Córa rodu Phoenix – Rozdział 5

Wakacje i rozpoczęcie roku

                          Tea zaciskając z całych sił pięści, stała przy łóżku Pottera. Zawiodła…i to cholernie. Albus obejmował ją ciasno ramieniem, starając się uspokoić płomiennowłosą istotkę. Za późno dowiedziała się o śmiałych planach trójki Gryfonów – zdecydowanie za późno. Do komnaty, w której ukryto Kamień Filozoficzny, wpadła gdy nierówna walka Harry’ego z silniejszym przeciwnikiem chyliła się ku końcowi. Jedyne co mogła zrobić, to odciągnąć od młodego czarodzieja słaniającego się na nogach Quirrella i zaopiekować się nieprzytomnym chłopcem. Powinna go chronić…pilnować, tak jak prosił o to Dumbledore, a udało jej się tylko częściowo uzdrowić Harry’ego i zabrać go do Skrzydła Szpitalnego. Już trzecią dobę pogrążony był w głębokim, leczniczym śnie z którego najwyraźniej nie miał sił się wybudzić. Dyrektor ze trzydzieści razy powtarzał jej, że nie mogła przewidzieć tego co się wydarzy – nie koiło to jednak poczucia winy, ani gorzkawego posmaku porażki. Wszystko wskazywało na to, że poważnie się przeliczyła, sądząc, iż cieszy się zaufaniem Gryfonów. Zadrżała niespokojnie z bezsilności i niepowstrzymanej złości na siebie samą. 

– Postaraj się uspokoić, moja droga. To nie twoja wina – Albus szepnął uspokajająco, przychylając się do jej ucha. 

– Dobrze wiesz, tak samo jak ja, że moja. Nie powinnam spuszczać go z oka. Nawet na chwilę! Gdyby nie został wtedy sam…

Staruszek wbił spojrzenie w pełne żalu, lazurowe tęczówki. Lekko potrząsnął ramionami przyjaciółki z wyjątkowo, jak na niego, poważnym wyrazem twarzy. Musiał przemówić tej dziewczynie do rozsądku, póki czas. 

– Posłuchaj mnie. Gdybyś włączyła się do tej potyczki, nie uszłoby to uwadze wroga. Stracilibyśmy naszego asa w rękawie, zdecydowanie zbyt wcześnie. On wciąż gdzieś tam jest i knuje nieustannie, próbując odzyskać utraconą siłę. Zrobiłaś do Harry’ego wszystko, co mogłaś. Dzięki tobie jest teraz bezpieczny, nie mam prawa prosić cię o nic więcej. 

Dziewczyna mocno wtuliła się w bok dziadka, w głębi ducha wiedząc, że miał całkowitą rację. Póki co była po prostu zbyt mocno rozgoryczona, żeby spojrzeć na wszystko trzeźwym okiem. Nie przywykła do zawodzenia w jakiejkolwiek sprawie i szczerze znienawidziła to uczucie. Spojrzała na łóżko chłopca, kiedy Dumbledore mimowolnie spiął mięśnie. Pan Potter uchylił ostrożnie powieki, walcząc z nieprzyjemną ostrością światła. Wyglądał na zdezorientowanego. 

– Jak się czujesz, Harry? – dyrektor zdobył się na łagodny uśmiech. 

– Głowa mnie boli – zielonooki starał się usiąść, co wyszło mu niezdarnie. – Co się stało z Kamieniem? 

– Nie wstawaj. Rozmawiałem z Nicolasem. Kamień został zniszczony – głos Albusa zadrżał subtelnie przez nutę nostalgicznego smutku. 

– To znaczy, że pan Flamel… – Gryfon nie potrafił dokończyć pytania, spodziewając się co usłyszy w odpowiedzi. 

– Umrze, tak to prawda. Nicolas nacieszył się swoim długim żywotem, odejdzie w spokoju bez żalu. Opowiesz mi dokładnie, co się wydarzyło? Panna Granger i pan Weasley nie byli w stanie dostatecznie wyjaśnić całości. 

Harry odchrząknął, zbierając się na odwagę, by rozpocząć opowieść. Zaczął od tego w jaki sposób domyślili się co ukryte jest na trzecim piętrze, później ujawniając, że to od Hagrida dowiedzieli się, jak uśpić Puszka. Z rozpaczą w głosie mówił o zamiarze niezwłocznego powiadomienia dyrektora o potencjalnym niebezpieczeństwie i strachu całej trójki, spowodowanym jego nieobecnością. Gryfoni obawiając się, że dzień zwłoki może raz na zawsze pogrzebać szansę na uratowanie Kamienia, zdecydowali się samodzielnie zatroszczyć o jego bezpieczeństwo. Wspólnie uspokoili Puszka grą na flecie i zeszli w dół, przez klapę w podłodze. Potter nie zatajał żadnego szczegółu, dotyczącego wymyślonych przez nauczycieli prób oraz ceny, jaką musieli zapłacić za ich pokonanie. Ponieważ do komnaty mogła wejść tylko jedna osoba, zadecydował, że powinien być to on. Chaotycznie opowiadał o ich podejrzeniach wobec Severusa i szoku jaki nim zawładną, gdy zamiast Snape’a w ostatniej komnacie zastał Kwiryniusza Quirrella. Trząsł się bezwiednie, wspominając wszystkie niegodziwości, których dopuścił się profesor Obrony przed Czarną Magią, byleby dorwać upragniony Kamień. Zamarł na kilka sekund, przypominając sobie o upiornym głosie, dobiegającym spod cudacznego turbanu Quirrella i obrzydliwej twarzy, jaką pod nim skrywał. Młody czarodziej sam nie wiedział w jaki sposób udało mu się uciec przed Kwiryniuszem, a tego, że go pokonał nie wiedział wcale. Dyrektor i panna Dumbledore przysłuchiwali się całej historii w milczeniu, rozmyślając każde o czymś innym. Kiedy zielonooki skończył mówić, Albus uśmiechnął się do niego ciepło. 

– Chciałbyś jeszcze coś dodać, Harry? – nie miał zamiaru dłużej męczyć chłopca, ale musiał się upewnić. 

– Wtedy, kiedy straciłem przytomność…było mi tak zimno. Nigdy nie czułem większego chłodu, ale nagle zastąpiło go ciepło. Takie…miłe i spokojne. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale wydawało mi się, że ktoś przy mnie jest. Czuwa nade mną… – przeniósł wzrok na błękitnooką. – To byłaś ty? 

Rudowłosa do tej pory milczała, nie chcąc wchodzić w rozmowę Albusa z uczniem. Drgnęła, gdy Potter wbił w nią żądne odpowiedzi spojrzenie. Nie wiedziała co powiedzieć, jak wykaraskać się z całej tej sytuacji – zostawiła to Dumbledore’owi. 

– Tak, Harry. Gallatea wyciągnęła cię z komnaty – staruszek podszedł bliżej łóżka, ciągnąc za sobą przyjaciółkę. 

Harry wyciągnął do niej rękę, wahając się czy powinien uścisnąć jej dłoń. Tea oszczędziła mu wątpliwośc,i chwytając dygoczące palce, z szerokim uśmiechem.

– Dziękuję. Przepraszam, że ci nie powiedzieliśmy. Hermiona bardzo chciała, naprawdę! Bałem się, że jesteś na mnie zła po tym co stało się wtedy…no wiesz…w klasie. Głupio mi, że cię popchnąłem i krzyczałem na ciebie. Naprawdę Tea, ja nigdy… 

– Już wystarczy, Harry, nie jestem na ciebie zła i nigdy nie byłam. Cieszę się, że jesteś cały. Nie przemęczaj się, proszę. 

Błękitnooka bez zastanowienia pochyliła się nad łóżkiem i lekko przytuliła chłopca. Ulżyło jej. Gryfoni nie poprosili jej o pomoc nie przez brak zaufania, a głupie, dziecinne nieporozumienie. Ich rozmowę z Harrym przerwała poddenerwowana Poppy Pomfrey – wręcz wymogła na nich opuszczenie Skrzydła, zanim zdążą zamęczyć biedne dziecko. Nie mając większego wyboru, wyszli wspólnie i skierowali się ku gabinetowi dyrektora – musieli przedyskutować sprawę wakacji. Starzec uprzejmym gestem zaprosił dziewczynę do swego azylu, czekając z rozpoczęciem rozmowy aż usiądzie wygodnie w fotelu. Sam zajął miejsce naprzeciwko, splatając ręce na piersi – zwlekał z rozpoczęciem dyskusji, wyraźnie zastanawiając się nad czymś intensywnie. W końcu wychylił się nienachalnie w stronę przyjaciółki. 

– Masz jakieś plany odnośnie wakacji, moja droga? – uśmiechnął się niepewnie. 

– Chciałam wrócić do domu. Muszę zająć się rezydencją i skrzatami, sam rozumiesz. Wcześniej planowałam zaprosić na kilka dni Severusa, ale wiesz jak jest – wzruszyła obojętnie ramionami, chcąc ukryć rozczarowanie pogorszeniem się jej kontaktów z mistrzem eliksirów. 

– Mam do ciebie prośbę. Zechciałabyś zostać ze mną przez drugi miesiąc w Hogwarcie? Po tym co się wydarzyło…chcę udoskonalić ochronę szkoły. Mogłabyś mi w tym pomóc? 

Lady uśmiechnęła się subtelnie. Nie przepadała za murami szkoły i ten rok niewiele zmienił w tym temacie – wolałaby trzymać się z daleka od wszystkiego, co przypominało jej o przeszłości. Z drugiej strony wizja spędzenia całego miesiąca z przyjacielem wydawała jej się cudownym pomysłem. Chciała tego, czy też nie, cieszyła się na samą myśl o dzieleniu z nim czasu i wspólnej pracy dla dobra uczniów. Podziwiała Albusa za oddanie pedagogicznemu powołaniu oraz błyskotliwe zarządzanie placówką, z jednoczesnym uniezależnianiem się od nakazów Ministerstwa – utrzymanie balansu pomiędzy zimną kalkulacją, a szczerym poświęceniem musiało być nie lada wymagające. Westchnęła cicho, uśmiechając się szerzej. 

– Z przyjemnością, Albusie. 

                           Dumbledore stał na szczycie Wieży Astronomicznej, nerwowo obserwując wskazówki zegara, wieńczącego pobliską Wieżę Zegarową. Rytmicznie tupał nogą, coraz bardziej niespokojny – Vallerin się spóźniała, a to nie było w jej stylu. Lady Crown zawsze ceniła sobie punktualność, uważając wszelakiego rodzaju opóźnienia za jawny brak szacunku dla czasu innych. Albus zaczynał obawiać się o bezpieczeństwo panny Crown, gdy wszelkie ponure myśli rozwiał błysk towarzyszący teleportacji. Uśmiechnął się, chcąc powitać wylewnie przyjaciółkę, jednak po chwili stracił ochotę na sympatyczne gesty – zauważył bowiem nie jedną, a dwie sylwetki wyłaniające się z jasnego snopa światła. Ogniste włosy Vallerin rozpoznał bez problemu, więc całą swą uwagę skupił na stojącym obok niej mężczyźnie. Wysoki, smukły, na oko 30 letni jegomość o ciemnobrązowych, półdługich włosach i błękitnych oczach, wydawał mu się w jakiś sposób znajomy – nie potrafił jednak wyłapać źródła takowego wrażenia. Nie sądził by mógł zapomnieć twarz o tak charakterystycznych, wyrazistych rysach – przybysz posiadał iście arystokratyczną urodę, podkreśloną dodatkowo oszczędnym uśmiechem, słanym wprost ku dyrektorowi. Albus podświadomie spiął się, widząc ten uśmiech – niby łagodnie przyjacielski, a jednak lekko zdystansowany. Mężczyzna pokłonił dwornie głowę przed starcem. 

– Proszę wybaczyć niezapowiedzianą wizytę, dyrektorze Dumbledore. Wiele dobrego słyszałem o panu i pańskiej szkole. 

Głos brązowowłosego doskonale pasował do jego przyjemnej powierzchowności – był niski, ujmująco głęboki i niewzruszenie spokojny. Albus, poniekąd zaniepokojony obecnością całkowicie nieznajomego mężczyzny, zerknął niepewnie na przyjaciółkę. 

– Albusie, pozwól proszę, że przedstawię Ethana Luthera. Syna rodu Phoenix. 

Niebieskooki niespodziewanie roześmiał się szczerze i mocno przyciągnął do siebie płomiennowłosą. Spoglądał na nią z mieszanką rozbawienia i niedowierzania. 

– Syna? Raczej bękarta! Nie musisz być taka miła, Erin – mrugnął do niej zaczepnie. 

Lady, dając się wciągnąć w grę, wbiła łokieć wprost w brzuch Ethana – co tylko wzmogło jego śmiech. Stary czarodziej przypatrywał się temu z rozbawieniem. Najwyraźniej panna Crown i Luther znali się całkiem dobrze, skoro pozwalali sobie na drażniące uszczypliwości. 

– Cieszę się mogąc gościć pana w murach Hogwartu – Dumbledore uśmiechnął się z nieco większym przekonaniem. 

– Proszę o nie zwracanie się do mnie per pan. Samo Ethan w zupełności wystarczy. Czy moglibyśmy porozmawiać gdzieś na spokojnie? 

– Oczywiście. Zapraszam do mojego gabinetu. 

Dyrektor, nie czekając na reakcję towarzyszy, ruszył w kierunku swego królestwa. Droga upływała im w milczeniu, co jakiś czas mąconym przez śmiechy płomiennowłosej i Luthera. Uparcie przepychali się, wbijając się wzajemnie w zimne, kamienne ściany zamczyska. Wyglądali na parę starych przyjaciół, beztrosko oddających się odprężającym wygłupom. Albus otworzył przed nimi przejście do gabinetu i wskazał obszerne fotele. Coraz trudniej przychodziło mu ukrycie zainteresowania powodem wizyty Luthera. 

– Zastanawia się pan co tu robię? – uśmiechnął się mężczyzna, jakby czytając mu w myślach. 

– Nie zaprzeczę. Znam Vallerin dość długo i nigdy nie zauważyłem, by utrzymywała bliższy kontakt z kimkolwiek ze swego rodu – poprawił okulary, przemawiając rzeczowym tonem. 

Ethan wybuchnął miłym dla ucha, dość miękkim śmiechem. Zerknął na płomiennowłosą, puszczając jej porozumiewawcze oczko. Nie chciał być nieuprzejmy, ale zależało mu na rozmowie w cztery oczy z dyrektorem. 

– Erin, mogłabyś zostawić mnie na chwilę samego z profesorem Dumbledorem? 

Błękitnooka obrzuciła krewnego niechętnym spojrzeniem – nie uśmiechało jej się zostawienie go sam na sam z poczciwym Albusem, ponieważ doskonale znała upodobanie Luthera do manipulacji. Westchnęła ciężko, podnosząc się z fotela. Raz jeden mogła pozwolić mu na chwilę swobody, by upewnić się co do szczerości jego zamiarów. Bez słowa opuściła gabinet. Gdy zostali we dwóch, Ethan przeniósł spojrzenie na Albusa – w jego na pozór łagodnych, troskliwych oczach tliła się ulotna nuta niepokoju. 

– Profesorze Dumbledore, czy zna pan historię rodu Luther? – nie miał chęci na bawienie się w kurtuazyjne podchody, więc zapytał wprost. 

Czarodziej przecząco pokręcił głową. Nie był na tyle arogancki, by udawać, że orientował się w zawiłościach relacji rodzinnych przyjaciółki. Wiedział co powinien, a o resztę nie wypytywał, uznając podobną ciekawość za zbytnią bezczelność. 

– Kilkaset lat temu małżeństwo Lorda Phoenix z czarownicą, dało początek nowemu rodowi czarodziei – Lutherom. Płynie w nas krew Phoenix’ów, więc nie narzekamy na niedostatek mocy magicznej, choć oczywiście jesteśmy niczym w porównaniu z Phoenix’ami. Nie wypadamy jednak najgorzej na tle rodów czystej krwi, przewyższając ich pod każdym możliwym względem. To od nas wzięła początek magia niewerbalna oraz bezróżdżkowa na starym kontynencie – jako pierwsi nauczyliśmy się je bez przeszkód stosować i to nimi posługujemy się przez niemalże cały czas. Większość Phoenix’ów nie uważa nas za członków swojej rodziny. Poza dwoma wyjątkami. Jednym z nich jest Lady Vallerin Crown. Jako Lutherowie wiele jej zawdzięczamy – mówił monotonnie, nie ujawniając jakichkolwiek emocji w głosie. 

– Czy to jest powód twojej wizyty? 

– Niezupełnie. Mam dość bliskie kontakty z Vallerin i często bywam w jej rezydencji, choć obowiązki nie pozwalają mi na przesadnie długie wizyty. Tym razem przybyłem na wezwanie Stena. Staruszek bardzo martwi się o swoją panią, ponieważ wśród skrzatów zawisł duszący cień grozy. Niektóre z nich uważają, że Hogwart nie jest już bezpiecznym miejscem. Uznałem za stosowne poinformowanie pana o tym fakcie i zaproponowanie swej skromnej pomocy. 

Dumbledore spojrzał głęboko w błękitne oczy, zasępiając się na moment. Ani trochę nie podobało mu się to, co usłyszał. Rozważał przyjęcie wyciągniętej dłoni, myśląc intensywnie o wszystkich za i przeciw. Luther wykazał się dobrą wolą a to, że w jakimś stopniu spokrewniony był z Lady, umacniało jego wiarygodność. 

– Możesz dowiedzieć się, komu konkretnie służą skrzaty obawiające się o bezpieczeństwo szkoły?

– Próbowałem, jednak lojalność skrzatów wobec swych panów nie ma sobie równych. Nic z nich nie wyciągnę. Sten jest już wystarczająco zły na samego siebie przez to, że mnie wezwał. Boi się, że moja obecność ściągnie na jego ukochaną panią nieprzychylny wzrok reszty rodu. 

– Jest się czego obawiać, chłopcze? – wytrącony z równowagi Dumbledore pozwolił sobie, niekoniecznie świadomie, na lekko protekcjonalny ton. 

Brązowowłosy roześmiał się w głos. Atak śmiechu był na tyle rozszalały, że po jego arystokratycznych policzkach spłynęły łzy rozbawienia. Łapał głębsze oddechy, powoli uspokajając się. Dyrektor nijak nie reagował, nie wiedząc co mogło sprowokować równie gwałtowną reakcję. Z kamiennym wyrazem twarzy wpatrywał się w Luthera, uzyskując pewność przynajmniej co do jednej rzeczy – ten chłopak musiał być mocno zżyty z Vallerin. 

– Pan wybaczy, profesorze. Sądziłem, że zna pan dość dobrze Lady Crown. Ona nie obawia się gniewu swoich współbraci, to Lordowie Phoenix boją się Vallerin. Jedyną rzeczą jaka może ją martwić jest to, że Lordowie skupią się na panu i pańskiej szkole. Gwarantuję jednak, że nie odważą się kiwnąć palcem, póki ona tu jest. Za dobrze ich znam, żaden z nich nie jest na tyle szalony, by dobrowolnie wejść w drogę Lady Crown. Nie brak im przesadnej pewności siebie, ale daleko im do lekkomyślności w działaniu. 

Dyrektor uśmiechnął się łagodnie. Bardzo dobrze znał historię przyjaciółki i wiedział, dlaczego budziła tak wielki strach, nawet w szeregach Phoenix’ów. Spodobała mu się wyważona szczerość Ethana i jego podejście do płomiennowłosej. Luther zaczynał go coraz bardziej intrygować, rozbudzając w nim chęć lepszego poznania niebieskookiego. 

– Zostaniesz w Hogwarcie, Ethanie? Mamy tu dość miejsca dla jeszcze jednej osoby. 

Luther wyprostował się dwornie, zaskoczony propozycją Albusa. Nie spodziewał się serdecznego ugoszczenia, a tym bardziej bycia powitanym w szkolnej społeczności. Nie był typem człowieka zainteresowanego poświęcaniem czasu miejscu, które nic dla niego nie znaczyło. Informując dyrektora o zasłyszanych wieściach dostatecznie już wypełnił swój moralny obowiązek. 

– Niestety zmuszony jestem odmówić. Obiecałem Erin, że zajmę się posiadłością pod jej nieobecność. Zobowiązałem się także w wolnej chwili sprawdzić szemrane uliczki przy Pokątnej. Jeśli dzieje się coś niepokojącego, tam najłatwiej będzie zasięgnąć języka. Zawsze dobrze mi szło pozyskiwanie informacji w taki, czy inny sposób. 

– Skoro tak zdecydowała Vallerin, nie mam nic do dodania. Dziękuję za wizytę i ostrzeżenie, chłopcze. Wiedząc o pogłoskach, przyłożę się staranniej do zabezpieczenia szkoły oraz badania nastrojów wśród podopiecznych. Jeśli szczęście mi dopisze, może uda mi się czegoś dowiedzieć na własną rękę. 

– To ja dziękuję panu za opiekę nad Erin. Potrzebowała tego…chwili oddechu od własnej posiadłości. Dam panu znać, jeśli uda mi się dowiedzieć czegoś ciekawego – mężczyzna wstał z fotela. – Profesorze Dumbledore. 

Uprzejmym skinieniem pożegnał czarodzieja i podszedł do drzwi. Zamiast jednak przez nie przejść, uchylił je tylko i teleportował się nie przekraczając progu. Albus wygodniej rozparł się w fotelu, z uśmiechem spoglądając ku ciężkiemu kawałkowi drewna, oddzielającemu jego gabinet od ciekawskich spojrzeń uczniów. 

– Słyszałaś wszystko? – zaśmiał się, poprawiając stos pergaminów. 

– Każde jedno słowo. 

Drzwi, tak jak się spodziewał, były jedynie iluzją, stworzoną przez płomiennowłosą. Dziewczyna, podrygując lekko, podeszła do biurka i usiadła nieopodal przyjaciela. Rozmowa Ethana z Dumbledorem nie zdziwiła jej – Luther zawsze wolał osobiście fatygować się, by przekazać interesujące wieści. Taki już miał urok…przystojnego, zdecydowanego pracoholika-służbisty. 

                            Cały kolejny miesiąc pracowali powoli nad poprawieniem bezpieczeństwa w szkole. Snuli się po zakamarkach zamku, wyszukując wszelkiej maści luki w obronie, by załatać je zawczasu. Byłoby to całkiem przyjemne, zabawne doświadczenie, gdyby nie jeden drobny mankament – Severus Snape. Mistrz eliksirów nie był zadowolony z obecności płomiennowłosej i nie zamierzał się z tym ukrywać. Włóczył się po zamku naburmuszony, ostentacyjnie okazując pogardę wobec całego otaczającego go świata. Przywdziewał tę swoją ponurą, pokerową maskę, ale oczom Albusa i Minervy nie uszedł fakt, że Severus łagodniał za każdym razem, gdy Lady znajdowała się w pobliżu. Zacięta mina znikała z jego posępnego oblicza, odsłaniając to, co tak uparcie próbował ukryć – smutek zmęczonego życiem człowieka. Błękitnooka także to widziała, zachowywała się jednak tak, jak poradził jej Albus i schodziła gburowatemu profesorowi z drogi. Ignorowała jego zniesmaczone prychnięcia, paskudne przewracanie oczami i maskę innych fanaberii, mających podkreślić ogólną wrogość. Olewanie takiego zachowania było irytujące, Dumbledore zapewnił ją jednak, że Snape porozmawia z nią, gdy będzie czuł się na siłach. Spędzony w szkole miesiąc korzystnie wpłynął na relację panny Crown i profesor McGonagall – czarownica wciąż była jej wdzięczna za interwencję w Zakazanym Lesie. Powolutku nabierała zaufania do niezwykłej, lazurowookiej istotki, chętnie spędzając z nią czas na rozmowach, lub popijaniu herbaty bądź kawy. Panna Dumbledore, dzięki pożyczonej od Albusa sowie, utrzymywała stały kontakt ze znajomymi – zarówno z domu lwa jak i węża. Niepokoiło ją to, że ani ona, ani Ron i Hermiona nie otrzymywali listów od Harry’ego, ale niewiele mogła na to poradzi. Liczyła, że niedługo zagadka sama się rozwiąże. Nadchodzące wielkimi krokami rozpoczęcie kolejnego roku nauki, wiązało się nieuchronnie z wątpliwą przyjemnością szkolnych zakupów przy Pokątnej. Albus, zniechęcony doświadczeniami z roku ubiegłego i przytłoczony formalnymi obowiązkami, tym razem nie znalazł czasu na wycieczki. Lady już miała wybrać się sama, gdy z odsieczą przybył Hagrid – szczerze zaniepokojony pomysłem zezwolenia młodziutkiej czarownicy na samotne wałęsanie się w nieprzebranych tłumach, pochłoniętych szałem zakupów. Błękitnooką ucieszyła możliwość wspólnej wyprawy z gajowym – lubiła tego sympatycznego olbrzyma, nie za często miała jednak okazję spędzić z nim dłuższą chwilę. Rubeus, jak na wzorowego gajowego przystało, poświęcał niemalże cały swój czas i energię na zatroszczenie się o Las oraz zamieszkujące go stworzenia. Trzymając wnuczkę dyrektora za rękę, przeniósł się wraz z nią na Pokątną. Za pierwszy, obowiązkowy przystanek uznał swą ulubioną lodziarnię – tak na lepsze rozpoczęcie dnia. Spacerując powolutku ruchliwą ulicą, zdążyli już odwiedzić Madame Malkin, sklep z artykułami papierniczymi i zakupić kilka nowiutkich, elegancko wykonanych piór. Została im najgorsza mordęga – podręczniki. Hagrid zatrzymał się przed księgarnią i zerknął przepraszająco na towarzyszkę. 

– Tea, możesz poczekać na mnie w księgarni? Muszę coś załatwić – mówiąc nerwowo, spoglądał w stronę jednej z bocznych uliczek. 

– Nie spiesz się. Poczekam ile będzie trzeba – uśmiechnęła się do gajowego. 

Wielkolud zaśmiał się serdecznie, niezgrabnie targając ogniste włosy panny Dumbledore w geście pożegnania. Właściwie nie czuła się źle z tym, że została sama – miała czas rozejrzeć się spokojnie po ulicy. Szła powoli, przyglądając się kolorowym, sklepowym witrynom. Od bardzo dawna nie spacerowała swobodnie po enklawach czarodziei i była ciekawa, jak bardzo zmieniło się ich życie. Znudzona powtarzającymi się wystawami, wróciła pod księgarnię obleganą przez wciąż gęstniejący tłum. Skrzywiła się, wzdychając pod nosem – tym razem przydałby jej się Albus. Klucząc wprawnie między, w przeważającej części, czarownicami dobrnęła z trudem do nieco luźniejszego miejsca tuż przy schodach. Opierając plecy o drewnianą balustradę z zainteresowaniem przyglądała się kobietom. Licho wiedziało, dlaczego niby były aż tak podekscytowane. Radosne napięcie widoczne było w ich ekspresyjnych gestach, podniesionych głosach i rozbieganych spojrzeniach. Z każdą minutą robiło się ich coraz więcej – nowe tabuny czarownic wtaczały się z trudem do za ciasnego wnętrza księgarni, tłocząc się jedna przy drugiej. Coraz ciężej było oddychać, a przyjemna ekscytacja zmieniła się w poddenerwowanie. Płomiennowłosa zastanawiała się o co mogło chodzić, gdy poczuła dość mocne uderzenie w prawy bok. Zdezorientowana odwróciła wzrok od trzech kłócących się jakiś metr od niej kobiet i rozejrzała się. Tuż przy niej klęczała niewysoka dziewczynka o intensywnie rudych, długich włosach. Widocznie, usiłując przedrzeć się przez tłum, została popchnięta wprost pod schody. Tea nie pytając o to czy dziewczynce potrzebna pomoc, pochyliła się nad nią i podniosła rudowłosą z podłogi. Spojrzała łagodnie w brązowe, delikatnie wystraszone oczy. 

– Cześć. Nic ci się nie stało? – uśmiechnęła się do dziewczynki. 

– Nie. Przepraszam! Nie uderzyłam cię za mocno? – brązowooka niepewnie zerknęła na nową koleżankę. 

– Nic mi nie jest. Szukasz kogoś? – zapytała, dostrzegając nerwowe spojrzenia dziewczynki. 

– Rodziców i braci. Zgubiłam ich gdzieś w tłumie. 

– Pozwól, że ci pomogę. Jak się nazywasz? 

– Ginny. Ginny Weasley – rudowłosa szepnęła wyraźnie zmieszana. 

– Miło mi cię poznać, Ginny. Gallatea Dumbledore. Jesteś siostrą Rona, prawda? 

Ginny potaknęła przymrużając lekko powieki. Słyszała już od braci imię Gallatea – ponoć była wnuczką dyrektora, przydzieloną do Slytherinu ku zaskoczeniu wszystkich. Może i jeszcze nie była w Hogwarcie, ale sporo słyszała o Ślizgonach od starszego rodzeństwa, lecz szczerze…Gallatea niezbyt pasowała do tego, co mówili o wychowankach domu węża. Była po prostu za miła. 

– Jeśli była z wami Hermiona, to wiem gdzie iść. 

Płomiennowłosa chwyciła mocno dłoń dziewczynki i ruszyła przez tłum. Lekko pomagała sobie magią w torowaniu drogi, uważając bacznie na to, żeby nikt się nie zorientował. Wspólnie dobrnęły do miejsca w którym stała niska, nieco pulchna kobieta o rudych włosach. Jej zaniepokojone oczy rozbłysły ulgą na widok Ginny. 

– Jest i nasza zguba! – kobieta uszczypnęła policzek towarzyszki Tei. 

Bystre, brązowe oczy kobiety niemalże natychmiast zarejestrowały obecność nowej twarzyczki. Spojrzała ciepło na dziewczynę, kładąc dłonie na ramionach dziwnie do niej podobnej rudowłosej. 

– Witaj, kochanie. Molly Weasley. Dziękuję za odprowadzenie córki – uśmiechnęła się przyjemnie. 

– Gallatea Dumbledore. Odprowadzenie Ginny było czystą przyjemnością – płomiennowłosa wyciągnęła dłoń, którą pani Weasley chętnie uścisnęła. 

– Dumbledore? Wnuczka Albusa! Artur Weasley! 

Błękitnooka nawet nie zauważyła, kiedy pojawił się przy nich wysoki, rudowłosy czarodziej. Z nadmiernym entuzjazmem potrząsnął jej ręką, uśmiechając się promiennie. Ledwie po kilku minutach poznała już całą rodzinę Weasley oraz przywitała się z Hermioną i Harrym. Pani Molly razem z Granger wyjaśniła jej skąd to dzisiejsze zamieszanie w księgarni – otóż miał się w niej pojawić czarodziej o nazwisku Lockhart. Dziewczyna wysłuchała cierpliwie wszystkich słów szczerego zachwytu, wypowiadanych pod jego adresem i skróconej listy iście nieprawdopodobnych wyczynów, które mu przypisywano. Nie szczególnie chciało jej się wierzyć w jego dokonania – z pewnością wiedziałaby o tak utalentowanym czarodzieju. Nie miała czasu by się nad tym zastanawiać, ponieważ wrzawa w księgarni niebezpiecznie wezbrała na sile. Niczym największa gwiazda do sklepu wkroczył nie kto inny jak Gilderoy Lockhart we własnej osobie – a była to osoba niepozorna i więcej niż irytująca. Nawet najdrobniejszy ruch czarodzieja emanował narcystycznym uwielbieniem, podkreślanym przez teatralność gestów. Posyłał zebranym szeroki, śnieżnobiały uśmiech, bacząc na to by nikogo w tym przedstawieniu nie pominąć. Choć zapewne sam uważał ów uśmiech za niesamowicie atrakcyjny, pannie Dumbledore kojarzył się raczej z przykrym efektem szczękościsku. Za złotowłosym przyjemniaczkiem do zatłoczonej księgarni wepchnęło się stadko dziennikarzy, nie szczędzących gwiazdorowi wymuszonych komplementów i fleszy aparatów. Jeden z pismaków rozpoznał Harry’ego i licząc na tanią sensację, zwrócił uwagę Lockharta na Bogu ducha winnego chłopca. Późniejsze sprawy potoczyły się błyskawicznie. Z Pottera zrobiono jakiś przedmiot wystawowy – Gilderoy przestawiał go jak chciał, byleby wspólne zdjęcia wychodziły korzystnie. Szczerząc się głupkowato biadolił od rzeczy ku uciesze tłumu, przez co Tea zaczęła podejrzewać go o rzucanie uroków – nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby jego mitomanii za coś realnego. Zmęczona otaczającym ją z każdej strony podekscytowaniem, wycofała się wgłąb sklepu, chcąc oddalić się od tego cyrku. Zgromadzone kobiety zdawały się widzieć w Gilderoy’u najprawdziwsze objawienie, co płomiennowłosa może uznałaby i za zabawne, gdyby nie ogłuszająca kakofonia śmiechów, krzyków, ochów i achów. Odetchnęła z ulgą, gdy Lockhart łaskawie zakończył przedstawienie i zaczął, jak każdy przyzwoity autor, robić to co powinien w księgarni – podpisywać książki. Wycofując się do spokojniejszego miejsca, zgubiła gdzieś rodzinę Weasley’ów, więc zaczęła rozglądać się w ich poszukiwaniu. Sprawę ułatwił jej znajomy głos, przedzierający się przez znacznie już mniejszy szum. Odwróciła się w stronę z której dochodził i dostrzegła Draco opierającego się nonszalancko o poręcz schodów. Patrzył wprost na Harry’ego, a ona nie musiała się nawet przysłuchiwać, by wiedzieć o rozgorzałej między nimi, nieprzyjemnej wymianie zdań – wszystko zdradzała kpiąca, pełna pogardy mina Ślizgona. Westchnęła z rezygnacją. Tych dwóch nie potrafiło przejść obok siebie bez wszczynania awantur. Skierowała się ku nim, mając zamiar ukrócić kolejną dziecinną kłótnię, ale uprzedził ją wysoki mężczyzna o długich, niemalże platynowych włosach. Przystanęła obok Pottera i uważniej przyjrzała się gentlemanowi. Uwagę w szczególności zwracały jego dość ostre, arystokratyczne rysy twarzy i magnetycznie chłodne, szare oczy – w młodości niewątpliwie musiał być przystojnym mężczyzną, a upływ czasu obchodził się z nim wyjątkowo łaskawie. Wciąż urokliwą twarz szpeciła jedna rzecz – wyryta w niej pogarda. Rozpoznała czarodzieja od razu, nie miała co do jego tożsamości nawet cienia wątpliwości. Blondyn również zwrócił na nią uwagę. Po uszczypliwym komentarzu, rzuconym od niechcenia w stronę chłopców, podszedł wprost do płomiennowłosej. Uśmiechnął się do niej w niewymuszony, łagodny sposób. 

– Lucjusz Malfoy – skinął elegancko głową. 

– Gallatea Dumbledore – dygnęła dwornie. 

Czarodziej delikatnie musnął wargami jej wyciągniętą dłoń. Błękitnooka kątem oka zerknęła na Draco. Chłopak wydał jej się…zaniepokojony? 

– Panna Dumbledore. Syn wiele o panience opowiadał – Lucjusz wyprostował się, opierając wygodnie dłoń na zdobnym zwieńczeniu swojej laski. 

– Pozostaje mi mieć nadzieję, że zbytnio mnie nie skrytykował – zaśmiała się przelotnie. 

– Wręcz przeciwnie, młoda damo. Cieszę się, że w końcu poznałem panienkę osobiście. 

– Panie Malfoy, nalegam by zwracał się pan do mnie po imieniu. 

– Z przyjemnością, Gallateo. Niestety nie odwdzięczę się tym samym – przybrał zatroskany wyraz twarzy, daleki od naturalnej mimiki, choć nieźle wyćwiczony. 

– Naturalnie! Nie na miejscy byłoby, gdybym mówiła do pana po imieniu. Brak mi lat i życiowego doświadczenia. 

Lucjusz roześmiał się oszczędnie, będąc pod szczerym wrażeniem bezbłędnej umiejętności rozmówczyni w toczeniu dyskusji ze starszymi. Nie zachowywała się i nie brzmiała jak rozkapryszone dziecko, czego nie mógł powiedzieć o swoim synu. 

– Jesteś tak urocza i bystra jak mówił Draco. 

W ocenie płomiennowłosej pierwsza rozmowa z głową rodu Malfoy nie wyglądała najgorzej. Czarodziei, choć zachowywał niekrępujący dystans, był ciepło do niej nastawiony – nawet jego oczy stały się nieco mniej chłodne. Zaśmiała się w duchu. Jakże mogłoby być inaczej? Dawno temu odnalazła najlepszy sposób obchodzenia się z czarodziejami pokroju Lucjusza Malfoy’a, a lata doświadczenia robiły swoje – potrafiła bez problemu oczarować każdego, jeśli tego chciała. Atmosfera zgęstniała nieoczekiwanie, gdy podeszli do nich rodzice Rona. Przyjemny wyraz twarzy Lucjusza zniknął na dobre pod grubą warstwą pogardy, a szare tęczówki ponownie skuł wyrachowany lód. 

– Arturze – sztywno skinął głową w stronę pana Weasley’a. 

– Lucjuszu – rudowłosy czarodziej odpowiedział równie zachowawczo. 

Nim panna Dumbledore się obejrzała, między mężczyznami doszło do słownej przepychanki – ostrej, pełnej wzajemnych pretensji i prowokacyjnych złośliwości. Powodem paskudnie brzmiącej kłótni była, wręcz kipiąca w Malfoy’u, nienawiść do mugoli. Dał jej upust wyśmiewając przyjacielskie kontakty pana Weasley’a z rodzicami Hermiony – jak się okazało obydwoje byli mugolami, którym zapewne niełatwo było odnaleźć się w specyficznym świecie magii. Platynowowłosy czarodziej wysyczał coś o hańbie i zdrajcach krwi, co wyraźnie podniosło Arturowi ciśnienie. Błękitnooka zrezygnowała z uważnego przysłuchiwania się rozmowie – sama zaczęła się bowiem denerwować. Cała ta sytuacja przypomniała jej, dlaczego unikała cholernych czarodziei! Oprzytomniała, gdy pan Weasley niesiony emocjami, pchnął Lucjusza na regał z książkami – ciężkie tomy runęły z półek, uderzając bezlitośnie w Malfoy’a. Panowie rzucili się na siebie z pięściami. Wszyscy byli zbyt pochłonięcie zaostrzającą się bójką, by zauważyć, że jedna z opasłych ksiąg spadła wprost na płomiennowłosą. Spojrzała na swoje ramię bez większych emocji – białą skórę oszpecił pokaźny siniak. Dziewczyna schyliła się, by podnieść tom i zaśmiała się cicho – zielarstwo widocznie okazało jej swą niechęć. Nim się wyprostowała, zauważyła ogromny cień za swoimi plecami. Do wnętrza księgarni wkroczył Hagrid, który bez chwili namysłu rzucił się, by rozdzielić okładających się mężczyzn. Ostrymi słowami starał się przemówić im do rozsądku, co niezbyt zdawało egzamin. Urwał w pół zdania, gdy dostrzegł pannę Dumbledore i całkiem już fioletowy siniak na jej ramieniu. Pospiesznie puścił obydwu czarodziei. Robiąc co najwyżej jeden krok znalazł się przy dziewczynce i przyklęknął przed nią oglądając z niepokojem obtłuczone ramię. 

– Tea, na miłość Merlina! Co ci się stało? – wskazał na siniaka. 

– Och, nic takiego. Jedna z książek na mnie spadła – błękitnooka uśmiechnęła się raźnie. 

– Psor mi brodę obetnie…Możesz ruszać ręką? – wielkolud spojrzał w lazurowe tęczówki. 

– Bez problemu. Nie przejmuj się, Hagridzie, to tylko stłuczenie. 

Gajowy uśmiechnął się niepewnie, chcąc dodać tym gestem nieco otuchy tej małej. Wstał ociężale i chwycił dziewczynkę za rękę. Nim poszli dobrać jeszcze dwa brakujące podręczniki i zapłacić, gniewnie zmierzył wzrokiem dwóch zawstydzonych czarodziei. 

– Wstyd – pokiwał głową z dezaprobatą. 

                     Na uczcie inaugurującej nowy rok szkolny, Tea jak zwykle siedziała między Draco, a Blaisem. O ile Zabini zachowywał się jak zawsze, o tyle Malfoy zaczynał poważnie ją niepokoić. Blondyn praktycznie się nie odzywał, wlepiając nieobecne spojrzenie w blat stołu – nie wydawał się nawet w najmniejszym stopniu zainteresowany ceremonią przydziału. Otępiały, nijak nie reagował na wybuchy radości pozostałych Ślizgonów, towarzyszące nabyciem nowych podopiecznych ich wspólnego domu. Płomiennowłosa zerknęła na Dafne, która krzywym uśmiechem dała jej do zrozumienia, że też zauważyła nietypowe zachowanie kolegi. Nie mając ochoty na dalsze, bezowocne, obserwowanie Draco, panna Dumbledore spojrzała w stronę stołu nauczycieli i mimowolnie skrzywiła się z niesmakiem, widząc irytująco zadowoloną twarz Lockharta. Gilderoy żywo gestykulując, rozmawiał zawzięcie z dyrektorem – choć sądząc po minie Albusa, staruszek nie był tym zachwycony. Przez chwilę oczy dziewczyny spotkały się z czarnymi tęczówkami mistrza eliksirów. Kącik ust Severusa drgnął delikatnie – ten osobliwy uśmiech zniknął jednak w ułamku sekundy, a Snape wznowił cichą rozmowę z profesorem Flitwickiem. Błękitnooka przeniosła znużone spojrzenie na stół Gryfonów i uśmiechnęła się lekko, machając bliźniakom Weasley, jak zwykle pochłoniętym knuciem rozmaitych planów uprzykrzenia życia nauczycielom. Zaskoczyła ją nieobecność Harry’ego i Rona, a jej zdanie najwidoczniej podzielała Hermiona, zerkająca niespokojnie w stronę drzwi. Uczta przebiegła w przyjemnej atmosferze, bez większych zakłóceń – poza sokiem dyniowym, który nie wiedzieć czemu wybuchł wprost przed Percym Weasley’em, całkowicie oblepiając go lepką cieczą ku uciesze jego niesfornych, młodszych braci. Po zakończonej uczcie, uczniowie skierowali się do swoich dormitoriów. Tea szła rozmawiając z Dafne – powinien być z nimi jeszcze Zabini, ale znowu gdzieś go wcięło. Zapewne Blaise po raz kolejny upatrzył sobie na uczcie damę niebagatelnej urody i obecnie próbował swych sił pierwszego komplemenciarza Slytherinu. Panna Dumbledore słuchała opowieści Greengrass o jej rodzinnych wakacjach w Hiszpanii z zaskakującym zainteresowaniem – zawsze ciekawiły ją takie wycieczki. W jej własnej rodzinie przedłużające się spotkania nieuchronnie prowadziły do kłótni, jej bracia nie byli w stanie patrzeć na siebie przez dłuższy czas. Przystanęła, czując palce zaciskające się na jej barku i spojrzała przez ramię na stojącego za nią Draco. Miał bardzo dziwną minę. 

– Tea, możemy porozmawiać? – zerknął na Dafne – W cztery oczy? 

Płomiennowłosa uśmiechnęła się pocieszająco do wzburzonej koleżanki. Greengrass nie lubiła być pomijana, chyba nikt tego nie lubił…

– Dafne, poczekasz na mnie w Pokoju Wspólnym? Dołączę do ciebie za chwilę i posiedzimy u mnie, dobrze? 

– Jasne – prychnęła blondynka. 

Dafne z całą pewnością nie była zachwycona, ale zgodnie z zapowiedzią zostawiła dwójkę Ślizgonów samych. Gallatea odwróciła się do Malfoy’a, kiedy tylko straciła koleżankę z oczu zainteresowana tym, co zamierzał jej powiedzieć. 

– Więc? – zaplotła ręce na piersi. 

– Nie tutaj. Możemy porozmawiać na zewnątrz? Proszę. 

Potaknęła słysząc niepewny, delikatnie przygaszony głos chłopaka. Przeciskając się między grupkami radośnie dyskutujących uczniów, wyszli na dziedziniec szkoły. Kręciło się po nim sporo osób, ale bez problemu można było znaleźć wolne miejsca. Nie czekając na to, gdzie miał zamiar zaprowadzić ją blondyn, usiadła na najbliższej, niezajętej ławce. Malfoy podszedł do niej powłócząc nogami z miną skazańca. Siadać nie miał najmniejszego zamiaru. 

– Tea, strasznie mi przykro z powodu tego zajścia w księgarni… – wydukał nie podnosząc utkwionego w ziemi wzroku.

– Nic takiego się nie stało.

– Jak twoja ręka? – Draco zerknął na nią nieśmiało. 

– Już prawie nie ma śladu po siniaku i nie boli. Powiedz mi lepiej co z okiem twojego taty – uśmiechnęła się delikatnie. 

– Goi się – uśmiechnął się pod nosem. – Chciałem cię przeprosić nie tylko za rękę. Ojciec…bywa dość porywczy. 

– Zauważyłam – roześmiała się pogodnie. 

– Nie chciałem, żebyś była świadkiem czegoś podobnego. Ojciec i ten zdrajca krwi…

– Pan Weasley – dziewczyna weszła mu w słowo, poprawiając go. 

– Weasley, nie dogadują się za bardzo. Nie wystraszył cię? 

– Kto? Twój tata? Ani odrobinę, dla mnie był całkiem miły. 

– Więc między nami w porządku? 

Draco spojrzał jej prosto w oczy, szczerze przejęty. Wiedział doskonale jaki był jego ojciec i podziwiał go za to, ale rozumiał, że pierwsze spotkanie z nim mogło być stresujące. Odrobinę niepokoiła go sympatia, jaką tata nieoczekiwanie zapałał do płomiennowłosej.  Lucjusz Malfoy za nikim nie przepadał. 

– Tak, między nami po staremu – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. 

Widziała ulgę na twarzy młodego Malfoy’a, który nareszcie usiadł obok niej jak człowiek. Przez dłuższą chwilę rozmawiali luźno o minionych wakacjach. Błękitnooka miała bardzo niepochlebne zdanie o konflikcie poglądów na temat czystości krwi, który bardzo dawno temu rozgorzał między czarodziejami i miał się świetnie po dziś dzień. Nie należała jednak do osób, które postrzegałyby jednostki przez pryzmat ideologii ich rodów – bywało to wyjątkowo zwodnicze, o czym nie raz się przekonała. Do póki Draco zachowywał się w miarę przyzwoicie, miała zamiar traktować go bez uprzedzeń, jak każdego dzieciaka. Razem wrócili do Pokoju Wspólnego, gdy powoli zachodzące słońce zabrało ze sobą ciepło mocnych promieni. Dafne siedziała na kanapie, przeglądając jakiś kolorowy magazyn. Tea przysiadła się do Greengrass, a Malfoy poszedł do Crabbe’a i Goyle’a, którzy kręcili się bez większego celu w pobliżu stołu. Dafne mając koleżankę pod ręką z zapałem wróciła do przerwanej rozmowy, ubogacając swoją opowieść pokazywaniem zdjęć zamieszczonych, w jak się okazało, broszurze reklamowej, którą trzymała – nie dane jej było jednak w spokoju dokończyć. Na kanapę rzucił się Blaise, w poważaniu mając wygodę dziewcząt. Wsparł głowę na kolanach Greengrass, przyciskając nogami uda panny Dumbledore i prychnął jakby był najbardziej udręczoną spośród żywych istot. Dziewczyny roześmiały się zgodnie, widząc jego skwaszoną, lekko naburmuszoną minę. 

– Co tam, Romeo? Za wysokie progi? – mrugnęła do niego błękitnooka. 

– Gdzież tam znowu, Dumbledore! Po prostu nareszcie do mnie dotarło, że najpiękniejsze dziewczyny są w Slytherinie – zaśmiał się, całując dłoń Greengrass. 

Blondynka w odpowiedzi potargała niezbyt długie, ciemne włosy chłopaka mącąc bezceremonialnie jego nienaganną fryzurę. Jeszcze przez dłuższy czas siedzieli wspólnie, śmiejąc się i wygłupiając w najlepsze. Dołączyli do nich Malfoy, Crabbe i Goyle – Vincent i Gregory niechętnie spoglądali na rosnącą zażyłość między Draco, a Gallateą. Malfoy należał do rodu z Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki! W ich odczuciu nie powinien zadawać się z nikim o nie potwierdzonym w 100% statusie krwi, zwłaszcza, że cieszył się nieformalnym tytułem księcia Slytherinu. Mimo że Greengrass również należała do elitarnego grona 28 najważniejszych rodzin, co do niej nie byli tak wymagający. To w Draco widzieli wyznacznik tego, jaki powinien być doskonały dziedzic szlachetnego rodu. 

         

 OBIETNICA

                  W środku nocy w pokoju płomiennowłosej zjawił się Albus. Przyjaciółka powitała go ze szczerą radością, jednak szybko wyczuła, że on nie mógł odwdzięczyć się jej tym samym. Ociężale opadł na jeden z foteli, zdjął okulary i przetarł dłonią zmęczoną twarz. Uśmiechnął się, próbując tym samym złagodzić lekko niepokój, który dostrzegł w błękitnych tęczówkach. 

– Mam złe przeczucia, moja droga. Coś wisi w powietrzu…coś upiornego. Obiecaj mi, Vallerin, co by się nie działo chroń Harry’ego. Nie ważne za jaką cenę. 

Jego zrezygnowany, pozbawiony wyrazu ton wzmocnił w dziewczynie poczucie niepokoju. Także odczuwała zacieśniającą się wokół zamku, mroczną, duszną pętlę. Drgnęła, gdy Dumbledore uścisnął jej dłoń. Wpatrywał się w porcelanową buzię przyjaciółki wyczekująco. 

– Obiecaj mi, Vallerin – powtórzył udręczonym szeptem. 

– Obiecuję, Albusie. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 364
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!