Czarnołuska – 7. Overdose

Moi rodzice dzisiaj tak ni z tego, ni z owego postanowili zwariować.

– Nihal, przestań się wylegiwać, praca czeka! – zawołał tata, wpadając do mojego pokoju.

Uniosłam głowę, ciekawa zamieszania. Dorośli z trudem przecisnęli się do środka, widocznie nie uzgodniwszy wcześniej, które z nich użyje drzwi jako pierwsze, i stanęli przede mną dumnie, odziani w promieniującą pewność siebie i wyjątkowo niechlujne dresy.

– Co wam się stało? – jęknęłam. Ze zdziwienia prawie upuściłam szkicownik.

– Bierzemy się za porządki! – Mama klasnęła tak gwałtownie, że aż prawie spadłam z kanapy.

– Zdecydowanie i stanowczo powiem wam, że nie mam na to najmniejszej ochoty – uświadomiłam ich.

– A ja zdecydowanie i stanowczo powiem ci, że mnie to absolutnie nie obchodzi. – Mówiąc to, tata podszedł do mojego sprzętu muzycznego i wyrwał kabel od wzmacniacza z gniazdka. Utwór I’ll be your Sister zespołu Motorhead urwał się nagle na jakiejś dziwnie smutnej nucie.

– Kabel mi zepsujesz! – wydarłam się, zanim na dobre się nad tym zastanowiłam.

Nic nie odpowiedział, tylko wraz z mamą podszedł do szafy i wręcz zanurkował w jej wnętrzu. Po kilku sekundach zostałam wyposażona w strój równie atrakcyjny, jak te, które mieli na sobie.

Z każdą chwilą miałam coraz mocniejsze wrażenie, że oni zwyczajnie zapomnieli, ile ja mam lat.

– Wiecie, że jest sobota? – zaskamlałam. – Chciałabym odpocząć trochę od życia, a nie…

– Wstawaj. Zajmiemy się dzisiaj piwnicą. Przypomnę, że większość rzeczy w niej jest twoja – zawołała mama, wybiegając na schody.

– Co was dzisiaj tak wzięło? Poza tym, co macie do moich rzeczy w piwnicy? Przecież chyba mam prawo je tam trzymać?

– Chodzi nam o twoje stare zabawki. – Tata teatralnym gestem przepuścił mnie w przejściu.

– No i co w związku z tym? Niech sobie tam leżą. Przecież to są same potrzebne rzeczy.

– Zabierają dużo miejsca.

Wywróciłam oczami. Na szczęście nikt tego nie zauważył.

Niechętnie zawiązałam buty i udałam się za rodzicami do piwnicy. Boże, ile oni musieli wypić dzisiaj kawy, że tak się ruszają? Ja tam na przykład zdecydowanie wolałabym pozadręczać się tym, że Kurt był dla mnie wczoraj niemiły, niż…

Ech, nieważne. Nie teraz. Nie dzisiaj. Najlepiej nigdy.

Tata chwilę męczył się z drzwiami, za nic nie mogąc trafić kluczem w dziurkę. Przyglądałam się temu z lekkim niepokojem, w głowie zaświtała mi myśl, że może oni sobie zwyczajnie zafundowali partię czegoś mocniejszego, że tak nagle zachciało im się ciągać mnie po kurzu? Trochę to do nich niepodobne… Chociaż podchmieleni rodzice to łaskawi rodzice. Skupiłam się na smoczym węchu, dokładnie posmakowałam powietrze, próbując doszukać się w nim jakiejś niecodziennej nuty. Nic nie wyczułam.

Czyli jednak im odbiło.

– Nihal, naprawdę myślę, że powinniśmy coś zrobić z tymi twoimi zabawkami. – Mama najwyraźniej przypomniała sobie, że jeszcze mnie dostatecznie nie wymęczyła.

– Są mi potrzebne – ucięłam.

– Masz szesnaście lat i potrzebne ci są zabawki? – Tata aż się zakrztusił. – No dobra, niech ci będzie, przejrzymy je i wyrzucimy tylko to, co zgodzisz się wyrzucić. Chociaż to niedorzeczne.

Coś za łatwo ustąpił.

– Wyjaśnicie mi może wreszcie, po co tak nagle chcecie wszystko wyrzucać?

– Umówiliśmy się na jutro z panią, która dokładnie wysprząta nam całe mieszkanie. Trzeba wreszcie się za to wziąć, bo wszędzie taki bałagan, że aż wstyd, jak ktoś przychodzi.

Cudem powstrzymałam się od przypomnienia, że zdecydowanie nic nie byłoby aż tak zapuszczone, gdyby komuś chciało się sprzątać na bieżąco, ale wolałam nic nie mówić. Jeszcze by wymyślili, że w takim razie ja sama mogę wyręczyć panią i wszystko wyszorować na błysk. A jakoś tak wolałabym nie.

Jak zwykle w piwnicy światło nie działało. Po omacku zaczęliśmy szukać swojej skrytki. Mama jednocześnie wzięła się za rozkładanie gigantycznego foliowego worka, usiłując jeszcze przemówić mi do rozsądku:

– Jesteś pewna, że nic nie wyrzucisz? No zobacz – sama nie będziesz tych rzeczy używać, a tak to przydadzą się jeszcze jakiemuś dziecku…

– W życiu nie oddam moich skarbów jakiemuś śliniącemu się gówniarzowi! – Z racji tego, że wszyscy traktowali mnie jakbym odmłodniała z dziesięć lat, tak właśnie postanowiłam zacząć się zachowywać. Inaczej chyba się z nimi nie dało.

– Trzymanie tego wszystkiego nawet do ciebie nie pasuje – kontynuowała. Po chwili macania ściany znalazła jeszcze jeden włącznik światła, tym razem działający, i zabrała się za wyręczanie taty w otwieraniu kłódki przy pomalowanych na zielono drzwiach.

– E? – wyraziłam swoje zdziwienie. Ja naprawdę za nimi dzisiaj nie nadążam. Jestem w „Ukrytej kamerze”, czy co?

– No bo przecież czym ty się bawiłaś? Kucykami! Czy jako szanujący się metalowiec – a utrzymujesz, że takim jesteś – możesz posiadać coś różowego i słodkiego?

– Boże, a czemu nie? – Szczęka opadłaby mi chyba do kolan, gdyby nie to, że musiałam skupić się na obserwowaniu siedzącego na ścianie pająka. To był jeden z tych z chudymi nóżkami, z którymi nigdy nie wiadomo do końca, jakiej są wielkości – na ich widok zwykle zaczynam wyć jak zarzynana i uciekać na oślep. Serio, raz już wyważyłam drzwi w podobnej sytuacji – w starym domu mojej drugiej babci. Moja druga babcia raczej za mną nie przepada, więc możecie łatwo się domyślić, że czynem tym nie zaskarbiłam sobie jej sympatii. O mało nie wyrzuciła mnie razem z kolejnymi.

– No bo metalowcy są mroczni i groźni, nie? – Tata spojrzał na mnie jak na kogoś niespełna rozumu. Czyli tak, jak ja patrzyłam na niego od jakiegoś czasu.

– Mroczni są emo. Poza tym ja nie słucham metalu, tylko hard rocka, więc nie jestem metalowcem – wytłumaczyłam. – Chyba że czasami – dodałam pod nosem. Mam nadzieję, że nikt nie usłyszał – jestem pewna, że taka informacja utkwiłaby im w głowach, i to w tak mocno przekręconej wersji, jak to tylko możliwe.

– Niech ci będzie. Ale pomyśl, dla kogoś to może jeszcze być wartościowe…

– Dla mnie jest wartościowe! – nie wytrzymałam. – Nie zamierzam tak po prostu wyrzucać czegoś, czemu nadałam duszę!

– A ty nie masz gorączki przypadkiem? – Mamie klucze wypadły z dłoni.

– Wymyślenie konkretnym figurkom osobowości to jak nadanie im duszy. Rany, co to wam przeszkadza? Ile to może miejsca zajmować?

– Za dużo – uciął tata. – Czy wyrzucisz, czy nie – nieważne. Te worki mają po prostu stąd zniknąć.

Wreszcie udało im się ruszyć ciężkie drzwi. Przepchnęłam się pierwsza do środka…

Natychmiast potknęłam się o jakiś przedmiot i wypierdzieliłam na całą górę rzeczy, boleśnie uderzając czołem w coś nadzwyczaj twardego.

– Aaa! Kurde, co to, cegła jest?! – wydarłam się, walcząc z podartą folią, która ukazała stertę… no, cegieł właśnie.

– To są twoje klocki – objaśnił tata.

– Jakie znowu klocki?! Przecież to cegły są! – zaprotestowałam, z niedowierzaniem oglądając jedną z kruszących się bryłek w dłoni. Następnie wrzasnęłam ochryple, gdy po podrapaniu się po czole odkryłam krew na palcach.

– Przyniosę jakieś plastry – zaofiarowała mama i zniknęła na schodach, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać.

Całkiem słusznie – zmyć się z pola walki. Ranna Nihal to Nihal w stanie pozwalającym na rozerwanie na strzępy wszystkiego, co się nawinie.

– Zemdleję! – zagroziłam, gdy tata pomógł mi wstać.

– Nie histeryzuj tak – westchnął i posadził mnie przy ścianie.

– Ja pierdzielę, no nie tutaj, no! Nie widzisz tego?! – Zerwałam się na nogi, nagle magicznie ozdrowiała, i jednym susem wylądowałam w drugiej części korytarza. Palcem wskazałam wymownie na pająka, który przed momentem znalazł się ledwie parę centymetrów od mojej twarzy.

– Przecież on się ciebie boi bardziej, niż ty jego!

– Ta, na pewno się boi! – rozkręcałam się. – Takiego przestraszonego udaje, a tak naprawdę tylko ostrzy sobie pazury, żeby mnie obezwładnić, zawinąć w kokon, poczekać, aż w nim skonam, i zeżreć na kolację!

– Ciesz się, że kłów jadowych nie ma. – Tata nie wiedział, czy powinien się wkurzyć, czy raczej roześmiać.

– Oczywiście, że ma. Wszystkie pająki mają gruczoły jadowe, tylko często zbyt małe, by przebić nimi skórę…

– No, to możemy zabierać się już do roboty? – Mama beztrosko wpadła w sam środek zamieszania. Zamachała radośnie paczką plastrów, z kieszeni bluzy wystawało jej coś, co wyglądało jak flaszka wódki.

– Zaraz, zaraz, do jakiej roboty?! Ja tu krwawię! – zaprotestowałam. He he, nie wie, że trafiła idealnie w najgorszy moment.

– Już, już… – spokorniała. Odpakowała jeden plaster i z kieszeni wyjęła butelkę „Wyborowej”.

– A to po co? Mam się odkazić też od środka? – zażartowałam bez przekonania.

– Nie znalazłam wody utlenionej.

– A to nie jest ta wódka, co my ją tacie w zeszłym roku…

– Cicho…

Gdy już udało się nieco ogarnąć mój stan zdrowia (niestety tylko fizycznego), mogliśmy wreszcie przystąpić do pracy. Tata rozparcelowywał worki z rzeczami i przekazywał je mnie, bym oceniła, czy zawartość mogę łaskawie komuś oddać, czy jednak muszę zaciągnąć na górę. Poszło zadziwiająco sprawnie – cztery godziny i po krzyku.

To znaczy teoretycznie. Bo moim kochanym rodzicom w trakcie zebrało się oczywiście na rozmowę. Każdy wie, czego dotyczą typowe rodzicielskie gadki. Jaki temat mogłyby poruszyć, jak nie „ale przecież ty się wcale nie uczysz”? No cóż. Tłumaczyłam im, jak mogłam, że nie uczę się przedmiotów, które nie są mi do niczego potrzebne, że mam już dokładnie zaplanowaną przyszłość i że naprawdę wiem, co robię i co robić powinnam, by przeżyć, no ale weźcie przemówcie im do rozumu, jak już się rozkręcą. Po tych czterech godzinach miałam wrażenie, jakby łeb mi miał zaraz eksplodować. A gdy tylko po wszystkim położyłam się choć na chwilę na kanapie, okazało się, że nie mam co liczyć na chwilę spokoju, bo wtedy właśnie do głosu doszły moje myśli.

I Kurt.

Bałam się tego, co czuję. Nigdy nie uważałam się za kogoś, komu facet jest do szczęścia potrzebny, a nawet cieszyłam się z tego, że widocznie pisany jest mi los starej panny z siedemdziesięcioma kotami. Nie oglądałam się w szkole za chłopakami, nie wzdychałam do aktorów, nie czytałam romansów. Po prostu uważałam, że jestem ponad to. Za nic nie mogę pogodzić się z myślą, że ja chyba…

O nie. Nie napiszę tego nawet. Jak to napiszę, to stanie się prawdziwe.

Jeszcze jakby to był ktokolwiek inny… Wiem, jak ta sytuacja może z boku wyglądać – no przecież wszyscy myślą, że my jesteśmy rodziną. Przecież jak ktoś się dowie, to będzie dramat. Plotki rozejdą się w tempie błyskawicznym i jedyne, co mi pozostanie, to przeprowadzić się do nielubiącej mnie babuni pod Monachium. Albo i to nie, bo przecież to jej też dotyczy…

Dobra, ale co ja się zastanawiam? Kurt jak mnie taktuje, każdy widzi. Dla niego jestem wnerwiającą małolatą z rodziny, do której niekoniecznie chce należeć. Nie mam czym się martwić, skoro mam gwarancję, że i tak do niczego nigdy by nie doszło. Za duża różnica wieku, za duża różnica… wszystkiego. Więc jedyne, co mogę zrobić, to uspokoić się, wziąć kilka głębokich wdechów i zająć się szukaniem jakiegoś nieco bardziej osiągalnego ciasteczka, skoro brak takowego nagle zaczął mi przeszkadzać, nie? Dam se radę…

W momencie, gdy uznałam, że dam se radę, Kurt postanowił do mnie zadzwonić.

Zerwałam się z kanapy, chwyciłam telefon i rozejrzałam się w panice, jakbym zastanawiała się, gdzie go ukryć. Jakbym myślała, że jeśli wepchnę go w największą, najczarniejszą dziurę w domu, to cały problem wraz z dzwoniącym magicznie zniknie… Minęło z pewnością kilka sygnałów, zanim w ogóle wzięłam pod uwagę opcję odebrania. Zanim do niej doszłam, pod uwagę brałam również wywalenie telefonu za okno i rzucenie się jego śladem – dopiero stanowczy warkot Dagona jakoś przywrócił mnie na ziemię.

Odetchnęłam, wmówiłam sobie, że zawsze mogło być gorzej, i przeciągnęłam wreszcie palcem po ekranie…

– No ileż można?! – usłyszałam, zanim zdążyłam się odezwać. – Za piętnaście minut u mnie pod domem!

– E? – spytałam uczenie.

– Zbieraj się. – Chyba chciał się rozłączyć, ale jakimś cudem zdołałam wydobyć z siebie coś więcej:

– Ej, zaraz, czekaj! O co ci znowu chodzi?

Patrzcie! Facet, przez którego nie śpi po nocach, zaprasza ją na randkę, a ona traktuje go tak, jakby zwariował! – zaszydził Dagon, co oczywiście cholernie mi pomogło. – Brawo, Czarnołuska, ty to przeżyjesz w wielkim świecie!

Wolałam już, gdy siedziałeś cicho – odparowałam błyskawicznie, zgrzytnąwszy zębami tak mocno, że aż chyba odprysnęło mi szkliwo.

Kurt przez chwilę milczał.

– Trzeba zrobić z ciebie Strażniczkę, bo tak to coś cię zje szybciej niż w tydzień – warknął wreszcie i na dobre odłożył słuchawkę.

No, masz rację, brzmiał bardzo romantycznie – syknęłam do smoka. – Mógłbyś łaskawie odwalić się od moich spraw sercowych?

Piętnaście minut.

Boże, jak ja się dostanę do Poczdamu w piętnaście minut?!

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 397
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!