Czarnołuska – 2. Sink the Pink

Zapukałam niczym prawdziwa dobrze wychowana dziewczynka i dopiero usłyszawszy pozwolenie weszłam do środka.

– Dzień dobry! – zaszczebiotałam od samego progu, szczerząc się od ucha do ucha.

– Nihal? – zdziwił się dyrektor. – Ty nie byłaś tu przypadkiem wczoraj?

– No byłam. – Usiadłam na dobrze mi znanym krześle. Jestem pewna, że zaczyna nawet pachnąć mną.

– I co? Składasz reklamację kary, jaką ci przydzieliłem? – Uniósł jedną brew.

Trochę było to złośliwe, zważywszy na to, że w ostatecznym rozrachunku skończyło się tylko na zawiadomieniu rodziców o „incydencie”.

– No nie, kara jest w porządku… – mruknęłam, spuszczając wzrok na ręce. Lakier mi odprysł, cholera! A wczoraj malowałam! W kwestii wyglądu paznokci zachowuję się czasami niestety jak parszywy plastik.

– No więc co znowu się stało? – spytał mężczyzna, mieszając kawę w kubku posrebrzaną łyżeczką. Ach, więc na to szkoła wydaje fundusze unijne?

– Przysłała mnie pani od plastyki… – zaczęłam i umilkłam.

– No i?

– No bo… No bo jestem niegrzeczna, no – wyrzuciłam z siebie.

– To znaczy?

– Że zachowuję się gorzej, niż reszta klasy.

– Czy mogłabyś w końcu doprecyzować? – Wyglądał na bardzo zmęczonego.

– Na plastyce zawsze jest śmiesznie – rozpoczęłam opowieść. – Pani zasadniczo raczej nie interesuje to, co robimy, tylko siedzi sobie przy biurku i czyta książkę. A my zajmujemy się czym chcemy. Dzisiaj na przykład dziewczyny grały w kalambury na tablicy, a chłopaki rzucali się plasteliną. Jak dzieci, prawda? Przecież każdy wie, że lepsze są pogniecione kartki, bo plastelina może wlepić się we włosy na przykład.

– Nihal, powiedz mi wreszcie, dlaczego pani cię tutaj przysłała! – Facet lekko poczerwieniał.

– Bo rzuciłam w Holsta śmietnikiem – wyznałam wreszcie.

Popluł się kawą.

– Że co?! – wykrztusił.

– No to. Swoją drogą, to jak można się tak nazywać? Holst. Przecież to brzmi jak przekleństwo, rodzice to musieli go nie lubić… – rozgadałam się znowu, starając się jak najszybciej odbiec od tematu.

– Poczekaj, zaraz! – Dyrektor uniósł dłoń. – Nie obchodzą mnie koneksje rodzinne Holsta; ty mi powiedz lepiej, dlaczego rzuciłaś w niego śmietnikiem?!

– Zdenerwował mnie – wydukałam, zamieniając się w żywy obraz niewinności.

– Czym aż tak cię zdenerwował?!

– Właściwie to… – Odetchnęłam głęboko, jak przed nurkowaniem. – Właściwie to nie wiem.

Facet oniemiał. Facet oniemiał tak bardzo, że przez chwilę nie potrafił nawet wydobyć z siebie słowa, tylko patrzył, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.

– Jak to nie wiesz? – Powiedział to prawie szeptem.

– To dość głupia historia. – Zachichotałam jak głęboko upośledzona. – Chłopaki zebrali się w kółko i Holst zaczął coś im opowiadać, co jakiś czas popatrując na mnie. Reszta się śmiała, więc doszłam do wniosku, że pewnie mnie obgaduje, no więc wolałam mu tak na wszelki wypadek przypomnieć, że to nie jest najmilsze…

– O Boże… – Dyrektor ukrył twarz w dłoniach. – A co na to Holst?

– On, jak tylko pozbierał się z podłogi, zaczął się śmiać, ale pani Zimmer potraktowała to ciut zbyt poważnie…

Ktoś zapukał do drzwi. W wąskiej szparze ukazała się połowa twarzy naszego szkolnego postrachu – pani sekretarki, zbuntowanej starszej kobiety o charakterze nastolatki z wiecznie spóźniającym się okresem. Widząc mnie, tylko się skrzywiła, ale na szczęście nic nie powiedziała. Przeniosła spojrzenie wodnistych oczek na dyrektora, trzepocząc doklejonymi rzęsami.

– Panie dyrektorze, Paulina właśnie przyjechała.

– O, to świetnie, już myślałem, że dzisiaj nie dotrze! Przyślij ją tutaj! – ucieszył się.

– Co za Paulina? – spytałam odrobinę chamsko, jak tylko sześćdziesięcioletnia seksbomba zniknęła na korytarzu.

– Nasza nowa uczennica. Pochodzi z Polski, więc jest tu trochę zagubiona, przeprowadziła się dopiero jakiś tydzień temu. Z tego, co pamiętam, przydzieliłem ją do twojej klasy.

– Z Polski… – mruknęłam. Nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu zabrzmiało to dla mnie złowieszczo.

Moja rodzina, choć prawdziwie niemiecka z pochodzenia, rezyduje w dwóch krajach jednocześnie. Moi rodzice mają ogromną firmę informatyczną, której filia znajduje się w Warszawie, tak więc od najwcześniejszego dzieciństwa jeżdżę tam z nimi co jakiś czas. Chodzę do tamtejszej szkoły, umiem polski równie dobrze, jak niemiecki, ale… ale w tym kraju są stereotypy. Wszyscy patrzą na mnie przez pryzmat filmów wojennych lub dowcipów o niemieckich kobietach, więc jakoś szczególnie komfortowo się tam nie czuję. Poza tym, tamtejsze smoki lubią traktować mnie jak kogoś, kto narusza ich terytorium.

Drzwi ponownie się otworzyły, do środka wsunęła się dziewczyna… dość dziwna. Jasne jak słoma włosy związała w modny, ale kompletnie nijaki koczek, a na sobie miała różową bluzkę, dżinsową kurteczkę i białe leginsy, urozmaicone skórzanymi kozaczkami na obcasie. Jakoś tak rzygać mi się zachciało, gdy uświadomiłam sobie, że tak właśnie wyobrażałam sobie Barbie, gdy myślałam o niej jak o żywym człowieku.

– Cześć – palnęłam głupio.

Palnęłam, należy zaznaczyć, po polsku.

– O, cześć. Umiesz polski? – Spojrzała na mnie z zaciekawieniem i zdezorientowaniem.

– Mam! – wykrzyknął dyrektor. Aż podskoczyłam na krześle, naprawdę.

– Co się stało? – spytałam zdjęta nagłym strachem.

– Mam dla ciebie karę, Nihal. – Uśmiechnął się sadystycznie. – Masz za zadanie oprowadzić nową koleżankę po szkole.

– Ale ja…

– Usprawiedliwię ci tę lekcję.

– Ale ja…

– Nie ma dyskusji. Bywasz w Polsce, więc na pewno znajdziecie wspólny język. Poza tym, jak już mówiłem, będziecie w jednej klasie. No? Powodzenia. – Praktycznie wypchnął nas za drzwi.

Szlag.

Zerknęłam spode łba na towarzyszkę. Była wyższa ode mnie (co chyba nie jest jakoś szczególnie dziwne) i z każdą sekundą coraz bardziej kojarzyła mi się z nadgorliwą kujonką, którą podają jako przykład na szkolnych apelach. Rozglądała się wokoło zachwyconym wzrokiem, co już samo w sobie było dziwne, bo w okolicy raczej niczego ciekawego nie było. Korytarz wysoki, jak to w zabytkowym budynku, ale machnięty żółtą farbą, określaną w sklepach jako „mglisty poranek”. Była już brudna z upływu czasu i pękała w paru miejscach. Wszędzie wisiały tablice z ogłoszeniami rodzaju „osiągnięcia uczniów naszej szkoły”. W oczy rzucały się setki rysunków torturowanych na plastyce dzieci i nastolatków, nieco dalej była gablotka z radosnymi facjatami sportowców. Gdyby nie to, że moje zdjęcie, na którym salutuję mieczem, znajduje się praktycznie na samym środku, nie dałoby się na niej na dłużej zatrzymać wzroku, bo można by dostać zapalenia spojówek, serio. Więc na co dziewczyna patrzyła? Na drzwi? Pomalowane białą olejną farbą i z niezbyt czystymi szybami wprawionymi w nadproże? Na krzywe jarzeniówki na suficie? Na beton na podłodze?

– Całkiem ładna ta szkoła – powiedziała w pewnym momencie.

– Naprawdę? – Chociaż spodziewałam się tego, zatkało mnie na moment. Chyba miałam po prostu nadzieję, że Paulina nie okaże się tak nienormalna, jak się zdawało. – A co ci się w niej podoba?

– Ma całkiem ciekawy plan. I z zewnątrz, te czerwone cegły… Ładnie, trochę jak z bajki. Ale w środku remont by się przydał. – Skrzywiła nosek. – Tak w ogóle, jestem Paulina.

– Nihal. – Pozwoliłam pocałować się w policzek, chociaż korciło mnie, żeby odbiec po tym w stronę łazienki i umyć twarz. Oczywiście po tym, jak już bym zwymiotowała wszystko, co mam w żołądku. Jak ja nie cierpię obmacywania się z obcymi ludźmi…

– Ładne imię. Zagraniczne? – zainteresowała się.

– Nie. Nieistniejące.

– Jak to?!

– Normalnie. Rodzice fantastyki się naczytali, pewnie z jakiejś książki wzięli. Nie chcą mi powiedzieć z jakiej.

– Lubisz czytać książki?

– Uwielbiam! – zapaliłam się. – Mam w swoim pokoju ponad osiem tysięcy książek, uwielbiam je czytać, segregować, oglądać i wąchać. A najbardziej kocham postapokalipsę. Wiesz, mutanty, twardzi panowie w maskach przeciwgazowych, opuszczone budynki i te klimaty.

– Ojej… – Wyglądała na speszoną. – Ja wolę romanse…

– Ach tak. – Jakoś tak zgasłam.

Ruszyłyśmy korytarzem. Zauważyłam, że w skupieniu przyglądała się nieudolnym gryzmołom uczniów i kserokopiom dyplomów za zajęcie zaszczytnych miejsc w olimpiadach przedmiotowych. Zatrzymała się przy wspomnianej gablotce ze sportowcami.

– O, to przecież ty! – pisnęła, klasnęła i dopiero wtedy wskazała palcem na moje zdjęcie.

– Tak, to ja – potwierdziłam.

– A co ty trzymasz? O rany, to szpada? – Przerażona gapiła się w zdjęcie tak natarczywie, że mało brakło, by wypaliła w nim dziurę.

– To miecz długi – wytłumaczyłam – błędnie przez niektórych nazywany dwuręcznym. Tak naprawdę jest to coś, co historycznie nosiło miano miecza półtoraręcznego, ale to brzmi kiepsko, więc nie używa się tego pojęcia.

– I ty walczysz tym… czymś? Tak na poważnie?

– Tak, biorę udział też w zawodach. Ćwiczę też szermierkę sportową, ale choć mam w niej więcej sukcesów, wolę cięższą broń.

– Za dużo przemocy w tym dla mnie – obwieściła. – To chyba nie jest sport dla kobiet.

– Ależ owszem! – zbulwersowałam się. – Nie masz nawet pojęcia, jak świetnie wyrabia sylwetkę! Przecież kobiety ćwiczą walkę floretem od…

– Ja zostanę przy moim aerobiku.

Postanowiłam się zamknąć. Najchętniej włożyłabym też głowę do pobliskiego kosza na śmieci, ale jak na złość był pełny. Ludzie, dlaczego? No dlaczego, ja się pytam?! Dlaczego przez jeden głupi rzut muszę być skazana na coś takiego?!

– Ile jest w tej szkole osób? – spytała Paulina, wyrywając mnie z rozmyślań na temat tego, jak skutecznie spuścić się w kiblu.

– Dużo. Na naszym roku około trzystu. W szkole bodajże ponad tysiąc.

– O rany, to tłum! Jak ja się tu odnajdę?! – Wyglądała, jakby zamierzała zwinąć się w kulkę w kąciku i zacząć rozpaczać. Naprawdę, była tego tak bliska, że aż się zaczęłam zastanawiać, czy w razie czego udałoby mi się ulotnić cicho i niepostrzeżenie.

– Tymi schodami idzie się do stołówki – wytłumaczyłam, wskazując odpowiedni kierunek. – Ale nie radzę się na nią nie zapisywać, bo jest drogo i niesmacznie. Poza tym jak zobaczysz dłonie kucharki, to zdecydowanie stracisz apetyt.

– Jak ty możesz tak mówić? – oburzyła się. – Pani na pewno tak się stara, a ty nawet tego nie docenisz!

Z każdą chwilą mocniej kojarzyła mi się z jakąś postacią ze słynnych bajek świadków Jehowy.

– Jakiej muzyki słuchasz, Nihal? – spytała po jakimś czasie, który zdążył we mnie obudzić cichą nadzieję, że zapomniała, jak się mówi.

– Metalu i rocka – odparłam.

– Jak to?! – Spojrzała na mnie jak na kogoś śmiertelnie chorego.

– Normalnie. – Mam wrażenie, że zbyt często to powtarzam. – Już dawno oddałam swoją duszę AC/DC. Znam na pamięć wszystkie ich teksty, mam plakaty, koszulki…

– Ojej… – jęknęła, jakbym właśnie dała jej kopniaka w żołądek. – Ja bardzo lubię Biebera.

Mało brakło, a zwaliłabym się ze schodów.

Ratunku!

Wraz z dzwonkiem obwieszczającym koniec lekcji miałam nadzieję, że ten koszmar wreszcie się skończy. Ilekroć zamknęłam oczy, na powiekach niczym film wyświetlał mi się obraz mojego łóżka, w którym to mogłabym się zakopać, mając nadzieję, że żadne życiowe dramaty mnie tam nie dosięgną. Wzięłam więc szybko z szatni swoje rzeczy, rozejrzałam się, chcąc sprawdzić, czy ktoś czegoś ode mnie nie chce (bo jakby chciał, to musiałabym chować się w pobliskim schowku na szczotki) i wzdychając z ulgą, skierowałam się w stronę wyjścia. Gdy znalazłam się już na chodniku i zamierzałam skręcić w stronę stacji metra, usłyszałam za sobą wiercący w uszach pisk:

– Hej, poczekaj!

Przez chwilę łudziłam się, że Paulina woła może kogoś innego – no w końcu nie użyła imienia i nieraz przekonała się dzisiaj, że nie jestem najlepszą osobą do wyświadczania przysług – ale już po chwili jej śliczna twarzyczka porcelanowej lalki ukazała się w zasięgu wzroku.

– Ojejku, już myślałam, że cię nie złapię! – wyszczebiotała, dysząc jak po maratonie. Wyglądała trochę jak męczona odruchem wymiotnym. Swoją drogą, jakby zajęła się rzyganiem do pobliskiego kosza na śmieci, mogłabym się szybko ulotnić… – Mam do ciebie ważną sprawę! – wypaliła wreszcie, rozwiewając moje nadzieje.

– No? – pogoniłam, wzdychając boleśnie i ukradkiem zerkając na wyświetlacz smartfona. Szlag, pociąg mi zaraz ucieknie.

– Bardzo byś się złościła, jakbym dzisiaj do ciebie przyszła? Mogłabyś wytłumaczyć mi trochę, co robicie teraz na lekcjach. I poznałybyśmy się lepiej!

– Wiesz, ja chyba dzisiaj… – wykrztusiłam, gdy już pozbierałam szczękę z chodnika. Jak widać, nie zabrzmiałam wystarczająco przekonująco, bo przerwała mi wpół słowa:

– To świetnie! – Podskoczyła i klasnęła jak dziecko, które dostało nową zabawkę do znęcania się. – To chodźmy! – i pobiegła na stację.

Przez chwilę zastanowiłam się, czy może nie odwrócić się i nie pójść na tramwaj.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 335
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!