Kres życia /Rozdział 2

Z każdym dniem Filip coraz bardziej przyzwyczajał się do ciągłej obecności dziwnego, nadnaturalnego stworka, który prawie cały czas za nim podążał. Musiał przyznać, że polubił Piotra, stał się dla niego kimś w rodzaju najlepszego przyjaciela, który był niezależnie, jaki miał nastrój. Czasem w jego umyśle zaczynały kotłować się czarne myśli, a wtedy tamten przychodził i próbował go rozweselić albo siadał tuż obok niego pokazując, że jest tutaj, aby go wysłuchać. Najlepiej jednak było, gdy spędzali wspólnie czas na spacerach w ciągu tygodnia ze szkoły i z powrotem, a w czasie weekendu na opuszczonych polach. Oglądali razem seriali na kanapie w salonie, a wieczorami leżeli w łóżku Filipa cicho ze sobą rozmawiając.

Dziadkowie z ulgą patrzyli jak ich kochany wnuk z powrotem staje się dawnym sobą. Coraz częściej się uśmiecha i chętniej przebywa z nimi.

– A może Filip się zakochał? – podsunął dziadek, któregoś wieczora, gdy siedział ze swoją żoną w salonie oglądając razem jakiś serial paradokumentalny.

Filip przechodził tamtędy, aby dojść do łazienki chcąc umyć zęby. Gdy tylko usłyszał te słowa zatrzymał się i mimowolnie nachylił się jeszcze bardziej ciekawy odpowiedzi babci. Jego policzki zaczęły delikatnie piec sam nie wiedząc do końca, dlaczego. Czy z powodu tego, że dziadek zasugerował coś tak absurdalnego czy może, dlatego, że rodzice zawsze go uczyli, że nie należeli podsłuchiwać czyichś prywatnych rozmów.

– Tak myślisz, Staszek? – spytała zdziwiona, a Filip dałby głowę, że teraz właśnie zmarszczyła brwi i zaczęła analizować jego ostatnie zachowanie – Może rzeczywiście sobie kogoś znalazł biorąc pod uwagę, że znowu zaczął z nami rozmawiać podczas wspólnych posiłków. Więcej też je, wcześniej to ledwie dzióbnął i już nie miał ochoty. Martwiłam się, że za niedługo to nic z niego nie zostanie, ale na szczęście teraz apetyt mu dopisuje.

Filip stał wpatrując się w tył kanapy, na której siedzieli dziadkowie. Przygryzł wargę w zastanowieniu i zaczął myśleć nad słowami babci. Ostatecznie prychnął i udał się do łazienki nie mając zamiaru czekać, co odpowie na to dziadek.

Gdy wrócił do pokoju Piotr leżał na jego łóżku po lewej stronie i mając przymknięte oczy wydawało się jakby spał. Jednak wiedział, że tak nie jest, kiedyś wytłumaczył mu, że sen nie jest mu potrzebny, aby mógł funkcjonować tak samo zresztą jak pożywienie.

– Wiesz, że nieładnie jest podsłuchiwać rozmowy innych? – spytał łagodnym głosem, w którym bardziej niż skarcenie dało się usłyszeć rozbawienie.

– Nie podsłuchiwałem – odpowiedział od razu bez chwili namysłu, po czym zmieszany przeniósł spojrzenie w bok.

Piotr podniósł się z łóżka i zbliżył się do szatyna.

– Naprawdę?

Filip uniósł mimowolnie kącik ust i spojrzał na bruneta, który znajdował się centralnie przed nim. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały, przez co obydwoje uśmiechnęli się do siebie szerzej.

– Nie – prychnął Filip – Skąd wiedziałeś?

– Tajemnica – odparł Piotr kładąc mu dłoń na włosach i energicznie je czochrając.

Szatyn przewrócił oczami, po czym odsunął od swoich kłaków nieszczęsną dłoń Piotra i poszedł położyć się do łóżka.

Brunet wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę z troską, a następnie westchnął i zbliżył się do łóżka, aby usiąść na jego brzegu.

– Chciałbym ci o czymś opowiedzieć – rzekł poważnie, a w jego głosie pierwszy raz nie dało się usłyszeć zwyczajowej łagodności tylko i jedynie ból oraz zdenerwowanie.

Filip spojrzał od razu na niego zaciekawiony wyczuwając, że tamten chce się podzielić z nim czymś ważnym.

– Czy to jest to, co powiedziałeś pierwszego dnia gdy się spokaliśmy, że chciałbyś mi o czymś opowiedzieć? – spytał lekko nerwowym głosem podnosząc się do siadu.

– Tak – szepnął, po czym nie mogąc znieść spojrzenia Filipa pochylił głowę bacznie wpatrując się w swoje dłonie, które nerwowo zaczęły delikatnie drżeć.

Piotr w końcu westchnął i wiedząc, że nie może już się wycofać zaczął mówić. Bał się jednak tego jak Filip zareaguje na to, ale musiał się o tym dowiedzieć. Był mu winny prawdę niezależnie od tego jak bardzo bolesna ona jest.

***

Chiny, 1919 rok…

Młody chłopiec o brunatnych włosach wpatrywał się przerażonymi oczami w zwłoki swoich rodziców. W piersi dwójki ludzi zionęły duże rany po nabojach z pistoletu. Leżeli tuż obok siebie jakby chcąc odejść z tego świata w uścisku osoby, którą kochali najbardziej na świecie. Uklęknął, aby móc po raz ostatni przytulić się do swoich rodziców.

– Suree! Zabierzcie go stąd! – usłyszał za sobą dziwnie znajomy głos, po czym został siłą odciągnięty i zabrany na zewnątrz.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że z jego oczu wydobywają się łzy, które przesłaniają mu widoczność.

– Mamo! Tato! – krzyknął próbując wyplątać się z czyichś ramion, które nadal mocno go trzymały nic sobie nie robiąc z jego szamotaniny.

Widział niewyraźnie jak podchodzi do nich jeszcze jeden człowiek. Razem zaprowadzili go do czarnego fiata, który stał pod jego domem. Wepchnęli go na siedzenie z tyłu, a zaraz potem dołączył do niego mężczyzna, który wcześniej nakazał go stamtąd zabrać.

Chłopiec obrócił głowę i przestraszonymi oczami, które nadal były pełne łez wpatrywał się w człowieka, który widział może z cztery razy w życiu. Z tego, co wiedział jego rodzice prowadzili z nim interesy, nie był jednak wtajemniczony, co takiego razem robili. Mama zawsze kazała mu pójść do sklepu lub wyjść pobawić się z przyjaciółmi, gdy owy mężczyzna przyjeżdżał.

– Przede wszystkim, co musisz wiedzieć to to, że nazywam się Lovro Mao. Możesz mówić do mnie wujku Lovro. Resztę wyjaśnię ci jak dojedziemy do mojego domu – odezwał się poważnym tonem mężczyzna siedzący obok Suree.

Brunet otarł łzy ze swoich zaczerwienionych oczu i już trochę odważniej zaczął się przyglądać swojemu nowemu wujkowi. Miał na oko około czterdziestu lat, na czarnych włosach, brodzie oraz wąsach pojawiały się pierwsze ślady siwizny. Czoło zmarszczone, a policzki delikatnie zaczerwienione zapewne z gniewu. Brązowe oczy iskrzyły się niebezpiecznie, a gdy tylko napotkały zaciekawione spojrzenie Suree, które było w niego utkwione prychnął, na co chłopiec ze strachem spuścił wzrok i już więcej nie próbował na niego patrzeć.

Gdy dojechali na miejsce samochód zatrzymał się, a Suree został wyciągnięty siłą na zewnątrz. Przed nim stał wielki dom, która według niego powinna być bardziej nazywany pałacem, aniżeli domem. Nie było jednak czasu, aby dalej stał i się w niego wpatrywał, bo został pociągnięty na nadgarstek przez jednego z ludzi, którzy towarzyszyli panu Lovro, do drzwi wejściowych.

Pan Lovro szedł przed nim, a gdy weszli do środka udał się do salonu. Odwołał wszystkich swoich ludzi machając dłonią w ten sposób pokazując, aby wyszli.

– Usiądź tam, Suree – pokazał na ciemnozielony fotel w stylu wiktoriańskim, który znajdował się tuż obok kanapy gdzie siedział on sam.

Chłopiec podszedł niepewnie i usiadł na samym brzegu jakby chciał w razie czego poderwać się szybko, aby uciec.

Widząc to kącik ust pana Lovro powędrował mimowolnie do góry.

– Nie musisz się mnie aż tak bać. Nie jestem tym, który zabił twoich rodziców. Można powiedzieć, że zabili się sami przez to, że ufali tym, którym nie powinni. Woleli zaryzykować i nie zapłacić za niedostarczanie towaru, więc taki o to spotkał ich koniec – rzekł mężczyzna łagodnym głosem, a jego postawa wydawała się wyluzowana trzymając założoną nogę na nogę delikatnie nią bujając.

Przez przebyte wydarzenia do mózgu Suree nie do końca dotarły informacje, które właśnie usłyszał, więc spoglądając przestraszony na pana Lovro niepewnie zapytał:

– To pan ich zamordował?

Lovro Mao spojrzał na chłopca, po czym wybuchnął śmiechem.

– Młody, jeśli to ja bym ich zabił to ciebie też bym nie oszczędził. Powiedzmy, że prowadziliśmy wspólnie interesy, a jeśli chodzi o mnie to za bardzo się bali mnie oszukiwać.

– To, kto w takim razie? – dopytywał dalej brunet chcąc uzyskać odpowiedź na to pytanie.

– Nie mam pojęcia, wiem tylko, że twoi rodzice musieli zadrzeć z naprawdę bezlitosnymi osobami skoro skończyli w ten sposób. Zazwyczaj wysyłają osobę, aby cichaczem pozbyła się jednego człowieka, aby dać nauczkę pozostałym i pokazać, żeby nikt więcej nie próbował takich rzeczy. Można powiedzieć, że to cud, że ty przeżyłeś gdybyś został tam dłużej pewnie i po ciebie by przyszli. Najwidoczniej chceli uciszyć całą rodzinkę za jednym zamachem. Masz szczęście, że mam uszy w każdym burdelu i kasynie, dzięki temu dowiedziałem się o tym.

Suree spojrzał na swojego nowego wujka zdziwionym wzrokiem. Zaczynała go już boleć głowa od przypływu informacji, więc przyłożył do skroni palce i je pomasował. Do tej pory sądził, że jego rodzice byli najbardziej normalnymi ludźmi na świecie. Tata był rybakiem, a mama pracowała w wydawnictwie. Teraz wychodzi na to, że posiadali także drugą twarz, o wiele bardziej mroczną i nie był pewien czy chce zgłębić wszystkie tajniki tej ich nowej strony. Chyba wolał, aby zostali zapamiętani przez niego, jako dwójka kochających się ludzi, którzy umarli, bo nie byli w stanie dłużej żyć na tym świecie.

– Dlaczego mnie pan uratował? – zapytał jeszcze chcąc uzyskać odpowiedź na to pytanie.

– Z twoim ojcem znałem się sporo lat i tylko dzięki temu postanowiłem cię uratować. Można powiedzieć, że byłemu mu coś dłużny, więc jesteśmy kwita. A teraz skoro wie, że jego syn jest bezpieczny niech spoczywa w spokoju wraz ze swoją żoną.

Suree kiwnął głową twierdząco rozmyślając nad tym, co właśnie usłyszał. Zaczął sobie uświadamiać, że życie naprawdę jest skomplikowane, ale też kruche. Jeden niewłaściwy ruch, a wszystko może się posypać jak domek z kart.

– Na kolejne pytania odpowiem jutro, teraz powinieneś pójść odpocząć. Powiem Shen’owi, aby pokazał ci twój pokój.

Zawołany mężczyzna po chwili się pojawił, a jego postawa wyrażało jasno, że nie podoba mu się to, że pan Lovro przyprowadził jakiegoś bachora do domu.

Chłopiec wstał i za nim podążył jednak przy schodach prowadzących na pierwsze piętro zatrzymał się. Z wahaniem odwrócił się, aby spojrzeć na swojego nowego wujka. Widział jednak tylko tył głowy mężczyzny, który siedział rozluźniony na kanapie.

– Czy mógłby pan odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie? – spytał niepewnie Suree.

– Mów do mnie wujku już ci to przecież mówiłem i tak mogę – odparł i spojrzał na chłopca wyczekująco, ale coś w jego postawie mówiło, że doskonale wie, jakie pytanie usłyszy.

– Czym się zajmujesz?

Pan Lovro odwrócił się, aby spojrzeć wprost w oczy Suree. Uśmiechnął się, po czym odpowiedział:

– Zajmuję się przemytem opium i twoi rodzice też się tym zajmowali jakbyś się jeszcze tego nie domyślił, chłopcze.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 443
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!