Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 15. Przywilej miłości

1943r.

      Pamiętał jak sądził, że przyjaciel będzie wściekły, kiedy zobaczą się na wojnie. Pamiętał. Mylił się. Wolałby jego złość niż obraz, który go teraz prześladował. Obraz leżącego Bucka przykutego do pryczy, półświadomego. Uwięzionego przez Hydrę. Przypomniał sobie słaby, niedowierzający głos wymawiający jego imię, gdy go odnalazł… i towarzyszący temu jego nieprzytomny uśmiech.

      – Kapitanie? To już koniec raportu? – z zamyślenia wyrwał go głos pułkownika Philipsa.

      Rozejrzał się z lekka zdezorientowany, jakby znajdował się gdzieś indziej. Obszerne pomieszczenie służące za główny gabinet dowództwa. Blat przykryty sporych rozmiarów mapą z figurkami imitującymi rozmieszczenie baz Hydry. Towarzyszyli mu jedynie pułkownik i ciepło spoglądająca na niego Peggy.

      – Tak, to wszystko.

      A w jego głowie był Buck, zawsze on… i wiedza, że teraz jest bezpieczny sprawiała, że miał w sobie poczucie nieograniczonej ulgi. Wiedział, że już nigdy nie pozwoli by stała mu się krzywda. Już nigdy… nigdy więcej… Pamiętał ciężar jego osłabionego, wspartego na sobie ciała, kiedy zabierał go z niewoli. Kochanie, pomyślał, co oni ci zrobili… kochanie… Tak bardzo żałował, nie mógł znieść tego, że on tam cierpiał… Boże… Uratował go, uratował… i już zawsze będzie go chronił, nigdy więcej nie dopuści, by ktokolwiek go tknął.

      Rozległo się pukanie, a kiedy głównodowodzący przyzwolił na wejście, drzwi uchyliły się i do środka wsunął się Bucky. Jego wzrok natychmiast skrzyżował się ze spojrzeniem Rogersa. Tyle tęsknoty, tyle niewypowiedzianego bólu… Zatracili się, tacy wpatrzeni w siebie, niedowierzający w realizm tej chwili, jakby miała okazać się ułudą. Sennym marzeniem, które zniknie, jeśli tylko się poruszą. Odzyskali siebie, odzyskali…

      – Cieszymy się, że jesteś z nami, sierżancie.

      – Dziękuję, pułkowniku. – rzekł nieprzytomnie Bucky, patrząc wciąż jedynie na ukochanego.

      Nie przerwali kontaktu wzrokowego, nie potrafili… nie chcieli… tacy utęsknieni, potrzebujący siebie wzajemnie. Zapomnieli się w uczuciu nieopisanej tęsknoty, pragnienia odzyskania wszystkiego, co utracili… Nie dostrzegali otoczenia, co mogłoby w innym przypadku okazać się niebezpieczne, lecz Peggy i Philips wiedzieli, że są bliskimi przyjaciółmi po długiej rozłące. To tłumaczyło ich zachowanie.

      – Panowie, zostawimy was samych. Domyślam się, że przyda wam się poważna rozmowa. – pułkownik odchrząknął po męsku, nieprzyzwyczajony do widoku takiej zażyłości, lecz nic nie podejrzewał – Dopilnuję, aby nikt wam nie przeszkodził. Zasłużyliście na to. Kapitanie, jeszcze raz dziękuję za uratowanie życia tylu żołnierzom.

      Steve uprzejmie skinął głową w uznaniu na te słowa. Odprowadził wzrokiem milczącą Peggy podążającą za przełożonym. Kiedy drzwi zamknęły się za tą dwójką i został sam z Barnesem skierował ponownie spojrzenie ku niemu. Nagle poczuł się niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, obezwładniony przez oszałamiającą świadomość, że Buck jest znów tak blisko, cały i zdrowy… wystarczy tylko kilka kroków i mógłby go dotknąć. Patrzył w jego przystojną twarz… w te przejęte, piękne oczy… i widział po nim, że on też nie potrafi podejść, wydawał się chwiejny, jakby silne emocje, które nim targały, mogły zwalić go z nóg. Posłał mu delikatny uśmiech, mając wrażenie nierzeczywistości tej chwili. Odzyskał go, Boże, odzyskał. Dostrzegł jak jego wargi miały odwzajemnić uśmiech, lecz zdążyły jedynie lekko się unieść… i wykrzywiły się boleśnie. I to przeważyło wszystko. Wyrwali się z odrętwienia w tym samym czasie, ruszyli ku sobie powoli, jakby się bali, że jeśli zrobią to za szybko, utracą coś z tego momentu. Stanęli sobie naprzeciw, mając z jednej strony kolisty stół z rozłożoną mapą.

      To Bucky wykonał pierwszy ruch, po prostu pochylił głowę lekko w przód i złączył ich czoła, opierając je o siebie, obaj przymknęli oczy, wczuwając się w siebie wzajemnie. Położył jedną dłoń na umięśnionych… nowych… plecach Rogersa, poznając ponownie uczucie obejmowania go. Wydawało mu się takie znajome… a jednocześnie świeże, nieodkryte. Odetchnął cicho, czując po raz pierwszy od długiego czasu bliskość ukochanego… Boże… tak bardzo się stęsknił…

      – Mój Steve. – zamruczał cicho, delikatnie.

      – Mój Bucky.

      Odpowiedź przyjaciela skradła mu serce, taka ulotna, subtelna… obaj mogli znów rozsmakowywać się w wymawianiu swoich imion. Splótł ich palce, a rękę wspartą o plecy Steve’a przesunął w dół, kierując ją do wcięcia w sylwetce, westchnął w jego twarz, rozkoszując się jego ciepłem… Boże, Steve… kochanie… Jego jednostajny oddech, ich splecione palce… bliskość ciał… wyczuwał w tym bezpieczeństwo. Masował umięśnione barki… całą powierzchnię pleców, mając wrażenie lekkiego surrealizmu… lecz było to… piękne. Zapominał się we wgłębianiu się na nowo w fakturę jego ciała, pobudzał go… i siebie… tak bardzo kiedyś utęsknionym dotykiem… a jednak oddychał spokojnie, czując na sobie również jego oddech. Był bezpieczny. Obaj byli bezpieczni. Tylko to się liczyło. Oni dwaj. Ich miłość. Bliskość, za którą tak bardzo tęsknili. Dotyk, o którym marzyli… i który sobie wyobrażali. Był bezsilny wobec tej miłości, tylko jej pragnął, tylko ona go spełniała… tylko dzięki niej był szczęśliwy. I w tym szczęściu krył się ból tęsknoty… niezaspokojonej przez tak długi czas samotności… Boże, Steve, pomóż… nie radził sobie z przytłaczającym poczuciem tego, co im odebrano… ani ze zbyt intensywną… a jednak tak bardzo potrzebną… bliskością. Mimo tego oddychał łagodnie. Oddychał łagodnie. Steve, pomóż, boli… boli… tak bardzo boli… czuł się taki bezsilny i… i wiedział, że może takim być… przy ukochanym mógł odsłonić wszystko, całą bezradność potrzeby miłości. Kochał tak bardzo, potrzebował tak bardzo… że sprawiał tym sobie ból… Stevie, kochanie… kochanie… nie potrafił sobie z tym poradzić… kochanie, boli… a jednak… oddychał… spokojnie.

      Uczuł na karku jego dłoń i niemal zapłakał. Łagodny dotyk, delikatne łaskotanie skóry… Boże, potrzebował tego… potrzebował… chciał subtelności, piękna przeżyć… i porywczości w bliskości. Dzielił ze Steve’m łagodne gesty… a tak bardzo mu stawał… Boże, boli… kochanie… stawał się tak boleśnie twardy… Boże, nie, boli… Boże, tak… zaraz dojdzie od tak ulotnego kontaktu… Wsłuchiwał się w jego oddech i słyszał bezpieczeństwo, spełnienie poprzez delikatność… i pragnienie identyczne jak własne… takie, które wynagrodzi im wszystko, co przeżyli… co utracili… takie, którego gwałtowność ugasi szarpiącą nimi tęsknotę.

      – Steve… – szepnął z napięciem, które niemal odebrało mu głos.

      – Wiem. Kocham cię.

      Wygiął usta w łagodnym uśmiechu, wychwytując bezbłędnie w tonie Rogersa niecierpliwość i pragnienie, które starał się zamaskować. Jeszcze się nie nauczył, że czyta mu w myślach? Jeśli ma ochotę odgrywać scenę ‘nie możemy tutaj’… cóż, załatwi to inaczej. Zmusił się, by przerwać im subtelny… a jednak niemożliwie rozpalający kontakt… odsunął się i ustawił tak, by opierać się o kolisty blat. Posłał ukochanemu bezczelne spojrzenie, odchylił się lekko w tył, podpierając ręce za sobą… i widział w tych spragnionych oczach, że już wygrał. Przysiadł na blacie, rozsunął nogi, gdy Steve się zbliżył… był chętny i potrzebujący go między nimi. Uwodził go wzrokiem, czując żar bliskości jego ciała… poczuł na udach jego dłonie, przesunęły się wzdłuż… Boże… jego dotyk… tak dawno tego nie doznawał… Boże, zaraz dojdzie… Patrzył w jego nieco nieprzytomne oczy i rozpoznawał, że on także jest na skraju. Delikatna bliskość… tęsknota, miłość… ból oczekiwania… to wszystko powodowało w nich emocjonalny orgazm. Wplótł palce w jasne włosy… ich miękkość, Boże, tak dobrze znajoma miękkość… wciąż czuł dłonie błądzące po udach. Westchnął cicho, ekstatycznie. Delektował się jego oddechem na twarzy, bolesną subtelnością odczuwania… pragnął więcej. I wiedział, że partner to wyczuwa, samemu także pożądając aktu miłości.

      – Bucky… nie możemy…

      I wtedy poczuł jak bardzo Steve jest słowny. Drżące palce rozpięły mu pasek, potem rozporek… Wzmocnił uchwyt na włosach kochanka, kiedy jego ręka wsuwała się do spodni… Boże… jęknął z lekka… dłoń delikatnie musnęła jego męskość, przesunęła się po jej długości…

     – Tak, kochany… tak…

      – Nie możemy…

      Steve nie wierzył własnym słowom… wierzył potrzebom. Nie mógł przestać… nie mógł… przestać… Och, Boże… penis Bucky’ego był tak bardzo twardy… jego własny też… Boże… nie wytrzymywał… Nie, nie mogli tutaj… nie mogli… proszę, Buck… zacisnął zęby, pozwolił sobie leciutko zacisnąć palce na erekcji przyjaciela… i wyjął rękę z jego spodni. To poświęcenie zdało się na tyle, że wcale tego nie planując, włożył dłoń pod wojskową bluzkę i przesunął nią po rozgrzanej skórze, docierając aż do jego torsu. Pochylił się ku niemu i połączył ich wargi, delikatnie je musnął, wyczuwając przez pocałunek zwycięski uśmiech Bucky’ego. Nie zdołałby przerwać tej chwili… zbyt bardzo potrzebował… obaj potrzebowali… Całował go powoli, wkładając język w jego usta… Boże… w odpowiedzi język przyjaciela pocierał o jego własny… tak dawno tego nie robili… tyle czasu bez siebie, tyle tęsknoty… Pieścił przy tym jego lewą pierś… masował wolno, kolistymi ruchami, przeżywając, że ponownie może rozpalać poprzez dotyk partnera… i siebie. Tyle samotności, tyle straconych chwil… Boże… Ich połączone usta, ciało przy ciele, jego dłoń we włosach… wyczuwał jego żar… i dzielił go z nim. Potrzebował go tak mocno… mocno… tak, aby zapomnieli do jak wielkiego zostali zmuszeni bólu… Oderwał się od jego namiętnych warg… obaj dyszeli niespokojnie…

      – Jesteś bardzo spragniony, Buck.

      – Mogę za tobą tęsknić. To przywilej miłości.

      Te słowa przeważyły wszystko. Nie wytrzymał. Chwycił Bucka i gwałtownie odwrócił do siebie tyłem, a on łatwo się poddał zaskoczony jego siłą. Szarpnięciem zsunął z niego spodnie wraz z bielizną, pragnął go mieć… już… teraz. Nie potrafił przestać… nie chciał… przestać… nikt im nie przeszkodzi, pułkownik obiecał. Jego nagi tyłek… tak dawno go nie dotykał… nie wsuwał się w niego… Boże… tak dawno… rok czasu… Uklęknął i przybliżył się do pośladków, przyłożył do nich dłonie… o Boże, kochanie… rozsunął je, były tak przyjemnie kształtne, miękkie… a przyjaciel przylgnął mocniej do stołu, wykładając się na nim zgięty wpół… słyszał jego oczekujący, momentalnie przyspieszony oddech. Od razu polizał mocno całą długość rowka… a rozemocjonowany partner syknął przez zęby… Buck, kochanie… włożył głęboko język… Boże… o Boże… nie miał czasu ani cierpliwości na subtelność, mimo tego jak bardzo to kochał. Chciał dotrzeć do samej głębi przyjaciela… używał języka mocno i szybko, podniecenie sprawiało mu ból… tak dobrze, tak boli… nie mógł już wytrzymać, wysilał się, by odpowiednio go nawilżać… płynęła z tego wręcz niemożliwa rozkosz, delektował się nim i właśnie jego smak sprawiał, że… chciał już… go… wziąć. Mocno. Ekstremalnie. Boleśnie. Nawilżał go energicznie, raz za razem wsuwając w niego język… Boże, skarbie… słyszał jego tłumione na siłę jęki… Boże, potrzebował już go mieć… nie wytrzyma… rozkosz bolała, tęsknota za jego ciałem bolała… zbyt długo nie mógł go smakować, nie potrafił się opanować… przytłaczała go skrajna… wytęskniona… rozkosz… tak bardzo mu stał, tak bardzo bolało… Buck, proszę… proszę, pomyślał, pozwól mi… Wysunął z niego język… pogłaskał pośladki, dyszał na nie wymęczony… Boże, zaraz dojdzie… i przyjaciel też, słyszał to w jego głosie… nie mogli czekać… nie mogli…

      Ponownie pogładził miękką skórę jego tyłka, by przygotować go na silniejszy dyskomfort… Bucky, wytrzymaj… włożył do ust dwa palce, nawilżył je i powoli, bardzo ostrożnie, zaczął wkładać od razu oba w jego dziurkę, by rozluźnić go sprawniej… Boże… co za uczucie… a ukochany wyprężył plecy, jęknął mocniej… z bólem. Zaczął naśladować ruchy właściwe do stosunku, robił to powoli, wyczuwając jak bardzo ukochany jest ciasny… o Boże, Bucky… tak, właśnie tak… słuchał jego rwącego się oddechu… brzmiał tak cudownie, bezbronnie… i boleśnie. I wiedział… wiedział, że już długo nie wytrzyma… i że Barnes nie jest wystarczająco rozciągnięty… zbyt długo tęsknili, zbyt intensywnie odczuwali… boli, kochanie, pozwól… Wsuwał i wysuwał palce… coraz szybciej… coraz… szybciej… oddychał z trudem, tłumił podniecenie, by wytrwać… i nie wytrwał.

      Wyjął palce, wstał, niespokojnie szarpnął własny pasek, po czym pozbył się spodni i bielizny, opuszczając je niedbale do kostek. Wiedział, że to jeszcze za wcześnie, że ukochanego zaboli… lecz potrzebował w nim być… teraz… chwycił swojego członka i przytknął główką do szparki Barnesa… otarł lekko… i uderzyło w niego wręcz rozdzierające poczucie przyjemności i myślał, że już od tego zaliczy szczyt… Boże… Boże, boli… tak, proszę, tak… Zaczął się wsuwać… bardzo powoli… wyczuwał jak ciało kochanka się napina, słyszał jak wciąga powietrze przez zęby… jak sprawia mu ból, gdy znajdował się w nim coraz głębiej… skarbie, już dobrze, to miłość. I gdy był już całkowicie otoczony przez jego gorące… ciasne… wnętrze, pogłaskał jego pośladki, chcąc dać mu poczucie bezpieczeństwa… a on oddychał tak gwałtownie… tak bardzo gwałtownie… i brzmiał pięknie. Obezwładniało go uczucie przyjemnej ciasnoty… Boże, tak dawno nie… tak dawno nie miał go w ten sposób… I wtedy wykonał pierwszy ruch, bardzo nagły… mocny… wyrywając z partnera jęk bólu… i bezgranicznej ekstazy. Figurki na stole przewróciły się, lecz żaden z nich tego nie dostrzegł. Znów pchnął biodrami, i znów… Boże… Bucky, proszę… każdy ruch czynił ostrym, starał się oddychać płytko przez rozchylone usta, przytrzymywał jego biodra… patrzył na wygięte plecy, głowę opuszczoną nisko aż po sam blat, dłonie błądzące po stole, wyginające nieco mapę… i wyczuwał w jego rozemocjonowanym głosie skrajną ekstazę… i ból, większy niż sądził, że usłyszy… Boże, kochanie, przepraszam… jednak nie potrafił przestać, nie potrafił… i nie chciał… obaj nie chcieli. Potrzebowali niewyobrażalnej rozkoszy wymieszanej z bólem, której pragnęli jedynie ze sobą… i która miała oczyścić ich wytęsknione serca, połączyć ich zmuszone do tak długiego rozstania dusze. Uderzał we wnętrze Barnesa mocno, nieograniczenie mocno… całkowicie zapominając, że teraz jest silniejszy fizycznie, że powinien choć trochę dozować energię i tempo… Narzucał szybki, potężny rytm… rozkoszował się tym jak gładko przesuwał się wewnątrz przyjaciela… tak przyjemnie… ciasno, a jednak tak bardzo płynnie… Boże, kochanie… tak, proszę, tak… podniecały go ekstremalnie ekstatyczne… i bolesne… bezbronne… przypominające szloch jęki partnera… Boże, mój kochany… mój kochany… Dostrzegł, że Buck próbuje podnieść się na drżących dłoniach, nie pozwolił mu, docisnął dłonią jego plecy, przyciskając go mocniej do blatu… miał ochotę nad nim panować… i troszczyć się o niego. Pogłaskał przelotnie jego boki… i nie przestawał brać go w sposób burzliwy, pożądliwy… uderzał w niego… uderzał… raz za razem… Boże, skarbie… uderzał…

      I nagle usłyszał, że Bucky naprawdę płacze… nie tylko tak brzmi, lecz naprawdę płacze… Boże, kochanie… Bucky, proszę… Zacisnął oczy, czując jak serce pęka mu na ten dźwięk… i jak wypełnia je wręcz niemożliwa ulga… to zaufanie w bólu, oddanie się sobie wzajemnie, ukojenie rozpaczliwej tęsknoty poprzez skrajność… już dobrze, kochanie… już dobrze… Przylgnął bardziej do jego pleców, wyczuwając przez bluzkę jakie są rozpalone, drżące… on sam także drżał… ostre ruchy sprawiały ból… i rozkosz… powodowały poczucie bezpieczeństwa, koiły tęsknotę. Brał go wciąż tak mocno, silnie… Boże… tak, kochanie, płacz… już wszystko dobrze… Nie zdawał sobie sprawy z własnych łez dopóki nie zamazały mu widoku tego kochanego ciała wyłożonego przed nim. Płakali razem… połączeni… Boże… już dobrze, już zawsze wszystko będzie dobrze. Poruszał biodrami… raz za razem… Boże, to już… już teraz… pogładził z lekka biodro Barnesa, ominął je i sięgnął w dół ku jego sztywnemu penisowi… Boże, tak… tak… ujął go w dłoń, pragnąc, by ten w nią doszedł… kolejne pchnięcie uczynił tak ostrym, tak bardzo głębokim jak tylko potrafił… Och, Buck… Buck… i spuścił się w gorącym, upragnionym wnętrzu kochanka… wykonał nagły ruch ręką obejmującą jego męskość, łącząc to z kolejnym porywistym… już na ostatku sił… szarpnięciem bioder… i doprowadził go… do szczytu.

      Znieruchomiał. Musiał odpocząć. Obaj tak bardzo dyszeli… tak bardzo… wymęczeni, spełnieni… szczęśliwi, mogli tacy być jedynie ze sobą. Patrzył na leżącego na blacie Bucka i zapragnął go przytulić, uspokoić jego drżenie. Wysunął się z niego, objął bezwładne ciało za boki i po raz pierwszy w życiu uniósł… a uczucie jego lekkości i bezbronności skradło mu serce. Obrócił go ku sobie i widząc jego rozmazane na twarzy łzy, oszołomienie bliskością… poczuł tylko jak bardzo go kocha. Utulił go ciasno, silnie… w taki sposób jak on zawsze przytulał jego… i teraz to Bucky był tym bezbronnym, delikatniejszym. Pocałował jego policzek, wyczuwając słony posmak łez.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 320
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!