Stara miłość nigdy nie rdzewieje – Prolog

Głos prezenterki wydobywał się z, nie za dużego, telewizora. Kobieta codziennie o tej nocnej porze podawała swoim widzom najświeższe wiadomości z kraju. Mówiła o wielu rzeczach, niekoniecznie dla wszystkich były one interesujące, ale każdy mógł znaleźć coś co go zaciekawi. Aktualnie w owym pokoju, nie licząc śpiącego kota nikogo nie było, lecz w najbliższym czasie miało się to zmienić. Z drugiego, dobrze oświetlonego pomieszczenia dochodziły odgłosy, które zazwyczaj były charakterystyczne przy przygotowywaniu posiłków. Po paru minutach z kuchni wyszła brązowowłosa kobieta niosąc w rękach talerz z jedzeniem oraz kubek, z którego unosiła się para. Z uśmiechem na twarzy przedzieliła odległość od pokoju do najbliższego stolika, na którym postawiła gorącą herbatę i nadal trzymając swój posiłek rozsiadła się wygodnie na starej, lecz przytulnej kanapie. Gdy tylko materac lekko ugiął się pod jej ciężarem zbudził szarego, lekko otyłego kota, który wyczuł ten ruch. Przeciągnął się wbijając swoje pazurki w siedzisko. Podrapał się za uchem, a gdy zobaczył swoją właścicielkę nie potrafił powstrzymać się od przymilania się do kobiety. Wydając ciche mruczenie, zaczął łasić się do jej uda. Zaś szatynka spożywała swój obiad, który powinien być zjedzony w porze południowej, lecz niestety ze względu na pracę musiała jeść go teraz. Czując jak zwierzę przytula się do niej zmierzyła go ostrym spojrzeniem.

— Nie Prince, nie dostaniesz  mojego  obiadu — odrzekła, teatralnie odsuwając talerz jak najdalej od niego — Nie ma mowy! Znam te twoje kocie sztuczki! Cały dzień się obżerałeś, a wtedy ja umierałam z głodu! — westchnęła głośno — A mówili mi weź sobie psa, to nie będzie takim sprytnym cwaniakiem — zacytowała, po czym podrapała czworonoga za uszkiem, a ten jak zawsze łakomy na pieszczoty ciągle domagał się więcej. Szarooka uśmiechnęła się uroczo, po czym wbiła wzrok w kolorowe pudło, jak to mawiała zwykle jej babcia. Wzrokiem odszukała pilota i zwiększyła dźwięk w telewizorze, aby wszystko dobrze i wyraźnie słyszeć. Biorąc kolejnego gryza wlepiła swoje oczy w ekran całkowicie poddając się słuchanym informacjom.

— Ej, KitKat.. — zwróciła się do kota, mówiąc do niego jednym z wielu przezwisk — co one robią, że wyglądają.. no widzisz jak! — odstawiła talerz wymachując przy tym rękami z dezaprobaty, a kot spojrzał na nią swoimi ciemnymi, słodkimi oczkami — No co?! To nie moja wina, że sport nie jest moim życiowym przeznaczeniem. Szybko się męczę, okay? Po za tym.. nie jest ze mną, aż tak źle — stwierdziła patrząc na swoje ciało — Skoro David chciał zaprosić mnie na randkę, to znaczy, że jednak mam to zgrabne ciałko. Ale popatrz — wskazała ręką na telewizor — Ta kobieta jest wypełniona sztucznością, widzisz? — Prince jedynie ułożył się w kulkę i starał się zasnąć nie zwracając uwagi na pod dziewczynę, która była niczym wulkan wybuchający emocjami — Podobno naturalne jest piękne, więc nie mam się czym przejmować — zaśmiała się i wróciła do oglądania telewizji.

— A teraz przejdziemy do spraw, które dotyczą ochrony naszego kochanego państwa — wyjaśniła ze sztucznym uśmiechem — Klaro, zwracamy się do ciebie — powiedziała, a kamera została przekierowana na blondynkę stojącą przed dużym budynkiem i trzymającą w ręku mikrofon.

— Dzięki Stephanie — odpowiedziała — A więc stoję właśnie przed siedzibą Avengersów, naszych wspaniałych bohaterów, którzy chronią nasz kraj. Odpowiedzi na moje pytania udzieli słynny miliarder znany każdemu jako Iron Man — przedstawiła, a na ekranie pojawił się Tony Stark. Genevieve o mało co nie zakrztusiła się herbatą, którą właśnie piła. Gwałtownie odstawiła kubek na szklany stolik i nerwowo chwytając za pilot, który prawie brakowało, a leżałby już na podłodze,  podgłosiła   telewizor — Panie Stark — posłała mu słodki uśmiech, taki sam jakim obdarzała go większość kobiet — Kolejna udana misja, Nowy York powstrzymany od nowych złoczyńców, co pan powie? — przystawiła mikrofon do jego ust, a on z obojętną, spokojną miną przyglądał się jej poczynaniom.

— Cóż, mógłbym nawet wygłosić o tym wszystkim esej, lecz po co zamęczać widzów — zaśmiał się, choć osoby, które dobrze go znały mogły wiedzieć, że wcale go to nie ruszało — Nasze czyny  mówią same za siebie — przyznał skromnie — Mogę powiedzieć jedynie, że jesteśmy zespołem i  także razem działamy. Nikt i nic nie powstrzyma nas przed naszym przeznaczeniem — Po tych słowach Greenwood wyłączyła telewizor. Wypuściła cicho powietrze, a radosny blask z jej oczu nie był już tak intensywny jak wcześniej. Musiała przyznać, że uwielbiała jego głos, który nie raz wywoływał ciarki na jej ciele. Lubiła słuchać jego żarcików oraz sarkastycznych odpowiedzi. Przypominała sobie te spojrzenia, które kierowano w jej stronę, uśmiech nie schodzący z twarzy. Tą naturalność i wyjątkowość, której nigdy nie brakowało. Wstała i wolnym, niepewnym krokiem wyszła na balkon. Od razu poczuła lekki chłód, który towarzyszył tej pięknej nocy. Nie mogła zaznać ciszy. Jak na duże miasto przystało nigdy nie brakowało tu warkotu samochodów oraz innych nieznośnych dźwięków. Zapach spalin unosił się w powietrzu, co czasami było czymś nieznośnym dla Genevieve. Lecz w tym momencie te wszystkie rzeczy ją nie obchodziły. Podeszła jeszcze bliżej barierki i oparła się o nią. Akurat w tym miejscu miała wspaniały widok, przez co często obserwowała w oddali oświetlony, wysoki budynek, w którym wszystko się zaczęło. Uśmiechnęła się na wspomnienie tego dziwnego dnia, gdzie każda rzecz działa się przypadkiem.

Pięć lat temu

,,Początek”

Mała pizzeria tego dnia miała o wiele więcej klientów niż sam lokal mógł  pomieścić. Akurat wtedy robota paliła się w rękach, a pracownicy nie mieli chwili wytchnienia. Każdy biegał w koło wykonując swoją pracę w trzy razy szybszy tempie niż zazwyczaj.

— Harriet! Zamówienie numer 23! Szybko, bo klienci nam zwieją! — Genevieve ponagliła swoją przyjaciółkę, której zadaniem było bycie kelnerką.

— Spokojnie, już idę — burknęła i przewróciwszy oczami odłożyła na bok swój telefon.

— Widziałam to! — oznajmiła Greenwood  posyłając jej mordercze spojrzenie. Brunetka zaśmiała się głośno i uśmiechnęła się do przyjaciółki.

— Od kiedy masz taki dobry wzrok? — spytała kręcąc głową z niedowierzania.

— Od momentu kiedy potajemnie wykradasz cukierki dla klientów, które stawiamy na przywitanie — uśmiechnęła się zadziornie — Przecież powtarzasz, że chcesz schudnąć..

— Chodzę na siłownię — jęknęła i zaniosła  zamówione danie do konsumentów. Po zaledwie minucie była z powrotem. Oparła się o ciemny, dębowy blat tym samym przyglądając się pracy brązowowłosej.

— Yhym.. Robisz to dla Kevina, mam rację? — podpytała, choć nie musiała znać odpowiedzi, aby wiedzieć, że to prawda. Uśmiechnęła się pod nosem, robiąc ciasto do pizzy.

— Masz mnie — westchnęła podpierając jedną ręką brodę — Chciałam w końcu wyrobić sobie te mięśnie brzucha. Na pewno by mu się spodobałoby — rzekła marzycielskim tonem.

— Mam być szczera, czy miła? — spytała  Genevieve unosząc jedną brew ku górze.

— Hmm.. Podobno lepsza jest najgorsza prawda, niż najlepsze kłamstwo.. dawaj! 

— Prędzej ja umówię się z jakimś celebrytą, niż ty wyrobisz formę — obie parsknęły głośnym śmiechem.

— Dziewczyny, mamy kłopot! — do pomieszczenia wpadł Andrew, cały roztrzęsiony.

— O co chodzi? — spytała Greenwood patrząc na niego z niepokojem.

— Emily rodzi! Muszę jechać do szpitala! — wyjąkał, a jego twarz była cała blada.

— To na co ty tu jeszcze stoisz?! Jedź do niej! — poradziła Harriet.

— Ale mamy problem.. Ktoś musi dostarczyć za mnie zamówienie — objaśnił.

— Na mnie nie patrz, nie mam prawka — wymamrotała czarnowłosa.

— Dobra, ja to zrobię — odparła Genevieve, wycierając ręce o ściereczkę.

— Dzięki, mam u ciebie dług! – wykrzyknął wychodząc z lokalu.

— Pozdrów Emily i waszego małego bachorka jak już się zjawi na tym świecie! – dodała z szerokim uśmiechem — A ty Harriet zadzwoń po Deana. Niech zbiera swój zad i przyjeżdża tutaj migiem — nakazała.

°•°•°

Dziewczyna siedziała w starym rupieciu i z przerażeniem patrzyła na wysoki apartament. Po raz kolejny spojrzała na podany przez chłopaka adres. Nie dowierzała, gdy on faktycznie się zgadzał.

— Andrew obiecuję, że jak tylko pojawisz się w pracy to cię zabiję — syknęła do samej siebie. Biorąc pudełko z jeszcze ciepłą pizzą wysiadła z samochodu — Spokojnie, nie będzie tak źle — pocieszała się w myślach, lecz niestety to nie skutkowało. Doskonale wiedziała, gdzie się znajduję i co ją czeka. To nie był zwykły wieżowiec jak każde inne. To był wieżowiec należący do niejakiego Tony’ego Starka. Samo wspomnienie tego nazwiska sprawiało, że każdy wiedział o kogo chodziło. Przełknęła zalegającą w jej gardle kulę i ruszyła w stronę wejścia. Obawiała się i nie chodziło tutaj o to co czuła każda dziewczyna widząc słynnego miliardera. To było wręcz całkowicie inną sprawą, odległą od poprzedniej. Po prostu chciała być jak najzwyklejszy dostawca pizzy, bez zbędnych rozmów dostarczyć zamówienie i odebrać to co swoje. Nie chciała brzmieć ani wyglądać jak jakaś chora fanka czekająca na to, aż łaskawy playboy się do niej uśmiechnie. W dodatku nie była głupia. Doskonale wiedziała jakim jest człowiekiem i zdawała sobie sprawę jakie jest jego nastawienie do kobiet. Według krążących plotek szukał on jedynie przygód na jedną noc, czego po prostu nie trawiła. Nie potrafiła pojąć naiwności tych kobiet, które lgnęły do niego jak muchy do miodu. Podeszła do domofonu i nacisnęła odpowiedni guzik. 

— Kto tam? — z urządzenia wydobył się męski głos jednego z ochroniarzy.

— Podobno na ten adres zamawiano pizzę — odparła niechętnie. 

— Proszę wejść.

Wykonała polecenie i znalazła się w windzie, która kierowała ją na samą górę budynku. Starała się zachowywać naturalnie, jak zwykły człowiek. Najzwyklejszy na świecie. Przyjęła pewną postawę i cierpliwie czekała, aż ten koszmar się skończy. Stwierdziła, że to był pierwszy i ostatni raz kiedy zgadza się na zamianę ról w pracy. Po chwili winda zatrzymała się, wydała cichy dzwoneczek, a drzwi otworzyły się. Weszła do środka, a jej oczom ukazał się mężczyzna o ciemno brązowych włosach oraz tęczówkach tego samego koloru. Od razu rozpoznała kierującą się w jej stronę osobę. Stark z szerokim uśmiechem mierzył ją przenikliwym spojrzeniem.

— No proszę.. — przyglądał się jej ze zdziwieniem — Przyznam, że jestem mile zaskoczony. Zazwyczaj to faceci zajmują się dostarczaniem zamówień — uniósł kąciki ust w górę.

— Cóż, nastąpiła mała, chwilowa zmiana w pracy — odpowiedziała starając się brzmieć jak najbardziej poważnie — Pańskie zamówienie — podała mężczyźnie to co od teraz należało do niego. Odebrał od niej duże pudełko i spojrzał na swoje jedzenie. Gdy tylko zdążył zajrzeć do środka  doszedł do niego cudowny zapach.

— Według pani ta pizza jest tak dobra jak wygląda? — podpytał posyłając do niej jeden ze swoich uśmieszków.

— Gdybym była zwykłym dostawcą pizzy, który ma wszystko gdzieś to zapewne mogłabym i rzucić jakieś obelgi na naszą pizzerie jak i na same jedzenie, ale ze względu na to, że ta pizza jest zrobiona akurat przeze mnie, to niestety lub też i stety przyznaję, że jest to niebo w gębie — oznajmiła nadal trzymając fason.

— Ach, ta skromność — zaśmiał się — Jest pani, aż tak do tego przekonana? — zmarszczył brwi.

— Tak, jest całkiem dobra — stwierdziła, szybko odpowiadając.

— Czy, aby na pewno? — Tony drażnił się z szatynką.

— Jak pan zje to się przekona — odgryzła.

— To może zje pani ze mną? — zaproponował.

— Niestety będę zmuszona odmówić — odrzekła. Mężczyzna posmutniał, choć Genevieve wiedziała, że jest to udawane zachowanie.

— W takim razie to dla pani — dał jej należytą zapłatę za jedzenie.

— Dziękuję i życzę smacznego — dodała — Do widzenia! 

— Do zobaczenia!

Co z tego, że ich początek znajomości nie był wyjątkowy tak jak to wyglądało w romantycznych książkach, czy też filmach. To spotkanie nie należało do najciekawszych, ani też zbyt wiele dla nich znaczących, lecz kto wiedział, że ich losy ponownie postanowią się złączyć. Dla tej dwójki była to realistyczna codzienność, z którą musieli mierzyć się każdego dnia.

To nie był jedyny raz, gdy przeznaczenie sprowadziło ich życiowe drogi na jedną ścieżkę. Nikt nie przypuszczał, że ten początek, będzie początkiem czegoś o wiele wspanialszego. Czy ktoś podejrzewał, że takie zwyczajne spotkanie zapisze się w ich pamięci? Nikt.

Miesiąc później

,,Kolejne spotkanie?”

Genevieve przemierzała późną nocą park, który był skrótem do jej miejsca zamieszkania. Światło bijące z lamp oświetlało jej drogę. Pomimo, że była sama nie czuła przerażenia. Nie pierwszy raz znajdowała się w takiej sytuacji, a przede wszystkim nie miała innego wyjścia. Chciała jak najszybciej znaleźć się w swoim łóżku i w końcu iść spać po ciężkim, męczącym dniu w pracy. Nie spodziewała się, że jednak tego dnia zło postanowi zabawić się z nią w małego złodziejaszka. Patrząc pod nogi szła przed siebie. Słyszała tylko jak jej buty stukają po kostce, nic więcej. Było spokojnie, nazbyt spokojnie. Nim się spostrzegła, że coś jest nie tak poczuła mocne szarpnięcie, a jej torebka została brutalnie wyrwana z rąk przez zakapturzonego mężczyznę. Gdy zrozumiała co się stało zaczęła biec za złodziejem, lecz ten był już bardzo daleko.

— Ej, oddawaj to!

Zwolniła, gdy straciła go z oczu. Ciężko dysząc krzyknęła ze złości i tupnęła nogą o ziemię. Była wściekła i zdesperowana, ponieważ w tej torebce znajdowały się wszystkie ważne rzeczy takie jak telefon, klucze do domu, pieniądze oraz jej dane osobowe. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Załamana usiadła na jednej z ławek. Nie mogła pojąć tego co się stało. Po prostu w to nie wierzyła. Czuła się jakby była w jakimś filmie, w których takie sceny często miały miejsce. Obwiniała się za swoją nieuwagę, ale nikogo podejrzanego wcześniej nie dostrzegła. Zastanawiała się czemu to spotkało akurat ją i dlaczego zamiast bandyty nie mogła to być jakaś staruszka. Przynajmniej szybko by ją dogoniła.

Schowała twarz w dłoniach, a w jej głowie istniała myśl powtarzająca: ,,co mnie jeszcze dzisiaj spotka”? Zmarznięta, przygnębiona i zrozpaczona siedziała tak jeszcze kilka minut licząc na to, że to był tylko i wyłącznie koszmar.

— Co taka piękna dama robi tutaj o tak później porze? — do jej uszu dobiegł męski głos. Powoli uniosła głowę do góry. Nikt nie potrafi sobie wyobrazić tego jak wielkie było jej zdziwienie, gdy przed sobą ujrzała Tony’ego Starka trzymającej w dłoni jej torebkę — To chyba pani — Z wytrzeszczonymi oczami odebrała od niego przedmiot.

— Dziękuję — odpowiedziała będąc nadal w dużym szoku. Całkowicie nie wiedziała jak się zachować — Naprawdę bardzo panu dziękuję — powtórzyła.

— Drobnostka — odparł uśmiechając się, a gdy światło padło na jego twarz dziewczyna zorientowała się, że jest ranny.

— Wszystko w porządku? — wskazała na jego rany z niemałym przerażeniem. Miliarder miał rozciętą prawą brew oraz wargę, a z jego nosa ciekła krew.

— Proszę się nie przejmować, ten złodziejaszek więcej panią nie zaczepi. Dostał porządnego kopa w tyłek i dobrze, że właśnie przejeżdżała policja to od razu wzięli go na pogadankę — wyjaśnił z rozbawieniem. Przynajmniej jego trzymał dobry humor w przeciwieństwie do Greenwood, która stała przygaszona, męczona przez poczucie winy — Lepiej będzie, jeżeli panią odprowadzę do domu i tym razem nie chcę słyszeć oznak sprzeciwu — dodał na co szarooka musiała się zgodzić.

°•°•°

— To tutaj? — dopytał, gdy znaleźli się przed małym blokiem. Przez całą drogę prowadzili ciekawą, zabawną rozmowę, a gdy znaleźli się na miejscu ucichli.

— Tak — odpowiedziała szukając swoich kluczy, a gdy je zdobyła po raz kolejny spojrzała na mężczyznę. Była mu ogromnie wdzięczna za to co zrobił. Nie wiedziała jak mu się za to odwdzięczyć, ponieważ to nie była zwykła pomóc. Brązowooki w jakimś stopniu ucierpiał, przez co dziewczyna poczuwała się do winy — To może teraz pan skorzysta z mojej pomocy i oczyszczę pańskie rany? — zaproponowała.

— Skoro pani nalega… — uśmiechnął się zadziornie, po czym oboje skierowali się do mieszkania. Wchodząc do środka, tuż po zaświeceniu światła Genevieve zaprowadziła swojego gościa do salonu, gdzie jak zawsze na kanapie spał jej kochany kot.

— Proszę poczekać, zaraz przyniosę waciki — oznajmiła i zniknęła za ścianą. Stark usiadł obok śpiącego zwierzaka, który po chwili zrezygnował z drzemki. Podniósł łebek ku górze i z racji, że był wyjątkowo towarzyskim kotem podszedł do nieznajomego i zaczął domagać się pieszczot. Tony wziął go na ręce i zaczął drapać po głowie, co ewidentnie spasowało czworonożnemu.

— A ten tygrys nie ugryzie? — spytał ze śmiechem.

— Nie powinien — odpowiedziała z drugiego końca mieszkania — Siedzi w nim bestia, która jest leniwcem — odparła. Podeszła i usiadła na przeciw niego. Namoczyła gazik w wodzie utlenionej i przyłożyła go do jednej z ran — Pewnie trochę będzie szczypać — wyjaśniła widząc jak mężczyzną się  skrzywił — Ale chyba da pan radę — uśmiechnęła się nerwowo.

— Tony — powiedział nagle, co zaskoczyło kobietę. Spojrzała na niego, a on wcale nie wyglądał jakby żartował. Szatyn naprawdę chciał, aby tak do niego mówiła.

— Genevieve — na jej twarz wdarł się lekki uśmiech, a policzki pokryły się delikatną, ledwo widoczną czerwienią. Pomiędzy nimi zapadła cisza, która krępująca była tylko dla jednej osoby.

— Geny — rzekł po namyśle — Mogę tak do ciebie mówić, co nie? — uśmiechnął się półgębkiem. Szatynka pokiwała głową zgadzając się.

— Mogę o coś spytać? — odezwała się po chwili.

— To właśnie było pytanie — zauważył, na co oboje wybuchnęli cichym śmiechem — Żartowałem, pytaj o co chcesz.

— Co robiłeś w parku o tej porze?

— Nie wiem czy wiesz jak kto jest być mega przystojnym, inteligentnym, wspaniałym, cudownym i fenomenalnym miliarderem? — jego usta wykrzywiły się w śmiały uśmiech.

— Domyślam się..

— A więc stwierdziłem, że pójdę pobiegać, a o tej porze jest mało osób oraz tych wiernych psychofanek — zaśmiał się, a Greenwood razem z nim — Gdy właśnie wracałem do domu zobaczyłem jak młody gówniarz biegnie z damską torebką, a w tyle słychać było twoje krzyki. Dogoniłem go i zrobiłem to co trzeba — objaśnił. Dziewczyna obdarzyła go dziękczynnym spojrzeniem.

— Po raz kolejny… Dziękuję.

Na tym się nie skończyło. Coraz częściej spotykali się w najmniej oczekiwanych momentach, a każde z nich było czystym przypadkiem. W końcu ich więź stała się czymś więcej niż znajomością. Wizyty w klubach, zaproszenia na imprezy w Stark Tower, częste przyjacielskie wypady za miasto. Nie mogli się nie zaprzyjaźnić. To było nieuniknione. Choć na początku każde miało odmienne zdanie na swój temat, zaraz po głębszym poznaniu się zmieniali swoje nastawienie. Ona nie twierdziła już, że był egocentrycznym playboyem, a on, że ona jego kolejną fanką, której zależało tylko na jednym. Pomimo tak wielkich różnic bardzo dobrze się rozumieli i wciąż darzyli się ogromną przyjaźnią oraz zaufaniem. Każdy kto ich znał niezaprzeczalnie twierdził, że ich relacje nie są takie na jakie wyglądają, ale oni nieszczególnie zwracali na to uwagę, ciesząc się swoim towarzystwem.

Do pewnego momentu.

Czasami bywa i tak, że w końcu traci się kontrolę nad taką znajomością, a emocje i uczucia przejmują pałeczkę nad całą resztą.  Zaczyna się kierowanie sercem niż rozsądkiem. Wszystko inne przestaje być ważne, a umysł skupia się na tej jednej osobie.

Tak właśnie było w przypadku Genevieve. To ona straciła dla niego głowę. Tyle razy zastanawiała się dlaczego tak się stało. Nigdy nie znalazła konkretnej odpowiedzi. Przetraciła wiele nocy na rozmyślaniu nad tym co tak naprawdę do niego czuję. Po paru latach doszła do wniosku, że jednak jest to okropna choroba sercowa, zwana miłością, w dodatku nieodwzajemnioną. Niestety nikomu nie mogła powiedzieć o swoim cierpieniu, które po dłuższym czasie stało się nie do zniesienia. Zabijało ją to od środka, choć na zewnątrz wcale tego nie było widać. Taka jak zawsze, uśmiechnięta, wesoła, żyła z tą myślą. Ale najbardziej dręczyło ją jedno. Każdy powtarzał, że była odważna, ale jak ona stwierdziła, nie tak odważna, aby wyznać to co czuje.

Jedyne co zrobiła to zamknęła swoje uczucia, nie obdarzając nimi nikogo oprócz niego.

°•|•°

Kluby zazwyczaj przed godziną 21:00 nie były tak wypełnione ludźmi. Przeważnie przychodzili oni w późniejszych godzinach tylko i wyłącznie w jednym celu. By zatopić swoje problemy w alkoholu. Każdy jakieś posiadał i bez wątpienia było to prawdą. Najgorszą prawdą, ale lepszą niż najlepsze kłamstwo. Barmani szykowali się na moment, kiedy zawitają większe tłumy, ale jak do tej pory obsługiwali siedzących przy barze klientów. Jedną z tych osób była Geny. Otępiałym wzrokiem wpatrywała się w szkarłatną ciecz, co chwila przymykając powieki. Nie wiedziała ile już tu siedzi, straciła poczucie czasu. Nie wypiła za wiele alkoholu.  Nie należała do osób, które lubią się upijać do nieprzytomności, ale dzisiaj było jej wszystko jedno. Chciała pozbyć się tego co siedzi na dnie jej serca, a tym czymś, a raczej kimś był jej przyjaciel.

Popijając co chwilę drinka zastanawiała się co by było gdyby odpuściła. Miała tyle okazji na wspaniałe życie, ale przepuszczała je koło nosa myśląc tylko i wyłącznie o nim. Tyle szans na idealne związki, a ona wciąż wpatrzona w te ciemne, brązowe tęczówki nie widziała poza nimi świata. Przysłuchiwała się melodii, która rozbrzmiewała w całym lokalu. Czuła jak powoli po jej głowie przechodzi przeszywający ból, a oczy z trudem mogą dopuszczać do siebie kolorowe światełka. Zmęczona oparła głowę o szary blat i zaczęła stukać po nim palcami. Siedziała w takiej pozycji długo. Pomieszczenie z każdą płynącą do przodu chwilą stawało się coraz bardziej zaludnione. Nie przejmowała się tym, ponieważ przyszła tutaj wyłącznie w swoich interesach. Wyprostowała się po czym podparła łokcie o bar i schowała w dłoniach swoją twarz. Kompletnie nie wiedziała co robi, a co raczej podpowiadał jej umysł.

— Poproszę to co zawsze — doszedł do niej ten tak bardzo dobrze znany jej głos. Zaśmiała się rozpaczliwie, po czym z zadziornym uśmiechem spojrzała na siedzącego obok niej Starka — Podwójnie — Dodał wiedząc, że jego przyjaciółka z chęcią spędzi z nim czas.

— Hej — rzekła spoglądając na jego zrezygnowaną minę — Problemy z Pepper? — dopytała, choć w ogóle ją to nie interesowało. On pokiwał twierdząco głową, po czym wypił do dna podany przez kelnera kieliszek. Dziewczyna zrobiła to samo, lecz w mniejszych ilościach.

— A ty? — zadał pytanie, mierząc ją swoim specyficznym spojrzeniem. W pewnym sensie martwił się o nią tak samo jak o resztę swoich przyjaciół — Też problemy sercowe? — już po jego głosie słychać było, że nie jest trzeźwy, a tutaj przyszedł by tylko jeszcze bardziej się pogrążyć.

— Tak — potwierdziła. Tak bardzo chciała mu wyznać, że to przez jej miłość do niego, ale za bardzo bała się odrzucenia. Uśmiechnęła się do niego smutno. Ten zaśmiał się nerwowo i wpatrywał się w już pusty kieliszek. Stark nigdy nie zdawał sobie sprawy, że jej kłopot był powiązany właśnie z nim.

— Jak to mówią stara miłość nigdy nie rdzewieje — stwierdził wypuszczając głośno powietrze.

— Jak twoje zbroje? — zaśmiała się.

— Tak, tak jak moje zbroje — powtórzył i posłał jej przyjazny, ciepły uśmiech.

— Zupełnie tak jak moja miłość do ciebie.. — wyszeptała tak cicho, że oprócz niej nikt tego nie usłyszał.

Opublikowano
Kategorie Marvel
Odsłon 443
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!