Córa rodu Phoenix – Prolog

                    Drobna dziewczynka o długich, rubinowych włosach, leżała na olbrzymim, rzeźbionym łóżku wpatrując się w elegancko upięty, ciemnozielony baldachim. Głowę wspierała na splecionych w okolicach karku dłoniach, a nogi swobodnie zwisały jej z krawędzi łóżka, niezdolne do stabilnego oparcia się na wypastowanej, dębowej podłodze. Nuda…nuda…nuda…tak mijał każdy z jej nieznośnie monotonnych dni. Mogła wybierać zaledwie między snuciem się po swojej olbrzymiej rezydencji, a wałęsaniem się po okalającym ją gęstym, mrocznym lesie poprzecinanym siatką nieprzystępnych ścieżek, o których istnieniu wiedziało niewielu – obydwie te opcje wydawały jej się tak samo bezbarwne i nużące. Zdążyła już dawno temu obejrzeć każdy jeden kamień, ukrywający się w leśnej gęstwinie, a swą posiadłość znała dużo lepiej od samej siebie. Westchnęła bezradnie, przymykając powieki – kochała to miejsce, jednak czuła się w nim jak w złotej klatce, otoczonej bezkresnym, kuszącym światem do którego tajemnic nie miała dostępu. Spokój rudowłosej zakłócił dźwięk nieśmiałego pukania. Uchyliła lekko prawą powiekę i zamiast odpowiadać, skinieniem dłoni otworzyła ciężkie, hebanowe drzwi wiernie oddzielające ją od reszty domostwa. Do jej ponurego azylu wszedł skrzat domowy o imieniu Sten – staruszek od lat pełniący obowiązki majordomusa, opiekujący się posiadłością z większym poświęceniem, niż natura mu nakazywała. Sten dumnym krokiem podszedł do swej pani, po czym kłaniając się dwornie wyciągnął w jej stronę srebrną tacę z położonym na niej listem. Dziewczynka, zaintrygowana nieoczekiwaną wiadomością, usiadła na brzegu łóżka, chwyciła list i ostrożnie rozdarła lekko pożółkły papier koperty, z której wnętrza wyciągnęła zapisaną równym pismem, śnieżną kartkę. Przez chwilę czytała w skupieniu, a z każdym pochłanianym słowem uśmiech na jej twarzy stawał się coraz większy. Nieczęsto ktokolwiek zadawał sobie trud pisania do niej, a tak przyjemne listy jak ten, zdarzały się niebywale wręcz rzadko. Podekscytowana zeskoczyła z łóżka i nie myśląc o tym, co wypada, przytuliła mocno starego skrzata, unosząc go kilka centymetrów ponad posadzkę. Obróciła się kilkukrotnie, śmiejąc się przy tym radośnie.

-Sten! Szykujmy dziś wystawniejszy obiad! – odstawiła majordomusa spodziewając się, że niekoniecznie podobał mu się fakt bycia potraktowanym, jak maskotka – Nie zgadniesz, kto nas odwiedzi!

– Nie śmiałbym zgadywać, pani – skrzat przemówił łagodnie, wygładzając wprawnie poły czarnej marynarki.

Celowo nie patrzył na dziewczynkę, doskonale wiedząc, że musiała na niego spoglądać karcąco swoimi błękitnymi, chłodnymi oczyma. Pani tych włości nie lubiła, gdy skrzaty nazywały ją swą panią i tolerowała to jedynie w obecności gości. Sten uśmiechnął się ukradkowo. Płomiennowłosa zdawała sobie sprawę z natury skrzatów domowych, ale i tak za każdym razem drażniły ją pompatyczne, wzniosłe tytuły, które uważała za przejaw utrwalania bezsensownej przepaści, dzielącej panów i ich służbę. Błękitnooka nie uznawała tak jednoznacznych podziałów, o czym wiedział każdy, kto poznał ją nieco lepiej. Staruszek wyprostował się, słysząc ciche westchnienie pani i zerknął na uśmiech, rozświetlający jej porcelanową buzię.

– Albus Dumbledore! – odpuściła sobie kolejny wykład na temat zbędności tytułów – Od lat nie widziałam tego smarkacza!

– Panicz Dumbledore… – Sten klasnął w dłonie – cóż za zaszczyt! Niezwłocznie poinformuję kuchnię o przybyciu tak znamienitego gościa. Merion zamierzała dziś upiec ciasto cytrynowe, a z tego co pamiętam, panicz Dumbledore zawsze miał słabość do słodyczy.

– Przekaż proszę Merion, żeby na mnie zaczekała! Przygotuję się i zejdę jej pomóc z pieczeniem.

Ognistowłosa uśmiechnęła się promiennie na samą myśl o minie Albusa, gdy skosztuje popisowego ciasta szefowej kuchni. Majordomus skinął usłużnie głową przed swą panią, po czym zniknął, zamierzając bezzwłocznie wrócić do swoich obowiązków. Dziewczynka raźnym krokiem podeszła do drzwi garderoby, której szczerze nie znosiła – to miejsce przywoływało zbyt wiele wspomnień, otulających wszystkie z jej ubrań. Nie rozmyślając zbytnio, chwyciła pierwszą lepszą sukienkę: błękitny koszmarek z krótkim rękawkiem; śnieżnobiałym, sztywnym kołnierzykiem i mleczną szarfą oplatającą, nieposiadającą wcięcia, talię. Model mocno starawy, z całą pewnością dawno już zapomniany przez świat mody, ale nie miała czasu narzekać ani przekopywać się przez stosy kreacji w poszukiwaniu czegoś odpowiedniejszego. Wbiegła do niewielkiej, kunsztownie urządzonej łazienki, przebrała się pospiesznie i rozpoczęła nierówną walkę z burzą prostych, płomiennych włosów. Rozczesała je pieczołowicie, co jakiś czas mocując się z opornymi pasmami i związała perłową wstążką w wysoki kucyk, zakładając niesforne kosmyki za uszy. Spojrzała na swoje odbicie w kryształowym lustrze, po czym wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem. Musiała koniecznie wymienić część garderoby, żeby nie wyglądać jak staroświecka, porcelanowa lalka wyciągnięta z zapomnianego pudła, kurzącego się na strychu jakiegoś wiekowego domu. Nie przywiązując więcej wagi do drobnostek, pokroju własnej prezencji, zbiegła po marmurowych schodach na parter i jak burza wpadła do kuchni, ściągając na siebie rozbawione spojrzenia czterech par oczu. Gospodyni uśmiechnęła się do wiernych skrzatów, przepraszając za gwałtowne wtargnięcie i dzielnie znosząc ich przytłumione chichoty. Cała służba zdążyła już przywyknąć do nieco ekscentrycznego zachowania pani domu, nie zwracając większej uwagi na jej drobne, nieszkodliwe dziwactwa. Młoda dama, zgodnie z ustaleniami, początkowo zajęła się krojeniem warzyw potrzebnych do przygotowania obiadu, a następnie ścieraniem skórki z niewielkiego kopczyka cytryn, wyhodowanych w rozległym ogrodzie na tyłach posiadłości. Lubiła pomagać w gotowaniu, ciesząc się każdą chwilą spędzaną pośród swoich małych przyjaciół. Od lat starała się wprowadzić w swoim dworze rodzinną atmosferę, ponieważ tak naprawdę nie miała nikogo oprócz skrzatów – pozostali bywalcy rezydencji zjawiali się i znikali bez uprzedzenia, pochłonięci własnymi sprawami. Stworzonka początkowo podchodziły do jej planów z nieskrywaną niechęcią, nieprzekonane do tak drastycznej zmiany. Długo zajęła jej budowa obecnych relacji, a jeszcze więcej czasu i wysiłku musiała poświęcić na jej utrzymanie, co robiła z radością. Obszerne pomieszczenie wypełniały odpowiednie dla kuchni dźwięki: stukot obijających się o siebie naczyń; skwierczenie smażonego mięsa; ciche bulgotanie sosów; rytmiczne odgłosy noży uderzających równym rytmem w drewniane deski i poirytowane pokrzykiwania Merion, która niepodzielnie panowała w kuchennym królestwie. Brakowało tylko jednego – rozmowy. Zmęczona jej brakiem dziewczynka, zagadnęła najbliżej stojącego skrzata, nie chcąc jednak toczyć dysputy na żaden konkretny temat. Wystarczyła jej nieskrępowana wymiana ogólnych zdań i pieszczotliwa wojna na złośliwości. W końcu do rozmowy włączyła się reszta obsady kuchni, a zwyczajny gwar wzbogacił się o setki wymienianych uwag, śmiechów i niewinnych docinków. Pani z przyjemnością przysłuchiwała się opowieściom o minionym dniu, planom snutym na najbliższe godziny i słownym przepychankom o rozmaite drobnostki. Wesołą atmosferę zaburzyło pojawienie się Stena, który z racji swego wieku i przywiązania do tradycji, cieszył się mianem nieformalnego przywódcy wszystkich pracujących w rezydencji skrzatów. Majordomus podszedł do swej pani i swym zwyczajem, którego nie potrafiła zwalczyć, skłonił się przed nią nisko.

– Jeśli mogę coś zasugerować, niech panienka opuści już kuchnię. Panicz Dumbledore powinien zjawić się za dwadzieścia minut. Nie wypada, by powitała go panienka cała wybrudzona.

Płomiennowłosa odłożyła nóż, którym kroiła cytryny w cienkie plasterki i pospiesznie wytarła dłonie w beżowy ręczniczek. Uśmiechnęła się łagodnie do Stena, spodziewając się, że nie miała żadnego pola do dyskusji – staruszek potrafił być zawzięty i w razie konieczności siłą wywlókłby ją z kuchni, byleby godnie przywitała Albusa.

– Za chwilę przyjdę do salonu. Czy mogłabym poprosić cię o zaparzenie dzbanuszka kawy? – spojrzała na skrzata – Tej karmelowej! O ile pamięć mnie nie myli, Albus zawsze ją lubił.

Sten bez słowa skłonił się i rozmył w powietrzu, chcąc zapewne odszukać w spiżarni lniany woreczek ze świeżymi ziarnami wspomnianej kawy. Młoda dama uprzejmie pożegnała skrzaty, nie zapominając o podziękowaniu im za ciężką pracę, po czym pchnęła solidne drzwi kuchni i ruszyła wprost przed siebie korytarzem. Niemalże biegła po marmurowej podłodze, w ciepłym odcieniu piasku. Korytarze jej rezydencji przypominały istny labirynt – były wąskie, długie i zaskakująco dobrze oświetlone, jak na takie warunki. Dziewczynka już dawno temu uznała, że jasne, ciepłe barwy będą najlepszym wyborem dla jej posiadłości, skoro chciała nadać domostwu uroku miejsca otwartego i przyjaznego wszystkim przybyszom. Jedynym ciemnym pomieszczeniem w domu był jej własny pokój, uwielbiała bowiem zaszywać się w jego mroku, otoczonym wszechobecną jasnością. Na chwilę zboczyła ku łazience, chcąc sprawdzić, czy prezentuje się jak na gospodynie przystało, po czym wpadła do wielkiego salonu. Podeszła do dwóch rzeźbionych foteli, wyściełanych kremowym aksamitem, rozdzielonych niewielkim, okrągłym stolikiem ozdobionym pękatym wazonem z bukietem świeżych kwiatów. Nie były to jednak byle jakie kwiaty, a jej ukochane czarne róże o smoliście aksamitnych płatkach – te rośliny można było spotkać wyłącznie w ogrodzie posiadłości. Nie wiedziała właściwie, skąd się tam wzięły – po prostu któregoś poranka zauważyła nietypowy krzew wśród innych krzaków róż i zauroczona jego osobliwym urokiem zadbała, żeby ten jeden jedyny krzaczek przemienić w cały ogród. Mogło się to wydawać dziwne, ale miała ogromną słabość do zapachu tych konkretnych róż, zdecydowanie bardziej ulotnego i wyrafinowanego od innych kwiatów. Wspinając się na palce, pochyliła się nad bukietem, żeby móc nacieszyć się subtelną wonią o niepowtarzalnym uroku.

– Panienko, panicz Dumbledore przybył.

Za jej plecami pojawił się Sten, sygnalizując swą obecność cichym chrząknięciem. Odwróciła się do skrzata, szczerząc się radośnie na myśl o rychłym spotkaniu z czarodziejem.

– Doskonale! Przyprowadź go proszę do salonu.

Majordomus powtórnie zniknął – czasem to jego znikanie i pojawianie się było frustrujące, ale skrzaty najczęściej przemieszczały się właśnie w taki sposób, a ona miała czas, żeby się do tego przyzwyczaić. Wygładziła pospiesznie sukienkę, poprawiając także wstążkę na włosach. Musiała wyglądać schludnie, w końcu nie widziała przyjaciela od tak dawna! Zniecierpliwiona zaczęła chodzić bez celu po komnacie, zabijając w ten sposób, nieprzyjemnie wlekący się, czas.

– Witaj, moja droga – usłyszała znajomy, ciepły głos.

Ignorując kurtuazyjną powściągliwość formalnych powitań, podbiegła do czarodzieja i bezceremonialnie objęła go szczupłymi ramionami. W ich sytuacji elegancja na nic by się zdała – zbyt wiele razem przeżyli, żeby bawić się w zachowawcze uprzejmości.

– Zestarzałeś się, Albusie! – roześmiała się patrząc na długą, siwą brodę mężczyzny.

– Ty wręcz przeciwnie, pani.

Czarodziej z zaczepnym półuśmiechem, żartobliwie skłonił głowę naśladując, kiedyś obowiązujący, dworski rytuał witania wysoko urodzonych niewiast. Dziewczynka roześmiała się perliście i szturchnęła go delikatnie. Dopiero teraz zauważyła, że cały czas towarzyszył im Sten, wpatrujący się w nią swymi ciemnymi oczyma. Najwidoczniej czekał na dalsze polecenia, nie chcąc przerywać pani i jej gościowi.

– Dziękuję Sten, możesz odejść. Nie zapomnij tylko o kawie!

Majordomus uśmiechnął się subtelnie, rozbawiony sugestią, że mógłby o czymkolwiek zapomnieć i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Dziewczynka chwyciła przydługi rękaw szaty czarodzieja, wskazując mu jednocześnie jeden z foteli. Dumbledore skinął ze zrozumieniem i ruszył za nią, po czym zajął miejsce w wygodnym siedzisku, wbijając wzrok w zaciekawioną młodą damę. Nazbyt długą chwilę poświęcił jej oczom, których zimny, lazurowy odcień zawsze go fascynował – w głębi tych lodowatych toni tliła się osobliwa iskra pradawnej, niedościgłej mądrości.

– Więc, Albusie? Czemu zdecydowałeś się odwiedzić moją samotnię?

– Nie będę ukrywał, że nie wpadłem tu na przyjacielską pogawędkę, choć szczerze tego żałuję. Mam do ciebie prośbę, moja droga.

– Zamieniam się w słuch.

Płomiennowłosa wsparła brodę na splecionych dłoniach i wychyliła się nienachalnie w stronę rozmówcy, wpatrując się w niego intensywnie. Albus doskonale znał jej sytuację i była niezmiernie ciekawa, czegóż takiego mógł od niej chcieć.

– Jedź ze mną do Hogwartu – rzucił stanowczo.

– Co proszę? – zamrugała kilkukrotnie, nie ukrywając zaskoczenia.

Stary czarodziej westchnął przeciągle i zsunął okulary połówki na czubek nosa. Spodziewał się, że nie pójdzie mu tak łatwo, dlatego wiele miesięcy przygotowywał się do tej dyskusji, rozpatrując wszystkie możliwe scenariusze. Szczerze mówiąc jeszcze nie tak dawno temu sądził, że nigdy nie dojdzie to tego spotkania…że nie będzie musiał prosić przyjaciółki o tak niebezpieczną przysługę.

– Mam przeczucie, moja droga. Wyjątkowo niepokojące i wyraźne…słyszałaś może o panu Potterze?

– Osławiony Harry, jak mniemam – uśmiechnęła się subtelnie. – Owszem, słyszałam pewne pogłoski na jego temat, wciąż jednak nie rozumiem, co to ma ze mną wspólnego.

– Może nic, a może wszystko – wzruszył ramionami. – Chciałbym, żebyś dołączyła w tym roku do grona uczniów i miała pana Pottera na oku. Tak na wszelki wypadek.

Dziewczynka zasępiła się, rozważając słowa przyjaciela. Pobyt w Hogwarcie mógł być dla niej zarówno odskocznią od rutyny takich samym dni, jak i najgorszym ze wszystkich koszmarów. W tej sprawie skłonna była zaryzykować, jednak był jeszcze jeden problem…dobrze wiedziała, jak wiele Albus ryzykował, zapraszając ją w mury swojej szkoły. On zawsze był radosnym, optymistycznym lekkoduchem, ale ona nie mogła sobie pozwolić na podobną beztroskę.

– Nie mogę się zgodzić, Albusie. Wiesz jakie piekło rozpęta się, gdy ktoś się o tym dowie? Zwłaszcza, jeśli tym kimś będzie osoba z mojego rodu.

Ostatnie słowa niemalże wyszeptała. Sama właściwie niczym nie ryzykowała, ale martwiła się o przyjaciela. Jego pomysł nie był po prostu durny…był szalony!

– Znam doskonale możliwe konsekwencje i jestem skłonny je ponieść. Nie martw się na zapas, proszę. Wszystko jest już zaplanowane – uśmiechnął się tajemniczo.

– Albusie…

– Proszę cię, moja droga. Będę mógł spać spokojnie tylko, jeśli będziesz w Hogwarcie. Rozważyłem wszystkie opcje i wierz mi, że nie prosiłbym cię o to, gdybym miał jakiekolwiek inne wyjście.

Młoda dama westchnęła z rezygnacją i uśmiechnęła się szelmowsko do czarodzieja. Miała jeszcze kilka asów w rękawie, dzięki którym mogła go wyratować z ewentualnej opresji, hamując zapędy swojego rodu. Wiedziała również, że Albus rzeczywiście nie zwracałby się do niej, jeśli istniałoby inne rozwiązanie. Czemu więc miałaby nie spróbować?

– Zgoda spróbuję, ale wycofam się, jeśli sytuacja zrobi się niebezpieczna dla ciebie lub szkoły. Jaki jest plan?

– W to kim jesteś wtajemniczę jedynie ścisłe grono najbardziej zaufanych osób. Reszcie przedstawię cię, jako moją wnuczkę.

Ognistowłosa roześmiała się niekontrolowanie. Smukłą dłonią otarła łzę rozbawienia, ściekającą po jej policzku, czym zbiła z tropu Dumbledore’a.

– Sądzisz, że ktoś w to uwierzy? – zapytała, nie przestając się śmiać.

– Jak mówiłem, wszystko jest już przygotowane.

Profesor położył na stoliku czarną teczkę, zawiązaną konopnym sznurkiem i podsunął ją bliżej przyjaciółki, ale dziewczyna, póki co, zignorowała ten gest, chcąc najpierw przedstawić swoje wątpliwości.

– Zastanów się, smarkaczu! Pewne osoby wiedzą doskonale o naszej przyjaźni. Co prawda uznano mnie za tragicznie zmarłą, jednak czy nagłe pojawienie się dziewczynki, nie wiadomo skąd, u twojego boku nie będzie podejrzane?

– Od lat przygotowywałem się na możliwość proszenia cię o to – przysunął teczkę jeszcze bliżej. – Przeczytaj proszę.

Niechętnie rozwiązała sznurek i zagłębiła się w lekturę rozmaitych dokumentów, najpewniej sfałszowanych lata temu. Przeglądała uważnie kolejne karty, uśmiechając się szeroko. Dumbledore rzeczywiście był znakomicie przygotowany do odegrania przekonującego teatrzyku. Skończyła czytać i schowała papiery.

– Nie mam więcej zastrzeżeń, dziadku – niewinnie zatrzepotała długimi, czarnymi rzęsami. – Kiedy zaczynamy przedstawienie?

– Już jutro, jeśli nie masz nic przeciwko – schował pieczołowicie teczkę. – Twoim zadaniem jest zachowywać się, jak na jedenastoletnią dziewczynkę przystało. Pójdziemy wspólnie na Pokątną, zrobić zakupy i przy okazji potwierdzić plotkę na temat mojej rodziny.

               Dumbledore wspólnie z płomiennowłosą, ustalał plan działania na kolejne dni, nie chcąc przeoczyć żadnego szczegółu, który mógłby ich pogrążyć jeszcze przed rozpoczęciem zabawy na dobre. Na krótką chwilę przerwało im pojawienie się Stena z kawą – majordomus postanowił zająć się tym osobiście, ponieważ zabronił reszcie skrzatów zbliżania się do salonu. Po jego wyjściu wrócili do tematu, dyskutując, aż do późnych godzin wieczornych – w międzyczasie robiąc przerwy jedynie na zjedzenie z resztą mieszkańców rezydencji. Albus opuścił posiadłość ciemną nocą, przed ostatecznym pożegnaniem jeszcze raz powtarzając planowaną godzinę oraz miejsce spotkania. Od tej chwili wszystko, co mieli zamiar robić, musiało wyglądać w pełni autentycznie. Po wyjściu czarodzieja, dziewczynka poinformowała oszczędnie Stena o swoich planach, chcąc wysłuchać jego opinii. Stary skrzat nie był zadowolony, ale nie miał zamiaru zabraniać swej pani możliwości wyrwania się ze złotych krat jej więzienia. Obiecał ukochanej panience, że zaopiekuje się rezydencją i skrzatami podczas jej nieobecności, żeby chociaż o to nie musiała się martwić. Następnego ranka osobiście przyszedł ją obudzić, nie chcąc by panicz Dumbledore musiał czekać. Ognistowłosa sypiała raczej niewiele, ale czasem ciężko było jej się zebrać, o czym wierny majordomus wiedział doskonale – czuł się również odpowiedzialny za dobranie dla młodej damy odpowiednich ubrań. Wyszykowana przez Stena dziewczynka, zgodnie z ustaleniami, spotkała się z przyjacielem w jednej z szemranych, bocznych uliczek wijących się wśród podejrzanych budynków, których przeznaczenia nikt nie mógł być pewien. Roześmiała się cicho, gdy Albus chwycił delikatnie jej dłoń. Doprawdy prowadził ją u swego boku, jak nieporadne, zagubione dziecko. Razem wbili się w tłum, który bez reszty opanował całą Pokątną. Wybrali nieprzypadkową godzinę – o tej porze dnia na ulicy było wyjątkowo tłoczno, dzięki czemu dziesiątki par oczu omiatały ich ciekawskim spojrzeniem. Wspólne zakupy dyrektora Dumbledore’a oraz małej dziewczynki były potwierdzeniem od lat pojawiających się pogłosek o rzekomym życiu osobistym wielkiego czarodzieja, który o własnej rodzinie nigdy nie mówił zbyt wiele. Rudowłosa ledwo tłumiła salwy śmiechu, gdy raz po raz, któryś z czarodziei zatrzymywał się, by wskazać na nich palcem, nie siląc się na zachowanie dobrych manier. Nie wychodząc z roli, mocniej wtulała się w bok dziadka, żeby wyglądać na przytłoczoną zainteresowaniem jakim się cieszyli i speszoną tymi wszystkimi spojrzeniami. W końcu udało im się dotrzeć do pierwszego przystanku – sklepu Garricka Ollivandera. Albus, upewniwszy się że ostatni klient wyszedł, przytrzymał drzwi przed swą towarzyszką, wskazując głową, by ruszyła przodem. Za ladą stał staruszek o sympatycznej twarzy i przenikliwych, srebrzystych oczach, które zalśniły, kiedy dostrzegł Dumbledore’a.

– Albus Dumbledore! – sklepikarz rozpostarł ramiona w serdecznym geście – Cóż za zaszczyt gościć profesora w moim sklepie. Ty zatem musisz być Gallatea. Dziadek nieraz o tobie wspominał, młoda damo.

Dziewczynka uśmiechnęła się ciepło, naśladując sposób, w jaki jej przyjaciel unosił lewy kącik ust i nie zapominając o zasadach nienagannego wychowania, dygnęła subtelnie przed starszym jegomościem.

– Doprawdy Albusie, masz prześliczną i dobrze wychowaną wnuczkę – srebrnooki przechylił delikatnie głowę, przez co nabrał uroku miłego staruszka, co nieco kłóciło się z bystrością jego spojrzenia.

– Dziękuję, Garricku – Dumbledore skinął głową – Nie chcę być nieuprzejmy, przyjacielu, ale czas nas goni.

– Oczywiście, oczywiście! Musisz być wyjątkowo zapracowany przed rozpoczęciem kolejnego semestru. Pozwól proszę bliżej, młoda damo. Mam coś w sam raz dla ciebie!

Ollivander zniknął na chwilę na zapleczu, najwidoczniej doskonale wiedząc, co konkretnie chciał zaproponować. Korzystając z okazji dziewczynka spojrzała niepewnie na Albusa – obydwoje wiedzieli, aż za dobrze, co się stanie, gdy spróbuje użyć magii. Przyjaciel uśmiechnął się pocieszająco, pokazując jej mały palec. Wiedziała co chciał tym przekazać i uśmiechnęła się już spokojniejsza. Zza regałów wyłonił się Garrick, w dłoniach dzierżąc smukłe, drewniane pudełko ozdobione delikatnym grawerunkiem. Z pietyzmem godnym najrzadszego artefaktu, położył szkatułkę na ladzie i zdjął ostrożnie wieko. Wprawnie wyciągnął 13 i pół calową różdżkę, którą podał Gallatei z szerokim uśmiechem.

– Wypróbuj tę, moje dziecko. Cis, rdzeń z włókna ze smoczego serca, odpowiednio giętka. Tak, tak…Wyjątkowo potężny okaz.

Błękitnooka uśmiechnęła się niepewnie, zaciskając palce na podanym przedmiocie, ale odwagi dodał jej ciepły uśmiech dziadka. Musiała nieźle przekombinować, żeby nie przesadzić i nie doprowadzić przypadkowo staruszka Ollivandera do ruiny, grzebiąc jego uroczy sklepik pod gruzami. Idąc za wskazówką Albusa, tak naprawdę różdżki dotykała jedynie małym palcem, jednak to wystarczyło, by poczuła przyjemny, łagodny dreszcz przechodzący po całym jej ramieniu. Uspokoiła myśli i z odpowiednią dla siebie gracją, machnęła różdżką. Wokół jej wyciągniętej ręki pojawiły się ulotne, błękitne smugi roziskrzone drobinami srebra – tyle w zupełności wystarczyło.

– Tak! Tak…to okaz w sam raz dla panienki – zadowolony sprzedawca przytaknął.

Dumbledore pozwolił sobie na jeszcze kilka chwil swobodnej pogawędki z Garrickiem, po czym zapłacił za różdżkę i wraz z przyjaciółką ruszył ku zdecydowanie najgorszej atrakcji dnia dzisiejszego – księgarni. Szczerze mówiąc wolałby uniknąć konieczności wejścia do tego miejsca, ale nie oszukiwał się…to tam mieli największe szanse natknąć się na odpowiednią grupę osób. Obecność Albusa wywołała niemałe zamieszanie, a kilkudziesięciu czarodziei poczuło wielką potrzebę przywitania się z profesorem i kurtuazyjnego wymienienia z nim kilku zdań. Płomiennowłosa dzielnie stała obok dziadka, znudzona do granic możliwości grzecznościową wymianą ogólnikowych, częstokroć głupkowatych uwag, na które żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie chciałby się wysilać. Co jakiś czas uśmiechała się i dziękowała, gdy po raz kolejny słyszała jakąż to jest śliczną młodą damą – a jaką podobną do dziadka! Dostrzegając znużenie na twarzy przyjaciółki, Albus przeprosił na moment jednego z najbardziej rozgadanych czarodziei i pochylił się ku rudowłosej.

– Teo, masz tu listę podręczników. Rozejrzyj się po księgarni. Dołączę do ciebie najszybciej, jak to możliwe – wyszeptał z ubolewaniem.

Potaknęła zgrabnie i pożegnała grzecznie stojącego przed nimi czarodzieja, by po chwili z ulgą ruszyć w stronę najbliższego regału. Przez dłuższą chwilę przemykała wzrokiem po tytułach książek, nie widząc wśród nich niczego szczególnie zajmującego – sam pomysł kupowania podręczników w jej przypadku był całkowitą stratą czasu oraz pieniędzy, niezbędną jednak by nie wzbudzać podejrzeń. Z rozmyślań wyrwało ją ostentacyjne, nazbyt głośne chrząknięcie, przez które odwróciła się pospiesznie w nadziei na ujrzenie przyjaciela. Zamiast Albusa stał przed nią chłopiec o bardzo jasnych, niemalże platynowych włosach i intrygujących, szarych oczach, które dzięki wpadającemu przez sklepową witrynę światłu, opalizowały srebrzystą poświatą. Chłopiec wydawał się mocno zbity z tropu, gdy zobaczył jej twarz, ale przywykła do podobnych reakcji – jej ród odznaczał się unikatową, arystokratyczną urodą zdolną odsunąć w cień nawet legendarny urok rozsiewany przez wile. Blondyn, odzyskawszy rezon, uśmiechnął się zadziornie.

– Potrzebujesz pomocy? – miał dość przyjemny, pewny siebie głos.

Dziewczynka przez kilka sekund analizowała wygląd chłopca i bez problemu domyśliła się z jakiej rodziny pochodził. Nie żeby robiło jej to jakąkolwiek różnicę, ale zawsze lepiej było wiedzieć, z kim się rozmawiało. Uśmiechnęła się czarująco, jeszcze raz zawstydzając szarookiego.

– Ma pan w zwyczaju ratować damy z opresji, panie…? – urwała, przymrużając lekko oczy.

– Malfoy. Draco Malfoy – skłonił się teatralnie, czym rozbawił ognistowłosą. – Do pani usług.

– Miło mi pana poznać, panie Malfoy – dygnęła wdzięcznie i wyciągnęła ku niemu dłoń, bardziej dla zabawny niż żeby uczynić zadość arystokratycznym dyrdymałom. – Gallatea Dumbledore.

– Więc, panno Dumbledore? – blondyn nienachalnie musnął ustami jej porcelanową dłoń – Potrzebuje pani pomocy?

– Skądże znowu! W księgarni czuję się, jak w domu, jednak nie pogardzę towarzystwem.

Gallatea spędziła ze swym nowym kompanem znacznie więcej czasu niż zamierzała. Wałęsając się wspólnie po sklepie, zdążyli na spokojnie zebrać wszystkie wymagane podręczniki i nieco lepiej się poznać. Dziewczynka dobrze bawiła się z młodym panem Malfoy’em – był przezabawny, gdy próbował naśladować podpatrzone zachowania dorosłych. W swojej rezydencji nie raz cierpiała z powodu braku możliwości spędzania czasu z innymi ludźmi, a tutaj czuła się swobodnie, rozmawiając o wszystkim, co im do głów przyszło. Między kolejnymi salwami śmiechu, zerkała w stronę Albusa, oceniając, jak bardzo uciążliwa stawała się dla niego ta wycieczka. Z każdą minutą wyglądał na coraz bardziej zmęczonego i niechętnego do ciągnięcia tego cyrku, więc postanowiła go uratować. Pożegnała się z Draco i podbiegła do dyrektora, przeciskając się wprawnie między otaczającymi go czarodziejami oraz czarownicami. Siląc się na nieśmiałość, pociągnęła rękaw jego długiej szaty z rozmysłem ściągając na siebie uwagę zebranych.

– Dziadku już skończyłam. Czy możemy iść? – zrobił wielkie, smutne oczka.

Albus odetchnął z ulgą. Spojrzał przepraszająco na stojących wokół niego czarodziei, uśmiechając się do nich z lekkim zakłopotaniem.

– Muszę was niestety przeprosić. Najwidoczniej Tea jest już zmęczona wyprawą, a czeka nasz jeszcze wizyta w kilku miejscach.

Nie tłumacząc się dłużej, Dumbledore zapłacił za podręczniki i niemalże wybiegł z księgarni, kurczowo trzymając dłoń przyjaciółki. Przez szaleńcze tempo jego kroku, zdążyła tylko niezgrabnie pomachać Draco na pożegnanie, zanim została wyciągnięta z wnętrza sklepu. Dyrektor puścił ją dopiero, gdy odeszli spory kawałek od centrum Pokątnej, kryjąc się w cieniu jednej z mniej uczęszczanych ulic. Uniósł okulary i zacisnął palce u nasady nosa, powstrzymując w ten sposób piekący ból głowy, wywołany zbyt długim przebywaniem wśród trajkoczących bez ładu i składu czarodziei.

– Dziękuję za ratunek – zwrócił się do płomiennowłosej.

– Nie ma o czym mówić, smarkaczu – klepnęła jego ramię. – Co teraz?

– Powinniśmy iść po szaty i skompletować resztę przyborów – jęknął niechętnie.

– Proponuje darować sobie tą przykrą powinność i wrócić do rezydencji. W księgarni natknęliśmy się na wystarczająco dużo ludzi, a żadne z nas nie ma raczej najmniejszej ochoty na powtórkę.

Mężczyzna uśmiechnął się z wdzięcznością i bez słowa podał dłoń przyjaciółce, zawierzając jej umiejętnościom odnośnie teleportacji. Ledwie w mgnieniu oka znaleźli się w salonie dworku i zgodnie rozsiedli się w fotelach, chcąc odpocząć od chaotycznego zgiełku. Ich powrót nie uszedł uwadze Stena, który niezawodnie pojawił się obok nich.

– Panienko, paniczu Dumbledore, czy mogę zaproponować coś do picia i przekąskę?

– Poproszę zieloną herbatę – ognistowłosa podniosła rękę. – Napijesz się czegoś, Albusie?

– Także herbaty, dziękuję.

Majordomus skłonił się i zniknął, jak to miał w zwyczaju. Błękitnooka spojrzała na przyjaciela, wyczuwając jego ruch – zdjął na chwilę okulary, by przetrzeć je krawędzią szaty. Bez nieodłącznych oprawek na nosie, wyglądał na bardzo wymęczonego i znacznie starszego.

– Mam pojechać do szkoły Expressem z resztą uczniów? – odezwała się po chwili przerwy.

– To nie będzie konieczne – włożył okulary. – Wolałbym, żebyś jeszcze dziś pojawiła się ze mną w zamku. Zajęcia rozpoczynają się już jutro, a chciałbym dać ci czas na zapoznanie się z Hogwartem i wybranymi nauczycielami.

– Ten zamek znam znacznie lepiej niż ty, pamiętasz? – wbiła spojrzenie w blat stołu – Chętnie poznam twoich zaufanych profesorów. Merry!

Obok pani domu pojawił się skrzat o ciemnoszarych, lekko rozbieganych oczach.

– Wzywałaś? – pokłonił głowę co wyszło mu nieco niezdarnie, przez brak doświadczenia.

– Tak. Wybacz proszę, że odciągam cię od obowiązków, ale wraz z Albusem jeszcze dziś wyruszam do Hogwartu. Czy mogłabym cię prosić o spakowanie moich rzeczy?

– Jak sobie życzysz – skrzat wyprostował się.

– Merry, zanim się tym zajmiesz, przynieś proszę moją różdżkę z sejfu.

Skrzat skinął ze zrozumieniem, po czym rozpłynął się w powietrzu, dumny z tak wielkiego wyróżnienia jakim była dla niego możliwość sięgnięcia po jeden z najcenniejszych skarbów, ukrytych w tej posiadłości. Dumbledore zaciekawiony spoglądał na przyjaciółkę, zbierając siły do zadania pytania.

– Nie będziesz używać różdżki, którą dziś wybraliśmy? – podejrzliwie uniósł krzaczastą brew.

– Będę się nią posługiwać podczas zajęć, jednak jeśli miałyby sprawdzić się twoje obawy, wolę mieć przy sobie swoją różdżkę – wzruszyła obojętnie ramionami.

– Nie przypuszczałem, że jakąś posiadasz.

Dziewczyna już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, kiedy wrócił Merry. Delikatnie postawił przed swą panią złote, wysadzane szmaragdami pudełko, ozdobione niezliczoną ilością, ledwo widocznych, znaków runicznych. Skrzat uśmiechnął się do płomiennowłosej i odszedł, żeby zająć się bagażami, a przy okazji nie przeszkadzać, skoro nie był już potrzebny w salonie. Błękitnooka wykrzywiła usta w gorzkim półuśmiechu, jednocześnie przesuwając pudełko wprost przed nos przyjaciela.

– Oto moja różdżka.

Musnęła palcami wieczko, bezgłośnie wymawiając dawno zapomniane zaklęcia. Pudełko otworzyło się, a fala energii uderzyła wprost w Albusa, chwilowo pozbawiając go tchu. Z szeroko otwartymi oczami, próbował oprzeć się potężnej, czystej esencji magii, która przepełniała powietrze. Teraz zrozumiał…a wnioski do których doszedł, były zatrważające. Bezwiednie wyciągnął dłoń, chcąc sięgnąć po ten niesamowity przedmiot, ale gospodyni powstrzymała go.

– Nie radzę – warknęła ostrzegawczo. – Ta różdżka jest dość…specyficzna. Dotknięcie jej przez kogoś innego niż właściciel w najlepszym możliwym przypadku skończy się na bardzo nieprzyjemnych poparzeniach.

Dyrektor cofnął dłoń, wpatrując się nieprzerwanie w ten tajemniczy przedmiot. Nie zareagował nawet na pojawienie się Stena z filiżankami herbaty – za bardzo ciągnęło go do odkrycia źródła tak nieprawdopodobnej mocy, zamkniętej w niepozornej różdżce. Samodzielnie nie był w stanie rozwikłać tej zagadki, pozostało mu więc zwrócenie się do przyjaciółki.

– Co to za różdżka? – chwycił filiżankę.

– 18 cali, heban, sztywna – odpowiedziała od niechcenia.

– A rdzeń? – upił skromny łyk parującego naparu.

Dziewczyna posłała mu półuśmiech, przesiąknięty smutkiem oraz ulotnym cieniem melancholii, po czym wyciągnęła ku niemu dłoń. Jej świetlistą, delikatną skórę po wewnętrznej stronie szpeciła drobna, perłowa blizna, której istnienia nigdy by się nie spodziewał.

– Rdzeniem tej różdżki jest moja własna krew.

Dumbledore mało się nie zakrztusił, czując przemożną falę gorąca. Nigdy wcześniej nie widział niczego podobnego i nie był w stanie określić nawet pobieżnie, jak potężną musiała być ów różdżka, choć przypuszczał, że należeć musiała do elitarnego grona tych, których siły były nieograniczone. Płomiennowłosa zatrzasnęła pudełko i przysunęła je jeszcze bliżej przyjaciela.

– Ukryj ją proszę w Hogwarcie. Niech nikt nie próbuje jej używać. Nawet mnie ciężko jest czasami zapanować nad tym upartym badylem. Ta różdżka posiada własną, bardzo silną wolę i może stać się zarówno potężnym sojusznikiem, jak i najgorszym wrogiem, jeśli nie potrafi się narzucić jej własnych reguł.

Siedzieli wspólnie jeszcze przez jakiś czas, pochłonięci rozmową na mniej lub bardziej istotne tematy – do zamku przenieśli się, dopiero wieczorem. Hogwart był już na finiszu przygotowań do kolejnego roku nauki: wszędzie pachniało pastą do podług i miksturami do pielęgnacji drewna, a opustoszałe mury powoli wypełniało echo toczonych rozmów. Albus zaprowadził wnuczkę do swego gabinetu – powierzając jej bagaże skrzatom pracującym na terenie szkoły – gdzie już czekała na nich starsza kobieta, która słysząc zbliżające się kroki, poderwała się z fotela. Jej przyjazny uśmiech rozpłynął się, gdy ujrzała towarzyszkę Dumbledore’a. Rozedrganą dłonią wskazała na dziewczynkę.

– Co to ma znaczyć, Albusie?! – ryknęła stanowczo – Co to…to…stworzenie, robi w Hogwarcie?!

Surowa twarz czarownicy zdradzała osobliwą mieszankę zdziwienia, strachu oraz narastającej z każdą chwilą złości. Błękitnooka nie mogła zrobić nic poza uśmiechnięciem się wojowniczo. Już bywało, że gorzej reagowano na jej widok i zdążyła do tego przywyknąć.

– Uspokój się, Minervo. Uprzedzałem, że może pojawić się konieczność poproszenia tej oto młodej damy o pomoc – przemówił łagodnie dyrektor, obejmując ramieniem przyjaciółkę.

– Pomoc nie oznacza od razu zapraszania TEGO w te szacowne mury! – kobieta nie dawała za wygraną.

– Minervo! – zagrzmiał Albus – Ona nie jest czymś!

Dziewczynka westchnęła, doskonale rozumiejąc, że w ten sposób będą mogli wrzeszczeć na siebie chociażby do jutra, a do niczego konkretnego nie dojdą. Podeszła wprost do rozzłoszczonej McGonagall i wyciągnęła do niej dłoń, zamierzając szybko uporać się z problemem.

– Mam imię, pani profesor i byłabym wdzięczna, gdyby zaakceptowała pani ten fakt – nie czekając na reakcję kobiety, sama uścisnęła jej dłoń. – Lady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix. Choć, póki co, proszę wracać się do mnie Gallatea Dumbledore.  

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 1511
4

Komentarze (4)

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!