heart beats — “Dirty and Divine”

Nie wiem, czym jest “boskość”, i mam to gdzieś. jakie to ma w ogóle znaczenie? czemu tak wiele cywilizacji trudzi sobie tym głowy?

Jestem atomami połączonymi w związki chemiczne budujące komórki składające się na tkanki tworzące organy stanowiące ciało

którym jestem.

Obce fantazje bulgoczą na powierzchni mojego umysłu gdy pieszczę swoją seksualność dotykiem i myślami, i cały mój wewnętrzny wszechświat zamienia się w piekielną krainę rodem z raju.

Te fantazje wcale nie są obce. Śpią “za dnia” przytulnie, wychodzą “nocą”, gdy duma umiera na moment w erotycznym zatraceniu.

By odrodzić się z nowym obrazem mnie samego.

Jestem dziki i prymitywny.

Pragnący i spragniony.

Gorący i napalony.

Spocony i mokry płynną przyjemnością.

Jestem nagi i jestem swobodny. Nieskrępowany ubraniem ni zbrojami poprawności, dumy, tym podobnych.

Jestem rozkoszy krzykiem wcielonym, który płonie czystym instynktem.

Wyswobodzonym spod wyższego mózgu rządz.

On we krwi każdego płynie. Jest człowieczeństwem. Jestem człowiekiem.

Piękny, ohydny, brudny, dziwny.

To wszystko nie ma znaczenia w największej możliwej skali (która sama w sobie nie ma znaczenia dla mniejszych jej elementów), bo esencjonalnie,

to tylko atomy. Czym jest piękno, ohydność, brudność, dziwność? Gdzie istnieje granica między subiektywnym osądem a obiektywną racją?

Brudne jest święte,

bo brudne znaczy wolne

od dumy, lęku, wstydu, kompleksów, tym podobnych.

Brudne znaczy prawdziwe. Cóż jest piękniejszego, niż prawda?

Rozszalałe dziką pożogą ekstazy,

surowe, nieskrępowane ja.

Dawka itepe truciznę czyni,

lecz kto nazwał brudne gorszym, miał brudne uprzedzeniem okna na fakty.

Największe światło to akceptacja ciemności. Bo nie rzuca światła na ciemność, która miejscami daje życie, odpoczynek, ani nie otula ciemności cieniem lęku pełnego demonów.

Jestem seksualny. I kąpię się w tym.

Jestem seksualny. I pławię się w tym.

Jestem seksualny. I oddycham w tym.

Jestem seksualny. Jestem człowiekiem.

Normalność

jest dziwna, szokująca,

nadzwyczajna

tylko wtedy, gdy jest denormalizowana.

Zintegrowałem/integruję kawałki siebie, które schowały się ze strachu,

i poznałem/poznaję siebie na nowo. Jak to jest oddychać pełną klatą.

Odkrywam, kim zawsze byłem.

Odkrywam, jak to jest cieszyć się byciem. (bo nie jest skradaniem się ukradkiem pod maskami, lecz swobodnym poruszaniem się wśród innych, oddychając swobodnie zamiast dusić się pod przykryciami).

W brudzie, chaosie, bezkontroli, oddaniu się swoim najgłębszym potrzebom

jest droga do piękna, wolności, witalności, pewności siebie, radości. Spełnienia.

Jeśli cokolwiek jest święte/warte kultywowania,

to właśnie rozpusta. Bo to jedna z kilku dróg które trzeba przejść, by dojść do siebie.

Im dalej od siebie, tym bardziej martwy w środku.

Im bliżej do siebie, tym bardziej buzujący siłą życiową.

Oddycham coraz pełniej.

Bo pozwalam oddychać kolejnym aspektom tego, kim jestem.

It’s a life journey.

And just like any other journey, this one too starts SOMEWHERE.

Zacząłem tam, gdzie byłem gdy zacząłem. To, gdzie dotarłem na ten moment

chyba nawet mi się lata temu nie śniło.

.

.

.

#07,08.07.2021

Autor Wyrdmazer
Opublikowano
Kategorie Wiersz
Odsłon 129
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!