Wilkołaki nie płaczą – Rozdział 2

Wściekłość paliła i rozrywała mnie od środka, o wiele silniejsza od wszystkiego, do czego zdążyłam przywyknąć.

To nie tak, że nigdy się nie złościłam. Od zawsze bardzo łatwo było wytrącić mnie z równowagi, a mogło tak się stać z najbłahszego powodu: podniesienia na mnie głosu, głośnego odstawienia jakiegoś przedmiotu, gdy miałam ochotę na ciszę, puszczenia muzyki, którą z góry uważałam za denerwującą… Czasem wręcz śmiać mi się chciało z samej siebie, gdy zaczynałam chodzić w kółko i rzucać piętrowymi przekleństwami, gdy coś mi upadło lub uderzyłam się w mały palec. Nie umiałam trzymać języka za zębami, gdy ktoś był dla mnie niesprawiedliwy, i z każdej delikatnej pyskówki umiałam zrobić ogromną awanturę, taką z tych kończących się rzucaniem przedmiotami i trzaskaniem drzwiami.

Tak, byłam furiatką. Zdarzało się, że z tej złości przemieniałam się w wilkołaka i szłam wyżyć na jakimś Bogu ducha winnym drzewie. Choć uważałam się za osobę raczej leniwą i najbardziej na świecie ceniącą sobie święty spokój, nie mogłam zaprzeczyć, że ogień dało się we mnie obudzić byle czym…

Ale teraz to było coś innego.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że wilkołaki nie powinny żyć samotnie. Że obojętnie, jaką funkcję w stadzie pełniły – czy były Alfami, czy Betami, czy Omegami, musiały przebywać wśród swoich pobratymców, bo jedynie to pozwalało trzymać szalejące w ich wnętrzu zwierzę na wodzy. Tylko to sprawiało, że panowaliśmy nad sobą i nie czyniliśmy nikomu krzywdy. Samotny wilkołak to wilkołak-morderca. Nie jest wcale tak trudno obudzić w nim pragnienia krwi i zadawania cierpienia, należy więc robić wszystko, by nie być zmuszonym odłączyć się od stada…

A ja byłam samotnym wilkołakiem, i to od ładnych czterech lat. A wściekłość, jaka rozlała się po wszystkich komórkach mojego ciała, była czymś niewyobrażalnie potężnym, upajającym i napawającym narkotycznym wrażeniem własnej potęgi.

Nie przejmowałam się już niczym. Jedyne, co w tamtym momencie istniało, to stająca mi przed oczami twarz Łukasza i wyrazisty, niemal świecący po oczach strop, jaki po sobie pozostawił. Wilk w moim wnętrzu szarpał się, skowyczał i drapał w ściany swojego więzienia, błagając, bym go wypuściła… a ja nie zamierzałam dłużej trzymać go w klatce żelaznych zasad i ograniczeń.

Mając gdzieś to, że znajdowałam się na szkolnym korytarzu, a na wszystko patrzyła moja najlepsza przyjaciółka, pozwoliłam, by przeszyły mnie tak dobrze znajome ogniste dreszcze. Ale nie przemieniłam się w wilkena – półwilczą istotę, w ciele której zachowywałam w pełni ludzką świadomość i całkowitą kontrolę nad sobą.

Przemieniłam się w vyrkina – ogromnego wilka, którego ciało wolno nam było przybierać jedynie podczas pełni.

Oj, dziadkowie od wieków ostrzegali nas, jak zgubne jest całkowite poddanie się wilczej naturze. Jak uzależniające, jeśli już raz tego spróbować…

Vyrkiny myślały i czuły jak zwierzęta. Choć w ich ciele zachowywało się ludzkie wspomnienia i świadomość, kim tak naprawdę się było, wszystko to było postrzegane przez zwierzęcy mózg. A siedzące we mnie zwierzę było wściekłe i nade wszystko pragnęło ratować to, co dla niego najważniejsze na świecie, nie bacząc na konsekwencje.

Rzuciłam się pustoszejącym korytarzem, lekko ślizgając na linoleum. Zakręciłam w długi łącznik pomiędzy budynkami, kłapnęłam ostrymi jak brzytwy zębiskami na zagradzających mi drogę oniemiałych uczniów, którzy najwidoczniej nie zdążyli jeszcze wejść do klasy. W panującym tam półmroku moja czarna jak noc sierść musiała zmieniać się w plamę żywego mroku, przed którą wszyscy ustępowali miejsca, bojąc się stanąć na drodze stworzeniu, którym rodzice straszyli ich, gdy jako dzieci nie chcieli iść grzecznie spać. Podobno tak właśnie mówiono ludzkim dzieciom: bądźcie grzeczne, bo vyrkin po was przyjdzie.

Jako vyrkin miałam w kłębie tyle, ile jako człowiek wzrostu. Kto nie chciałby odsunąć się sprzed nosa rozpędzonemu gigantycznemu wilkowi o brązowych ślepiach pałających szaleństwem i pianie kapiącej z wyszczerzonych kłów? Ja na ich miejscu wolałabym uciec gdzie pieprz rośnie, zamiast pokazywać zagrożenie palcami i robić mu z ukrycia zdjęcia smartfonem. Pewnie gdybym nie była tak skoncentrowana na celu, zrobiłabym coś, od czego ciekawskim odechciałoby się kręcić filmiki ze mną w roli głównej. W końcu ciężko jest posługiwać się kamerą, gdy ma się odgryzioną jedną rękę.

Ale ja nie chciałam ich. Oni tylko mi przeszkadzali. Oni mnie spowalniali, ale nie byli źródłem wiercącego w nosie wyrazistego zapachu, jaki mógł zostawić tylko znienawidzony człowiek.

Ja chciałam go zabić. Chciałam spróbować, jak smakuje jego krew, gdy rozprowadzić ją językiem po zębach. Chciałam poznać, jakie to uczucie, gdy w potężnych szczękach pękają jego kości. Chciałam zobaczyć strach w jego oczach, poczuć jego kwaśny zapach i delektować się nim jak najdłużej…

Mój na wpół wilczy umysł wiedział, że muszę obronić to, co moje. Lub zemścić się, jeśli już za późno, ale tego nawet nie chciałam brać pod uwagę.

Wpadłam na ciężkie drzwi całym swoim ciężarem i zaskowyczałam ze złości, gdy ani drgnęły. Otwierały się do środka, do cholery! Jako zwierzę nie potrafiłam dłuższą chwilę wymyślić, jak powinnam sobie z nimi poradzić, lecz na szczęście po kilku sekundach znalazłam wśród ludzkich wspomnień to jedno, które mogło mi pomóc. Szarpnęłam zębami za wielką klamkę, prawie się przewróciłam, gdy łapy rozjechały mi się na wyślizganym tysiącami butów lastriko. Wyskoczyłam błyskawicznie przez utworzoną szczelinę, o mało nie przytrzaskując sobie ogona.

Jednym susem pokonałam prowadzące do wejścia betonowe schodki i zawęszyłam w powietrzu. Trop tam był – musiałam biec w prawo. Bez dalszego wahania skoczyłam w tamtą stronę, zmuszając nieco zesztywniałe przez rzadkie przemiany łapy do maksymalnego wysiłku, niemal do bólu nienawykłych do takich akcji mięśni. Cel zbliżał się, a zapachowa ścieżka fosforyzowała czerwonym blaskiem na krawędzi mojego pola widzenia.

Jeszcze jeden zakręt, i już ich widziałam. Szóstka ludzi zgromadziła się wokół opuszczonego, od lat nieutrzymywanego wyjścia ewakuacyjnego. Wystarczyły dwa niewysilone susy, bym znalazła się tuż przy nich…

Mój wilczy mózg potrzebował więcej czasu, by przyswoić sobie to, co ujrzał, i zrozumieć, co to dla niego mogło oznaczać. Sekundy wydłużyły się niemal w nieskończoność.

Łukasz stał, trzymając kota – mojego ukochanego, najukochańszego kota – za luźną skórę na karku. Zwierzę nie mogło mu się wyrwać. W otwartym groźnie pyszczku widziałam ułamane końcówki trzech kłów. Prawe ucho, postrzępione czymś ostrym, krwawiło obficie, a ogon zwisał bezwładnie, chyba nie miał w nim czucia. Wydało mi się, że ma również wyrwane pazurki z tylnej łapki.

W oczach Łukasza błysnęła obawa, a moja wściekłość wkroczyła na inny poziom.

Wilk chciał zabijać. Wilk chciał widzieć, jak człowiek cierpi, jak wykrwawia się, skulony na ziemi, jak ucieka z niego życie…

Lecz ja nie chciałam na to wilkowi pozwolić. Bo ja chciałam, by człowiek cierpiał tak samo, jak kot. Chciałam się tym rozkoszować jak najdłużej!

Kumple chłopaka cofnęli się trwożliwie pod ścianę szkoły, gdy zaczęłam się przemieniać. Wyprostowałam się w niemal dwumetrowej postaci wilkena. Wilczy łeb w na wpół wilczym ciele wyszczerzył się potwornie, a opancerzone ostrymi pazurami chwytne łapy o grubych palcach z szorstkimi poduszkami na spodzie wyciągnęły się w stronę drżącego z przerażenia człowieka. Przez zjeżoną czarną sierść i wyolbrzymiający wszystko jego strach musiałam wyglądać na dwa razy większą, niż w rzeczywistości.

Człowiek zawył, gdy zacisnęłam mu półwilczą dłoń na gardle. Uniosłam go do góry, przysunęłam bliżej do oczu, jakbym zastanawiała się, co z nim zrobić. Kątem oka zarejestrowałam, że puścił kota – zwierzak zaraz odbiegł w stronę najbliższych krzaków, szorując brzuchem nisko przy ziemi.

Uśmiechnęłam się po wilczemu. Wbiłam pazury głębiej i rzuciłam ludzkim ciałem o ścianę budynku. Następnie skoczyłam w jego stronę i zanurzyłam kły w wątłym ludzkim karku, drapiąc, szarpiąc, warcząc i rozkoszując się każdą sekundą zasłużonej kary…

Człowiek chciał odebrać coś, co było całym moim życiem. Chciał zadać mojemu Patronusowi niewyobrażalne cierpienia, ignorując to, że był tylko zwierzęciem, kotem, który nie rozumiał, dlaczego spotkało go coś takiego. Chciał skrzywdzić moje wszystko, mój świat, sens mojego istnienia, jedyne, dla czego wstawałam rano z łóżka i oddychałam. Mój skarb, moje szczęście… najwspanialszą cząstkę mnie. Więc zasłużył na wszystko to, co zamierzałam mu zgotować. I to jak zasłużył!

Nie było zgody na coś takiego. Nie miał prawa podnosić ręki na kota, obojętnie, jak bardzo chciał mi dopiec. Nie miał prawa, i tyle.

Napawając się wściekłością i własnym triumfem, nie zwracałam uwagi na nic prócz gasnącego w ludzkich oczach życia. Dlatego też, choć słuch miałam fenomenalny, nie zorientowałam się w porę, że ktoś się zbliża. Zdążyłam jedynie zawyć krótko z bólu, gdy poczułam silne uderzenie w głowę, i osunęłam się w lepką, cuchnącą porażką ciemność.

***

Obudziłam się z pewnością po ledwie paru sekundach, choć zdawało mi się, że minęła cała wieczność. Leżałam na miękkim trawniku z nosem w kałuży krwi, nachylało się nade mną kilka osób, których przez moment nie byłam w stanie rozpoznać. Obraz rozmazywał mi się przed oczami, widziałam podwójnie, a wszystko, na co patrzyłam, spowijała delikatna, mlecznobiała mgiełka, jakbym spoglądała na świat przez brudną szybę. Spróbowałam unieść wilczy łeb, lecz mięśnie karku okazały się zbyt słabe na to, by go utrzymać – zakołysałam nim na boki, co obudziło nową fontannę bólu, i ponownie opadłam bez sił w rozmiękłe krwawe błoto. Ktoś krzyknął na mnie, ale choć znałam słowa, ich sens zupełnie mi umykał. Zaskamlałam i zwinęłam się do pozycji embrionalnej, pragnąc odciąć się od tego, co uparcie podsuwały mi zmysły. Zrobiło mi się niedobrze, a paskudny, metaliczny smród krwi tylko to potęgował.

Chciałam zniknąć. Chciałam, by przestali krzyczeć, bo głowa mi po prostu pękała. Chciałam…

Sama już nie wiedziałam, czego chciałam.

– Lilianne, słyszysz mnie?! – powtarzane znajomym, lecz nadal dziwnie nieuchwytnym głosem słowa wreszcie nabrały jakiegoś sensu. – Lilianne?!

Lilianne to moje imię. Tak, to musiało być moje imię. W rzeczywistości nazywałam się Lilly Anne, ale jaki człowiek chciałby to spamiętać? Zwłaszcza w kraju, w którym niezbyt przychylnie patrzyło się na wilkołaczą modę na imiona anglojęzyczne. Już Lilianne było przesadą dla co niektórych.

– Lilianne, natychmiast przemień się w człowieka!

Rozumiałam polecenie, ale umykało mi, co powinnam zrobić, by je spełnić. Zaskamlałam bezradnie, zakryłam uszy łapami.

– Cholera, za mocno ją uderzyłeś – syknął ktoś. Nie miałam pojęcia, kto to.

– Boże, o Boże, ale widziałaś, co ona zrobiła?!

– Lilianne! Słyszysz mnie?!

Wiedziałam już, że mówi do mnie dyrektorka szkoły. Bardzo powoli otworzyłam ślepia i skinęłam łbem, choć kosztowało mnie to mnóstwo wysiłku. Samo światło słoneczne, choć tak je kochałam, sprawiało mi niewyobrażalny ból.

– Czy możesz przemienić się teraz w człowieka?

Musiałam porządnie się nad tym zastanowić. Czy mogłam? Tak, pewnie mogłam, ale jak to się, do diabła, robiło? Jak zagnać wilka do klatki, skoro nie pamiętam nawet, w którym miejscu w mojej głowie się znajdowała?

Bardzo powoli obszukałam swoje wnętrze. Myślało mi się przerażająco ciężko. Dlaczego? Co tu się tak właściwie…?

Obróciłam się lekko, przez co mogłam wreszcie zobaczyć, co działo się wokół.

Ciało było tak zmasakrowane, że aż miałam problem z rozpoznaniem, do kogo faktycznie mogło należeć. Futro lepiło mi się od krwi, a obrzydliwy, lekko słodkawy posmak na języku sprawił, że o mało nie zwymiotowałam. Gdy wspomnienia spadły na mnie ze swoim pełnym okrucieństwem, miałam już ochotę tylko na to, by zamknąć oczy i zacząć krzyczeć.

O Bogowie. Ja to zrobiłam? Ja naprawdę…?

Kot. Gdzie jest kot?!

Nie czekając dłużej, przemieniłam się w człowieka. Ubranie, którego na szczęście nie traciłam podczas zmian skóry, również miałam całe uwalane krwią. Zerwałam się na nogi, zatoczyłam tak, że upadłabym, gdyby jeden z otaczających nauczycieli nie złapał mnie za ramię. Wyrwałam mu się ze złością i zanim zdążył zareagować, rzuciłam się w stronę kępy krzaków, w której ostatni raz widziałam przebłysk futra w kolorze kawy z mlekiem. Upadłam, zdzierając sobie skórę z kolan i dłoni, praktycznie przeczołgałam się przez ostatnie metry. Ktoś złapał mnie za ramiona, ale opędziłam się od niego wściekłym gestem.

Był tam! Kot wysunął się spomiędzy porośniętych delikatnymi listkami gałęzi i podbiegł do mnie szybko, utykając na okaleczoną łapkę. Złapałam go i z całych sił przycisnęłam do piersi, zanosząc się płaczem, jak małe dziecko.

Żył. Żył, i tylko to się dla mnie liczyło.

Nauczyciele popatrzyli po sobie niepewnie. Niemal czułam, jak biją się z emocjami – z jednej strony wiedzieli, jak bardzo jestem przywiązana do Patronusa, w końcu musieli znać się przynajmniej trochę na wilkołakach, skoro zgodzili się przyjąć jednego z nich do swojej szkoły, ale z drugiej nie byli w stanie zapomnieć o okaleczonym potwornie ciele chłopaka, którego znali przecież równie dobrze, jak mnie. W jakiś sposób z pewnością budziłam ich współczucie, ale żadne z nich nie mogło rozgrzeszyć mnie z tego, co się właśnie stało.

– Zadzwonię po policję – zadeklarowała jedna z kobiet.

– Boże, jak ona… – jęknęła inna; jedyny mężczyzna w zgromadzeniu złapał ją za rękę i odciągnął na kilka kroków, jakby bojąc się, że zaraz zrobi coś głupiego.

– Jego rodzice zginęli przez wilkołaki – szepnęła dyrektorka. Choć mówiła to do wszystkich, patrzyła w oczy tylko mnie.

Czyli to wszystko dlatego. To z tego powodu tak mnie nienawidził. To dlatego tak bardzo pragnął mnie zniszczyć… Tylko dlaczego, choć dowiedziałam się czegoś takiego, nadal nie byłam w stanie znaleźć w sobie wyrzutów sumienia?

Tak, bałam się tego, co zrobiłam. Bałam się konsekwencji, jakie mogło to ze sobą nieść. Czułam lęk przed chwilą obezwładniającej wściekłości, jaka mnie przed ledwie paroma chwilami opanowała. Ale obojętnie, jak głęboko bym zaglądała w swoje wnętrze, nie umiałam znaleźć tam choćby malutkiej iskierki poczucia, że czegokolwiek żałuję.

Chciał skrzywdzić moje wszystko. Zasłużył…!

Bestia w moim wnętrzu oblizała się ze smakiem i zamruczała głęboko, nic nie robiąc sobie z tego, że znowu poczułam mdłości.

– Jesteś w stanie wstać? – Znowu ktoś szarpnął mnie za ramię, próbując postawić na nogi. Niemal natychmiast, gdy tylko jako tako się wyprostowałam, prawie poleciałam z powrotem, co niejako posłużyło za odpowiedź.

Mężczyzna, którego pomimo usilnych starań nadal nie mogłam rozpoznać, objął mnie ramieniem. Niemal leciałam mu przez ręce, krzywiłam się od potwornego bólu, który był w stanie całkowicie przytłumić mdłości. Uderzyli mnie czymś w głowę, tak? Cholera, co to było?! Nie miałam siły, żeby się rozejrzeć. Wolałam zacisnąć powieki, wypuszczając spod nich kolejną porcję opalizujących perłowo w świetle słońca łez. To przynajmniej minimalnie łagodziło objawy.

Ktoś spróbował odebrać mi kota, lecz zawarczałam na niego potwornie, szczerząc płaskie zęby. Wciąż się bałam, że zwierzak zniknie. Że to wszystko okaże się iluzją, że bijące od niego ciepło i mocne bicie wystraszonego serduszka znikną i wyjdzie na jaw, że tak naprawdę trzymam w ramionach martwe ciałko. Tylko przyciskając go do siebie ze wszystkich sił i chłonąć jego znajomy zapach byłam w stanie upewniać się w tym, że jest prawdziwy.

Kot był przy mnie od zawsze. Kazał całymi dniami nosić się na rękach, jak niemowlę, spał ze mną pod kołdrą, w upalne dni przywłaszczając sobie moją poduszkę. Kołysał mnie do snu głośnym mruczeniem, chodził za mną krok w krok, czaił się na moje nogi w przypływie głupawki. Wspinał się na mnie, gdy odkładałam go na chwilę, potrzebując wolnych rąk. Wtulał się we mnie i trącał łebkiem, gdy było mi źle. Trwał przy mnie cierpliwie, gdy odwrócili się ode mnie wszyscy, na których polegałam przez całe życie. Podzielał moje nastroje i pomagał mi w cierpieniu. Po prostu był przy mnie od zawsze i nie dawał o sobie zapomnieć choćby na chwilę. Był dla mnie wręcz jak dziecko. Chyba nie przeżyłabym jego straty. Już samo to, jak bardzo musiał cierpieć, zanim tu przyszłam, sprawiało, że coś aż rozrywało mnie od środka. Jego cierpienie było moim cierpieniem.

Nie liczyło się dla mnie nic prócz tego, że mogłam napawać się jego obecnością.

Nie wiem, jak to się stało, że nagle znalazłam się na szkolnym korytarzu przed pokojem nauczycielskim. Gdzieś mignęła mi blada z przerażenia twarz Oli, lecz miałam tak spowolnione reakcje, że nawet nie zdołałam się za nią obejrzeć. Dałam wciągnąć się do pustego pomieszczenia i posadzić na wyłożonym sztuczną skórą krześle przy długim stole. Ktoś położył przede mną na blacie plecak z moimi rzeczami, ale olałam go całkowicie. Liczył się tylko kot.

– Lillianne, czy mogłabyś mi powiedzieć, co tam się stało?

Uniosłam lekko wzrok. Dyrektorka usiadła naprzeciw mnie, jej twarz ścięła się w wyrazie współczucia, lecz w oczach widziałam coś jeszcze. Nie wiem, co to było. Złość? Obrzydzenie? Myślało mi się potwornie ciężko. Wiedziałam jedynie tyle, że to, co widziałam, ta jej smutna minka i spokojny ton są maską, kamuflażem niezbędnym, by wyciągnąć ode mnie pełne sprawozdanie, dopóki byłam na tyle skołowana, by nie zdołać skłamać.

– Lilly, proszę, powiedz coś.

Lilly… Nikt mnie tak nie nazywał. Ostatnim razem robili to rodzice. „Lilly, zrozum, to dla naszego dobra”. „Każdy z nas musi poświęcić coś dla dobra innych, Lilly”. „Lilly, to twój przeznaczony. Nie możesz go tak odrzucać”.

Lilly brzmiało słodko i niewinnie. Nijak nie pasowało do krwiożerczej bestii o czarnym jak noc futrze, która bez mrugnięcia okiem mogła przemienić żywego człowieka w krwawą miazgę w ciągu zaledwie paru sekund.

Pokręciłam głową na znak, że nie mam ochoty rozmawiać. Sama nawet nie wiedziałam, czy pamiętam, jak używało się głosu.

– Proszę, musisz coś powiedzieć. Co tam się stało? Dlaczego…? – Urwała wpół słowa.

„Dlaczego go zabiłaś”? No dalej, powiedz to, kobieto. Chcę to usłyszeć. Muszę to usłyszeć…

– Chciał zrobić ci krzywdę? – spytała zamiast tego.

– Nie broniłam siebie – powiedziałam wreszcie. Słowa z trudem przechodziły przez wysuszone, ściśnięte gardło.

– To kogo…? – Zawahała się, gdy uciekła spojrzeniem w stronę zakrwawionego uszka kota. – Ach. Rozumiem.

– Gówno pani rozumie – wycedziłam. – Wszyscy ludzie są tacy sami. Widzicie w nas potwory i do nikogo z was nie dociera, że tak naprawdę to wy nas nimi czynicie. – Niemal warczałam, dokładnie artykułując każde słowo.

– Nie możesz tak mówić – zaprotestowała ogniście, prostując się na krześle. – Na Boga, dziewczyno, chcieliśmy dla ciebie jak najlepiej…!

– To wy mnie do tego zmusiliście – powtórzyłam zimno. Nie zamierzałam słuchać słodkich gadek, jak to im zależało na moim dobrze. Od lat tylko patrzyli, jak się mnie pozbyć. Nikt nie chciał przejmować odpowiedzialności nad wilkołakiem-banitą, nawet jeśli ograniczałaby się jedynie do szkolnych murów.

Do pokoju wszedł ktoś jeszcze.

– Wezwałam policję – odezwał się cichy głos. Nadal miałam problemy z rozpoznaniem kogokolwiek prócz dyrektorki, ale nie zależało mi już na tym tak bardzo, by podejmować kolejne próby.

To, co właśnie padło, dotarło do mnie ze sporym opóźnieniem.

Policja? Czy ona powiedziała, że wezwała policję?

Lodowaty strach ścisnął mnie aż do bólu w płucach. Popatrzyłam bezradnie w twarze otaczających mnie ludzi, lecz jak na złość akurat nikt nie patrzył w moją stronę. Przeszedł mnie dreszcz, lecz tym razem nie zwiastował przemiany. To był dreszcz bezdennego przerażenia, od którego miałam ochotę zawyć i zwinąć się na dnie najczarniejszej dziury świata, by nikt mnie nie zdołał znaleźć.

Sytuacja przedstawiała się jasno: byłam wilkołakiem-banitą, który przysięgał, że nigdy nie skrzywdzi człowieka. Dzięki temu mogłam żyć wśród słabszych od siebie, mogłam udawać, że jestem z tego wielce zadowolona, mogłam bawić się z nimi w przyjaźnie, jakbym uczestniczyła w jednej wielkiej teatralnej sztuce, oszukując wszystkie swoje instynkty i pragnienia. Mogłam… ale wystarczyłby jeden niewłaściwy krok, jedno omsknięcie się z podyktowanej ścieżki, by spotkały mnie konsekwencje. Konsekwencje tak poważne, że aż robiło mi się od nich zimno…

Srebrny łańcuszek z półksiężycem zamieniali na obrożę. Ciasną, niewygodną, duszącą, do której naprawdę ciężko było przywyknąć… i która przede wszystkim odbierała zdolność przemiany. Na zawsze. Blokowała wilka w ciele, zakuwała go w potężne kajdany, jakich miał nigdy nie być w stanie zrzucić. Zakładali tę obrożę… a następnie odsyłali banitę do jego sfory. A taka sfora miała prawo zrobić z nim wszystko, czego tylko dusza zapragnie.

Poniżeni banici kończyli gorzej niż wrogowie sfor. Każdy miał prawo ich skrzywdzić. Jakiekolwiek więzy rodzinne, wcześniejsze koneksje i pozycja w hierarchii całkowicie traciły swoje znaczenie, zostawiając delikwenta z niczym.

Nie móc się nigdy przemienić… Już samo to było dla nas gorsze od śmierci. Cudem było, jeśli ktoś taki przeżył więcej niż kilka lat, stopniowo tracąc zmysły od rozrywającego członki coraz silniejszego bólu. Bólu, który sprawiał, że jedyne, co ci pozostawało, to modlić się, by ktoś nareszcie się zmiłował i podarował ci śmierć…

Miałam ochotę krzyknąć.

Byłam skończona. Bogowie, byłam skończona! Co miałam zrobić? Walczyć? Nie miałam przecież żadnych szans!

Chwilę wszyscy patrzyli na mnie z niepokojem, wreszcie jednak rozdzwonił się jakiś telefon i kobiety wyszły na korytarz. Rozejrzałam się w panice, lecz jedyną nowością, jaką wokół zauważyłam, były kraty w oknach. Zerwałam się z miejsca i ignorując zawroty głowy, podbiegłam do nich. Uchyliłam okno i szarpnęłam mocno za metal, niestety okazał się tak mocno osadzony w ścianie, że nawet nie drgnął. Tędy na pewno nie ucieknę…

Ale skoro i tak jestem skończona…

Gorzej już być nie może, obojętnie, co bym zrobiła. A więc wszelkie chwyty dozwolone.

Wsadziłam kota do plecaka, dziękując w myślach losowi, że kupiłam sobie taki artystycznie sznurowany, nie zapinany na suwak, dzięki czemu zwierzak mógł swobodnie oddychać, a ja jego wygodnie nosić. Założyłam sobie ciężki pakunek na plecy. Musiałam podtrzymać się blatu długiego stołu, by nie przewrócić się pod wpływem zawrotów głowy. Ostrożnie podeszłam do drzwi na korytarz, uchyliłam je powoli…

Byli tam. Szli korytarzem w moją stronę – pięciu mężczyzn w czarnych uniformach, potężnie zbudowanych i uzbrojonych po zęby. Nauczyciele wyszli im naprzeciw…

Tak, to była moja jedyna szansa!

Wyskoczyłam z pokoju nauczycielskiego i dopadłam do drzwi najbliższej klasy, modląc się, żeby były otarte. Ktoś krzyknął za mną, lecz nie zamierzałam odwracać się nawet na chwilę. Wpadłam do środka klasy, przerywającą toczącą się tam lekcję. Niemal wszyscy zerwali się z miejsc, gdy wparowałam między nich, zakrwawiona i przerażona, lecz na szczęście byli w takim szoku, że nikt nie zaprotestował, gdy dopadłam do okna i wyskoczyłam nim na boisko.

Od ziemi dzielił mnie niecały metr. Nawet dla człowieka było to tyle, co nic, jednak ja miałam wrażenie, że umrę z bólu głowy. Jęknęłam, ale jakoś zdołałam powstrzymać i zagnać do kąta rozsypujące się przed oczami świecące fasolki. Puściłam się sprintem w kierunku ogrodzenia – w kierunku dziury w siatce, którą niegdyś wykorzystywałam jako skrót do domu i najlepszą drogę do niepostrzeżonego wyjścia na wagary.

Siatka była cała. Oparłam się o nią bezradnie, pomacałam świeży metal, dłuższą chwilę nie mogąc uwierzyć, że jest prawdziwy. Jak, do cholery?! Dlaczego akurat dzisiaj…?!

Niemal czułam depczącą mi po piętach pogoń. Dlaczego jeszcze nie strzelali? Przecież mogli to robić. W pogoni za wilkołakiem mogli stosować wszelkie środki, byle by tylko nieszczęśnik im się nie wymknął.

Oceniwszy swoje szanse na cokolwiek marne, spróbowałam wspiąć się na płot. Jakoś wciągnęłam się na szczyt ogrodzenia, dziękując wszystkim możliwym bogom za wilkołaczą sprawność fizyczną, i zeskoczyłam po drugiej stronie. Przewróciłam się w pył na wydeptanej w trawniku ścieżce, tylko cudem ratując plecak i siedzącego w nim kota od zgniecenia. Poderwałam się tak szybko, jak to tylko było możliwe, i puściłam się na oślep przed siebie, nie myśląc za bardzo nad tym, gdzie powinnam się skierować. Uznałam, że na zastanowienie przyjdzie czas później – na razie najważniejsze jest, by znaleźć się jak najdalej stąd.

Biegłam, mijając pomalowane na radosne kolory bloki i zbytnio nie skupiając się na tym, gdzie tak naprawdę jestem. Sporo mi umykało, chwilami miałam wrażenie, że całkowicie się wyłączam. W głowie kręciło się coraz bardziej, ale dopóki biegłam, pędzona własnym bezwładem, mogłam utrzymać się na nogach. Gdybym tylko zatrzymała się na moment, byłoby po mnie. Padłabym i z pewnością nie zdołała podnieść się z powrotem.

Płakałam, a łzy wysychały mi na policzkach wraz z rozmazanym tuszem do rzęs, błyskawicznie osuszane przez parzące promienie stojącego niemal w zenicie słońca. A przynajmniej mi zdawało się, że stało w zenicie. Nie mogłam wierzyć niczemu, co podsuwał mi wzrok.

Czułam, że nie wytrzymam tak długo. Płuca paliły mnie żywym ogniem. Musiałam znaleźć jakąś kryjówkę i odpocząć, musiałam zaszyć się gdzieś, gdzie mogłabym na spokojnie się zregenerować, pozwolić, by wilcza zdolność do błyskawicznego leczenia zajęła się rozbitą głową… ale nigdzie nie było bezpiecznie. Mogli mnie szukać wszędzie. I z pewnością zaraz skorzystają z tego przywileju – przetrząsną całe miasto do góry nogami, byle tylko mnie dorwać.

Panika dusiła mnie tak bardzo, że nie miałam siły już nawet jęknąć, gdy ostatecznie na coś wpadłam.

Przed momentem wskoczyłam w niewielkie poletko starych drzew, rosnących pomiędzy dwoma pomalowanymi na ciepły pomarańcz blokami. Wyminęłam usytuowany między nimi plac zabaw, lecz gdy wyrosła przede mną górka z ławeczkami, ostatecznie opadłam z sił. Czułam się tak beznadziejnie, że nie umiałam wymyślić, co powinnam zrobić z taką przeszkodą. Wydawała mi się niemożliwa do pokonania. To był koniec…

Padłam na kolana i rozkleiłam się na dobre.

– Hej, co się stało?

Nie zareagowałam na rozlegający się nade mną głos. Nie miałam na to sił.

– Ona jest cała we krwi – syknął ktoś inny, jakaś dziewczyna.

– Ona jest wilkołakiem – wszedł jej w słowo mężczyzna.

Na chwilę zapadła cisza. Ktoś nachylił się nade mną i spróbował zmusić mnie, bym uniosła twarz do słońca, ale zawarczałam na niego potwornie. Dłoń cofnęła się szybko, lecz obca obecność nie zniknęła.

– Dziewczyno, przed czym tak uciekasz, co? – mruknął mój niechciany towarzysz, tak naprawdę wcale nie oczekując odpowiedzi.

– Chyba jej tak nie zostawimy?

– Zwariowałaś, Kate? Tylko co mamy z nią niby zrobić?

– Weźmy ją do domu, potem się pomyśli. Chyba się śpieszyła, co? Ruszcie się!

Ciepłe dłonie podniosły mnie powoli. Nie zaprotestowałam, wyczuwszy na nich jakiś zapach… Zapach, którego nie umiałam nazwać lub podporządkować do niczego, co znałam, lecz wydał mi się najpiękniejszy na świecie. W jego otoczeniu zaraz poczułam się tak ciepło i bezpiecznie… Byłam gotowa zaufać jego właścicielowi bezgranicznie, nawet jeśli byłabym na tyle przytomna, by spojrzeć mu w twarz i mocniej się zastanowić, kim mógł być. Ten zapach wypełnił jakąś dziurę w mojej duszy, z której istnienia nie zdawałam sobie dotąd sprawy. Pragnęłam, by jego właściciel już nigdy mnie nie puszczał, pragnęłam zatonąć w nim, zatracić się całkowicie…

Kot poruszył się niespokojnie w plecaku. Nie zaprotestowałam, gdy ktoś zdjął ze mnie ciężki pakunek i uwolnił zwierzaka z okrzykiem zaskoczenia. Z jakiegoś powodu czułam, że jestem w dobrych rękach.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 277
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!