Córa rodu Phoenix – Legion

                Raven, siedząc na rozległym konarze drzewa, z oddali obserwował Wrzeszczącą Chatę. Zgodnie z poleceniem Dragana, odwiedzał pana Blacka trzy razy dziennie, by przynieść mu coś do jedzenia. Black, póki co, zachowywał się całkiem rozsądnie i nie opuszczał kryjówki – zapewne wiedząc o tym, że nie był w Lesie sam. Były Łowca westchnął przeciągle, przełykając narastającą gorycz. Ani trochę nie podobała mu się rola niańki jakiegoś mało rozgarniętego zbiega. Tęsknił za samotnym przeczesywaniem tropikalnych lasów, w poszukiwaniu zaginionych miast. Jego zadaniem było lokalizowanie takich miejsc i zabezpieczanie ich, w oczekiwaniu na wykwalifikowaną ekipę współpracowników – choć w głównej mierze parał się ciężką pracą łącznika, mającego zapewnić płynny przepływ informacji. Anglia szalenie go nudziła – była krainą bezbarwną, deszczową i ponurą. Sprawiała wrażenie ucywilizowanej oraz rozwiniętej kulturalnie, lecz on dobrze wiedział, że to tylko niezbyt wiarygodne pozory. W tym miejscu, jak w każdym innym, czaiła się swego rodzaju dzikość – niezwiązania ani z naturą, ani szeroko pojętą wolnością. Tu dało się odczuć dzikość w jej najgorszym, spaczonym wydaniu – brutalnie stłamszoną przez obyczaje, uciążliwe normy społeczne i całą tą piekielnie smutą powierzchowność. Dzikość nie skrywała się w nieprzemierzonych, leśnych gęstwinach, a pięknie urządzonych, odciętych od rzeczywistości komnatach. Tutaj żadna walka nie była prowadzona bezpośrednio, w pierwotnym, uczciwym pojedynku, który nieuchronnie prowadziłby do przegranej słabszej ze stron. Gentlemani, wciśnięci w swoje szykowne szaty, toczyli ciche bitewki, wykluczające starcia równego z równym. Ich bronią nie była wola przetrwania, siła ani pragnienia tlące się w duszy każdego człowieka. Walczyli za pomocą podstępu, wprawnej dyplomacji, bezwzględnych zdrad oraz wyrafinowanej gry psychologicznej, przez co ich potyczki stawały się pozbawionym wyrazu cieniem chwalebnego dziedzictwa ludzkości – każda kolejna przypominała poprzednią, stając się czymś irytująco przewidywalnym. Silniejsi umacniali swą pozycję na szczycie, depcząc wszystko, co stanęło im na drodze. Idee, honor, wartości rodzinne, braterstwo, przyjaźń, religia, moralność, sumienie, dobro ogółu, zapewnienie gatunkowi szans na przetrwanie…przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie, gdy chodziło o wygraną. Raven splunął z odrazą. To wszystko go obrzydzało. Obrzydzały go krajobrazy, mugole, czarodzieje, cudaczna polityka i inne wymysły, sprzeniewierzające się naturalnemu porządkowi rzeczy. Obrzydzał go nawet szanowny pan Black. Skrzywił się ponuro, odbiegając myślami ku byłemu skazańcowi. Szczerze nie znosił tego żałosnego człowieka i nie rozumiał, dlaczego Lady Crown miałaby chcieć utrzymać przy życiu kogoś równie bezwartościowego. Black był słaby, a słabi powinni zginąć, żeby ustąpić miejsca silniejszym jednostkom – tak, wedle niego, działała ewolucja. Nienawidził wchodzić do tej cholernej ruiny!!! Za każdym razem, gdy pojawiał się w progu Chaty, Black usiłował wciągnąć go w pogawędkę. Zadawał masę błahych pytań, byleby nawiązać nić porozumienia, co wyjątkowo drażniło Łowcę. Nie miał najmniejszej ochoty na wdawanie się w grę kurtuazyjnych pozorów, czy inne, wymuszone uprzejmości, tylko po to, by sprawić przyjemność komuś, kto nic go nie obchodził. Co dzień wkraczał do Chaty – czyniąc zadość obowiązkowi – jak najszybciej rzucał pakunek w stronę Blacka i wychodził, nie zamieniwszy z czarodziejem ani słowa. Raven był oddany Kolekcjonerowi, dlatego zawsze sumiennie wypełniał jego polecenia, choćby sam uważał je za zwyczajnie pozbawione sensu. Nie czuł się zobowiązany do uprzejmego zachowania wobec byłego skazańca, bo nie wchodziło to w zakres jego obowiązków. Dragan musiał doskonale zdawać sobie z tego sprawę. Kolekcjoner i jego prawa ręka dzielili w końcu taką samą naturę. Łączył ich los wiecznych poszukiwaczy – wojowników, nieustannie szukających coraz to nowszych, trudniejszych wyzwań. Pogodzili się z najmroczniejszymi podszeptami duszy, ponad wszystko miłując przywilej nienaruszalnej wolności. Nic ich nie ograniczało ani nie krępowało – każdy z nich, w pewnym momencie swego życia, zrzucił kajdany narzucone przez społeczeństwo. Obydwaj byli wolni, jednak Raven rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, jak wiele brakowało mu jeszcze do Luthera. Pamiętał dokładnie dzień, w którym ujrzał obecnego szefa po raz pierwszy:

Wykonywał kolejne zlecenie dla swego pracodawcy – Rządu, którym w głębi duszy gardził z całego serca. Był Łowcą, od kiedy sięgał pamięcią. Nie potrafił przypomnieć sobie ani rodziców, ani rodzinnego domu. Może nigdy nie miał czegoś takiego? Od zawsze mieszkał pośród ludzi podobnych sobie – dziesiątek młodziaków przechodzących rygorystyczne, brutalne treningi, by zasłużyć sobie na miejsce wśród elitarnego grona najprawdziwszych Łowców. Pamiętał ciągnące się w nieskończoność dni, przepełnione wymyślnymi torturami, zgrabnie określanymi mianem ćwiczeń. Kandydaci na przyszłych Łowców od najmłodszych lat byli łamani zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Nie znali świata poza swoją jednostką, pana poza dowódcą, rodziny poza szeregami współbraci – mieli tylko siebie nawzajem, odcięci od wszystkiego innego. Wielu z nich nie przetrwało szkolenia. Słabi padali jak muchy z wycieńczenia lub z powodu odniesionych ran. Trwale okaleczonych i chorych nie leczono, bo i po co? Wśród Łowców nie było miejsca dla słabeuszy. Każdy z nich wiedział, że jeśli zawiedzie, bracia zostawią go na pewną śmierć i nikomu to nie przeszkadzało. Wybrańcy, którzy przetrwali, nie byli już ludźmi – wyprano z nich całe człowieczeństwo. Nie…Łowcy zdecydowanie nie mogli być zaliczani w poczet ludzkich istot! Byli tylko narzędziami w rękach władz. Maszynami do zabijania, mającymi ślepo wypełniać rozkazy. Nie pamiętał ile miał lat, gdy zabił po raz pierwszy. Nie mógł przypomnieć sobie twarzy ofiary ani powodu egzekucji. Jakie to miało znaczenie? Żadnego. Dostał rozkaz, więc wykonał go bez cienia zawahania czy nieakceptowalnych pytań – szybko i skutecznie, jak ich uczono. Później odbieranie innym życia stało się dla niego czymś naturalnym, porównywalnie do oddychania. Po prostu o tym nie myślał. Był Łowcą. Dumą swojego kraju! Zabójcą i żołnierzem. Zbrojnym ramieniem Rządu, cieszącym się szacunkiem obywateli. Myślał tak do czasu. Rozkazy z roku na rok, stawały się coraz bardziej drastyczne. Mimowolnie zaczął czuć coś, czego żaden Łowca nie powinien – zwątpienie. Długo dusił w sobie obrazoburcze wątpliwości, wracając pamięcią do lat treningów. Jak mantrę powtarzał słowa dowódców, chcąc zagłuszyć niebezpieczne myśli, co pozwalało mu podchodzić do wykonywania obowiązków tak, jak powinien – chłodno i z dystansem. Choć robił co mógł, zaczynało pojawiać się coraz więcej pytań, na które nikt nie udzieliłby mu odpowiedzi. Ci, którzy chcieli wiedzieć zbyt wiele, kończyli w jeden sposób – martwi – a on nie miał zamiaru dołączyć do tego grona. Chociaż pragnął być ślepy, nie potrafił. Powoli zaczynał rozumieć, że Łowcy nie byli szlachetnymi wybawicielami ani miłowanymi przez naród bohaterami, jak twierdziło dowództwo. Byli zwykłymi mordercami. Bandą barbarzyńców, którzy plamili swe dłonie krwią nie w imię własnych przekonań, tylko ku korzyści polityków siedzących bezpiecznie w swych wygodnych, niedostępnych rezydencjach. To Łowcy dławili wszelkie ogniska buntu i byli rzucani w sam środek walki z ludźmi, nie stanowiącymi żadnego, realnego zagrożenia dla dobra państwa. To oni milcząco ginęli w pierwszych szeregach krwawej wojny domowej. Wysługiwano się nimi. Póki celem rozkazów byli wrodzy żołnierze lub rebelianci, nie miał z tym problemu – taki był już los Łowcy. Nadszedł jednak ponury dzień, który zmienił wszystko. Jego jednostka dostała rozkaz zaatakowania cywili. Mieli zmieść z powierzchni ziemi cztery wioski, nie oszczędzając nikogo. Kobiety, dzieci, starcy…wszyscy mieli zginąć, dla wygody władz. Pacyfikacja przebiegała bez większych komplikacji – część jednostki mordowała mieszkańców wioski, część ruszyła w okoliczne lasy, chcąc dopaść uciekinierów. Nikt nie miał prawa przeżyć masakry. Chociaż ich działania były dość rutynowe, w nim coś się zmieniało. Z każdym zabijanym niewinnym człowiekiem, oziębła ściana oddzielająca uczucia od obowiązku powoli pękała – aż wszystko w co do tej pory wierzył, roztrzaskało się w pył. Zniknęły lata indoktrynacji i przygotowań. Złamała się niezachwiana wiara w słuszność poleceń oraz nieomylność dowódców. Dłużej już tak nie mógł. Narodziła się w nim przemożna, dzika żądza wolności. Zapragnął porzucić w cholerę los zwykłego, pozbawionego znaczenia pionka – nie przedstawiającego sobą najmniejszej wartości dla rządzących. Nie chciał dłużej być zabawką w rękach ludzi, których nigdy nie spotkał. Chciał móc decydować o sobie i wybrać ścieżkę, którą mógłby podążyć z własnej woli. Jak jednak miałby to osiągnąć? Gdyby spróbował zdezerterować, dotychczasowi bracia wywlekliby go spod ziemi i postawili przed plutonem egzekucyjnym. Łowcy nie mieli najmniejszego prawa wyboru. Mogli albo służyć, albo zginąć. Stał pośród ruin wioski, rozmyślając o niemożliwych do zrealizowania pragnieniach, gdy ujrzał wysokiego, odzianego na czarno mężczyznę w upiornej masce. Intruz szedł wolnym, pewnym krokiem przez zgliszcza, a za jego plecami paliły się drewniane domy. To, w tamtej chwili, skupiło cała jego uwagę. Kontrast między zbliżającym się spokojnie mężczyzną i rozszalałymi płomieniami, zachłannie pożerającymi resztki wioski. Łowcy, w zgodzie z rozkazem, rzucili się wściekle na intruza – nikt nie mógł przeżyć tej rzezi. Stał w miejscu patrząc, jak kolejni jego bracia przypłacają życiem próbę zlikwidowania intruza. Wstrzymał oddech, gdy elitarni zabójcy padali jak muchy u stóp tajemniczego przybysza – jeden po drugim. W końcu, kiedy ostatni z jego towarzyszy wyzionął ducha, dziwny mężczyzna stanął tuż przed nim. Osunął się przed intruzem na kolana, w jednej chwili tracąc całą odwagę, którą wysławił się przez lata wiernej służby. Żelazna nieustępliwość przegrała w starciu z przerażającym krzykiem podświadomości. Całym sobą czuł, że nie miał najmniejszych szans w pojedynku z doktorem plagi – coś w posturze i aurze tego mężczyzny mówiło mu, że nie powinien go w żaden sposób prowokować. Przez sekundę miał przeczucie…mglistą świadomość tego, że stało przed nim coś iście demonicznego – zło, zamknięte w cielesnej powłoce. Mimo wszystko powinien wymierzyć w intruza i podjąć, prawdopodobnie z góry przegraną walkę. Skoro i tak miał zginąć, powinien zrobić to z godnością – jak na wojownika przystało! Nieoczekiwanie jego ciało stało się ociężałe i bezwładne, jakby nie podlegało dłużej jego woli. Zrozumiał, że nie miał ani sił, ani ochoty na akt bezsensownego heroizmu. Klęczał, nie śmiejąc spojrzeć w górę, przytłoczony nieznaną mu mieszanką uczuć. Spodziewał się, że zginie, podzielając los współbraci, niegodny dołączenia do nich w zaświatach. Wbił wzrok w błotnistą, rozmokłą ziemię, wyczekując spokojnie ciosu mającego położyć kres jego marnemu życiu. Miał żałosne życie, więc i śmierć mógł mieć żałosną, co za różnica? Drgnął niespokojnie, słysząc jak odziany w czerń przybysz poruszył się. Zamiast ukrócić go o głowę, doktor plagi przyklęknął przed nim.

– Jak ci na imię? – usłyszał przytłumiony, niski głos.

– Marco – wyszeptał znacznie mniej pewnie, niż by chciał.

– Możesz wstać?

Gwałtownie uniósł głowę i ledwo powstrzymał krzyk zdumienia, widząc przed sobą dziób upiornej maski. Z jakiegoś powodu chciał spojrzeć w oczy przybysza, lecz były szczelnie zasłonięte – co ukuło go zimną szpilką niejasnego zawodu. Nie rozumiał, skąd wzięła się łagodna nuta w tonie doktora plagi. Przecież musiał doskonale wiedzieć, że klęczał przed nim jeden z tych, którzy zrównali wioskę z ziemią i próbowali go zabić. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kto byłby zdolny ulitować się nad losem wroga.

– Mogę – zdecydował się odpowiedzieć szczerze.

– Świetnie! – doktor plagi wstał – W takim razie wynoś się stąd jak najdalej. Twoi bracia polegli, a płomienie wkrótce pochłoną ich ciała. Nie mam w zwyczaju zostawiać za sobą śladów, o ile nie służą ostrzeżeniu, więc nikt nie będzie cię szukał. Możesz bez problemu zniknąć. Od teraz jesteś wolnym człowiekiem, Łowco.

Doktor odwrócił się do niego plecami, najwyraźniej mając zamiar odejść. Marco nie mógł się poruszyć. W jego uszach dźwięczało jedno, jedyne słowo – wolność. Jak zahipnotyzowany patrzył na oddalającego się przybysza, gorączkowo myśląc o tym, co tu się tak właściwie stało. Dlaczego darował mu życie? Czemu to właśnie jego oszczędził, choć dla reszty nie miał krzty litości? Dostrzegł młodą dziewczynę, która podbiegła do intruza. Bezwiednie zmarszczył brwi, pobieżnie oceniając sytuację. Najwidoczniej dziewczyna była jedną z ocalałych, która zdołała ukryć się w leśnej gęstwinie. Skoro była tutaj – cała i zdrowa – grupa Łowców, oddelegowana do pogoni za uciekinierami, musiała natknąć się na nieoczekiwanego przybysza. Dziewczyna z całych sił objęła odzianego w czerń mężczyznę, mocno przylegając do jego torsu. W sumie był to całkiem ujmujący widok. Drobna niewiasta wtulona w postawnego obrońcę.

– Dziękuję – usłyszał jej słaby, zmącony przez łzy głos.

Obserwował jak dłoń doktora plagi ląduje na ciemnych włosach dziewczyny. Mężczyzna, niemalże pieszczotliwie pogładził jej policzek, po czym zjechał ręką na drobne ramię kobiety. Ujął delikatnie jej podbródek i uniósł go nieznacznie, jakby chcąc spojrzeć w jej oczy.

– W dupie mam twoje podziękowania, ptaszyno.

Po tych słowach intruz jednym ruchem skręcił dziewczynie kark. Marco w ciężkim szoku patrzył, jak jej bezwładne, kruche ciało pada na ziemię z przerażającym, pustym łoskotem. Dlaczego?! Czemu ten, który przyniósł wybawienie niedobitkom, tak po prostu zabił jedną z ocalałych?! Ta dziewczyna…nie mogła być dla niego żadnym zagrożeniem!!! Niesiony niepowstrzymanym impulsem poderwał się i podbiegł do przybysza. Mocno wbił palce w jego ramię, nie zastanawiając się nad możliwymi konsekwencjami. Musiał wiedzieć!

– Dlaczego to zrobiłeś? – choć chciał zagrzmieć, udało mu się jedynie dukać.

– Mówiłem – doktor strząsnął jego dłoń. – Nie zostawiam po sobie śladów.

Przybysz najwidoczniej nie miał zamiaru powiedzieć nic więcej, ponieważ odwrócił się na pięcie i ruszył ku ścianie gęstego lasu. Marco, sam do końca nie wiedząc z jakiego powodu, poszedł w ślad za nim. Może wcale nie chciał zostać sam? Nie przywykł do samotności. Zawsze otaczali go współbracia i poczucie przynależności do grupy – nawet tak popapranej – było dla niego wszystkim. Co miał oprócz swojej jednostki? Absolutnie nic. Nie potrafił niczego, poza wykonywaniem rozkazów. Nie potrafił podejmować samodzielnych decyzji. Marzyła mu się wolność, ale co tak właściwie dla niego oznaczała? Czy potrafiłby zająć się samym sobą? Tysiące pytań wirowało w jego głowie, gdy podążał za plecami doktora plagi. Mężczyzna nie zwracał na niego najmniejszej uwagi – co uznał za milczące przyzwolenie na wspólną wędrówkę. Maszerowali przez nieprzyjazną gęstwinę w całkowitej ciszy, która żadnemu z nich nie wadziła. O czym niby mieliby dyskutować? Łowca co jakiś czas potykał się o wystające konary drzew lub dostawał w twarz cienkimi gałązkami krzewów. Czuł się, jakby miał przypłacić ten spacer ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu…czego nie można było powiedzieć o jego tymczasowym kompanie. Doktor nie miał najmniejszych problemów z poruszaniem się pośród gęstwiny. Szedł pewnie, jakby tę drogę pokonywał tysiące razy – choć nie było tu ścieżek ani śladów po wcześniejszych przeprawach. Marco trzymał się jak najbliżej przewodnika, przeczuwając, że jeśli starci go z oczu, przyjdzie mu zdechnąć w tym lesie. Pojęcia nie miał jak długo tak szli, jednak musiało im to trochę zająć, skoro słońce powoli zachodziło. Był zziębnięty, zmęczony i głodny, ale daleko było mu do narzekania – nie z takimi trudnościami musiał się mierzyć, będąc jeszcze niewyrośniętym chłopaczkiem. Uczono ich radzenia sobie w ciężkich warunkach, lecz nigdy nie musiał tego robić sam. Każda jednostka Łowców była podzielona na mniejsze drużyny, którym wyznaczano konkretne zadania w razie konieczności przenocowania na pustkowiu. Jego specjalnością była budowa prowizorycznego schronienia, ale nawet w tym przypadku nie działał w pojedynkę. Nie znał się na pozyskiwaniu wody pitnej; zbieraniu zapasów pożywienia; rozróżnianiu roślin jadalnych i trujących; nawigacji w ciemnościach….sam by sobie nie poradził. Nagle doktor plagi zatrzymał się, więc niemalże automatycznie zrobił to samo. Stali na niewielkiej polanie, z której rozpościerał się widok na ruiny zatopione w zieleni puszczy. Nieujarzmiona natura skruszyła kamienne budowle, robiąc miejsce dla różnorodnej roślinności. Resztki budynków porosły mchem oraz drobnymi krzewami, które skryły pozostałości cywilizacji pod szmaragdowym dywanem. Łowca odetchnął głęboko. Ten widok wydał mu się…piękny. Nigdy nie miał czasu na takie bzdury jak podziwianie krajobrazów. Widywał czasem opuszczone miejsca, jednak ich zadaniem nie było zagłębianie się w ich historię – co najwyżej robili z nich bazy wypadowe, częstokroć niszcząc otoczenie. Nie miał pojęcia, że niedaleko wiosek znajdowało się takie miejsce. Doktor najwidoczniej doskonale je znał, ponieważ skierował się wprost ku przewróconej, w większości zrujnowanej, kopule. Zatrzymał się kilka kroków przed nią i spojrzał przez ramię.

– Idziesz? – rzucił oschle.

Zaskoczony pytaniem Marco, podbiegł do swego nowego kompana, nie próbując unieść się honorem. W jego położeniu duma nie miała najmniejszego sensu. Zaczynało zmierzchać, a on nie miał pojęcia gdzie się znajdował ani jak wydostać się z dżungli. Mężczyzna w masce milcząco zaakceptował jego decyzję, poprowadził go do wnętrza kopuły i dalej przysłoniętym przez zawalone ściany budynku, przejściem. Weszli do wąskiego, nisko sklepionego tunelu, prowadzącego w podziemia. By zwalczyć wszechobecną ciemność, doktor wyciągnął przed siebie dłoń, wokół której pojawił się wysoki, chybotliwy płomień. Marco zamrugał kilkukrotnie, szczerze zdumiony. Więc doktor plagi był czarodziejem…chyba. Nie zauważył, żeby małomówny przewodnik miał przy sobie różdżkę lub wypowiedział jakiekolwiek zaklęcie. Chwila! Skoro był czarodziejem, to dlaczego nie posłużył się magią podczas potyczki? Każdy z Łowców parał się magicznym rzemiosłem, ograniczonym wyłącznie do sztuki bojowej. Nigdy nie rezygnowali z czarów, jeśli miało im to zapewnić szybsze zwycięstwo. Słyszał doskonale, jak jego bracia w panice rzucali kolejne zaklęcia w kierunku zamaskowanego intruza. Jakim cudem ich wszystkich uniknął? Czemu nie próbował się bronić magią, skoro nie była mu obca? Bezwiednie rozmasował obolałą skroń. Coraz więcej pytań i żadnych odpowiedzi. Pozostało mu iść powoli za kompanem, coraz bardziej zanurzając się w depresyjnym, wrogim mroku. Z tego miejsca nie było już dla niego odwrotu. Po kilkunastu minutach wędrówki, dotarli do podziemnej komnaty. Kiedy tylko doktor przekroczył jej próg, pomieszczenie rozbłysło setkami drobnych, unoszących się pod wysokim sufitem, ogników. Migotliwe języki ognia oblały miękkim światłem ściany, przyozdobione rozlicznymi malunkami oraz zapiskami w dialekcie, którego Marco nie znał. Powoli rozejrzał się wokół, chcąc ocenić gdzie trafił. Komnata najprawdopodobniej została wykuta w skale. Jej masywny, półokrągły sufit podpierały trzy szeregi olbrzymich kolumn, ozdobionych misternymi rzeźbami. Za podłoże robiło dobrze ubite, suche klepisko z kilkoma monstrualnymi, płaskimi kamieniami, które zapewne musiały niegdyś pełnić jakąś konkretną funkcję. Na zabytkach to on się nie znał, lecz sala nawet na nim robiła niemałe wrażenie. W jej progach czuł się malutki. Po prawej od wejścia dostrzegł prostokątny stolik, otoczony czterema krzesłami – stojący na jednym z zatopionych w ziemię głazów. Co dziwne były tu również podstawowe sprzęty: prowizoryczny kącik kuchenny; kilka, całkiem solidnych, szafek; duża szafa, pozbawiona drzwi; zbita z desek ścianka, na której wisiało kilkadziesiąt sztuk broni; mosiężny stojak z paroma zwiniętymi pergaminami oraz proste łóżko. W sumie wyglądało to jak nieźle zorganizowane obozowisko.

– Rozgość się – usłyszał głos gospodarza.

Niepewnie usiadł na jednym z krzeseł, nie spuszczając wzroku z cudacznego towarzysza. Mężczyzna zdjął ciężki, skórzany płaszcz; wzmacniane stalą rękawice; szeroki pas oraz smolistą, skórzaną kurtkę. Odwiesił starannie ubrania, po czym podszedł do niskiej szafeczki, na której stał miedziany czajnik i kilka szczelnie zamkniętych, metalowych puszek. Otworzył jedną z nich, po czym wsypał po dwie łyżeczki zawartości do dwóch blaszanych kubków. Zabrał sfatygowany czajnik i postawił go na zmyślnym stelażu, rozciągającym się nad wygasłym paleniskiem. Machnął nonszalancko dłonią. W jednej chwili poukładane polana zajęły się ogniem. Doktor, upewniwszy się, że wszystko jest przygotowane, usiadł naprzeciwko swego gościa. Miękkim, eleganckim ruchem rozpiął klamry trzymające w ryzach jego upiorną maskę. Zdjął ją i położył na siedzisku sąsiedniego krzesła, najwidoczniej zadowolony z odzyskanej swobody. Marco przypatrywał się twarzy doktora w niemym szoku. Ten facet nie mógłby być od niego starszy…był piekielnie przystojny i szalenie niepokojący jednocześnie. Prawdopodobnie zawdzięczał to swoim niespotykanym, demonicznym oczom, które rozpaliły grozę w sercu Łowcy. Nigdy nie widział tak pięknych i diabolicznych oczu.

– Czemu za mną przylazłeś, Łowco? – doktor rozparł się wygodnie i zarzucił nogi na stół.

Marco przez dłuższą chwilę przyglądał się solidnym, podkutym stalą podeszwom. Kopnięcie czymś takim zdecydowanie mogło połamać kości. Sądząc po brunatnych plamach, szpecących metaliczny błysk okuć, kruczowłosy mężczyzna musiał doskonale zdawać sobie z tego sprawę.

– Dlaczego mnie oszczędziłeś? – przeniósł spojrzenie na rozmówcę.

– Bezczelny jesteś! – turkusowooki roześmiał się w cyniczny, złowrogi sposób – Zrób dobry uczynek i nie zarżnij gnoja, to jeszcze będzie miał pretensje! – śmiech nagle się urwał – Skoro musisz wiedzieć, dzieciaku, zmiażdżenie cię nie wydało mi się ani zabawne, ani konieczne. Żadną rozrywką jest zabicie kogoś, kto stracił wolę walki.

Łowca szeroko otworzył oczy, sparaliżowany usłyszaną odpowiedzią. Wiele można było o nim powiedzieć, ale nie był zasranym tchórzem! Miał w sobie wolę walki! To ona była tym, co pozwoliło mu przetrwać tak długo!!! Był gotów walczyć do upadłego, ale tam…pośród zgliszczy…zabrakło mu przekonania. To była jego wina!!! To przez jego dziwną aurę nie potrafił wstać z kolan!!! Skrzywił się mimowolnie, czym niezamierzenie rozbawił gospodarza.

– Nie rób takiej miny, bo ci zostanie! – zaśmiał się krótko – Wcale nie mam cię za tchórza. Cenię sobie ludzi, którzy wiedzą, gdy nie mają szans na zwycięstwo. Całe te farmazony o walce do ostatniej kropli krwi są gówno warte, jeśli nie idzie za nimi jakikolwiek plan ani szczere przekonanie. Nie myśl, że jesteś wyjątkowy – turkusowe oczy zalśniły metalicznie. – Sprezentowałem wolność już niejednemu Łowcy. Żal mi was. Uważam Łowców za bandę idiotów, bez cienia naturalnych instynktów. Jesteście tylko żałosnymi, bezmózgimi maszynami do siania żenującej podróbki chaosu. W tobie – wymierzył palcem w kompana – zauważyłem coś szczególnego. Nie jesteś taki jak cała reszta tych kretynów, co? Jest w tobie jakaś iskra, która zainteresowała mnie do tego stopnia, że postanowiłem cię oszczędzić. Można powiedzieć, że cię polubiłem i dlatego pozwoliłem ci leźć za mną, zamiast urwać ci łeb.

– A tamta dziewczyna? – Marco poczuł się na tyle pewnie, by spróbować pociągnąć temat – Czym ona ci zawiniła?

– A czy musiała mi czymkolwiek zawinić? – gospodarz wzruszył ramionami, uśmiechając się półgębkiem – Zbędny świadek i tyle. Mogłaby zacząć gadać, co nie byłoby mi na rękę. Ty nie stanowisz dla mnie najmniejszego zagrożenia. Jeśli się wychylisz, twoi uroczy współbracia skrócą cię o głowę za zdradę. Jeżeli dowiedzą się, że przeżyłeś, będą cię ścigać i nie przestaną, dopóki cię nie dopadną. Przecież wiesz. Twoją jedyną szansą na przeżycie, jest opuszczenie po cichu kraju i zaszycie się na jakimś zadupiu, tak jak reszta. Powinieneś być mi wdzięczny, dzieciaku! – zaśmiał się maniakalnie – Pozbywając się tamtej smarkuli, wyświadczyłem ci przysługę. Martwa nie będzie mogła nikomu powiedzieć, że puściłem cię wolno.

– Ekhmm…dzięki?

– Daruj sobie – kruczowłosy przewrócił oczami. – Nie przepadam za podziękowaniami.

– Kim ty do cholery jesteś? – w końcu zdobył się na zadanie kluczowego pytania.

– Och, wybacz mi mój brak manier! – zakpił gospodarz – Mówi ci coś przydomek Kolekcjoner?

Marco poderwał się jak oparzony. Oddychał ciężko, wpatrując się w demoniczne, wygłodniałe oczy. Serce waliło mu jak oszalałe, uniemożliwiając opanowanie drżenia całego ciała. Kolekcjoner…Tysiące razy dowódcy powtarzali im, że gdy tylko usłyszą, że Kolekcjoner jest w pobliżu, mają natychmiast przerwać misję i zarządzić odwrót – chociażby ta informacja miała być jedynie niepotwierdzoną pogłoską. Niemalże codziennie na porannym apelu, powtarzano im do znudzenia, by nie wchodzili w drogę temu człowiekowi pod żadnym pozorem. Dowódcy przestawiali Kolekcjonera jako najgorszą zmorę. Nigdy nie było wiadomo, gdzie się właściwie znajdował, ani gdzie zamierzał się pojawić. Był jak nieuchwytny, mroczny cień przemierzający najbardziej niedostępne, dzikie zakamarki. Wielu uważało Kolekcjonera za wymysł dowódców, którym chcieli trzymać w ryzach nowych rekrutów. Wielu…ale nie on. Już raz widział skutek pechowego spotkania jednej z jednostek z tym monstrum. Wysłany na południe oddział nagle przestał kontaktować się ze sztabem głównym. Nikt nie wiedziałco mogło się stać, więc wysłano dwie kolejne jednostki w ramach wsparcia lub ewentualnego sprowadzenia dezerterów. Był w jednej z tych jednostek. Gdy dotarli na miejsce…w życiu nie zapomni tego, co tam zastali. W środku obozowiska stały 54 pale z nabitymi na nie głowami jego współbraci. Zaostrzony koniec przeszywał ich usta, rozciągnięte w niemym, panicznym krzyku. Później…było tylko gorzej. Odnaleźli ciała, a właściwie ich rozczłonkowane części. Torsy leżały na prowizorycznych łóżkach, zgodnie z miejscami przypisanymi poszczególnym Łowcom. Badający korpusy specjalista z przerażeniem orzekł, że głowy po prostu oderwano od ciał, gdy ofiary jeszcze żyły – brutalnie wyrwano je, wraz z fragmentami kręgosłupa. Rozszerzając obszar poszukiwań, odkryli ręce – 108 ramion, zakopanych w ziemi tak, by przedramiona wystawały ponad grunt, tworząc równy okrąg. Pośrodku makabrycznego koła stała klatka, zbudowana z odrąbanych nóg. W tym upiornym więzieniu odnaleźli pięćdziesiątego piątego członka oddziału – jedynego, który przeżył. Ocalony zapewne wolałby śmierć od losu, który mu zgotowano…sprawca napaści wyrwał mu język, odrąbał obydwie dłonie i uciął małe palce u stóp, przez co okaleczony nie był w stanie samodzielnie chodzić. Wijąc się panicznie dał znać braciom, że chciał im coś pokazać. Niesiony przez dwóch Łowców zaprowadził ich do nieodległego urwiska. Tam zobaczyli serca…54 organy przybite do ściany w taki sposób, żeby tworzyły symbol kruka. Krew ściekająca ze zmasakrowanych serc, rozmyła kontury ptaka, nie pozostawiając dowódcom wątpliwości, co musiało się stać. Jeśli nawet ktoś miał jakieś opory w stwierdzeniu, kto odpowiadał za rzeź, musiał zmienić zdanie po tym, co pokazał im uratowany Łowca. Mężczyzna, oparty o pień drzewa, odwrócił się do nich plecami, pokazując, by zdjęli jego zakrwawioną koszulę. Kiedy to zrobili, ich oczom ukazała się wiadomość wyryta w skórze okaleczonego:

Nienawidzę się powtarzać”

Na pytanie dowódcy, ilu było napastników, ocalony wyraźnie pokazał, że jeden. To był jego ostatni komunikat. Zapewne wiedząc, jaki los czeka kalekę w szeregach Łowców, odepchnął się kikutami od drzewa i stoczył w przepaść. Marco mocno zacisnął pięści. Ze wszystkich istot na tym świecie…z całej mnogości miejsc, w które mógł trafić…musiał akurat natknąć się na tego potwora?!

– Ostrzegali nas przed tobą… – wymamrotał.

– Widocznie mało skutecznie, skoro radośnie wleźliście mi w paradę. Przestań się na mnie gapić, jakbym ci matkę zabił i siadaj – uśmiechnął się kącikiem ust. – Napijesz się kawy?

Łowca opadł ciężko na siedzisko, zdobywając się jedynie na słabe kiwnięcie. Zamyślony ignorował postukiwanie naczyń oraz zapach świeżej, aromatycznej kawy. Co on tu u diabła robił?! Co musiał nawyczyniać w poprzednim wcieleniu, skoro wylądował w podziemiach sam na sam z Kolekcjonerem?! Czy można było mieć w życiu większego pecha?! Nie rozumiał, dlaczego ta nieprzebłagana bestia uważała go za godnego uwagi. Jak długo jeszcze pożyje, zanim turkusowooki zmieni zdanie i zaszlachtuje go jak resztę? Otrzeźwiło go stuknięcie kubka o blat stołu. Gospodarz postawił przed nim kawę i wrócił na swoje miejsce. Marco, cały spięty, objął dłońmi blaszane naczynko. Coś się zmieniło…chwilę temu czuł się nawet w miarę bezpiecznie, ale teraz…to kruche wrażenie uleciało, zastąpione trudnym do pojęcia chłodem. Nie był już dłużej gościem…był zwykłym intruzem, którego losy ważyły się właśnie w tym momencie.

– Postawię sprawę jasno, Łowco – kruczowłosy przemówił władczym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Masz dwa wyjścia. Dopijesz kawę, grzecznie podziękujesz i znikniesz mi z oczu, troszcząc się sam o siebie, albo…

Turkusowooki przerwał teatralnie, najwidoczniej świetnie się bawiąc kosztem towarzysza. Marco przez dłuższą chwilę nie chciał odbierać mu tej okrutnej rozrywki, w końcu jednak zmęczyło go oczekiwanie.

– Albo? – zapytał, podnosząc kubek.

– Porzucisz swe imię i przyłączysz się do mnie – rzucił raźnym tonem.

– C-co?

– Głuchy jesteś? Daję ci możliwość przyłączenia się do mnie. Brakuje mi ludzi, a ciebie mam w garści. Mogę cię w każdej chwili zabić lub wydać Łowcom. Decyzja należy do ciebie. Przyjmując mój znak, dostaniesz się do świata, o którego istnieniu większość ludzi nie ma bladego pojęcia. Świata, którego jestem JEDYNYM KRÓLEM!!! – poderwał się ze swojego miejsca – ZŁÓŻ MI POKŁON, ŁOWCO, I DOŁĄCZ DO GRONA MOICH BRACI!!! – turkusowe oczy zalśniły diabolicznie – PRZYRZEKNIJ MI DOZGONNĄ WIERNOŚĆ I STAŃ SIĘ CZĘŚCIĄ LEGIONU, A UCZYNIĘ CIĘ WOLNYM CZŁOWIEKIEM!!!

Marco oniemiał. Nigdy nie słyszał o czymś takim jak Legion. Co to u licha było? Jakaś dziwna, tajna organizacja, skupiona wokół Kolekcjonera? Zwykły wymysł, mający zwieść go na manowce? Z resztą…czy to takie ważne? Niby dokąd miał pójść? Decydując się na samotną ucieczkę, musiałby uciekać do końca życia, czując na sobie oddech Łowców, pragnących wyłącznie jego śmierci. Tak czy inaczej, kiedyś na pewno dowiedzieliby się o tym, że przeżył, a wtedy…byłby zgubiony. Sprzymierzając się z Kolekcjonerem…raz na zawsze wyrwałby się ze szponów lęku o własne życie. Nikt o zdrowych zmysłach nie śmiałby rzucać rękawicy tej bestii. Uznając, że zaakceptowanie oferty przyniesie mu znaczniej więcej korzyści niż jej odrzucenie, pokornie pochylił głowę przed Kolekcjonerem.

– Przyrzekam – wymamrotał niewyraźnie.

– NA KOLANA!!! – odpowiedział mu wściekły ryk – ZRÓB TO JAK NALEŻY, ŁOWCO, ALBO WYPIERDALAJ SPRZED MOICH OCZU!!!

Przesycony dominacją krzyk uświadomił mu coś, co wcześniej ignorował. Idąc za Kolekcjonerem dotarł do momentu zwrotnego w swoim życiu. Zawisł między życiem, a rychłą śmiercią. Rozpędzona przez skok adrenaliny krew, szaleńczo gnała w jego żyłach. Niesiony nagłym przypływem pewności, uklęknął przed niepodzielnie panującym władcą. Chciał stać u jego boku. Chciał tej samej wściekłości, która biła od kruczowłosego. Chciał być świadkiem jego potęgi. Chciał być częścią jego świata.

– Uznaję cię za mojego jedynego króla i przysięgam ci wierność, aż po kres czasu – przemówił twardo. – Jeśli złamię dane słowo, zrób ze mną co uważasz za słuszne.

Przymknął powieki, niepewny tego co mogło go czekać. Tak czy inaczej podjął ostateczną decyzję, której nie zamierzał żałować – bez względu na konsekwencje. Wzdrygnął się, czując silną dłoń na swoim barku.

– Wstań, bracie – usłyszał łagodny, ciepły głos. – Jakie imię chcesz nosić od tej chwili?

Łowca wstał i stanął twarzą w twarz ze swoim nowym szefem. Przez kilka minut wpatrywał się w jego zaskakująco dobrotliwe, turkusowe oczy, z których uleciała cała ta lodowata, nieprzystępna nuta. Poczuł się jakby…jakby byli sobie równi, choć podejrzewał, że nie było to możliwe. Przygryzł dolną wargę, zastanawiając się nad imieniem. Przypomniał sobie symbol ułożony z przebitych serc i uśmiechnął się oszczędnie.

– Raven.

– Niech ci będzie – westchnął Kolekcjoner. – Witaj w Legionie, Ravenie.

Raven uśmiechnął się, wspominając tamten pamiętny dzień. Wtedy nie miał bladego pojęcia, w co się pchał, a zrozumienie miało przyjść z czasem. Legion. Nie wiedział o nim nic…teraz jednak stał się całym jego życiem. Początkowo sądził, że to organizacja jak wszystkie inne, a składając przysięgę Kolekcjonerowi trafił z deszczu pod rynnę. Jak bardzo się mylił…Legion był czymś znacznie więcej niż zwyczajną zbieraniną przypadkowych osób, godzących się na służbę swemu liderowi. Legion był jednym, zgranym organizmem, zjednoczonym pod berłem szalonego króla. Pierwsze pół roku spędził z mężczyzną noszącym pseudonim Doktor Q. To on wprowadził go w tajniki funkcjonowania całej organizacji oraz szczegóły techniczne. Legion dzielił się na cztery główne dywizje – podległe pięciu dowódcom – i szereg wysoce wyspecjalizowanych pododdziałów, uzupełniających swe działania. Każdy miał tu swoje konkretne miejsce, odpowiadające naturalnym predyspozycjom. Długo sądził, że trafi do jednostki likwidacyjnej, ze względu na wcześniejszą przynależność do Łowców, jednak Dragan miał co do niego zgoła inne zamiary. Dość szybko awansował w ramach wewnętrznej struktury, aż w końcu objął stanowisko dowódcy pododdziału łączników – formalnej prawej ręki samego Luthera. Dopiero wykonując nowe obowiązki zorientował się, jak to wszystko dokładnie wyglądało. Kolekcjoner, tak jak powiedział tamtego dnia w podziemiach, zaiste był jedynym, niepodważalnym królem! Dość dziwnym, trzeba dodać. Zazwyczaj tron niepodzielnego władcy Legionu stał pusty, a członkowie organizacji nie mieli pojęcia gdzie był ich lider, ani co robił. Nikomu jakoś to nie przeszkadzało. Legion był na tyle zgrany i przemyślany, że dywizje mogły swobodnie działać nawet bez nieustannego przywództwa króla. Dragan znikał bez śladu, powierzając wszystko swoim zaufanym dowódcom. Raven w końcu dostrzegł bolesną, oczywistą prawdę. Turkusowooki tak naprawdę miał w dupie Legion. Powołał tę organizację do życia, ale nie szczególnie się nią przejmował – miała bardziej służyć jego braciom, niż jemu samemu. Kolekcjoner był indywidualistą i nie zamierzał bawić się we władcę absolutnego. Niebywale rzadko narzucał pozostałym swą wolę, o ile trzymali się kilku reguł, zapewniających Legionowi bezpieczeństwo oraz anonimowość. Raven uśmiechnął się sam do siebie. W Legionie po raz pierwszy poczuł, że otaczają go bracia, nie tylko z nazwy. Jedną z zasad było nie zostawianie swoich, jeżeli istniał choć cień szansy na ich uratowanie. Nieraz widział jak Doktor Q angażując całą swą wiedzę oraz doświadczenie, stawiał na nogi ludzi, pozornie spisanych już na straty. Poczucie jedności w Legionie było silniejsze, niż cokolwiek innego. Wszyscy doskonale wiedzieli po co tu byli, a hipnotyczna charyzma Luthera i jego piekielna skuteczność, trzymały ich blisko siebie. Każdy członek Legionu był bezgranicznie oddany królowi, w którym wszyscy widzieli wzór do naśladowania. Draganowi udało się zgromadzić wokół siebie bandę indywiduów i stworzyć z nich nadnaturalnie potężny organizm, niemożliwy do obalenia. Mocne i słabe strony poszczególnych członków zespalały się ze sobą, budując doskonałą machinę. Choć Raven wiernie służył Kolekcjonerowi od lat, nie miał pojęcia ilu właściwie członków liczył Legion – prawdopodobnie nie wiedział tego nikt, poza samym władcą. Nikomu to nie wadziło – nie musieli i nie chcieli wiedzieć o wszystkim. Zgodnie darzyli szalonego króla niesłabnącym szacunkiem oraz zaufaniem, a on odpłacał im się sprawiedliwymi rządami. Legion gwarantował swym członkom wolność, jakiej nie mogliby zaznać poza nim. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 356
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!