybciej zobaczyć się z panną Dumbledore. Ich śmiały zapał przyhamował nieco widok uczniów z domu węża, niezbyt zachwyconych tym, że śmiano im przeszkadzać. Harry z miejsca rozpoczął bitwę na nieprzychylne, podejrzliwe spojrzenia z Draco – Blaise i Ron gapili się na siebie w podobny sposób, choć w ich przypadku bardziej zauważalna była wzajemna pogarda. Hermiona i Dafne – dla odmiany – nie wydawały się w żaden sposób przejmować nieoczekiwanym spotkaniem. Walka na spojrzenia i drobne złośliwe gesty między chłopcami w końcu znudziła Granger, która zgrabnie wyminęła ich, podchodząc wprost do łóżka Gallatei. Starając się nie naruszyć przestrzeni osobistej Greengrass, uścisnęła delikatnie płomiennowłosą. 

– Dziękuję, gdyby nie ty, ja… – rozdygotany głos uwiązł jej w gardle, nie pozwalając na skończenie zdania. 

– Nie ma o czym mówić. 

Błękitnooka objęła plecy Gryfonki. Sądząc po tym, jak nierówno i płytko oddychała, wciąż musiała być w szoku po spotkaniu z trollem. Tea odsunęła się minimalnie od Hermiony, położyła dłonie na jej ramionach i spojrzała głęboko w brązowe, zmącone cieniem strachu, oczy. Zwykle błyszczące tęczówki przygasły nieco, potwierdzając przypuszczenia o nie najlepszej kondycji dziewczyny. 

– Nic ci się nie stało? – rudowłosa uśmiechnęła się życzliwie, chcąc załagodzić poczucie winy, które dostrzegła w  oczach Gryfonki. 

Granger nie odpowiedziała. Niesiona przypływem emocji mocno przytuliła Dumbledore, wspierając brodę na jej zabandażowanym barku. Gallatea zaczęła uspokajająco gładzić burzę brązowych włosów, gdy poczuła łzy skapujące na jej ramię. 

– Już, już…spokojnie. Nic takiego się nie stało, nie martw się. Cieszę się, że jesteś cała. 

Wzmagający się szloch Hermiony i spokojny, uspokajający ton płomiennowłosej w końcu zwróciły uwagę, do tej pory mało zainteresowanych czymkolwiek oprócz niemej przepychanki, chłopców. Przerwali zaciętą bitwę, bez słowa przypatrując się dziewczynom. Apogeum zaskoczenia nastąpiło wraz z reakcją Dafne. Blondynka z lekkim wahaniem położyła dłoń na plecach Granger i idąc za przykładem Tei, zaczęła je subtelnie głaskać w ciepłym, wspierającym geście. Ani Gryfonom ani Ślizgonom nie podobało się to nawet odrobinę! Dla nich podobne czułości między, odwiecznie skonfliktowanymi, domami były czymś nie do pomyślenia – godzącym zarówno w dumę jednych, jak i drugich, choć boleśniej odczuwali to Ślizgoni. Malfoy, mając dość patrzenia na coś równie obrazoburczego, skorzystał z chwili nieuwagi koleżanek i odciągnął na bok Pottera. Miał z nim do pogadania i nawet cienia chęci do odkładania tego w czasie. Gniewnie spojrzał w zielone, rozdrażnione oczy. 

– Przez was ona mogła zginąć, Potter – Draco wysyczał przez zaciśnięte zęby. 

– Myślisz, że nie wiemy, że to nasza wina, Malfoy? – Gryfon strząsnął dłoń szarookiego ze swojego barku. 

Między chłopakami napięcie wzrastało z każdą sekundą, bowiem ani jeden ani drugi nie chciał ustąpić. Draco obwiniał Pottera za to, co się stało, a Harry, choć podobnie jak Ron czuł się winny, nie miał zamiaru ulegać presji ze strony znienawidzonego Ślizgona. Tego jeszcze brakowało, żeby miał się tłumaczyć przed Malfoy’em! Przeczuwając do czego to wszystko zmierza, Tea zerknęła ukradkowo na Dafne. Greengrass mniej więcej rozumiejąc o co może chodzić, obejrzała się i westchnęła ciężko. W towarzystwie tych dwóch, nie mogło być mowy o wyważonym spokoju. Blondynka uśmiechnęła się porozumiewawczo do błękitnookiej i podeszła do chłopców. Chwyciła mocno za rękawa Blaise’a, który szeptem dogadywał Ronowi, ciągnąc go w stronę Malfoy’a oraz Pottera. Tak samo jak Zabini’ego złapała Draco, wlokąc obydwu w stronę drzwi. 

– Będziemy na ciebie czekać w dormitorium – uśmiechnęła się, spoglądając na płomiennowłosą. 

Zniknęła za drzwiami, ciągnąc za sobą zirytowanych Ślizgonów. Po ich wyjściu atmosfera stała się zdecydowanie lżejsza, choć niepozbawiona krępującej nuty. Harry i Ron nareszcie mogli bez obaw podejść do łóżka koleżanki, nie potrafili jednak zdobyć się na podniesienie głów ani rozpoczęcie rozmowy. Sterczeli obok siebie z pokutnymi wyrazami twarzy, czym niezamierzenie rozbawili Dumbledore. 

– Macie miny jak na pogrzebie! Poczekajcie z tym trochę, jeśli możecie. Jeszcze żyję! – roześmiała się perliście. 

– Gallateo…my…my chcieliśmy, no-no wiesz…przeprosić – z trudem wydukał Ron.

– Was obie, oczywiście! – pospiesznie dodał Harry. 

– Mnie przepraszać nie musicie. Sama chciałam z wami iść, chociaż uprzedzałeś, że może być to niebezpieczne. Powinniście przerosić odpowiednio Hermionę. 

Tea uśmiechnęła się do Granger, dzięki czemu dziewczynka przestała płakać. Na jej lekko poczerwieniałej, podpuchniętej twarzy wreszcie zagościł w miarę szeroki uśmiech. Niezdarne przeprosiny chłopców w końcu wyprowadziły z równowagi panią Pomfrey, wcześniej już sfrustrowaną zamieszaniem, jakie dzieciaki zrobiły wokół panny Dumbledore. Pielęgniarka mając serdecznie dość zamętu w swoim królestwie, zdecydowanie wyprosiła Gryfonów. 

                                                                                                                                   

              Wieczorną porą ciszę Skrzydła zaburzyło pojawienie się Albusa w towarzystwie, jak zwykle powściągliwego, Severusa. Panowie, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, przybyli po płomiennowłosą, uznając, że nie powinna wracać do dormitorium samotnie. Mimo niesłabnącej niechęci Poppy, udało im się zabrać dziewczynkę spod jej opieki i zejść wraz z nią do lochów. Obecność Dumbledore’a w Pokoju Wspólnym Slytherinu wywołała w pełni naturalny niepokój, złagodzony wejściem mistrza eliksirów, z Gallateą u boku. Otoczyła ich spora grupka Ślizgonów, puszczających w dziwną niepamięć zjawienie się Albusa we własnej osobie. Dzieciaki zarzuciły Teę niezliczonymi pytaniami o samopoczucie, na które odpowiadała z godną pozazdroszczenia cierpliwością i radosnym, kojącym uśmiechem. 

– Panna Dumbledore zasługuje na chwilę spokoju, nie sądzicie? – suchy ton Severusa skutecznie ukrócił entuzjazm podopiecznych. 

Wspólnie z Albusem odprowadzili dziewczynkę do jej pokoju. Snape spełniwszy swój obowiązek miał wyjść, gdy zatrzymał go spokojny głos dyrektora.

– Severusie, nasza młoda dama nie będzie uczestniczyć w zajęciach do końca tygodnia. Nie możemy pozwolić sobie na nieostrożność, skoro wzbudziliśmy podejrzenia Poppy. Ufam, że znajdziesz czas, by mieć Gallateę na oku. 

Mistrz eliksirów zamiast opowiedzieć, wymruczał coś pod nosem jednakże na jego pozbawionej zazwyczaj konkretnego wyrazu twarzy, pojawił się wątły cień półuśmiechu. Odwrócił się gwałtownie i bez słowa opuścił pokój Tei. Dziewczynka usiadła na łóżku, nie chcąc nawet zastanawiać się, co mogło ugryźć profesora. Dumbledore przycupnął na stojącym obok stolika fotelu, mierząc wzrokiem stos książek, piętrzący się na blacie nocnej szafki i uśmiechnął się szeroko. Wiedział, aż za dobrze, jak wielką miłością błękitnooka darzyła wszelkiego rodzaju dzieła pisane. 

– Ja ci się podoba w Hogwarcie, moja droga? – zwrócił się do wnuczki

– Jest dużo trudniej niż myślałam – szepnęła, wpatrując się w sufit. 

– Zajęcia nie są jednak tak łatwe? – zaśmiał się staruszek. 

– Dobrze wiesz, że nie o tym mówię, Albusie. 

Czarodziej spochmurniał, słysząc nutę melancholii w jej subtelnym głosie. Prosił ją o tak wiele…

– Za dużo wspomnień – stwierdził łagodnie, zamiast pytać. 

– O wiele za dużo, ale nie martw się. Pierwszy szok powoli mija. Albusie, mam do ciebie pytanie. 

– Słucham? – Dumbledore niezgrabnie poprawił się na krześle. 

– Czy to, że Severus poświęca mi tyle czasu to twoja zasługa? 

Starzec roześmiał się szczerze. Jego mieszanie się w relację Snape’a i płomiennowłosej było zbyt oczywiste, żeby przyjaciółka tego nie zauważyła. Tracił wprawę w subtelnościach. 

– Przeceniasz mnie, moja droga. Ja jedynie lekko popchnąłem go w twoją stronę. Reszta to już tylko i wyłącznie twoja zasługa. 

– Powiesz mi, dlaczego akurat Severus? 

Albus zamyślił się na chwilę, bezwiednie przeciągając dłonią po długiej, siwej brodzie. Uśmiechnął się sam do siebie. Nawet nie zauważył, kiedy się tak postarzał. 

– Uważam, że możecie sobie nawzajem pomóc. Snape to utalentowany czarodziej i dobry człowiek, jest jednak bardzo zamknięty w sobie. Wierz mi, przez lata próbowałem do niego dotrzeć na wszystkie możliwe sposoby. Bez skutku, jak widać. Jeśli komuś miałoby się udać przebić przez jego skorupę, to tylko tobie. 

– Dobry wybór. Lubię go – zaśmiała się dziewczyna. – Jak radzę sobie z zadaniem? 

– Szczerze? Dużo lepiej niż się spodziewałem. Martwiłem się, czy będąc w Slytherinie zdołasz nawiązać nić porozumienia z panem Potterem. Jak pewnie zauważyłaś animozje między domami są głęboko zakorzenione. Nie sądzę, bym doczekał łagodniejszych czasów.

– Całe szczęście, że dla mnie wszelkie konflikty między domami są całkowicie obojętne. Nie mam zamiaru być ani Ślizgonką ani Gryfonką. 

Czarodziej wstał i usiadł obok przyjaciółki, obejmując ją ramieniem. Podejście Lady do życia zawsze mu imponowało – w Vallerin zawsze dostrzegał wątłe światło nadziei, gdy za bardzo zagłębił się w mroku świata magii. 

– Dlatego jesteś moją jedyną nadzieją na zrealizowanie planu, moja droga. Bądź sobą, a cała szkoła cię pokocha. Jestem tego pewny. 

– Księżniczka Hogwartu? 

Płomiennowłosa uśmiechnęła się unosząc prawą dłoń. Zacisnęła wszystkie palce z wyjątkiem małego, co rozbawiło dyrektora. Zahaczył swój mały palec o palec dziewczyny. 

– Po wieki – spojrzał na przyjaciółkę z radością w oczach. 

Obowiązki Dumbledore’a nie pozwoliły mu niestety zostać dłużej – musiał wrócić do nudnej, administracyjnej roboty. Zanim wyszedł pozwolił wnuczce czasowo zdjąć zaklęcie ochronne z drzwi. Jeśli ktoś znał się na zabezpieczaniu miejsc to z pewnością Vallerin – w tej kwestii mógł jej bezgranicznie zaufać. To był dobry moment na uczynienie panny Dumbledore trochę mniej tajemniczą. 

               Następnego dnia Tea obudziła się wczesnym rankiem, jak miała w zwyczaju. Zerknęła na zegarek i wbiła twarz w miękką poduszkę. Za kilka minut większość Ślizgonów opuści dormitorium, by udać się na śniadanie i poranne zajęcia. Samej potwornie się jej nudziło, a lekki, ćmiący ból głowy nie pozwalał na czerpanie przyjemności z czytania. Niechętnie zwlekła się z łóżka, nie wiedząc za bardzo, co ma ze sobą zrobić. Wtapiając się w rutynę dnia zadbała o poranną toaletę i ubrała się w wygodne, odrobinę za duże ciuchy. Postanowiła zejść do Pokoju Wspólnego, żeby chociaż przez chwilę posiedzieć wśród ludzi. Jak przypuszczała Pokój nie był za szczególnie zaludniony. Obecni w nim uczniowie witali się z nią i wychodzili w pośpiechu, pędząc ku Wielkiej Sali. Rozsiadła się wygodnie na kanapie przed kominkiem, przyciągając kolana do piersi i wpatrując się z zainteresowaniem w wiecznie rozpalony ogień. Z podziwiania magii roztańczonych płomieni wyrwały ją znajome głosy, wyraźnie się zbliżające. Dafne podeszła do kanapy i wsparła łokcie na oparciu, badawczo przyglądając się twarzy płomiennowłosej. 

– Dużo lepiej wyglądasz – uśmiechnęła się w końcu. 

– I dużo lepiej się czuję! Idziecie na zaklęcia? – błękitnooka zerknęła na zniecierpliwionego Blaise’a. 

– Z radością niewysłowioną. Nie martw się, księżniczko! Podrzucę ci notatki – chłopak uśmiechnął się szeroko. 

– Doceniam gest, Zabini, ale wiem, jak piszesz. Życia mi nie starczy, żeby to rozczytać. 

Panna Dumbledore zaśmiała się, ale ochota na wesołość szybko jej przeszła. Poczuła nieprzyjemne ukłucie bólu w żebrach i mimowolnie złapała się mocno za klatkę piersiową, by nieco przytłumić ból. Greengrass, poruszając się z prędkością światła, przyklęknęła przed nią. 

– Tea, wszystko dobrze? – zapytała z niepokojem, wlepiając wzrok w lazurowe tęczówki koleżanki. 

– Tak, żebra mi jeszcze trochę dokuczają to wszystko. Idźcie już, bo się spóźnicie. 

– Na pewno? Może powinnam z tobą zostać? 

– Nie, Dafne, nie chcę żebyś miała nieprzyjemności. Zobaczymy się później. 

Blondynka ociągała się z wstawaniem, jak tylko mogła. Martwiła się o koleżankę i nie za bardzo chciała zostawiać ją bez żadnej opieki, chociaż wiedziała, że nie jest w stanie jej pomóc. Razem z Zabinim ruszyła w stronę przejścia, co jakiś czas zerkając za siebie. Nim całkowicie wyszli z Pokoju, Gallate usłyszała podniesiony, poirytowany głos Blaise’a. 

– Idziesz, Malfoy?!

– Idźcie przodem! Dogonię was! 

Płomiennowłosa odwróciła się gwałtownie, lekko wystraszona dość donośnym głosem dobiegającym zza jej pleców. Wcześniej nie zauważyła, że Draco stał za nią przez cały czas. Zbyt szybki ruch nie pozostał bez konsekwencji. Ból żeber stał się tak ostry, że przez chwilę miała problem z oddychaniem. Skuliła się automatycznie, łapiąc płytkie, szybkie oddechy. Poczuła dłoń na swoim ramieniu. Blondy wpatrywał się w nią poważnie zaniepokojony.

– Pójść po panią Pomfrey? – zapytał cicho. 

– Nie musisz, zaraz przejdzie. Nie powinieneś czasem wychodzić? 

– Nigdzie się nie wybieram – chłopak uśmiechnął się szelmowsko. 

– A co z zajęciami? Jak masz zamiar wytłumaczyć swoją nieobecność? – błękitnooka poklepała delikatnie jego dłoń.

– Coś wymyślę, księżniczko. Nie powinnaś zastawać sama, do póki ból w żebrach nie przejdzie. 

– Nie przekonam cię, co? – spojrzała z uśmiechem na kolegę. 

Szarooki przecząco pokręcił głową z tym swoim zaczepnym półuśmieszkiem. Draco Malfoy potrafił być wyjątkowo zaskakujący – z jednej strony dumny, wyniosły, arogancki, oschły i bezczelny z drugiej ciepły, opiekuńczy i wyrozumiały. Zdumiewające i intrygujące zarazem połączenie. 

– Nie będę się kłócić, Malfoy, wiem kiedy jestem bez szans. Skoro mamy siedzieć razem przez najbliższą godzinę, zapraszam do mojego pokoju. Tam będzie wygodniej. 

Chłopiec szeroko tworzył oczy w geście zdumienia. Wszyscy Ślizgoni wiedzieli, że panna Dumbledore posiada własny pokój na terenie dormitorium, ale nikt jeszcze go nie widział. To jemu pierwszemu miał przypaść zaszczyt dostania zaproszenia do tego tajemniczego miejsca! Nie ociągając się, wyciągnął dłoń ku dziewczynie. Tea z uśmiechem przyjęła uprzejmą pomoc i poprowadziła kolegę korytarzem, otoczonym żeńskimi sypialniami. W normalnych warunkach nie lada sztuką dla chłopca było zbliżenie się do pokoi dziewcząt, płomiennowłosa potrafiła jednak z łatwością omijać wszelakie zaklęcia ochronne. Zatrzymała się przy Draco tuż przed solidną, kamienną ścianą. 

Magicae purissimum – wyrecytowała wyraźnie.

Jednolita do tej pory ściana rozstąpiła się, formułując mini klatkę schodową. Błękitnooka uśmiechnęła się do zdezorientowanego blondyna i chwyciła jego dłoń, ciągnąc go w stronę schodów. Popchnęła lekko hebanowe drzwi, dając gestem znać Malfoy’owi, by szedł przodem. Roześmiała się perliście, widząc szok na jego twarzy, gdy stanął w pokoju. Szarooki powoli przyglądał się pomieszczeniu z rosnącym zachwytem. Przywykł do pełnych eleganckiego przepychu komnat, ale w tej sypialni było coś…niezwykle ujmującego. Wyglądała zupełnie jakby przeniesiono ją wprost z barokowego zamku. Gospodyni wyminęła go i usiadła w jednym z pięknie rzeźbionych, ciemnych foteli wyściełanych aksamitem. Wskazała koledze drugi fotel, stojący tuż obok. Draco opadł niepewnie na wygodne siedzisko, wciąż pochłonięty podziwianiem pokoju.

– Pięknie tu – odezwał się w końcu, nie chcąc wyjść na niewychowanego prostaka. 

– Nieskromnie powiem, że też tak uważam. Dziadek postarał się bym czuła się tu jak w domu. Gdzie moje maniery! Napijesz się czegoś? 

Malfoy jedynie skinął głową, najwidoczniej nie mając zamiaru sprecyzować, czy oczekuje jakiegoś konkretnego napoju. Gallatea podeszła do wysokiego, hebanowego, misternie rzeźbionego kredensu. Wyciągnęła z niego butelkę soku dyniowego i dwie kryształowe szklanki, które postawiła na niewielkim stoliku rozdzielającym fotele. Nie siląc się na kurtuazyjne pytanie o pozwolenie, napełniła szklanki po czym miękko opadła na fotel. Upiła niewielki łyk napoju i kiwnęła głową z uznaniem. To wciąż nie była kawa, ale smakował nie najgorzej. 

– Mogę zobaczyć twoją biblioteczkę? – nieśmiało zapytał jej towarzysz. 

– Pewnie, nie krępuj się. 

Rudowłosa, zerkając zza ścianki szklanki, obserwowała swojego pierwszego gościa. Nie dało się nie zauważyć, że nie czuł się ani trochę swobodnie w tym pokoju. Chodził bardzo ostrożnie, starając się niczego nie dotykać – zupełnie jakby miał wpojoną, aż tak daleko posuniętą zachowawczość. Nawet tytułom książek przyglądał się ze znacznej odległości, zabawnie mrużąc oczy, żeby rozczytać drobniejsze litery. Rozbawił ją tymi podchodami, więc podniosła się i ze szklanką napoju w dłoni, stanęła obok niego. 

– Coś wpadło ci w oko? – uśmiechnęła się ciepło. 

– Masz strasznie dużo podręczników. Lubisz się uczyć? – spojrzał na nią przez ramię. 

– Lubię czytać, tak spędzam większość czasu w domu. Sama z moimi książkami. 

– Nie masz rodzeństwa? – chłopiec zignorował biblioteczkę, skupiając całą uwagę na koleżance. 

– Nie – wzruszyła ramionami. 

– A twoi rodzice? 

– Zmarli dawno temu, prawie ich nie pamiętam. Można powiedzieć, że od zawsze miałam tylko dziadka. 

– Przykro mi. Wybacz, że zapytałem.

Blondyn z lekkim zawahaniem objął ją ramieniem – wcale nie był pewien, na ile może sobie pozwolić w kontaktach z Gallateą. Wzmocnił uścisk widząc, że nie przeszkadzało jej takie okazywanie wsparcia. Niepewnie zerknął na jej buzię i z ulgą stwierdził, że nie wydawała się smutna ani zdołowana – bardziej…zamyślona. 

– Nie szkodzi. Dziadek to wspaniały człowiek, ale jest bardzo zapracowany. Rzadko kiedy może pozwolić sobie na spędzenie ze mną więcej czasu. Czytając nie czuję się samotna, stąd moja miłość do książek. 

Chłopiec nie odzywał się, nie czując się na siłach żeby ją pocieszać. Choć był jedynakiem, nie wiedział co to znaczy samotność. Miał kochającą matkę, która zawsze była u jego boku oraz całkiem pokaźne grono znajomych w zbliżonym wieku – dziedziców rodów czystej krwi, odwiedzających jego dom rodzinny przy okazji spotkań rodziców.

– Przepraszam, Draco! Gadam jak jakiś stary mól książkowy, pewnie cię zanudzam.

– Wcale nie. Uważam, że twoja miłość do książek jest całkiem słodka – uśmiechnął się szeroko.

Przegadała z Draco dużo więcej czasu niż początkowo przypuszczała. Chłopak stanowczo odmówił wybrania się na dwie kolejne lekcje – o ile zaklęcia i historia magii nie stanowiły większego problemu, o tyle nie pojawienie się na eliksirach było jak proszenie się o kłopoty. Blondyn niewiele sobie z tego robił, nie miał najmniejszego zamiaru odpuścić sobie okazji poznania lepiej Gallatei. Zazwyczaj spotykali się w grupie. Malfoy uwielbiał Blaise’a i jako tako tolerował Greengrass, ale to na kontakcie z Teą zależało mu najbardziej – Zabini’ego miał na co dzień, w końcu dzielili ten sam pokój. Płomiennowłosa wydawała mu się inna niż wszyscy Ślizgoni…zupełnie inna od niego i to niezmiernie go fascynowało. Nie bała się robić tego czego chciała, nie zależało jej na przynależności do grup ani opinii wszystkich wokół. Zachowywała się tak, jak jej się podobało, nie myśląc o powielaniu utartych schematów. Była perfekcyjnym połączeniem intelektu, piękna i poczucia humoru. Świetnie się bawił po prostu siedząc i rozmawiając z nią na wszelkie tematy. Ich beztroską konwersację przerwało pukanie do drzwi. Rudowłosa zerwała się, by otworzyć – całkowicie zapomniała o tym, że zdjęła zaklęcie blokującego drzwi i nie musiała już fatygować się za każdym razem. Nim zdążyła na dobre podejść do wejścia, do pokoju wszedł Severus. Uśmiechnął się łagodnie do dziewczynki, ale twarz stężała mu, gdy zobaczył towarzyszącego jej Malfoy’a. Profesor, nie odrywając karcącego wzroku od niepokornego ucznia, podał gospodyni srebrną tacę.  

– Obiad dla pani, panno Dumbledore. Skoro pan Malfoy ma tak dużo wolnego czasu, z radością spotkam się z panem po zajęciach. Musi pan nadrobić zaległe eliksiry i zapewniam, że dopilnuję tego osobiście. Niech pan dołączy do reszty uczniów na obiedzie. 

Draco wyczuwając, że nie ma tu miejsca na dyskusję wyszedł z pokoju. Po jego wyjściu nastała chwila nieznośnej, krępującej ciszy. Snape unikał wzroku płomiennowłosej. Z jakiegoś nieodgadnionego powodu wydawał jej się…zawiedziony? Wyrazu twarzy tego mężczyzny chyba nikt nie był w stanie dokładnie rozczytać – mistrzowsko dławił w sobie wszelakie emocje. 

– Zjesz ze mną? – zmęczona ciszą Tea postanowiła przełamać milczenie. 

Severus spojrzał na nią zaskoczony. Przez chwilę sprawiał wrażenie jakby zupełnie zapomniał, gdzie tak właściwie jest i co tu robi. 

– Nie dziękuję, już jadłem – wrócił do swojego oficjalnego, suchego tonu. 

– W takim razie zostaniesz ze mną przez trochę? 

Profesor wahał cię, co doskonale widziała. Nie miała pojęcia jakaż to wojna właśnie toczyła się w jego umyśle, ale miała tego dość. Westchnęła cicho, chwytając jego kościstą dłoń i pociągnęła go w stronę foteli dając wyraźny sygnał, że nie zaakceptuje odmowy. Mężczyzna opierał się zdecydowanie w zbyt mało zaciekły sposób, by przekonać ją do zmiany zdania. 

– Nie daj się prosić, uparciuchu! Miałeś mieć na mnie oko! 

Mistrz eliksirów przewrócił niechętnie oczami, rezygnując z wszelkich prób stawiania oporu. Nie czuł się z tym zbyt komfortowo, ale ciężko było mu odmawiać płomiennowłosej, gdy patrzyła na niego tymi wielkimi, błękitnymi oczyma. Przez jakiś czas siedział w milczeniu z miną, jakby skazano go na najgorsze tortury. Ukradkowo obserwował jak dziewczyna je, nie mogąc się nadziwić jak to możliwe, że każdy jej ruch przepełniony był wrodzoną, niedościgłą gracją. 

– Co tu robił Malfoy? – rzucił twardo, odwracając od niej wzrok. 

Panna Dumbledore odłożyła widelec, wpatrując się w ponurą twarz Severusa. Nie trzeba było być wybitnym detektywem, żeby zauważyć, że znów unikał jej spojrzenia. Zachowywał się w ten sposób zaskakująco często, a ona nie miała siły zgadywać, co nim kierowało. 

– Martwił się o mnie. Zdecydował, że zostanie, skoro nie czuję się najlepiej. Jest dość uparty! – zaśmiała się dźwięcznie. 

– Uważaj na niego, Vallerin – cichy szept czarodzieja wzbudził w niej mieszane odczucia. 

 – Z jakiegoś konkretnego powodu, Severusie? – położyła szczególny nacisk na jego imię. 

– Po prostu uważaj. Obiecaj mi to – czarne oczy spojrzały wprost na nią. 

Błękitnooka wyprostowała się dostrzegając w zwykle obojętnej czerni mieszankę troski i zmartwienia. O cokolwiek by mu nie chodziło, sprawa wyglądała dużo poważniej niż przypuszczała. 

– Obiecuję. 

Mistrz eliksirów uśmiechnął się delikatnie. Tei przeszła całkowicie ochota na jedzenie – za wiele rzeczy zaprzątało jej myśli. Wiedziała ile powinna o rodzie Malfoy – znała kiepską reputacje Lucjusza, jego dziwne upodobanie do czarnomagicznych spraw i nieprzyjemny sposób bycia. Dlaczego Snape uznał, że musi ją dodatkowo ostrzegać? Widząc zamyśloną minę dziewczyny, Severus delikatnie położył jej dłoń na ramieniu. Drgnął niespokojnie, gdy przykryła jego dłoń swoją. Wciąż wpatrywała się w podłogę z nieobecnym wyrazem twarzy, co zaczynało go poważnie niepokoić.

– Chcesz poczytać Kuul-Akh? – odezwała się w końcu. 

– Oczywiście. Kolejne zajęcia zaczynam za ponad godzinę, więc mamy chwilę. 

Płomiennowłosa skinęła subtelnie dłonią, a już po chwili obok niej lewitowała starożytna księga. Za pomocą magii przeniosła przeszkadzające nakrycie na nocny stolik. Snape przypatrywał się temu uważnie, analizując najmniejszy detal jej ruchów. Nie używała różdżki ani nie wypowiadała zaklęć – sądząc po wprawie samych ruchów nadgarstka, zapewne nigdy tego nie robiła – same jej gesty posiadały moc. 

– Nie wymawiasz zaklęć? – odważył się zapytać, choć przenikliwością nie zabłysnął. 

– Nie muszę. Zapominasz chyba czym jestem – mrugnęła do niego. 

– W tym właśnie problem, Vallerin. Nie mam pojęcia czym jesteś – wychylił się bezwiednie ku niej, na co zareagowała śmiechem.

– Potworem, Severusie, chyba pamiętasz – uśmiechnęła się szeroko do profesora. 

Czarodziej poczuł się zmieszany, jak jeszcze nigdy. Jego pierwsze spotkanie z błękitnooką nie należało do najprzyjemniejszych ani tym bardziej udanych, ale Lady nie wyglądała na dotkniętą tamtymi słowami. Snape nie chciał kontynuować tematu, więc podniósł się z fotela i stanął za dziewczyną, wspierając łokcie o oparcie. Skrzywił się zerkając na karty książki – nie rozumiał ani jednego słowa. Nigdy wcześniej nie widział podobnego języka.  

– Nie znam tego dialektu – warknął poirytowany. 

– Ach tak, wybacz! To wymarły już język wywodzący się z wczesnego retyckiego, nic dziwnego, że nie kojarzysz. Będę tłumaczyć, jeśli pozwolisz. 

Po tym jak mistrz eliksirów skinął przyzwalająco głową, płomiennowłosa zaczęła czytać wyraźnie kolejne fragmenty księgi. Były w niej przepisy na eliksiry o których istnieniu Severus nie miał bladego pojęcia. Coraz bardziej zastanawiały go składniki – niektórych spośród wymienionych nie dało się dostać, co potwierdzało jego najgorsze obawy. Choć Kuul-Akh było niezaprzeczalnie wielkim dziełem, nie sposób było je efektywnie wykorzystać w obecnych czasach. Uważnie wsłuchiwał się w głos dziewczyny, oczarowany jego brzmieniem – był łagodny, niezbyt donośny i magnetycznie kojący. Gdy czytała nawet eliksiry nabierały zupełnie nowego, nieznanego blasku. 

– Wiesz co to jest? – wskazał na jedną z rycin. 

– To? Sproszkowany język czarnoksiężnika. Wykorzystywano go do bardzo…nieprzyjemnych eliksirów, delikatnie rzecz ujmując. 

– Niemożliwy do dostania – westchnął zrezygnowany Snape. 

Lady posłała mu rozbawione spojrzenie. Mogła się spodziewać, że lista zakupów wynikająca z Kuul, przyprawi go o ciarki. 

– Nie niemożliwy, profesorze Snape, tylko dość trudny. W pracowni mam ze trzy słoiki tego świństwa. Pachnie obrzydliwie, a smakuje jeszcze gorzej. 2/10, nie polecam – roześmiała się. 

– Zajmujesz się eliksirami? – Severus zabrzmiał, jakby właśnie doznał olśnienia. 

– Skąd to zdziwienie? Jeśli żyje się tak długo jak ja, to chociażby z nudów zaczynasz się zajmować dosłownie wszystkim. 

– Nawet czarną magią? – wyszeptał konspiracyjnie. 

Błękitnooka odwróciła się ku niemu, wbijając w niego mroźne tęczówki. Z jej buzi zniknął uśmiech i wyglądała na rozdrażnioną z jakiegoś powodu. 

– Przez większość mojego życia nie istniało coś takiego jak biała i czarna magia. Jest po prostu magia, ze swoimi blaskami i cieniami. Podział wymyślili dopiero czarodzieje. Istoty takie jak ja nie zwracają na to większej uwagi. Nie chodzimy na skróty. Bez zgłębienia czarnej magii nie zrozumiesz w pełni białej i na odwrót. Światło i ciemność to dwie strony tego samego medalu. Nie mogą istnieć bez siebie. Więc, tak. Zajmuję się nawet czarną magią i nie widzę w tym nic złego. Wiedza, a niewłaściwe jej wykorzystanie to dwie zupełnie różne rzeczy. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 646
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!