Uszkodzona dusza tom 1: LONER – Rozdział 12

Powietrze było nienaturalnie ciepłe, lekko wilgotne i miało dziwny zapach. Choć jako wilk węch miałam fenomenalny, za nic nie potrafiłam rozpoznać aromatu. Kojarzył mi się z tanią farbą drukarską, wilgotnym betonem, stęchlizną… czymś złym. Był bardzo podobny do tego, jaki unosił się wokół krateru, ale miał w sobie jakąś nutę, której nie umiałam nazwać, a która tworzyła różnicę na tyle wyraźną, że niemożliwą wręcz do przegapienia. Był dosłownie wszędzie, tak intensywny, że wwiercał się natrętnie aż do wnętrza mózgu, drażniąc i wprawiając w nieustanne poczucie zagrożenia. Czułam się tak, jakby z następnym krokiem miało mi zabraknąć tlenu. Mieszankę ciężko wciągało się w płuca, zdawała się lepka i gęsta, dusząca, dławiąca…

Czułam, że jeśli jeszcze chwilę spędzę sama, na sto procent wpadnę w panikę.

Miałam wrażenie, że nie biegnę, a płynę w gęstej mgle. Unoszę się bezwolnie, przebieram łapami, próbuję odbijać się od ziemi, widzę obok umykające podkłady kolejowe, lecz tak naprawdę wciąż stoję w miejscu. Że zostałam uwięziona w maleńkim fragmencie rzeczywistości, kręcę się w nim w kółko i nigdy się nie wydostanę. Że już zawsze będzie tylko ten bieg, ten narastający strach i ten duszący zapach, aż po kres świata…

Zatrzymałam się, potrząsnęłam łbem, próbując odegnać myśli. Mgła przelewała się, falowała, łudziła, imitowała wrażenie dostrzeżonego kątem oka ruchu. Byłam całkiem mokra, choć nie potrafiłam stwierdzić, czy to dzięki niej, czy od potu. Coś kiedyś słyszałam, że wilki się nie pocą… Jak widać, nie dotyczy to wilkołaków.

Rozejrzałam się. Widziałam na ledwie kilka metrów, więc nie wiedziałam nawet, czy nadal jestem w lesie, czy może wyszłam już na otaczającą miasto wolną przestrzeń. Jedynym wyznacznikiem, dzięki któremu miałam pewność, że jeszcze nie zabłądziłam, były tory kolejowe i ostro odznaczające się po mojej lewej stronie słupy trakcyjne. Choć ostatnio biegłam po podkładach, tym razem nie chciałam ryzykować – dziwnie pachnąca mgła nie dość, że ograniczała widoczność, to jeszcze wytłumiała dźwięki, a pomimo marnego samopoczucia i wciąż żywych wspomnień Gabrysi jeszcze nie spieszyło mi się pod rozpędzony pociąg.

Ostatnio biegłam po podkładach, środkiem toru, i przede wszystkim ostatnio byłam zmęczona. Teraz adrenalina wypełniała mnie do tego stopnia, że aż się trzęsłam. Łapy drżały mi, jakby zmuszając do dalszego biegu, w głowie się kręciło, zmysły były nienaturalnie wyostrzone – odbieranie świata aż bolało. Dysząc, ruszyłam dalej, nie będąc w stanie dłużej ustać w miejscu.

Jezu, ja nawet nie wiedziałam, gdzie jestem. Wokół toru stało akurat kilka latarń, których ciepłe światło barwiło mgłę na pomarańczowo, lecz niestety nic mi to nie mówiło. Uczucie zamknięcia w jakimś ciasnym pomieszczeniu prześladowało mnie bez zmian, zaciskając się lodowatymi kleszczami na gardle. Od pełnego galopu powstrzymywało mnie jedynie to, że wiedziałam, iż długo w nim nie wytrzymam – po kilkuset metrach padnę, wyczerpana, a tak truchtać mogę w nieskończoność.

O, Leah! Co tak wcześnie? – rozległo się w mojej głowie.

Naraz całe napięcie odeszło na bok; odstąpiło na tyle, że z ulgi mało brakło, a przewróciłabym się w wilgotną ziemię. Chciało mi się płakać z radości, gdy upewniłam się, że głos Quillsa wcale nie jest złudzeniem i że wyczuwam gdzieś tam echo jego myśli. Choć nadal mnie dusiło, choć bliżej nieokreślone złe czaiło się wciąż gdzieś tuż obok, ten okruszek normalności wystarczył, by wyrwać mnie przynajmniej ze szponów paniki.

Nawet nie wiesz, jak ja się cieszę, że jesteś! – wykrzyknęłam przesadnie radośnie.

Albinos sprawiał wrażenie lekko zbitego z tropu. Zawahał się, jego myśli przesłoniła jakaś dziwna barwa.

Em… Tobie jeszcze ta wdzięczność po tym, jak spławiłem Gabrysię, nie przeszła?

Co? Ech, nie! – Wywróciłam oczami z politowaniem. – Głupi jesteś jak znoszony trampek… Po prostu… Sam zobacz. – Chcąc nie chcąc otworzyłam się szerzej, zapraszając go do swoich wspomnień.

Jak przypuszczałam, nie trzeba było wcale wiele czasu, by wycofał się w popłochu.

Co to było?! – warknął Embry, który akurat ukazał się w eterze. – Kurwa, co to takiego?!

Zaśmiałam się cicho. Mój ulubiony Beta nigdy nie przebierał w słowach…

Sam nie wiem – wydukał Quills.

Ja też nie – wyznałam. – Przypałętało się do mnie przed chwilą. Przez całą drogę ze Świerczewa miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Właściwie nadal jest, ale wasza obecność… Jak by to powiedzieć… Przy was łatwiej mi nie panikować. Jak się pojawiliście, to stało się mniej podobne do koszmaru sennego.

Zapadła pełna napięcia cisza, gdy Jacob i Seth w skupieniu studiowali moje wspomnienia, nieco wyblakłe, gdy przekazywał je Alfa. Sam burknął coś niezrozumiałego, Collin powtórzył słowa Embry’ego, aż zatrzymując się na chwilę, Brady i Paul chyba nie wiedzieli, co powinni ze sobą zrobić.

Leah, nic ci nie jest?! – przestraszył się Jared. Wyczułam, że choć nie ma pojęcia, gdzie tak właściwie jestem, najchętniej zerwałby się z miejsca i natychmiast ruszył, by mnie chronić.

Nic mi nie jest – uspokoiłam go. – Nic mnie nie atakowało. Po prostu tak jest… I ni cholery nie wiem, co w związku z tym. Myślicie, że to coś z tego krateru?

Podobnie cuchnął ten biały wilk – syknął Collin.

Myślisz… – Z trudem przełknęłam ślinę. Ciężko formowało mi się myśli w słowa. – Myślisz, że to może być on? Skoro umie posługiwać się magią…

Właściwie to nie wiemy, czy umie – przerwał mi Sam.

Jak nie wiemy?! Przecież to chyba oczywiste?! – zdenerwował się Brady.

Niekoniecznie! Nie pomyśleliście, że on może chcieć, byśmy tak właśnie myśleli? Może nie działa sam? Może on jest tylko przynętą?

Wyczułbym, gdyby był tam ktoś jeszcze – żachnął się Alfa.

Chyba że dobrze się maskował. Pomyślcie dobrze. Ja nie znam żadnej wilkopodobnej Istoty, która umiałaby posługiwać się magią. Sam ma rację – wtrącił się Jared.

Zwariowaliście?! – zaprotestował Embry. – A półdemon? A Wilk Fenrira?

Wilk Fenrira? Co to niby jest? – zainteresowałam się.

Może nie teraz? Wystarczy, że biały na pewno nim nie jest – zdenerwował się Quills. – Półdemona mógłbym jeszcze zrozumieć… choć to i tak podejrzane. Wiecie, jak działają półdemony? – westchnął, spotkawszy się z falą pytających myśli.

Nie wszyscy – zaznaczył cichutko Seth. – Jestem tu dość nowy…

Ja też nie mam o niczym pojęcia – przyznałam pokornie.

Dobra. Zaraz wam wszystko… – zawahał się. – Ej, moment. Leah, tak właściwie to co ty znowu robiłaś w Świerczewie?

Byłam pewna, że rumieniec wstydu widać by było nawet przez warstwę czarnej sierści. Dobrze, że nikogo w pobliżu nie było.

Zostańmy przy tym, że okazało się, że nie umiem korzystać z rozkładu jazdy – burknęłam. – Co z tymi półdemonami?

Czekam, aż wszyscy będą na miejscu.

Jeszcze raz wywróciłam oczami, choć nikt nie mógł tego widzieć, i przyspieszyłam. Mgła nieco się rozrzedziła, dzięki czemu mogłam z całą pewnością stwierdzić, że zbliżałam się już do granic miasta. Z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej opuszczały mnie siły. Gdy zniknęło towarzyszące mi przez całą drogę napięcie, gdy głosy pozostałych wilków pozwoliły mi wyrwać się z tej dziwnej, przytłaczającej atmosfery, cała niezdrowa energia zdawała się wyparować. Gotowa byłam wręcz przyznać, że jeszcze chwila, a zasnę w biegu. Nic nie korciło mnie tak mocno, jak olanie spotkania, zbagatelizowanie go jakimś „nie mam czasu, pogadamy jutro” i położenie się spać. Już, zaraz, natychmiast. Myśli zaczęły mi się stopniowo rozłazić, jak wypuszczone ze słoika mrówki. I nagle…

Zmiana nastroju była tak drastyczna, że aż mało brakło, żebym się zakrztusiła. Kompletnie nie wiedziałam, co się stało – wyczułam tylko tyle, że czekające już na miejscu wilki dostały nagle szału. Zerwały się z miejsc, warcząc dziko i aż kipiąc wściekłością, kilku rzuciło się za niewyraźną we mgle białą smugą…

Szlag! – Embry przysiadł na tylnych łapach i zawył ze wściekłości.

Nie pomyliłam się – to był ten biały wilk. Przystanęłam, chcąc prześledzić, co się stanie, gdy Quills i jeszcze kilku rzuciło się za nim w gęstą mgłę. Jak to było do przewidzenia – nie przeszli nawet kilku kroków, gdy Collin i Jared przewrócili się, opanowani nagłym bólem. Ktoś zaskowyczał, odebrawszy porażającą falę z bliska, Quills wywalił się wyjątkowo drastycznie, przez chwilę koziołkując w dół wzniesienia, ale jego oczami zdążyłam jeszcze zarejestrować, jak wielki biały basior szczerzy kły w bezczelnym wilczym uśmiechu i znika w gęstych zaroślach z radośnie zadartym ogonem.

Quills, biegnij za nim, kurna, no! – pieklił się Paul, już pędząc na złamanie karku. – Łap go, znowu ucieknie!

Alfa podniósł się, panując nad kłuciem w boku, lecz zachwiał się ponownie, opuściwszy ciężar ciała na lewą przednią łapę. Zaskowyczał krótko, lecz zdeterminowany, kulawym galopem rzucił się za intruzem, ignorując, że staw prawdopodobnie ma wywichnięty.

Kto tam jest teraz?! – warknął wściekle. – Jacob?!

Sorry, szefie, ja jeszcze w drodze…

Leah!

Co?! – Wzdrygnęłam się.

Biegnie na ciebie!

Nie przypuszczałam, że znajduję się już tak blisko góry za starą stacją, dopóki z wirujących tumanów mgły nie wyłoniła się wielka biała sylwetka. Biegłam akurat, sprężając wycieńczone łapy do maksymalnego wysiłku, w ułamku sekundy wybudzona z przedsennego letargu, lecz gdy wilk wyrósł centralnie przede mną, wyhamowałam, przez moment stając dęba. Przewróciłam się na grzbiet, gdy rozpędzony basior rzucił się w moją stronę, lecz nie zaatakował, a jedynie nade mną przeskoczył.

Łap go! Leah, łap go! – wył wściekły Quills. Czułam, że jest gdzieś w pobliżu, lecz biegł na tyle wolno, że marnie oceniałam jego szanse dorwania obiektu…

Decyzja mogła być tylko jedna: poderwałam się z ziemi i wyprułam do przodu.

Biegłam tak, jak jeszcze nigdy. Mocno i równo odbijałam się od leśnej ściółki, zręcznie wymijałam pojawiające się na mojej drodze drzewa, kuliłam się i przyklejałam uszy płasko do czaszki, jakby to mogło pozwolić mi stać się jeszcze szybszą. Jak czarna błyskawica wbijałam się w przepełnione cuchnącą mgłą powietrze, rozcinałam biały opar… i za diabła nie wiedziałam, co dalej. Widziałam z bardzo bliska tego wilka i spokojnie mogłam stwierdzić, że większy był nawet od Embry’ego. Był największym wilkiem, jakiego w życiu widziałam! W czym ja mu mogłam zagrozić? Przy nim wypadałam wyjątkowo krucho i niepozornie. Zmiażdżyć mógłby mnie spokojnie jedną łapą… Choć pewnie nie musiałby nią nawet ruszać, skoro i bez tego potrafił wyeliminować każdą pogoń.

Koleś ma cholernie długie łapy – na jeden jego odcisk w leśnej ściółce przypadają cztery moje. Byłam pewna, że gdybym się zatrzymała i porównała wyraźnie odciśnięty w rozmiękłym mchu ślad wilczej łapy z moją własną, zdziwiłabym się kontrastem. Byłam jak chuderlawy cyrkowy kucyk przy ogierze pociągowym…

Nie odpuszczaj! – syczał Quills. Robił, co mógł, by zbytnio nie odstawać pomimo ciągłego bólu, lecz nie zdołał jeszcze mnie wyprzedzić.

Przecież nie odpuszczam! – wycedziłam.

Tuż przede mną wyrósł pień powalonego drzewa. Przesadziłam go jednym niewysilonym susem, nawet nie zwalniając tempa. Gdzieś między drzewami ujrzałam sączące się, przytłumione przez mgłę światło silnych latarń. Jeśli dobrze orientowałam się, gdzie jestem, musiałam natrafić na skład kontenerów, znajdujący się na obrzeżach miasta. Wiedziałam, że teraz biały wilk będzie musiał zwolnić, by zacząć okrążać ogrodzony teren, więc spięłam się jeszcze mocniej…

Stój!

Wbiłam w ziemię wszystkie pazury naraz, przez co zarzuciło mną jak rozpędzonym autem. Zaklęłam szpetnie na widok, że odprysł mi lakier. Wczoraj malowałam, cholera!

Co się stało? – dopytywał Jacob.

Dlaczego ją zatrzymałeś?! – wył Paul.

Wbiegł pomiędzy kontenery – zaraportował Embry. Gdy przez chwilę spojrzałam jego oczami, zorientowałam się, że już zdołał otrząsnąć się po ataku i zbliżał się właśnie od drugiej strony składu, prowadząc część stada tak, by zamknąć białego wilka w okręgu.

Brama była otwarta?

Nie, po płocie przeskoczył, jak wiewiórka… – Zaśmiał się bez cienia wesołości. – Ustawić się wzdłuż płotu, ale tak, żebyście siebie nawzajem widzieli. Co teraz, szefie?

Quills milczał. Zwolnił, teraz zmierzał w naszą stronę tempem lekko spacerowym, utykając mocno.

Ustawcie się, dobrze. Leah, włazisz za nim – zadecydował w końcu.

Że co?! Czy ja się przesłyszałam?!

Wchodź za nim na teren składu. Wypędzisz go tak, by wpadł na Embry’ego.

Ależ ja przepraszam bardzo! – Wymownie spojrzałam w miejsce, do którego prawdopodobnie zbliżał się albinos. – Ale jak ty to sobie wyobrażasz, co?! A jak mnie zaatakuje?! Kurde, przecież on mnie samym spojrzeniem zmiażdży! Ty mnie zachęcasz do jakiegoś cholernego samobójstwa…?!

Jesteś najbliżej! – huknął. – Idź już!

Potraktowana głosem Alfy, musiałam ruszyć się z miejsca. Pobiegłam dalej, pomstując wściekle pod nosem, zatrzymałam się pod ogrodzeniem, nie bardzo wiedząc, co dalej. Kiedyś już tutaj byłam – w ramach wycieczki szkolnej, organizowanej wraz z jakimś wątpliwym projektem edukacyjnym. Już wtedy odniosłam wrażenie, że znalazłam się na obcej planecie. Cały teren jest jaskrawo oświetlony, przez co jest tam jasno jak w dzień, a ułożone piętrowo kontenery tworzą labirynt wąskich uliczek, w których nie mam pojęcia, jak można się orientować. Do tego kontenery nie mają normalnych przygaszonych kolorów, jak to zwykle bywa, lecz tak jaskrawe – wyjebane w kosmos, jak mi podpowiedział Collin – że trudno nie dostać oczopląsu. Weź czuj się komfortowo, gdy wszędzie dookoła czai się blacha falista w barwie ciepłej czerwieni, zakreślaczowej pomarańczy lub radosnej zieleni… Do tego jeszcze jest między nimi cicho. Przerażająco cicho. Tak, jakby świat nie miał tam wstępu…

Jezu, nie histeryzuj już, tylko idź tam wreszcie! – pogonił mnie Quills.

Odburknęłam coś niewyraźnego i jeszcze raz zmierzyłam wzrokiem solidną siatkę ogrodzeniową, zwieńczoną u szczytu artystycznie ułożonym wieńcem z drutu kolczastego. I jak ja niby mam…?

Chyba nie główną bramą? – spytałam z nadzieją.

A jak myślisz? Bramy ciągle ktoś pilnuje, więc chyba nie?

Płotu też. Zobaczysz, po kilku krokach zamiast na białego, napatoczę się na jakiegoś ochroniarza, i tyle z tej twojej misji będzie – zapowiedziałam. – To może bramą na bocznicy?

Nie ma czasu na to, byś teraz okrążała cały teren. Idź już!

Skomentowałam to pod nosem w sposób, który kobiecie raczej nie przystawał, ale nie wahałam się już dłużej.

Nie jestem pewna, czy wbiegnięcie na płot i zeskoczenie po jego drugiej stronie wyszło mi równie elegancko, co wilkowi przede mną, ale grunt, że się udało tak, bym nie wypruła sobie przy okazji flaków. Bo to był drut żyletkowy, nie kolczasty. Zastanowiłam się, jakim cudem biały ogrodzenia nie zarwał, skoro uginało się pod moim ciężarem? Niemal szorując brzuchem po ziemi, jakby to miało sprawić mnie w świetle latarń mniej widoczną, potruchtałam między kontenery, usiłując w tym czasie wymyślić, co dalej. Mam go znaleźć i zapędzić w naszą pułapkę, tak? A co, jeśli on wcale nie będzie chciał dalej przede mną uciekać, tylko rzuci się na mnie? Podejrzewam, że zeskrobać mnie z blachy będzie dość trudno…

No… okej. To gdzie teraz?

Kontenery tworzyły istny labirynt. Nie umiałam powiedzieć, po co tutaj stały i co się w nich mogło znajdować. Ustawiono je bardzo ciasno, po trzy jeden na drugim, głównie pomarańczowe, czerwone i żółte, choć zdarzyło się też kilka zielonych. Wiszące pomiędzy nimi bezpośrednio na kablach mocne lampy sodowe dawały aż przesadnie ciepłe światło, przez co miałam wrażenie, że mój mózg aż wariuje, tak przekłamane kolory odbierał. Kręciło mi się chwilami w głowie. Nie potrafiłam nawet skupić się na dźwiękach, bo choć jako wilk słuch miałam fenomenalny, tak w metalowych korytarzach wszystkie odgłosy rozchodziły się dziwacznie. Albo słyszałam je przesadnie głośno, albo dopiero w ostatnim momencie… Ciągle bałam się, że jeszcze jeden zakręt, a w kogoś wlezę. Trochę za duża chyba byłam na bawienie się w zagubionego bezpańskiego pieska…

Możesz bawić się w zagubionego, bezpańskiego grizzly – podsunął Jacob.

Twoje żarty nie są śmieszne – uświadomiłam go z pełnym okrucieństwem. – Może byście się tak łaskawie na coś przydali i mi pomogli, zamiast tam czekać z napięciem? Jeszcze wam popcornu brakuje.

Nie pogardziłbym popcornem – wyrwało się komuś.

Po prostu go szukaj – jęknął Quills. Musiałam już nieźle go osłabić swoją zaradnością. – Gdzieś tu chodzi. Masz przecież nos, możesz szukać tropu.

Tropiciel akurat ze mnie żaden.

Ale chyba czujesz wystarczająco, by zorientować się, którędy gostek dopiero co szedł?

Wątpię.

To był ten moment, w którym nasz czcigodny Alfa zaczyna rozważać walenie łbem w drzewo.

No to nie wiem. Na słuch go szukaj. Albo oczami. Guzik mnie obchodzi, jak masz to zrobić. Po prostu napatocz się na niego i zrób tak, żeby do nas wylazł, dobra?

A jak nie zechce? Jeśli będzie wolał zamiast tego przerobić mnie na sałatkę? – histeryzowałam w najlepsze. – Kobietę samą wysyłacie i się dziwicie, że…

A ta kobieta nie smęciła nam przypadkiem ostatnio, że czuje się niedoceniona i że chce być angażowana w akcje tam samo, jak reszta stada? – burknął Embry. – Tak właśnie było. Więc jakbyś mogła z łaski swojej…

I ty, Brutusie? – zaskomlałam. – Mówiłam o akcjach, a nie samobójstwie. Do wąchania kwiatków od drugiej strony jeszcze mi niespieszno.

Któryś zdołał zgrzytnąć zębami. W życiu bym nie przypuszczała, że w tym ciele się tak da. To chyba był już ostateczny znak, że mam sekundy na to, by przestać…

Szłam dalej. Skuliłam się jeszcze bardziej i przypadłam do ziemi, gdy wyszłam na chwilę na otwarty teren. Na maksymalnie ugiętych łapach przepełzłam w kierunku bocznicy – przy niej stało kilka maszyn, za którymi dało się całkiem nieźle schować. Chwilę powzdychałam do wyjątkowo zaniedbanej lokomotywy spalinowej TEM2, obeszłam wszystkie kąty, starając się zbytnio nie wychylać ze snującej przy ziemi mgły. Przez sekundę zdawało mi się, że widziałam ruch kątem oka, zamarłam więc, nasłuchując, ale okazało się, że podniosłam fałszywy alarm. Widząc, że nic nie wskóram na wolnym powietrzu, ponownie zanurzyłam się w wąskie uliczki pomiędzy kontenerami.

Swoją drogą, to jak oni je potem segregują? Te dróżki zostawili tak wąskie, że chyba żadną maszyną z dźwigiem tu nie wjadą…

Pomiędzy kontenerami mgły nie było. Nawet jednego głupiego skrawka, za którym mogłabym się schować i wmawiać sobie, że jestem zarąbiście ukryta. Nic, zero.

Postanowiłam jeszcze raz zasięgnąć złotej rady mego ulubionego Bety, bo to się już nudne zaczęło robić.

Jesteście pewni, że wam nie uciekł? – spytałam z nadzieją.

Musiałby rozpłynąć się w powietrzu – wycedził wściekły Embry.

Może właśnie to zrobił? – podsunęłam nieśmiało. – Kij wie, co on tak właściwie potrafi, co nie?

Nie uciekł nam. – Sądząc po tym, jak przesadnie dokładnie wymówił te słowa, chyba najbardziej próbował przekonać samego siebie.

Skręciłam jeszcze raz, powęszyłam. Wyjrzałam zza następnego zakrętu… i zyskałam pewność, że właśnie się zgubiłam. Choć w układzie alejek można było doszukać się planu i w sumie tylko idiota mógłby w nich zabłądzić, ta konkretna była niezaprzeczalnie tą, z której wyruszyłam. Czułam swój trop.

Czyli jednak coś tym nosem czujesz? – prychnął ktoś, ale zignorowałam złośliwego chama.

Bo wolałam całą energię włożyć w maksymalnie dramatyczne:

To bez sensu!

No i zasadniczo gdy tylko to pomyślałam, gdzieś niedaleko rozległ się szelest. Postawiłam czujnie uszy, podbiegłam bezgłośnie kilka kroków w jego stronę, rozejrzałam się ostrożnie. Nie oddychałam, próbowałam nawet zmusić bijące zbyt szybko serce, by zechciało się uspokoić na moment…

Coś tam było. Strzęp białego futra mignął w wąskiej alejce i zniknął równie nagle, jak się pojawił. Już miałam ruszyć za nim…

Trzeszczący głos z krótkofalówki odezwał się zdecydowanie bliżej, niż bym sobie tego życzyła. Niemal podskoczyłam, zaczęłam wycofywać się ostrożnie, chcąc niechcianego towarzysza wyminąć i ruszyć za białym wilkiem okrężną drogą, gdy… potknęłam się o kabel.

Jezu, ja przysięgam, że przechodziłam tutaj z dziesięć razy i tego kabla nie było za żadnym z nich! Jako że szłam tyłem, zaplątałam się w niego dokumentnie, zachwiałam, pisnęłam i wyrąbałam na otwarte drzwi jednego z kontenerów. Chyba każdy może sobie bez trudu wyobrazić, jakiego huku to narobiło.

Idiotka! – syknął Paul.

Milcz, dresie! – warknęłam i nie kryjąc się już szczególnie, puściłam się biegiem w stronę ogrodzenia.

Skok oddałam wyjątkowo spektakularny, bo z większej odległości, niż powinnam, przez co o mało nie wylądowałam brzuchem w drucie kolczastym, i rzuciłam się w najbliższe krzaki. Z impetem wrąbałam się na czekającego tam na mnie białego wilka…

Na początku byłam pewna, że to Quills, ale jak ma być do dupy, to już pełną parą, nie? Błysnęły szare, prawie białe oczy i ostre jak brzytwy kły, wyszczerzone w ironicznym zwierzęcym uśmiechu, lecz zanim zdołałam cokolwiek zrobić, pojawił się ból.

Kłucie w boku w pierwszym odruchu uznałam za przypadek, lecz gdy już wykonywałam zwrot, by rzucić się do ucieczki, zaatakowało z pełną mocą. Wywaliłam się na ziemię, zaskowyczałam i zwinęłam się w bezwolną kulkę, zdolna już tylko do tego, by pokornie poczekać na to, co dalej się zdanie. Spróbowałam jeszcze odpełznąć od białego wilka na kilka kroków, lecz gdy barkiem natrafiłam na pień drzewa, opadłam na wilgotny mech, niezdolna do tego, by choćby spróbować przeszkodę wyminąć. Choć z oczu zaczęły mi lecieć łzy, których nie mogłam za nic powstrzymać, spojrzałam jeszcze na białego wilka.

A on… stał i patrzył na mnie z dziwnym błyskiem w oczach. Co to było? Smutek? Poczucie winy? Nie miałam siły interpretować. Grunt, że trwało to kilka sekund, po których odwrócił się powoli i odbiegł w swoją stronę.

Właściwie w tym samym momencie jak spod ziemi zmaterializował się przede mną potwornie zjeżony Jared. Stanął tak, jakby chciał odgrodzić mnie od umykającego między drzewami cienia, warcząc głęboko; cała reszta pojawiła się tuż po nim, zamykając mnie w okręgu. Nikt nie rwał się do dalszego pościgu.

No patrzcie, jak kobieta oberwie, to od razu jesteście w mniej bojowym nastroju – zakpiłam perfidnie.

A ty co, ozdrowiałaś już? To może chcesz iść za nim? – wycedził Quills, posyłając mi zmęczone spojrzenie.

Niestety nie ozdrowiałam, o czym przekonałam się jak tylko spróbowałam wstać. Kłucie w boku wciąż sobie tam siedziało, nie zamierzając odpuścić.

Kurde. Auć…

Może lepiej idź już do domu? – spytał cicho Brady.

Idź? Dobre sobie! – prychnęłam. Okazało się jednak, że jeśli robię to wystarczająco wolno, jestem w stanie ruszyć się z miejsca. – A wy już go nie gonicie? Znowu nam ucieknie…

Nie ma sensu. – Przez chwilę wydawało mi się, że Paul chce splunąć. – I tak już odbiegł daleko.

Poza tym, co ty uważasz, że możemy zrobić? Mamy związane ręce. Poradzi sobie z każdym. Musimy wymyślić jakiś plan – warknął Brady.

Fakt. Do tej pory było dość… chaotycznie. A może jeśli skupimy się na porządnej zasadzce… – Sam już zaczął coś obmyślać. Odszedł nawet na kilka kroków, jakbyśmy przeszkadzali mu w skupieniu.

I dopiero teraz żeście na to wpadli, mózgi moje kochane? Ech… Dobra, to wy sobie obmyślajcie, a ja chyba… Ja chyba pójdę już do domu. – Jęknęłam, gdy zrobiłam pierwszy krok naprzód. – Brady ten jeden raz miał rację.

Odprowadzimy cię – zadeklarował Embry, nagle wyrastając u mojego boku. Jak tylko przebrzmiały jego słowa, speszył się wyraźnie, przestraszony, że jeszcze pomyślimy sobie, że ma serce. – To znaczy… bo mamy coś jeszcze do obgadania, nie?

Tak, tak… – Aż się zaśmiałam, gdy odwrócił łeb, nie pozwalając, bym popatrzyła mu w oczy.

To korzystając z chwili… – Alfa miał chyba dzisiaj wybitnie dobry nastrój do doprowadzania mnie do szału, z czego zamierzał jak najbardziej korzystać. – Opowiedz wreszcie dokładnie, o co chodzi z tym Aresem.

A o co może chodzić? – Musiałam przyznać, że jak skupiam się na mówieniu, mniej czuję dyskomfort we flakach. – Ares zniknął. I to w nieco dziwnych okolicznościach. Wyparował dopiero co, ale urządzili akcję tak szybko, bo już wcześniej zachowywał się dziwnie. Jak to określił jeden gość ze stada: tak, jakby chciał mu o czymś bardzo ważnym powiedzieć, ale wiedział, że nie może. Następnie wyparował. Puf, i nie ma.

A co ma do tego stara sfora?

Stara sfora ma to, że się wtrąciła. Powiadomili mojego dziadka o zniknięciu Aresa, on uznał, że to jest podejrzane, bo nie mogą znaleźć żadnych jego śladów, więc pojawili się na zebraniu i urządzili lekki burdel na kółkach. Akurat byłam w trakcie kłócenia się z Wiktorią o to, która jest fajniejsza, gdy zapragnął nas rozdzielać…

Ktoś zachichotał, gdy zobaczył wspomnienie tego, jak rzuciłam się dziewczynie do gardła.

A co z nimi? Jak nie ma Aresa, to kto u nich rządzi?

Wiktoria chciała, ale mój dziadek zawiesił im władzę. Zabrzmiało to bardzo dramatycznie i efekt wywołało odpowiedni. Zwłaszcza że było poparte dodatkowo gadką o tym, jak to bezprawnie się od nas oddzielili i że słuchać powinni Quillsa, a nie Aresa. Więc chyba chwilowo nikt tam nie rządzi… A sprawą zaginięcia zajmuje się stara sfora osobiście. Jak już mówiłam, delikatnie zabronili nam się wtrącać.

Zabronili wtrącać się tobie – zauważył Seth.

Nie wierzysz? To proszę, idź spytaj mojego dziadka, czy możesz dzisiaj wziąć z nim patrol. Ciekawe, co powie… – burknęłam.

Oni wiedzą o tej dziurze w ziemi? – wtrącił Sam.

Opowiadałem wszystko – potwierdził Quills. – Całkiem możliwe, że uznali, że to może mieć jakiś związek.

A ten cholerny biały wilk? – Zaczęło boleć mocniej, gdy o nim pomyślałam. – O nim też wspominałeś?

Nie…

A chyba powinieneś. – Jared spojrzał na Quillsa z lekką przyganą. – To chyba dość ważne. Bo i my, i sfora Aresa uważamy, że mógł wyleźć z krateru właśnie. To zbyt duży zbieg okoliczności, że najpierw się pojawia, a następnie ginie Alfa…

Być może. Powiem mu…

Ja mu powiem! – zdenerwowałam się. – Mam dosyć tego, że wszyscy mają lepszy kontakt z moim dziadkiem, niż ja sama! No patologia jakaś…

Niech ci będzie.

Akurat zatrzymaliśmy się pod moim blokiem. Z powodu pogody i dość późnej pory wokół było zupełnie pusto, więc nie musieliśmy nawet specjalnie się kryć.

Zrobiło mi się nieprzyjemnie na myśl o tym, że będę musiała zmienić się w człowieka, wyprostować i wejść po schodach. I ciekawe, co ja rodzicom powiem?

Kurde! – przypomniałam sobie. – Zostawiłam torebkę tam, gdzie ten biały na mnie wpadł!

Wezmę, gdy będziemy wracać – zaofiarował się Jared.

Dzięki…

Leah! – Obejrzałam się jeszcze, zanim zrzuciłam wilczą skórę. – Jak nie przestanie cię boleć, to lepiej jedź do szpitala…

Dzieckiem nie jestem. – Przemieniłam się w człowieka i krótkim gestem machnęłam na wilki, czekające, aż zniknę na schodach.

Czułam się okropnie.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 264
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!