Czarnołuska – 8. Walk all over you

– No i wiesz co? Ja już kompletnie nie wiem, co powinnam z tym zrobić! – miauczała Paulina, za nic mając to, że niektórzy niekoniecznie mają czas na rozmowy telefoniczne. – Ja tak strasznie chcę z nim być, a on ciągle tak mnie krzywdzi!

– Skoro cię krzywdzi, to moim zdaniem sprawa jest prosta – przerwałam uprzejmie, próbując zawiązać glana jedną ręką. – Wrazić mu bagnet w jelita.

– Jezu, jak możesz?! – Tak się zapowietrzyła, że aż przez chwilę pożałowałam, że tego nie widzę. Na szczęście tylko przez chwilę. – Przecież ja go kocham!

Wywróciłam oczami, uderzyłam głową o klamkę drzwi wyjściowych, gdy wstawałam z podłogi, i rozejrzałam się za mieczem. Szlag, nie przyniosłam go w końcu z góry.

– Kochasz go? – powtórzyłam bezwiednie. – Za co? Ani to to nie przystojne, ani zabawne… W dodatku wychowane najwyraźniej w stodole…

– Nihal! – Aż musiałam odsunąć słuchawkę od ucha. – Lukas jest wspaniały! Ja cię naprawdę nie rozumiem.

Kurde, a wiecie, czego ja nie rozumiem? Tego, jakim cudem po ledwie kilku godzinach znajomości awansowałam na powiernika sekretów sercowych.

– Otwórz oczy – poradziłam. – Lukas jest najgorszym draniem z całej szkoły. – Właściwie tylko cudem powstrzymałam się od użycia słowa nieco dosadniejszego, niż „drań”. – Jest chamski, pyskuje nauczycielom, dziewczyny traktuje jak przedmioty. Pije, pali, imprezuje. Do tego nie ma zupełnie żadnych zainteresowań, a jego plany na przyszłość ograniczają się do wyżulenia od rodziców kasy na nowe porsche. A wygląda jak piąty członek Łan Dajrekszyn.

– Co ty masz do One Direction? – zdziwiła się.

Szczęka opadła mi prawie do kolan.

– Ech… Nic. – Oprócz tego, że niekoniecznie przypominają mężczyzn, dopowiedziałam w myślach. – Słuchaj, niezbyt mogę teraz rozmawiać. Powinnam być za minutę w Poczdamie…

– Ale poczekaj, zaraz! – zawyła, zanim przerwałam połączenie. Mało brakło, a zaklęłabym na głos. – Ja nie chcę, żebyś ty o nim tak myślała. Ja wiem, jak on traktuje dziewczyny ze szkoły, ale… on tak naprawdę jest inny! Jest jakiś powód, dla którego jest taki niemiły…

– Tak, a ty masz misję od Boga, żeby go zmienić – burknęłam. – Dobra, naprawdę zadzwonię do ciebie wieczorem, okej?

Wreszcie! Nie czekając na odpowiedź, wcisnęłam czerwoną słuchawkę, wepchnęłam telefon do torebki, zarzuciłam na plecy pochwę z mieczem i ruszyłam biegiem do kuchennego okna.

Zaraz. Dobra, przypodobanie się Kurtowi swoją drogą, ale torebka na smoczy trening? Szybko przepakowałam się do plecaka i znowu pobiegłam do kuchennego okna.

O żesz w mordę, rodzicom akurat zachciało się zabrać za wspólne przygotowywanie obiadu.

– O, Nihal, gdzie się wybierasz? – spytała mama, obrzucając niepewnym spojrzeniem moje dość niecodzienne ubranie. No cóż, rzadko wychodzę z domu w podartych czarnych bojówkach, więc mogła się nieco zdziwić, ale litości…

– A no… wychodzę – odpowiedziałam uczenie.

A więc kuchenne okno spalone. Zgrzytając zębami ze złości, wybrałam bardziej ludzką drogę – zbiegłam po schodach na sam dół. Następnie obeszłam blok dookoła i zanurzyłam się w wąskiej uliczce między garażami. Dojście do miejsca, w którym mogłabym się w miarę swobodnie przemienić w smoka, zajęło mi kolejnych pięć minut. Wpadłam pomiędzy wysokie brzozy zaniedbanego, rzadko uczęszczanego parczku, zatrzymałam się w najodpowiedniejszym miejscu, ciężko dysząc, i skupiłam na przemianie.

No cóż, przyoblekanie skóry smoka zawsze przychodziło mi bez problemu. Obojętnie, gdzie akurat się znajdowałam; mogłam przemienić się nawet w trakcie skoku z czwartego piętra, co robiłam już nieraz. Prościzna. Chyba że akurat byłam wkurzona… Przemiana wymaga właściwie tylko dwóch czynników: czystego umysłu i spokoju. Akurat pech chciał, że dzisiaj obu mi brakowało.

Gdy już wreszcie udało mi się wzbić w powietrze, skrzydłami łamiąc kilka zagradzających drogę gałęzi, postarałam się skupić na jak najszybszym locie. Gdy już złapałam odpowiedni rytm i dostosowałam się do dość mocnego wiatru, niechciane myśli postanowiły ponownie się rozpanoszyć.

Wróciłam pamięcią do telefonicznej rozmowy z Pauliną. Sama nie wiem, czy nie histeryzuję, ale mam coraz mocniejsze wrażenie, że cudowna kara dyrektora, dzięki której na moment zamieniłam się w przewodniczkę dziewczyny i jednocześnie jej pierwszą szkolną koleżankę, okazała się moim pierwszym schodkiem do grobu. Oj tak, to różowe bydlę zdecydowanie jest jedną z tych osób, które zaprzyjaźniają się natychmiast i trwale, choćby nie wiem co, nie biorąc pod uwagę możliwości, że materiał na przyjaciela niekoniecznie też ma na to ochotę. Do tego jeszcze całą sobą przypomina mi najbardziej przesłodzoną wersję Barbie, jaka tylko kiedykolwiek powstała.

Do tego jeszcze Lukas… Kurde, ile czasu ona chodziła do tej szkoły? Nie cztery dni przypadkiem? I już zdążyła wyhaczyć najgorszego idiotę, jaki kiedykolwiek chodził po tamtejszych korytarzach? I musi rozmawiać o tym akurat ze mną? Co jak co, ale Lukasa znam aż za dobrze – chodziłam z nim do jednej klasy w podstawówce i już wtedy mogłam powiedzieć, że nie jest normalny. To był chłopak, który nie jest w stanie przeżyć, nie znajdując sobie kozła ofiarnego. Jeden z tych obrzydliwie bogatych lalusiów, którzy zadają szyku swoim wyglądem zewnętrznym i straszą pustką od środka. Moje wspomnienie, że pyskuje nauczycielom, jest w pewnym sensie niedociągnięciem – pyskuję ja, nie zgadzając się na traktowanie jak dziecko lub nie godząc na niesprawiedliwość, a on zwyczajnie traktuje nauczycieli jak śmieci. Co tam nauczycieli… On wszystkich tak traktuje! Widziałam nawet, jak rozmawiał z Pauliną – podczas gdy ona się do niego śliniła, on patrzył na nią jak na nic niewarty paproch, zagradzający drogę. I ona tego nie widzi? Jak można być tak zaślepionym?!

Zrobiło mi się niedobrze, gdy nagle uświadomiłam sobie, że chyba jestem w całkiem podobnej sytuacji. No dobra, ja niby widzę, że Kurt traktuje mnie jak paproch, ale jakoś nie daje mi to na tyle do myślenia, by przestać nad nim wzdychać. Beznadziejna choroba…

Siostra mojej mamy wraz z mężem mieszka w całkiem uroczej dzielnicy jednorodzinnych domków na obrzeżach Poczdamu. Oczywiście tych obrzeżach, do których mam najdalej. Śliczne, nieraz wręcz przesadnie nowoczesne domki straszą tam zupełnie nijakimi barwami, bezpłciowymi wnętrzami i wykrajanymi od linijki ogródkami z modelowanymi drzewkami. Nawet rośliny wyglądają tam tak, jakby zajmowały jedynie określony kwadrat, a wszystko, co odważy się poza niego wyrosnąć, było bezlitośnie urąbywane. Okropieństwo. Nie mam pojęcia, jak oni tam rozróżniają od siebie domy. Może wymieniają się co weekend?

Na miejsce dotarłam kompletnie spóźniona, zmęczona i wściekła. Kurt mieszka w jedynym budynku w okolicy, który z całą pewnością można określić ładnym – w niewielkim starym dworku, obrośniętym dzikim winem i otoczonym sporym sadem. Jako dziecko często przyjeżdżałam tu na ferie, gdy rodzice buntowali się i kategorycznie odmawiali zabierania mnie ze sobą na wspólne wyjazdy. Ten dom od zawsze mnie fascynował – mroczny, pełen starych mebli i zamkniętych na klucz pokoi. Muszę uczciwie przyznać, że kiedyś z perspektywy dziecka wydawał mi się o wiele większy, a i z pewnością ciekawszy, ale nadal czułam do niego pewnego rodzaju sentyment. Chętnie przyjeżdżałabym tu częściej…

No właśnie. Gdyby nie ten, który przywitał mnie przy bramie.

Kurt wyglądał jak zawsze – jakby przed chwilą z zimną krwią wymordował ludność całkiem sporego miasteczka i właśnie szykował się do spalenia szczątków. Szara koszulka, czarne spodnie, glany, charakterystyczny wyraz twarzy i te kretyńskie czerwono-czarne włosy. Boże, co ja w nim widzę?

– Czterdzieści pięć minut – oznajmił bez spoglądania na zegarek.

– Wybacz, teleportować jeszcze się nie umiem – burknęłam, z trudem podnosząc się z pylistej drogi po zaliczeniu jednego z najbardziej spektakularnych upadków w życiu. Dobra, ja wiem, że moja koordynacja ruchowa woła czasem o pomstę do nieba, no ale kurde, naprawdę nie musi przypominać o sobie akurat w takich momentach… Mam cichą nadzieję, że czerwień na policzkach da się zwalić na zmęczenie.

– Niech ci będzie. Właź. – Przytrzymał mi furtkę.

Nieco mnie zatkało, ale postarałam się jak najszybciej zamaskować to chęcią znalezienia w plecaku butelki z wodą. Mam nadzieję, że się przez to nie potknę…

Kurt zaprowadził mnie na tyły domu, tam, gdzie sad stawał się gęstszy i bardziej zaniedbany. Jabłonie o prawie czarnych pniach i łysych już gałęziach zupełnie zdziczały, przez co nie rodziły owoców i można było według wujka spokojnie spisać je na straty – czyli pozwolić smoczemu synkowi na treningi w ich okolicy. Zrobiło mi się odrobinę słabo, gdy na korze jednej z nich dojrzałam okazały ślad po wyjątkowo długich i silnych pazurach.

Smokon przysiadł na przewróconym pniaku. Westchnął, przeciągnął się i wreszcie spytał:

– To może zacznijmy od tego… Co ci najlepiej wychodzi?

Zawahałam się. Owszem, szkolenia nie przeszłam, ale nie uważałam, jakobym była kompletnym zerem. Moja babcia przekazała mi sporą część swojej wiedzy, ćwiczyła ze mną często swego czasu, dzięki czemu nawet w walce z innym smokiem miałabym jakieś szanse. Poza tym, jako pół-wyvern, mam o wiele więcej siły, niż na to wyglądam.

– Najlepiej… – mruknęłam, jakby się zastanawiając. Rzuciłam na pokrytą liśćmi trawę plecak i miecz… i wtedy mnie olśniło. – Najlepiej idzie mi szermierka.

Kurt uniósł sceptycznie jedną brew, co doprowadziło mnie do jasnej cholery.

– No co?! – warknęłam. – Ćwiczę to od małego! Jeżdżę na zawody, mam parę sukcesów…

– Okej. Przekonajmy się.

Pierwszy raz w życiu widziałam, żeby się uśmiechnął. Widok był niczego sobie, ale zamiast delektować się nim, poczułam lodowaty dreszcz.

Lodowaty dreszcz i motywację, by pokazać chłopakowi, gdzie jego miejsce.

Rany, chłopak? Koleś ma jakieś trzydzieści lat. Jak ja mogę nazywać go chłopakiem…?

Dzielnie przyjęłam drewniany miecz. Ciekawa byłam, skąd wziął coś takiego – był świetnie wyważony i leżał w dłoniach zupełnie jak metalowy. Odsunęłam się na kilka kroków.

– Jesteś pewien, że chcesz to robić bez ochraniaczy? – spytałam dla zasady. Prawda była taka, że za nabicie mu paru siniaków wezmę się z prawdziwą przyjemnością.

– A po co? Zaatakuj mnie.

A niech ci będzie. Może wreszcie dostrzeżesz moje istnienie…

Chwilę chodziłam wokół Kurta, bawiąc się mieczem. Czekałam, hipnotyzowałam, próbowałam uśpić czujność… W momencie, gdy musiał się okręcić, by dalej wodzić za mną wzrokiem, ruszyłam z pierwszym natarciem. Bez żadnego zbędnego zamachu, bez idiotycznego okrzyku – szybkim wypadem z krótkim, błyskawicznym wręcz cięciem. Nie mógł tego nawet zauważyć…

Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nagle wylądowałam w cuchnących pleśnią liściach, ale muszę przyznać, że bolało całkiem porządnie.

– Noż kurde! – jęknęłam, chwilę nie mogąc połapać się w tym, gdzie podziały się kierunki geograficzne.

– Źle – oznajmił Kurt.

– A żeby cię sczyściło… – wycedziłam, wykazując się oczywiście sporą dawką romantyzmu i dziewczęcego taktu.

Podał mi dłoń, pomagając wstać z ziemi. Otrzepałam się jakoś z liści, ponownie ustawiłam w postawie, choć coś niebezpiecznie strzykało mi w karku, zaatakowałam i… Efekt zasadniczo był taki sam kolejnych pięć razy. Za szóstym jednak postanowiłam drastycznie zmienić taktykę.

Czułam się po prostu okropnie – obolała, wściekła, upokorzona… i, cholera, niekochana. Z każdą chwilą miałam coraz mocniejsze wrażenie, że Kurt spokojnie załatwiłby mnie równie dobrze gołymi rękami. Więc gdy szósty raz z rzędu skakałam z atakiem…

Wykonałam błyskawiczne cięcie zwodzone głowa-bok. Gdy już szykował się do zasłony i wytrącenia mi broni (kolejny raz), ja… wypuściłam miecz, przypadłam na chwilę do ziemi i wyskoczyłam już pod bronią Kurta, zmieniając się w smoka.

Oj tak, zdołałam go zaskoczyć. Mignęły mi rozszerzone zdziwieniem szare oczy, w następnej chwili pochłonięte przez płomienie. Wielki czerwony smok ryknął wściekle, uderzając grzbietem w ziemię, lecz gdy już szykowałam się, by złapać go zębami za gardło, owinął się ogonem wokół mojego tułowia i przekręcił na bok. Z racji tego, że był ze dwa razy większy ode mnie i cięższy o jakieś kilka ton, wyszło mu to idealnie – choć próbowałam zamortyzować skrzydłami, wpadliśmy na najbliższą jabłonkę, wyrywając ją z korzeniami.

Porażka była oczywista – w końcu nie dało się tak po prostu zignorować łapy, która wciskała mój łeb w błoto – ale warto było.

Z czasem jakoś zaczęło mi się udawać – można powiedzieć, że styl walki miał na tyle charakterystyczny, że zdołałam po jakimś czasie na tyle się go nauczyć, by móc częściowo przewidzieć, co zrobi. Kilka razy udawało nam się nawet wplątać w krótką wymianę ciosów, więc można powiedzieć, że wcale nie było tak źle, jak tego mogłam się na początku spodziewać.

Albo dawał mi fory. Chociaż trochę to do niego niepodobne…

W życiu nie przypuszczałam, że ćwicząc szermierkę można tyle razy zaliczyć przysłowiową glebę. Na treningach walczyłam do tej pory na trafienia, tutaj zaś miałam wrażenie, że celem jest nie tyle samo zadanie rany, ile całkowite wyeliminowanie przeciwnika z walki. Z jednej strony było to logiczne – jeśli przyszłoby mi jako Strażniczce walczyć z kimś, kto zamierza mnie zabić, nie skupiałabym się na skaleczeniu go w przedramię, tylko na odrąbaniu łba lub przynajmniej zadbaniu, by więcej się nie podniósł… choć nadal utrzymywałam, że walczyć na miecze nie zamierzam, skoro mogę przemienić się w smoka.

Czego się wcale nie spodziewałam – Kurt dał mi spokój już po dwóch godzinach, uroczo kwitując to słowami: „przecież widzę, że już nic dzisiaj z ciebie nie będzie”. Po tym jakże wspaniałym wyznaniu zebrał rzeczy (w tym moje, bo za nic nie mogłam się po nie schylić) i zaprowadził do domu. A właściwie nie tyle zaprowadził, co ciocia wyczaiła mnie, gdy szłam w stronę furtki, i zaprosiła na herbatę i ciasto. Nawet nie łudziłam się, że on wpadnie na coś podobnego. A wręcz mogę pokusić się o stwierdzenie, że gdy tylko przystałam na propozycję, był wprost przerażony. Jakbym co najmniej zadeklarowała, że z nimi zamieszkam…

A masz na złość.

– Ojej, Nihal, co ty tu robisz? Dlaczego nie uprzedziłaś mnie wcześniej, że wpadniesz? – biadoliła ciocia, naprędce rozstawiając na stole talerzyki z czterema rodzajami ciasta. Co jak co, ale zjeść u nich można zawsze lepiej, niż porządnie.

– A bo to… wyszło tak samo z siebie – wytłumaczyłam ze słodkim uśmiechem.

– Tak? – We wzroku cioci nagle pojawiło się coś… niebezpiecznego. Spojrzała na mnie, następnie uważnie przyjrzała się Kurtowi. Zbyt uważnie jak na mój gust. – Tak mi się zdawało, że wy… nigdy nie rozmawialiście ze sobą jakoś chętnie? A tu tyle czasu w swoim towarzystwie? Pomagałeś Nihal w lekcjach, Kurt?

Kurt burknął coś niezrozumiałego, całą uwagę poświęcając kubkowi z kawą, a ja tylko cudem powstrzymałam się od walnięcia głową w stół. Serio? No jeszcze tego mi brakowało – nie dość, że już i tak czuję się przy nim jak gówniara, to jeszcze teraz ta wzmianka o lekcjach, jakże na miejscu!

No dobra, może nie tyle czuję się jak gówniara, co jestem przy nim gówniarą, no ale nie trzeba o tym tak ostentacyjnie przypominać…

– Rozmawialiśmy – palnęłam, nie mogąc się powstrzymać. Nie wiem, czy mi się nie przywidziało, ale Kurt uśmiechnął się minimalnie.

– Ach, rozmawialiście. – Ciocia lekko poprawiła się na krześle. – A w ogóle to, Nihal, słyszałam, że jesteś całkiem niezła w informatyce?

Zawahałam się. Czy oni coś knują?

– To zależy, co ciocia rozumie przez „całkiem niezła” – powiedziałam powoli. – Jest parę rzeczy, na których się znam, ale są też takie, przy których sama się zastanawiam, czy nie jestem upośledzona. Ale w takiej szkolnej chyba jestem całkiem niezła.

– To świetnie! – Uśmiechnęła się szeroko. – Tak pytam, bo Peter ostatnio szukał korepetycji. Może ty mogłabyś mu pomóc?

Prawie zjadłam ciasto razem z widelcem.

Peter, tak? Peter jest synem sąsiadów cioci i wujka, przy okazji bardzo dobrych znajomych moich rodziców. Oprócz tego, że jest synem, jest też najbardziej wnerwiającym chłopakiem w moim wieku, jakiego w życiu spotkałam. Toż to Lukas jest od niego o połowę lepszy… Jeszcze jako dzieci, gdy bywałam tu często, a on odwiedzał moich rodziców, konkurowaliśmy ze sobą we wszystkim, każde spotkanie zamieniając w coś na kształt dennego serialu o niegrzecznych dzieciach. Choć teraz po prostu przestawaliśmy na tym, że prawie się do siebie nie odzywaliśmy, istniała również inna kwestia… Mianowicie taka, że nasi rodzice i w zasadzie wszyscy wokoło jeszcze za czasów naszego dzieciństwa uparli się, żeby nas zeswatać. Tak, wiem, jak to brzmi, zwłaszcza przy tym, że mamy już szesnaście lat i raczej wiemy, jak samodzielnie decydować o sprawach sercowych, ale taka właśnie jest prawda.

Nabrałam powietrza, chcąc odmówić, ale kątem oka zauważyłam dziwny błysk w oczach Kurta. Czy on był… zły?

E, przywidziało mi się.

– No… średnio – odpowiedziałam wreszcie.

– Jak to? – Ciocia wyglądała na zdezorientowaną. – Nie chcesz? No szkoda. Trudno. Może spytam jeszcze twojego tatę.

Po pierwsze: nie chcę mieć w domu tego idioty częściej, niż raz na pięćdziesiąt lat, a po drugie: już samo to, że nie umie pytać osobiście, wprost doskonale o nim świadczy. Skrzywiłam się więc tylko, próbując ukryć to jakoś za filiżanką z kakałkiem.

Osz cholera, gorące było…

– Nie rozumiem tej waszej wielkiej nienawiści – rozwodziła się kobieta, widocznie nie zauważając tego, jak strasznie się krzywię. – Pamiętam, że gdy przyjeżdżałaś kiedyś, to zawsze spodziewałam się, że raczej będziecie się lubić. Jeszcze jako dzieci… Peter był przecież jedynym chłopcem w twoim wieku w okolicy, a ty zawsze złościłaś się na niego i latałaś za Kurtem…

Kurt się autentycznie zakrztusił. Starając się to zamaskować, wstał od stołu, podszedł do lodówki i długo przeglądał jej zawartość, zanim wreszcie zdecydował się na zaczęcie butelki z czymś, co chyba naprawdę było piwem. Ledwo powstrzymałam się od śmiechu – sytuacja stawała się tak idiotycznie komiczna, że mało mnie brzuch nie rozbolał.

– Z Peterem się po prostu nie dogadywałam – wyjaśniłam cioci, coraz mocniej zainteresowanej dziwnym zachowaniem przybranego syna. – Traktował mnie jak gorszą, więc… po co się z nim męczyć?

– No dobrze, to jeszcze jestem w stanie sobie wyobrazić, ale Kurt? – Ciocia z niesmakiem pokręciła głową. – Nigdy nie miałam pojęcia, dlaczego dzieci go lubią.

– To przez te włosy – palnęłam perfidnie. Gdy obiekt rozmowy spojrzał na mnie morderczo, wyszczerzyłam się tylko, z pełną premedytacją zamierzając podtrzymać rozmowę jak najdłużej.

– Nie rozumiem tego stylu – wyznała ciocia. – No ale co ja mogę poradzić? Przecież jest dorosły…

– Czy wy wiecie, że ja nadal tu jestem? – wycedził. Dłoń na butelce zaciskał już tak mocno, że tylko kwestią czasu było, aż szkło pęknie.

– Nie wtrącaj się, jak kobiety rozmawiają! – rzuciłam, posyłając mu najpiękniejsze spojrzenie ze swojej kolekcji pięknych spojrzeń. Coś tak czuję, że od tego wstrzymywania śmiechu będę mieć jutro zakwasy w przeponie…

Właściwie to uwielbiam tu siedzieć. Ten dom naprawdę jest wspaniały, do tego ciocia ma praktycznie identyczny gust jak ja, jeśli chodzi o wystrój wnętrz. Kuchnia jest bardzo duża, utrzymana w ciepłej, przytulnej tonacji, a meble z ciemnego drewna wzorowano na antykach. Do tego wokół wielkiej wyspy biegnie reling, na którym wiszą całe pęki suszonych ziół. Z kolei salon, do którego przechodzi się bezpośrednio stąd, zdominowały piękne kanapy w kwietny wzór i biblioteczki z książkami. Najchętniej to bym tu zamieszkała… Chociaż podejrzewam, że Kurt by się wtedy na dobre wyprowadził. A zresztą… pewnie tylko wyszłoby mu to na dobre – w tym wieku naprawę mógłby już iść na swoje. I zmienić fryzurę.

Nie wiem, ile czasu siedziałyśmy tak z ciocią, obgadując wszystkich wkoło, objadając się ciastem i ogólnie świetnie bawiąc. Nie wiem nawet, czy Kurt przez cały ten czas nam się przyglądał, czy jednak wybył gdzieś w trakcie. Grunt, że gdy szykowałam się już do wyjścia, magicznie pojawił się obok.

– Jutro o tej samej porze – obwieścił, prawie przyprawiając mnie o zawał. – Przyjadę po ciebie.

Spojrzałam na niego nieufnie.

– Ty w ogóle masz prawo jazdy?

– Ta. – Wywrócił oczami. – Od jakichś dwunastu lat.

Zamierzałam już tylko chłodno się pożegnać, wyjść i dalej w samotności zastanawiać się nad tym, jak bardzo był dla mnie niemiły, lecz zbyt mocno interesowała mnie jedna kwestia. Zawahałam się przed naciśnięciem klamki furtki, zamierając na chwilę.

– Mam wrażenie, że wiesz o całej sprawie ze zniknięciami smoków trochę więcej niż ja… – zaczęłam powoli.

Nie odpowiedział, co uznałam za potwierdzenie. Chwilę męczyłam się sama ze sobą, wiedząc, że raczej nie powinnam tego robić, nie powinnam odgrzebywać sprawy, z którą już jako tako się pogodziłam i próbowałam zapomnieć…

– Czy słusznie mam wrażenie, że zaginięcie Hansa ma coś wspólnego z tym, jak zniknął Volker?

Nocne powietrze wydawało mi się zbyt gęste, by można nim było oddychać. Latarnie nie działały, więc całą okolicę spowijał niemal kompletny mrok. W tym momencie wydało mi się, że jest w nim coś… niewłaściwego.

Słabo widziałam Kurta, ale dostrzegłam, że się poruszył. Westchnął jakby ze zniecierpliwieniem, zakładając ramiona na piersi.

– Nie powinienem o tym mówić.

– Wystarczy jedno słowo – tak czy nie?

– Być może.

Głowa jakby nagle mnie rozbolała. Tak, to zdecydowanie było błędem – ochronny mur, którym otoczyłam wspomnienia, stał się nagle jakby słabszy, niezdolny powstrzymywać tego, co za nim siedziało.

Cieszyłam się, że w takiej ciemności nikt nie może dostrzec moich łez, ale gdy przed oczami jak żywa stanęła mi twarz Volkera, zwyczajnie nie zdołałam ich powstrzymać. Co jak co, ale zawsze byłam z nim bardzo zżyta – z moim starszym bratem, którego podziwiałam do tego stopnia, że często miał mnie dosyć. Ogólnie często miał mnie dosyć, ale wiedziałam, że to tylko pozory – cokolwiek by się nie stało, gotów był stanąć za mną murem, nawet jeśli mój problem ograniczał się do tego, że rodzice nie chcieli kupić mi nowej zabawki. Różnica wieku między nami była spora – siedem lat to w końcu nie tak mało – ale sprawiała, że zawsze miałam w nim kogoś, kto gotów był się mną zaopiekować. O tak, kłóciliśmy się, i to nieraz tak, że kończyło się to bójką w smoczych ciałach, ucinaną dopiero interwencją babci, ale co z tego, skoro wiedziałam, że nie mogę bez niego żyć? Ludzie nieraz się z nas śmiali, bo z zewnątrz stanowiliśmy swoje doskonałe przeciwieństwa – podczas gdy ja byłam niską, chudą blondynką o brązowych oczach, on był wysoki, dobrze zbudowany, ciemnowłosy. Nawet jako smoki – ja byłam idealnie czarna, on biały. O wiele za często mi rozkazywał – przyczepiał się natychmiast, jak tylko robiłam coś, czego jego zdaniem nie powinnam robić, lub zadawałam się z kimś, kto według niego się do tego nie nadawał. I wściekałam się o to, wiadomo, jak każda siostra. Pamiętam, jak wieczorami siadywaliśmy na kanapie w moim pokoju i oglądaliśmy tureckie seriale w telewizji, podkładając własne dubbingi i nieraz wpadając w pułapkę takiej złośliwości i okrucieństwa, że rodzice zaczynali na nas krzyczeć…

Niestety Volker dwa lata temu rozpłynął się w powietrzu.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak marzę o tym, żeby był obok. Żeby przysłowiowo kopnął mnie w tyłek, dowiedziawszy się, co czuję do Kurta, żebym musiała znowu powstrzymywać go przed wywróceniem kogoś na lewą stronę, żeby dosadnie opisał, co o tym myśli i obiecał, że poleci na skargę do rodziców, jeśli natychmiast się nie opamiętam. Żeby choćby nazwał mnie wariatką i symbolicznie popukał w głowę, polecając, bym otworzyła oczy…

– Kurt! – zawołałam za oddalającym się smokonem. – Mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie?

– No dawaj. – Miałam niemiłe wrażenie, że miał mnie już kompletnie dosyć. Ale przecież sam chciał mnie uczyć, prawda?

– Mówiłeś, że nie jesteś Strażnikiem. Więc kim jesteś?

– Egzekutorem.

Trzasnęły drzwi.

Dobra, świetnie. Ale co do cholery robi smokoński egzekutor?! Bo chyba nie to, o czym właśnie…

Potrząsnęłam głową. A niech mu będzie. Spytam babci.

Rozwinęłam czarne skrzydła i wzbiłam się w powietrze, stapiając z nocą w jedno.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 320
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!