Czarnołuska – 9. Rock or Bust

Zarywanie nocy było już dla mnie swego rodzaju normą, ale co innego przewracać się z boku na bok i denerwować się na własny organizm, a nie potrafić zmrużyć oka przez krążące w głowie myśli. Myśli, od których robiło mi się dosłownie niedobrze, których nijak nie mogłam od siebie odpędzić i które sprawiały, że czułam niemal fizyczny ból.

Przez ten cały czas jakoś zdołałam oswoić się z sytuacją z Volkerem. A może nie tyle oswoić, co całkowicie się od niej odciąć – nauczyłam się, że jeśli się nad tym wszystkim nie zastanawiam, jeśli go nie wspominam i nie roztrząsam tego, jak by to było, gdyby nie zaginął, nie jest wcale źle. Żyję sobie normalnie, skupiam się na sobie… Ale gdy tylko na chwilę pozwoliłam, by kilka godzin wcześniej opadł mój ochronny mur, już za nic nie mogłam go odbudować. Zastanawiałam się nawet, jak ja go kiedyś wzniosłam, skoro teraz to było takie trudne…

Co mnie najbardziej męczyło? To, że sprawa nie jest już jedną wielką niewiadomą, nad którą wszyscy tylko bezradnie rozkładają ręce. Ja byłam po prostu pewna, że zarówno Kurt, jak i narzucająca mu obowiązki Rada Smoków muszą wiedzieć o wiele więcej, niż są skłonni komukolwiek zdradzić. Przecież widziałam doskonale po Kurcie, że sprawa jest dla niego dość jasna – sam to nawet przyznał, gdy opędzał się od moich pytań, wymawiając tym, że nie wolno mu tego zdradzać! Byłam już doprowadzona do takiego stanu, że we wszystkich widziałam potencjalnych kłamców. Nawet w babci, o której do tej pory myślałam, że martwi się tak samo, jak ja. Ale skoro wiedzą, to jej też musieli powiedzieć, w końcu pełni w smoczej społeczności ważną funkcję – dzięki temu też przecież nie zabili mnie od razu po urodzeniu – a tu… Kurta jeszcze mogę zrozumieć, w końcu nic dla niego nie znaczę, ale ona przecież widziała na własne oczy, jak tę sprawę przeżyłam, a poza tym chodziło o jej wnuka. Dlaczego ona też kłamie?

Musiałam z nią porozmawiać. Czułam, że tutaj potrzeba zdecydowanych działań – nie lekkich uśmiechów, czułych słówek i zgrywania pokornej wnusi, a przysłowiowego postawienia jej pod ścianą. Tylko jak to, cholera, zrobić? Moja babcia nie należy do tych osób, które łatwo sobie podporządkować.

Na takich przemyśleniach zeszło mi do rana. Sama nie potrafię określić, czy trwałam tak do świtu, czy może zasnęłam przynajmniej na chwilę – nawet jeśli, to był to sen na tyle płytki, że nie dał się nawet zauważyć. Dzwoniący budzik nie zaskoczył mnie specjalnie, ale z jakiegoś powodu poczułam ulgę, gdy mogłam wreszcie wstać. Przyziemne sprawy w szkole z pewnością miały zaabsorbować mnie na tyle, bym przynajmniej na chwilę zapomniała o magicznych tajemnicach.

No tak. Tylko że zapomniało mi się, że tymi przyziemnymi sprawami będzie Paulina.

– Cześć, Nihal! – Wyczaiła mnie już z drugiego końca korytarza i podbiegła dosłownie w podskokach.

Już otwierałam usta, by odpowiedzieć na tyle uprzejmie, na ile potrafiłam w takim stanie, gdy zauważyłam, że nie jest sama…

Nie, nie mam pojęcia, jakim cudem na początku nie zauważyłam, że ciągnie za rączkę Lukasa. Gościa było dość trudno nie zauważyć, bo był od niej sporo większy, a do tego ośmieszył się założeniem zielonej czapeczki z napisem „swag”, którego genezy do dzisiaj nie znam. A minę miał tak kretyńsko ogłupiałą, że aż mi szczęka opadła. Jezu, ja nie potrafiłam określić, co on sobie w tym momencie myślał, ale jestem pewna, że nie było to nic inteligentnego. Nie patrzył na nas, tylko wodził nieco przyćpanym wzrokiem po korytarzu, posyłając pełne wyższości uśmiechy wszystkim uczniom i otaczającym ich sprzętom. Ja pierdzielę, co za mózg… Przecież po nim to widać, że lepiej, by z domu nie wychodził, bo stanowi już zagrożenie dla siebie samego.

– O, czy ja o czymś nie wiem? – wyszczerzyłam się tak, że prawie szczękościsku dostałam. Nie jestem pewna, czy można udawać szczęście z czyjejś tragedii…

– Jesteśmy parą! – zapowiedziała dumnie dziewczyna, przylepiając się do swojego Romeo.

Jeszcze raz zlustrowałam ich dokładnie wzrokiem. O ile Paulinę uważam za bardzo ładną, tak jej niewydarzony amant średnio przypominał mi jakąkolwiek ze znanych płci. Wystający spod czapeczki z daszkiem zaczes (a nawet nie tyle zaczes, co jakiś róg z włosów, uformowany nad czołem), czarna koszula w kaktusy (widziałam identyczną na damskim dziale, jak ostatnio na zakupach byłam) i dżinsowe rurki-jajognioty, kończące się tak wysoko nad niebieskimi adidaskami, że odsłaniały owłosione kostki. Ani to to ładne, ani zabawne… Chude, niedożywione, niedorobione. Co ona w nim widzi? Nie to, co Kurt…

Nie, ja się może zamknę. Kurt to też nie najlepszy przykład przystojnego mężczyzny.

– O… to gratuluję… – wydukałam, gdy już uznałam, że jakiejkolwiek próby przemówienia do rozumu z pewnością nie zrozumieją. Przecież to jak choroba jest. Jezu, oni się chyba pięć dni znają…

– Słuchaj, no i mam do ciebie taką sprawę! – Dziewczyna wreszcie raczyła odlepić się od partnera i przylepiła się dla odmiany do mnie. – Dzisiaj po południu idziemy na pizzę – zaczęła konspiracyjnym szeptem. – Może wybrałabyś się z nami?

– Potrzebna wam przyzwoitka? – palnęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

– Nie… – speszyła się nieco – tak tylko myślałam, że może też kogoś masz, kogo chciałabyś zaprosić…

– O Boże… – W jednej chwili poczułam się strasznie zmęczona. – Ja chyba…

Jęknęła coś niezrozumiałego i posadziła mnie na niewygodnej ławce, gdy niebezpiecznie się zachwiałam. Lukas popatrzył na nas jak na upośledzone i zajął się rozmową z jakimś przechodzącym akurat kumplem. O tyle dobrze, że już się na nas nie gapił.

– Co się stało? – Koleżanka złapała mnie za rękę, choć korciło mnie, żeby się od niej odsunąć. Nie lubię obmacywania się z ludźmi bez powodu. Nie lubiłam, gdy ktoś niby żartem wspominał, że mam za ciepłą skórę… Bo, kurde, jako smokonka mam. Ale nie chcę się z tym afiszować, jasne?

– Nic mi nie jest… – wydukałam.

– Wyglądasz, jakbyś miała się rozpłakać.

Ach, ta bezpośredniość…

– Bo właściwie to nic nie jest w porządku, okej? – westchnęłam, opierając się plecami o ścianę.

– Co, nie masz kogoś, kogo chciałabyś zaprosić? Możesz iść sama…

– Nie, nie, jest ktoś, kogo bym chciała zaprosić. Tylko że…

– O rany, to super! – przerwała mi, klaszcząc i piszcząc. – To koniecznie przyjdźcie! O szesnastej pod Potsdamer Platz Arkaden, nie zapomnij!

– Ale ja…

– Wejście od strony stacji metra! Do zobaczenia! – Zerwała się z ławki, popędzana dzwonkiem, pomachała mi i odbiegła w cholerę.

No patrzcie, a już myślałam, że mogę zwierzyć się z problemów koleżance…

No i co ja mam niby zrobić? Przecież ona mnie zabije, jeśli nie przyjdę… Tylko że ni cholery nie mam ochoty na przyglądanie się radosnym parom, gdy sama mam w tych sprawach takiego pecha, że aż ciężko w to uwierzyć.

A może by spróbować zaprosić Kurta? Patrzenie, jak świetnie bawi się w towarzystwie gówniarzy, mogłoby być całkiem zabawne…

Ta, bo by się zgodził. Obawiam się, że jeślibym tylko wysnuła taki pomysł, ryknąłby mi śmiechem w twarz (o ile takie okazywanie radości jest w jego przypadku możliwe) i nie odezwał się do mnie nigdy więcej.

Może przynajmniej spróbuj? – podsunął Dagon.

A co ciebie ostatnio tak obchodzą moje sprawy sercowe? – odparowałam niezbyt uprzejmie.

Trwamy w jednym ciele. Twoje dobre samopoczucie oznacza moje dobre samopoczucie.

Prawie zaskowyczałam, masując już pulsujące bólem skronie. Korytarz powoli pustoszał, robiło się coraz ciszej, ale atak migreny zbliżał się do mnie wielkimi krokami. Wiedziałam, że powinnam się ruszyć i pospieszyć, jeśli nie chciałam, by dość wyczulona na punkcie spóźnień nauczycielka biologii wywaliła mnie za drzwi, ale kotłujące się w głowie sprzeczne myśli za nic nie chciały ustąpić na tyle, bym mogła chociażby skupić się na podniesieniu z niewygodnego siedziska.

Czarnołuska… A powiedz mi, na którą wy byliście dzisiaj z Kurtem umówieni? – zamruczał w pewnym momencie smok. Byłam pewna, że jeśli byłby istotą materialną, wyszczerzyłby kły w szerokim, drapieżnym uśmiechu.

Chyba na piętnastą. Co ty kombinujesz? – Oprzytomniałam nieco. Taki nastrój był u niego co najmniej podejrzany.

Przedstaw go przed faktem dokonanym. Pokieruj go we właściwe miejsce i wciśnij jakąś bajeczkę, gdy zacznie się rzucać.

A jak mnie wtedy zwyczajnie ochrzani i zostawi?

Przynajmniej spróbuj.

Brzmiało to idiotycznie, absurdalnie i niemożliwie, ale gdy jeszcze raz przeanalizowałam wszystko na spokojnie, mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. A może…?

***

Gdy wybiła godzina piętnasta, byłam już gotowa. Zrobiłam sobie przesadnie doskonały makijaż, ubrałam się w czarną, rozkloszowaną spódniczkę i czerwony sweterek, wypastowałam nawet glany, i zeszłam na dół.

Nie miałam pojęcia, jakim autem Kurt może jeździć, ale zauważyła dyskretny przebłysk czerwieni w nieco zdezelowanym mercedesie beczce koloru kości słoniowej. Skierowałam się w tamtą stronę pewnym siebie krokiem, ledwo powstrzymując od śmiechu.

– Zgaś to – rozkazałam na powitanie, wskazując na papierosa, którego trzymał w dłoni.

Spojrzał na mnie tak, jakby zamierzał w odpowiedzi wykopać mnie z powrotem na zewnątrz, ale w końcu posłusznie wypierdzielił niedopałek przez okno.

– Ej, zaraz, zbieraj to! A jak mi się chałupa przez ciebie sfajczy?! – zaczęłam histeryzować, gdy jak gdyby nigdy nic odpalił i skierował samochód w stronę wyjazdu z osiedla.

– Wpadł do kałuży.

– Zaśmiecasz środowisko!

– Weganką też jesteś?

Tym argumentem zostałam pokonana.

– Źle jedziesz – burknęłam tylko. – Na Potsdamer Platz nie w tą stronę.

– A po co miałbym jechać na Potsdamer Platz? – Nie wyglądał, jakby zamierzał potraktować mnie poważnie. – I coś ty na siebie właściwie założyła?

Sama nie wiedziałam, czy mam się ucieszyć, że zauważył, czy jednak rozryczeć w kąciku…

– Ubranie – podpowiedziałam. – A na Potsdamer Platz jedziemy na zajęcia. Tym razem ja cię czegoś nauczę.

Spojrzał na mnie z najszczerszym zdumieniem.

– Patrz na drogę, zielone masz.

Był tak oniemiały, że nawet nie zdołał wymyślić riposty. Zawrócił posłusznie, kierując się już we właściwą stronę.

Znalezienie miejsca parkingowego okazało się sporym wyczynem, ale na szczęście po kilkukrotnym objechaniu wszystkich poziomów parkingu udało nam się coś wykroić. Wysiadłam, pobieżnie zerkając jeszcze w lusterko, czy nadal wyglądam tak zajebiście, jak przed wyjściem, i rozejrzałam się dumnie. Kurtowi wygramolenie się na zewnątrz zajęło zdecydowanie dłużej, niż mnie – prawdopodobnie dlatego, że całkowicie stracił już wiarę w moje zdrowie psychiczne – ale wreszcie stanął u mojego boku.

Przyznam, że poczułam się dziwnie, mając go tak blisko, gdy dookoła znajdowało się tak wielu ludzi, którzy to widzieli. Byłam… nakręcona. Pozytywna energia tak ze mnie tryskała, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Mogłam teraz wszystko – przenosić góry, biegać po sufitach, rozwiązywać zadania z matematyki… Byłam po prostu szczęśliwa, mając u boku swojego wymarzonego faceta. Co z tego, że z tymi włosami wygląda jak kretyn? Ja chyba nawet to w nim lubię. Wygląda dość dziwnie, ale w jakiś pokrętny sposób nawet pasuje mu to do czarnej koszuli z niedbale podwiniętymi rękawami.

Poza tym, ile to ludzi w tym mieście ma kolorowe włosy? Na ich tle niczym się nie wyróżnia.

– Dobra, to teraz poważnie. Coś ty wymyśliła? – warknął, posłusznie podążając za mną w umówione miejsce spotkania. – Czego… lekcja to będzie?

– Obycia towarzyskiego – oznajmiłam z dumą.

Zmarszczył brwi i widocznie chciał jeszcze o coś zapytać, ale na jego nieszczęście właśnie wtedy zauważyłam Paulinę. Pomachałam w jej stronę zdecydowanie zbyt żywiołowo i pozwoliłam nawet, by mnie przytuliła, gdy już podbiegła.

– To są Paulina i Lukas – przedstawiłam z idiotycznym uśmiechem. – A to jest Kurt.

– He he, fajne włosy – zabłysnął intelektem nowy chłopak mojej koleżanki.

Kurt samym spojrzeniem zobrazował bardzo dokładnie, co zamierza z nim zrobić, więc umilkł szybko i spuścił wzrok na swoje iście kobiece trampki.

– To może pójdziemy na pizzę, co? Niedawno otworzyli tu taki fajny lokal! – zaczęła ekscytować się Paulina.

– Bardzo chętnie. Zgłodniałam – zgodziłam się uprzejmie i pobiegłam radośnie za dziewczyną.

W życiu nie widziałam Kurta tak zagubionego. Spojrzał na mnie z błaganiem w oczach, lecz widząc, że nie ma co liczyć na choćby najmniejszą oznakę litości, powlókł się za nami grzecznie.

Dostanie się w sektor z restauracjami okazało się kolejnym problemem, bo wnętrze galerii wyglądało tak, jakby wszyscy mieszkańcy Berlina naraz sprzysięgli się, żeby wybrać się na zakupy, ale na szczęście w końcu udało nam się znaleźć na miejscu i jakimś niezrozumiałym cudem wyhaczyć wolny stolik. Paulina z Lukasem zajęli miejsca na kanapie, natychmiast splatając się w tak ciasnym uścisku, że niemal stopili się w jedno, a ja i Kurt zajęliśmy krzesła. Niestety o tym, żeby mnie przytulił, mogłam sobie tylko pomarzyć, więc zajęłam się kartą z menu, by nie roztrząsać tego niepotrzebnie.

Po złożeniu zamówienia nastąpił ten moment, w którym należałoby rozpocząć rozmowę. Na szczęście Paulina wyręczyła mnie w tym, jak zwykle nie mogąc się doczekać momentu, w którym będzie mogła rozpocząć swój słowotok.

– To co, od kiedy jesteście razem? – spytała słodko, nachylając się w naszą stronę.

Kurt zakrztusił się wodą. Byłam po prostu pewna, że przeklinał na czym świat stoi, że przyjechał po mnie samochodem. Podejrzewam, że samo to, że się ze mną spotkał, nie przeraża go tak bardzo, jak to, że nie może uraczyć się piwem na zluzowanie atmosfery.

– Jeszcze nie jesteśmy razem. – Wyszczerzyłam się równie uroczo i kopnęłam chłopaka pod stołem.

– Kurt, a co ty właściwie robisz? Gdzie się uczysz?

Myślałam, że nie odpowie, uznawszy, że stanowimy zbyt słabe intelektualnie towarzystwo, by zaszczycać je jakimikolwiek słowami, ale tu mnie zaskoczył.

– Jestem informatykiem – wyjaśnił w bardzo obszerny sposób. W sumie nawet mnie to zainteresowało, bo do tej pory nie miałam pojęcia, co on takiego robi. Oprócz tego całego… bycia Egzekutorem, nad którym w razie czego się nie zastanawiałam.

– Jesteś w technikum, czy na studiach?

– Jestem po studiach.

To dziewczynę nieco zbiło z tropu.

– Po studiach? To ile ty masz lat?

– Kobiet nie pyta się o wiek – przerwałam radośnie, ledwo powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem.

– YOLO – skomentował uczenie Lukas.

Imprezka toczyła się swoim rytmem. Bawiłam się po prostu przednio, obserwując zakochaną parę i ciesząc się, że nie jestem tak głupia, jak oni, i tylko czekałam, aż Kurt załączy przysłowiowego pierdolca z prawdziwego zdarzenia. Podjadałam pizzę, popijałam soczkiem i śmiałam się jak głupia z rzeczy, które normalnie by mnie nie rozśmieszyły, tylko co najwyżej wnerwiły. Dawno nie czułam się tak wspaniale. Nie myślałam o Volkerze, nie myślałam o swoich nowych obowiązkach Strażniczki, nie myślałam o tajemniczych smoczych zaginięciach, o których wszyscy ewidentnie wiedzieli więcej ode mnie – po prostu beztrosko siedziałam sobie przy stoliku, a u boku miałam kogoś, o kim marzyłam, i przez ten czas mogłam bez przeszkód wyobrażać sobie, że jest między nami tak, jak bym chciała, by było. Stolik był mały, przez co siedział na tyle blisko, że bez przeszkód czułam zapach jego dezodorantu, co sprawiało, że jeszcze łatwiej było mi w to uwierzyć.

W końcu nadszedł jednak ten moment, w którym Paulina i Lukas znudzili się naszym towarzystwem i wstali z zamiarem odejścia. Pożegnali się uprzejmie, jeszcze raz zmierzyli nas badawczym wzrokiem, jakby nadal nie mogli zrozumieć, co jest grane, i odeszli wreszcie, znikając w tłumie.

A ja wiedziałam, że to koniec sielanki. Zaraz zostanę przez Kurta tak zwrzeszczana, że się przez miesiąc nie pozbieram. To niemożliwe, żeby taki numer puścił mi płazem. Już i tak wykazał się niesamowitą cierpliwością, nie robiąc mi sceny przy znajomych, więc teraz mogłam spodziewać się gniewu zwielokrotnionego.

I to za trzy, dwa, jeden…

Kurt ryknął takim śmiechem, że aż prawie spadł z krzesła. Spojrzałam na niego jak na idiotę, zupełnie nie wiedząc, jak powinnam na to zareagować. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby się śmiał, i zupełnie nie wiedziałam, czy to aby na pewno dobrze mi wróży.

– Em… wszystko gra? – spytałam nieśmiało.

– Kurna, skąd ty ich wzięłaś?! – jęknął, gdy nieco się opanował, uregulował rachunek również za mnie i wstał od stolika, wciąż się śmiejąc. – Chodź, odwiozę cię do domu.

Ja już zupełnie nic nie wiedziałam.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 575
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!