Kres życia /Rozdział 1

Polska, 2019…

Mżawka, która w mgnieniu oka przerodziła się w ulewny deszcz, skutecznie utrudniła uczniom kończącym lekcje wrócić ze szkoły do domu. Niektórzy jednak byli przygotowani na taką niedogodność, a może bardziej ich rodzice przewidzieli to, że po południu ma padać, więc kazali swoim pociechom wziąć kurtkę przeciwdeszczową albo parasol.

Filip jednak mając parasol postanawiał go nie otwierać. Czuł się jakby ten deszcz padał specjalnie dla niego ukazując jego uczucia, które próbował schować przed kimkolwiek ze świata zewnętrznego.

Jego rodzice wraz z siostrą zginęli miesiąc temu w wypadku on, jako jedyny przeżył. Teraz mieszkał z dziadkami, którzy mimo dobrych chęci nie byli w stanie przebić się przez niewidzialny mur, który postawił wokół siebie.

Duże krople deszczu szybko zmoczyły szatynowe włosy oraz wiosenną kurtkę chłopca. Mimo delikatnego drżenia z zimna Filip kontynuował drogę powrotną powolnym krokiem. Minął dom, w którym kiedyś mieszkał i przystanął na moment, aby oczami pełnych łez spojrzeć na to gdzie się wychował. Gdzie przeżył piętnaście lat kłócąc się i godząc z rodzicami i siostrą. To tam nauczył się kochać, ufać i pomagać innym bezinteresownie.

Po raz ostatni spojrzał na drzwi wejściowe jakby zaraz mieli przejść przez nie jego rodzice, przywitać się z nim i ochrzanić go za to, że zamiast rozłożyć parasolkę to moknął, przez co może się przeziębić. Gdy jednak nic się nie wydarzyło, a stare drewniane drzwi pozostały nieruchome spuścił głowę, a po jego policzkach niekontrolowanie spłynęły łzy, które kumulowały się w oczach i od dłuższego czasu próbowały znaleźć ujście.

– Dlaczego płaczesz? – dobiegł do niego łagodny i pełen troski głos.

Filip przestraszony od razu podniósł głowę i rozejrzał się wokół siebie. Tuż obok niego stał jakiś chłopiec jednak jego postać była rozmazana. Myśląc, że to przez załzawione oczy źle widzi potarł je piąstkami. Jednak to nie pomogło, postać dalej była do końca wyraźna.

– To nie wina twoich oczu, to ja już jestem taki niewyraźny – powiedział uśmiechają się delikatnie.

– Kim jesteś?

Postać westchnęła, po czym położyła dłoń na swoim karku z lekkim zdenerwowaniem.

– Łatwiej powiedzieć, kim nie jestem. Nie jestem człowiekiem, czy ta wiadomość zaspokoiła twoją ciekawość? – spytał z ledwo wyczuwalną nadzieją w głosie, chociaż na jego twarzy nadal widniał delikatny uśmiech.

Filip trzęsąc się z zimna i szczekając zębami kiwnął głową twierdząco.

– Dlaczego zatem jesteś tutaj? – zadał kolejne pytanie chcąc dowiedzieć, dlaczego to właśnie jemu przypadł zaszczyt spotkania się z ową istotą.

– Są dwa powody, jednego niestety nie mogę ci teraz wyjawić, a drugi to to, żeby cię pocieszyć. Jesteś smutny i cierpisz, a ja chcę ci pomóc przez to przejść – wyjaśnił podchodząc bliżej i położył swoją dłoń na głowie Filipa, po czym poczochrał mu włosy.

Chłopiec spojrzał na niego zdziwiony pociągając nosem.

– Dlaczego akurat mnie chcesz pocieszyć? – spytał nie mając pojęcia, dlaczego akurat on, a nie miliony innych ludzi, którzy pewnie są jeszcze bardziej nieszczęśliwi niż on.

– Sam nie wiem… – mruknął cicho, jednak coś w jego głosie mówiło, że doskonale wie, dlaczego, ale nie może lub nie jest w stanie tego powiedzieć.

Istota spojrzała w oczy Filipa uśmiechając się ponownie. Zabrał dłoń z jego włosów, po czym zaczął się oddalać.

– Chodź, zaprowadzę cię do dziadków – rzekł odwracając się do niego i czekając aż pójdzie za nim.

– Skąd wiesz gdzie mieszkają moi dziadkowie? – spytał, gdy przemierzali opustoszałe drogi.

Deszcz dalej padał i nie zapowiadało się, aby miał zamiar w najbliższym czasie przestać. Ludzie w tym czasie zapewne zaszywali się pod kocem w łóżku i nie mieli najmniejszego zamiaru w najbliższym czasie opuszczać swojego gniazdka. Nawet pewnie żaden pies nie chciał wyjść na dwór w taką pogodę, a jednak on oraz dziwna istota szli przed siebie nie zwracając albo jedynie udając, że nie obchodzi ich deszcz.

– Wiem sporo o tobie, można by powiedzieć, że jestem kimś w rodzaju boga, który po prostu sporo wie – odparł cicho wzdychając, po czym potargał swoje czarne włosy w zmieszaniu.

Filip spojrzał na niego zdenerwowany. Zaczynał się bać tej dziwnej istoty i nie wiedział już czy dobrym pomysłem jest, aby rozmawiać z nim więcej, a co dopiero iść za nim.

– Nie bój się mnie, nie mogę trzymać rzeczy, wszystko przeze mnie przelatuje, więc jeśli chciałbym cię skrzywdzić i tak nie miałbym jak – powiedział uspokajająco wyczuwając, że chłopiec zaczął się w niego wpatrywać ze strachem.

Filipowi jednak nie pomogły uspokajające słowa, nadal wpatrywał się uważnie w ową istotę nieprzychylnym wzrokiem.

***

Babcia Filipa, gdy tylko zobaczyła, że jej wnuk się zbliża szybko otworzyła drzwi i wybiegła na drogę. Chwyciła w ramiona chłopca i nie zważając na to, że jest cały przemoczony mocno go przytuliła.

– Gdzieś ty się tyle podziewał, Filipie?! Już chciałam wysłać dziadka, aby zaczął cię szukać! – krzyczała zatroskanym głosem, a po jej policzkach płynęły słone łzy.

– Przepraszam, babciu – wyszeptał odwzajemniając uścisk.

Filip spojrzał na istotę stojącą, obok, który wpatrywał się w nich z wyrazem tęsknoty i smutku. Jednak, gdy tylko zauważył, że szatyn się w niego wpatruje uśmiechnął się delikatnie.

– Jeśli potrzebujesz samotności to nam powiedz, ale proszę nie uciekaj z domu. Ja i dziadek martwimy się o ciebie – mówiła już spokojnie starsza pani, widok całego i zdrowego wnuka skutecznie ukoił zdenerwowanie, która czuła odkąd zauważyła, że Filip zbyt długo wraca do domu.

– Przepraszam – powtórzył, po czym niespodziewanie kichnął.

Babcia od razu się od niego odsunęła i spojrzała na niego ostro.

– Do domu i to natychmiast, bo zaraz będziesz chory! – krzyknęła wskazując na drzwi od domu.

Filip posłusznie podreptał do wskazanego miejsca. Wszedł do środka i zaczął ściągać buty oraz kurtkę.

– Twoja babcia naprawdę cię kocha, ulżyło mi, że jest ktoś jeszcze na tym świecie – usłyszał nagle głos tuż obok.

Szatyn spojrzał na prawo zdziwiony, że ten ktoś nawet do domu za nim wszedł.

– Spokojnie, oprócz ciebie nikt nie jest w stanie mnie zobaczyć – wyjaśnił znowu uśmiechając się delikatnie.

Filip mimowolnie zapatrzył się na ten uśmiech. Wydawało mu się, że ilekroć wpatruje się w niego jego serce napełnia się dziwną nadzieją, że jeszcze kiedyś wyjdzie słońce, a jego życie stanie się lepsze.

– Dlaczego? – spytał cicho zaciekawiony tak, aby babcia, która poszła do kuchni kończyć obiad go nie usłyszała.

– Jestem tu dla ciebie, więc tylko ty możesz mnie zobaczyć – wytłumaczył wpatrując się w Filipa intensywnie, po czym podszedł i poczochrał mu włosy – Idź lepiej do łazienki ściągnąć te mokre ubrania i wziąć ciepły prysznic, bo jeszcze zachorujesz.

Szatyn spojrzał na niego nieprzychylnym wzrokiem, po czym chwycił za nadgarstek tamtego i odciągnął od swoich włosów. Poszedł do łazienki nie oglądając się za siebie.

***

Gorąca woda przyjemnie ogrzewała jego zmarznięte ciało. Mimo tego, że skóra go przez to piekła stał nadal pozwalając jej na to. Ciałem przebywał pod prysznicem jednak duchem znajdował się gdzieś bardzo daleko.

Dopiero ciche pukanie do drzwi przywróciło go do brutalnej rzeczywistości, gdzie musi mierzyć się z nią samotnie.

– Filipie wszystko w porządku? – dobiegł do niego zatroskany głos babci, na co westchnął i zaczął pośpiesznie się myć, aby nie martwić bardziej starszej pani.

– Tak, babciu! – odkrzyknął jeszcze, aby kobieta przypadkiem nie weszła do środka chcąc upewnić się, że jej wnuk nadal żyje.

Gdy skończył się myć wyszedł z kabiny prysznicowej zostawiając mokre ślady na podłodze. Sięgnął do puszystego, granatowym ręcznika, który znajdował się na wieszaku. Ściągnął go i zaczął powoli wycierać skórę. Spojrzał w lustro, które znajdowało się nad umywalką. Zobaczył niezdrowo bladą twarz, która wyglądała jakby był na wpół martwy i może właśnie tak było. Jakaś część jego odeszła wraz ze śmiercią rodziców i siostry. Jego piwne oczy były puste i bez życia, kiedyś znajdował się w nich figlarny błysk. Policzki miał zapadnięte, a zaróżowione usta popękane przez zimno i nadmierne obgryzanie ich ze stresu oraz zbyt wielkiego smutku. Przydługie szatynowe włosy, które mokre znajdowały się w całkowitym nieładzie były jedyną częścią ciała, które zdawały się, że pragną jeszcze żyć.

Osuszył włosy ręcznikiem i spróbował je jakoś ułożyć, aby nie były tak potargane jednak one zdawały się być innego zdania. Westchnął w końcu i zawiązał ręcznik wokół pasa, a następnie wyszedł z łazienki.

Poszedł do swojego pokoju, który dziadkowie mu oddali, aby miał swój kącik. Babcia z dziadkiem szanowali jego potrzebę samotności i rzadko, kiedy zakłócali mu tam spokój.

Wchodząc do pokoju zauważył, że ten ktoś, kto za nim podążał teraz leży na jego łóżku.

– Co tu robisz? – spytał marszcząc brwi zdenerwowanym tym, że ktoś bez pozwolenia narusza jego przestrzeń.

– Czekam na ciebie – odparł uśmiechając się delikatnie – Możesz zwracać się do mnie Piotr.

– Piotr? To twoje prawdziwe imię? – spytał zaciekawiony patrząc wprost na twarz bruneta.

– Nie, moje prawdziwe imię brzmi inaczej, ale trudno będzie ci je zapamiętać – wyjaśnił, na co Filip kiwnął twierdząco głową nie chcąc więcej o tym słyszeć. Jedynie, co słyszał to to, że owa istota znajduje wymówki, aby nie powiedzieć mu prawdy, a to zaczynało go coraz bardziej irytować.

– Można się ciebie jakoś pozbyć czy do końca życia będziesz za mną łaził? – spytał szatyn pod wpływem tej irytacji, która przejęła nad nim kontrolę.

– Jeśli nie chcesz mnie widzieć to mogę zniknąć, ale nigdy więcej się nie pojawię. A chciałbym najpierw za jakiś czas ci coś opowiedzieć. Potem jak będziesz chciał to mogę zniknąć.

Filip przewrócił oczami słysząc, że opowie mu coś dopiero za jakiś czas. Tak jakby nie mógł wszystkiego zdradzić teraz i sobie pójść. Zaczynał czuć się jakby już całkowicie oszalał, rozmawiał przecież z osobą, której nikt po za nim nie widział.

– Wyjdź, muszę się ubrać – mruknął zamiast tego i sięgnął do szafy, aby wyjąć jakąś bieliznę, bluzę i spodnie.

Gdy się odwrócił zobaczył jak Piotr przechodzi przez drzwi od jego pokoju, na co odetchnął z ulgą, że w końcu ma spokój. Szybko się ubrał wiedząc, że niestety dzisiaj nie będzie mógł się delektować swoją samotnością, do której się przyzwyczaił i polubił ją.

Po chwili ktoś zapukał do jego drzwi od pokoju.

– Filip, chodź na obiad – usłyszał głos babci, na co westchnął, nie miał apetytu, ale wiedział, że już dostatecznie ją zmartwił dzisiaj i powinien przyjść coś zjeść.

Siadając do stołu przywitał się z dziadkiem, który chyba tylko czekał aż jego wnuk się pojawi, aby rozpocząć z nim luźną pogawędkę. Spróbował uśmiechnąć się i kontynuować rozmowę, aby nie zrobiło mu się przykro.

Wiosłując łyżką w zupie próbując zmusić się do jedzenia usłyszał nagle głos obok siebie.

– Jesteś za chudy, powinieneś spróbować zjeść, chociaż troszkę.

Spojrzał na Piotra, który uśmiechał się do niego łagodnie i z troską w oczach próbował namówić go, aby coś zjadł.

Filip westchnął i nabrał na łyżkę trochę zupy, która tym razem naprawdę wylądowała w jego ustach. Ale największym prezentem był jednak wielki uśmiech Piotra, którym został obdarzony, gdy tylko zobaczył, że wypełnił jego prośbę.

Szatyn spuścił głowę zawstydzony i zaczął intensywnie wpatrywać się w zupę, która jakimś cudem zaczynała powoli ubywać z talerza.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 392
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!