Córa rodu Phoenix – Rozdział 18

Maski

                 Dragan nerwowo chodził po Pokoju Wspólnym, starając się uspokoić nerwy kojącym rytmem bezsensownej wędrówki. Nie obchodziła go ani późna godzina, ani możliwość bycia przyłapanym przez nadgorliwego prefekta – nie miał ochoty na przejmowanie się szkolnym teatrzykiem, kiedy jego plany zmącił pewien niewdzięczny czarodziej. Minęło już sporo czasu, a oni wciąż nie znaleźli Blacka i powoli stawało się to mocno kłopotliwe. Zapewne niedługo Vallerin zacznie zadawać trudne pytania, na które on nie będzie w stanie przekonująco odpowiedzieć. Póki co martwił ją brak wieści z rezydencji na temat zdrowia Syriusza, jednak jak na razie udawało mu się uspokoić ją zapewnieniami, że przesyłanie informacji mogło być chwilowo niemożliwe dla Ethana. Wierzyła mu, lecz nie sądził, by dawała się mamić zbyt długo. Powoli kończyły mu się pomysły na usprawiedliwianie milczenia starszego brata, a musiał się liczyć z rzeczą znacznie gorszą – panna Crown była piekielnie inteligentną kobietą. Znała go od wieków i prędzej czy później rozgryzie jego gierki, tak jak zawsze. Musieli jak najszybciej znaleźć tego zeschizowanego dupka i sprowadzić go bezpiecznie do posiadłości, zanim ktoś niepowołany wpadnie na jego trop. Kruczowłosy wyciągnął z kieszeni papierośnicę, po czym odpalił fajkę, nie zwalniając kroku. Zatrzymał się dopiero, kiedy usłyszał odgłos delikatnych, miarowych kroków, dobiegających z damskiej części dormitorium. Zaklął pod nosem, widząc zbliżającą się ku niemu płomiennowłosą. No pięknie…tylko tego mu do szczęścia brakowało. Dziewczyna przystanęła tuż obok niego, wpatrując się w przyjaciela błękitnymi oczyma, w których majaczyły cienie podejrzliwości oraz zaniepokojenia.

– Czemu nie śpisz? – zapytała z uśmiechem.

– Kłopoty w interesach, mała – objął ją ramieniem, – Lepiej, żebyś nie wiedziała. A ty, dlaczego włóczysz się po nocy? Stęskniłaś się?

– Ta…życie traci sens bez tej twojej durnej mordki – wspięła się na palce i uszczypnęła jego policzek. – Nie mogę spać.

– Nie przypałętała się do ciebie czasem taka wygadana blondyna?

Lady zaśmiała się cicho, strząsając ramię Luthera. Dragan niezwykle rzadko nazywał Dafne po imieniu – wolał określenie blondyna, ewentualnie nazwisko. Greengrass, choć powinna czuć się urażona, nie przejmowała się zbytnio uszczypliwością starszego kolegi. Na swój sposób cieszyła się z przydomku, nadanego jej przez gwiazdę Hogwartu, czego ognistowłosa nie była w stanie zrozumieć. Dla niej to, że kruczowłosy posługiwał się setkami wymyślnych przezwisk stanowiło normę, często podszytą jego wrodzoną złośliwością i niechęcią do zawiązywania bliższych znajomości.

– Przypałętała, ale wcale mi to nie pomaga – zerknęła w turkusowe oczy.

– Coś cię martwi? – uniósł zawadiacko brew, splatając ramiona na piersi.

– Chyba tak, ale sama nie wiem, co konkretnie – westchnęła z rezygnacją. – Mam to nieprzyjemne wrażenie, że coś się nie zgadza, a mnie umyka ważny element wielkiej układanki. Zupełnie jakby coś działo się za moimi plecami, coś czego nie potrafię jeszcze dostrzec.

Turkusowooki przygryzł filtr papierosa, niemalże go niszcząc. Upierdliwy, przenikliwy umysł Vallerin po raz kolejny dawał o sobie znać, przypominając mu, że toczyli walkę z czasem. Lady Crown posiadała niebywałą zdolność dostrzegania niuansów, których częstokroć nie potrafiła nazwać, lub konkretnie opisać, ale zawsze trafiała w sedno. To był jej dar, a jego największe przekleństwo. Przy tej kobiecie nie potrafił kręcić i prawdopodobnie, podświadomie, wcale tego nie chciał. Musiał uporać się z tym syfem, zanim narazi na szwank swoje kontakty z aniołem. Wyciągnął papierosa z ust, cisnął go w ogień kominka i oparł brodę na barku płomiennowłosej, obejmując ją od tyłu ramionami.

– Chcesz, żebym z tobą został, póki nie zaśniesz? – wymruczał, wtulając nos w ogniste pasma.

– Mógłbyś?

– Pewnie! Znudziło mu się łażenie, a dzisiejszej nocy i tak już nie zasnę. Będę musiał zniknąć zanim blondyna się obudzi, bo jeszcze dostanie biedaczka zawału – zaśmiał się cicho.

Nie czekając na dosadniejsze zaproszenie chwycił dłoń przyjaciółki i wraz z nią zawędrował do odosobnionej, pięknie urządzonej sypialni. Dafne, w mało majestatycznej pozycji, spała na łóżku, co jakiś czas pochrapując cicho. Gospodyni przykryła dziewczynkę kołdrą, w trosce o jej komfort i w obawie przed ewentualnym przeziębieniem. Zabrała z wygodnego posłania starannie złożony w kostkę, ciemnozielony koc i usiadła obok kruczowłosego na dywanie. Z niewielką pomocą Luthera szczelnie okryła ich miękkim całunem i oparła głowę o jego ramię – tak jak tysiące razy do tej pory. Dragan – wiedząc doskonale czego od niego oczekiwała – półszeptem snuł opowieść o swoim pobycie w Azji, nie szczędząc niepokojących szczegółów. Historie, które ze sobą przywodził z dalekich wojaży, zawsze sprawiały przyjemność pannie Crown, co z jednej strony go cieszyło, z drugiej bezgranicznie wkurwiało. Vallerin, choć należała przecież do rodu Phoenix, pozbawiona była podstawowego przywileju żywych stworzeń – wolności. Zgodnie z wolą swych zaborczych braci, nie mogła wyruszać poza granice Anglii. Nie po tym, co stało się przed laty…Gdyby odważyła się zlekceważyć zakaz i zignorować wytyczone granice, zapewne jeden z tych upartych, śmiesznych cerberów udałby się za nią w pogoń, nie szczędząc ani środków, ani wysiłków, by wróciła na swoje miejsce. Lordowie zdawali się ze śmiertelną powagą traktować kwestię bezpieczeństwa siostry, jednak Luther wiedział, że mijało się to z prawdą pod każdym możliwym względem. Pod żałośnie tandetnym płaszczykiem cudacznie pojętej troski, kryła się głęboko zakorzeniona, dojmująca obawa. Lordowie uwięzili siostrę w złotej klatce – zwanej rezydencją – i nie mieli najmniejszego zamiaru pozwolić, by ją opuściła, a już na pewno nie bez ich nadzoru. Vallerin tkwiła więc w miejscu, złakniona wiedzy o szerokim świece. Kruczowłosy starał się jak mógł łagodzić to pragnienie, za broń mając własne doświadczenia z niezliczonych podróży. Przyjaciółka słuchała go uważnie – aż za dobrze czuł, wpatrzone w jego skroń, lazurowe oczy. Tak było dobrze. Nie mógł póki co zrobić nic, żeby ją uwolnić – był zdecydowanie za słaby i zdawał sobie z tego sprawę, odczuwając niezmiennie rozdrażnienie tym faktem. Nie miał szans w starciu z Phoenix’ami, choćby zaangażował w tę potyczkę wszystkie dostępne siły. Reszta Lutherów korzystała z przywilejów wątłego sojuszu, ani myśląc pochopnie go naruszać. Dotyczyło to w głównej mierze Ethana, który choć upodobał sobie rolę samozwańczego obrońcy Vallerin, był zbyt tchórzliwy na rozpoczęcie realnego buntu. Starszy Luther przed całym światem i samym sobą, grał niestrudzonego, zatroskanego opiekuna, usilnie pragnąc widzieć w sobie niezłomny mur, oddzielający Lady od jej braci. Potrafił głośno wyklinać ich imiona; głosić tyrady o krzywdach, jakie wyrządzili siostrze; dopominać się o sprawiedliwość…słowa, słowa, SŁOWA!!! Nic, prócz czczej gadaniny mężczyzny, walczącego jedynie o podbudowanie swojego ego, bez konieczności narażania się na konfrontację. Ethan prawdopodobnie w jakiś pokrętny sposób kochał pannę Crown, lecz nie był gotów na stawianie czynnego oporu. Dragan spojrzał w sufit, śmiejąc się w duchu. Został sam, z siedzącą u jego boku urzekającą istotą, odrzuconą tak samo jak on. Obydwoje nie pasowali do swoich rodzin…obydwoje narodzili się jako odmieńcy, była jednak między nimi zasadnicza różnica – on zasłużył sobie na taką, a nie inną opinię i potwierdził to dobitnie swymi czynami. Płomiennowłosa w niczym nie zawiniła…to co stało się przed laty…to czego panicznie bali się jej bracia…było wypadkiem, sprowokowanym przez bezlitosny los i nijak nie można było go przewidzieć, ani zapobiec mu w porę. Nikt nie miał prawa spodziewać się, do czego doprowadzi spotkanie Vallerin i szarookiej, wężowatej, zdradzieckiej pokraki. Nikt nie mógł tego przewidzieć! Strach zawsze wygrywał ze zdrowym rozsądkiem i zrozumieniem – gdy raz pozwolisz mu się sparaliżować, już na zawsze osiądzie w głębi twej duszy, czyniąc z niej swój dom. Strach…pomimo wszechobecnej światłości, nieustannie będzie gorzkim cieniem zwątpienia. Cholerną trucizną, wtłoczoną w żyły, krążącą po całym ciele, zawsze gotową do ataku. Dragan Luther w tym względzie wybijał się ponad inne stworzenia. On się nie bał, bo nie leżało to w jego naturze. Nie pamiętał od jak dawna pozbawiony był tego naturalnego, instynktownego mechanizmu obronnego, zapewniającego możliwość przetrwania słabszym – on słaby nie był, więc nie uważał, żeby go potrzebował. Zamiast lękliwie spoglądać w lazurowe oczy ognistowłosego anioła, darzył ją najszczerszą, pozbawioną złudzeń miłością. Sporadycznie pojawiające się pytania Lady, niespodziewanie ustały, co zaalarmowało turkusowookiego, który zerknął na towarzyszkę. Powieki jej opadły, ukrywając nieziemski lazur za delikatną, jasną barierą, zwieńczoną wachlarzem długich, smoliście czarnych rzęs. Panna Crown przytulała policzek do jego barku, oplatając dłońmi umięśnione przedramię Luthera. Płomienne włosy opadły na szczuplutką twarzyczkę, chowając za krwistą kotarą wysublimowane detale jej nadnaturalnej urody. Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem, nie dowierzając w to, że ktokolwiek mógłby widzieć w tej niewinnej istotce zagrożenie. Wstał wprawnie uważając, by nie obudzić przyjaciółki, po czym podniósł ją ostrożnie z podłogi z zamiarem zagwarantowania jej dogodniejszego miejsca do spania. Zanim jednak ruszył się w stronę łóżka, przez chwilę patrzył na śpiącą kobietę. Zawsze wydawała mu się drobniutka, ale w ciele dzieciaka wyglądała niczym eteryczna fantasmagoria, gotowa rozpłynąć się w każdej chwili. Poczuł nagły przypływ złości, mącącej pełną skrytej czułości atmosferę. Vallerin Crown od samego początku była dla niego najprawdziwszym cudem, który przybył do tego chorego świata wprost z krain, podobnych do tych opiewanych w baśniach – nie pasowała do odrażającej, ponurej, brutalnej, bezlitosnej rzeczywistości. Jego zadaniem było nie pozwolić jej zniknąć, choć znał przynajmniej kilka osób, którym byłoby to na rękę. Mocniej zacisnął palce na świetlistej skórze przyjaciółki – póki żył, nie pozwoli, by cokolwiek jej zagrażało. Ułożył dziewczynę na łóżku tuż obok Greengrass, przykrył ognistowłosą kocem i odwrócił się w stronę drzwi, chcąc rozładować zdenerwowanie poza murami zamku. Nim wykonał chociażby krok, zatrzymała go krucha dłoń zaciskająca się na materiale jego koszuli. Lady, słabowicie, starała się go do siebie przyciągnąć, więc chcąc oszczędzić jej trudu, nachylił się nad posłaniem, dławiąc wprawnie rozszalałą agresję – nie chciał, żeby Vallerin widziała go w takim stanie.

– Przepraszam, że musisz mnie niańczyć, Dragan – wyszeptała, zamykając oczy.

Kruczowłosy uśmiechnął się szeroko. Uniósł smukłą dłoń przyjaciółki i złożył na niej przelotny pocałunek.

– To dla mnie zaszczyt, moja pani.

Nie był pewien, czy go usłyszała, bowiem jej miarowy oddech jasno dawał do zrozumienia, że zasnęła. Przez dłuższą chwilę przypatrywał się jej spokojnej, doskonałej twarzy, gładząc kciukiem grzbiet dziewczęcej dłoni. Mógłby czuwać u jej boku przez całą wieczność…był w stanie zrobić dla niej wszystko, bez względu na cenę, jaką musiałby zapłacić. Przez bardzo długi czas sądził, że miłość w nim umarła dawno, dawno temu, lecz kiedy myślał o Vallerin…wcale nie był tego tak pewien. Po raz ostatni ucałował dłoń swego anioła, po czym wyszedł z zamiarem ruszenia na łowy. Rankiem płomiennowłosą obudziła Dafne, która podekscytowana skakała po łóżku, niemalże przewracając się na koleżankę. Po Draganie nie było śladu, więc musiał ulotnić, kiedy tylko zasnęła. Wciąż zaspana zerknęła na blondynkę, zastanawiając się nad powodem jej radości, którym okazała się zostawiona przez Luthera marynarka. Greengrass ściskała ciemny, elegancko wykończony materiał obiema dłońmi, przyciskając go z szerokim uśmiechem do prawego policzka. Tea wyciągnęła spod głowy poduszkę i cisnęła nią w Ślizgonkę.

– Uspokój się, jest jeszcze wcześnie – jęknęła, starając się wrócić do spania.

– Dragan tu był? Czemuś mnie, cholero jedna, nie obudziła?! – fuknęła koleżanka.

– Przyszedł tylko na chwilę, pogadać i nie było sensu cię budzić.

– Mogę mu to oddać? – Dafne zatrzepotała marynarką – Proszę, proszę, proszę!

– Rób co chcesz, tylko daj mi spać, na Merlina!

Greengrass zeskoczyła z łóżka, po czym gwałtownie ściągnęła ciepły koc z błękitnookiej, gniewnie spoglądając na pannę Dumbledore.

– Wstawaj, leniu! – uśmiechnęła się szeroko – Do śniadania została godzina, a nie mam zamiaru pozwolić ci znowu zaspać! Nic dziwnego, że tak blado wyglądasz, skoro omijasz śniadania.

Lady westchnęła przesadnie głośno, zdając sobie sprawę z tego, że próby negocjacji z Dafne w tak świetnym nastroju, skazane były na porażkę. Jak na równie serdeczną, otwartą dziewczynę, potrafiła być okropnie uparta i nieustępliwa, jeśli na czymś jej zależało. Nie chcąc narażać się na drastyczniejszą pobudkę, – w tym temacie kreatywność blondynki nie znała granic – zwlokła się niechętnie z materaca i usiadła na krawędzi łóżka, przeciągając się. Strach było pomyśleć, skąd Dafne czerpała takie pokłady energii…jeszcze trochę, a zacznie prześcigać w tej sztuce samego mistrza Zabini’ego. Gallatea, powłócząc nogami, powędrowała do łazienki, chcąc oddać się porannej, rutynowej toalecie. Przez cały ten czas towarzyszyło jej szczebiotanie Ślizgonki, która z uporem maniaka rozpływała się nad cudownością boskiego objawienia, imieniem Dragan. Płomiennowłosa prychnęła, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Doskonale wiedziała jak wyjątkowy był turkusowooki i nie potrzebowała ciągłego przypominania – tym bardziej od kogoś, kto nie znał go ani trochę. Sięgnęła po szczotkę i rozpoczęła nierówną walkę ze splątanymi włosami, cały czas myśląc o przyjacielu. Zapewne ściągając go do Anglii, mocno pokrzyżowała jego plany, a za tym Luther nie przepadał, delikatnie rzecz ujmując. Początkowo nie była przekonana, co do pomysłu wciągnięcia kruczowłosego w życie Hogwartu, lecz od kiedy powrócił na dłużej do jej monotonnej codzienności…z każdym dniem coraz mocniej odczuwała to, jak bardzo za nim tęskniła. Nie mogła tego głośno przyznać, ani pozwolić, by to zauważył. Dragan wziąłby to za mocno do siebie i niechętnie wróciłby o podróżowania, po zakończeniu ich wspólnej myśli – zdarzało się to już kilkukrotnie w przeszłości. Związała włosy w wysoki, gładki kucyk, po czym oparła dłonie o krawędź umywalki, zaciskając mocno palce na szkle. Chciała, żeby turkusowooki podróżował. Był jej oczami na świat, jedynymi jakie posiadała i którym mogła bezgranicznie ufać. Otrząsnęła się z trudnych rozważań i wyszła z łazienki, zamieniając się miejscami z Dafne. Koleżanka spędzała u niej tak dużo czasu, że przeniosła część swoich rzeczy, układając je na udostępnionych przez gospodynię półkach. W sumie panna Dumbledore od początku tego roku czuła się jakby miała współlokatorkę i niespecjalnie jej to przeszkadzało – Greengrass zazwyczaj sypiała u siebie, chyba że martwiło ją kiepskie samopoczucie błękitnookiej. Dafne śpiewała głośno, biorąc szybką kąpiel, podczas gdy ognistowłosa szykowała ich mundurki, sprawdzając dokładnie, czy spełniały wyśrubowane wymogi dumnych reprezentantów Slytherinu. Blondynka radośnie wybiegła z łazienki, poderwała naszykowany strój i z przekąsem spojrzała na Lady.

– Mogę ci zapleść włosy? – rzucając mundurek na łóżko, zatrzepotała rzęsami.

– Myślałam, że ci się spieszy – zaśmiała się błękitnooka.

– Szybko nam poszło, a na urodę czas zawsze się znajdzie! No nie daj się prosić!

– Kacie, czyń swą powinność.

Tea przeniosła się na krzesło i odwróciła tyłem do koleżanki, podając jej leżący na biurku grzebień. Pojęcia nie miała, dlaczego Dafne aż tak bardzo lubiła bawić się w tworzenie misternych warkoczy, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Podejrzewała, że miało to jakiś związek z Astorią. Młodsza Greengrass wcześniej bardzo często chodziła w fryzurach, które z całą pewnością wyszły spod wprawnej ręki siostry, jednak z czasem się to zmieniło. Płomiennowłosa zerknęła przez ramię na blondynkę, której mina zdradzała znacznie więcej, niż zapewne chciała pokazać – wyglądała na przygaszoną. Coś zmieniło się między siostrami i Dafne nie znosiła tego za dobrze. Westchnęła cicho, powstrzymując się od zaczęcia tego tematu. Było jej szkoda koleżanki, lecz nie mogła na siłę wtrącać się w czyjeś sprawy rodzinne. Musiała jej wystarczyć nadzieja, że Greengrass sama powie o co chodzi, kiedy będzie na to gotowa. Po zakończonych sukcesem przygotowaniach, obydwie zeszły do Pokoju Wspólnego w którym zastały Dragana, rozmawiającego z Zabini’m, Malfoy’em oraz Flint’em. Kapitan, jak zazwyczaj, żywo gestykulował podkreślając wagę wypowiadanych, podniesionym głosem, słów – zatem tematem bez wątpienia był quidditch. Dafne wzięła głęboki oddech sprawdzając, czy aby na pewno ma przy sobie marynarkę i sprężystym krokiem ruszyła ku kolegom, co jakiś czas zerkając na towarzyszącą jej ognistowłosą. Jej dobry nastrój wyparował, gdy znalazła się ledwie kilka kroków od kanapy. Denerwowała się okrutnie, ponieważ z bliska Luther robił na niej jeszcze większe wrażenie – był dosłownie facetem doskonałym! Jak miała się do niego odezwać? Jak zacząć? Jaki ton wybrać?! Czy dobrze stała? Co jeśli ręce jej zadrżą, albo gorzej – nie będzie w stanie wykrzesać z siebie nawet jednego, składnego zdania?! Otrząsnęła się, gdy Dumbledore uderzyła ją lekko w plecy i uśmiechem dodała otuchy.

– Dragan… – szepnęła niepewnie blondynka.

– Hmm? – wymruczał starszy kolega, nie zawracając sobie głowy spojrzeniem na nią.

Greengrass, po raz kolejny, nabrała powietrza i gwałtownie wyciągnęła w jego stronę marynarkę, nieomal nie uderzając ręką Blaise’a w głowę.

– To twoje! Zostawiłeś na łóżku po tej nocy z Gallateą u niej w sypialni!

Wszyscy czterej spojrzeli na nią jednocześnie, bardziej lub mniej zaskoczeni tym co powiedziała. Zestresowana nie spostrzegła nawet, jak dwuznacznie mogły zabrzmieć jej słowa, a gdy zdała sobie z tego sprawę, spłonęła intensywnym rumieńcem. Łóżko…noc…sypialnia i to wszystko wciśnięte w jedno zdanie! Jeszcze nigdy nie czuła się tak zażenowana! Poczuła się znacznie gorzej na myśl, że jej durne paplanie mogło zawstydzić Teę, lub pokazać ją w złym świetle. Już zaczynała myśleć w jaki sposób się z tego zgrabnie wyplątać, kiedy usłyszała szczery wybuch śmiechu koleżanki. Lady śmiała się w głos, widząc zdezorientowane, osłupiałe miny kolegów, czym rozładowała bezbłędnie ciężkawą atmosferę. Dragan w pierwszej chwili nie wiedział jak zareagować, jednak widząc rozbawienie przyjaciółki uśmiechnął się szelmowsko i wstał z kanapy – skoro sytuacja rozwinęła się tak, a nie inaczej, miał okazję do zabawienia się niewielkim kosztem. Stanął bardzo blisko Greengrass, po czym delikatnie wyciągnął z jej dłoni marynarkę, przy okazji muskając koniuszkami palców skórę Ślizgonki, w sposób, który można było uznać za przejaw czułości. Jego nieoczekiwany dotyk wywołał przyjemny dreszcz, rozchodzący się po całym ciele Dafne z intensywnością potężnego eliksiru. Ogłupiała pojęcia nie miała jak zinterpretować niecodzienną poufałość, a Luther niczego nie zamierzał jej ułatwiać. Nachylił się ku dziewczynie, skracając i tak już nieduży dystans.

– Dzięki, blondasku – wyszeptał niskim, mruczącym głosem. – Noc w towarzystwie pięknych dam, to czysta przyjemność. Nawet jeśli zdarza im się chrapać.

Dafne stała sparaliżowana, głupkowato uśmiechając się do kruczowłosego. Oszołomiona nie zwróciła najmniejszej uwagi na przytyk z jego strony, całkowicie oddając się podziwianiu jego uwodzicielskiego uśmiechu – oszczędnego i tajemniczego, a przez to szalenie intrygującego. Turkusowooki, nie interesując się dłużej małolatą, zarzucił niedbale marynarkę na lewy bark i odwrócił się do kolegów. Nie mogąc odmówić sobie pogrania na nerwach chłopaków, przyciągnął do siebie pannę Dumbledore, która wciąż się śmiejąc przylgnęła do jego boku.

– Skoro ekipa w komplecie, chodźmy na śniadanie – przemówił lekkim tonem.

Wolną rękę wsparł na ramieniu Flinta. Kapitan, najwidoczniej zadowolony, wrócił do przerwanej rozmowy na temat rozgrywek oraz planowanego naboru do drużyny. Dafne dreptała obok błękitnookiej, maślanymi oczkami śledząc każdy ruch Luthera. Blaise i Draco trzymali się dwa kroki za nimi, a Dragan czuł wyraźnie szpilki ich wzroku utkwione w jego plecach. Kiedy odeszli kawałek od dormitorium, dyskretnie zerknął na tych dwóch kretynów przez ramię, z trudem powstrzymując salwę śmiechu. Zazdrość paskudnie wykrzywiała ich zacięte mordki, szpecąc chłopięce buźki. Zapewne sami nie byli świadomi, dlaczego w ogóle byli zazdrośni i o co im na dobrą sprawę chodziło – Luther nie sądził, żeby pojmowali coś tak fundamentalnego, jak prosta mechanika przyczynowo-skutkowa. Zależało im na pannie Dumbledore, a w nim zaczynali dostrzegać zagrożenie, czego spodziewał się od pierwszego dnia w szkole. Bali się o swoją pozycję i słusznie, bo nie miał najmniejszego zamiaru niczego im w życiu ułatwiać. Odwrócił się twarzą do Marcusa, odpowiadając pobieżnie na jego naiwne, głupkowate pytania. Wyśmienicie! Wszystko zaczynało układać się iście wybornie, dając mu nadzieję na rozpoczęcie wspaniałej rozgrywki! Malfoy i Zabini byli jeszcze bardzo młodzi, zapalczywi, nieostrożni, emocjonalni, dziecinni, paskudnie przewidywalni…żałośni i bezużyteczni!! Skoro już utknął wśród podatnych na manipulację ptasich móżdżków, zamierzał spróbować wykrzesać z nich cokolwiek pożytecznego, choć sam jeszcze nie wiedział, co konkretnie. Mógł podjąć próbę przekucia ich sentymentu do Vallerin w oddanie, które mogło się pewnego dnia okazać przydatną kartą w jego talii. W szóstkę wkroczyli do Wielkiej Sali, gdzie musieli się rozdzielić. Panna Dumbledore i reszta rozsiadła się na swoich miejscach przy końcu stołu, Marcus pognał do drużyny, a Dragan odszukał wzrokiem pewnego Puchona, z którym ostatnimi czasy zaczął się kumplować. Śniadanie upłynęło im tak jak codziennie, bez większych konfliktów, lub innych dramatów. Lekcje również nie przyniosły wyczekiwanej odmiany, prezentując dokładnie to do czego zdążyli się już przyzwyczaić. Po zakończonych zajęciach Greengrass i Zabini zdecydowali się obejrzeć trening reprezentacji Slytherinu i pokibicować Malfoy’owi. Draco zapytał Lady czy pójdzie z nimi, jednak miała zgoła inne plany – chciała pogadać ze znajomymi z Gryffindoru, żeby podtrzymać łączące ich relacje. Pożegnała Ślizgonów, nie wyjawiając im powodu odmowy, po czym pognała przed salę do wróżbiarstwa, chcąc tam zaczekać na postrzelone trio. Oparła się plecami o kamienną ścianę, zerkając co jakiś czas na ciężkie drzwi. Sama nie wybrała tego przedmiotu, ponieważ była za stara, żeby pokładać wiarę w niejasne przepowiednie. Zdążyła zbyt dobrze posmakować odwiecznej, niezmiennej prawdy: dla takich jak ona, opatrzność nie istniała. Nieśmiertelni sami kreowali swoje przeznaczenie, a jedna pochopna decyzja zawsze niosła za sobą daleko idące konsekwencje, których nie sposób było ani uniknąć, ani dokładnie przewidzieć w chwili jej podejmowania. Nie musiały uderzać w nich od razu…to byłoby za proste. Miesiące, lata, całe dekady później boleśnie przypominały im o przeszłości i cenie, jaką trzeba było zapłacić za przywileje bezkresnego żywota. Dawno już straciła wszelką wiarę we wróżby. Drzwi otworzyły się, wypuszczając z wnętrza pomieszczenia falę rozgadanych, lekko znudzonych Gryfonów. Z większością z nich witała się po imieniu, wymieniając zdawkowe uprzejmości, ale było również dość liczna grupa tych wciąż nieufnych, którzy mijali ją bez słowa, obrzucając wrogimi spojrzeniami. Cóż…zażyłość między wychowanką domu węża, a Gryfonami mogła budzić skrajne emocje i szybko nauczyła się nie zwracać na to większej uwagi. W gruncie rzeczy powinien interesować ją wyłącznie pan Potter i to na nim zamierzała się skupić. Harry wyszedł jako jeden z ostatnich, z ponurą miną tocząc cichą dyskusję z Ronem. Weasley, nieco rozdrażniony przeciągającą się rozmową, dostrzegł ją jako pierwszy i uśmiechnął się szeroko, mało elegancko, wskazując przyjacielowi płomiennowłosą palcem. Sama jej obecność natychmiast poprawiła nastrój zielonookiemu.

– Już myślałam, że nigdy stamtąd nie wyjdziecie! – zaśmiała się przybijając piątkę z piegowatym chłopcem – Gdzie zgubiliście Hermionę?

– A to by tam wiedział – prychnął Ron. – Znowu gdzieś polazła.

– Kłótnia w raju? – Tea uniosła zaczepnie brew.

– E tam, od razu kłótnia. Niby taka mądra jest, a wierzy w te wróżbiarskie głupoty i jeszcze innych straszy – naburmuszył się Weasley.

– Weź już przestań – warknął Harry.

– Spokojnie panowie! Nie ma wykłócać się o cudze gusta – objęła ich ramionami. – Znajdziecie dla mnie chwilkę?

Chłopcy potaknęli zgodnie, wspólnie z dziewczyną ruszając ku sali profesor McGonagall, gdzie mieli rozpocząć nadprogramowe zajęcia, narzucone im w ramach kary za zdemolowanie wraz z Fredem i Georgem Pokoju Wspólnego. Lady w spotkaniu z kolegami miała swój cel – chciała zapytać Pottera o incydent w pociągu. Ciemnowłosy początkowo się zmieszał, unikając udzielenia jasnej odpowiedzi, więc z pomocą przyszedł mu przyjaciel. Wciąż wstrząśnięty tamtym wydarzeniem Weasley, zaczął mało składnie opowiadać o podróży, nagłym zatrzymaniu pośrodku niczego i paskudnym dementorze, snującym się po wąskim korytarzyku wagonu. Milcząca powaga, z jaką panna Dumbledore słuchała relacji Rona, zachęciła Harry’ego do rozmowy. Doprecyzował jak czuł się podczas ataku i podjął próbę wyjaśnienia, jak z jego perspektywy do niego doszło, wzdrygając się na samą myśl o możliwości przeżycia tego po raz kolejny. Wyjaśnił również, że to Remus Lupin przyszedł mu z pomocą, po fakcie oferując kawałek czekolady na uspokojenie. Ognistowłosa zapamiętała wszelkie detale, zadając sobie jedno pytanie: po jaką cholerę dementor miałby atakować Pottera? Na podstawie tego co usłyszała mogła przypuszczać, że stwór pomylił chłopca z zagrożeniem, czego w żaden sposób nie potrafiła racjonalnie wytłumaczyć. Przychodziło jej do głowy co prawda kilka scenariuszy, ale żaden z nich nie brzmiał przekonująco – były za to okropnie przerażające. Ron nie mógł powstrzymać się przed kontynuowaniem tematu Hermiony i ich sprzeczki, wyjaśniając powody spięcia, z których wynikało, że Sybilla przepowiedziała Harry’emu rychłą śmierć. Symbolem tej makabrycznej wróżby miał być ponurak, którego pani profesor rzekomo ujrzała w fusach, na dnie filiżanki. Opisywane przez chłopców stworzenie, niepokojąco przypominało wielkiego psa, który jakiś czas temu usiłował zapolować na wybrańca. Weasley, chcąc podnieść na duchu kumpla, ostrymi słowami skrytykował wróżbiarstwo, określając je jako wymysły wątpliwej przydatności. Jego wypowiedź nie spodobała się Hermionie, choć sama nie wydawała się do wróżbiarstwa szczególnie przekonana.

– Też nie cenię wróżbiarstwa i mam poważne wątpliwości co do umiejętności profesor Trelawney – ognistowłosa przyznała bez zbędnej delikatności. – Musisz jednak zrozumieć, Ron, że Hermiona jest osobą bardzo ambitną i uzdolnioną. Lubi naukę i docenia korzyści, jakie z niej płyną. Ktoś taki jak ona nie chce słuchać, że traci swój czas na głupoty, chociażby sam tak uważał. Poczekaj trochę, a na pewno jej przejdzie.

– Ja będę czekał, aż się wielka dama raczy odbrazić! – burknął Weasley.

– Co zrobić? – błękitnooka roześmiała się.

– No…odbrazić. Takie przeciwieństwo obrażania – chłopak wzruszył ramionami.

Potter widząc pewną siebie minę przyjaciela i rozbawienie towarzyszki, również się roześmiał. Przywykł do tego, że Ron czasem wymyślał słowa, dlatego traktował to jak coś normalnego, lecz reakcja Gallatei przypomniała mu o dość zabawnej naturze tej skłonności przyjaciela. O Hermionie rozmawiali do końca wspólnej wędrówki. Stojąc przed drzwiami sali do transmutacji Lady zwróciła się w stronę Gryfonów, uśmiechając się do nich serdecznie.

– Na mnie czas, panowie. Jak spóźnię się na dodatkowe eliksiry, Snape każe mi szorować kociołki do końca przyszłego stulecia i jeden dzień dłużej.

– Przesadzasz – zaśmiał się Harry. – Nietoperz cię uwielbia.

– Może i tak, ale spóźnienia nie daruje – westchnęła ciężko. – Dragan zdążył go już porządnie wkurzyć, więc ma na nas oko. Powodzenia i widzimy się u Hagrida!

Dumbledore pomachała na pożegnanie kolegom, po czym pobiegła w stronę zejścia do lochów. Pomimo szaleńczego gnania przez korytarze, ledwo zdążyła przed rozpoczęciem zajęć. Nie kłamała mówiąc, że zdenerwowany Severus przyglądał się im bacznie, nie szczędząc drobnych złośliwości. Lekceważące podejście Luthera do zajęć, w połączeniu z jego naturalną arogancją, w końcu wyprowadziło mistrza eliksirów z równowagi. Snape uważał, że Dragan celowo podważa jego autorytet, zachowując się jak ostatni palant i miał stuprocentową rację. Kruczowłosego męczyła monotonia uczniowskiego życia, a im bardziej był znudzony, tym intensywniej zaczynał szukać rozrywek. Podobało mu się w jaki sposób nieszczęsny Severus okazywał złość, dlatego obecnie to właśnie na niego się uwziął, odpuszczając nieco Minervie. Dragan Luther był dla profesorów istną udręką, ponieważ nie byli w stanie przyłapać go na niewiedzy, ani w żaden sposób zagiąć – co wykorzystywał bezlitośnie. W pracy nauczyciela prawdopodobnie nie było niczego gorszego, od krnąbrnego, bezczelnego, wygadanego geniusza. Tea opadła na twardą ławę, tuż obok Dafne, niedbale rzucając swoją torbę na blat stolika. Greengrass zerknęła na nią uśmiechnięta od ucha do ucha i przesunęła książki, robiąc koleżance więcej miejsca. Już od zeszłego roku uczęszczały wspólnie na zajęcia dodatkowe – otwarte dla wszystkich chętnych. Panna Crown robiła to z nudów, Dafne w nadziei na spotkanie pewnego turkusowookiego aroganta o urodzie antycznego bóstwa i charakterze rodem z koszmarów. Luther w poprzednim roku chodził na te zajęcia z powodu uwiarygodnienia nadganiania różnic programowych, a został na nich, żeby móc poznęcać się nad Snapem. Siedział jak zawsze w pierwszej ławce, z nogami zarzuconymi na blat i fajką w kąciku ust. Towarzyszył mu Cedrik Digorry, z którym obecnie zawzięcie dyskutował śmiejąc się przy tym w głos. Z tego co wiedziała, Puchon dołączył do zajęć, ponieważ po skończeniu szkoły planował ubiegać się o stanowisko w Ministerstwie, a jego ojciec dobitnie uświadomił mu, jak ważne w procesie rekrutacji były stopnie z eliksirów. Cedrik bez dodatkowych zajęć, nie miał większych szans na wyszlifowanie dotychczasowej wiedzy, ani jej uzupełnienie. Na pierwszej lekcji Dragan przysiadł się do niego, oferując pomoc w nauce – takiej szansy nikt o zdrowych zmysłach by nie odrzucił. Pracowali więc razem podczas zajęć, a popołudniami spotykali się w bibliotece, ku konsternacji Lady. Zapytała przyjaciela wprost, czemu jest taki miły dla młodszego kolegi, wiedziała bowiem o jego ogólnej niechęci do poświęcania uwagi komukolwiek przypadkowemu i notorycznym braku czasu wolnego. Kruczowłosy oznajmił jej z rozbrajającym uśmiechem, że żal mu tego chłopaka, który jego zdaniem był zbyt łagodny i wrażliwy, a skoro i tak utknął pośród dzieciaków, co mu szkodziło podjęcie wyzwania podstępnego zmienienia Digorry’ego. Cedrik, nieświadomie, dzielnie opierał się demonicznym planom turkusowookiego, czym jedynie utwierdził go w pokrętnych zamiarach – znalazł koleje źródło rozrywki. Płomiennowłosa daleka była od stwierdzenia, iż Dragan mógł szczerze polubić Puchona, lecz wydawał się z nim dogadywać. Akurat w przypadku tego upiornego psychola tak daleko idące ustępstwo mogło być postrzegane jako nie lada postęp w relacjach międzyludzkich. Luther przywiązywał olbrzymią wagę do doboru swojego stałego towarzystwa, mając co do ewentualnych towarzyszy wygórowane oczekiwania, zakrawające o istną paranoję. Vallerin podejrzewała, że Dragan widział w Diggorym swoje przeciwieństwo. Cedrik posiadał niezwykle przyjemny, łagodny charakter oraz pociągającą fizjonomię – był wysoki, przystojny, wysportowany, wiecznie uśmiechnięty, dowcipny i dość małomówny. Delikatny chłopiec obdarzony urokiem znacznie odbiegającym od tego, którym odznaczał się Luther. W kruczowłosym niewiele pozostało z chłopięcej subtelności. Świadom był swego czaru i magnetyzmu, wprawnie wykorzystując obie te cechy w drodze do osiągnięcia wyznaczonego celu. Nie miał skłonności do płonięcia rumieńcem jak Puchon, o ile sam się do tego nie zmusił. Nie bywał szczerze zawstydzony, speszony, uroczo poddenerwowany…wieki temu stracił całą swą niewinność, która odeszła wraz z najważniejszą kobietą w jego życiu. Gadał dość dużo, choć nie zawsze chętnie. Dragan Luther roztaczał wszędzie wokół aurę pewnego siebie, inteligentnego, ujmującego, zabawnego kusiciela, czym celowo oddziaływał intensywnie na ludzi – płeć nie miała tu większego znaczenia, chociaż w przypadku kobiet jego urok czynił istne cuda. Doskonale przekalkulowaną i zaplanowaną grą pozorów, potrafił bezkonkurencyjnie manipulować tłumami, bez pokazywania komukolwiek swego prawdziwego oblicza. Niewielu wiedziało jaki Dragan był naprawdę, a jeszcze mniejsze grono było w stanie go rozumieć, co częstokroć wpędzało go w istną furię. Bardzo wcześnie poznał gorycz bycia odrzuconym, dlatego uparcie izolował się od ludzi, przywdziewając misterne maski za którymi czuł się bezpieczny. Niezliczone oblicza przysłaniały przed wzrokiem ciekawskich jego życiowe doświadczenie – ciężkie, traumatyczne i cholernie bolesne. Wiele razy powtarzał, że w pełni sobą mógł być tylko przy niej, ponieważ kochała go tak samo, pomimo ujrzenia całej, okrutnej prawdy o tym kim był. Dla reszty świata pozostał hipnotyzującą, zniewalającą zagadką, czego dokonały przykład panna Crown miała tuż obok siebie. Od kiedy przyszła, Dafne jedynie na kilka sekund oderwała od niego wzrok, z uporem nawiedzonego maniaka wpatrując się w profil turkusowookiego. Od poranka blondynka zdążyła z pięćdziesiąt razy przeprosić przyjaciółkę za kłopotliwą sytuację z oddaniem marynarki. Gallatea nie miała o to żalu do koleżanki, ponieważ wiedziała, że takie właśnie skutki niosło za sobą oddziaływanie Dragana – wiele duszyczek kompletnie traciło dla niego głowę. Nie miała serca powiedzieć Greengrass, że jej uczucia względem starszego kolegi nigdy nie zostaną odwzajemnione…dziewczyna za bardzo cieszyła się samym faktem zauroczenia oraz nielicznymi, serdecznymi gestami sympatii swego księcia z bajki – choć bliższym prawdy byłoby powiedzenie z koszmarów. Spojrzała na przyjaciela, słysząc kolejny wybuch jego sztucznego, wyuczonego śmiechu. Znała doskonale pustkę, którą przysłaniał pozornym ekstrawertyzmem. Dragan, którego niestrudzenie grał w murach szkoły, a prawdziwy Dragan ukrywający się pod tymi wszystkimi gierkami to dwie diametralnie różne osoby i zastanawiała się, kiedy hamulce mu puszczą dopuszczając do głosu czystą naturę. Niewesołe rozważania przerwał Severus, który efektownie wpadł do sali, czyniąc zadość przyzwyczajeniu. Trzaskanie drzwiami, głośne westchnięcia obrzydzenia i gromy słane za pomocą spojrzenia, były stałym elementem jego repertuaru, na które z łatwością można było się uodpornić. Nieco dłużej czarne oczy nauczyciela zatrzymały się na porcelanowej twarzy panny Dumbledore. Severus musiał się pilnować, by nie zdradzić zaniepokojenia, co przyszło mu z trudem. Vallerin nie wyglądała najlepiej…była bardzo blada, nawet jak na nią, i wydawała się niewyspana przez ciemne sińce, szpecące biel jej skóry. Pospiesznie odwrócił do niej wzrok, notując w pamięci, że powinien do niej zajrzeć wieczorem i zapytać co się dzieje. Przestał się rozczulać, kiedy napotkał turkusowe oczy. Luther uśmiechał się szyderczo, przerzucając ostentacyjne karty podręcznika z manierą znudzonego, bezczelnego gówniarza. Wkurzający gnojek już od samego wejścia chciał go sprowokować! Dragan z dnia na dzień robił się coraz bardziej zuchwały i irytujący, widocznie odnajdując przyjemność w dręczeniu bogu ducha winnej kadry. Zachowywał się zupełnie jakby chciał wszystkim dać znać, że nie ma najmniejszej ochoty na siedzenie w tym zamku, a oni mogą mu co najwyżej książki nosić, zamiast chociażby próbować przekazać mu swoje bezwartościowe doświadczenia. Mistrz eliksirów odetchnął głęboko, powtarzając samemu sobie do znudzenia, by nie dał się wciągnąć w gierki tego cholernego skurczybyka. Wypuścił powoli powietrze, wracając do względnej równowagi. Już nie z takimi palantami musiał sobie w życiu radzić.

                 Płomiennowłosa rozmawiając z Dafne, po zakończonych eliksirach, wyszła wraz z nią na korytarz. Snuły plany jak zorganizować sobie przerwę i nie przychodził im do głowy żaden szczególnie ekscytujący pomysł – mogły albo pouczyć się w bibliotece, albo posiedzieć w pokoju Dumbledore. Standardowe rozrywki, na jakie pozwalała im długość okienka. Dogonił je Luther, który bezceremonialnie zarzucił ręce na ramiona dziewcząt, zatrzymując je w miejscu.

– Widzimy się później, Galli? – uśmiechnął się do Lady.

– Jasne, tylko tym razem nie zapomnij! – potargała mu włosy, na co dość chętnie pozwolił.

– Dobrze, mamo – przewrócił oczami. – Powiedzcie chłopakom, jak ich spotkanie. Ej blondyna, możemy chwilę pogadać?

Dafne spojrzała na starszego kolegę zszokowana nieoczekiwaną propozycją. Nigdy nie sądziła, że Dragan kiedykolwiek będzie chciał rozmawiać z nią w cztery oczy – w jej odczuciu, kruczowłosy najczęściej ledwo tolerował jej obecność. Mimowolnie cała drżała podekscytowana możliwością spędzenia czasu sam na sam z tym chodzącym bożyszczem! Lady była niemniej zaskoczona nagłą zmianą jego nastawienia, jednak w przeciwieństwie do Greengrass, wiedziała doskonale, że turkusowooki musiał coś kombinować – pytanie tylko co tym razem. Tak czy inaczej nie mogła otwarcie zaprotestować. Nie widząc ledwo wstrzymywaną radość koleżanki…stała więc nieruchomo, obserwując jak Dafne niemalże podskakuje, oddalając się u boku kruczowłosego. Miała iść dama do dormitorium, ale ktoś ją przed tym powstrzymał.

– Panno Dumbledore? – usłyszała tuż za sobą.

Odwróciła się powoli, nie rozpoznając tego głosu i uśmiechnęła się widząc twarz rozmówcy. Zdecydowanie działo się tu coś nietypowego.

– Panie Diggory – dygnęła wdzięcznie.

– Mogę odprowadzić cię na zajęcia? – podsunął jej ramię.

– Obawiam się, że długo musiałbyś mnie odprowadzać – zaśmiała się lekko. – Mam godzinę przerwy przed Opieką nad Magicznymi Stworzeniami.

– Dobrze się składa. Powinienem iść na trening, ale ostatnio przeciążyłem bark i drużyna kazała mi odpuścić – uśmiechnął się nieśmiało, drapiąc się po karku.

– Troszczą się o formę swojego kapitana – Ślizgonka skorzystała z szarmancko podsuniętego ramienia.

– Wiesz, że jestem kapitanem?

– Oczywiście! Marcus wie sporo o innych drużynach i lubi dzielić się z nami swoją wiedzą. Więc? Gdzie pójdziemy?

– Na błonia? Tam możemy w spokoju posiedzieć, a później odprowadzę cię do Hagrida.

Potaknęła elegancko, ciesząc się nieoczekiwanym towarzystwem kogoś nowego. Idąc korytarzem z Diggorym czuła na sobie nienawistne spojrzenia uczennic. Powinna być skrępowana taką uwagą, jednak zdążyła do tego przywyknąć – w końcu często chodziła w ten sposób z Draganem u boku. Cedrik słusznie cieszył się opinią jednego z najprzystojniejszych podopiecznych Hogwartu, prawdopodobnie dzierżąc zaszczytny tytuł czołowego przystojniaka zanim pojawił się Luther. Odprowadzani czujnymi, natarczywymi zerknięciami wyszli poza mury szkoły. Puchon zaprowadził ją na szczyt jednego z niewielkich wzniesień, po czym zdjął marynarkę i rozłożył ją w cieniu rozłożystego dębu. Zaczekał aż dziewczyna usiądzie wygodnie i przysiadł w nienachalnej odległości, pilnując się, by nie wpatrywać się w nią krępująco. Kątem oka obserwował, jak chłonęła widok na Zakazany Las, rozpościerający się nieprzejednaną gęstwiną po samą linię horyzontu. Chociaż siedzieli w ciszy, nie czuł się tym w żaden sposób zaniepokojony – była to przyjemna odmiana. Tea wyciągnęła smukłą szyję i przymykając oczy, cieszyła się ciepłymi podmuchami wiatru. Dopiero w tej chwili Cedrik zaczął patrzeć na nią znacznie bardziej bezpośrednio i wciąż milcząc, uważnie wlepiał wzrok w to fascynujące zjawisko. W końcu, ganiąc samego siebie za tchórzostwo, postanowił się odezwać.

– Masz piękny kolor włosów, wiesz? – zabrzmiał bardzo niepewnie, niemal dziecinnie.

– Kiedyś bardzo go nie lubiłam i robiłam wszystko, żeby się go pozbyć. Chciałam być bardziej podobna do moich krewnych, a ta czerwień wygląda dziwacznie…

Roześmiała się na wspomnienie nieudolnych prób upodobnienia się do swoich braci. Wszyscy czterej mieli ciemne włosy i tylko ona od nich odstawała. Jej moc już wystarczająco oddalała ją od Lordów…chciała być taka jak oni, chociażby dzięki fizycznemu podobieństwu, jednak co by nie robiła uparty rubin jej na to nie pozwalał. Z czasem po prostu się poddała.

– Nie prawda! – Cedrik ostro zaprotestował – Ten kolor może jest niespotykany, ale dzięki temu twój własny i niczyj inny. Mieni się w promieniach słońca, jakby płonął.

Uchyliła lekko powieki i spojrzała na kompana, który wydawał się nieco skrępowany pomimo pozornie spokojnego tonu. Uroczy facet.

– Dziękuję – mrugnęła do niego.

– Ekhm…Tea, wyciągnąłem cię ze szkoły, bo chciałem o coś zapytać. Jesteś blisko z Draganem, prawda?

– Chyba można tak powiedzieć.

– Nie wydaje ci się ostatnio jakiś taki…przybity?

Ognistowłosa, zbita z tropu pytaniem, wejrzała głęboko w oczy kolegi i uśmiechnęła się blado widząc troskę, migoczącą w jego jasnoszarych tęczówkach. Cedrik Diggory przejmował się jej przyjacielem, za co była mu wdzięczna. Rzadko kto był w stanie dostrzec cienie, wyłaniające się spod szczelnych masek Dragana, jeżeli sam nie chciał ich pokazać. Co jej szkodziło podzielić się z tym chłopcem własnymi obawami – oczywiście niekoniecznie wprost.

– Dragan jest dość skomplikowanym facetem. Ma ciężką sytuację rodzinną, ale nie chce o niej rozmawiać. O wielu rzeczach nie chce mówić. Pojęcia nie mam, co dokładnie się tam wydarzyło i chociaż próbowałam, nie mogę zebrać się na odwagę, żeby go przycisnąć. Wiesz…martwię się o niego.

Puchon patrzył na Lady oczarowany. Obserwował pannę Dumbledore od kiedy rozpoczęła naukę w szkole i przez cały ten czas nie mógł się na nią napatrzeć. Była taka…inna – eteryczna, ulotna, inteligentna, ciepła, miła i obdarzona nieodpartym wdziękiem. Za każdym razem, gdy słyszał jej dźwięczny głos, przechodziły go ciarki. Idąc korytarzem rozglądał się za kaskadą długich, ognistych włosów, często ignorując wszystko co działo się wokół niego. Olewał rozmówców, ponieważ każda jednak sekunda, w której mógł patrzeć na Gallateę sprawiała mu ogromną przyjemność. Jej przepiękny śmiech, wysublimowana uroda, subtelne gesty, sposób chodzenia…to jak błyszczały jej cudowne, lazurowe oczy…nie potrafił opisać słowami co czuł. Może nie potrafił, a może sam nie wiedział? Nigdy nie odczuwał niczego podobnego. Teraz ta doskonała istotka siedziała tuż obok niego, przyprawiając go bez mała o zawroty głowy. Widział kosmyki rubinowych włosów, tańczące na łagodnym wietrze. Czuł bijący od niej zniewalający zapach róż oraz jaśminu. Nuta smutku, którą wychwycił w jej głosie, sprawiła mu niemalże fizyczny ból. Nie chciał nigdy więcej usłyszeć podobnego tonu! Nie z jej ust. Zerknął na porcelanową, szczupłą dłoń zatopioną w niewysokiej, soczyście zielonej trawie. Nie mogąc dłużej walczyć z podszeptami nagromadzonych emocji, musnął małym palcem jej nadgarstek, uznając bardziej zdecydowany gest za coś bezczelnego. Pospiesznie cofnął rękę, czując niezrównany aksamit jej skóry. Nieprzyjemny rumieniec rozpalił jego policzki, ściągając go brutalnie na ziemię. Co on najlepszego niby wyprawiał?! Musiał się opanować, zanim coś sobie ubzdura! Im dłużej przyglądał się Tei, tym boleśniej docierało do niego, że ta dziewczyna była poza jego zasięgiem…nie ważne jakby się nie starał, nie mógł i co ważniejsze nie powinien sięgać w jej stronę. Gallatea znacznie lepiej pasowała do Dragana, niż do niego – w jego przekonaniu Luther był chodzącym ucieleśnieniem marzeń każdej damy. Po raz kolejny był zmuszony zwyzywać się w myślach od tchórzy. Wolał sobie od razu odpuścić, niż narazić się na odrzucenie, a przecież odmowa nie mogła go zabić!

– Poszłabyś ze mną do Hogsmeade? – bąknął, unikając za wszelką cenę wzroku koleżanki. Kretyn! To nie tak miało zabrzmieć! Może zdąży to wyprostować, zanim całkowicie się pogrąży. – Chcę kupić coś Draganowi, jako wyraz wdzięczności. Codziennie przesiaduje ze mną w bibliotece, a najłatwiejszym uczniem nie jestem. Chciałbym mu to wynagrodzić, ale nie wiem za bardzo co on lubi.

– Tego chyba nikt nie wie! – Lady uśmiechnęła się szeroko – Postaram się pomóc coś wybrać.

Kompletnie zgłupiał, podziwiając jej uśmiech. Wydawał się odmienny od tych, które często widywał – cieplejszy i słodszy. Puchon nie miał szans wiedzieć o tym, że właśnie oglądał prawdziwy uśmiech panny Crown, zamiast tego którym posługiwało się jej dziecięce alter ego. Chciał jeszcze coś dodać, jednak przeszkodził mu dobiegający zza pleców okrzyk.

– CED!!!

Obydwoje odwrócili się w kierunku miejsca, z którego dobiegał głos. Ku nim gnał dość rosły chłopak o półdługich, brązowych włosach, ubrany w strój do quidditcha odpowiedni dla reprezentacji Hufflepuffu. Zawodnik, dysząc ciężko, zatrzymał się przy pniu dębu i pochylił się, opierając dłonie na kolanach. Przez kilka sekund łapał oddech, najwidoczniej zmęczony bieganiem w pełnym rynsztunku.

– Szukałeś mnie, Tony? – Diggory wstał.

– Taa…wiem, że miałeś odpoczywać, ale mógłbyś zajrzeć na boisko? Chyba coś źle robimy w utrzymywaniu formacji, bo mało się o siebie nie zabijamy – chłopak zerknął na płomiennowłosą. – Anthony Rickett, możesz mówić Tony.

Puchon otarł dłoń o spodnie i wyciągnął ją w kierunku Ślizgonki. Uścisnęła jego prawicę z delikatnością, odpowiednią dla młodej damy i korzystając z jego pomocy wstała.

– Gallatea Dumbledore, wystarczy Tea – uśmiechnęła się czarująco.

– Tak wiem, wnuczka dyrektora! – Rickett wyszczerzył rząd równych, białych zębów – Strasznie jest mieć dziadka non stop w szkole, co? Ja to bym zgłupiał.

– Mnie to nie przeszkadza, bo wcześniej rzadko go widywałam, przez jego pracę.

– Jak radzisz sobie ze Snapem? Ten typ to dopiero jest straszny. Aleś nas wszystkich zaskoczyła tym Slytherinem! Niesprawiedliwe! Tym gadzinom, bez urazy, znowu dostała się ślicznotka, a my musimy zadowolić się profesor Sprout – jęknął z rozbawieniem.

– Przesadzasz! Co z Carolyn Boggot? Zabini nie raz mówił, że jest śliczna.

– Zajęta.

Jeszcze przez chwilę rozmawiała z Tonym, który wydał jej się interesującym młodym człowiekiem. Miał łagodne spojrzenie, przyjemny głos i cudowne poczucie humoru – w jego ciemnoniebieskich oczach nieustannie tliły się zaczepne, figlarne iskierki. Rickettowi dobrze gadało się z Dumbledore, ale czas go gonił, więc powtórnie spojrzał na Diggory’ego.

– To jak? Wpadniesz nas przypilnować, kapitanie?

Cedrik zerknął na towarzyszkę, nie mając ochoty iść na trening. Wolał zostać z Teą i jeszcze trochę z nią porozmawiać, jednak poczucie obowiązku zwyciężyło nad osobistymi preferencjami. Poważnie pochodził do swojej roli w drużynie i nie chciał ich zostawiać. Uśmiechnął się słabo do błękitnookiej, chcąc ją w ten sposób przeprosić.

– Już idę – schylił się po swoją marynarkę.

– Świetnie!

Tony ruszył w drogę powrotną na boisko, automatycznie chwytając dłoń ognistowłosej. Ciągnął ją za sobą, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. Szedł tak energicznie, że musiała za nim truchtać, żeby ręki jej nie wyrwał, co troszkę ją bawiło. Zaniepokoiła ją nieobecność Diggory’ego, więc zerknęła przez ramię uważając, by nie zderzyć się z Anthonym. Miała rację…szarookiego nie było nigdzie w pobliżu. Zamiast iść z nimi, stał jak wryty obok dębu z niedowierzaniem patrząc w ich stronę. Dziewczyna niekoniecznie wiedząc co zrobić, szarpnęła delikatnie ręką Ricketta. Chłopak nie zatrzymując się spojrzał na nią z uśmiechem.

– Mam zwolnić?

– Byłoby miło, ale nie o to mi chodziło. Wasz kapitan chyba się popsuł.

Brązowowłosy zatrzymał się i przez chwilę szukał wzrokiem kolegi. Zaklął pod nosem, zirytowany tym, że pomimo uciekającego czasu Diggory nie raczył ruszyć tyłka.

– Zwoje mu się przepaliły czy co? – mruknął cicho – Ced, idziesz czy nie?!

Podniesiony głos przyjaciela wyrwał szukającego z cudacznego marazmu. W zaledwie kilku krokach znalazł się przy pozostałej dwójce, niespokojnie zerkając na palce Tony’ego oplecione ciasno wokół dłoni Ślizgonki.

– Nie przeszkadza ci to? – z krzywym uśmiechem zwrócił się do Dumbledore.

– Bardziej bawi – wzruszyła ramionami.

Prawdopodobnie dopiero w tym momencie do Ricketta dotarło, że raczej nie powinien ciągnąć za sobą nowo poznanej dziewczyny, nie pytając jej o zdanie – w dodatku praktycznie biegnąć. Puścił rękę Lady i zaplótł dłonie na karku, uśmiechając się szeroko. Często mu się zdarzało działać zanim pomyślał, przez co pakował się w różne głupie sytuacje.

– Przepraszam. Nie pomyślałem, że mogłoby być to dla ciebie niekomfortowe.

Choć słowa wyrażały skruchę, próżno było szukać w jego głosie żalu bądź zawstydzenia. Tony brzmiał raczej jakby był tak samo rozbawiony jak panna Crown. Przyjęła przeprosiny i razem z chłopakami udała się na boisko, nie mając lepszych planów. Kiedy tylko dotarli na murawę, Cedrik przeprosił ją i pobiegł z Tonym do reszty drużyny. Dumbledore usiadła na trawie, przez dłużą chwilę obserwując ożywioną dyskusję między Puchonami. Wydawali się bardzo zgrani i radości, co było krzepiącym widokiem. Korzystając z możliwości samotnego odpoczynku położyła się na plecach i wbiła wzrok w białe, lekkie obłoki mknące po niebie. Lubiła patrzeć w nieboskłon, choć szczerze wolała to robić nocą w towarzystwie Dragana – obydwoje mieli słabość do bezkresu otaczającego ich wszechświata. Pamiętała doskonale kiedy po raz pierwszy spędzili całą noc leżąc w ogrodzie i obserwując gwiazdy. Rozmawiali wtedy o swoich najtrudniejszych przeżyciach, budując nierozerwalne więzy łączące ich do tej pory. Zdziwiła się, gdy jej twarz przysłonił cień. Diggory pochylał się nad nią z delikatnym uśmiechem, lecz całą uwagę skupiła na czymś zupełnie innym – Cedrik wpatrywał się w nią z naznaczoną smutkiem czułością. Nie potrwało to na tyle długo, by mogła wychwycić źródło tego dziwnego spojrzenia, ponieważ Puchon położył się obok niej. Rozmawiali przez cały trening Hufflepuffu, co jakiś czas robiąc sobie przerwę na skontrolowanie taktyki drużyny. Godzina spędzona w towarzystwie szarookiego utwierdziła ją w przekonaniu, że był zupełnie inny niż Luther – potwierdzała się teoria o przeciwieństwach. Szukający przeprosił ją kilkukrotnie za zachowanie Anthony’ego, tłumacząc uparcie, że kolega miał już taki bezpośredni charakter. W sumie nie wiedziała dlaczego był przekonany o tym, iż musiała poczuć się urażona, ale zapewnianie go o braku pretensji niewiele dawało. Zgodnie z wcześniejszą obietnicą Cedrik odprowadził ją na zajęcia gajowego, a jako że mieli dość sporo czasu, mogli pozwolić sobie na spokojny spacer. Diggory w uprzejmy, pozbawiony oceniającego tonu, sposób zapytał ją o znajomość z Harry’m, Ronem i Hermioną – nawet jemu zażyłość między Ślizgonką i Gryfonami wydawała się mocno dziwna.

– Lubię ich – odpowiedziała krótko.

– Tylko tyle? – nie wydawał się przekonany.

– Potrzeba czegoś więcej? Jeśli kogoś lubisz to dom do którego go przydzielono nie powinien mieć żadnego znaczenia. Sam masz sporo znajomych z innych domów.

– Nie obraź się, ale ja jestem z Hufflepuffu. Dla nas przyjaźnie między domami nie są niczym nadzwyczajnym, ale zawsze myślałem, że Slytherin akceptuje tylko kumplowanie się z Krukonami.

– Jesteś tu dłużej ode mnie, więc prawdopodobnie masz rację – zaśmiała się perliście. – Nie mam wpływu na upodobania innych Ślizgonów, jednak jeśli z kimś dobrze mi się rozmawia i miło spędza czas, to nie widzę powodu, żeby z tego rezygnować bo reszta będzie na mnie krzywo patrzyła.

– Tak jak w moim przypadku? – zapytał opuszczając wzrok.

Przez kilkanaście koszmarnie długich sekund, które upłynęły między pytaniem a odpowiedzią, serce waliło mu jak oszalałe. Tea co prawda zgodziła się na wspólne wyjście, lecz nie mógł mieć pewności czy zrobiła to ze względu na chęć spędzenia z nim czasu, czy jedynie koleżeńską pomoc w wyborze prezentu dla Dragana. Nieświadomie przygryzł dolną wargę, modląc się, żeby wreszcie coś powiedziała.

– Dokładnie! – uśmiechnęła się promiennie – Świetnie się z tobą bawiłam.

Te słowa…no i uśmiech…poczuł jak po raz kolejny rumieńce oblewają mu całą twarz. Ulga jakiej zaznał natychmiastowo rozluźniła wszystkie mięśnie, powstrzymując szaleńcze bicie serca.

– Też dobrze się bawiłem – zdołał opanować głos.

– Musimy częściej się spotykać. To mój rocznik.

Cedrik mało chętnie spojrzał we wskazanym kierunku. Rzeczywiście zatrzymali się bardzo blisko trzeciorocznych, ściągając na siebie uwagę kilkunastu par, niezdrowo zainteresowanych, oczu. Dumbledore to nie robiło różnicy, ale jej towarzysz wyraźnie przygasł nie czując się najlepiej w ogniu oceniających spojrzeń. Żeby oszczędzić mu dalszego dyskomfortu odsunęła się o krok.

– Dziękuję za odprowadzenie, Ced.

Diggory miał dość. Wszyscy się na nich gapili, lecz w tym momencie najzwyczajniej miał to gdzieś. Zdrobnienie jego imienia…zabrzmiało niczym najpiękniejsza muzyka. Podszedł do błękitnookiej i pozwolił sobie na chwycenie jej dłoni, którą uniósł do ust składając na niej subtelny pocałunek.

– To była dla mnie przyjemność. Biegnij na zajęcia.

Jeszcze przez moment stał obserwując jak Dumbledore się oddala. Odszedł dopiero, gdy stanęła obok Greengrass cała i zdrowa. Kiedy Cedrik zniknął z pola widzenia, Pansy szturchnęła pannę Crown w ramię, chcąc zwrócić jej uwagę.

– Musisz mi powiedzieć jak ty to robisz! – pisnęła nieprzyjemnie – Najpierw Luther, a teraz Diggory?!

– Nie za bardzo rozumiem – Gallatea zamrugała zdezorientowana.

– Przestań, Tea! Dwóch największych przystojniaków w szkole od tak spędza z tobą czas. Działasz jak jakiś magnes na nich, czy co? – do rozmowy wtrąciła się Dafne.

– Bo ja wiem, normalnie się zachowuję – wzruszyła obojętnie ramionami. – Jeśli już mowa o Draganie, to czego chciał?

– Tajemnica – Greengrass zatrzepotała rzęsami. – Później ci powiem.

Ślizgonki rozmawiały jeszcze przez dłuższy czas, ponieważ Parkinson i Dafne uparcie dążyły do poznania sekretu powodzenia koleżanki. Nie dopuszczały myśli, że zwyczajnie potrafiła się z chłopakami dogadać, nie traktując ich jak obiektów ciągłych westchnień. Lady nie mając pojęcia o co to całe zamieszanie, wprawnie lawirowała między kolejnymi pytaniami – starając się udzielać wymijających odpowiedzi. Pogrążone w dyskusji dziewczęta nie zauważyły, że przez cały czas Draco uważnie się im przysłuchiwał, a im dłużej słuchał tym bardziej był zirytowany. Blaise jeszcze nie dotarł i nie miał z kim pogadać, żeby się rozładować – tylko Zabini mógł go zrozumieć. Cedrik Diggory! W prawdzie rozumiał doskonale, że tego gościa można było bez problemu polubić, ale żeby i on zaczął kręcić się koło Gallatei? Dragan był już wystarczającą przeszkodą…Zeskoczył z kamienia na którym siedział, po czym stanął między Crabbem i Goylem. Miał ochotę zrobić coś dziecinnego. Zwykłą relaksującą głupotę dzięki której poczułby się lepiej. Wybór okazał się szalenie prosty, bowiem niedaleko stał Potter. Blondyn pospiesznie naradził się z kolegami mając pewność, że tych dwóch idiotów przyłączy się do niego bez wahania. Już po chwili nabijali się w najlepsze z Pottera mizernie udając dementorów, co okazało się zdumiewająco skuteczną zagrywką. Harry, dręczony wspomnieniami spotkania w pociągu, automatycznie odskoczył od zagrożenia, prowokując lawinę szyderczego śmiechu większości Ślizgonów. Nagły wybuch kpiącego rechotu ściągnął uwagę, wciąż zagadanych, dziewczyn. Dumbledore widząc co się dzieje bezzwłocznie weszła między swoich durnych kolegów, przy okazji trącając mocno Malfoy’a w bark. Przyklęknęła przy roztrzęsionym i złym Harry’m, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– W porządku? – zapytała łagodnie.

– Nie za bardzo, wiesz? Jak możesz się z nimi zadawać?! Są podli… – nawet na nią nie spojrzał.

Zerknęła na Rona i Hermionę. Weasley tylko się skrzywił, a Granger przeprosiła ją wzrokiem. Poddenerwowana Lady pogłaskała delikatnie ramię Gryfona i wstała gwałtownie, odwracając się w stronę trzech kretynów. Tym razem przesadzili! Widziała w jakim stanie był Potter…bardzo przeżywał konfrontację z dementorem, co potrafiłby pojąć każdy, kto choć raz spotkałby się twarzą w twarz z tym stworem – uczucia wysysania szczęścia nie dało się zapomnieć. Podeszła wprost do Draco ignorując pozostałych chłopców.

– Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolony – syknęła.

– Przyznaję, całkiem nieźle wyszło – spojrzał jej prosto w oczy, z pogardliwym uśmieszkiem.

No to się smarkacz doigrał! Miała ogromną ochotę na użycie argumentu siły, więc podniosła rękę, by wymierzyć temu rozpuszczonemu dzieciakowi zasłużony policzek, jednak zanim zdążyła go uderzyć poczuła oplatające ją ramię. Zabini…wszędzie rozpoznałaby jego zapach.

– Coś się stało, księżniczko? – starał się zabrzmieć beztrosko, co kompletnie nie wyszło.

– Zapytaj błazna i jego dwóch giermków.

Zdecydowanie wyszarpnęła się z uścisku kolegi, wyminęła go i dołączyła do zdumionych, chamskim zachowaniem księcia Slytherinu, dziewczyn. Blaise kłócił się cicho z Draco, coraz bardziej wkurzony na kolegę. Ciągnęli sprzeczkę dopóki nie przerwało im przybycie Hagrida, który bez ociągania się rozpoczął zajęcia. Podekscytowany gajowy z szczerą ekscytacją opowiadał o hipogryfach, wciągając bez reszty słuchaczy w fascynujący świat tych szlachetnych, dumnych stworzeń. Rubeus nie miał zamiaru poprzestawać na teoretycznym omówieniu prawidłowego podejścia do tych wymagających zwierzaków, chcąc urozmaicić zajęcia ćwiczeniami praktycznymi. Przyprowadził Hardodzioba, jednego z hipogryfów którymi na co dzień się opiekował, uznając go za najłagodniejszego młodziaka w stadzie. Prezentując imponujące stworzenie uczniom zapytał, czy jest wśród nich chętny na zmierzenie się z próbą obłaskawienia Hardodzioba. Hipogryfy były imponującymi, majestatycznymi zwierzętami, lecz w ich potężnej budowie oraz bystrym spojrzeniu czaiła się nuta budzącej lęk dominacji – wyglądały na dość groźne. Ani Ślizgoni, ani Gryfoni nie rwali się do bliskiego spotkania z Hardodziobem. Wyraźny opór przełamał dopiero Harry, który nie do końca dobrowolnie został „ochotnikiem”. Uradowany Hagrid nie pozwolił mu się wycofać, przez cały czas pilnie instruując ucznia, by bez problemu przebrnął przez piekielnie ważny ceremoniał podejścia – pomimo czujności Rubeusa, Potter rozsądnie zachowywał ostrożny dystans. Gryfon uzyskał aprobatę Hardodzioba i już cieszył się możliwością bezpiecznego odejścia, lecz gajowy miał wobec niego inne plany. Śmiejąc się głośno poderwał zielonookiego i posadził go na grzbiecie hipogryfa, posyłając ku podniebnej przejażdżce. Podczas gdy Harry szalał ponad wodami jeziora, Hagrid wrócił do wyjaśniania bezwzględnej konieczności delikatnego, precyzyjnego postępowania z hipogryfami, przestrzegając przed konsekwencjami łamania zasad bezpieczeństwa. Potter wkrótce wrócił, witany pełnymi podziwu spojrzeniami reszty uczniów. Draco zerkając w kierunku Tei był przekonany, że podzielała reakcję tłumu. Nie za bardzo wiedział, dlaczego właściwie zrobił to co zrobił. Czy kierowała nim zazdrość o powszechne wyrazy uznania dla Pottera; chęć udowodnienia, że był od niego znacznie lepszy, czy też przemożne pragnienie zaimponowania wszystkim? Pojęcia nie miał. Faktem jest to, że zrobił coś niewyobrażalnie idiotycznego, nie myśląc o możliwych następstwach własnej głupoty. Z butną miną, aroganckim krokiem ruszył ku hipogryfowi, podniesionym głosem obrażając zwierzę. Sprawę z tego w co się wpakował zdał sobie dopiero wtedy, gdy rozzłoszczony Hardodziob wstał na tylne łapy szykując się do ataku. Za późno było na ucieczkę, więc blondyn zamknął oczy i zasłonił się ramionami, wyczekując bezradnie nieuchronnego ciosu. Mocniej zacisnął powieki, kiedy otoczyły go przytłumione krzyki przerażenia, nie poczuł jednak żadnego bólu. Skonsternowany powoli otworzył oczy, a pierwszym co zobaczył były długie, płomienne włosy tuż przed jego twarzą. Poczuł mocny ucisk, ściskający mu serce z siłą imadła. Uderzył w niego metaliczny zapach – rozpoznawał go, jednak nie chciał uwierzyć. Nie mógł dłużej wypierać rzeczywistości, gdy dostrzegł krew ściekającą po jasnej skórze panny Dumbledore oraz lśniące, potężne szpony. Hipogryf opadł na trzy łapy, pazury czwartej wciąż wbijając głęboko w bark panny Crown. Przerażony Draco cofnął się o krok, wpadając tym samym na osłupiałego Blaise’a. Otaczała ich kompletna, niezmącona cisza. Wszyscy łącznie z Hagridem wpatrywali się zszokowani w Ślizgonkę i Hardodzioba. Hipogryf delikatnie oparł łeb na jej zdrowym ramieniu i muskał dziobem rubinowe włosy, jakby chcąc przeprosić. Tea gładziła jego szyję szepcząc nieludzko spokojnym, melodyjnym głosem.

– Już dobrze. Nic się nie stało, to nie twoja wina.

Stworzenie trącało ją ostrożnie, najwidoczniej nie wierząc w zapewnienia. Lady bez cienia strachu zaczęła głaskać jego głowę, zerkając wprost w prawe oko stworzenia i uśmiechając się ciepło.

– Wyciągnij proszę szpony. Obiecuję, że nie będę krzyczeć.

Zwierzę poruszyło się niespokojnie. Rubeus w końcu wyrwał się spod uroku tej zdumiewającej sceny i blady jak ściana podszedł do Gallatei. Zerknął na jej zranione ramię, po czym bezwiednie zasłonił usta wielką dłonią, nie chcąc nerwową reakcją pogorszyć sytuacji.

– Tak źle? – dziewczyna spojrzała na niego pytająco.

Olbrzym nie był w stanie odpowiedzieć. Kręcił jedynie głową w jakimś nieodgadnionym, nerwowym tiku. Ognistowłosa westchnęła. Najwidoczniej nie mogła liczyć na pomoc gajowego, więc zdecydowała się powtórnie zwrócić do Hardodzioba.

– Wiem, że się boisz. Nie chcesz mi zrobić krzywdy, prawda? Jeśli nie wyciągniesz szponów, nikt nie będzie mógł mnie wyleczyć. Co powiesz na obietnicę? Będę tu codziennie przychodzić, żebyś mógł sam ocenić czy zdrowieje, o ile Hagrid się na to zgodzi. Stoi?

Hipogryf wydał z siebie cichy, pełen żałości dźwięk, po czym ustawił się naprzeciw dziewczyny. Jeszcze raz spojrzał na nią z obawą, lśniącą w pomarańczowych oczach.

– Nie będę krzyczeć, przecież obiecałam – zaśmiała się swobodnie.

Hardodziob przymknął powieki i zdecydowanym ruchem wyszarpnął pazury z ramienia panny Dumbledore, która jak obiecała nawet nie jęknęła. Przyłożyła dłoń do rozszarpanej tkani, chcąc ocenić krwawienie. Nie wyglądało to najlepiej…utrzymywanie iluzji zmieniającej kolor jej krwi nie stanowiło problemu, ale musiała znaleźć się w Skrzydle zanim na dobre rozpocznie się proces regeneracji. Nie obawiała się czegoś tak prozaicznego jak obrażenia fizyczne, tylko utrzymywania ich odpowiednich pozorów – nawet na moment nie mogła bezmyślnie wyjść ze swojej roli. Podeszła do hipogryfa, zdrową ręką obejmując jego szeroką szyję.

– Dziękuję, Hardodziobie – podrapała go po piórkach na karku. – Widzisz, wcale nie bolało. Hagridzie, odprowadzisz go?

Gajowy spojrzał na nią jakby słowa nie rozumiał.

– Ale twoje ręka… – wydukał.

– Proszę cię, Hagridzie, zabierz Hardodzioba do jego stada. Proszę…

Rubeus nie mógł odmówić tym wlepionym w niego lazurowym tęczówkom. Zgodnie z życzeniem wnuczki dyrektora zabrał hipogryfa do oddalonego od polany siedliska, choć uparty zwierzak wcale nie chciał iść. Vallerin stała nieruchomo, dopóki nie była absolutnie pewna, że zwierze nie będzie w stanie już jej zobaczyć – chciała oszczędzić mu stresującego teatrzyku. Uśmiechnęła się niewyraźnie i osunęła na kolana, co wydawało jej się odpowiednim zachowaniem. Jej upadek wyrwał uczniów z paraliżu. Obydwa domy rzuciły się w jej stronę, próbując pomóc. Harry oraz Blaise objęli ostrożnie talię dziewczyny i podnieśli ją bezpiecznie z ziemi stawiając na nogi. Dafne najdelikatniej jak potrafiła odsunęła rozerwany rękaw mundurka, z zamiarem usunięcia go, żeby nie drażnił rany. Hermiona przyszła Greengrass z pomocą, niezawodnie uzbrojona w odpowiednie zaklęcie. Tea zerknęła na pełną skalę obrażeń. Widziała już pierwsze oznaki rozpoczęcia regeneracji…niedobrze…Osłabienie klątwą odrobinę spowalniało samoleczenie, jednak wiedziała, że w tym tempie będzie zmuszona co jakieś 150-160 sekund magią rozcinać skórę, żeby utrzymać poszarpane krawędzie ran w odpowiednim stanie.

– Jest paskudnie – roześmiała się w głos.

– Dumbledore, ty nieznośne stworzenie! Chcesz żebym zawału przez ciebie dostał? – Zabini kopnął ją w kostkę – Coś ty sobie dziewczyno myślała?!

– Bo ja wiem…pewnie myślałam, że albo się ruszę i spróbuję coś zrobić, albo Draco ucierpi.

Blaise zamilkł, mocno zaciskając szczękę. Odszukał wzrokiem Malfoy’a, który stał kawałek dalej wciąż w ciężkim szoku. Był na niego kurewsko zły, ale nie zamierzał robić scen przy wszystkich. Chciał dopaść tego rozpuszczonego kretyna na osobności.

– Kręci ci się w głowie? Chcesz usiąść? – Dafne dopytywała z troską, chcąc zmienić nieprzyjemny temat.

– Nawet nie jestem pewna, trochę mi słabo.

– Nic dziwnego, mocno krwawisz – Ron zawiązał ciasno strzęp jej mundurka nieco powyżej najpoważniejszej rany.

Nie miała czasu pochwalić go za dobry pomysł, ponieważ z oddali coraz wyraźniej dochodził dźwięk dudniących, ciężkich kroków. Rubeus zbliżał się do podopiecznych w tempie o jakie go nie podejrzewała.

– Dafne, Pansy znajdźcie proszę Dragana. Wolę żeby dowiedział się o wszystkim od was, niż przez przypadek. Powinien być po zajęciach w bibliotece z Cedrikiem. Uważajcie dziewczyny…jak go znam zacznie się wściekać.

– Znajdziemy go – Parkinson uśmiechnęła się do niej prawdopodobnie pierwszy raz w życiu.

– Chyba przybyła moja kawaleria – westchnęła widząc spanikowanego Hagrida.

Gajowy nie przebierał w środkach. Pospiesznie ogłosił koniec zajęć i wziął poszkodowaną na ręce, gnając czym prędzej w stronę szkoły.  

                   Parkinson i Greengrass wbiegły do biblioteki, ignorując ostrzegawcze spojrzenia słane im przez opiekunkę tej świątyni ciszy. Za nimi szła Hermiona, która znała bibliotekę znacznie lepiej i nie raz widywała Luthera oraz Diggory’ego podczas ich wspólnej nauki. Wiedziała mniej więcej gdzie lubili przesiadywać, więc wyprzedziła Ślizgonki wprawnie prowadząc je przez labirynt olbrzymich regałów. Dragana zobaczyła dokładnie tam gdzie zakładała. Wychylał się nad stolikiem tłumacząc coś Puchonowi, który robił pospieszne notatki. Na równi z towarzyszkami podbiegła do starszych kolegów. Panowie siedzieli w bibliotece od zakończenia zajęć, dlatego nie słyszeli o wydarzeniach z pogranicza Zakazanego Lasu i nieco podejrzliwie podeszli do widoku dwóch wychowanek domu węża w towarzystwie znienawidzonej Gryfonki – coś takiego każdego potrafiło wpędzić w konsternację.

– Co jest? – zapytał kruczowłosy – Apokalipsa nadciąga?

Dziewczęta niepewnie spoglądały jedna na drugą, ponieważ żadna z nich nie miała ochoty być posłańcem złych wieści – zwłaszcza po ostrzeżeniu Gallatei. Na odwagę zebrała się Greengrass. To ona uważała się przecież za najlepszą przyjaciółkę Dumbledore! Z prędkością karabinu maszynowego wyrzucała z siebie chaotyczną opowieść, nie tracąc czasu na zaczerpnięcie tchu. Streszczając dosłownie wszystko, czego była świadkiem, wspomniała o wcześniejszej kłótni Tei i Draco, jednak zawahała się, gdy przyszło do wymienienia imienia Malfoy’a, jako tego który sprowokował atak zwierzęcia. Była zła na chłopaka to oczywiste, ale nie miała pojęcia do czego Luther byłby zdolny w gniewie. Zerknęła na Pansy, daremnie szukając u niej wsparcia – Parkinson nie chciała wkopywać przyjaciela.

– Dafne, do cholery! – wściekły turkusowooki poderwał się z krzesła – Jak to się do stało?! Kto sprowokował tego hipogryfa, bo jakoś mi się wierzyć nie chce, żeby Galli była taka bezmyślna!

Demoniczne oczy przeszył metaliczny, lodowaty błysk, który wpędził uczennice w panikę. Zgodnie spojrzały na Cedrika licząc na to, że w razie czego poskromi złość Luthera, jednak Puchon siedział nieruchomo, obserwując je uważnie. Dragan widząc niezdecydowanie Ślizgonek, przeniósł wzrok na Hermionę i wysilając się okrutnie przybrał spokojny ton.

– Granger, powiedz mi przez czyją głupotę moja przyjaciółka leży teraz w Skrzydle Szpitalnym.

Jego łagodny głos przekonał dziewczynę do postąpienia jak należało. Odetchnęła, wbijając wzrok w podłogę – z jakiegoś powodu nie miała śmiałości patrzeć na Ślizgona. Wiedziała co powinna zrobić, dlatego nie rozumiała skąd brały się wątpliwości. Szczerze nie znosiła Malfoy’a i uważała, że powinien zostać przykładnie ukarany, a mimo to czuła opór przed wyznaniem Lutherowi całej prawdy. Wydawał się jej taki…nieobliczalny.

– Draco – szepnęła cichutko. – To Draco sprowokował Hardodzioba.

Poczuła dużą dłoń na swojej głowie, dzięki czemu poczuła się odrobinę lepiej. Turkusowooki pogładził delikatnie jej włosy w geście wdzięczności, więc odważyła się na niego spojrzeć. Sama nie wiedziała co takiego czaiło się w jego przerażająco beznamiętnym wzroku.

– Dzięki, Granger. Mogłem się domyślić, że tylko król debili jest na tyle durny. Wstawaj, Ced! Podejrzewam, że też chciałbyś zamienić słowo z tym pajacem.

Puchon podniósł się i stanął bezzwłocznie obok kolegi. W nim również wszystko się gotowało, bo nie potrafił zrozumieć jak ktoś, dumnie nazywający się przyjacielem Gallatei, mógł narazić ją na niebezpieczeństwo. Ta eteryczna istotka mogła zginąć, stając w obronie pożałowania godnego faceta.

– Dragan, może najpierw pójdziemy sprawdzić jak ona się czuje? – zasugerował bez większego przekonania.

– Nikogo do niej nie wpuszczają – wtrąciła się Dafne. – Pani Pomfrey zamknęła drzwi, kiedy tylko dyrektor dotarł do Skrzydła.

– Może to jeszcze przemyślicie? – Hermiona próbowała załagodzić sytuację – Nie sądzicie, że lepiej byłoby porozmawiać z Malfoy’em na spokojnie?

– Draco na pewno żałuje – dodała pospiesznie Pansy. – Blaise już się na niego wydarł, tak samo jak prefekt i Marcus.

Próby zatrzymania przez małolaty wyprowadziły skutecznie Dragana w równowagi. Wiele rzeczy był w stanie odpuścić, ale nie zaliczało się do nich narażanie JEGO ANIOŁA!!! Czysta furia nakazywała mu zmiażdżyć każdego zuchwałego skurwiela, który ośmieliłby się jej zaszkodzić i wystarczająco upierdliwym było powstrzymywanie tego kuszącego wezwania. Wyprostował się dumnie i posłał dziewczętom wyniosłe, ostre spojrzenie. Roześmiał się szyderczo.

– Ced idź do Skrzydła i zaopiekuj się Galli, dopóki nie przyjdę. Wy, dziewczynki, zejdźcie mi z drogi. Nadszedł najwyższy czas, żeby rozpętać tu piekło.

Jego ostrzegawczy, upiornie pusty ton podziałał jak rozkaz, każący uczennicom się odsunąć. Bezwiednie rozsunęły się na boki, choć wcale tego nie chciały. Kruczowłosy, wyglądający jakby za chwilę miał dopuścić się rytualnego mordu, swobodnie przeszedł między nimi – dopiero wtedy niewytłumaczalna presja opadła, zwracając im władzę nad własnymi ciałami. Za Lutherem kroczył Cedrik który pomimo zazwyczaj przyjemnej i łagodnej twarzy, także wydawał się gotów sięgnąć po siłę. Nie mogąc ani ich zatrzymać, ani przekonać poszły za nimi z opuszczonymi głowami. Diggory skręcił w stronę Skrzydła zaraz po wyjściu z biblioteki, natomiast Dragan nawet nie zwolnił. Idąc kilka kroków za nim mijały w milczeniu kolejne korytarze, z każdą chwilą czując się coraz mniej bezpiecznie. Wszystkie trzy miały wrażenie, że Ślizgon zmieniał się dosłownie na ich oczach – jego krok stawał się coraz bardziej dominujący, a ruchy przerażająco władcze. Uczniowie widząc wściekłego Luthera, pierzchali czym prędzej nie chcąc zastępować mu drogi. Nawet nauczyciele nie mieli odwagi go zatrzymywać, przytłoczeni presją aury, którą emanował. Dotarli do schodów prowadzących ku lochom – w tym miejscu Granger się od nich odłączyła. Przemyślała co było ważniejsze i uznała że woli iść do Skrzydła, żeby tam czekać na możliwość odwiedzenia panny Dumbledore. Inną sprawą było to, iż Luther budził w niej niepokój, z wolna przeradzający się w panikę. Po odejściu Gryfonki Dafne i Pansy poczuły się mocno niepewnie, wpatrując się lękliwie w szerokie plecy wściekłego chłopaka. Rozumiały jego żal i pretensje…wszystko rozumiały, lecz coraz poważniej obawiały się, co zamierzał zrobić Draco. Greengrass zauważyła kątem oka uchylające się drzwi gabinetu opiekuna Slytherinu, wywabionego ze swej kryjówki męczącym zamieszaniem. Serce blondynki zadrżało rozpalone wątłą iskrą nadziei, że Snape ich zatrzyma. Mistrz eliksirów wyszedł z pracowni.

– Zaczekaj, Luther – zwrócił się zasadniczym tonem do Dragana.

– Pierdol się – warknął Kolekcjoner, posyłając profesorowi znaczące spojrzenie.

Ku zaskoczeniu dziewcząt nauczyciel ustąpił, jednie wpatrując się z troską w uczniów. Nadzieja prysnęła jak bańka mydlana, a już po chwili zatrzymali się przed dormitorium. Ślizgonkom przeszło przez myśl, że nie powinny wchodzić, ale spraw dotyczyła ich najbliżej grupy przyjaciół – nie mogły po prostu odejść. Przejście ustąpiło. Po Pokoju Wspólnym kręciło się sporo osób, lecz cześć z nich widząc Luthera najzwyczajniej uciekła – reszta przyglądała mu się zaciekawiona, bowiem nie wiedzieli o wypadku Dumbledore, ani okolicznościach tego zajścia.

– Nie chcę być niemiły, ale wszyscy macie stąd wypierdalać. Zostaje tylko Malfoy.

Groźba w głosie czarnowłosego podziałała. Wszyscy podświadomie wiedzieli, że o nic ich nie prosił, tylko wydał jasny rozkaz, którego zlekceważenie mogłoby bardzo źle się skończyć. W zaledwie kilka minut całe dormitorium opustoszało – zgonie z jego życzeniem. Przewrócił oczami, gdy podszedł do niego Blaise z upierdliwą determinacją wymalowaną na buziuni.

– Mogę zostać? – zapytał twardo.

– Do ciebie, Zabini, nic nie mam, chcę tylko coś sobie raz na zawsze wyjaśnić z naszym arystokratą.

– Powinienem przy tym być – upierał się chłopak. – Mogłem go powstrzymać…rzucić się za Teą, ale tego nie zrobiłem. Nie dość szybko. Też powinienem wysłuchać kilku cierpkich słów.

Luther roześmiał się w przyprawiający o ciarki, suchy sposób. Maska na jego twarzy coraz bardziej się zsuwała i w sumie pojęcia nie miał co by robił, gdyby został sam na sam z Malfoy’em. Pewnie zabiłby bezużytecznego śmiecia. Mając świadka, łatwiej było mu się pilnować.

– Dobry z ciebie dzieciak, Zabini. Zostajesz na własną odpowiedzialność i radzę trzymać gębę na kłódkę. Flint!

Kapitan wrócił się z korytarza, mocno niepocieszony faktem bycia wywołanym. Skinął turkusowookiemu na powitanie, po czym przystanął obok niego, zastanawiając się czego mógł chcieć.

– Zabierz dziewczyny – wskazał Marcusowi Dafne i Pansy. – Nie chcę, żeby wysłuchiwały kłótni.

– Jasne – kapitan przytaknął z ulgą.

Flint podszedł do koleżanek i wyprowadził je, dziękując opatrzności za to, że nie stawiały najmniejszego oporu. Zanim drzwi dormitorium ostatecznie się zamknęły, Greengrass przystanęła i spojrzała na chłopaków.

– Będziemy czekać z Diggorym w Skrzydle. Dragan… – przygryzła dolną wargę – nie rób niczego głupiego. Tea by tego nie chciała.

Luther kiwnął głową na znak zrozumienia, choć szczerze miał chęć się roześmiać. Ta mała trafiła w samo sedno, jednak nie zamierzał gnojkowi odpuścić. Kiedy nareszcie zostali we trzech, Kolekcjoner podszedł do kanapy, na której cały czas siedział Draco. Malfoy może i był idiotą, ale nawet on wiedział, że ucieczka nic by mu nie dała. Dragan tak czy inaczej by go dopadł, więc chciał mieć już za sobą – i tak dręczyło go poczucie winy.

– Siadaj, Blaisy – kruczowłosy polecił oschle.

Zabini posłusznie usiadł obok przyjaciela. Był wściekły na Draco, podejrzewał jednak, że jego złość nie mogła się równać z furią Dragana. W kompletnej ciszy oczekiwali na wydanie ostatecznego wyroku wierząc, iż skoro byli we dwóch, turkusowooki będzie zmuszony się hamować – niezwykle złudną była ta nadzieja. Kolekcjoner błyskawicznym ruchem złapał Malfoy’a za kołnierz koszuli, zwlókł chłopaczka z kanapy i zmusił, by stanął przed nim prosto. Blaise mimowolnie się wzdrygnął, ponieważ nigdy nie widział u starszego kolegi takiego wyrazu twarzy…u nikogo nie widział czegoś podobnego. Zapewne Luther gdyby potrafił zabijałby samym spojrzeniem.

– Co ja mam z tobą zrobić królewno, możesz mi powiedzieć? Poinformowałem cię w tajemnicy o chorobie Galli i przyjąłem to żałosne oświadczenie o twojej chęci stania się dla niej lepszym przyjacielem. TAK MI SIĘ ODWDZIĘCZASZ, PIERDOLONY GNOJKU?!! NARAŻAJĄC JĄ?!! Wiesz co by się stało, gdyby cię w porę nie zasłoniła? Pozwól, że zaprezentuję.

Mężczyzna położył dłoń na ramieniu Malfoy’a. Stopniowo wzmacniał uścisk, póki nie poczuł pękających niczym zapałki kości. Nieporuszony patrzył wprost w przerażone, szare oczy zupełnie ignorując wrzaski, prośby i błagania – powinien mu wyrwać język. Wbił palce w obojczyk dzieciaka rozrywając tkankę miękką, po czym podniósł go wysoko ponad ziemię, napawając się symfonią najczystszego terroru. Wspaniały aromat świeżej krwi. Jej kusząca, uspokajająca lepkość spływająca powoli po jego skórze…O TAK!!! Zahaczył palcami o kość, krusząc ją z dziką rozkoszą. Po Pokoju Wspólnym rozniósł się rozdzierający krzyk blondyna. O TAK!!! TEGO MU BRAKOWAŁO!!! Więcej…pragnął znacznie więcej, ale przyspieszony oddech Zabini’ego sprowadził go na ziemię. Zirytowany przewrócił oczami i cisnął Draco na kanapę, tuż obok prawego boku zdębiałego Blaise’a.

– Nie wiem, czy jesteś tak głupi, czy tylko udajesz, Malfoy! – ryknął wściekle – Po cholerę był ci ten cały cyrk z hipogryfem? Do tego stopnia zżera cię zazdrość o Pottera? Dostajesz pierdolca, kiedy wszyscy zwracają uwagę na niego, zamiast na wspaniałego Draco Malfoy’a? Jak chcesz to zmienić, co? Zachowując się zawsze i wszędzie jak skończony dupek, bez pomysłu na siebie? Nie rozumiem czemu Gall ryzykowała, chcąc ratować twój wkurwiająco żałosny tyłek. Drobna dziewczyna musiała zasłonić cię własnym ciałem, żebyś uszedł z życiem. Pojęcia nie mam, czy facet może upaść jeszcze niżej.

Blondyn milczał, uciskając rozrywaną przez ból rękę.

– Nagle gęba ci się zamknęła widzę. I ty i Blaise łazicie za Gall jak cienie. Przyznaję, że myślałem o tym jako o bardzo zabawnym zjawisku. Dwa wiecznie naburmuszone szczeniaczki ujadające na każdego, kto śmie się do niej zbliżyć. Sądziłem, że świetną rozrywką jest podpuszczanie was, skoro nie potraficie gryźć, ale się pomyliłem. Nie widzicie zagrożenia, nawet jeśli wali was po mordach, nie mówiąc już o czym takim jak chronienie kogokolwiek. WY NAWET WŁASNYCH TYŁKÓW NIE JESTEŚCIE W STANIE OCHRONIĆ! Z resztą, czego ja od was oczekuję? Wykorzystujecie Gall i Greengrass, nie dając im nic w zamian. Koniec końców ZAWSZE, KURWA ZAWSZE muszą radzić sobie same, dodatkowo pilnując, żebyście wy czasem sobie krzywdy nie zrobili, kwiatuszki delikatne. A ty Malfoy…ty to już przekraczasz wszelkie granice tolerancji. Jesteś słabiutkim śmieciem z wybujałym ego, co wszyscy doskonale wiemy, więc jak śmiesz patrzeć na kogokolwiek z wyższością? Bo nosisz to swoje śliczniutkie nazwisko? ŻAŁOSNE! Draco Malfoy…to nic do ciężkiej cholery nie znaczy. Podpinasz się pod jakąś tam pozycję ojczulka, jak każdy nieudacznik z cennym nazwiskiem i całkowitym brakiem charakteru. Czemu nie potrafisz się zwyczajnie zamknąć? TO TAK KUREWSKO TRUDNE?! Nawet średnio rozgarnięta małpa jest w stanie chociażby minimalnie się kontrolować, czemu ty nie? Musiałeś rzucać się na Pottera w tak prostacki sposób i na domiar złego zgrywać chamowatego ważniaka, kiedy Gall zwróciła ci uwagę? O CO CI CHODZI, DUPKU?!

Tego pytania kruczowłosy nie miał zamiaru pozostawić bez odpowiedzi. Jeśli Draco wolałby uparcie milczeć, był gotów wytłuc to z niego. Było mu naprawdę wszystko jedno. Nawet gdyby smarkacz uruchomił opcję ostateczną, zwaną tatusiem, nie miał najmniejszych szans się wykaraskać. Luther trzymał Lucjusza Malfoy’a za mordę i nie zamierzał puszczać. Niewdzięczność tego cholernego szczyla wobec płomiennowłosej, dawno już przekroczyła wszelkie granice jego kruchej cierpliwości! Im dłużej przyglądał się relacjom panującym między Ślizgonami, tym bardziej go to wszystko brzydziło. Może był starej daty, ale nie wyobrażał sobie, by to dziewczyny musiały troszczyć się o twory męsko podobne. I Vallerin i Dafne troszczyły się o tych dwóch nieudaczników, a oni najwyraźniej nie chcieli tego widzieć, zadowalając się samymi pozorami bycia samcami w stadzie. Pokraczne, nieudolne pacynki bzdurnie wierzące w swą wyimaginowaną wartość! Słabe…cholernie słabe…ODRAŻAJĄCE!! Trochę się zawiódł, kiedy Draco jednak zdecydował się odpowiedzieć. Szczerze? Chciałby mieć pretekst, żeby go zmasakrować.

– Przyszła na zajęcia z Cedrikiem – wymamrotał blondyn.

– I kluczowe pytanie drodzy państwo! – Dragan uniósł ręce – Nawet jeśli, to co z tego? Chciałeś jej dokuczyć, bo kolega odprowadził ją na zajęcia? Czy ty się słyszysz? Co ty, cztery lata masz? Gallatea to dla ciebie jakieś grabki, które starszy dzieciak zabrał ci w piaskownicy?!

– Ona ciągle przesiaduje z tobą i dla nas nie ma już czasu. Słyszałem jak dziewczyny mówiły, że teraz będzie kręciła się też z Diggorym. – przerwał na chwilę, zbierając myśli. – Chciałem się po prostu rozładować, a Potter stał najbliżej.

Turkusowooki zamrugał niedowierzająco. W życiu nie słyszał równie beznadziejnej wymówki, a nie raz zasypywano go stekami bzdur, mającymi usprawiedliwić najzwyklejszą nieporadność. Zachichotał złowrogo – absurd w tej rozmowie gonił absurd. Miał serdecznie dość wysłuchiwania banialuk.

– Podsumujmy, bo to jest cholernie komiczne! Nie spodobało ci się, że twoja przyjaciółka, która podkreślam dla jasności nie jest twoją własnością, śmiała rozmawiać ze znajomym więc zacząłeś wyżywać się na stojącej najbliżej osobie, ot tak dla sportu? – chichot zamienił się w histeryczny wybuch śmiechu – Myślałem, że jesteś po prostu rozpuszczony i najzwyczajniej na świecie głupi. Wybacz, nie doceniłem cię! Jesteś zdrowo pierdolnięty! Galli chodzi z wami na wszystkie zajęcia, posiłki i uczy się z wami wieczorami. Wpadłeś pod tą tlenioną czupryną, że może chciałaby czasem od was odetchnąć i porozmawiać z innymi ludźmi, albo poznać kogoś nowego. W kółko te same mordy?! KAŻDY BY ZWARIOWAŁ! Slytherin nie jest jej więzieniem, a wy nie jesteście jakimiś cholernymi strażnikami. Pomyśleliście o tym, że może, ale tylko może ona chce się spotykać ze mną, Cedem albo tym porąbanym trio bo traktujemy ją jak przyjaciółkę, a nie własność? Nawet Greegrass nie siedzi jej tak uparcie na głowie jak wy i ma na tyle wyczucia, żeby nie próbować jej osaczać, chociaż z tego co widzę bardzo się lubią. OBYDWAJ ZJEBALIŚCIE! Tobie, Blaisy, mogę jeszcze wybaczyć, bo masz jakieś tam instynkty opiekuńcze i zadatki na całkiem niezłego kumpla. Ty, Malfoy…tobie najchętniej kazałbym trzymać się od Gall z daleka i połamałbym ci wszystkie kości, jedna po drugiej, gdybyś odważył się ten rozkaz złamać. Myślałeś, że teraz byłem brutalny? – spojrzał na dzieciaka, z żądzą mordu błyszczącą w diabolicznych oczach – To była tylko delikatna pieszczota. Jestem w stanie posunąć się o wiele dalej i brewka by mi nawet nie tykła, choćbyś darł się wniebogłosy, wykrwawiając się tuż u mych stóp. Roztrzaskałbym tę twoją durną buźkę z dziką rozkoszą, jednak między nami jest zasadnicza różnica. Dla mnie Gall to bezcenna przyjaciółka. Zawsze będę akceptował jej wybory i ją wspierał, stojąc za jej plecami gotów do pomocy. Wybór należy wyłącznie do niej. Jeśli zdecyduje, że wciąż chce oglądać twoją parszywą gębę, nic nie będę mógł na to poradzić. Radzę ci jednak zapamiętać, Malfoy – uśmiechnął się upiornie. – Następny raz, kiedy ona przez ciebie ucierpi, będzie ostatnią rzeczą jaką zrobisz.

POPPY POMFREY

               Poppy po wejściu Dumbledore’a zamknęła szczelnie drzwi Skrzydła, odgradzając ich od poddenerwowanych uczniów i całego tego zgiełku, który rozpętał się po wypadku. Jako że nie miała obecnie innych pacjentów, gwarantowało im to wystarczającą dyskrecję, a ta była zdecydowanie potrzebna w nadciągającej rozmowie. Dyrektor bezzwłocznie podszedł wprost do łóżka, na którym siedziała jego przyjaciółka z tajemniczym półuśmiechem, rozjaśniającym jej delikatną buzię. Pani Pomfrey opatrzyła jej brak o starannie go zabandażowała, coś po drodze jednak poszło mocno nie tak…

– Mamy problem, Albusie – dziewczyna uśmiechnęła się szerzej, wskazując nadchodzącą, wściekłą czarownicę.

Poppy zaplotła ręce na piersi i wpatrywała się wyczekująco w twarz starca, coraz mocniej poirytowana. Mężczyzna domyślał się powodów jej zdenerwowania i nie szczególnie podobało mu się dokąd to wszystko zmierzało.

– Możesz mi to wyjaśnić – kobieta zaczęła nerwowo tupać nogą, zaciskając mocniej szczękę – profesorze Dumbledore?

– Co takiego, droga Poppy? – czarodziej uśmiechnął się.

– To nie czas na wygłupy i te twoje zagadki! – naburmuszyła się pielęgniarka – Ta dziewczynka dwa lata temu przeżyła cios rozwścieczonego trolla. Dałam ci się wtedy przekonać, że dopisało nam nieprawdopodobne szczęście i odpuściłam. Dziś Gallatea wraca do mnie po ataku hipogryfa. Hipogryfa, Albusie! Powinna mieć całkowicie pogruchotane kości barku, pocięte ścięgna i poszatkowane mięśnie! Nie wspominając już o osłabieniu, po utracie OGROMNEJ ilości krwi! Wiesz co jej dolega? Absolutnie nic! Nie zdążyłam podać jej żadnych lekarstw, a mimo to jej ciało rozpoczęło proces regeneracyjny…najszybszy jaki w życiu widziałam! Możesz przestać mydlić mi oczy i wyjaśnić jak to u licha możliwe?!

Dumbledore zerknął pytająco na płomiennowłosą. Lady roześmiała się i odstawiła trzymany kubek z herbatą, wzdychając cicho – nie było najmniejszego sensu bardziej tego przeciągać. 

Wybacz, dzieciaku – mrugnęła do przyjaciela. – Próbowałam spowolnić regenerację, ale to bardzo potężna, wrodzona umiejętność i nie potrafimy na nią znacząco wpływać. Z nas wszystkich chyba tylko Dragan do pewnego stopnia jest w stanie nią manipulować, jednak nie robi tego często – przeniosła wzrok na zdezorientowaną Poppy. – Niech pani usiądzie, madame Pomfrey. Słyszała pani kiedykolwiek o rodzie Phoenix? 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 643
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!